Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

Anthony Passeron "Uśpione"

Po debiutancką książkę "Uśpione" (Czarne 2024; przełożył Jacek

Giszczak) francuskiego pisarza i nauczyciela sięgnęłam, bo interesuje mnie temat, no i pojawiły się pozytywne recenzje. I nie żałuję! W skondensowany, miejscami intrygujący, miejscami chłodny, a czasem we wzruszający sposób autor opowiedział nie tylko o początkach epidemii AIDS we Francji. Nie ukrywam, że to właśnie ten temat był dla mnie wabikiem, ale niespodziewanie dostałam znacznie więcej. 

Dziś  wirus HIV nie jest już postrachem, nie oznacza wyroku, bo dzięki przyjmowaniu leków może nigdy nie dojść do rozwoju śmiertelnej choroby. Ale w latach osiemdziesiątych sprawy miały się inaczej. AIDS był  tematem tabu - powszechnie uważano, że przytrafia się tylko gejom i narkomanom. Dopóki nie okazało się, że może dotknąć każdego, nie szukano lekarstwa, a przynajmniej nie robiono tego ze wsparciem rządów i dużych pieniędzy. O tym wszystkim wspaniale i dojmująco opowiedziała w swojej powieści "Wierzyliśmy jak nikt" Rebecca Makkai. Akcja jej książki rozgrywa się w Stanach. Wcześniej widziałam film "120 uderzeń serca" poruszający ten sam temat, ale na gruncie francuskim. Też wstrząsający, wywołujący gniew oraz wzruszenie i też ze wszech miar wart polecenia. Sprawdziłam, bez problemu można obejrzeć go w sieci w kilku miejscach. To ten film i ta powieść uświadomiły mi, czym była w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ta choroba. Jakie śmiertelne żniwo zbierała, jaką panikę wywoływała i jakim ostracyzmem otoczone były osoby chorujące.

"Uśpione" Anthony Passerona powstały z osobistej potrzeby. Autor opowiada o chorobie z perspektywy  rodzinnej tajemnicy stopniowo przez niego odkrywanej. To historia jego stryja, który zmarł na AIDS. Ale ta książka niesie ze sobą znacznie więcej. Jak już wspominałam, w skondensowanej formie, to ledwie dwieście stron tekstu, Anthony Passeron opowiedział nie tylko historię stryja, ale także historię rodziny, naszkicował zmianę mentalności, jaka dokonała się między pokoleniem jego dziadków, a pokoleniem jego stryja i ojca, pokazał jej przyczyny, opowiedział o upadku takich miejscowości, w jakiej się wychował, o pladze narkotyków, jej skutku, czyli AIDS, a wreszcie w fascynujący sposób przedstawił upór kilkunastu lekarzy i naukowców, którzy zrozumieli powagę choroby, doprowadzili do wykrycia jej przyczyny, a po wielu próbach i latach do wynalezienia lekarstwa, dzięki któremu dziś można zapanować nad wirusem. A to wszystko w atmosferze rywalizacji pomiędzy ekipami z Francji i Stanów. Czytając te fragmenty, trudno nie oprzeć się refleksji, ile pokory i cierpliwości muszą mieć lekarze i naukowcy badający nową chorobę i szukający lekarstwa na nią, bo przed nimi lata pracy, porażki, podążanie ścieżkami prowadzącymi w ślepe zaułki, droga, która nie musi zakończyć się sukcesem. Ten wątek śledzi się jak prawdziwą powieść sensacyjną, tym bardziej, że autor przeplata rozdziały opowiadające historię rodziny z rozdziałami poświęconymi pracy naukowców i lekarzy.

Anthony Passeron urodził się w małej miejscowości w jednej z alpejskich dolin - pomiędzy Lazurowym Wybrzeżem, a szczytami Alp, na styku Włoch i Francji. Jego dziadek był Francuzem, babcia Włoszką, która jako młoda dziewczyna w czasie drugiej wojny razem z rodzicami i rodzeństwem przyjechała do Francji w poszukiwaniu lepszego życia. Jego pradziadkowie i dziadkowie prowadzili w miasteczku masarnię. Byli powszechnie szanowani, zasłużyli sobie na to ciężką pracą. Ich życie kręciło się tylko wokół niej, od rana do wieczora, od poniedziałku do poniedziałku, z krótką przerwą na niedzielny odpoczynek. Nie opuszczali doliny, tu był ich świat, do niego sprowadzały się ich horyzonty, żyli w zamkniętym, odizolowanym przez miejsce środowisku. Podobnie wyglądała codzienność innych mieszkańców miasteczka i tych rejonów. 

Ojciec pisarza wpasował się w ten schemat. To on zaczął pracować w rodzinnej firmie, nauczył się fachu, w przyszłości miał przejąć biznes. Pozostał mu wierny, chociaż świat wokół powoli się zmieniał. Do doliny zaczęły docierać duże supermarkety, z czasem te tereny będą się wyludniać, takie drobne interesy jak ten należący do pradziadków i dziadków autora upadną, młode pokolenie wykształcone w mieście nie będzie chciało wracać do doliny i do takiego życia. Ale to nastąpi później, w czasach młodości jego ojca i stryja ten proces dopiero się zaczynał. I właśnie  stryj autora poszedł za tymi zmianami. 

Był pierwszym członkiem rodziny, który zdobył średnie wykształcenie, dzięki czemu mógł pracować w kancelarii notarialnej. Pierwszym, który wyjechał poza dolinę, najpierw do Nicei, potem z poznanymi w miasteczku turystkami do Amsterdamu. Wrócił, ale jego życie się zmieniło. W dalekim świecie spróbował narkotyków. Ale nie trzeba było wyjeżdżać tak daleko, aby ulec ułudzie, jaką ze sobą niosły. Narkotyki stały się powszechnie dostępne także w dolinie. Dzieci z dobrze sytuowanych rodzin z pokolenia stryja i ojca autora zaczęły po nie sięgać. Nie chciały żyć jak rodzice, wyrosły już w dobrobycie, jakie rodzice zapewnili im ciężką pracą, ominął je bunt 68 roku, z nudów, z chęci zmiany, z braku celu zaczęły brać. Na przykładzie swojego stryja autor opowiada o procesach, które temu towarzyszyły. O zdumieniu starszych pokoleń, o wstydzie, o zaprzeczaniu, o nieumiejętności poradzenia sobie z problemem, a wreszcie o walce o uzależnione dzieci, o ratunek dla nich. Taką przemianę przeszła babcia autora - najpierw ze wstydu udawała, że problemu nie ma, potem odważnie mierzyła się z nim i jego konsekwencją, czyli chorobą syna i jego żony. Paradoksalnie dopiero odwiedzając ich w szpitalu, mogła być sobą, przestać zaprzeczać, udawać i się wstydzić. Poczuła wspólnotę losu z rodzinami innych chorych.

Dla moich dziadków ten szpitalny oddział, tak odległy od miasteczka i od krążących tam plotek, był jak swego rodzaju nawias. Pauza, podczas której nie musieli już kłamać, ratować rodzinnej reputacji, co nie miało sensu. Choć przez całe życie chcieli uchodzić za poważanych obywateli prowincjonalnego miasteczka, tu czuli się bliscy ludziom zupełnie sobie nieznanym. Homoseksualistom, narkomanom, hemofilikom i członkom ich rodzin. Ludziom, których nigdy nie mieliby okazji spotkać. Nieznajomym, którzy przechodzili przez to samo co my. Nieznajomym, z którymi nagle zbliżyliśmy się bardziej niż z niejednym członkiem naszej rodziny. Nieznajomym, którzy byli lustrzanym odbiciem naszego nieszczęścia.

A przecież AIDS cały czas otoczony był szczególną aurą. Nawet w szpitalu, nawet na oddziale przeznaczonym dla osób dotkniętych tą chorobą.

Nawet na oddziale przeznaczonym dla pacjentów dotkniętych AIDS traktowano tę chorobę w szczególny sposób. Patrzono na nią przez pryzmat norm moralnych, dobra i zła, grzechu. Wstydliwego grzechu (...) Dobro, zło ofiary, winni - dyskusje przeniosły się nawet na łono naszej rodziny i ją podzieliły.

Babcia nie czyniła różnicy między chorobą syna, synowej i wnuczki, dziadek milczał, ulegając stereotypom związanym z AIDS, a ojciec autora  tłumiąc głęboki gniew, dokonał, jak sądzę, ostatecznego rozróżnienia między małą dziewczynką, która była ofiarą, a jej rodzicami, którzy ponosili winę. Winę za to, że narzucili jej swoją, jakże przedwczesną śmierć, że przekazali jej w spadku zepsutą krew.

Bo największa tragedia dotknęła jednak ich córkę, na którą wirus przeszedł przez matkę. Historia malej Emilie, której autor poświęca osobny rozdział, jest przejmująca. Szybko straciła rodziców, ale dziadkowie zapewnili jej szczęśliwe dzieciństwo. Chorobie nie dało się jednak zapobiec. Muszę przyznać, że chociaż książka, może z powodu lapidarnego stylu, jest dość chłodna, to czytając rozdział poświęcony kuzynce autora, mimo wszystko nie potrafiłam powstrzymać łez. 

W historii jej choroby dwie sprawy szczególnie mnie poruszyły. Pierwsza to oddanie babci, która z wielkim poświęceniem opiekowała się wnuczką, codziennie jeździła do nicejskiego szpitala, aby ją odwiedzać. To ta sama babcia, która kilkanaście lat wcześniej wypierała uzależnienie syna, a potem, kiedy zachorował, też o niego walczyła. Druga sprawa to reakcja autora i jego brata na chorobę kuzynki. Wcześniej spędzali z nią dużo czasu, razem się bawili, kiedy zachorowała, nie potrafili się z tym zmierzyć. Nie chcieli odwiedzać jej w szpitalu, nie umieli z nią rozmawiać. Byli przecież dziećmi. Anthony Passeron bardzo szczerze pisze o swoim i brata stanie ducha, który towarzyszył tamtym wydarzeniom. 

Autor odtwarza nie tylko atmosferę tamtych czasów, ale może przede wszystkim wydobywa z niepamięci swojego stryja. Stryja przemilczanego przez dziadków i rodziców. Stryja, którego kochali, ale który przyniósł im mnóstwo wstydu i trosk, który zmienił ich życie. Diagnozując sytuację, tak pisze o nim i jego żonie, a właściwie całym pokoleniu zafascynowanym narkotykami.

... uświadamiam sobie, że mogliby mieć jakieś życie poza narkotykami. Życie, w którym byliby szczęśliwi. Życie, w którym mógłbym ich poznać. Życie proste, które z pewnością nie zasługiwałoby na to, by o nim opowiadać, a jednak całe życie.

Taki paradoks.

Sabina Jakubowska "Akuszerki"

O powieści Sabiny Jakubowskiej "Akuszerki" (Grupa Wydawnicza

Relacja 2022) zrobiło się głośno w momencie premiery. Znakomite recenzje, nominacje do Nike i Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza (debiuty). A ponieważ na książkę w bibliotece nadal czeka się w kolejce, należy przypuszczać, że cieszy się także uznaniem czytelniczek, pewnie przede wszystkim, no i może czytelników. 

Trudno się dziwić, aby było inaczej! Bo kto, tak jak ja, mimo mód literackich, mimo wszelakich postmodernizmów i innych izmów lubi przeczytać porządną, grubą, po bożemu napisaną powieść, a do tego sagę rodzinną, ten prawdopodobnie zachwyci się "Akuszerkami". Chociaż uprzedzam - nie jest to lektura lekka łatwa i przyjemna. Akcja nie gna, są opisy, bardzo głębokie portrety bohaterek, nie niesie łatwego pocieszenia, nie stroni od dramatycznych wydarzeń, losy bohaterów nie są usłane różami, choćby dlatego, że przeczołgała ich Historia, a do tego dużo tu fizjologii, co może odstręczać niektóre czytelniczki, a zwłaszcza czytelników. Wszak tytuł nie jest przypadkowy. Chociaż nie lubię takich porównań, to ja "Akuszerki" postawiłabym na półce obok moich ulubionych "Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej. Jeśli tym zestawieniem odstręczyłam kogoś od lektury powieści Sabiny Jakubowskiej, wiem, wiem, że saga Marii Dąbrowskiej uznawana jest przez wielu za ramotę, to pragnę zaznaczyć, że "Akuszerki" to jednak wersja 2.0.  Aż dziwne że ta klasyczna książka znalazła też uznanie krytyczek i krytyków. Takie to niedzisiejsze w czasach, kiedy raczej sięga się po krótsze formy, ceni literacki eksperyment i uwielbia babrać we wszelkich autofikcjach. 

Tymczasem mną powieść Sabiny Jakubowskiej zawładnęła całkowicie, wchodziłam w wykreowany przez nią świat całą sobą, czytałam w każdej wolnej chwili i siedemset stron większego formatu połknęłam w półtora tygodnia, a przecież w  tym czasie normalnie pracowałam. Kiedy skończyłam, przeżyłam syndrom odstawienia - zrobiło mi się smutno i dziwnie, kiedy po powrocie do domu nie mogłam się już zanurzyć w jadownickim świecie. 

Użyłam tu słów wykreowany świat, tymczasem to nie do końca prawda. Chociaż główną bohaterkę, Franciszkę Diabelec-Dadejową, i wiele innych postaci, zawdzięczamy wyobraźni autorki, to przecież świat tej powieści bardzo mocno został osadzony w rzeczywistości historycznej. Już miejsce jest prawdziwe - wieś Jadowniki obok Brzeska. Na wyklejkach książki znajduje się mapka obu miejscowości. (Uwielbiam mapy!) Tak, tak, Sabina Jakubowska jest związana z Jadownikami. Stamtąd pochodzą jej przodkowie, tam wrócili jej rodzice, kiedy była dzieckiem, tam nadal mieszka. Anna Czernecka, położna, jedna z drugoplanowych bohaterek, to jej prababka. I nie jest to jedyna postać prawdziwa w tej książce. Na końcu znajdziemy spis osób rzeczywistych. A liczne zapiski dotyczące przebiegu porodu, opieki nad rodzącą kobietą i jej dzieckiem, czyhających na nich zagrożeń, które w powieści pochodzą z zeszytu Franciszki, w rzeczywistości są cytatami z takiego samego zeszytu Anny Czerneckiej, prababki autorki.  Sama autorka jest doulą, czyli osobą, która towarzyszy kobiecie w czasie porodu. Sabina Jakubowska interesuje się historią regionu, co widać w jej książce. Znajdziemy na kartach powieści sporo historycznych wydarzeń - wielki pożar Brzeska, powódź, pogromy Żydów, zdarzenia z czasów pierwszej i drugiej wojny światowej, ruch ludowy, kryzys z czasów Drugiej Rzeczpospolitej, epidemię tyfusu.

Akcja powieści zaczyna się w roku 1885, kończy w 1950. Główną bohaterką jest Franciszka, córka Reginy Perkowej, wiejskiej akuszerki. Poznajemy ją w momencie, kiedy rodzi swoje pierwsze dziecko. Ma wtedy osiemnaście lat. Ona też zostanie akuszerką, a potem dyplomowaną położną. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności będzie mogła skończyć Cesarsko-Królewską Szkołę Położnych w Krakowie. Szkoła też nie jest dziełem wyobraźni autorki, a nazwiska pracujących w niej profesorów, asystentów i położnych znajdziemy w wykazie postaci rzeczywistych, o którym wspominałam. Było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że taka szkoła istniała, a jeszcze większym, że aby się w niej uczyć, nie trzeba było mieć świadectwa ukończenia szkoły. Wymagano oczywiście umiejętności czytania i pisania. 

Wielkim odkryciem był dla mnie świat wiejskich akuszerek i położnych. Jak już wspominałam, fizjologii jest w tej powieści bardzo dużo - opisy licznych porodów, cytaty z zeszytu Anny Czerneckiej, który powstał w czasie, kiedy uczyła się w krakowskiej szkole położnych. Te wiejskie akuszerki i położne to kobiety niezwykle silne. Dzięki zawodowi zdobywały w swojej społeczności niezwykłą pozycję. Dzieci rodziło się bardzo dużo, były potrzebne, miały ręce pełne roboty. Wykonywane zajęcie dawało im samodzielność - możliwość zarobkowania, chociaż nie zawsze za odebranie porodu dostawały pieniądze. Często płacono im w naturze - dostawały żywność, bo o to na wsi najłatwiej. Ale to jednocześnie zawód trudny, wymagający. Trzeba pomagać niezależnie od okoliczności, pory roku, dnia czy nocy, odległości. Nawet jeśli do porodu ktoś zawiezie, to często wracać położna musiała sama, bo mąż rodzącej zostawał przy żonie i dziecku. Bywało, że ledwo wróciła do domu i marzyła tylko o odpoczynku, a już wzywano ją do kolejnej kobiety. A przecież najczęściej sama miała dzieci i kilkakrotnie była w ciąży. Nawet wtedy pracowała. 

Chociaż z opowieści przebija zachwyt dla cudu narodzin, tkliwość i szczęście, to autorka nie ucieka od ciemnych stron tego zawodu. O zmęczeniu już wspominałam, ale są też rodziny, miejsca i okoliczności, których wolałoby się unikać. Franciszce często towarzyszy strach, bo nie wie, co ją może spotkać po drodze i na miejscu, albo obrzydzenie z powodu warunków, w jakich żyją kobiety, do których ją wezwano. Ciemną stroną tego zajęcia był alkohol. Położne i akuszerki zwyczajowo częstowano wódką i trudno było odmówić szczęśliwym rodzicom. Nikt nie pytał, czy są głodne, a często były, nikt nie proponował im jedzenia, za to proponowano wódkę. Alkohol był też lekarstwem na zmęczenie. Nieodłączną towarzyszką tego zawodu jest też Śmierć, tak właśnie pisana w tej powieści - z dużej litery. Często to wybawienie, dlatego Regina i Franciszka nazywają ją Łaskawością. Autorka pokazuje też, jak ten zawód z czasem zaczyna się zmieniać. Dwie córki Franciszki, też absolwentki tej samej szkoły, będą wolały pracować w szpitalu, jedna w Krakowie, druga w Brzesku. A to już zupełnie inny świat.

A poza tym, jak to w rodzinnej  sadze, dostajemy opowieść o ludzkich losach. O ich meandrach, o wielkiej miłości, ale i wielkim bólu. Bo bohaterka doświadcza w swoim życiu wszystkiego - ciężkiego losu wiejskiej dziewczyny wydanej za mąż za starszego od siebie, niekochanego mężczyznę, potem wielkiej miłości, radości macierzyństwa, ale i utraty, wielkiego cierpienia, upadku na samo dno, dostatku i biedy. Takie doświadczenia są wspólne dla wielu bohaterek i bohaterów tej powieści. Jak to w życiu. Autorka, jak już wspominałam, nie lukruje rzeczywistości. Akcja powieści toczy się w określonym czasie historycznym i trudno byłoby uwierzyć, że bohaterek i bohaterów nie dotykają nieszczęścia związane z wojnami i innymi tragicznymi wydarzeniami historycznymi. Takie jest życie, raz z górki, raz pod górkę. Wielu nie przeżyje zawirowań losu, a ci, którym się uda, będą musieli jakoś odbudować swoją codzienność, chociaż nie zawsze jest to łatwe. Czy to, że wszystko w końcu mija, że każda wojna, każdy pożar, każda powódź, każda epidemia kiedyś się kończą, niesie pocieszenie? Jakieś tak, ale wolałabym nie doświadczyć takich nieszczęść, jakie spadały na bohaterki i bohaterów tej powieści. Mnie szczególnie poruszyły fragmenty o epidemii tyfusu. 

Jest to wreszcie książka o życiu na wsi, o sile, jaką daje rodzina, a przede wszystkim o codzienności wiejskich kobiet. Jej uzupełnieniem na pewno mogą być "Chłopki" Joanny Kuciel-Frydryszak. Ta lektura wciąż przede mną. Wielką zaletą powieści są wspaniałe bohaterki, przede wszystkim Franciszka i jej matka Regina, no i sama ekscytująca historia, od której naprawdę trudno się oderwać.

Ja się w "Akuszerkach" zakochałam i polecam je gorąco.

Alicja Urbanik-Kopeć "Instrukcja nadużycia. Służące w XIX-wiecznych polskich domach"

Tak się złożyło, że niemal w tym samym czasie wyszły dwie książki

na podobny temat, obie wpisują się w nurt publikacji odkrywających ludową historię Polski. To książki o służących w XIX i na początku XX wieku. Najpierw ukazała się w Marginesach pozycja Joanny Kuciel-Frydryszak "Służące do wszystkiego", a kilka miesięcy później Alicja Urbanik-Kopeć wydała "Instrukcję nadużycia. Służące w XIX-wiecznych polskich domach" (Post Factum 2019). Tę pierwszą przeczytałam dość szybko, tę drugą kupiłam później i trochę czekała na swój czas. Teraz wydała mi się świetną lekturą po "Ulicy dzieciństwa" Tove Ditlevsen

Zabierając się za "Instrukcję nadużycia", zastanawiałam się, czy dowiem się czegoś nowego, skoro temat ten sam. I chociaż sporo informacji się pokrywa, to Alicja Urbanik-Kopeć znacznie więcej miejsca poświęca sprawom, których Joanna Kuciel-Frydryszak nie poruszała albo robiła to w znacznie mniejszym stopniu. Poza tym pierwsza książka skupia się przede wszystkim na okresie dwudziestolecia międzywojennego, a druga na wieku XIX. Warto też pamiętać, że autorka "Służących do wszystkiego" jest dziennikarką, napisała biografię Słonimskiego i Iłłakowiczówny, a Alicja Urbanik-Kopeć naukowczynią, badaczką historii literatury i kultury polskiej XIX wieku. Tych, którzy obawiają się, że na książce negatywnie odbiła się jej profesja i warsztat naukowca, pragnę uspokoić, że czyta się ją  znakomicie. Wniosek jest taki, że oba tytuły uzupełniają się, są bardzo ciekawe i po oba warto sięgnąć.

"Instrukcja nadużycia" podzielona jest na trzy części. W pierwszej autorka pokazuje drogę, jaką musiała odbyć dziewczyna, aby służącą zostać. W wieku XIX znakomita większość z nich to młode dziewczyny ze wsi. Te z miasta, wywodzące się z rodzin robotniczych czy innych miejskich nizin społecznych, wolały pracę w fabryce czy w sklepie niż służbę u kogoś. Służące, a zwłaszcza te do wszystkiego, a takich od drugiej połowy XIX wieku było najwięcej, stały w hierarchii kobiecych zajęć najniżej. To niewyobrażalna, nisko opłacana harówka i całkowita zależność od państwa, a zwłaszcza pani, brak prywatności i samotność. Na drodze dziewczyny ze wsi, często niemal dziecka, stały liczne niebezpieczeństwa. Podróż do miasta za pracą była zazwyczaj jej pierwszą podróżą. Jak się odnaleźć w mieście? Gdzie szukać zajęcia? Jak nie wpaść w ręce oszustów, nieuczciwych pośredników? Jak znaleźć wiarygodnych pracodawców? To nie lada wyzwanie. W sukurs tym biednym, zagubionym dziewczynom szły liczne organizacje pomocowe i pisma dla służących, najczęściej katolickie, które z jednej strony robiły dla nich dużo dobrego, rzeczywiście przejmując się ich losem, z drugiej jednak kształtowały w nich postawę podległości i pielęgnowania cnoty. Autorka tłumaczy, dlaczego, kiedy na przełomie wieków zaczęto dostrzegać haniebny los służących, mówić o ulżeniu ich doli dzięki uregulowaniu relacji z pracodawcami i zakładać związki zawodowe, większym wzięciem cieszyły się te katolickie, a nie te o socjalistycznym rodowodzie. Działo się tak dlatego, że dla dziewczyn pochodzących ze wsi, a takie stanowiły większość, środowisko kościelne było naturalne.

Druga część książki skupia się na relacjach między służącymi, a paniami i panami. Autorka przyczyn złego traktowania służących przez ich pracodawczynie upatruje w dwóch sprawach. Po pierwsze kobiety, które nie miały ani pieniędzy, ani władzy, bo były zależne od mężów, przenosiły swoją opresję w dół. W relacji z służącą to one wreszcie miały nad kimś władzę i mogły panować nad nią finansowo. Rekompensowały sobie w ten sposób własne niedole. Dlatego ingerowały także w ich życie prywatne. Druga przyczyna oparta jest na podobnym mechanizmie. Wraz z industrializacją na służbę mógł sobie pozwolić niemal każdy. I to właśnie ci stojący najniżej na społecznej drabinie, najsłabiej opłacali służące i najgorzej je traktowali. Bo tylko w konfrontacji z taką osobą rósł ich prestiż, którego w społeczeństwie nie mieli. Łatwo rzucać kamieniem, łatwo się oburzać, ale warto zauważyć, że podobny mechanizm odnajdujemy w dzisiejszym świecie. Przykład pierwszy z brzegu - wraz z demokratyzacją wielkiej mody kupujemy mnóstwo tanich ciuchów w sieciówkach, które naśladują wielkich projektantów, i nie przejmujemy się tym, że za ich niską ceną stoi niewolnicza praca azjatyckich szwaczek. Nie stać nas na rzeczy markowe i drogie, ale możemy być równe, no prawie równe, kobietom, które takie na ciuchy mogą sobie pozwolić. Autorka pokazuje też, jak nieprzygotowane do życia były i panie, i służące. Tych pierwszych nikt nie uczył, jak prowadzić dom, jak zarządzać finansami, te drugie też na początku swojej drogi zawodowej były zielone. Jeśli spotkała się młoda pani domu z dziewczyną, która dopiero zaczynała pracę, nieszczęście gotowe. Służące wolały pracować u takich niedoświadczonych, głupich, jak mówiły, pań, bo było im po prostu łatwiej. 

Osobna sprawa to panowie i panicze. Alicja Urbanik-Kopeć sporo miejsca poświęca seksualnemu wykorzystywaniu służących. Coś, co dziś nazywamy molestowaniem, było na porządku dziennym. Gwałty, romanse, pierwszy raz ze służącą rodziców to norma. Ich konsekwencja to choroby weneryczne i niechciane macierzyństwo. A los służącej z nieślubnym dzieckiem był nie do pozazdroszczenia - nikt jej nie chciał zatrudnić. Nic dziwnego, że najczęściej ich dzieci trafiały do rodziny na wieś albo do przytułków. Osobnym problemem było dzieciobójstwo. Panował stereotyp, że służąca nie ma żadnych hamulców i moralnych zasad, jest rozpustna, kojarzono ją ze zwierzęcymi instynktami i brudem, skoro sprząta brudy państwa. Stąd taka łatwość nadużycia w sytuacji podległości. Dlatego uroda nie była atutem. Znacznie bezpieczniej mogły się czuć te brzydsze. Panie, doskonale zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, wolały zatrudniać nieurodziwe dziewczyny. Pisma dla służących pełne były przestróg i rad. Na niewiele się to jednak zdawało w sytuacji całkowitej podległości. Sporo miejsca poświęca autorka dowcipom w tak zwanych wesołych gazetkach, pocztówkom i filmom erotycznym oraz pornograficznym, których bohaterkami były służące. Stanowiły one obiekt erotycznych fantazji i fascynacji.

Ostatnia część dotyczy prostytucji i codziennej, ciężkiej pracy. Okazuje się, że najwięcej prostytutek rekrutowało się spośród byłych albo obecnych służących. Autorka tłumaczy, jakie mechanizmy powodowały taki stan rzeczy. Pokazuje też budzenie się świadomości, że trzeba zaradzić pierwszemu i drugiemu problemowi. Przytacza dyskusje, jakie przetaczały się przez prasę. I chociaż z czasem niemal wszyscy zgadzali się, że tak dalej być nie może, to kiedy przychodziło do osobistych wyborów, niewielu wyobrażało sobie, że mogłoby zrobić coś, aby ulżyć ciężkiej doli swojej służącej. Znane już były takie wynalazki jak elektryczność, wodociągi, centralne ogrzewanie, które znacznie ułatwiłyby pracę, ale niewielu decydowało się na założenie tych luksusów w swoim mieszkaniu, bo przecież to kosztowało. Podobnie z innymi przyzwyczajeniami, które nie wymagały nakładów finansowych. I znowu nie ma się co dziwić, przecież podobny mechanizm obserwujemy dzisiaj. Niemal wszyscy zdajemy sobie sprawę z nadchodzącej katastrofy klimatycznej, z konieczności zmian i wyrzeczeń, ale kiedy przychodzi do osobistych wyborów, nie wyobrażamy sobie, aby z czegoś zrezygnować - nadal mamy dwa samochody w rodzinie, suw ciągle jest synonimem prestiżu.

Pozwalam sobie na analogie do współczesności, bo po pierwsze nasuwają się same, a po drugie autorka w zakończeniu pisze o tym, że wprawdzie taki świat służących, jaki znamy z dziewiętnastowiecznych przekazów, odszedł do lamusa, to instrukcja nadużycia to dalej podstawowy dokument zatrudnienia. Problemy dziewiętnastowiecznych służących są nadal problemami wielu grup zawodowych. Napięcia klasowe, dyskryminacja płciowa, przymus emigracji zarobkowej, nieformalny sposób zatrudnienia pracowników rodzący nieuniknione patologie (...) to wszystko prowadzi do nadużyć. 

Dorota Kotas "Pustostany"

Długo zbierałam się, aby sięgnąć po głośny debiut Doroty Kotas

"Pustostany" (Niebieska Studnia 2020). Muszę przyznać się do czegoś, do czego być może przyznawać się nie wypada - niechętnie sięgam po beletrystyczne debiuty. Zawsze mam obawy, że debiutancka powieść czy zbiór opowiadań to jednak ryzyko, coś nie do końca trafionego. Oczywiście wiem, że to nieprofesjonalne podejście i krzywdzące - w końcu każdy pisarz kiedyś musiał wydać swoją pierwszą książkę. Zdarzają się przecież debiuty dojrzałe, wiele jest mimo niedoskonałości interesujących. Do "Pustostanów" nie przekonały mnie nawet dwie nagrody, i to nie byle jakie, Conrada i Gdynia, plus nominacja do Nagrody Gombrowicza. Zdanie zmieniłam dopiero po wysłuchaniu wywiadu z autorką przeprowadzonego przez Michała Nogasia w gazetowym podcaście Radio Książki.

Kiedy zaczęłam czytać, najpierw był zachwyt, a wszystko za sprawą języka i klimatu pierwszego opowiadania zatytułowanego Prolog? Najlepiej niech książka powie sama za siebie, więc na początek cytat.

A ja, kiedy zbiegam po schodach z pierwszego piętra, przekręcam dla sportu sparaliżowane gałki wszystkich drzwi po drodze. W ten sposób razem stwarzamy życie. My, którzy żyjemy. (...) Zmarli to moi ulubieni sąsiedzi. Pod drzwiami ich mieszkań, do których nikt już nie wchodzi - bo niby po co, a zresztą i tak nie ma nawet kluczy, żeby tam wejść - leżą wycieraczki nieocenionej jakości. (...) Czasami robię podmianę, kiedy moja wycieraczka jest zniszczona. I nikt nie ma nic przeciwko temu, bo dla zmarłych sprawiedliwość to w dużej mierze kwestia bez znaczenia. Często przychodzą też do nich listy, które otwieram i czytam, żeby się nie zmarnowały.

Mocne wejście w tę powieść nie-powieść, bo niby zbiór opowiadań, a właściwie epizodów, które tworzą jedną całość połączone osobą bohaterki-narratorki, kamienicą, w której mieszka, i miejscem - warszawskim Grochowem, szczególnie okolicami placu Szembeka. Cytat, który przytoczyłam, dobrze oddaje charakter tej prozy. Z jednej strony mocno zanurzonej w rzeczywistości, z drugiej od czasu do czasu skręcającej w stronę groteski, absurdu czy onirycznych scen. Ta rzeczywistość to kamienica, z której okien widać plac Szembeka na warszawskim Grochowie, kamienica, w której prawie nikt nie mieszka, bo większość lokatorów umarła. Narratorka z czułością i uwielbieniem skupia się na drobiazgach. Kieruje swój wzrok na kamienicę, opuszczone mieszkania, sprzęty, które zostały po zmarłych lokatorkach, dla niej stanowiące powód do zachwytu, prawdziwe skarby. Pisze także o handlarzach z placu, o ludziach, których spotyka na swojej ulicy, często drobnych pijaczkach i rozmaitych odmieńcach. To wszystko staje się przedmiotem jej namysłu, zadziwienia, zachwytu. Ale tak naprawdę to ona jest główną bohaterką "Pustostanów", to przez swoją wrażliwość i specyficzne patrzenie na świat przepuszcza otaczającą ją rzeczywistość.

Narratorka, w dużej mierze alter ego autorki, wypisuje się z wyścigu szczurów. Marzy o tym, aby pisać, ale chwilowo na przeszkodzie stoi brak pracowni. Tymczasem pracuje, kiedy już naprawdę musi, ima się najprzeróżniejszych zajęć, bywa, że porzuca je, kiedy się nimi znudzi, wynajmuje pokój w opustoszałej kamienicy, a kiedy właścicielka podnosi czynsz, zajmuje jedno z opuszczonych mieszkań. Jest minimalistką, niewiele posiada, swój dobytek może spakować do kilku reklamówek. Ma za to dużo wolnego czasu, który poświęca obserwacji otaczającego ją świata i zajęciom, które jakoś same wpadają jej w ręce, a które zwyczajnemu człowiekowi (Ale kto właściwie jest zwyczajnym człowiekiem?) mogą wydać się niepotrzebne, absurdalne albo bezsensowne. To jej sprawia radość. Egzystencja bohaterki wydaje się być jedną wielką improwizacją. Jeśli wstaje rano i nie wie, co ma zrobić na śniadanie, to postanawia od razu ugotować obiad, na który ma pomysł. W pierwszą niehandlową niedzielę kupuje sobie coś na jednym z portali. Nie żeby dotąd pasjami odwiedzała galerie handlowe w niedzielne przedpołudnia, tylko ot tak z przekory. Radość sprawia jej sam proces, samo dzianie się i dlatego nieważne jest, że leginsy, które ostatecznie kupuje, ani nie są jej przesadnie potrzebne, ani niespecjalnie grzeszą urodą. Innym razem postanawia sprzedać monety i roi sobie, ile za nie dostanie. Jeszcze kiedyś prowadzi korespondencję w imieniu zmarłej mieszkanki kamienicy. Tym zajęciom towarzyszy fantazjowanie, rodzaj dziecięcej naiwności i zabawy. Tak jest, kiedy wyobraża sobie, że podejmie pracę w kiosku Ruchu, o czym od dziecka marzyła. Tak, teraz wydaje mi się, że właśnie to postrzeganie świata trochę jak postrzega go dziecko jest jednym z kluczy do bohaterki. Podobnie pisze nawet o sprawach poważnych i nieprzyjemnych, bo i takie jej się przytrafiają. Czasem narratorka ucieka w świat nierealny, odkształca rzeczywistość, aby po chwili do niej wrócić. 

Ale na końcu łyżka dziegciu. Z czasem zaczęłam się jednak trochę nużyć. Problem w tym, że opowiadania są nierówne. Obok świetnych, budzących zachwyt, co w dużej mierze jest zasługą języka, zdarzają się nieciekawe. Dzieje się tak, kiedy raptem język staje się zwyczajny i prosty, wtedy cała magia gdzieś znika. Tymczasem Dorota Kotas wydała już drugą książkę, "Cukry", która też zbiera raczej pozytywne recenzje. Ostatecznie postanowiłam, że ją przeczytam. Trochę z ciekawości, trochę zachęcona "Pustostanami".

"Minari"

Miałam iść na "Sweat", ale w tym tygodniu grają go w moim ulubionym kinie tylko na wieczornych seansach, więc wybrałam się na "Minari", amerykański film nakręcony przez urodzonego w Stanach Lee Isaaca Chunga, reżysera, jak przypuszczam, o koreańskich korzeniach. Obraz nominowany był do licznych nagród, także do kilku kategorii oscarowych. Triumfował na Sundance. To opowieść o rodzinie koreańskich imigrantów. Po dziesięciu latach pobytu w Kalifornii, gdzie ciężko harowali na fermie kurcząt, postanawiają przenieść się do Arizony. Właściwie jest to decyzja Jacoba, głowy rodziny, który postanowił spełnić swoje marzenie - kupił ziemię i chce hodować warzywa, które będzie sprzedawał okolicznym koreańskim sklepikarzom oraz restauratorom. W ten sposób wreszcie się odkuje, spełni się jego amerykański sen - będzie pracował na swoim, dorobi się. Uważny widz zorientuje się, że to czasy prezydenta Reagana, kiedy jeszcze można było wierzyć, że w Ameryce każdy jest kowalem swojego losu, wystarczy tylko chcieć. 

Niestety rzeczywistość nie zawsze układa się tak, jakbyśmy chcieli. Dziś, kiedy neoliberalna ekonomia zbankrutowała, wiemy, że nie wszystko jednak od nas zależy. Od początku pojawiają się problemy. Ziemia jest na odludziu, dom okazuje się dużą przyczepą, brakuje wody. Odległość powoduje kolejne komplikacje, których już nie powinnam zdradzać. 

Ta słodko-gorzka historia tocząca się niezbyt spiesznie, skupiona na detalach - kamera szczególnie pięknie pokazuje przyrodę, która stanowi kontrast dla brzydkiego wnętrza domu i bylejakości amerykańskiego prowincjonalnego miasteczka - jest opowieścią o kilku sprawach.  Jedną z nich jest konflikt dotyczący wizji życiowej drogi. Czy lepiej żyć w miarę spokojnie, poprzestając na małym, czy ryzykować i próbować realizować marzenia za wszelką cenę? Dla Jacoba dążenie do sukcesu, do poprawienia losu rodziny to potwierdzenie jego sprawczości i męskości. A że robi to, nie licząc się ze zdaniem bliskich? Przy okazji do głosu dochodzą zadawnione pretensje pomiędzy małżonkami. To także opowieść o rodzinie. Codziennych problemach, z którymi się mierzy, kryzysie, wreszcie nawiązywaniu międzypokoleniowej więzi. Jednym z wątków jest także sytuacja dzieci, które płacą cenę za realizację marzeń ojca. Samotność, odciążanie dorosłych zajętych pracą. To ostatnie dotyczy starszej siostry.

Obejrzałam "Minari" z przyjemnością, ale nie przypuszczam, aby ten film jakoś szczególnie zapadł mi w pamięć. Na pewno w głowie zostanie mi kilkuletni David, no ale dobrze prowadzony dziecięcy aktor to pewniak, i jego niekonwencjonalna babcia (grająca ją Yuh-Jung Youn dostała Oscara za drugoplanową rolę żeńską). Gdzieś mignęło mi zestawienie "Minari" ze "Złodziejaszkami" Hirokazu Koreedy. Rzeczywiście oba filmy zrobione zostały w podobnej poetyce i oba opowiadają o rodzinie, o codzienności, ale ja nie mam wątpliwości - "Złodziejaszki" widziałam dwukrotnie, podobnie jak inne filmy Koreedy. Mimo że "Minari" również pokazuje dramatyczne zapętlenie, to jakoś bardzo mnie nie poruszył. Słodycz zwycięża nad goryczą, łagodząc kanty losu. Na plus zapisuję otwarte zakończenie. 

Jessica Bruder "Nomadland. W pogoni za pracą"

Kiedy tylko w zapowiedziach wydawniczych zobaczyłam reportaż

amerykańskiej dziennikarki Jessici Bruder "Nomadland. W pogoni za pracą" (Czarne 2020; przełożyła Martyna Tomczak), wiedziałam, że muszę go przeczytać. Jest znakomitym uzupełnieniem książki "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast" Matthew Desmonda. Obie pozycje to lektury obowiązkowe, bo pozwalają lepiej zrozumieć to, co dzieje się w Stanach. Dlaczego wyborcy w kraju uchodzącym za ostoję demokracji i światowe imperium, wybrali sobie na prezydenta kogoś takiego jak Trump i mimo kompromitującego stylu, w jakim odchodzi, nadal rzesza jego zwolenników przy nim trwa?

Jessica Bruder opowiada o zjawisku, o jakim w zasadzie nie miałam pojęcia, a już na pewno nie o jego skali. To historia ludzi, którzy dom zamienili na kamper i podróżują po kraju w poszukiwaniu dorywczej pracy. Być może brzmi to romantycznie i wielu z tych współczesnych amerykańskich nomadów dorabia do swojej decyzji taką otoczkę i wychwala wolność, jaką im ona przyniosła, ale najczęściej ich codzienność romantyczna bywa tylko czasami, kiedy na przykład spotykają się na organizowanych przez siebie zjazdach albo przez chwilę wieczorem, gdy, powiedzmy, podziwiają zachód słońca w jakimś ładnym miejscu, w którym zatrzymali się swoim kamperem. Codzienność niesie mnóstwo problemów, a przyszłość rysuje się mocno niepewnie. Ale moim zdaniem najgorszy chyba jest jednak brak perspektywy na zmianę sytuacji. Oni nie mają przed sobą innej drogi!

Wprowadzając w tematykę książki Jessici Bruder, celowo trochę upiększyłam rzeczywistość, a właściwie nie napisałam o kilku istotnych szczegółach. Po pierwsze w zdecydowanej większości przypadków ci ludzie nie dokonali takiego wyboru, bo taki mieli kaprys, ale zrobili to dlatego, że nie mieli innego wyjścia. Sytuacja ekonomiczna sprawiła, że nie byli w stanie utrzymać domu, nie stać ich było na wynajęcie mieszkania i przenosiny do domu na kółkach stały się koniecznością. Inną alternatywą być może była ulica, czyli bezdomność. Co ciekawe, oni sami nie nazywają siebie bezdomnymi, ale bezmiejscowymi. Po drugie napisałam, że zamienili dom na kamper. Tak, ale tylko nieliczni, ci, których na kamper i jego utrzymanie stać. Pozostali muszą zadowolić się przyczepą kempingową albo jakimkolwiek pojazdem, który da się przystosować do zamieszkania. Niektórzy zaczynali swoje życie nomady po prostu w swoim samochodzie albo nawet w namiocie. Po trzecie większość z nich to ... emeryci. Ludzie po sześćdziesiątce albo nawet po siedemdziesiątce. Co ich czeka, kiedy nie starczy im sił, aby pracować? Kiedy zachorują? Dlaczego znaleźli się w takiej sytuacji? Po kryzysie z 2008 roku oszczędności wyparowały, a emerytury mają tak marne, że nie tylko nie stać ich na utrzymanie domu, ale zmuszeni są do pracy i właśnie w poszukiwaniu tej pracy przemierzają Stany. Niektórym powinęła się noga i w takiej sytuacji znaleźli się na przykład w wyniku rozwodu. Zdarzają się wśród nomadów pary, a także, na szczęście rzadko, rodziny z dziećmi albo matka z dzieckiem. Jeśli, czytelniku tej notki, myślisz, że w takiej sytuacji znaleźli się ludzie, którzy wykonywali jakieś niskopłatne prace, to jesteś w błędzie. Oczywiście są i tacy, ale wielu z nich było dyrektorami, inżynierami, nauczycielami, jednym słowem pracowali w zawodach, które powinny zapewnić stabilną przyszłość. Wreszcie po czwarte praca, jaką wykonują. Najczęściej zajęcie znajdują w magazynach Amazona, w rolnictwie, na przykład przy zbiorach buraka cukrowego, albo w sezonie na kempingach w licznych amerykańskich parkach narodowych. Robota jest ciężka, nawet niewyobrażalnie ciężka, a zarobki nie takie znowu rewelacyjne. Zjawisko jest na tyle powszechne, że w Stanach odbywają się specjalne targi, na których takie firmy poszukują sezonowych pracowników. Amazon tworzy nawet specjalne parkingi, gdzie mogą się zatrzymać swoim domem na kółkach.

Jessica Bruder, aby zgłębić temat, przez trzy lata towarzyszyła bohaterom tej książki w ich koczowniczym życiu. Sama zamieszkała w przyczepie i przez jakiś czas zatrudniała się do takich sezonowych prac. Na własnej skórze poznała trudności, jakie niesie mieszkanie w kamperze. Rzeczywiście niektóre trudno sobie wyobrazić. Na przykład, gdzie zatrzymać się na noc, jeśli jest się w trasie? Na kempingu, powiesz czytelniku tej notki. Nie, bo po pierwsze ich nie stać, a po drugie kempingi są przecież tylko w miejscach turystycznych. Parkować nocą trzeba więc nielegalnie, ryzykując mandat, a czasem jakąś niebezpieczną sytuację. Coraz trudniej być nomadą, bo stany albo miasta utrudniają im coraz bardziej życie. Inne kłopoty? Dbanie o higienę, awarie, choroby, zimno, kiedy spada temperatura, i wiele innych spodziewanych i niespodziewanych zdarzeń. Czy jest coś optymistycznego w tej sytuacji? Tak - nomadzi tworzą społeczność, która sobie pomaga. Zawierają przyjaźnie, czasem podróżują w grupach, umawiają się na wspólną pracę i wspólne biwakowanie. I wtedy mogą na siebie liczyć, jeśli zdarzy się coś przykrego. Życie ułatwia im oczywiście internet, gdzie znajdują porady, wskazówki, ostrzeżenia, strony i fora dla takich jak oni.

To oczywiście nie wszystko. Jessica Bruder, podobnie jak Matthew Desmond, łączy opowieść o konkretnych ludziach z podbudową teoretyczną - socjologiczną, ekonomiczną i historyczną (Zjawisko nie jest w Stanach nowe - po raz pierwszy pojawiło się w czasie wielkiego kryzysu w latach trzydziestych zeszłego wieku.) Znakomita, bardzo ciekawa książka. Kolejna, która dekonstruuje amerykański mit. Mit kraju, gdzie, jeśli tylko mocno chcesz, osiągniesz wszystko. Gdzie sam sobie jesteś sterem, żeglarzem, okrętem i uwielbiasz ten stan, bo wolność i indywidualizm cenisz sobie ponad wszystko. Gdzie droga od pucybuta do milionera jest możliwa.

A na koniec jeszcze cytaty, które gorzko komentują problem. Pierwszy pochodzi z "Rzeźni numer pięć" Kurta Vonneguta, a wrzuciły go na swój Facebook dwie bohaterki książki.

Ameryka jest najbogatszym krajem na Ziemi, ale jej obywatele to przeważnie ludzie biedni i tych biednych Amerykanów uczy się nienawiści do samych siebie. (...) Każdy inny naród ma w swoich tradycjach ludowych bohaterów, którzy byli biedni, ale niezwykle mądrzy i dzielni i dlatego bardziej godni szacunku niż możni i bogacze. W Ameryce biedacy nie mają takich opowieści. Zamiast tego szydzą z siebie i gloryfikują bogaczy. 

Drugi, też z Facebooka, zamieszczony po śmierci jednej z nomadek.

Wreszcie uwolniłaś się od długów i znalazłaś swój wieczny dom! Już nigdy nie będziesz marzła na pustyni ani w Kansas. Żadnych więcej ciasnych przestrzeni. 

"Nie ma nas w domu"

Liczba filmowych premier nieco przyhamowała. Mogę odetchnąć z ulgą. W ten weekend nie miałam wątpliwości, na co wybiorę się do kina. To oczywiście najnowszy film Kena Loacha "Nie ma nas w domu". Nie interesowało mnie, co napiszą recenzenci, interesował mnie temat i reżyser - czuły na sprawy społeczne, ujmujący się w swoich filmach za pokrzywdzonymi, biednymi, wyrzuconymi za margines. 


Kim dziś są bohaterowie Kena Loacha? To zwyczajna angielska rodzina. Ricky i Abby oraz ich dwoje dzieci, nastolatek Seb i nieco młodsza Lisa Jane. Mieszkają w wynajętym mieszkaniu. Nie jest to zapleśniała nora, ale też żadne luksusy. Ciasne pokoje, malutka kuchnia, proste meble, gdzieniegdzie łuszczy się farba. Marzą o własnym mieszkaniu, o lepszej przyszłości dla swoich dzieci. Pracują, nie obijają się. Ona opiekuje się starszymi, schorowanymi osobami. Ma kilkoro podopiecznych w różnych częściach miasta, wędruje od jednego do drugiego. Wpada do nich w porze śniadania, obiadu i kolacji. Pomiędzy ma jakieś przerwy. Co z tego, kiedy nie jest łatwo wrócić w tak krótkim czasie do domu, szczególnie jeśli z konieczności korzysta się z miejskiej komunikacji, a przecież często wypada jeszcze coś nieoczekiwanego i nie można zostawić podopiecznego. Nie jest jasne, czy Abby pracuje w opiece społecznej, czy w jakiejś prywatnej firmie. W każdym razie to praca ciężka, często niewdzięczna. Powiedzmy sobie wprost - w takiej formie jest zwyczajnym wyzyskiem. Ale Abby lubi swoich podopiecznych, daje im znacznie więcej niż tylko opiekę. Daje im swój czas, uwagę, czułość, cierpliwość. Taka sama jest dla dzieci i męża. 


Ale prawdziwym niewolnikiem staje się jej mąż, Ricky. Wpada w zręcznie zastawione sidła firmy kurierskiej. Mamiony pracą na własny rachunek, wielkimi zarobkami i całą tą kapitalistyczną czy korporacyjną nowomową - pracujesz nie dla nas, ale z nami, jesteś częścią naszego zespołu, bla, bla, bla. Żałuję, że nie udało mi się zapamiętać więcej z kwiecistej przemowy wygłoszonej pewnym siebie, nieco agresywnym tonem przez faceta przyjmującego Ricka do pracy, który tak oto stał się współczesnym niewolnikiem. Kto interesuje się problemami społecznymi, kto czyta i słucha, ten wie, co stanie się dalej. Coraz bardziej wyśrubowane normy, praca od rana do nocy, trudności z dostarczeniem przesyłek, wredni klienci, żadnych urlopów, żadnego chorowania, a w związku z tym żadnego życia prywatnego. Jesteś maszyną, nie człowiekiem. Paczki muszą być dostarczone, firma musi zarabiać, a że tobie skapnie z tego jakiś marny ochłap, nikogo nie obchodzi. A to nie koniec pułapek, jakie taka forma zatrudnienia zastawiła na Ricka. Wystarczy jakiś pech, większy czy mniejszy, o który, co pokazuje film, a dopowiada nam wyobraźnia, wcale nietrudno, aby wpaść w prawdziwe kłopoty. Strata dniówki, jakieś kary finansowe, gorszy rejon. Dlaczego Rick nie odejdzie? Bo tak działa ten system - gdyby rzucił pracę i tak musiałby spłacić zobowiązania, które zaciągnął w firmie. Dlaczego je zaciągnął? Aby móc pracować. I tak koło się zamyka. Dlatego nieważne, co się dzieje, jak się czuje, czy jest chory - musi harować, harować, harować. 

Ta sytuacja rujnuje nie tylko Ricka, rujnuje całą rodzinę. Już wcześniej nie było łatwo, teraz stało się beznadziejnie. Widzimy jak krok po kroku destrukcji ulegają więzi pomiędzy bliskimi. Dzieci zostawione same sobie, widywane tylko rano i wieczorem, kiedy na nic nie ma już siły. Za cały kontakt musi starczyć rozmowa telefoniczna. Instrukcje osładzane miłym słowem. Abby naprawdę się stara i naprawdę kocha swoje dzieci. Nie trzeba długo czekać, aby zaczęły się poważne kłopoty. Problemy w domu, powodują jeszcze większe problemy w pracy. Jeśli chcesz naprawić jedno, zawalasz drugie. I tak w kółko. Naprzeciwko siebie masz bezdusznego szefa. Przecież każdy ma jakieś rodzinne kłopoty, gdybym się nad nimi pochylał, kto by pracował? Kto by zasuwał? Psuć zaczyna się też między Abby i Rickiem. Nie, nie zdarza się żadna wielka katastrofa. Po prostu nie mają dla siebie czasu, cierpliwości, zaczynają się wzajemnie oskarżać, łatwo wybuchają gniewem. A przecież to dobrzy, mili, ciepli ludzie. Chcą jak najlepiej, starają się, wspierają, jednak na naszych oczach ich świat zaczyna się rozpadać. Ale może najgorsze jest to, że Rick traci autorytet w oczach syna. Ile warte są jego słowa o tym, aby się uczył, poszedł na studia, miał lepszą pracę. Seb widzi, co się dzieje, zaczyna pewnie rozumieć, że jego przyszłość, nawet jeśli zdobędzie wykształcenie, będzie podobna. Wiadomo, że może co najwyżej skończyć jakąś marną uczelnię, a i to zaciągając studencki kredyt. Dlatego buntuje się. Tak jak potrafi.
Nie będzie pocieszenia. Abby, Rick i ich rodzina znaleźli się w matni, w sytuacji bez wyjścia.  A na horyzoncie nie widać nikogo, kto mógłby im pomóc. 

To film o prekariuszach, biednych pracujących, których spotykamy codziennie, niekoniecznie zastanawiając się nad ich losem. I choćbym nie wiem, jak się starała, sama od czasu do czasu, a może częściej niż mi się wydaje, uczestniczę w tym wyzysku. Dlatego oglądałam film Kena Loacha z zapartym tchem, mimo że znam problem, bo sporo na ten temat czytam i słucham. Ale rozpisany na konkretną rodzinną sytuację porusza i budzi gniew. To nie cyferki, statystyki, ale ludzie - Abby, Rick, Seb i Lisa Jane. Że jednej rodzinie nie mogło się na raz tyle nieszczęść przytrafić? Nawet jeśli tak jest, chociaż wcale nie mam takiego przekonania, to historia została tak opowiedziana, że zupełnie się tego nie czuje. Dla mnie film Kena Loacha nie jest ani nachalnie dydaktyczny, ani poczciwy w swojej naiwności i szlachetnych intencjach, ani nie pokazuje problemu w sposób wyolbrzymiony. To głos protestu. W końcu co byłaby warta sztuka, jeśli przynajmniej od czasu do czasu nie ujmowałaby się za słabymi, wykluczonymi, biednymi. "Nie ma nas w domu" koniecznie trzeba obejrzeć.

Marta Madejska "Aleja Włókniarek"

Od dawna zabierałam się za przeczytanie zbierającego bardzo dobre recenzje historycznego reportażu Marty Madejskiej "Aleja Włókniarek" (Czarne 2018), ale stale wypadało coś pilniejszego, coś, co nęciło bardziej niż opowieść o łódzkich włókniarkach. Jeszcze kilka lat temu pewnie nie spojrzałabym w kierunku takiej książki. Przecież na lekcjach historii najnudniejsza była wiedza o gospodarce. Tymczasem reportaż Marty Madejskiej czyta się z zapartym tchem. Oprócz danych statystycznych, które w tego typu pozycji muszą się pojawić, króluje historia i historie kobiet, łódzkich włókniarek. Z anonimowej masy autorka wyszukuje konkretne opowieści i relacje, jakie zachowały się w rozmaitych archiwach. Robotnice łódzkich fabryk zyskują imię, czasem nazwisko i wiek. 

Nie było łatwo, bo kobiety w historii przecież nie istniały, spychane na margines, poza nawias. Dlatego pewnie, o ironio, jedną z dłuższych ulic w Łodzi, wielopasmową arterię, w roku 1977 nazwano aleją Włókniarzy, a przecież to przede wszystkim kobiety pracowały w przemyśle włókienniczym! Kiedy w pierwszym rozdziale swojej książki autorka przywołuje powieści, których akcja rozgrywała się w przemysłowej Łodzi, w tym tę najbardziej znaną i najważniejszą, "Ziemię obiecaną" Władysława Reymonta rozsławioną przez film Andrzeja Wajdy, z niedowierzaniem zauważa, że wśród bohaterek właściwie nie ma robotnic! Z bezimiennego tłumu wybija się tylko jedna - Zośka Malinowska, którą upatrzył sobie fabrykant Kessler (w filmie gra go Zbigniew Zapasiewicz) na jedną ze swoich orgii. Ale to postać epizodyczna, autor nie poświęcił jej w powieści zbyt wiele miejsca. Może bardziej pamiętamy Zośkę z filmu, chociaż pewnie nie tyle ją, ile scenę, kiedy jej ojciec mści się na Kesslerze, wrzucając go w tryby maszyny, którą obsługuje. Dlatego Marta Madejska stara się wydobyć z niebytu kobiety-włókniarki, oddać należną im pamięć i uwagę. Bo to przecież one w dużej mierze tworzyły historię tego miasta i tego przemysłu. Ta książka wpisuje się w budzący się trend historii ludowej, której bohaterami są zwykli ludzie, nie tylko kobiety jak w tym wypadku. Trudno też nie zestawić jej z innym, także arcyciekawym, reportażem historycznym "Służące do wszystkiego" Joanny Kuciel-Frydryszak, o którym jakiś czas temu pisałam.

Marta Madejska rozpoczyna swoją opowieść od początku, od czasów, kiedy Łódź z niewielkiej osady zaczęła przekształcać się w miasto przemysłowe, ośrodek przemysłu włókienniczego. Wędruje przez wiek XIX-y, początek XX-ego, szczególnie skupiając się na zapomnianej rewolucji 1905 roku, potem przez okres po odzyskaniu niepodległości i czasy wojny, aby przejść do lat tuż powojennych  i okresu PRL-u, aż wreszcie kończy tę historię, bardzo smutno, transformacją lat dziewięćdziesiątych, kiedy  zlikwidowano wiele włókienniczych zakładów. W ten sposób otrzymujemy nie tylko historię kobiet, która jest tu oczywiście najważniejsza, ale także przy okazji  miasta, przemysłu włókienniczego i Polski. Autorka pisze o ciężkich warunkach pracy - w hałasie, pyle, wilgoci, bez wytchnienia, na nogach, w biegu, często na trzy zamiany. O protestach i strajkach tych znanych i znacznie częściej tych zapomnianych, które wydobywa z niebytu. Wszystkie były buntem i walką o lepsze warunki pracy, o przestrzeganie tego, co teoretycznie robotnicom przysługiwało, i o wyższe zarobki, a w czasach PRL-u także o lepsze zaopatrzenie sklepów, bo nie dość, że pensje niskie, że inflacja, to włókniarki zmęczone  wyczerpującą pracą wystawały w wielogodzinnych kolejkach, aby kupić kawałek mięsa. Często stały na darmo, bo kiedy już zbliżały się do lady, towar się kończył. Autorka pisze też o powszechnym, niezależnie czy to wiek XIX-y czy XX-y, mobbingu i wykorzystywaniu seksualnym robotnic przez właścicieli fabryk i majstrów. Opowiada o warunkach życia, o organizacji dnia, opiece nad dziećmi, która często wymagała niezwykłej ekwilibrystyki, o wszystkich codziennych domowych pracach. No i o tym, skąd do Łodzi przybywały te rzesze dziewczyn i młodych kobiet. Dlaczego tam ciągnęły i zatrudniały się w licznych fabrykach. A wszystko to bardzo konkretne, usiane świadectwami robotnic, o których już wspominałam, ale także, co ciekawe, często anonimowymi wierszami i pieśniami będącymi świadectwem ciężkiego losu i przejawem buntu. Całość niezwykle ciekawa i odkrywcza.

Ale na koniec nie mogę nie podzielić się refleksją, jaka towarzyszyła mi na każdym etapie lektury "Alei Włókniarek". Mimo że banalną, to jednak przytłaczającą. Świat był, jest i będzie niesprawiedliwy - tylko nieliczni, uprzywilejowani, żyją sobie bardziej lub mniej wygodnie, niektórzy nawet pławią się w luksusie, a ludzkie masy harowały, harują i będą harować za marne grosze, w znoju i trudzie, niewiele więcej mając z życia. I dobrze jeśli w ogóle pracę mają. Bo przecież jeszcze niżej w hierarchii byli, są i będą wszyscy bezrobotni, bezdomni, uchodźcy, ekonomiczni migranci, wszyscy wykluczeni, ludzkie odpady. Rzadko, chociaż przecież coraz częściej, są bohaterami opowieści, rzadko ich słuchamy, oddajemy im głos, poświęcamy im swoją uwagę. I po co to wszystko?

"Córka trenera"

Nadal nie widziałam ani "Kafarnaum", ani "Ułaskawienia", za to wybrałam się na "Córkę trenera" Łukasza Grzegorzka. Podobał mi się jego poprzedni, debiutancki film "Kamper" z Martą Nieradkiewicz i Piotrem Żurawskim. Ponieważ, co sprawdziłam, widziałam go tuż przed wakacyjnym wyjazdem, poświęciłam mu na tych łamach tylko kilka linijek przy okazji innego filmowego wpisu. A o "Córce trenera" słychać było trochę jeszcze przed Gdynią - wielu recenzentów narzekało, że film Grzegorzka nie dostał się na festiwal. Teraz też zbiera raczej dobre recenzje. Nawet Tadeusz Sobolewski poświęcił mu parę dni temu swój tekst, a wiadomo, że on pisze już tylko o tym, co zwróciło jego uwagę. No a Jacek Braciak, grający główną rolę męską, był gościem ostatniego Tygodnika Kulturalnego. Po wysłuchaniu tej rozmowy zdecydowałam się obejrzeć "Córkę trenera".

Jest to prosta, bezpretensjonalna historia o siedemnastoletniej Wiktorii, która trenuje tenis pod okiem swojego ojca. Są wakacje, a oni przemierzają Polskę, podążając z turnieju na turniej. Większość z nich rozgrywana jest na prowincji, więc jeżdżą od Oławy, przez Bielsko do Mrągowa. Tenis to sport kosztowny, dlatego mieszkają w przydrożnych motelach, w domkach kempingowych i innych podobnych miejscach. To i tak dobrze, bo niektórych zawodników nie stać nawet i na to - nocują w samochodzie. Mały światek, wszyscy się znają, te same twarze, żadnego blichtru, żadnego high lifu , żadnych pieniędzy, na trybunach pustki. Zamiast Wimbledonu szarość prowincji. Stale w drodze, monotonne, ciężkie treningi, wieczne wyrzeczenia. Tego nie można, tamtego nie można, zero prywatnego życia. A sukces bardzo niepewny. W końcu Radwańskich czy innych Williams jest niewiele. Na szczyt dotrą nieliczni. Znałam i znam kilka osób uprawiających ten sport w podobny sposób jak bohaterka filmu i zawsze, kiedy o nich myślę, zastanawiam, czy warto. Czy warto stawiać wszystko na jedną kartę. Odbierać dziecku czy nastolatkowi swobodę, przyjaźnie i wszystko, co składa się na zwyczajne życie. A łączenie tego ze szkołą to dopiero horror! Jako realistka twardo stąpająca po ziemi uważam, że szkoda czasu i wysiłku. No ale gdyby wszyscy tak myśleli, skąd braliby się mistrzowie?

Historia opowiedziana przez Grzegorzka, który, jak czytam, zna ten świat od podszewki, bo sam był takim zawodnikiem, jest dość przewidywalna. To opowieść o relacji córki i ojca. Wiadomo - ojciec-trener lokuje w Wiktorii wszystkie swoje sportowe nadzieje i ambicje. Kocha i tyranizuje, zmusza do katorżniczej pracy, stawia wszystko na jedną kartę, ogranicza. Bywa cholerykiem, ociera się o śmieszność. Sam siebie też nie oszczędza. Świadomie i na zimno rezygnuje z życia osobistego. Wszystko podporządkowane jest treningom i zawodom. A Wiktoria pod wpływem pewnych zdarzeń zaczyna dostrzegać, że poza tenisem też jest życie. I o tym ścieraniu się, wzajemnym mocowaniu opowiada "Córka trenera". Świetni są Jacek Braciak i Karolina Bruchnicka grająca Wiktorię. W znaczących epizodach pojawiają się Agata Buzek i Piotr Żurawski.

I niby wszystko jest w porządku, ale ... jakoś nie zachwyca. Obejrzałam, jak lubię pisać, bez przykrości, ale też bez emocjonalnego zaangażowania. Jakoś ta historia przeszła obok mnie, nie dotknęła. Nie po drodze nam ze sobą. Czy dlatego, że sport specjalnie mnie nie interesuje? A może dlatego, że temat toksycznych relacji z rodzicami jest mi obcy? Szczęśliwie nie miałam rodziców tyranów, którzy pakowaliby we mnie wszystkie swoje ambicje. I nawet jeśli nie spełniłam ich oczekiwań, szczególnie ojca, co jest prawdopodobne, to nigdy nie dali mi tego odczuć. A może to jednak wina filmu? Bo zbyt letni, bo taki bezpretensjonalny? Nie wiem. Tak czy siak wyszłam trochę rozczarowana i nieco znudzona. Gdybym nie zobaczyła, dziury w niebie by nie było.

Joanna Kuciel-Frydryszak "Służące do wszystkiego"

Dziękuję wszystkim, którzy zwrócili moją uwagę na książkę Joanny Kuciel-Frydryszak


"Służące do wszystkiego" (Marginesy 2018). Na pewno byli to niezawodni dziennikarze z TOK FM. Czy ktoś jeszcze, nie pamiętam. Kupiłam, połknęłam jednym tchem i wszystkim polecam. Ta książka bardzo dobrze rymuje się z moimi ostatnimi lekturami dotyczącymi pracy - z "Urobionymi" Marka Szymaniaka i "Nie hańbi" Edyty Gietki. Jak słyszałam, "Służące do wszystkiego" wpisują się też w nurt opowieści o tak zwanej ludowej historii, czyli historii opowiadanej z perspektywy niższych warstw społecznych. W Polsce nie doczekaliśmy się dotąd takiego kompendium jak "Ludowa historia Stanów Zjednoczonych" Howarda Zinna (spoczywa w czeluściach czytnika i cierpliwie czeka na swoją kolej). My zadowolić się musimy pojedynczymi pozycjami mieszczącymi się w tym nurcie - to obok książki Joanny Kuciel-Frydryszak znakomite "Bieżeństwo" Anety Prymaki-Oniksz i "Aleja włókniarek" Marty Madejskiej (świeży nabytek, też czeka w czytniku na swój czas). Dla porządku wyjaśniam, że te tytuły podaję za mądrzejszymi ode mnie (jak zwykle radio).

Kim są służące do wszystkiego? To, jak łatwo się domyślić, służące. Dlaczego do wszystkiego? Bo kiedy w czasie pierwszej wojny światowej zaczęło zmieniać się wszystko, kiedy społeczeństwo w swojej masie zbiedniało, liczną służbę, pokojówki, kucharki, niańki, guwernantki, praczki, kamerdynerów, lokajów i innych, na jaką kiedyś mogły pozwolić sobie lepiej sytuowane rodziny, zastąpiła najczęściej jedna służąca - służąca do wszystkiego. Terminu tego nie wymyśliła autorka, przywołuje go za ówczesną prasą, gdzie tego typu określenia pojawiały się w ogłoszeniach. To właśnie one są bohaterkami tej książki. Joanna Kuciel-Frydryszak przede wszystkim skupia się na okresie międzywojnia, ale doprowadza opowieść do końca - dwa ostatnie rozdziały poświęca losom służących w czasie drugiej wojny i w PRL-u, kiedy służba w takim pojęciu jak kiedyś przestała w naszym kraju istnieć. Jeśli już kogoś było na nią stać, to była to dochodząca pomoc domowa. A wcześniej?

No właśnie. Służące przewijają się przez karty literatury i przez kinowe ekrany. Ale czy zdajemy sobie sprawę, jak wyglądał ich los? Ja nie wiedziałam. Najczęściej wyjeżdżały z rodzinnej wsi do miasta za pracą jako młode dziewczyny, właściwie dzieci - piętnastolatki, nieraz młodsze. Trafiały do rozmaitych agencji, pośrednictw albo do rajfurek (to określenie nie oznacza w tym przypadku tego, z czym być może, czytelniku tej notki, kojarzysz je sobie) i wystawiane były niemal na sprzedaż. W Krakowie jedno z takich miejsc to okolice pomnika Adama Mickiewicza na Rynku - dziś punkt spotkań, raczej turystów niż miejscowych. Nie był to w dosłownym znaczeniu handel żywym towarem, ale proceder wybierania służącej bardzo go przypominał. Tyle, że nikt nikogo nie kupował. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo służąca stawała się po prostu, nie bójmy się tego słowa, niewolnicą. Z chwilą kiedy przekraczała upragnione progi swojego pracodawcy, przestawała mieć jakiekolwiek prawa, miała za to ogromne obowiązki. O życiu osobistym mogła zapomnieć. Harowała na okrągło od bladego świtu do późnej nocy, bez dnia wolnego, bez urlopu, na starość kończyła albo u rodziny, albo w przytułku dla ubogich, czasem dla byłych służących. Jeżeli miała tak zwane wychodne, znane choćby z sympatycznej piosenki Dziś panna Andzia ma wychodne, to ograniczało się ono do kilku godzin jednego popołudnia. Ponieważ była do wszystkiego, sprzątała, robiła zakupy, gotowała, zmywała naczynia, prała, ścieliła łóżka, usługiwała domownikom, na przykład podawała i odbierała płaszcze, panu zdejmowała buty, nieraz opiekowała się też dziećmi, a jeśli do państwa przychodzili goście, spadało na nią mnóstwo dodatkowej pracy. Jednym słowem robiła wszystko bez chwili odpoczynku. Najczęściej nie miała swojego pokoju, spała w kuchni, gdzie też się myła, bo z łazienki państwa korzystać nie mogła. Jeśli mieszkanie miało osobny pokój dla służby, był on najczęściej mikroskopijnych rozmiarów i bez okna. Symbolem rozwarstwienia społecznego są w kamienicach schody kuchenne - osobna klatka schodowa, którą wchodziło się do mieszkania od kuchni. Przeznaczona była dla służby, dostawców, domokrążców i ludzi, którzy przyszli coś naprawić. Ale jeśli pan domu lub jego synowie wracali do domu późno, bywało, że aby nie budzić domowników, korzystali właśnie z tego wejścia. Jeżeli służąca spała w kuchni, budzili ją, ale to przecież nie miało jakiegokolwiek znaczenia. Symbolem protekcjonalnego traktowania i odczłowieczenia było powszechne nazywanie służących naszymi Kasiami i Marysiami. Często pani domu godząc nową dziewczynę, nie zaprzątała sobie głowy jej prawdziwym imieniem, nazywała ją tak, jak miała na imię jej poprzedniczka. Los tych dziewczyn i kobiet nie wygląda tak sympatycznie jak w literaturze czy filmie. Tajemnicą poliszynela było molestowanie seksualne służących przez pana domu czy jego dorosłych synów. Pierwszy raz z służącą nie był czymś dziwnym. Skalę zjawiska trudno zbadać. Warto dodać, że kiedy po pierwszej wojnie w krajach Zachodu czy w Stanach stosunki pomiędzy służbą a państwem stawały się bardziej demokratyczne, a przede wszystkim służba nie wyręczała swoich chlebodawców we wszystkim, Polki nie wyobrażały sobie, że mogłyby przejąć na siebie część obowiązków. Nie mieściło się im to w głowach. To się u nas nie przyjmie, można by powtórzyć za pewnym dowcipem. Autorka przytacza echa prasowych dyskusji na ten temat. Kiedy w międzywojniu dwukrotnie próbowano uregulować prawnie pracę i warunki życia służby, nic z tego nie wyszło. Negatywną rolę w ubezwłasnowolnianiu służących odgrywał Kościół. Rozmaite katolickie stowarzyszenia, gdzie mogły się zrzeszać, wydawały poradniki, w których jako cnotę przedstawiały uległość, posłuszeństwo i ciężką pracę. Księża nawoływali też, aby Polki nie pracowały w żydowskich domach. O konflikt sumienia nie było trudno, bo zdesperowana dziewczyna szukająca pracy szła na służbę do żydowskiej rodziny. Oczywiście zdarzali się oświeceni, ludzcy państwo, którzy traktowali służącą jak domownika, ale to raczej wyjątki. Tak było w krakowskim domu Seweryna Udzieli, założyciela Muzeum Etnograficznego. Podobnych przykładów jest w książce jeszcze kilka.

Ale każdy kij ma dwa końce. Służba przysparzała bardzo często pani domu wielu problemów. Przede wszystkim zdobycie dobrej, uczciwej służącej było nie lada sztuką. Takiej, która rzeczywiście potrafi dobrze gotować i sprzątać. Jeśli młoda mężatka, która zupełnie  nie znała się na pracach domowych, co było normą, trafiła na niedoświadczoną dziewczynę prosto ze wsi, sama nie potrafiła jej niczego nauczyć, a wtedy w domu rozgrywał się horror. Służąca przez swą nieroztropność, łatwowierność albo z zemsty mogła też sprowadzić na dom swoich państwa nieszczęście. Wpuścić oszustów, złodziei, czasem takie historie kończyły się nawet morderstwem. Przestępcy najczęściej próbowali trafić do niej, zdobywając jej uczucia.

Kres tego świata nastąpił wraz z wybuchem drugiej wojny, a ostateczny cios zadał mu PRL. Ale naszą pańską mentalność, chociaż większość z nas powinna szukać swoich korzeni w warstwach ludowych, znać na każdym kroku. Echem tamtych obyczajów i relacji jest choćby zwracanie się szefa do podwładnego po imieniu, to samo robi lekarz w stosunku do pacjenta. A przede wszystkim układy w pracy, o czym pisali w swoich książkach Edyta Gietka i Marek Szymaniak.

Rozpisałam się, a to zaledwie wierzchołek tego, o czym bym jeszcze długo mogła opowiadać. "Służące do wszystkiego" Joanny Kuciel-Frydryszak przeczytać należy koniecznie.

Marek Szymaniak "Urobieni. Reportaże o pracy"

Po przeczytaniu książki Olgi Gitkiewicz "Nie hańbi" o sytuacji na polskim rynku pracy nie mogłam nie sięgnąć po reportaże Marka Szymaniaka "Urobieni. Reportaże o pracy" (Czarne 2018). Ale to nie jedyny powód - po prostu temat mnie interesuje, wydawnictwo zacne, więc i tak bym przeczytała, a że obie rzeczy wyszły niemal równocześnie, tym bardziej należało iść za ciosem. No ale od zakupu do lektury droga bywa długa, więc dopiero teraz skończyłam czytać. I tak w miarę szybko.

Nie da się spokojnie przejść nad takimi książkami - ciśnienie się podnosi, pięści same się zaciskają, a rozmaite grube słowa cisną się na usta. O ile Olga Gitkiewicz pisała nie tylko o tym, jak jest teraz, ale także o tym, jak było przed wojną i potem w latach PRL-u, o tyle Marek Szymaniak skupił się na okresie po roku 1989, najwięcej tekstów dotyczy oczywiście lat ostatnich. Najważniejsze pytanie, jakie przewija się przez jego książkę, brzmi następująco - jak to się stało, że pracownik na polskim rynku pracy jest nikim. Że słabo się go wynagradza, że haruje, że najczęściej jest na śmieciówce, że pracodawca nim gardzi, źle traktuje, a jego prawa pracownicze to fikcja, bo związki zawodowe są mało liczne, słabe, a jeden z nich stał się rządową przystawką, bo wreszcie Państwowa Inspekcja Pracy jest w praktyce bezzębna i nic nie może. Kiedy coś poszło nie tak? Dlaczego wybraliśmy drogę kapitalizmu neoliberalnego, a nie na przykład skandynawskiego? I czy można było inaczej? A jeśli wtedy, w roku 1989, było to niemożliwe, to dlaczego po jakimś czasie nie przestawiono wajchy i nie zaczęto wprowadzać korekt? Dlaczego pozwoliliśmy sobie wmówić, że niewidzialna ręka rynku załatwi wszystko i im mniej państwa, tym lepiej, bo i tak każdy jest kowalem swojego losu, a komu się nie udało, ten na pewno leń i nieudacznik. Przyznam, że i ja kiedyś dałam się uwieść tej ideologii, ale teraz myślę zupełnie inaczej, cóż z czasem stałam się lewaczką i nikt mnie tym słowem nie jest w stanie obrazić. Ale dość osobistych wycieczek, wracam do książki Marka Szymaniaka.

Odpowiedzi na zadawane w reportażach pytania szuka autor w arcyciekawym wywiadzie, który kończy książkę. Jest to rozmowa z profesorem Andrzejem Szahajem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Być może wtedy w roku 1989 rzeczywiście inny kapitalizm z różnych względów nie był możliwy, ale na pewno potem dało się wprowadzić korekty. I, jak twierdzi profesor, tłumaczenie, że byliśmy za biedni, aby wprowadzać rozwiązania skandynawskie, nie jest prawdziwe, bo kiedy na taką drogę wchodziła na przykład Szwecja, to też była krajem biednym. Wina leży nie tylko po stronie polityków, ale i społeczeństwa, któremu wszystko, co lewicowe, kojarzyło się automatycznie z komunizmem i z PRL-em. Dopiero od jakiegoś czasu odczarowujemy słowo lewica i wiemy, że  nie jest tożsame ze słowem komuniści. Jak widać, to wszystko nie takie proste.

Zanim jednak nastąpi wspomniana rozmowa, czytamy jedenaście reportaży - każdy poświęcony innemu aspektowi rynku pracy. Każdy zbudowany został na podobnej zasadzie - najpierw dwie, trzy historie, potem garść statystyki, trochę danych, trochę wiedzy ekonomicznej. Połyka się jednym tchem, chociaż, jak już wspominałam, nie jest to miła lektura. O czym pisze Marek Szymaniak? O pracownikach wypchniętych przez firmy do agencji pracy tymczasowej, czyli o outsourcingu. To zjawisko, jak wiemy, dotyczy na przykład salowych, sprzątaczek, także na szacownych uczelniach. O pracy w sferze kultury, szczególnie w rozmaitych organizacjach pozarządowych i fundacjach. Temat stosunkowo mało rozpoznany, a bulwersujący. O pracy w call center. O sytuacji Ukraińców na polskim rynku. O tym, dlaczego Polacy dla pracy wybierają emigrację i że nie zawsze bywa różowo. O  sklepach wielkopowierzchniowych rujnujących małe sklepiki i swoich dostawców. O wałbrzyskiej fabryce Toyoty i specjalnych strefach ekonomicznych. (Ten tekst i drugi o traktowaniu ukraińskich pracowników zrobiły na mnie największe wrażenie.) O pracownikach ochrony. O związkach zawodowych, ich walce o prawa pracownicze i bezsilności, i o tym, dlaczego Polacy tak niechętnie zapisują się do nich. O nieuczciwych pracodawcach i bezzębnej inspekcji pracy. Jest wreszcie reportaż o tych, którym się udało i o przedsiębiorcy szanującym swoich pracowników.

Czytając reportaże Marka Szymaniaka, wielokrotnie zadawałam sobie dość podobne pytania. Co myśli kobieta, która pracującą u niej w domu Ukrainkę traktuje jak niewolnicę? Co myślą ci wszyscy bossowie, którzy w takich miejscach jak fabryka Toyoty śrubują wymagania ponad wytrzymałość przeciętnego pracownika, a w ogóle mają go za nic, bo bez trudu mogą wymienić na nowego? Co myślą wielcy prezesi, którzy tną koszty w swoich firmach, redukują zatrudnienie, ale ich poziom życia nie obniża się ani na jotę? Co myśli rektor uczelni, którą sprzątają wyoutsourcingowane kobiety? Że on nie podejmuje takich decyzji, tylko dyrektor administracyjny? Udaje, że nie wie? Bo co myśli pracownik call center, który najpierw wciskał ludziom, przepraszam, nie ludziom, ale rekordom, rozmaite shity, a potem w pocie czoła awansował i zaczął wyciskać swoich podwładnych jak cytryny, wiem, bo to on opowiada swoją historię. Ofiara systemu, która staje się jego częścią. A to tylko przykłady. Bo przecież Marek Szymaniak mógłby na pewno napisać kolejne reportaże, ot choćby o Amazonie albo o kurierach rozwożących towary. Najgorsze jest to, że i my, konsumenci, stajemy się częścią tego chorego systemu. Gdzie się nie ruszysz, obsługują cię ludzie na śmieciówkach, słabo opłacani, źle traktowani. Jak żyć? Nurtuje mnie jeszcze jedno pytanie - czy sytuacja pracowników chociaż trochę się zmieniła, kiedy bezrobocie znacznie spadło i niemal na każdym sklepie i na każdej knajpie widać ogłoszenia o poszukiwaniu ludzi do pracy? Czy dotyczy to tylko dużych miast?

Anna Pamuła "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki"

Nie miałam zamiaru sięgać po reportaż „Polacos. Chajka płynie do Kostaryki” napisany przez nieznaną mi Annę Pamułę. Wprawdzie wydało go moje ukochane Czarne (2017), ale przecież nie kupuję każdej książki, która się u nich ukazuje. Jednak, jak to często bywa, wysłuchałam rozmowy z autorką i zachęcona postanowiłam przeczytać. No i nie żałuję. Trzeba przyznać, że Anna Pamuła trafiła na bardzo ciekawy i słabo istniejący w powszechnej świadomości, albo wręcz nieznany, temat. Opowiada historię kostarykańskich Polacos. Czytelnik, który uważnie przeczytał tytuł, być może domyślił się, że chodzi o polskich Żydów. Tak rzeczywiście jest. To słowo do dziś oznacza w Kostaryce  Żyda i ... obwoźnego handlarza, ponieważ większość żydowskich imigrantów przybywających do tego albo do innego kraju Ameryki Południowej na początku imała się takiego właśnie zajęcia. Byli klapperami. A praca to niewdzięczna, ciężka i nieprzynosząca kokosów. Trzeba było sporego samozaparcia, żeby pracować tak kilka dobrych lat. Wędrowali po prowincjonalnych drogach objuczeni wypełnionymi towarem ciężkimi walizami, często brodząc w błocie. Budzili niechęć miejscowych, bo odbierali im zajęcie i radzili sobie lepiej niż oni. Dlatego w roku 1941 powstał pomysł, aby, kiedy skończy się wojna, zmusić Żydów do opuszczenia Kostaryki. Nigdy do tego nie doszło dzięki determinacji jednego z nich, Romana Rowińskiego, który zaalarmował dyplomację polską i amerykańską. Dlaczego zatem harowali tak ciężko? Łatwo zgadnąć - aby uciułać dolary potrzebne do sprowadzenia żon i dzieci pozostawionych w Polsce. Z czasem niektórzy dorabiali się na tyle, że mogli założyć niewielki sklep w mieście, zwykle w San Jose, stolicy Kostaryki. Zawsze to lepsze niż bycie klapperem, chociaż też żadne kokosy. Nadal mieszkali w biedniejszych dzielnicach, gdzie osiedlali się tacy jak oni.

Czas wreszcie odpowiedzieć na pytanie - skąd polscy Żydzi wzięli się w Kostaryce? W kraju, o którym wiedzieli niewiele albo zgoła nic. Odpowiedź z jednej strony jest oczywista, z drugiej niekoniecznie. Oczywista, bo stanowili przecież część wielomilionowej żydowskiej emigracji do Ameryki, która rozpoczęła się w drugiej połowie XIX wieku. Pisał o tym zjawisku Martin Pollack w swojej znakomitej książce „Cesarz Ameryki”, której tematem był eksodus z Galicji. No dobrze, ale dlaczego do Kostaryki, kraju niewielkiego, o którego istnieniu, jak wspomniałam, na ogół nie mieli pojęcia? Pierwszy, Max Fischel, zjawił się tam w roku 1892 przez przypadek – kiedy wracał z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał razem z rodzicami, którzy przed laty opuścili rodzinny Będzin, zachorował na żółtą febrę. Musiał opuścić statek, a przypadek sprawił, że stało się to właśnie w  Kostaryce. Max nigdy nie zajmował się handlem obwoźnym, w Stanach skończył studia medyczne, był dentystą. Potem w swojej nowej ojczyźnie stworzył istniejącą do dziś sieć aptek. Następni przybyli dużo później, w latach dwudziestych zeszłego wieku. Docierali do Kostaryki, ale także do Gwatemali, Panamy, Paragwaju, Kolumbii, na Kubę, ponieważ w roku 1921 Stany Zjednoczone wprowadziły kwoty dla imigrantów, w roku 1930 to samo zrobiła Argentyna, w której już od początku wieku narastały nastroje antysemickie i antyimigranckie, dochodziło nawet do zamieszek i pogromów. Przybyszów obwiniano o brak pracy, rosnącą przestępczość i spadek moralności. Żydów dodatkowo utożsamiano z anarchistami i bolszewikami. Wielu docierających do Kostaryki padało ofiarą nieuczciwych naganiaczy, którzy wmawiali im, że stamtąd do Ameryki, czytaj Stanów, dostaną się bez trudu pieszo przez zieloną granicę. Niezorientowani stawali się łatwym celem oszustów. Kolejna fala żydowskich emigrantów to lata powojenne. Trafiali tu  ocaleni z Zagłady. Jedna z bohaterek książki nazywa ich smutną emigracją. Obie grupy, przedwojenna i powojenna, żyły osobnym życiem. Ci pierwsi patrzyli na tych drugich z góry, bo nie orientowali się w miejscowych warunkach. Często mieli też wyrzuty sumienia, że nie sprowadzili w odpowiednim czasie całej rodziny, a tylko żonę i dzieci. Czasem dlatego, bo tylko dla nich starczyło pieniędzy na bilet, ale czasem z innych przyczyn, na przykład z powodu rodzinnych animozji. W takim przypadku tym bardziej gryzło ich sumienie.

Pisze też Anna Pamuła w swojej książce o sprawach przykrych. O  antysemityzmie, który wypychał Żydów z Polski, o świadomej polityce państwa, które w żadnym przypadku nie utrudniało takich wyjazdów, a właściwie nawet do nich zachęcało, szczególnie na terenach, gdzie Żydzi dominowali. Robiono za to wszystko, aby w kraju zatrzymać Polaków. Autorka wspomina również o dzisiejszej niepamięci o naszych żydowskich sąsiadach i powolnym procesie odzyskiwania ich historii. Wiele w tym reportażu opowieści niesamowitych, losy niektórych bohaterów to materiał na fascynującą powieść albo na filmowy scenariusz. Czyta się takie historie jednym tchem.

Nie sposób uciec oczywiście od bardzo aktualnych refleksji. W trakcie lektury tej książki, widać jak na dłoni, że historia się powtarza. Zjawisko emigracji jest stare jak świat. I od zawsze towarzyszą mu te same lęki, obawy, ta sama niechęć do imigrantów. Że odbiorą pracę, że wzrośnie przestępczość, bo przybywają samotni mężczyźni, że będą agitować za bolszewizmem i anarchizmem (teraz miejsce bolszewików i anarchistów zajęli islamiści), a potem podkładać bomby (o tym ostatnim zjawisku pisze Martin Pollack w swojej książce). Dziś krzyczymy, nie przyjmujmy imigrantów zarobkowych, tylko uchodźców. A kim byli tamci imigranci? Owszem, uciekali przed antysemityzmem, ale przede wszystkim przed biedą. Wierzyli, że gdzieś  w dalekim świecie będzie im łatwiej i lepiej. Nie było, szczególnie na początku. Czekała na nich trudna podróż, mozolna, ciężka praca, nieznany, egzotyczny kraj, w którym niełatwo było się odnaleźć. Dziś podobny los jest udziałem imigrantów z Afryki, którzy często uciekają przed biedą. Naiwnie wierzą, że Europa to raj. Nie zdają sobie sprawy z trudów podróży, nie myślą o tym, że mogą jej nie przeżyć. Wielu twierdzi, że gdyby wiedzieli, jak jest naprawdę, nie zdecydowaliby się na wyjazd. Bohaterom reportażu Anny Pamuły było chyba jednak łatwiej. Przynajmniej sama podróż nie stwarzała aż takiego ryzyka. Z wywiadu z autorką wiem, że książka powstawała kilka dobrych lat, ale wydana teraz wstrzeliła się w swój czas.

 

Filmowe remanenty - "Manchester by the Sea", "Toni Erdmann"

Już dawno nie pisałam o filmach, a to z tej prostej przyczyny, że wyjechałam na trochę. A właśnie wtedy do kin wchodziło kilka głośnych premier. Po powrocie musiałam zaczekać na weekend, aby nadrobić zaległości. Obejrzenie wszystkiego, co przepadło, nie było możliwe, dlatego podparłam się moim ulubionym Tygodnikiem Kulturalnym. O dziwo okazało się, że wszyscy zgodnie zachwycają się amerykańskim filmem "Manchester by the Sea", za to "Toni Erdmann" wzbudził mieszane uczucia, od akceptacji do totalnej krytyki, co mnie zdziwiło, bo wydawało się, że to pewniak. Najgorzej potraktowano biografię Michaliny Wisłockiej, o "Amerykańskiej sielance" nie wspomniano, ale skądinąd słyszałam, że do literackiego pierwowzoru ma się nijak. Od początku czułam, że to nie mogło się udać. Dlatego czym prędzej pobiegłam na "Manchester", a na "Toni Erdmann" wybrałam się z wahaniem. Takie filmy nazywam ładnymi. Ładni bohaterowie, ładne krajobrazy, ładne wnętrza, żadnego brudu świata. To sprawia, że bardzo dobrze się je ogląda, mimo że opowiadają o całkiem poważnych problemach. Szczególnie "Manchester by the Sea" okazał się całkiem innym filmem, niż mogłam się spodziewać, czytając informację dystrybutora (historia mężczyzny, który po śmierci brata musi zaopiekować się jego nastoletnim synem). Niespieszny, subtelny i na szczęście mało amerykański. Ja się wzruszyłam i jestem całkowicie na tak. Zastrzeżenia mam za to do "Toni Erdmann", reklamowanej jako komedia, która opowiada o relacji córki pracoholiczki i ojca podchodzącego do życia na luzie. Ten film jest po prostu za długi. Z czasem żarty ojca głównej bohaterki przestają bawić, stają się monotonne, całość osiada na mieliźnie, brnie w groteskowo-metaforyczne sceny. Dopiero zakończenie przywraca początkowy ton powagi. Mimo tych zastrzeżeń nie żałuję, że "Toni Erdmann" obejrzałam. A szczegółowe refleksje dla tych, którzy filmy już widzieli, w drugiej części. Zapraszam.

"Manchester by the Sea" okazał się filmem całkiem innym niż myślałam. Czytając opis dystrybutora, spodziewałam się, że będzie to opowieść o mężczyźnie, który nagle musi porzucić dotychczasowe życie i zaopiekować się swoim osieroconym bratankiem. Początkowo nieufni, niechętni, z czasem przezwyciężą problemy, wszystko się ułoży i happy end gotowy. Ileż to takich filmów ku pokrzepieniu serc nakręcono, szczególnie w Ameryce. Na szczęście nic bardziej błędnego. Zakończenie jest szczęśliwe, ale tylko połowicznie. Bo "Manchester by the Sea" to film o stracie, którą każdy odbiera inaczej. Czasem przezwyciężenie jej, pogodzenie się z sytuacją bywa niemożliwe. Tak jest tu. Lee nie potrafi pokonać swojej traumy i na powrót zamieszkać w uroczym nadmorskim miasteczku, bo wszystko przypomina mu tam tragiczne zdarzenia z przeszłości. Śmierć dzieci jest czymś koszmarnym, a śmierć w pożarze, o spowodowanie którego bohater się obwinia, jest koszmarem, jaki trudno sobie wyobrazić. Lee dla dobra bratanka próbuje. Kiedy zrozumie, że wyrywając go z jego środowiska, myśli tylko o sobie, stara się, ale nie daje rady. Nie będzie takiego happy endu, jakiego się spodziewamy. Na szczęście. Wróci do swojego samotniczego, ascetycznego życia. Ale ze stratą każdy radzi sobie inaczej. Randi, jego była żona, po latach  ułożyła sobie życie. Zapomnieć się nie da, ale można budować na nowo. Jeszcze inaczej przeżywa śmierć ojca Patrick. Pozornie żyje jak dawniej. Spotyka się z przyjaciółmi, z dziewczynami. Usilnie walczy o siebie, chce ocalić swój świat. Próbuje odbudować relacje z matką. Ale to spokój pozorny. Nie może ścierpieć myśli, że ciało ojca jest  przechowywane w chłodni. Moc tego filmu nie wynika tylko z poruszającego tematu. Wielką przyjemność sprawia obserwowanie relacji między bohaterami. Tego, co mówią, i tego, o czym milczą. Gesty, spojrzenia to wszystko jest istotne w tym niespiesznym filmie. Dramat, tragedia przeplatają się z humorem i dowcipem. Ja zdecydowanie wyżej stawiam ten film niż "Pattersona" czy "Pokój". Zestawiam je, bo należą do kategorii ładnych i było o nich głośno. "Manchester by the Sea" po prostu mnie obchodzi. Na tym polega jego tajemnica.

Jak pisałam we wstępie, "Toni Erdmann" obdarzam uczuciami mieszanymi. Do pewnego momentu oglądałam ten film z dużym zainteresowaniem. Poruszała mnie relacja córki i ojca. On jej nie rozumie, martwi się o nią, nie akceptuje jej życia skupionego tylko na pracy, drażni go, że stale rozmawia przez telefon, załatwia jakieś sprawy, trudno z nią porozmawiać, ona ma dość jego obciachowych, nieprzewidywalnych wygłupów, luźnego, spontanicznego podejścia do życia, irytuje ją, wstydzi się go nawet, a w dodatku nie ma mu nic do powiedzenia. Najchętniej pozbyłaby się go z Bukaresztu, bo ani nie ma dla niego czasu, ani nie bardzo wie, o czym z nim rozmawiać. Ale rodzinna poprawność polityczna nie pozwala jej na to, więc robi dobrą minę do złej gry. Kapitalne są sceny w jej bukaresztańskim mieszkaniu, kiedy usiłują ze sobą rozmawiać, ale nie potrafią, nie mają o czym. Potem jednak wszystkiego jest za dużo. A już celebrowana w nieskończoność scena, kiedy ojciec przebiera się za niedźwiedzia, jest po prostu irytująca. Ckliwie sentymentalna i patetyczna zarazem. Dopiero zakończenie wprowadza film z powrotem na właściwe ścieżki. Inez po chwilowym wybuchu szaleństwa zdobywa to, czego pragnęła - posadę w Singapurze i jestem pewna, że będzie żyła jak dotąd. Inaczej nie potrafi, a może po prostu nie chce. Trzeba się pogodzić z tym, że każdy idzie swoją drogą. Nie da się uszczęśliwić kogoś na siłę.

"Carte blanche"

Właściwie nie wybierałam się na ten film. Bałam się taniego sentymentalizmu, kolejnej opowieści z życia wziętej i podanej w sposób lekki, łatwy i przyjemny. Jednym słowem obawiałam się produktu filmopodobnego. Bo temat na coś takiego wymarzony. Inspiracja prawdziwą historią nauczyciela jednego z lubelskich liceów, który stracił wzrok i mimo to pracował, a co najdziwniejsze, nikt długo nie miał o jego chorobie pojęcia. Mało to nakręcono podobnych filmów? O Agacie Mróz, o bliźniaczkach zamienionych w szpitalu, o Salecie, który oddał nerkę chorej córce i pewnie kilka innych jeszcze można by znaleźć. Dlatego z nieufnością podchodziłam do "Carte blanche". Dopiero, kiedy wysłuchałam dyskutantów w Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura (oglądaj, czytelniku tej notki, to świetny program) i bardzo ciekawej rozmowy z reżyserem, Jackiem Lusińskim, pomyślałam, że warto. A kiedy na dodatek zobaczyłam, że o filmie napisał też Tadeusz Sobolewski, który nie zajmuje się obrazami błahymi, pognałam do kina i teraz mogę podzielić się wrażeniami.

Trzeba oczywiście pamiętać, że to kino skierowane do masowej widowni z wszystkimi tego konsekwencjami. Na szczęście bliżej mu do "Chce się żyć" czy "Bogów" niż do produkcji, które przed chwilą wymieniłam. Nie jest to wymuskany obrazek, gdzie wszyscy są piękni i przystojni, chodzą w najmodniejszych ciuchach i mieszkają w domach jak spod igły architekta wnętrz. Film bardzo dobrze się ogląda, historia porusza, być może ktoś uroni łzę. Na pewno sukces jest w dużej mierze zasługą Andrzeja Chyry w roli Kacpra, nauczyciela historii. Na dokładkę jest też Arkadiusz Jakubik. Mnie najbardziej poruszyła samotność bohatera. Z problemami, które na niego spadają, musi radzić sobie sam. Nie tylko dlatego, że bojąc się utraty pracy, swoją chorobę trzyma w tajemnicy. Rodzi się też pytanie, czy etyczne i rozsądne jest ukrywanie prawdy. Istotą filmu jest pokazanie procesu oswajania się z utratą wzroku. Wiadomo oczywiście, że musi pojawić się niedowierzanie, rozpacz i bunt, a potem, bardziej konsekwentna niż desperacka, walka o przystosowanie się do nowych warunków. Twórcy zastosowali pewien trik, który pozwolił widzom spróbować zrozumieć, co to znaczy tracić wzrok. Moim zdaniem warto też docenić zdjęcia, momentami nieco poetyckie. Dzięki nim, muzyce i powściągliwej grze Chyry film tchnie spokojem, nie jest histeryczny.

A teraz o tym, co mnie drażniło. Po pierwsze niewiarygodny wątek romansowy. Właściwie, kiedy zaczynam się nad tym zastanawiać, dochodzę do wniosku, że tak ujęta historia miłosna jest nie tyle niewiarygodna, ile pokazana w sposób uproszczony i niepogłębiony, dlatego na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie nieprawdziwej. Poza tym drażniły mnie do bólu stereotypowo rozwiązane wątki szkolne. Z góry można przewidzieć, że uczniowie się buntują, ale ..., że harda uczennica ..., że nieco zołzowata dyrektorka ... . Kto był, wie, o czym myślę, kto nie był, pewnie trafi w ciemno. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że kiedy już, już się wydaje, że film osunie się w całkowity banał i sentymentalizm nie do zniesienia, twórcy na szczęście w ostatniej chwili hamują i nie trzeba zgrzytać zębami z zażenowania. We wspomnianej przeze mnie rozmowie reżyser przyznał, że wyrzucał w montażu wszystko, co nazbyt cukierkowe. Chwała mu za to. Na koniec jeszcze dodam, że niektóre szkolne realia są chyba po prostu nieprawdziwe (myślę tu o sprawie nieobecności na maturze), a przyjęcie rozwiązania, jakie widzimy na ekranie, to pójście na filmowe skróty. W realu tak by się tego zrobić nie dało. Kończę konkluzją, że nie jest to obraz, który koniecznie trzeba obejrzeć, ale na pewno można i nie będzie to czas stracony. A we środę o "Birdmanie".

PS. Już po napisaniu tej notki przejrzałam sobie weekendową prasę. Przeczytałam dwa artykuły o Auschwitz (rocznica wyzwolenia), jeden o ludziach żyjących (wegetujących byłoby słowem właściwszym) po złej stronie ukraińskiego frontu i jeszcze kilka innych równie przyjemnych. W tym kontekście jeszcze bardziej doceniłam historię Kacpra z "Carte blanche", która po prostu krzepi. A jeszcze milej się robi na sercu, kiedy się pomyśli, że jego pierwowzór istnieje naprawdę.

Popularne posty