Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemijanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemijanie. Pokaż wszystkie posty

Annie Ernaux "Lata"

Książka Annie Ernaux "Lata" (Czarne 2022; przełożyli Magdalena

Budzińska, Krzysztof Jarosz) od momentu wydania znalazła się na liście tytułów, które chcę przeczytać. Przyczyny były dwie - wydawnictwo Czarne, którego ofertę pilnie śledzę, i tematyka. Z jednej strony kobieca, ujęta z perspektywy feministycznej, z drugiej społeczna - autorka wywodzi się z prowincji, z klasy ludowej. A więc kolejna opowieść o awansie społecznym. Jednym słowem Annie Ernaux wpisuje się w krąg takich autorek i autorów jak Tove Ditlevsen, Vivian Gornick, Sarah M. Broom, Didier Eribon i Edouard Louis. Ten pierwszy w swoim znakomitym "Powrocie do Reims" wprost się do niej odnosi. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że Annie Ernaux jest matką takiego pisania, a oni dwaj z niej. Szybko jednak zaczęłam zastanawiać się, czy to książka dla mnie. Dlaczego? Z powodu formy. 

Bo "Lata" to nie jest skrzyżowanie autobiografii z esejem, co znamy z książek przywołanych przed chwilą autorów. To autobiografia bezosobowa, który to termin przywołuję za znawcami. Dorzuciłabym jeszcze autobiografia (?), biografia (?) pokolenia urodzonego w czasie wojny, a ściślej rzecz biorąc jego lewicowej części, bo z takich pozycji wypowiada się autorka. Dlatego Annie Ernaux nie pisze w pierwszej osoby liczby pojedynczej, tylko używa albo liczby mnogiej, albo form nieosobowych - myślało się, mówiono, robiło się. Jeśli odwołuje się wprost do swojego życiorysu, to pojawia się zaimek ona i trzecia osoba liczby pojedynczej. 

Ale to nie jedyny powód moich wahań, czy po lata ostatecznie sięgnąć. Potem jeszcze nie byle gdzie, bo w Nowym Tygodniku Kulturalnym, usłyszałam głos krytyczny wyłamujący się z chóru zachwytów. Wprawdzie odosobniony, ale jednak. Nuda, po prostu nuda - kontrował jeden z dyskutantów. I tak trwałam w swoim niezdecydowaniu. Ostatecznie wcale nie Nobel dla Annie Ernaux spowodował, że jednak, a w dodatku właśnie teraz, zabrałam się za lekturę "Lat". Tym impulsem była opowieść Jarosława Kuisza w podcaście Kultury Liberalnej o twórczości francuskiej pisarki odbyta oczywiście przy okazji tradycyjnego szumu wokół nagrody. A on zna większość (wszystkie?) książki noblistki. Udzielił mi się jego entuzjazm i postanowiłam sprawdzić, co ja na to.

No i teraz mogę jednoznacznie stwierdzić, że jestem na tak. Lektury nie żałuję, przeczytałam "Lata" z dużą ciekawością, zrobiłam morze notatek i z niecierpliwością czekam na zapowiedzianych przez Czarne, już w listopadzie, "Bliskich", czyli zebrane w jednej książce trzy autobiograficzne mikropowieści. (Teraz kiedy robię redakcję tej notki, "Bliscy" właśnie wyszli.) Nie wykluczam, że przemówią do mnie jeszcze bardziej niż "Lata". Bo nie ma się co oszukiwać - to na pewno nie jest książka dla wszystkich. Trzeba oswoić się z formą, o której pisałam, może nas przytłoczyć strumień zdarzeń, osobistych i pokoleniowych doświadczeń, o których pisze autorka. W takiej kondensacji, ponad sześćdziesiąt lat zapisanych na trochę ponad dwustu stronach, ta wyliczanka na pewno niejedną i niejednego zniechęci. Moim zdaniem warto jednak przebić się przez formę, przywyknąć i przeczytać. 

Co może wynieść z tej lektury polska czytelniczka i polski czytelnik z innego pokolenia? Przecież nasze doświadczenia niekoniecznie są takie same. Żyjemy w innym kraju, mamy za sobą inną historię, co innego nas kształtowało. Po pierwsze możemy poznać doświadczenia nam obce, a dla mnie w tym między innymi zasadza się sens czytania. Mój świat byłby o całe nieba uboższy, gdyby nie literatura. Po drugie jednak znajdziemy w pisaniu Annie Ernaux wiele wspólnych nam doświadczeń i wiele inspiracji do namysłu. 

Zacznę jednak od tego, co odmienne. To na pewno silne doświadczenie rewolucji seksualnej i światopoglądowych przemian, które dokonały się w maju 1968. W Polsce rok 1968 kojarzy się bardziej z haniebnym Marcem niż z burzliwym Majem. Tamte wydarzenia mocno odcisnęły się na Annie Ernaux i jej środowisku, chociaż nie była to do końca ich rewolucja. Miała już dwadzieścia osiem lat, pracowała, była żoną i matką, a nie studentką. Z zazdrością przyglądała się temu, co się dzieje -  buntowi młodych przeciwko skostniałym starym. Nie kryje jednak rozczarowania tym, że rewolucja nie poszła dalej, że zatrzymała się w pół drogi. Potem wielokrotnie, kiedy we Francji dochodziło do manifestacji na dużą skalę, jej pokolenie miało nadzieję na kolejne zmiany, ale za każdym razem było tylko gorzej. Manifestujący po osiągnięciu celu, wracali do swoich spraw, nie mieli zamiaru bić się o więcej. Odmienne, co oczywiste, są też doświadczenia związane z odzyskiwaniem niepodległości przez Algierię. Bardzo ważny moment dla jej pokolenia. Wielokrotnie wraca temat imigrantów w pewnym stopniu powiązany z tamtymi wydarzeniami. Autorka pisze o zmieniającym się do nich stosunku, coraz większej niechęci, a nawet strachu przed młodymi z przedmieść o imigranckich korzeniach, w prywatnych rozmowach nazywanych pogardliwie Arabami czy czarnymi. Jakoś trudno zaakceptować fakt, że i oni są Francuzami. Odmienne są też doświadczenia związane z pojawieniem się AIDS i strachem, jaki siała ta choroba. Ledwie jej pokolenie mogło zachłysnąć się seksualną swobodą, a tu znowu trzeba było uważać. Ale tak naprawdę nawet w niektórych z tych wydarzeń możemy odnaleźć echa naszych własnych i skonfrontować się z nimi. 

A doświadczenia wspólne, chociaż nieraz przeżywane w różnym czasie? To problemy awansu społecznego, opowieść o ludziach z prowincji wywodzących się z klasy ludowej, którzy wędrują drogą najeżoną przeszkodami, aby dzięki wykształceniu wyrwać się ze swojego środowiska. To wreszcie problemy emancypacyjne, zmieniający się stosunek do macierzyństwa i rodziny, aborcja, strach przed ciążą, jaki towarzyszył młodości Annie Ernaux, inne wychowywanie córek, inne synów, rodzinne nakazy i zakazy kontra ciekawość świata, uczuć, seksualności. No i postęp oraz jego siostra konsumpcja, do której Annie Ernaux wraca wielokrotnie. Konsumpcja, która rośnie i rośnie. Zrozumiała w czasach, kiedy świat odbijał się po wojnie i wszystkich radowały nowe sprzęty i przedmioty ułatwiające życie, potem rozrastająca się niczym jakiś straszny Lewiatan, wciąż pokazująca swoje coraz nowsze oblicze. 

Konsumpcja jest jednym z powracających konstrukcyjnych motywów. Innym są zdjęcia, czasem filmy, na których autorka została uwieczniona. Stają się punktem wyjścia do przypominania kolejnej epoki, wyznaczają cezurę lat, pozwalają nie pogubić się w tej opowieści. Podkreślają też upływ czasu, przemijanie, przemiany. Po analizie zdjęć czy filmów następują niedzielne rodzinne obiady. Ich charakter też się zmienia, a jednak trwają. I chociaż autorka jest tak inna od swoich rodziców, to jednak i jej sprawia radość spotkanie z synami i ich partnerkami, mimo że różnią się tak, jak ona kiedyś różniła się od swoich rodziców. "Lata" prowokują do snucia własnej pokoleniowej opowieści. Każda byłaby trochę odmienna, a trochę podobna.

Kolejne ważne tematy  to pamięć i rozmijanie się doświadczeń osobistych z Historią. Autorka zastanawia się, co i jak zapamiętujemy, ile w nas zostaje z dawnych emocji, wzmożeń, co po latach pozostawi w nas swój ślad. I dlaczego trajektorie naszych żyć idą zazwyczaj równolegle do Historii, ona gdzieś jest, pozostaje w tle, raz mocniej, raz słabiej, ale i tak ważniejsze będzie  osobiste doświadczenie - rodzinny obiad, uczucie, awantura w pracy, cokolwiek. 

To oczywiście tylko wybór zaledwie kilku tematów poruszanych przez Annie Ernaux, bo "Lata" to, jak widać, wór bez dna. Tyle się mieści w tej niewielkiej książeczce. 

Waldemar Bawołek "Pomarli"

Moja przygoda z twórczością Waldemara Bawołka zaczęła się

stosunkowo niedawno od powieści "Echo słońca". I chociaż jest to literatura osobliwa, osobna, niekoniecznie łatwa w odbiorze, czasem zachwycająca, momentami nużąca albo irytująca, to  wiedziałam, że będę do niej wracać. No i po kilku miesiącach wróciłam - przeczytałam "Pomarłych" (Czarne 2020), zbiór opowiadań, za które autor w ubiegłym roku nominowany był do Nike, a  otrzymał  Nagrodę Literacką Gdynia.

Historie snute w tej książce związane są ściśle z jego rodzinnymi Ciężkowicami, w których mieszka od urodzenia. Tak zresztą jest najczęściej - Bawołek, dla którego pisanie jest namiętnością i koniecznością, obficie czerpie ze swojego życia, filtrując je przez swoją wyobraźnię. W tym miejscu powinnam napisać kilka zdań o autorze, który jest równie osobny i osobliwy jak jego twórczość, ale zrobiłam to już przy okazji notki o "Echu słońca", więc odsyłam tam albo do innego źródła. 

Jak wskazuje tytuł, są to opowieści o ludziach, którzy zmarli - krewnych, sąsiadach, szkolnych kolegach. To rodzaj osobliwych epitafiów, bo narrator, Waldemar (a jakże!), wprawdzie ich upamiętnia, ale nie wysławia. Pokazuje takich, jakimi byli, a raczej jakich ich zapamiętał. Nie waha się pisać źle, niepochlebnie. Nie ma w prozie Bawołka tej czułości dla bohaterów, jaką często spotykamy w literaturze portretującej prowincję. Zdecydowanie nie zawsze da się ich lubić. Bywa, że upamiętniany nie pojawia się na pierwszej stronie poświęconego mu rozdziału, ale dopiero na którejś z kolei. Niekoniecznie jest też najważniejszym bohaterem opowiadania. Bo tak naprawdę bohaterem tej książki jest narrator. Tak przynajmniej ja ją odbieram.

W "Pomarłych" jeszcze bardziej niż w "Echu słońca" miesza się przeszłość z teraźniejszością, fragmenty realistyczne z onirycznymi.   

Czas przestał dla mnie istnieć albo bez przerwy zmienia się, meandruje, zapętla. 

Nie wiem, na którym piętrze czasu się znalazłem...

Jego dawne zęby sztucznej szczęki nakładają się na te nowe, uwalniają ponadczasowe wspomnienia. (...) Chciałby pociągnąć nasze umysły wstecz. Tylko że ja dopiero wracam z przeszłości i inne przede mną wydarzenie z pamięcią w tle. 

Przedzieram się delikatnie przez naskórek myśli i wrażeń, wnikam w głębsze tkanki, dotykam zmysłów. Tworzę unikatową strukturę, pełną pułapek niedomówień i słów niepamięci. Ukryte są w niej zamierzchłe gesty, znaczące spojrzenia, liczne oddechy.

Bywa, że jest to jazda bez trzymanki - swobodnie przeskakują czas i zdarzenia, musimy podążać za strumieniem wyobraźni narratora, można się w tym pogubić. Ale jest w tej tak wymyślonej prozie  coś, co mnie przyciąga. Po chwilowym znużeniu zachwycam się pięknem języka, wyobraźnią albo sięgam po długopis, aby zapisać jakąś myśl, która mnie poruszyła. Najczęściej przejmującą. Bo "Pomarli", podobnie jak "Echo słońca", nie są pogodną lekturą. Nad narratorem i innymi bohaterami ciążą przemijanie, utracone złudzenia, niezrealizowane marzenia, przygniatająca codzienność, starość i jej przyjaciółka samotność, a wreszcie widmo śmierci. 

Spotkanie z samym sobą (...) beztrosko myślącym, że życie to droga bez końca, a zachowanie młodości to cel sam w sobie ...

Co jest ratunkiem? Życie we wspomnieniach, wracanie w przeszłość, zatracenie się w niej? A może odwrotnie?

... zawsze to samo. Beż pamięci dokądś wędrować, szukać wiatru w polu, błądzić, by o wszystkim zapomnieć, by nie myśleć.

A może osobność?

Pokonuję lęk przed wszelkim upodobnianiem się do innych, gdyż lęk przed wszelką różnicą jest mi obojętny. 

Przed moimi oczami sprawy codziennego życia schodzą na dalszy plan, są nieważne. Jak to wytłumaczyć? Może własnym wewnętrznym światem? Więc starasz się, jak możesz, żeby odejść od powszedniości, żeby wszystko było wyjątkowe. I ty jesteś wyjątkowy, dla siebie ...

Może dlatego ta codzienność, z której pisarz czerpie garściami, zostaje tak silnie przetworzona, wstrząśnięta i wymieszana, aż w końcu przemienia się w senne marzenie.

Filmowe remanenty - "Vortex", "Simona"

Dziś będzie o dwóch filmach, czyli jednej zaległości (w pisaniu) i jednej nowości. Pierwszy to "Vortex", drugi dokument "Simona".

Jeśli ktoś ma w sobie przestrzeń na obejrzenie filmu trudnego o sprawach granicznych, beznadziejnych, ale niestety nieuniknionych, niech wybierze się na "Vortex" Gaspara Noe'go. To historia małżeństwa, dwojga starych ludzi, którzy zmagają się ze swoimi chorobami. Ona lekarka psychiatra, on znawca kina, autor licznych książek i artykułów z tej dziedziny. Z dnia na dzień stają się coraz bardziej niedołężni. On jeszcze jakoś sobie radzi - wychodzi z domu, pisze kolejną książkę, kocha i tęskni, próbuje ogarniać domowe sprawy, opiekuje się żoną chorującą na chorobę Alzheimera. Mają syna, który jakoś próbuje im pomagać, ale sam ma poważne problemy z sobą, z żoną, samotnie wychowuje kilkuletniego synka. Tyle krótkie wprowadzenie. Poza tym niewiele się dzieje, widz obserwuje ich coraz bardziej beznadziejną codzienność. Przyznam, że do jakiegoś momentu oglądałam ten film chłodnym okiem, analizując to, co widzę na ekranie. Drażnił mnie też pewien formalny zabieg zastosowany przez reżysera. Nie będę go zdradzać, chociaż ja, idąc do kina, wiedziałam o nim, no ale może nie wszyscy słyszeli, więc zmilczę. Ale w pewnym momencie coś zaskoczyło i film zaczął działać. Przyznam, że gdybym oglądała "Vortex" w samotności, to rozryczałabym się na cały regulator, ale w sali kinowej próbowałam powstrzymać upust nagromadzonych uczuć. I nie chodzi tu o łatwe, tanie wzruszenia, ale o potrącenie strun powiązanych z moimi doświadczeniami. Wiem, że ten film działa tak na wielu. Przecież większość z nas stanie przed takimi problemem - jak poradzić sobie z opieką nad starzejącymi się, coraz mniej samodzielnymi, schorowanymi rodzicami. W Polsce to hardkor i jeśli nie masz worka pieniędzy (albo oni nie mają), to nie zazdroszczę. Drugi miecz wiszący nad każdym, to wizja własnej starości, ewentualnej niedołężności, unieruchamiającej choroby, a wreszcie śmierci, która w takiej sytuacji może być już tylko wybawieniem. Współuczestniczenie w życiu bohaterów zmagających się z codziennością, obserwacja ich wysiłków, nieradzenia sobie z bałaganem, z zagraconym mieszkaniem i innymi sprawami, a jednocześnie uporczywej walki o zachowanie autonomii, próby życia jak dawniej (to szczególnie dotyczy jego) mocno porusza. Ale porusza też to, iż jesteśmy świadkami przemijania i świadomość tego, że nasz rodzinny mikrokosmos również się kiedyś skończy. Na mnie ostatnie sceny, szczegółów nie zdradzę, zrobiły piorunujące wrażenie. No i jeszcze jedno, na co niewielu zwraca uwagę. To los  małego Kikiego. Co czeka to dziecko, które nie bardzo może liczyć na ojca, a zupełnie nie na matkę i dziadków?

Drugi film, "Simonę", dokument Natalii Korynckiej-Gruz o Simonie Kossak, mogę za to polecić z czystym sumieniem każdemu. Nie tylko polecić, ale gorąco namawiać do obejrzenia. Znakomity film, który ogląda się z zapartym tchem niczym trzymającą w napięciu fabułę. A jego bohaterka była postacią niezwykłą. Dzisiaj to, czym się zajmowała, jej miłość do zwierząt, troska o świat przyrody jest super aktualne. Opowieść o niej poznajemy dzięki wnuczce jej siostry, Idzie Matysek, która stała się spadkobierczynią ciotecznej babki i  fotografika Lecha Wilczka, partnera Simony. Towarzyszymy jej, gdy gromadzi zdjęcia, filmy i inne materiały, ogląda je, a my wraz z nią, rozmawia z mamą, Joanną, siostrzenicą Simony, która była jej oczkiem w głowie. Poza tym słuchamy innych, którzy Simonę znali, głównie jej współpracowników czy sąsiadów z Białowieży. Podziwiamy zdjęcia zrobione jej przez Lecha Wilczka, odbywamy drogę do Dziedzinki. Poznajemy rodzinne tajemnice, między innymi konflikt z siostrą Glorią, malarką, matką Joanny, babcią Idy. Film nie jest pomnikiem wystawionym Simonie, wielokrotnie mowa o jej niełatwym charakterze, bezkompromisowości, ale to wszystko nie umniejsza jej niezwykłości. Drugim bohaterem jest Puszcza Białowieska, no i zwierzęta. Piękne zdjęcia, znakomita ścieżka dźwiękowa wymyślona przez Aleksandra Gruza to dodatkowe zalety. Jednym słowem seans obowiązkowy. Ja przywołałam z pamięci kilka dni spędzonych wraz z grupą znajomych w Białowieży tego pamiętnego lata, które było antraktem i wytchnieniem między dwoma lockdownami. Wybrałyśmy się, same kobiety, aby zobaczyć Dziedzinkę. A można to zrobić tylko z zewnątrz. Dzień był burzowy, na leśnej drodze atakowały nas stada muszek i komarów, ale warto było. W filmie widzimy, jak Ida Matysek patrzy na ten opuszczony dom zza płotu, przeglądając umieszczone na specjalnym pulpicie zdjęcia Dziedzinki, Simony i zwierząt, które z nią mieszkały, jedyny ślad, który przywołuje jej obecność w tym miejscu. Też tak stałyśmy, przeglądając ten niewielki album, wpatrując się w pustkę po dawnych gospodarzach Dziedzinki. 




 

Waldemar Bawołek "Echo słońca"

Wstyd się przyznać, ale o Waldemarze Bawołku usłyszałam

właściwie dopiero w tym roku. Może słowo usłyszałam nie do końca jest tu adekwatne. Powinnam raczej napisać, że jego nazwisko mocno dotarło do mojej świadomości. No bo słyszeć przecież musiałam, skoro wydawało go Czarne, którego ofertę wydawniczą pilnie śledzę, no i skoro już wcześniej dwukrotnie był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia. Dlaczego wobec tego dopiero teraz zwróciłam na niego uwagę? Stało się tak najpierw przy okazji rozmowy o jego książce "Furtka przy dozorcy" w Nowym Tygodniku Kulturalnym, a potem kiedy za książkę "Pomarli", wiele i bardzo dobrze mówiło się o niej, został nominowany do wspomnianej już Gdyni, którą dostał, i do Nike. Chociaż wydawało mi się, że może to niekoniecznie literatura, jaką lubię najbardziej, to uznałam, że powinnam, a właściwie lepsze tu będzie słowo chcę, poznać. Przynajmniej spróbować. A ponieważ gdzieś przeczytałam, że przygodę z twórczością Bawołka najlepiej zacząć od "Echa słońca" (Czarne 2017), tak właśnie zrobiłam. Oprócz tego za jednym zamachem kupiłam też "Furtkę przy dozorcy", którą tu dziś przywoływałam. Na pewno przeczytam też "Pomarłych".

Zanim podzielę się refleksjami o "Echu słońca", słów kilka o autorze, bo to ważne w kontekście jego twórczości. Waldemar Bawołek jest pisarzem osobnym, długo nie przynależał do literackiego światka, a może i dziś do końca nie przynależy. Pochodzi z Ciężkowic, niewielkiego miasta niedaleko Tarnowa, i nadal tam mieszka. I to właśnie w jego rodzinnej miejscowości najczęściej rozgrywa się akcja książek, które pisze, a  jej mieszkańcy są ich bohaterami. W swojej twórczości obficie czerpie z własnych doświadczeń, ze swojego życia. Imał się różnych prac. Zacytuję za biogramem ze strony Czarnego: pracował jako instruktor higieny w Terenowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, samodzielny referent zaopatrzenia w Zakładach Azotowych, zarządzał piekarnią Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Gromniku, wykonywał prace fizyczne jako robotnik gospodarczy przy Urzędzie Gminy w Ciężkowicach.

Po przydługim wstępie i ważnych informacjach o pisarzu czas na refleksje o "Echu słońca". Akcja tej powieści, a jakby inaczej, rozgrywa się w Ciężkowicach. Jej bohaterem i narratorem zarazem jest pięćdziesięcioletni mężczyzna. Życie upływa mu na opiece nad matką, która  nie jest co prawda osobą ze względu na wiek czy choroby unieruchomioną w domu, ale rzadko z niego wychodzi. Wobec tego syn robi zakupy i załatwia wszystkie jej życiowe sprawy. Oprócz tego pije, pali, spotyka się z kolegami podobnymi do niego, którzy też piją, palą, gadają oraz opiekują się starymi matkami, i wspomina przeszłość. 

Chociaż to proza jak najbardziej realistyczna, to czasem bywa odrealniona. Dzieje się tak właśnie wtedy, kiedy narrator zaczyna przywoływać rozmaite zdarzenia ze swojego życia. Wtedy teraźniejszość miesza się z przeszłością, to, co teraz, płynnie przechodzi w to, co było. Dlatego te wspomnienia mają czasem oniryczny charakter. Z realistycznego toku opowieści może też wybić czytelnika zabieg zamiany narratora - od czasu do czasu narracja przechodzi w trzecioosobową, a bohater staje się Skrytkiem, jednym z kilku (kilkunastu?) opisywanych na kartach powieści mężczyzn. Czy właśnie temu ten zabieg ma służyć? Bo przecież główny bohater swoją refleksyjną naturą wyróżnia się jakoś spośród swoich kumpli. Tymczasem w tych fragmentach dzieje się tak, jakby ten trzecioosobowy narrator mówił mu - tak mędrkujesz, ale zobacz, żyjesz jak oni, wegetujesz, trwonisz siebie.

Co wspomina Skrytek? Swoją pierwszą miłość, nieudane małżeństwo, kolegów, czasy szkolne. Jakby szukał w swojej przeszłości odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziś tak wygląda jego życie. Jakby szukał straconych szans, zaniechanych decyzji, złych wyborów. 

Jednym z tematów tej powieści są relacje matki i syna. Mieszkają razem, on rzetelnie spełnia swoje obowiązki wobec niej, martwi się o jej zdrowie. Są na siebie skazani i symbiotycznie ze sobą związani. Ale, jak to często w życiu bywa, nie jest to układ sielankowy. Matka ma stale do niego pretensje, stale gdera. A to zakupy nie takie, a to nie wrócił na czas, a to włóczy się z kolegami, a to pije, a to nie potrafi niczego załatwić. Nic dziwnego, że syn ma czasem dość jej narzekania i wiecznego niezadowolenia. I tak pomiędzy przyciąganiem i odpychaniem, miłością i irytacją, czułością i zniecierpliwieniem rozciąga się ta matczyno-synowska relacja.

Ale to, na co najbardziej zwróciłam uwagę, to cień przemijania i śmierci, który rozciąga się nad bohaterami powieści. Umierają matki i umierają koledzy bohatera. One ze starości i z chorób będących przypadłością ich wieku, oni ze złego traktowania swoich ciał - picia, palenia, byle jakiego jedzenia. Bohater stale odwiedza kogoś w szpitalu, a potem chodzi na pogrzeby. Bardzo to melancholijna książka. Chciałam też użyć słowa pesymistyczna, ale nie wiem, czy jest właściwe. Raczej bohater przyjmuje do wiadomości, że taka jest kolej rzeczy, że tak być musi. I tkwi w marazmie, trochę dlatego, że jest więźniem powinności rodzinnej, a trochę dlatego, że nie bardzo wie, co miałby ze swoim życiem zrobić. A może  rozumie, że i tak na nic nasze starania, i tak koniec dla wszystkich jest jeden, choćbyśmy się nie wiem, jak starali, więc po co się szarpać.

Bardzo ciekawa proza, szukająca w banale codzienności czegoś więcej. Nie ma tu jej uwznioślania, nadawania posmaku niezwykłości i baśniowości. To coś, co nie bardzo umiem nazwać. Szukanie odpowiedzi na egzystencjalne rozterki i metafizyki? Brzmi banalnie, ale może właśnie o to chodzi. 

Bartosz Jastrzębski, Jędrzej Morawiecki, Maciej Skawiński "Jutro spadną gromy"

Nazwiska Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego nie były mi obce. Już wcześniej słyszałam o ich reporterskich książkach. Wiedziałam, że pewnie warto je przeczytać, ale wiadomo, były pilniejsze lektury. Tym razem jednak nie miałam wyjścia. Kto poznał reportaż Marcina Kąckiego o Białymstoku i okolicach wydany przez Czarne, po prostu musi sięgnąć po książkę "Jutro spadną gromy" autorstwa wędrownych dziennikarzy, czyli Jastrzębskiego i Morawieckiego, wzbogaconą zdjęciami Macieja Skawińskiego (Fundacja Sąsiedzi 2015). Dlaczego? Bo to reportaż z Podlasia. Można go potraktować jako uzupełnienie pozycji Kąckiego. Ale oczywiście jest to rzecz zupełnie autonomiczna i w gruncie rzeczy inna.

Reporterzy przemierzają Podlasie i próbują zmierzyć się z jego mitem. Czy rzeczywiście ta pograniczna ziemia jest przesycona mistycyzmem? Prawda to czy legenda? A jeśli tak to dlaczego? Właściwie konstatacja jest smutna. Podlasie wymiera. Starzeje się. Młodzi uciekają do Białegostoku albo innych większych miast, albo jeszcze dalej w świat. Wioski wyludniają się, zostają w nich sami starzy ludzie. Tylko w weekendy albo latem zjeżdżają tu przybyłki. To między innymi w nich widzi zagrożenie jeden z rozmówców Jastrzębskiego i Morawieckiego. Kim jest przybyłek? Dlaczego jest taki groźny? To mieszkaniec miasta, który kupił sobie na Podlasiu kawałek ziemi albo starą chałupę. Jest tu gościem, nie rozumie tego miejsca, nie zna i nie szanuje jego zwyczajów, nie wtapia się w lokalną społeczność. Wpada tylko na chwilę, a że ma tyle do zrobienia, więc nieważne niedziela to czy inne miejscowe święto, pracuje. A dla miejscowych to jak policzek. Dlatego kiedy poumierają, nikt ich nie zastąpi. Skończy się magiczne, mistyczne Podlasie. Wioski znikną zagarnięte przez las. Przecież nie uratują tej pogranicznej krainy nieliczni zapaleńcy, którzy szukają tu azylu albo sensu. Jeśli rzeczywiście za jakiś czas definitywnie przeminie tutaj wiek dziewiętnasty, a wraz z nim zniknie odrębność i wyjątkowość Podlasia, to przynajmniej zostanie ta książka. Świadectwo innych czasów.

Właściwie nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad fenomenem tych terenów, nigdy tam nie byłam. Dzięki książce Jastrzębskiego i Morawieckiego mogłam odbyć wirtualną podróż, poczuć to miejsce, zrozumieć jego fenomen i jego problemy. Ich opowieść ma klimat i atmosferę, jest bardzo sensualna. Niemal czujemy pierwsze krople deszczu, otula nas wilgotna mgła, chmury suną nisko po ołowianym niebie, zimno przenika do kości albo przeciwnie, świeci słońce, robi się skwar, wędrujemy pylistą drogą, wpatrujemy się w wody Narwi albo Bugu. Ale istotą książki są rozmowy z ludźmi. Reporterzy wędrują od wioski do wioski, od przysiółka do przysiółka, bo w każdym z tych miejsc liczą na spotkanie. Czasem ledwie uda im się zamienić słowo, innym razem trafią na gadułę. Do niektórych wracają. Nikogo nie oceniają, wszystkich obdarzają sympatią, każdego są ciekawi. Z miejscowymi prawosławnymi księżmi rozmawiają o lokalnych społecznościach, o relacjach między katolikami a prawosławnymi. Ze starymi ludźmi o przeszłości, o czasach wojny, o partyzantce, o ich żydowskich sąsiadach, których już nie ma, o konfliktach polsko-białoruskich. Z antykwariuszką z Krynek o tym, dlaczego porzuciła Gdańsk i nie zważając na materialne niewygody, osiadła tutaj. Z ekologiem z Białowieży prowadzą fascynującą rozmowę o Puszczy Białowieskiej. Ta rozmowa znakomicie wpisuje się w konflikt o Puszczę, który ostatnio rozgorzał na nowo. Wiele wyjaśnia i tłumaczy. Z pisarzem poszukują sensu. Szeptucha Hanna opowiada im, jak zjeżdżają się do niej ludzie, aby szukać pomocy. A motywem spajającym ich wędrówkę jest poszukiwanie Księgi Sybilli albo Klucza. Podobno są tacy, którzy je widzieli, czytali albo mają. Podobno jest w nich wszystko, co było i co będzie, i odpowiedź na pytanie, po co. To jak poszukiwanie Świętego Graala.

Na czym więc polega fenomen Podlasia? Na mieszance kultur, języków i religii, która sprawia, że to miejsce jest tak różnorodne i ciekawe, ale też nie wolne od konfliktów. Na tym, że wojenna i powojenna przeszłość ciągle jeszcze żyje, budzi spory i lęki. Nadal niełatwo o niektórych sprawach mówić, nadal żyją ludzie, którzy pamiętają pacyfikacje białoruskich wsi. Na tym, że tak blisko stąd do granicy, która bezwzględnie podzieliła krewnych, przyjaciół, ziemię. Często przypadek decydował, która wioska znalazła się po której stronie. No i oczywiście na mistycyzmie, który jeszcze się tu czuje.

Jastrzębski i Morawiecki chowają się w cieniu swoich rozmówców, nie epatują sobą, tylko od czasu do czasu pozwalają sobie na snucie filozoficznych czy antropologicznych refleksji. To też wartość tej książki. No i są jeszcze zdjęcia Macieja Skawińskiego.

Philip Roth "Everyman"

Powrót do Rotha (Philipa). Odkryłam go kilka lat temu, więc mam co nadrabiać, ale to wielka przyjemność. Na półce czeka pięć kolejnych powieści, w tym trzy kupione ostatnio za grosze na w taniej książce. Marzę jeszcze o zdobyciu cyklu zwanego "Trylogią amerykańską", ale już wiem, że to nie będzie łatwe. Nie ma co owijać w bawełnę, w tej chwili Philip Roth to, obok Amosa Oza, mój ulubiony pisarz (no i jeszcze Miljenko Jergowic, jak mogłam go pominąć!). Oczywiście nie wszystkie z sześciu dotąd przeczytanych powieści cenię na równi, ale tylko jedną, "Upokorzenie", uważam za nieudaną. Najlepsze?  "Duch wychodzi", "Wzburzenie" i "Nemezis". Przeczytanego właśnie "Everymana" (Czytelnik 2008; przełożyła Jolanta Kozak) sytuuję zaraz za nimi. Niewielka, skondensowana książeczka, jakby wprawka do wydanej rok później znakomitej, robiącej niesamowite wrażenie powieści "Duch wychodzi". Napisałam wprawka, bo obie lektury łączy temat: mierzenie się ze starością, chorobą i nieuchronnym końcem. Ale o ile "Everyman" skupia się prawie wyłącznie na tych zagadnieniach, o tyle "Duch wychodzi", pozycja znacznie obszerniejsza, wielowątkowa, zajmuje się też innymi tematami. No ale skupmy się na mojej ostatniej lekturze, przecież to o niej mam pisać.

Jak wspomniałam przed chwilą, jedno jest w życiu pewne: śmierć. Może dlatego powieść rozpoczyna się sceną pogrzebu głównego bohatera. Od razu wiemy, że umrze. Kiedy ziemia przykryje trumnę z jego ciałem, kiedy rozejdą się żałobnicy, wśród nich nienawidzący go synowie z pierwszego małżeństwa, druga żona, córka, ukochany, młodszy brat, jedna z kochanek, poznamy zwięzłą historię jego życia, zwykłego człowieka, everymana. Najpierw będzie o szczęśliwym dzieciństwie, którego nie zmącił nawet pobyt w szpitalu i pierwsze ledwo uświadomione zetknięcie ze śmiercią. Potem nastąpią opowieści o trzech żonach, dzieciach, kochankach, błędach, winach, zaniechaniach, oskarżeniach, pracy w agencji reklamowej. Swoisty życiowy bilans, podsumowanie. Żył w zgodzie ze sobą, czyli tak, jak mu było wygodnie, zdaje sobie sprawę z popełnionych błędów, z zaniechań, z tego, że dokonując dość egoistycznych wyborów, krzywdził innych, ale nie rozpamiętuje. Było, minęło, czas łagodzi emocje i uczucia. Dlatego nie rozumie swoich dorosłych już synów, którzy nadal tkwią w dziecięcych pretensjach do ojca dlatego, że porzucił ich matkę. Są dorośli, czas, aby go zrozumieli.

Jednak najważniejszym tematem powieści jest przemijanie, starzenie się, choroba. Ale wbrew pozorom to nie nękające go dość regularnie, skrupulatnie wyliczane, kłopoty zdrowotne czynią jego starość przykrą. Najgorsza jest samotność, poczucie bezsensu i świadomość, że choćby nie wiadomo jak zaklinać rzeczywistość, nie ma powrotu do tego, co było. Cóż z tego, że jemu nadal podobają się młode kobiety, kiedy on dla nich jest tylko żałosnym starcem. Na nic zajęcie się malarstwem  porzuconym niegdyś dla pracy w branży reklamowej, poczucie bezsensu i ciągnącego się, a jednocześnie umykającego czasu, pozostaje. A wokół, gdzie się nie obejrzy, podobni do niego schorowani starzy ludzie robiący dobrą minę do złej gry. Główny bohater, tytułowy everyman, płaci za popełnione w przeszłości błędy, przede wszystkim samotnością, poczuciem wykluczenia, zbędności. Starość w książkach Rotha, tak jest też we wspomnianej przeze mnie powieści "Duch wychodzi" (nawet bardziej), nie jest radosna, beztroska i wesoła. Mimo że zamożna to beznadziejna, bo znękana chorobami i poczuciem przerażającej pustki. I choćby nie wiem jak się chciało, z tej drogi zawrócić nie można. Przeszłość pozostaje tylko wspomnieniem.

"Wielkie piękno"

W poprzednim wpisie wspominałam, że napiszę o "Wielkim pięknie" Sorrentiniego. To film meteor. Wydaje mi się, że miał wejść już jakiś czas temu, ale premierę przesunięto. A tu nagle okazało się, że zdobył Europejską Nagrodę Filmową w kilku (!) kategoriach (film, reżyseria, aktor, montaż), Złoty Glob dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego i, jakżeby inaczej, nominację do Oskara w tej samej kategorii. Złoty Glob i nominacja do Oskara mogą dziwić, bo to kino niekomercyjne, na pewno nie dla każdego (o czym lojalnie uprzedzam). Wskazuje się na podobieństwo do Felliniego, mówi się, że wyrasta z ducha jego kina. Ciekawość i wiara w to, że film może okazać się dużym przeżyciem, sprawiły, że poszłam na niego przed "Jackiem Strongiem", o czym w poprzedniej notce wspominałam. Zdradziłam też wtedy, że film Pasikowskiego pozostał ze mną, a wrażenia z "Wielkiego piękna" gdzieś się ulotniły. W kategoriach obiektywnych (czy takie istnieją?) oczywiście film Sorrentiniego jest lepszy. To inna półka i inna liga, pewnie nawet nie ma sensu zestawianie ich ze sobą, tak bardzo są różne (robię to tylko dlatego, że widziałam jeden po drugim). Ale kino to też, a dla mnie przede wszystkim, przeżycie, emocje. I tu włoski film przegrywa. Ma zachwycać, a jakoś nie zachwyca. Powiem precyzyjniej: kiedy oglądałam zachwycał (chociaż nie od razu, trzeba się wgryźć, oswoić), jednak im więcej czasu mija od seansu, tym wrażenia bledsze. Działa melancholijny nastrój, działa wiele niezwykłych scen, ale gdzieś ulatnia się cała mądrość, przesłanie pozostaje tylko na poziomie deklaratywnym. Kto się kinem interesuje, zobaczyć powinien, ale kto film traktuje przede wszystkim jako rozrywkę, może się znudzić. Akcji tu właściwie nie ma (główny bohater, starzejący się dziennikarz, snuje się po Rzymie, dyskutuje albo imprezuje), jest za to wiele dziwności i surrealistycznych scen, a wszystko przyprawione niewesołymi refleksjami o życiu i krytyką klasy próżniaczej. Tyle we wstępie, a po szczegóły zapraszam do części drugiej. Oczywiście tych, którzy film już widzieli.

Muszę szczerze wyznać, że początek mnie rozdrażnił. Boże, pomyślałam, przerost formy nad treścią! Kino bardzo artystyczne, nadmuchane i nabzdyczone! Przeestetyzowane. A tego naprawdę nie lubię! Poczułam, że dałam się twórcom filmu i recenzentom nabić w butelkę. Z czasem jednak wszystko zaczęło się krystalizować. Szereg początkowych luźnych, niepowiązanych ze sobą scen ustąpił wątłej, bo wątłej, ale jednak akcji. Na melancholijną historię starzejącego się dziennikarza, autora jednej powieści (ale za to głośnej), niespełnionego artysty patrzyłam z zainteresowaniem.

Jep coraz częściej podsumowuje swoje życie. Wraca wspomnieniami do czasów młodości, do rodzinnego miasteczka, do pierwszej miłości. Zastanawia się, dlaczego na zawsze pozostał autorem jednej powieści. Dlaczego nie napisał drugiej? Czy naprawdę tylko dlatego, że nie udało mu się dotknąć absolutu, doświadczyć tego tytułowego wielkiego piękna? A może po prostu zabrakło woli, talentu, pracowitości, konsekwencji? Mimo że na zawsze pozostał autorem jednej powieści, autorem niespełnionym, korzysta z tamtego sukcesu. Obraca się w towarzystwie artystów, dziennikarzy, zdeklasowanej, ale wciąż dumnej, arystokracji, przedsiębiorców i ludzi bogatych. Wszyscy oni prowadzą luksusowe, próżniacze, puste życie. Od przyjęcia do przyjęcia, od imprezy do imprezy, od łóżka do łóżka, od jednego artystycznego happeningu do drugiego. Są w tym jakoś podobni do Jordana Belforta, bohatera "Wilka z Wall Street". Tyle tylko, że  on jest biznesmenem, a oni artystami, on oszukuje, oni nie. Chociaż czy rzeczywiście? Nie kradną, to prawda, ale są artystyczną wyrocznią. Czy nie jest oszustwem wmawianie szarym konsumentom kultury, że jakiś humbug jest wielkim dziełem sztuki? Jak by tego jeszcze było mało, ich pozycja umożliwia nie tylko życie lekkie, łatwe i przyjemne, ale, co jeszcze bardziej irytujące i niesprawiedliwe, daje nieoczekiwane przywileje. Tylko oni dzięki rozmaitym koneksjom mogą podziwiać miejsca niedostępne, zwiedzać piękne pałace nocą, kiedy jest w nich pusto. Czy potrafią to docenić?  Jep chyba tak. Choć jest próżniakiem, cudownym starcem, budzi moją sympatię. Może dlatego, że potrafi być krytyczny wobec siebie i innych? Może dlatego, że jest świadom swojego próżniaczego życia? Może dlatego, że potrafi być przyjacielem? Może dlatego, że umie zdemaskować pseudo sztukę? Może dlatego, że w dniu sześćdziesiątych piątych urodzin mówi sobie, że nie będzie już robił niczego, na co nie ma ochoty? Jep żyje nocą, rankiem przechadza się po wyludnionych o tej porze ulicach Rzymu, podziwiając ich piękno i zastanawiając się nad sobą. Poczucie pustki i miałkości egzystencji coraz częściej każe mu wspominać młodość, szukać tam siebie prawdziwego i utraconych szans. Ale czy przypadkiem się nie oszukuje? Czy rzeczywiście jego pierwsza dziewczyna kochała go całe życie, a on przegapił szczęście? Czy to nie iluzja? Czy złudzeniem nie była wiara w to, że mógł napisać kolejne powieści?

Oglądając ten film, poddawałam się melancholijnemu nastrojowi i często miałam wrażenie, że słyszę coś ważnego. Jakąś mądrą, złotą myśl, jakiś klucz do sensu. Wiele tu też aluzji do dzieł filmowych i literackich ("Słodkie życie" i "Osiem i pół" Felliniego, "Podróż do kresu nocy" Celine'a, Flaubert).  Niestety to wszystko okazało się bardzo ulotne. Mądrości, cytaty gdzieś się zapodziały w mrokach niepamięci, pozostała ogólna refleksja o zmarnowanym życiu i satyra na klasę próżniaczą. Stąd rozczarowanie "Wielkim pięknem". Ale może to moja wina, wina widza nie dość uważnego?

Na zakończenie muszę przyznać, że niewątpliwą przyjemność sprawia szereg absurdalnych, surrealistycznych, ironicznych, prześmiewczych scen wywiedzionych z ducha filmów Felliniego. Para arystokratów, która żyje w piwnicy utraconego pałacu i za pieniądze uświetnia swoją obecnością towarzyskie spotkania, przyjęcie weselne, wizyta świętej zakonnicy, flamingi na tarasie mieszkania Jepy, biskup, który w kółko opowiada o jedzeniu i wiele innych zdarzeń i postaci. 

Teraz, kiedy pisałam o tym filmie, trochę go dla siebie odzyskałam. Pozostaję jednak przy swoim zdaniu, że to raczej tylko przeżycie estetyczne okraszone garścią dość oczywistych refleksji.


Piotr Paziński "Pensjonat"

O "Pensjonacie" Piotra Pazińskiego (Wydawnictwo Nisza 2009) usłyszałam kilka lat temu w jakimś nieistniejącym już dziś programie telewizyjnym poświęconym polskiej literaturze. Same pochwały, świetne recenzje, już wtedy (chyba?) chciałam ją przeczytać. Jeśli jednak nie kupi się książki od razu, to potem wypierają ją kolejne nowości i inne czytelnicze zachcianki. Tak było i tym razem. Miesiące a nawet lata płynęły, a ja od czasu do czasu przypominałam sobie o "Pensjonacie". Aż pewnego pięknego dnia ostatnich wakacji wpadł mi w ręce przeceniony, kosztował jakąś śmieszną kwotę. Takiej okazji nie mogłam wypuścić z ręki, kupiłam, ba, szczęśliwą posiadaczką drugiego egzemplarza została moja przyjaciółka, namówiona przeze mnie. Ona przeczytała od razu, moja książka swoje na półce odczekała, aż nadszedł jej czas (decyzję o lekturze niewątpliwie przyspieszyła wiadomość, że Paziński wydał właśnie "Ptasie ulice", też chwalone). Wystarczył weekend, aby ją pochłonąć. Nie tylko dlatego, że krótka. Przede wszystkim ciekawa, melancholijna nastrojowa. Żeby napisać, czym jest "Pensjonat", najpierw trzeba wyjaśnić, kim jest autor. Piotr Paziński, z wykształcenia filozof, to reprezentant tak zwanego trzeciego pokolenia po Holokauście. Jest redaktorem naczelnym miesięcznika Midrasz, żydowskiego czasopisma społeczno-kulturalnego. "Pensjonat" to jego literacki debiut.

Czym jest ta książka? Czy to powieść, czy wspomnienia? Trudno oddzielić jedno od drugiego. Autor nie ukrywał w wywiadach, że jego proza karmi się przeszłością. Pamięcią sięga czasów swego dzieciństwa, kiedy to razem z babcią spędzał wakacje w żydowskim pensjonacie w Otwocku. Jedyne dziecko wśród dorosłych, Żydów ocalałych z Holokaustu. Skazane na towarzystwo dziwnych, starych ludzi, ich utyskiwania, opowieści, spory, dyskusje, których nie rozumiał. Po latach wraca do tamtych dni, chciałby jak najwięcej ocalić ze świata, którego już nie ma. Pamięć zawodzi, nie ma kogo zapytać. Dziś żałuje, że kiedyś nie słuchał dość uważnie, nie dopytał, nie chciał wiedzieć. Czytelniku tej notki, czy nie zdarzyło ci się kiedyś coś podobnego?. Żal, że w dzieciństwie nie dość uważnie słuchało się opowieści babci, a teraz przepadło, i nic poradzić nie można, chociaż tak bardzo chciałoby się wiedzieć. Aby dopomóc pamięci narrator (autor?) wraca do pensjonatu. Podupadłego (ale i kiedyś nie było tam luksusów, ciasne pokoiki przenikał zapach stęchlizny i wilgoci, a ściany łazienki porastał grzyb), pustego o tej porze roku, okrytego mgłą i melancholią, toczonego przemijaniem. Czy ci, których tam spotyka, żyją jeszcze, czy może wracają do świata przywołani wspomnieniami narratora? Czy jego sentymentalna podróż zdarzyła się naprawdę, czy to tylko oniryczne wizje? Zaglądając do pokoi, jadalni czy zamkniętej na głucho świetlicy, wyglądając przez okno, spacerując po okolicy, przypomina sobie echa dawnych rozmów, sporów i ludzi, panią Malę, babcię, pana Jakuba, pana Abrama, doktora Kahna i wielu innych. Ożywają postacie na starych fotografiach przechowanych przez panią Tecię, wracają przypomniane pamięcią przedmiotów. Ten ocalał, właściwie nie wiadomo dlaczego, ten wrócił z dalekiego zesłania, ten zginął jak większość. Dlaczego Bóg przypomniał sobie o jednych, a  innym pozwolił zginąć w piecach Treblinki albo na ulicach Lwowa od niemieckiej kuli? Obudził się na chwilę ze swego snu, czy zapomniał, a o wszystkim zadecydował przypadek? Nie ma w tej książce tak często obecnych w literaturze Holokaustu dramatycznych, okrutnych scen, nie ma epatowania cierpieniem, nienawiści, pretensji do Boga i ludzi. Jest zaduma, smutek, melancholia, ironia i żal za niepoznanymi nigdy, bo utraconymi, ludźmi, za przeszłością, za tamtym światem. Te, na poły realistyczne, na poły senne, wspomnienia są delikatne jak mgiełka, bo dziurawa pamięć nie pozwala na nic więcej. Ale urok książki Pazińskiego nie tylko na tym polega, a może w ogóle nie na tym. Takich książek odwołujących się do pamięci o utraconym żydowskim pokoleniu było wiele. To język sprawia, że "Pensjonat" przenosi się w wyższe rejony. Język piękny, kunsztowny, naszpikowany metaforami, porównaniami i innymi środkami poetyckiego wyrazu. Jak zwykle, kiedy czytam taką prozę, zazdroszczę autorowi, że tak nietuzinkowo potrafi składać zdania. Jakże bym chciała, aby to spod klawiszy mojego laptopa wysypały się takie zdania:

"Na szczęście tory leżały tak, jak je pozostawiłem. Biegły prosto przed siebie, zdecydowanym ruchem, by stopić się z horyzontem, stąd ledwie widocznym, przesłoniętym przyrodą, albo przeciwnie: zniknąć w ukrytym tunelu wydrążonym w niebie i dalej gnać już po drugiej stronie, w całkiem innym i nieznanym świecie."

Niestety. Ale na szczęście pozostają książki, takie jak "Pensjonat" Piotra Pazińskiego.

Miałam już kończyć, ale przecież muszę dodać jeszcze jedno. Narrator jest nie tylko strażnikiem przeszłości. On czuje się kolejnym ogniwem tamtego świata. Ostatni z łańcucha pokoleń, uczepiony na samym końcu. Jak pisze o sobie.

Raja Shehadeh "Palestyńskie wędrówki"

Jeśli miałabym zwięźle scharakteryzować "Palestyńskie wędrówki" Raja

Shehadeha (Karakter 2011; przełożyła Anna Sak) użyłabym dwóch epitetów: to książka piękna i smutna. Dlaczego? Zaraz objaśnię, ale najpierw parę słów o autorze i o tym, czym są "Palestyńskie wędrówki", o których ostatnio trochę się mówiło, ponieważ książka znalazła się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego a z tej okazji pisarz gościł w Polsce. Kim jest Raja Shehadeh? To palestyński prawnik, działacz organizacji Al-Hak zajmującej się prawami człowieka i pisarz. Mieszka w Ramallah na Zachodnim Brzegu. Tyle suche fakty. Po przeczytaniu jego książki mogę powiedzieć o nim jeszcze i to, że jest człowiekiem wrażliwym na piękno krajobrazu, miłośnikiem pieszych wędrówek i palestyńskim patriotą. Patriotą? To oczywiście prawda, ale nie brzmi dobrze, słowo jest oficjalne i jakoś wyświechtane. Myślę, że o wiele lepiej będzie napisać, że jest zakochany w swoim kraju, szczególnie w jego pięknie. Książka jest zapisem siedmiu wędrówek odbytych w samotności lub towarzystwie żony czy przyjaciół na przestrzeni ponad ćwierćwiecza. To krótkie spacery w najbliższych okolicach Ramallah i dalsze aż do Jerycha czy do Morza Martwego.

Shehadeh maluje przed czytelnikiem piękno surowego krajobrazu Zachodniego Brzegu. Piaszczyste i skaliste wzgórza mieniące się różnorodnymi barwami, wadi (doliny) i uedy (chyba wąwozy), palestyńskie wioski okalające pagórki, samotne, kamienne domy zwane kasr, drzewa oliwne, pola cyklamenów, źródła tryskające spod ziemi, stare klasztory. Uważnie i z miłością przygląda się okolicy, dostrzega każdy detal, którego powierzchowny, niewrażliwy na piękno obserwator najprawdopodobniej by nie zauważył. Napawa się zmianami, jakim podlega przyroda wraz z przemijającymi porami roku. Lubi usiąść w odludnej okolicy i zadumać się. Wspomina przeszłość, poprzednie wędrówki, sięga pamięcią aż do dzieciństwa, do opowieści o krewnym, Abu Aminie, który część roku spędzał w wybudowanym przez siebie kamiennym domu. Prawda, że brzmi sielankowo? Gdyby tak było, to charakteryzując książkę, użyłabym tylko jednego epitetu: piękna. Niestety musiałam posłużyć się i drugim: smutna.

Kto chociaż trochę interesuje się Bliskim Wschodem, a szczególnie skomplikowaną kwestią izraelsko-palestyńską, ten być może domyśla się, skąd smutek. Sielski obrazek nakreślony w poprzednim akapicie to niestety  przeszłość, do której nie ma powrotu (no chyba że za setki czy tysiące lat, bo, jak wiadomo, nic nie trwa wiecznie). Odkąd Izrael zaczął budować na Zachodnim Brzegu osiedla dla osadników, w tym pięknym, biblijnym krajobrazie  zachodzą nieodwracalne, bolesne zmiany. Autor ze złością, smutkiem i rozpaczą dokumentuje degradację wzgórz. Izraelskie buldożery wdzierają się w ziemię, ścinają wierzchołki pagórków, wyrównują, niwelują teren, bezpowrotnie niszczą skalną fakturę pagórków, burzą kasry, a wszystko po to, aby wybudować rozlewające się po okolicy niczym macki betonowe osiedla otoczone wysokimi murami. Skoro powstały izraelskie osady, trzeba połączyć je między sobą, a przede wszystkim z Izraelem tak, aby osadnik szybko mógł dojechać do Tel Awiwu czy Jerozolimy. Dlatego buduje się autostrady. To wszystko nie tylko szpeci krajobraz, raniąc go niemiłosiernie, ale niszczy życie Palestyńczyków. Osiedla i drogi osaczają wioski, bezdusznie dzielą teren, utrudniając lub wręcz uniemożliwiając dotarcie do sąsiedniej osady lub na własne pole. To, co kiedyś było łatwe, teraz staje się niezwykle trudne lub wręcz niemożliwe. Bywa, że dotarcie do miasta czy sąsiedniej wioski, które kiedyś zajmowało tylko kwadrans, teraz wydłużyło się do godziny lub godzin. Mury i autostrady, po których nie wolno poruszać się Palestyńczykom, tak skutecznie posiekały teren, że podróżując, trzeba nadkładać drogi. Pola leżą odłogiem, rolnicy tracą źródło utrzymania, dlatego bardzo często, o paradoksie, zatrudniają się przy budowie osiedli czy dróg. Ulubione wędrówki autora są coraz trudniejsze, ale nie tylko z powodów, o których przed chwilą pisałam. Z czasem na wzgórzach pojawiło się coraz więcej uzbrojonych patroli izraelskich i palestyńskich. Spotkania z nimi są najczęściej bardzo nieprzyjemne. W skrajnych przypadkach mogą skończyć się zatrzymaniem lub nawet śmiercią.

Raja Shehadeh demaskuje mechanizmy, rozmaite kruczki prawne albo wręcz bezprawne, które doprowadziły do powstania pierwszych izraelskich osiedli. Opisuje pokojową, prawniczą walkę, którą długo prowadził w sądach w imieniu swoich klientów bezprawnie wywłaszczanych z ziemi często należącej jeszcze do ich przodków. Długo wierzył, że na drodze prawnej może zatrzymać zmiany. Swoją walkę niestety przegrał. Zniechęcony azyl i odtrutkę na zło, które się dokonuje, znalazł w pisaniu. Autor oskarża nie tylko Izrael. Uważa, że OWP (Organizacja Wyzwolenia Palestyny) podpisując porozumienia z Oslo, w imię palestyńskiej autonomii zawarła zgniły kompromis pozwalający Izraelczykom na budowę osiedli. Tym samym podpisała wyrok śmierci na pięknie tej ziemi. Shehadeh uważa, że działacze OWP pozostający na emigracji nie rozumieli powagi problemu. Nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji budowy izraelskich osiedli. Cóż z tego, że wybudują, cóż z tego, że zamieszkają, słyszał wielokrotnie od swych rodaków powracających z wygnania. Autor pokazuje, jak palestyńskie elity zachłysnęły się świeżo otrzymaną władzą, pozostając obojętne na degradację życia swoich rodaków i niszczenie pięknego krajobrazu.

Oczywiście pisarz ma za złe Izraelczykom to, co robią z jego krajem i jego narodem, ale jednocześnie nie pała do nich ślepą nienawiścią. Opisuje swoje przypadkowe spotkania z mieszkańcami izraelskich osad i ze zdziwieniem zauważa, że i oni zdążyli pokochać tę ziemię. Bardzo często zresztą, szczególnie młodzi, nie rozumieją, na czym polega problem. Od małego karmieni syjonistyczną ideologią żyją w przeświadczeniu, że Palestyna od czasów biblijnych należy tylko do nich.

O "Palestyńskich wędrówkach" słyszałam, kiedy tylko się ukazały. Długo zwlekałam z ich kupieniem i przeczytaniem, może nawet nie bardzo miałam na to ochotę. Teraz uważam, że popełniłam błąd. To naprawdę bardzo ciekawa i poruszająca książka, pokazuje drugą stronę medalu, gordyjski węzeł izraelsko-palestyński. Tylko jedna uwaga: na pewno nie jest to pozycja dla tych wszystkich, którzy wzdrygają się na widok długich opisów, niecierpliwie je przerzucając. Książka palestyńskiego autora składa się przede wszystkim z opisów: pięknych i subtelnych.

I na koniec jeszcze dwie osobiste uwagi. Dokładnie rok temu podróżowałam po Izraelu. Z oczywistych względów nie zwiedzałam Zachodniego Brzegu. Byłam tylko tam, gdzie stosunkowo łatwo się dostać: w Betlejem i Jerychu. Zachwyciłam się Pustynią Judzką. Wydała mi się piękna. Jechałam jedną z dróg, które opisuje Shehadeh. Myślałam, że poruszam się starą biblijną drogą prowadzącą z Jerozolimy do Jerycha. Okazuje się, że byłam w błędzie. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że prawdopodobnie oglądam krajobraz, który kiedyś wyglądał jeszcze piękniej. Nie mając porównania z przeszłością, nie potrafiłam dostrzec śladów degradacji.

Uwaga druga. Cały czas podczas lektury książki towarzyszyła mi niewesoła refleksja o szerszym charakterze. Chodzi o kaleczenie i degradację naszego, polskiego krajobrazu. Bezładna zabudowa, brak planów zagospodarowania, zabudowywanie terenów zielonych, dom stawiany na domu, tak blisko siebie, że sąsiedzi bez trudu mogą zaglądać sobie do mieszkań, grodzone osiedla, koszmarne budynki, jakieś paskudne budki (te przynajmniej nie są trwałe i stosunkowo łatwo można by się ich pozbyć). Mogłabym tak jeszcze długo wyliczać wszystkie zbrodnie popełniane przez architektów, urbanistów, deweloperów, inwestorów, burmistrzów, prezydentów i urzędników na naszych miastach i innych terenach. To coś, co boli mnie bardzo, dotyka i nie daje spokoju. I nie robi nam tego żaden wróg, sami sobie niszczymy nasz kraj. Tą niewesołą i z lekka patetyczną refleksją kończę dzisiejszy wpis.


"Klucz do ogrodu" Jenny Erpenbeck

Od dwóch lat z uwagą śledzę książki nominowane do przyznawanej we Wrocławiu

nagrody Angelusa dla pisarzy z Europy Środkowo-Wschodniej. Zawsze znajdę coś, co mnie zainteresuje. Z tegorocznych finalistek sięgnęłam po powieść niemieckiej pisarki Jenny Erpenbeck "Klucz do ogrodu" (WAB 2010). Mimo że nie jest to typ literatury, którą lubię najbardziej, książka, po początkowym rozczarowaniu, wciągnęła mnie, zainteresowała i poruszyła.

Można się zastanawiać, czy to powieść, czy raczej zbiór opowiadań, literackich miniatur połączonych wspólnym miejscem. Chyba jednak powieść, bo losy bohaterów poszczególnych rozdziałów splatają się ze sobą: to sąsiedzi albo członkowie trzech rodzin, właścicieli letniskowych domów nad jeziorem zwanym Morzem Brandenburskim. Poznajemy kilka niezwykłych, dramatycznych historii osadzonych na przestrzeni mniej więcej wieku. Ziemia i domy przechodzą z rąk do rąk. Domy powstają, pysznią się swoją wspaniałością, ale w końcu popadają w zapomnienie i w ruinę. Podobnie ludzie, ich właściciele: pojawiają się i znikają, starzeją i umierają. Czas dojmująco upływa. Nazizm, wojna, komunizm, aż wreszcie upadek muru. Nawet ogrodnik, który, niegdyś młody, zdrowy i silny, mieszkał tu od zawsze, w końcu starzeje się i gdzieś znika. Tylko miejsce było i będzie. Melancholia, nostalgia i smutek biją z kart książki niemieckiej pisarki.

Smutne, a często wręcz tragiczne, są losy bohaterów. Większość jest tu tylko na krótszą lub dłuższą chwilę. Kochają to miejsce, ale w końcu muszą je porzucić lub po prostu tracą, bo przegania ich stąd tragiczny los. Wszyscy są współczesnymi nomadami, uciekinierami, wygnańcami. Żydowska rodzina, która w porę wyjeżdża do RPA, ratując życie. Ale ta sztuka nie uda się ich najbliższym krewnym. Chyba najbardziej poruszający jest rozdział o małej żydowskiej dziewczynce ukrywającej się samotnie w komórce mieszkania w warszawskim getcie. Kiedy tak siedzi cichutko, czekając na swój los, jedynym ratunkiem są wspomnienia z wakacji spędzanych nad jeziorem u wujka i ciotki.  Niemiecki architekt sympatyzujący z faszyzmem i jego żona, po wojnie zmuszeni do wyjazdu do Berlina Zachodniego. Małżeństwo wschodnioniemieckich pisarzy rozczarowanych ideami socjalistycznymi. Para miłośników żeglarstwa, która tak bardzo kocha to miejsce, że nie wyobraża sobie jego utraty. Babcia jednej z bohaterek tęskniąca za rodzinnymi Mazurami, które musiała opuścić po wojnie. Młody rosyjski żołnierz, którego oddział rozkrada i z premedytacją niszczy piękny dom. Każda z tych historii mogłaby stać się kanwą osobnej powieści. Tu, może dlatego, że tak skondensowane, robią duże wrażenie. Ulotność i kruchość ludzkich losów, ludzie smagani przez zawieruchy historii, przeganiani z miejsca na miejsce, naznaczeni utratą: domu, ojczyzny, miejsca, najbliższych. Wszystko bardzo smutne.

To, co początkowo mnie zraziło i rozczarowało, to język i styl. Zwięzły, lakoniczny, rzeczowy, chłodny. Miejscami przez melodię, refreny, powracające frazy przypominający poezję, miejscami zaś urzędowy, prawniczy, ogrodniczy, zawsze aptekarsko dokładny. Mimo oszczędności wiele tu niezwykle drobiazgowych, szczegółowych opisów. Kiedy jednak minął pierwszy szok, bo ja, miłośniczka epickich cegieł, nie tego się spodziewałam, rozsmakowałam się w tej melancholijnej, leniwej opowieści. To książka, którą można kontemplować, czytać spokojnie kawałek po kawałku, iść do przodu i wracać do tego, co już się raz przeczytało, jak poezję. Warto poświęcić jej trochę czasu, a ponieważ jest niewielkich rozmiarów, nie potrzeba go dużo.


O książce terapeutycznej.

Miało być inaczej. W weekend wybierałam się na dwa filmy: najnowszego Allena i hiszpański "Ja też". Niestety los zmienił moje plany. Kino będzie musiało poczekać, a ja napiszę coś o książce. A ponieważ czytam teraz dość grubą powieść rumuńską ("Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera) i jeszcze chwilę potrwa, zanim ją skończę, więc przyszło mi do głowy, że w tych trudnych chwilach napiszę o książce, która dla mnie była wielokrotnie pocieszeniem, rodzajem terapii. To "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej. Niemodne? Pewnie tak. Kto dziś czyta takie powieści? Kto ma czas, aby oddać się lekturze ponad tysiąca pięciuset stron (tyle ma wydanie, które mam na półce)? Moim zdaniem warto. Kto lubi powieści-rzeki, sagi rodzinne, potoczystą, epicką, rozwlekłą prozę, kto lubi śledzić ludzkie losy, pozornie zwyczajne, ale jednocześnie cudownie zawikłane, ten powinien sięgnąć po "Noce i dnie". Ja pierwszy raz przeczytałam ją jako licealną lekturę, od razu w całości, chociaż obowiązkowe były tylko dwa pierwsze tomy. Pamiętam, że nie mogłam się od niej oderwać. Potem kilkakrotnie wracałam, najczęściej w momentach dla mnie trudnych. Pewnie jeszcze kiedyś po nią sięgnę. Długo wymieniałam ją jako swoją ulubioną książkę, dziś chyba już bym tego nie zrobiła, ale nadal jest dla mnie ważna.

Zastanawiam się, jak pisać o tej powieści? Jeszcze parę lat temu, pewnie większość miłośników literatury wiedziałaby, co kryje sie na jej kartach, ale dziś? Może znana jest trochę za sprawą filmu Antczaka, a szczególnie jego wersji serialowej, która od czasu do czasu przypominana jest w telewizji? Tak na wszelki wypadek podaję, że jest to historia rodu Niechciców i Ostrzeńskich, głównie Bogumiła i Barbary oraz ich trójki dzieci. Retrospekcje sięgają jeszcze czasów Powstania Styczniowego, a akcja poowiesci urywa się w roku 1914, zaraz po wybuchu  pierwszej wojny światowej.

A teraz najważniejsze: dlaczego nazwałam ją moją powieścią terapeutyczną? Wszak jest to książka o zwykłym życiu, zmaganiach z codziennoscią, kłodach rzucanych przez los pod nogi, niespełnionych marzeniach, zawiedzionych nadziejach młodości, rozczarowaniu życiem, karmieniu się iluzjami, stracie, przemijaniu, szczęśliwej i nieszczęśliwej miłości, ale także o etosie pracy i czerpaniu radości z tego, co niesie dzień. Mogłabym tak jeszcze długo wyliczać, bo to powieść - studnia bez dna. Jednak w gruncie rzeczy pesymistyczna, o takim właśnie zakończeniu. Bywało, że zamykałam ją ze łzami w oczach (pocieszenie znalazłam, w pierwszym tomie dzienników pisarki, z którego dowiedziałam się, że jej matka, pierwowzór powieściowej Barbary, dotarła szczęśliwie tam, gdzie zmierzała; ale tak przecież robić nie wolno: powieść to nie biografia!). Więc dlaczego terapeutyczna? Pewnie dlatego, że dla mnie jest jak katharsis. Jak szczepionka, która aplikując organizmowi zarazek w małej dawce, uodparnia na chorobę. "Noce i dnie" uodparniają na życie. A poza tym, jak już wspomniałam, to bogactwo fascynujących, powikłanych ludzkich losów i tłum barwnych postaci. Odległy świat, którego już dawno nie ma. Naprawdę warto zatopić się w kosmosie stworzonym przez Dąbrowską, nawet jeśli trzeba mu oddać kawał czytelniczego czasu!

Świat, którego juz nie ma, czyli "Wyjście z Egiptu" Andre Acimana.

Tę książkę, wydaną przez wydawnictwo Czarne (2009), przeczytałam jakiś czas temu, ale ponieważ jest jedną z tych, które utkwiły w mojej pamięci, więc w przerwie między poprzednią a aktualną lekturą parę słów o niej. Tytuł nawiązuje do biblijnego wyjścia Żydów z Egiptu, ale jest to powieść, której akcja sięga czasów przed drugą wojną światową, by skończyć się w roku 1964 tytułowym wyjściem z Egiptu. Narrator opowiada historię licznej rodziny Żydów sefardyjskich, która na początku dwudziestego wieku stopniowo osiedlała się w tym kraju po wyjeździe z Konstantynopola, by potem, wraz ze zmieniającą się sytuacją polityczną, stopniowo Egipt opuszczać. Powieść o świecie, którego już nie ma, świecie, w którym obok siebie żyli Żydzi, Arabowie i Europejczycy, tworząc niezwykłą mieszankę kultur i obyczajów.

Przede wszystkim jest to książka niezwykle zabawna i ciekawa. Rodzinną historię i świat Aleksandrii, gdzie mieszkają bohaterowie, poznajemy oczami kilkuletniego, potem kilkunastoletniego, chłopca. To on jest bowiem narratorem. W tej sadze rodzinnej aż roi się od dziwacznych, barwnych i zabawnych postaci. Taki jest wuj Wili, najstarszy z rodzeństwa, podwójny szpieg, drobny hochsztapler, ale w gruncie rzeczy dobry człowiek; obie babki narratora, w dziecinny sposób rywalizujące o względy swojego wnuka tak, jakby chciały go sobie wzajemnie podebrać; głuchoniema matka narratora, często wysługująca się swoim synem, kobieta piękna, o twardym charakterze, potrafiąca wydać z siebie niezwykły pisk, którym terroryzowała otoczenie; liczne ciotki i liczni wujowie o barwnych charakterach i niezwykłych historiach (już same ich imiona powodują nostalgię za tym egzotycznym światem: Flora, Estera, Elza, Klara, Izaak, Nessim, a to jeszcze nie wszyscy); nestorka rodu, czyli prababka narratora, u której w mieszkaniu gromadzi się cała rodzina w chwilach politycznych zawieruch; wreszcie arabska służba, sąsiedzi i przyjaciele różnych narodowości. Aleksandria tamtych lat to istny wielokulturowy tygiel. Wszyscy krewni narratora prowadzą mniejsze lub większe interesy, z mniejszym lub większym powodzeniem.

Ale ta zabawna opowieść podszyta jest smutkiem i nostalgią za światem minionym. Egzystencja Żydów sefardyjskich w Egipcie, początkowo przyjemna i barwna, z powodu zawieruch historycznych staje się z czasem coraz trudniejsza i niebezpieczna. Tak jest szczególnie w roku 1942, kiedy wojska Rommla zbliżają się do Aleksandrii i wydaje się tylko kwestią czasu, kiedy Niemcy zajmą Egipt. Wtedy los Żydów byłby oczywiście przesądzony. Jednak ta historia opowiadana z perspektywy kilkunastoletniego chłopca, który zna ją z przekazów rodzinnych (urodził się na początku lat pięćdziesiątych) jest bardziej zabawna niż groźna. Opowieści na temat Niemców, którymi straszą się wzajemnie członkowie rodziny, powodują raczej śmiech niż lęk. To czytelnik obarczony bagażem wiedzy o tym, co działo się wtedy w Europie, zna prawdziwe zagrożenie. Kolejnym niebezpiecznym momentem jest wojna o Kanał Sueski w roku 1956. Ale i tym razem groza tamtych wydarzeń łagodzona jest przez pamięć narratora. Naloty, zaciemnienia, sparaliżowane życie Aleksandrii, zapamiętane i opowiadane przez kilkuletniego chłopca, są po prostu przygodą. To moment, kiedy rodzina może kolejny raz zgromadzić się w domu seniorki rodu, jego prababki, a rutyna codzienności zostaje zastąpiona niezwykłymi zdarzeniami. Niestety, odtąd życie nie będzie już takie jak dawniej. Niechęć do Żydów narasta (Izrael obok Francji i Wielkiej Brytanii był agresorem w tym konflikcie), stopniowo krewni i przyjaciele opuszczają Egipt, udając się w różne strony Europy. Czujemy upływający czas, wszystko się zmienia i przemija. Ci ludzie bardzo często wyjeżdżają właściwie bez niczego, bo ich majątki podlegają nacjonalizacji. Tu, inaczej niż w historii rodzinnej Amosa Oza, to Europa, do której muszą uciekać, jest światem trochę upragnionym, ale jednak obcym. Istnieje wszak jedno podobieństwo: Żydzi przybywający do Palestyny w latach trzydziestych i Żydzi opuszczający Egipt w latach pięćdziesiatych i sześdziesiątych muszą wszystko zaczynać od nowa.

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Ta książka jest też opowieścią o poszukiwaniu tożsamości. Kim są ci ludzie, którzy przybywali do Egiptu z Konstantynopola i innych stron? Mieszkają w Egipcie, ale nie znają arabskiego. Mówią po francusku albo w ladino (mieszanka hebrajskiego i hiszpańskiego). Wychowani w kulturze europejskiej marzą o Wenecji, Paryżu czy Toskanii, ale  kiedy nadchodzi czas, z niechęcia opuszczają Egipt. Nie są też specjalnie religijni. Jakże zdziwiony jest narrator, kiedy przypadkiem dowiaduje się, że ma obywatelstwo tureckie. A przeciez Turcja była mu przedstawiana przez różnych krewnych jako kraina ludzi prymitywnych, prostackich, brudnych i zacofanych!   

Popularne posty