Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty

Zsuzsa Bánk "Pływak"

Niedawno zapowiadałam, że sięgnę po kolejną książkę Zsuzsy Bánk

niemieckiej pisarki o węgierskich korzeniach, a to dlatego, że ostatnio przeczytałam jej najnowszą pozycję "Śmierć przychodzi nawet latem", która miała bardzo dobre recenzje. Chociaż z mojej strony nie obyło się bez pewnych zastrzeżeń, to jej twórczość zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłam kontynuować moją z nią znajomość. Tą kolejną książką jest powieść "Pływak" (Czarne 2005; przełożyła Elżbieta Kalinowska). 

Tym razem żadnych ale nie było. Dałam się pochłonąć opowieści snutej przez narratorkę, najpierw kilkuletnią, potem kilkunastoletnią Katę. Od razu zaznaczam, że nie jest to książka dla każdego (zresztą żadna nie jest). Nie ma tu dialogów, nie ma też właściwie akcji, są wspomnienia kilku lat spędzonych w drodze, na które składa się codzienność podbita od czasu do czasu refleksją czy jakimś podskórnym przeczuciem. Wiele tu niedomówień, czegoś musimy się domyślać, innym razem coś sobie na różne sposoby dopowiedzieć. Odnajduję w tej powieści pewne podobieństwo do najnowszej książki Zsuzsy Bánk, nazwałabym to czymś w rodzaju medytacji.

Ale po kolei. Jest to historia węgierskiej rodziny, którą nagle w okresie wydarzeń 1956 roku opuszcza matka. Nie, nie jest osobą zaangażowaną politycznie, mieszka na wsi, dokąd rewolucyjne wydarzenia przecież nie dotarły. Dlaczego razem z koleżanką decyduje się przekroczyć nielegalnie zieloną granicę, co wiązało się z niebezpieczeństwem, wyruszyć na niepewne, aby na nowo układać sobie życie, długo nie wiadomo. Tym bardziej, że to nowe życie tam, w nowym kraju, w Niemczech, wcale nie będzie łatwe. Czeka ją ciężka praca, samotność, przynajmniej na początku. Niemal przez całą powieść zadawałam sobie pytanie - dlaczego to zrobiła? Dlaczego zostawiła męża i przede wszystkim dzieci? Przecież w tych okolicznościach nie mógł to być byle jaki powód. Dopiero prawie na końcu, kiedy trochę lepiej poznajemy jej historię, możemy domyślić się odpowiedzi. Bo, tak jak często w tej powieści, odpowiedź nie zostanie udzielona wprost. 

Ale nie ona jest prawdziwą bohaterką tej książki. Jej losy poznamy w zaledwie trzech rozdziałach. Głównymi bohaterami są ci, którzy zostali, jej mąż, Kalman, i dwoje dzieci, starsza Kata i jej młodszy brat Isti. Kiedy matka wyjeżdża, ojciec postanawia opuścić wieś, w której mieszkali, i odtąd rozpoczyna się ich kilkuletnia wędrówka po kraju zakończona tragicznym zdarzeniem.  Tułają się od krewnego do krewnego, w jednym miejscu pozostają dłużej, w innym krócej. W jednym przyjęci zostają serdecznie, w innym są balastem. Jedno miejsce podoba im się bardziej, zwłaszcza dłuższy pobyt w wiosce nad Balatonem, innych nie lubią. 

Dlaczego Kalman decyduje się zostawić wszystko i ruszyć w drogę, w dodatku razem z dziećmi? Tego też nie wiemy na pewno. Bo tamta wieś przypominałaby mu o żonie, która go zostawiła? Bo miał w sobie gen wędrowca, o czym też dowiemy się znacznie później, poznając okres jego młodości? 

Wtedy nie wiedziałam, czy to życie przepływa obok niego, czy też to on prześlizguje się przez nie bez wysiłku. Zrywał więzi z innymi ludźmi, zacierał ślady, wyruszał z nami w podróże, których i tak nikt nie mógł śledzić, ani nas znaleźć, i nie wiem, czy teraz, kiedy o tym myślę, przeszkadza mi, że tak było, czy kiedykolwiek mi przeszkadzało.

O ile dla Kalmana ucieczka była wybawieniem, o tyle dla dzieci oznaczała pożegnanie ze wszystkim, co im znane. Nie dość, że straciły matkę, to jeszcze ojciec wyrwał je z ich środowiska, odebrał im dom, musiały zostawić ukochanego psa, babcię, która mieszkała w sąsiedniej wsi. Pogrążony w rozpaczy Kalman zajmuje się sobą, swoim cierpieniem. Dzieci są zdane na łaskę tych, głównie kobiet, u których się zatrzymują.

... zawarliśmy, nasz ojciec, Isti i ja, coś na kształt cichego porozumienia na życie, które w jakiś sposób jednak do nas należało. Nasz ojciec zabierał nas ze sobą, szukał dla nas domów, gdzie ktoś się o nas troszczył, a my z Istim nie pytaliśmy w zamian, kiedy wróci nasza matka albo kiedy do niej pojedziemy, nawet jeśli chcielibyśmy zapytać, ja z pewnością bardziej niż Isti. (...) Niewiele mieliśmy, o niewielu rzeczach mogliśmy powiedzieć, że je znamy, więc nie mogliśmy z nich zrezygnować. Nasze życie, choć od dawna było to tak mało, było jednak naszym życiem i nie chcieliśmy go stracić. Baliśmy się, że nawet ono mogłoby zniknąć, jeśli choć na chwilę machniemy na nie ręką.

Czytając opowieść Katy, miałam wrażenie, że z jednej strony cierpiały, tęskniły za mamą, zwłaszcza Isti, długo wierzyły, że wróci. Symbolem tej tęsknoty stają się pociągi - gdzie tylko mogą, chodzą na dworzec i uczą się na pamięć rozkładu jazdy. A z drugiej te lata upływały im beztrosko. W każdym miejscu jakoś umiały się odnaleźć i, co najważniejsze, codzienność czyniły niezwykłą. Biegały, miały dużą swobodę, poznawały nowych ludzi, a każdy z nich to osobna niezwykła opowieść. Ci bohaterowie są równie ważni jak Kata, Isti i Kalman. Tytuł każdego rozdziału to imię kolejnej bohaterki czy bohatera. Te lata zlewają się w jedno, czas płynie inaczej.

Nad jeziorem mieszkaliśmy długo, dłużej niż jedno lato, ale co to znaczy, co to znaczy dla naszego pojęcia czasu, przy naszej prędkości: długo? Nie wiem, może mi się tylko wydaje, że to było długo, bo jezioro było jedynym miejscem, gdzie nie chodziliśmy na dworzec, żeby sprawdzić godziny odjazdu pociągów.  

Ile czasu upłynęło między tym a naszym pierwszym latem nad jeziorem? Raczej lata niż miesiące, jeśli policzę, ile listów wysłała do nas babka.

Wszystko otoczone jest trochę baśniową, nierzeczywistą atmosferą. Bo tak po latach pamięta to Katy.

Chodziliśmy do szkoły, przestawaliśmy chodzić, odbieraliśmy książki, oddawaliśmy je, zapamiętywaliśmy drogi, drzwi, nazwiska, twarze, zapominaliśmy je, gdy tylko odjeżdżaliśmy.

Więc z jednej strony jest w tej powieści radość i beztroska dzieciństwa, a z drugiej ta książka jest przejmująco smutna. Bo dużo tu tęsknoty, samotności, niespełnionych miłości i straty. I nie dotyczy to tylko głównych bohaterek i bohaterów. Właściwie każda postać w tej powieści, a już zwłaszcza kobieta, doświadcza tych uczuć. Wszyscy oni są samotni w swoim cierpieniu, każdy zamyka się w swoim kokonie, a szczególnie samotne są dzieci. I chociaż powieść związana jest z rokiem 1956, rokiem węgierskiej nadziei i rewolucji, to ich nieszczęście nie wiąże się z polityką. To, co się wydarzyło, staje się tylko zapalnikiem, daje niektórym okazję, aby uciec, bo po tragicznym obaleniu rewolucji państwa Zachodu, jak to w takich sytuacjach bywa, przyjmowały węgierskich uchodźców.

Pozostaje jeszcze pytanie o tytułowego pływaka. Kim jest? Pływać lubi ojciec, potem także Isti, nad Balatonem spędzili swój najlepszy czas, tam im się najbardziej podobało. Pływanie to lekkość, swoboda, ucieczka, monotonne ruchy pozwalają zapomnieć o przykrej codzienności. Ale woda może być niebezpieczna.

Bardzo mi się ta książka podobała. Za jakiś czas wypożyczę sobie jeszcze jedną powieść Zsuzsy Bánk. 

Zsuzsa Bánk "Śmierć przychodzi nawet latem"

Nie zamierzałam sięgać po książkę Zsuzsy Bánk "Śmierć przychodzi

nawet latem" (Czarne 2023; przełożyła Elżbieta Kalinowska), mimo znakomitych recenzji. Dlaczego? Bo jak ognia unikam książek, w których pisarki i pisarze mierzą się ze śmiercią najbliższych, najczęściej rodziców. Wiem dobrze, że kontakt z taką literaturą w niczym mi nie pomaga, za to na nowo wydobywa na wierzch moje trudne doświadczenia. Świetny spektakl w reżyserii Mateusza Pakuły oparty na jego książce "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" przeżyłam bardzo mocno mimo humoru, którym został okraszony. Za nic nie obejrzałabym go jeszcze raz. Zresztą osobisty, uczuciowy odbiór nie był tylko moim udziałem. Chyba pierwszy raz na widowni teatru zdarzyło mi się słyszeć tyle szlochających osób, także mężczyzn, którzy podobno nie płaczą. A i w kinie chyba czegoś podobnego nie przeżyłam. 

Co w takim razie sprawiło, że mimo bolesnego tematu sięgnęłam po książkę tej niemieckiej pisarki o węgierskich korzeniach? Po prostu dałam się zwieść. Usłyszałam, że drugim tematem jest opowieść o węgierskiej przeszłości rodziców Zsuzsy Bánk. A na takie skomplikowane rodzinne historie z Europy Środkowej i Wschodniej zawsze jestem łasa. 

Może najpierw kilka słów o samej pisarce. Urodziła się w roku 1965 w Niemczech w rodzinie węgierskich imigrantów, którzy uciekli ze swojego kraju po stłumionej rewolucji w 1956 roku. Pisze po niemiecku, jest nagradzana. W Polsce wyszły cztery jej książki, dwie powieści, ostatnia, "Jasne dni", ukazała się dziesięć lat temu!, jeden zbiór opowiadań i wydana w zeszłym roku proza autobiograficzna, o której piszę dzisiaj. Wszystkie wydało Czarne. Tu dygresja - zawsze w podobnych sytuacjach zastanawiam się, dlaczego wydawnictwo nie wydaje kolejnych tytułów swojej autorki czy autora. Nic więcej się nie ukazało? Ukazało się, ale jest słabe? Nie sprzedawało się w Polsce? Na naszym mocno kulawym rynku wydawniczym to niestety praktyka bardzo częsta. Wyjątkiem jest Anita Musioł, właścicielka Pauzy, która deklaruje wierność swoim autorkom i autorom. Ale ona w ogóle jest jakimś fenomenem w polskim bagienku wydawniczym choćby dlatego, że prowadzi Pauzę jednoosobowo. Dość dygresji, czas przejść do książki.

Muszę przyznać, że w czasie lektury tej pozycji towarzyszyły mi mieszane uczucia. I nie chodzi tylko, a nawet nie przede wszystkim, o prowokowanie moich bolesnych wspomnień. Był moment, kiedy zastanawiałam się nawet, czy nie dać sobie spokoju z tą książką, a że wypożyczyłam ją z biblioteki, nie byłoby żadnej straty. Ja jednak nie lubię porzucać rozpoczętych lektur, zdarza mi się to naprawdę wyjątkowo. Zawsze łudzę się, że dalej będzie lepiej, a poza tym zwykle jestem ciekawa, jak to się skończy. To oczywiście nie jest przypadek tej pozycji, bo to nie powieść i o żadnej akcji nie ma tu mowy. Mimo wszystko nie żałuję, że dotrwałam do końca, a słowo dotrwałam, nacechowane negatywnie, jest tu chyba niewłaściwe. W końcu dałam się ponieść rozmyślaniom autorki, jej lamentowi, a może najwłaściwszym słowem byłaby tu medytacja. Medytacja nad chorobą, cierpieniem, odchodzeniem, śmiercią, przemijaniem, utratą, miłością córki do ojca. Bo nad tym wszystkim zastanawia się Zsuzsa Bánk, opisując czas, jaki upłynął od momentu, kiedy ojciec dowiedział się, że rak wrócił, do rocznicy jego śmierci.

To opowieść o buncie, niezgodzie na śmierć, która zawsze przychodzi w nieodpowiednim momencie, o zmaganiach z bezdusznością służby zdrowia (zmagania, jakie zmagania, myślałam, przywołując doświadczenia moich nieżyjących rodziców z polskim systemem opieki zdrowotnej), o cierpieniu, bólu i bezradności, które towarzyszą nam, kiedy patrzymy na odchodzenie bliskiej osoby, a potem po jej śmierci, o relacji córki i ojca, o żałobie i towarzyszącej jej krzątaninie, likwidowaniu życia po ojcu, a wreszcie o stopniowym godzeniu się z faktem, że najbliższej osoby już nie ma, i powolnym zastępowaniu smutku oraz cierpienia dobrymi wspomnieniami. Skąd moje chwilowe zwątpienie i zniecierpliwienie? Nie chodzi przecież o to, że nie ma tu akcji i fascynujących zdarzeń. Po prostu czasem miałam wrażenie, że rozważania autorki popadają w pustosłowie, są obracaniem tego samego, pisaniem o czymś oczywistym.  Żałuję, że nie mam pod ręką żadnego cytatu uzasadniającego moje odczucia, ale czytałam tę książkę w dużej mierze z doskoku w przerwach pomiędzy spotkaniami na Festiwalu Conrada.

Jest jeszcze jeden powód moich mieszanych uczuć. Wspomniałam na początku, że spodziewałam się, iż drugim tematem będzie historia rodzinna i to mnie ostatecznie przekonało, aby za "Śmierć przychodzi nawet latem" się zabrać. Tymczasem nie ma tego wiele. Tylko czasami pojawiają się jakieś wzmianki o tym, jak rodzice uciekali, jak spotkali się już w Niemczech w obozie dla węgierskich uchodźców, są wspomnienia wakacji spędzanych w rodzinnym domu ojca i nad Balatonem, jedna migawka z okresu samej rewolucji. A ja liczyłam na coś więcej. 

Ostatecznie, jak już pisałam, lektury nie żałuję. I jeszcze jedno - na pewno sięgnę po wydane w Polsce powieści Zsuzsy Bank. (Teraz, kiedy obrabiam tę notkę, jedną mam już w domu wypożyczoną z biblioteki.) Coś mi mówi, że to literatura, jaką lubię.

Peter Nadas "Biblia i inne historie"

Kilka lat temu zachwyciłam się powieścią "Pamięć" słabo w Polsce

znanego węgierskiego pisarza Petera Nadasa, który podobno wymieniany bywa wśród kandydatów do Nobla. Wspominam o tym, aby pokazać jego rangę. Teraz sięgnęłam po debiutancką książkę Nadasa "Biblia i inne historie" (Biuro Literackie 2019; przełożyła Elżbieta Sobolewska). To zbiór dłuższych i krótszych opowiadań. Można doszukać się w nich pewnych podobieństw do "Pamięci", która powstała znacznie później. Od razu napiszę, że nie jest to proza łatwa, ale warto podjąć trud lektury. Jeśli ktoś nie zna "Pamięci", niech zacznie od znacznie mniej wymagających opowiadań z tomu, o którym piszę. Jeżeli wciągnie go ta niespieszna, refleksyjna, skupiona na nastroju i szczegółach proza, może zmierzyć się z najważniejszą powieścią w dorobku węgierskiego pisarza.

Akcja tych opowiadań rozgrywa się na obrzeżach jakiegoś miasta, prawdopodobnie Budapesztu, najczęściej w zasobnej dzielnicy willowej. Po drugiej wojnie światowej, a może nawet po węgierskiej rewolucji 1956 roku, ale ten ostatni fakt trudno jednoznacznie ocenić. Uważny czytelnik może dostrzec echa tamtych wydarzeń przynajmniej w niektórych tekstach. Chociaż nie jest to konieczne i nie umniejsza przyjemności obcowania z prozą Nadasa, to ja lubię wiedzieć i dlatego trochę brakowało mi nie tyle przypisów, ile posłowia, które jakoś umieściłoby te opowieści na tle węgierskiej historii. 

Bardzo często bohaterowie tych opowiadań to dzieci. Jeśli są jednocześnie narratorami, to spoglądają na swoje dzieciństwo z perspektywy dorosłego człowieka. Mimo pozorów nie jest to czas dla nich szczęśliwy. Chociaż często mają dużo swobody i mogą beztrosko buszować wśród bujnej przyrody ogrodów albo łąk otaczających stare wille, to nieoczekiwanie skonfrontowane zostają z trudnymi dla siebie sytuacjami. Coś się w nich przełamuje, drobne, niepozorne zdarzenia naznaczą je na resztę życia. Może to być wyrządzona komuś krzywda, której konsekwencji bohater nie przewidział, podsłuchane niepokojące rozmowy między dorosłymi, zetknięcie się ze światem ludzi ubogich, i zrozumienie, że nie wszystkim żyje się równie dobrze, wreszcie śmierć matki. Po prostu doskwiera im samotność - nie bardzo mogą liczyć na zrozumienie czy pomoc ze strony rodziców. Są sami ze swoimi uczuciami, emocjami, lękami i strachami. Po raz pierwszy muszą się zmierzyć z czymś, co uświadamia im, że życie jest trudne, a rzeczywistość skomplikowana. Bywają okrutni wobec swoich rówieśników albo tych dorosłych, którymi pogardzają z powodu starości, biedy czy dziwactw. Może to być staruszek mieszkający w opuszczonej willi, dziewczyna ze wsi pracująca w ich domu jako służąca albo samotny człowiek, który podobno jest Żydem. I choć bohater tego opowiadania nie bardzo rozumie, co to znaczy, czuje, że być Żydem nie jest dobrze. Tym bardziej dziwi się, kiedy pijany ojciec krzyczy, że musi wybić z niego całe żydostwo. Bardzo ciekawe jest też ostatnie opowiadanie, dłuższe, "Dom pani Klary", gdzie rozgrywa się subtelna gra między tytułową bohaterką, starą samotną kobietą, która najprawdopodobniej ma coraz większe kłopoty z pamięcią, a jej służącą, kobietą ze wsi. 

Służąca jest też jedną z bohaterek pierwszego, również długiego, opowiadania zatytułowanego "Biblia" (stąd tytuł zbioru - "Biblia i inne historie"). Wspominam o tym dlatego, bo Nadas pokazuje w swojej prozie świat nowych, komunistycznych, elit. To ludzie, którzy sprawują ważne funkcje w aparacie władzy i mieszkają w starych przedwojennych willach niegdyś należących do innych ludzi, z innych elit. Chociaż teraz to oni sprawują władzę w imieniu ludu i służącej, wiejskiej dziewczynie, każą do siebie mówić towarzyszko czy towarzyszu, to tak naprawdę o życiu tego ludu nie mają pojęcia i po prostu nim pogardzają.  

To wszystko rozgrywa się gdzieś między słowami, bo proza Petera Nadasa jest bardzo subtelna. Dużo tu skupienia na szczególe, zmysłowych opisów rozgrzanej słońcem przyrody, która na ogół stanowi kontrast dla brudnych spraw rozgrywających się między ludźmi. Mało dialogów. Rzadko nazywa się tu wprost emocje czy uczucia, a i historie bohaterów musimy tworzyć sobie ze strzępów informacji. Ja czerpałam z tych opowiadań podwójną przyjemność. Jedną daje obcowanie z pięknem opisów, drugą odszyfrowywanie, co bohaterom w duszy gra. Kim są? Jaka jest ich historia? Co nimi kieruje? Co czują?

Ta niespieszna, ulotna proza na pewno nie jest dla każdego. Jeśli komuś się spodoba, niech próbuje dalej i sięgnie po "Pamięć". To dopiero wyzwanie i prawdziwa literacka uczta. Świadomość, że obcuje się z czymś ważnym i niezwykłym.   

Krzysztof Varga "Langosz w jurcie"

Kiedy skończyłam czytać ostatnią powieść Krzysztofa Vargi "Sonnenberg", o której pisałam w ostatniej notce, zapragnęłam koniecznie choćby na jakiś czas zanurzyć się w klimacie tej lektury, tak bardzo byłam pod jej wpływem. I wtedy przypomniałam sobie, że w głębinach mojego ukochanego czytnika spoczywa sobie, czekając cierpliwie na swoją kolej, "Langosz w jurcie" (Czarne 2016), trzecia część eseistyczno-reporterskiej trylogii Krzysztofa Vargi poświęconej Węgrom. Nie było na co czekać, pora na lekturę  tego zbioru bardziej esejów niż reportaży była idealna. W "Gulaszu z turula", pierwszej znakomitej części owej węgierskiej trylogii, Varga pisał po prostu o Węgrach i Węgrzech, swojej drugiej ojczyźnie (ojciec pisarza był Węgrem). Dla takiego laika jak ja było to odkrycie. Mnóstwo się z tamtej książki dowiedziałam, a przyjemność z czytania miałam ogromną. Nie tylko ja tak uważałam, recenzje były znakomite, książka znalazła się w finale Nike. Druga część, "Czardasz z mangalicą", to zapis licznych podróży po węgierskiej prowincji. Nastrojowy, klimatyczny, trochę jak u Stasiuka, ale jednak przecież inny. Chociaż ciekawy, to już nie tak fascynujący ani nie tak świeży jak "Gulasz z turula", momentami nawet nużył.

Piszę o tym wszystkim nie tylko po to, aby przypomnieć tym, którzy też czytali, albo poinformować tych, którzy nigdy się z tymi książkami nie zetknęli, ale także dlatego, że przed napisaniem tej notki postanowiłam odświeżyć swoje wrażenia z tamtych lektur. Aby to zrobić, sięgnęłam do moich zapisków zamieszczonych na  blogu, a rzadko mi się to zdarza. Skąd ta potrzeba? Otóż "Langosz w jurcie" po prostu mnie rozczarował, a nawet znużył. Chciałam się przekonać, czy to ja się zmieniłam, czy po prostu ostatnia część węgierskiej trylogii Vargi jest najsłabsza. No i chyba właśnie w tym tkwi problem. Już druga, co przypomniałam sobie z mojej notki, zdradzała podobne symptomy, w trzeciej chyba jeszcze się pogłębiły. Bo "Langosz w jurcie" to kontynuacja "Czardasza z mangalicą". Właściwie mogłabym w tym miejscu skończyć i polecić przeczytanie mojego wpisu o tamtej książce z zastrzeżeniem, że "Langosz" jest po prostu nudniejszy i bardziej monotonny. Varga znowu włóczy się po węgierskiej prowincji. Tym razem jednak wędruje wzdłuż granic, czasem nawet je przekracza, aby zobaczyć coś, co do Węgier już nie należy. Tu trzeba wspomnieć o traktacie z Trianon, który okroił kraj naszych południowych bratanków do rozmiarów kraiku.

Jest tu po trochu wszystkiego - wspomnień, impresji, wrażeń, historii, zabytków, innych miejsc, spotkań z ludźmi, obserwacji, refleksji, no i oczywiście jedzenia. Można nieco złośliwie napisać, że Varga stale szuka albo knajpy, gdzie może zaspokoić głód jakimś ulubionym daniem, albo noclegu. Szukając, odkrywa czasem coś, na co w swoich licznych peregrynacjach dotąd się nie natknął. Króluje oczywiście melancholia, której źródłem jest beznadzieja i nuda węgierskiej prowincji, wymieszana z fascynacją. I tak przez dwieście osiemdziesiąt stron. Im dłużej czytałam, tym bardziej mnie to nużyło. Ta powtarzalność, przewidywalność. Niewiele konkretów z "Langosza w jurcie" zostało mi w pamięci. Opowieść o "Szkole na granicy" Gezy Ottlika, podobno znakomitej węgierskiej powieści, piszę podobno, bo jej nie czytałam. Fragmenty opisujące opuszczone wsie, które co jakiś czas Varga mija, czy spotkania z Polakami przyjeżdżającymi do termalnych źródeł. Jakieś impresje, jakieś obrazy. Początkowo miałam wrażenie, że autor postawił sobie tezę, iż stopień porządności i poziom cywilizacyjny nadgranicznych terenów w dużej mierze zależy od sąsiada, z którym te tereny graniczą. Jeśli tak rzeczywiście było, to wybrzmiała ona słabo.

Być może pisarz sam doszedł do wniosku, że temat się wyczerpał, że będzie już tylko się powtarzać, bo w jednym z wywiadów udzielonych przy okazji wydania swojej najnowszej powieści wspomniał, że wzięła się właśnie stąd. Z fascynacji tematem i niemożności kontynuowania książek, o których dziś pisałam. Polecać? Nie polecać? Kto czytał "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą", może domknąć całość. Kto nie zna tamtych książek, niech najpierw koniecznie po nie sięgnie, szczególnie po pierwszą, najbardziej odkrywczą, najciekawszą, po prostu najlepszą. A potem sam zdecyduje.

 

Krzysztof Varga "Sonnenberg"

Moja literacka znajomość z Krzysztofem Vargą ogranicza się do jego felietonów, które lubię, ale  z powodu braku czasu (dylemat - książki czy gazety, skoro nie da się wszystkiego, rozstrzygam na korzyść tych pierwszych oczywiście) czytam raczej z doskoku, oraz do słynnego zbioru esejów  "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą". Za trzecią książkę z tego węgierskiego cyklu, "Langosz w jurcie", właśnie się zabieram. Natomiast nie czytałam wcześniej żadnej powieści Vargi. Dlaczego? Po pierwsze, bo kiedyś byłam na bakier z polską współczesną beletrystyką i została mi z tamtego okresu wielka czarna dziura. Po drugie, bo kiedy wreszcie przeprosiłam się z nią, jakoś nie ciągnęło mnie do męskiej prozy Vargi. Co zatem spowodowało, że sięgnęłam po jego najnowszą powieść "Sonnenberg" (Czarne 2018)? Dyskusja  w Tygodniku Kulturalnym i ... "Pamięć" Petera Nadasa. Mam w sobie dotąd atmosferę tamtej książki, której akcja w dużej części rozgrywała się w Budapeszcie, więc kiedy okazało się, że Krzysztof Varga postanowił napisać węgierską powieść, co pozwoli mi znowu zanurzyć się w podobnych klimatach, odbyć ponownie literacką podróż po mieście, które niespecjalnie znam i nawet w realu niespecjalnie lubię, nie zastanawiałam się ani chwili. Literackie pożądanie było tak ogromne, że natychmiast, mimo późnej pory i nie najniższej ceny, kupiłam "Sonnenberg" i jeszcze tego samego wieczoru, a właściwie nocy, rozpoczęłam lekturę. Jaki werdykt? Nie żałuję, że dałam się namówić. Książkę pochłonęłam jednym tchem i przynajmniej na razie wydaje mi się, że to taka powieść, która zostanie we mnie na dłużej. Ponieważ, jak już wspominałam, nie znam wcześniejszych powieści Vargi, nie obchodzi mnie, na ile autor się powtarza, pisząc w gruncie rzeczy jedną i tę samą książkę. Dla mnie liczy się ta i tylko ta.

"Sonnenberg" to dygresyjny monolog bohatera - Andrasa, literaturoznawcy zajmującego się prozą austriackich pisarzy, między innymi Brocha i Musila, powieściopisarza przed wiecznym debiutem. Jego powieść, o której zdążył już wszystkim opowiedzieć, jest ciągle na etapie wymyślania koncepcji. Trwa wiosna i lato 2016, a może 2015 roku, czas płynie Andrasowi na czekaniu. Od spotkania do spotkania z kochanką. Ich głęboko skrywany romans, który, jak się niespodziewanie okaże, kryje w sobie zaskakującą tajemnicę, trwa od lat, a on stale boi się, że pewnego dnia Agnes go porzuci. Czas pomiędzy spotkaniami upływa mu na wspominaniu, rozmyślaniach, spacerach po mieście, jedzeniu, no i piciu z przyjaciółmi. Andras w gruncie rzeczy jest bardzo samotny i ma świadomość, że znalazł się na jałowym torze. Poza miłością do kobiety i literatury nic się nie dzieje. Ale i tym miłościom wyraźnie brak już świeżości, popadły w powtarzalność i rutynę. Jakby coś się w życiu Andrasa zatrzymało, zacięło, a może nigdy nie rozpędziło na dobre? Może zawsze tylko żył z dnia na dzień, rozpamiętując przeszłość - dzieciństwo w nijakiej budapesztańskiej dzielnicy Zuglo, kolegów, rodzinny dom, babcię kalwinkę, ulubione potrawy, nagłe zniknięcie ojca. Dobrym pretekstem dla takiego dryfowania jest pewnie sytuacja polityczna na Węgrzech. Polityka stanowi tylko tło, ale jednak dość istotne. W Budapeszcie odbywają się akurat burzliwe demonstracje, ale Andras stoi z boku. Nie popiera ani Fideszu, ani Jobbiku, ale nie angażuje się, nie chodzi demonstrować, nawet narzekać nie ma już ochoty i siły, zrezygnowany udał się na wewnętrzną emigrację. Ma też świadomość upływającego czasu, przemijania, tego, że życie nieuchronnie zmierza do kresu, który może nadejść zupełnie nieoczekiwanie. Z tych wszystkich powodów powieść Vargi jest bardzo melancholijna, ale nie nazwałabym jej smutną. Pewnie dlatego, że przesyca ją ironia. Andras nie tylko na innych potrafi patrzeć ironicznie, złośliwie, z dystansem, podobnie spogląda na siebie, na swoje życie.

Drugim bohaterem tej książki jest Budapeszt. Bohater stale wędruje przez miasto, które jest mu bardzo bliskie. Żyć by bez niego nie umiał. Zrealizowane marzenie o wyjeździe do Portugalii okazało się niewypałem. Czytelnik wędruje po węgierskiej stolicy  razem z nim, poznając jej historię i topografię. Dzielnice brzydkie i piękne wzgórza Budy, centrum Pesztu oddane bezmyślnie we władanie hordom turystów, którzy jawią się tu jak współcześni barbarzyńcy. Varga drobiazgowo i pięknie opisuje miasto, jego zakamarki i zaułki, główne ulice, cmentarze, knajpy, a w nich jedzenie, sklepy, zieleń budańskich wzgórz, mosty i Dunaj. Nawet transport publiczny, bo Andras porusza się po mieście autobusami, tramwajami ewentualnie trolejbusami, tylko z rzadka metrem. Jestem pewna, że można by zwiedzać Budapeszt, wędrując śladami bohatera powieści.

Jeśli ktoś nie lubi takiej prozy, długie opisy go nużą, pożąda wartkiej akcji, niech po "Sonnenberg" nie sięga. Jest jeszcze drugi powód, dla którego  to nie powieść dla każdego. Nazwałam ją  dygresyjnym monologiem. Andras snując opowieść o swoim życiu, bez przerwy ucieka w dygresje. Wspomina, rozmyśla, rwie wątki, za nic ma chronologię. Chwilami, całkiem długimi chwilami, miałam wrażenie, że czytam kolejny węgierski esej Vargi. Mnie to nie przeszkadzało, przeciwnie, było wartością dodaną, sprawiało, że "Sonnenberg" to nie kolejny błahy romans, ale coś znacznie więcej. Myślę też, że znawcy Brocha i Musila znajdą w powieści kolejną warstwę, która mnie jest niestety niedostępna. Kiedyś czytałam wprawdzie "Lunatyków" Brocha, ale pozostało mi po nich mgliste wspomnienie, a po "Człowieka bez właściwości" Musila nigdy niestety nie sięgnęłam. Ale i bez znajomości austriackiej literatury "Sonnenberg" dostarcza wiele przyjemności podszytej melancholią. Teraz, kiedy zamknęłam już książkę, zastanawiam się, czy zachęcona lekturą najnowszej powieści Krzysztofa Vargi sięgnę po poprzednie? Gdyby nie morze innych literackich propozycji, pewnie tak bym uczyniła. Ale nie wykluczam, że przeczytam jedną dla porównania.

Krzysztof Varga "Czardasz z mangalicą"

Kto czytał "Gulasz z turula" Krzysztofa Vargi, ten z pewnością sięgnie po jego kontynuację, "Czardasza z mangalicą". Tym razem nie czekałam kilku lat, tylko wzięłam się za lekturę od razu. O książce sporo się mówiło, cóż, Varga należy do tych pisarzy, których kolejne dokonania media natychmiast zauważają. Niezorientowanym wyjaśniam, że autor po ojcu ma w żyłach węgierską krew, nazywa siebie nawet pół-Węgrem, a Węgry swoją drugą ojczyzną. Nic dziwnego, że zna je jak własną kieszeń, stąd jego fascynacja tym krajem i narodem, stąd jego dwie książki. Raczej eseje niż reportaże.

Varga jest Węgrami zafascynowany, ale nie jest to miłość łatwa. Dostrzega ich wady i bez ogródek o nich pisze, chociaż ostrze krytyki łagodzi czułością. Kto poznał część pierwszą, nie zdziwi się, kiedy przeczyta w "Czardaszu z mangalicą", że Węgrzy nadal przeżywają żałobę po Trianon i nadal marzą o odzyskaniu straconych wtedy ziem (chociaż całkiem niedawno słyszałam w audycji radiowej innego znawcę przedmiotu, który twierdził, że ta tęsknota za wielkimi Węgrami jest w Polsce wyolbrzymiana; nie mnie rozstrzygać, który z panów ma rację), że lubują się w klęskach jeszcze bardziej niż my, że mitologizują swoją przeszłość, że są narodem smutnym i melancholijnym, że węgierska prowincja jest nudna i może przyprawić o depresję, że płaski krajobraz i pustka jeszcze ten spleen potęgują. Varga obsesyjnie podróżuje po Węgrzech. Jego najnowszy esej czerpie z wędrówek hojnie. Z tych całkiem niedawnych i tych sprzed lat, a nawet takich, które zapamiętał z dzieciństwa. Ale oprócz podróży rzeczywistych odbywa też autor wyprawy w głąb własnej pamięci, wspomnień i fascynacji. Dlatego książka pełna jest mocno rozbudowanych dygresji, które stanowią często osobne, długie fragmenty. Jedno przywołuje pamięć czegoś, coś natychmiast kojarzy się z czymś i tak snuje Varga swą opowieść o drugiej ojczyźnie. Momentami przypomina to podróżną prozę Stasiuka, ale autor "Czardasza z mangalicą " jest jednak bardziej konkretny i nie stroni od zabytków i miejsc odwiedzanych przez turystów. Że styl ma podobny do stylu Pilcha, zauważyłam już dawno, czytając jego felietony. Tu jest podobnie.

O czym więc jeszcze pisze Varga w swoim węgierskim eseju? O puszcie i Nizinie Węgierskiej, które wytrwale przemierza, zaglądając do wiosek czy miasteczek zapomnianych przez turystów, opuszczanych przez mieszkańców. O skrywanych tam tajemnicach (fascynująca historia trucicielek). O pomnikach. Tak, pomniki i inne dzieła architektoniczne opisuje z detalami i z lubością, czasem przesadną. Sporo miejsca poświęca swoim literackim fascynacjom, odkrywając przed czytelnikiem pisarzy z rzadka albo w ogóle w Polsce niewydawanych (na dominację Maraia w naszej ofercie wydawniczej narzeka od dawna, upominając się o innych autorów). Przyznam, że ja te fragmenty czytałam z wielkim zainteresowaniem. Nie omieszkał napisać o fascynacji Budapesztem, szczególnie tym dawnym, przedwojennym, którego śladów szuka. Ale opowiada także o innych miastach, na przykład cały rozdział poświęca Peczowi, w którym spędził jakiś czas. Wiele też miejsca w książce zajmuje kuchnia. Autor przywołuje z pamięci wszystkie zjedzone gulasze, porkoloty i inne węgierskie niezdrowe przysmaki.

I tak snuje się ta opowieść od miejsca do miejsca, od refleksji do refleksji. Najczęściej jest bardzo ciekawa, czyta się jednym tchem, czasem jednak trochę nuży. Może za dużo tych pomników, może za długo wodzi Varga czytelnika po węgierskich bezdrożach. Mimo tego "Czardasza z mangalicą" na pewno warto przeczytać. Jeśli jednak ktoś nie zna jego poprzedniej węgierskiej książki, niech sięgnie najpierw po nią. Jest konkretniejsza i pewnie dlatego stanowi znakomitą podbudowę pod tę, o której pisałam tym razem.

Krzysztof Varga "Gulasz z turula". Wyprawa do krainy melancholii.

Zgodnie z tym, co zapowiadałam w poprzedniej notce dotyczącej reportaży Pawła Smoleńskiego z Izraela, tym razem również zajmę się literaturą faktu, czyli węgierską opowieścią Krzysztofa Vargi. O istnieniu "Gulaszu z turula" (Czarne 2008) wiedziałam i wielokrotnie widziałam go na księgarskiej ladzie, ale dopiero teraz, pewnie dlatego, że w związku z Orbanem tyle się ostatnio o naszych południowych bratankach pisze i mówi, sięgnęłam po ten zbiór reportaży. Wprawdzie teksty te powstały kilka lat temu, ale niczego im to nie ujmuje, bo to książka uniwersalna starająca się uchwycić ducha węgierskości. A któż, jeśli nie Varga z racji swoich rodzinnych koligacji, jest bardziej do tego predestynowany. Mimo że autor nie szczędzi ojczyźnie swojego ojca i jej mieszkańcom słów krytyki, to z każdej strony bije fascynacja nią i nimi (co nie jest żadnym zarzutem z mojej strony, przeciwnie).

Najlepiej widać ją w opisach. Z powodów rodzinnych i towarzyskich Varga czuje się na Węgrzech jak u siebie, pewnie dlatego odwiedza miejsca zwyczajne. Włóczy się po całym Budapeszcie, nie tylko tym turystycznym, ma tam swoje ulubione rejony, odwiedza knajpy, do których turyści niekoniecznie wpadają, zagląda na targowiska i bazary, przesiaduje w deszczowej aurze na Moszkwa ter, gdzie mają swoją pętlę liczne autobusy,  podróżuje po prowincji również tej nieznanej z folderów. A wszystko to, nawet jeśli brzydkie, opisuje niezwykle dokładnie, sensualnie i z sympatią (żeby nie napisać górnolotnie z miłością). Czytając, czułam zapach jedzenia, smak wina, smród z fabrycznego komina, widziałam liszaje na murach i ceratę przykrywającą stoły w budapesztańskiej jadłodajni. I chociaż od lat nie jem mięsa, kiedy zagłębiałam się w opisy ulubionych potraw Vargi podawanych w jego ulubionych knajpach, miałam wielką ochotę spróbować tych specjałów (oczywiście w realu nigdy bym tego nie zrobiła; tak działa magia lektury). Nie przypadkiem autor pisze tyle o jedzeniu pełniącym tak ważną rolę w życiu wielu Węgrów. Twierdzi, że te kulinarne, chociaż bardzo zwyczajne, orgie to nic innego jak zabijanie czasu, który na Węgrzech zatrzymał się już dawno, stoi w miejscu i nie płynie, potęgując węgierską melancholię. Kiedy całkiem niedawno czytałam "Ptaszynę" Kosztolaniego (pisałam o tej powieści jakiś czas temu; bardzo polecam), odnalazłam tam niezwykłe opisy kulinarnych bachanaliów zajmujące niemal całe rozdziały. Dla mieszkańców miasteczka, w którym nic się nie działo, biesiadowanie stanowiło istotę egzystencji. I tu pora przejść do tego, co najważniejsze, czyli do owej węgierskiej melancholii.

Skąd bierze się wieczny smutek Węgrów, poczucie wiecznego nieszczęścia? Z tęsknoty za utraconą wielkością. Iluzoryczną, jak twierdzi Varga. W naszych południowych sąsiadach miesza się poczucie dumy z ich wyjątkowości z poczuciem niedocenienia i krzywdy. Dlaczego niby Węgrzy mają być tacy wyjątkowi? Bo są po prostu inni. Wrzuceni gdzieś pomiędzy Słowian tych z północy i tych z południa władają kompletnie innym językiem zrozumiałym  tylko dla Estończyków i Finów, którzy wszak nie są ich sąsiadami. I właśnie ta izolacja i wyjątkowość przynosi jednocześnie poczucie niezrozumienia, którego skutkiem jest smutek i melancholia. Zaczyna się od języka, ale przecież na nim wcale się nie kończy. No bo nikt nie chce zrozumieć cierpienia Węgrów, którzy zostali oszukani i ograbieni. Z czego? Ze swojej ojczyzny. Traktat z Trianon z 1920 roku, który przykroił Węgry do rozmiaru, jaki znamy dziś, pozostaje dla nich nadal traumą. W każdej księgarni można kupić mapy Wielkich Węgier, a mit "potęgi ziem Korony Świętego Stefana" jest wszechobecny.

"Naklejki z konturem przedtrianońskich Węgier, kraju przypominającego kotlet schabowy, można zobaczyć na samochodach, kurtkach i plecakach gimnazjalistów (...)"

Hasło "Okrojone Węgry to nie kraj, całe Węgry to raj." widnieje na każdej z tych map i nie tylko tam. To tak jakbyśmy my, Polacy, do dziś tęsknili do czasów, kiedy to Polska była potęgą "od morza do morza". Szkoda tylko, że Varga, choćby krótko, nie wspomina o przyczynach traktatu. Niezorientowany czytelnik, nie będzie wiedział, czy rzeczywiście wielkie mocarstwa skrzywdziły biednych Węgrów, czy też problem jest o wiele bardziej skomplikowany. Nie będę udawała, że moja znajomość historii jest tak duża, abym mogła rozstrzygnąć tę kwestię. Niedawno czytałam w jakimś historycznym artykule, że Węgrzy sami  sobie na to zasłużyli swoim nacjonalizmem, czytaj: nieuznawaniem praw licznych mniejszości narodowych. Chociaż pewnie nie tylko to było istotne, ale po prostu skomplikowana historia tych ziem zamieszkiwanych przez liczne narodowości wymieszane tu wyjątkowo. No i interesy wielkich mocarstw i państw ościennych pewnie odegrały sporą rolę. Wszak każdy z sąsiadów chciał uszczknąć coś dla siebie. Ale do rzeczy, czyli do trianońskiej traumy i węgierskiej melancholii. Na Węgrzech do dziś żywe są marzenia, a może to coś więcej niż tylko marzenia, o odzyskaniu Słowacji, zwanej w tym kraju nadal Górnymi Węgrami, Siedmiogrodu, Serbii (Ziemie Południowe). W prawicowej prasie można przeczytać artykuły o tym, jakim błędem było niewykorzystanie ostatnich wojen bałkańskich, aby przynajmniej część tego marzenia mogła się ziścić. Na przygranicznych serbskich terenach szerzyły się plotki, że Węgry zaatakują. Węgrzy, jak pisze Varga, uwielbiają swoje klęski i płynące z nich cierpienie. W cień usuwają  zwycięstwa, z  pamięci wyrzucają podłości (ale który naród, może poza Niemcami, tego nie robi?). Pełno w tym kraju ulic Męczenników, Kalwarii, Golgoty. To nie przypadek, twierdzi autor. Może tę wieczną rozpacz, smutek i melancholię można by uznać za efektowną tezę reportera, ale kiedy zaczyna wyliczać słynnych węgierskich samobójców wywodzących się tylko z kręgów ludzi kultury (piszę tylko, bo pewnie byli i inni), to rzeczywiście zaczynamy rozumieć, że coś jest na rzeczy. Odsyłam do książki na strony 76, 77, gdzie znaleźć można tę upiorną i wiele mówiącą wyliczankę. Wszystko sprzysięgło się przeciw Węgrom. Nawet przyroda: krajobraz płaski jak naleśnik, wielkie jezioro zamiast przyzwoitego morza. Może dlatego tę narodową depresję najlepiej czuje się na węgierskiej prowincji, która robi wrażenie, jakby już nic nie miało się tam nigdy zdarzyć. Czytając książkę Vargi, przypomniałam sobie, jak podczas mojej krótkiej wizyty w tym kraju uświadomiłam sobie, o co przecież nietrudno, że nie ma tam romańskich i gotyckich kościołów (zniszczone w czasach osmańskich). Pewien historyk sztuki powiedział mi, że tym okresem zajmują się na Węgrzech tylko archeolodzy! I kiedy sobie to przypomniałam, pomyślałam, że ciężko byłoby mi żyć w kraju, w którym nie ma romańszczyzny i gotyku! Może i to jeszcze jedna przyczyna węgierskiego smutku?

To tyle. Po resztę odsyłam do tej niewielkiej, ale bardzo ciekawej książeczki. Oprócz tego, o czym powyżej, znajdziesz w niej jeszcze, czytelniku tej notki, wiele wiadomości o skomplikowanej węgierskiej historii, szczególnie dwudziestowiecznej. Autor pochyla się także nad innymi problemami dręczącymi naszych południowych sąsiadów i dzieli swoimi spostrzeżeniami, które wynikają ze znakomitej znajomości tematu. A kim? czym? jest ów tytułowy turul? O tym też dowiesz się, czytelniku tej notki, z książki, jeśli tylko po nią sięgniesz, a naprawdę warto. Tak chętnie nadal jeździmy na Węgry, tak chętnie pijemy ich wina, szczególnie tokaj, nie jest nam obca ich kuchnia, lubimy podkreślać, że Polak, Węgier dwa bratanki, a tak mało o nich wiemy. Warto to naprawić, a książka Krzysztofa Vargi świetnie się do tego nadaje.


Popularne posty