Maciej Płaza "Kasperl i Margit"

Nie mogłam przegapić najnowszej powieści Macieja Płazy "Kasperl

i Margit" (Wydawnictwo Literackie 2026). Już od jego debiutu, "Skorunia", którym się zachwyciłam, bacznie śledzę to, co pisze. Potem był "Robinson w Bolechowie", no i "Golem", którego jeszcze nie przeczytałam, chociaż mam w czytniku. Koniecznie muszę wreszcie nadrobić tę jedną zaległość. Jak widać, ostania książka Macieja Płazy nie czekała długo pomimo sporych rozmiarów (ponad sześćset stron), co nie zdarza się często. Na ogół kiedy dokonuję kolejnego zakupu, najchętniej jak najszybciej bym po niego sięgnęła, ale rzadko tak się dzieje. Na swoją kolej czeka przecież tyle książek, a na wybór lektury składa się wiele czynników. Co zadecydowało tym razem, poza zaufaniem do autora? Może sama historia, temat tej opowieści, miejsca i czas zdarzeń? Może spotkanie z Maciejem Płazą, na którym byłam? Najprawdopodobniej to wszystko na raz. No i czas! Wiedziałam, że będę się mogła oddać tej powieści bez reszty mimo jej rozmiarów. I rzeczywiście przeczytałam ją bardzo szybko. 

"Kasperl i Margit" to historia tych dwojga tytułowych bohaterów rozciągnięta na ponad trzydzieści lat. Wszystko zaczyna się w roku 1903 w Poznaniu, a kończy w 1935 też tam. A po drodze jest Berlin, Salzburg, Monachium, miasta i miasteczka Austrii, Czech, Węgier i Niemiec, a wreszcie znowu znowu Poznań. To tam w szemranej dzielnicy Chwaliszewo pewnej nocy w 1903 roku przychodzi na świat Kasper, w czepku urodzony. Według przekazu akuszerki, która przyjmowała na świat wszystkie chwaliszewskie dzieci, od razu się uśmiechał, zdjął też sobie ten czepek z głowy i odrzucił. Trafił celnie w otwarte okno, a na podwórzu pewnie zjadły go psy. Czy to zły znak? 

W mój czepeczek wierzyła tylko Frącka, zresztą jesli naprawdę się w nim urodziłem, to ćpnęliśmy go razem w mrok i zamiast szczęścia trafił mi się tylko chwaliszewski fyrtel, gdzie rzeka była łaskawsza niż ludzie.

Jego matką była Lilianka, która na życie zarabiała swoim ciałem. Kim był jego ojciec, nie wiadomo. W tym samym roku dziesięcioletnia Małgorzata Krzyńska razem z rodzicami idzie do teatru na występ samej Heleny Modrzejewskiej. Teatr i, przede wszystkim, legendarna gwiazda sceny robią na niej takie piorunujące wrażenie, że postanawia zostać aktorką. I rzeczywiście dopnie swego, będzie występować w teatrze Maxa Reinhardta.

Jak widać Kasper i Margit to osoby z różnych światów, z różnym doświadczeniem. Ona, wychowana w zamożnym, mieszczańskim, hrabiowskim domu, z akceptacją rodziców będzie pobierała lekcje aktorstwa, wyjdzie za mąż za poznańskiego niemieckiego lekarza, ich krótkie szczęście pokrzyżuje wielka wojna, którą spędzi w Berlinie u ciotki swojego męża. Tam dopnie swego i zacznie swoją teatralną i filmową karierę. Kto wie, jakby potoczyły się jej losy, gdyby nie wojenna zawierucha? Może zostałaby przykładną panią domu? Żoną dobrze sytuowanego lekarza? Coś straciła, coś zyskała. W każdym razie Margit to silna, samodzielna kobieta, która dzięki swojej determinacji potrafi walczyć o swoje marzenia i dźwignąć się z upadku.

Kasper to jej przeciwieństwo. Analfabeta, bękart, obraca się w szemranym towarzystwie, nie stroni od drobnych kradzieży, od bójek, kiedy trzeba się bronić, z czasem trochę z konieczności wejdzie głębiej w przestępczy świat. Ale jedno ich łączy, talent. Bo Kasper świetnie gra na akordeonie i znakomicie improwizuje uliczne ballady. Śpiewa o tym, co widzi, czego doświadcza, o czym śni, balladą komentuje rzeczywistość. Chętniej do śmiechu, do radości niż do łez i smutku. Wszak według rodzinnej legendy śmiał się już zaraz po przyjściu na świat. Polakom śpiewa po polsku, Niemcom po niemiecku, dla każdego coś miłego. Jest też znakomitym opowiadaczem, jego opowieści wspaniale się słucha. W niemiecko-polsko-żydowskim Poznaniu długo nie zastanawia się, kim jest. Być może kundlem, mieszańcem, tak o sobie myśli. Aż nieoczekiwanie dla siebie pod wpływem swojego przyjaciela Romana, kogoś w rodzaju przybranego ojca, który kiedyś nauczył go grać na harmonii, wstąpi do polskiego wojska i weźmie udział w powstaniu wielkopolskim. Potem osamotniony, trochę uciekając przed szemranym towarzystwem, z którym był wcześniej związany, wyjedzie do Berlina, aby tam szukać szczęścia. Bo Kasper to taki Dyl Sowizdrzał, wędrowny grajek, opowiadacz historii, u siebie jest wszędzie i nigdzie. 

Zaczekaj, Kasprze, powiedział Mann. Wydaje ci się pewnie, że pochodzisz z sadzy, bruku, ziemi, pyłu, powietrza i słońca, ale mylisz się, to nie wszystko. (...) Jesteś kimś więcej, choć o tym nie wiesz, i dzięki temu jesteś prawdziwy. Jesteś opowieścią, jesteś literaturą. W twoich żyłach zamiast krwi płynie pieśń ludowa. (...) Ty natomiast, niczym Dyl Sowizdrzał, jesteś wędrowcem i przyszedłeś tu sam.

Kasperle, figura z teatru marionetek, co nie jest tu bez znaczenia, o czym za chwilę.

Co powoduje, że "Kasperl i Margit" to powieść ze wszech miar warta przeczytania, po prostu bardzo dobra? Przyczyn jest wiele. Najprostsza to ta najbardziej oczywista - to po prostu bardzo ciekawa historia rozpisana na dwa głosy, Kaspra i Margit. Zdarzenia poznajemy raz z jego, raz z jej punktu widzenia, raz narratorką jest ona, raz on. Najczęściej dzielą rozdział, ale zdarzają się takie, w których opowiada jedno z nich. Właściwie przystępując do lektury, a wiedziałam nieco więcej, niż tu zdradziłam, bo wysłuchałam dwóch rozmów z autorem, jednej radiowej, drugiej na żywo, byłam niemal pewna, że to jej opowieść bardziej mnie wciągnie. Tymczasem zdarzyło się odwrotnie. To jego narracja porwała mnie całkowicie, jego bajęda, jego ballady, nieskrępowana wyobraźnia, talent bajarza, przygody, a wreszcie  język. Bo bez języka nie byłoby Kaspra. Maciej Płaza dał się już w poprzednich dwóch powieściach, które czytałam, poznać jako znakomity, a nawet brawurowy, stylista. Nie inaczej jest tutaj. Aby stworzyć Kaspra, posłużył się gwarą poznańską, która już w takim stopniu i natężeniu oczywiście nie istnieje. To nie tylko wiele odmiennych słów, ale także specyficzna składnia. 

Gdy wychodzi chwytam ją w pasie, ciągnę do góry. Wstajemy. Ubieramy dyrdok, buty, kapelusz, zmięte pończochy kitramy do kiejdy. Nie jesteśmy już piękną Lilianką, jesteśmy tylko blyrwą po funkcie, pokornie chwytamy więc gzuba za rączkę i kulamy się do domu. Oj, będzie kac jutro. Kasperku, wody byś mi tu. I po główce poczochra. I łezkę upuści. I rałs mi stąd.

Chcę grać.

No to do roboty, tej.

Otworzyłem kastę i wyjąłem rozciąganą, choć ile się przy tym nachatrałem, łejeryniu!

Na końcu książki znajduje się słowniczek, ale nie zawsze do niego sięgałam, znaczenia większości wyrazów można się oczywiście domyślić, czasem jednak sprawdzenie bywało nieodzowne. Opowieść Kaspra sprawiła mi ogromną przyjemność, weszłam w ten język zupełnie, nawet trochę nim myślałam. Pamiętam podobne doświadczenie z lektury "Chłopów" Reymonta. Margit posługuje się oczywiście zupełnie innym językiem. To język osoby z dobrego domu, a potem świadomej siebie artystki.

Kolejny powód, który sprawił, że najnowsza powieść Macieja Płazy okazała się spełnieniem, to tło historyczne. Najpierw poznajemy Poznań z początku wieku, wiele odrębnych światów, polski i niemiecki, mieszczański i ludowy. Wybucha wielka wojna, która dewastuje walczących żołnierzy niezależnie od narodowości. Potem jest powstanie wielkopolskie, o którym niewiele wiedziałam, właściwie sprowadzałam je do samego Poznania, a przecież nieprzypadkowo nazywa się wielkopolskie, walka o granice Polski. Wreszcie akcja powieści przenosi się na dobre do Berlina. Wojenna i powojenna bieda, rewolucja, niepokoje społeczne i polityczne, hiperinflacja, artystyczny tygiel, zabawa, dzielnice biedy i te mieszczańskie, a potem te nowe projektowane przez modernistów, a wreszcie atmosfera polityczna zagęszcza się, w końcu do władzy dochodzi Hitler. Kiedy Margit po latach nieobecności ponownie przyjedzie do Berlina, nie spotka tam już większości swoich żydowskich znajomych. Kto mógł, wyjechał, w Trzeciej Rzeszy nie ma już dla nich miejsca.

Ale to wcale nie wszystko. Ta powieść ma jeszcze jedną warstwę. Teatralną, filmową i literacką. Bo na kartach swojej książki umieścił Maciej Płaza wiele autentycznych postaci związanych ze światem kultury.  Maxa Reinhardta, dyrektora Deutsches Theater, reżysera filmowego Friedricha Muranu'a, wiele niemieckich aktorek i wielu aktorów, pisarzy Thomasa Manna i Stefana Zweiga, a przede wszystkim Bertolda Brechta i jego teatralną świtę. Niektórzy pojawiają się epizodycznie, inni mocno związani są  z losami Margit i Kaspra. Tak, tak, Kaspra też. Bo peregrynując po berlińskich knajpach, grając tam i śpiewając, zarabiając jako żigolo, spotyka właśnie młodego Bertolda Brechta, który jeszcze nie jest tym sławnym dramatopisarzem i twórcą teatru, i zostaje wciągnięty do jego kompanii. Autor bawi się tym wątkiem. Zdradzę tylko, że to Kasper swoimi balladami i bajędami podsunął Bertoldowi Brechtowi i Kurtowi Weillowi wiele pomysłów na "Operę za trzy grosze". Osobne miejsce zajmuje w tej powieści teatr lalkowy. Nie będę tu zdradzać, dlaczego tak się dzieje. W każdym razie wiele się na ten temat dowiedziałam. Nie jestem, w przeciwieństwie do Macieja Płazy, o czym mówił na spotkaniu, miłośniczką tego typu teatru, ale przyznam, że autor otworzył przed czytelniczkami i czytelnikami na pewno słabo znaną kuchnię i filozofię tej dziedziny sztuki. No i w tym wypadku również wprowadził na karty powieści autentyczne postacie związane z historią lalkarstwa.

A jakby tego wszystkiego było mało, to znajdziemy tutaj emocje, uczucia, miłość, stratę, rozczarowanie, tragedię, upadek i szukanie nowej drogi, budowanie siebie na nowo. A także bogactwo ludzkich losów i głębokie portrety bohaterek i bohaterów. 

Bardzo dobra, bardzo interesująca wielowymiarowa powieść. I niezwykle ucieszyła mnie deklaracja Macieja Płazy, że zamierza tworzyć takie opasłe powieści. W przeciwieństwie do Olgi Tokarczuk, która zapowiedziała, że jej najnowsza książka będzie ostatnią w jej dorobku taką grubą. A jak będzie, zobaczymy.

Marek Beylin "Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow"

Pamiętam, że kiedy kilka lat temu ukazała się książka Marka Beylina

"Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow" (Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie 2015) przez moment zastanawiałam się, czy jej nie przeczytać, ale ostatecznie zrezygnowałam. O Alinie Szapocznikow oczywiście słyszałam,  jednak nie interesowała mnie na tyle, aby po jej biografię sięgać. Nie umiem powiedzieć, czy widziałam jakąkolwiek jej rzeźbę w galerii czy muzeum. Pewnie tak, ale świadoma tego nie byłam. I najprawdopodobniej nic by się nie zmieniło, gdyby nie, dość skromna, wystawa jej prac w moim mieście. Znacznie wcześniej wpadły mi w ucho dwa podcasty poświęcone jej sztuce i osobie. Wystawę postanowiłam obejrzeć w ramach oprowadzania przez historyczkę sztuki, bo czułam, że bez komentarza spłynie to po mnie jak woda po gęsi, po prostu niewiele zrozumiem. Tak mam ze sztuką współczesną i oczywiście nie jestem wyjątkiem. O ile w galeriach i muzeach prezentujących sztukę umownie zwaną dawną mogę spędzać godziny, o tyle z odbiorem nowoczesnej mam problem. W każdym razie oglądanie rzeźb Aliny Szapocznikow z komentarzem specjalistki i opowieść o jej życiu zrobiły na mnie, a także na innych uczestniczkach, takie wrażenie, że postanowiłam sięgnąć po jej biografię.

Chociaż książkę przeczytałam stosunkowo szybko, muszę stwierdzić, że nie jest to lektura łatwa. Dlaczego? Bo autor, z wykształcenia historyk sztuki, w dużej mierze zajmuje się w tej biografii analizą prac Aliny Szapocznikow i dyskusjami, jakie toczyło środowisko artystów i ludzi parających się sztuką w czasie, kiedy bohaterka tej książki żyła i tworzyła. Oczywiście to nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Po prostu na pewno nie jest to rzecz, która trafi do szerokiego grona odbiorców. A może inaczej - jeśli sięgnie po nią ktoś taki jak ja, zainteresowany sztuką, ale nie fachowiec, musi się liczyć z tym, że wiele fragmentów będzie dość hermetycznych. Mam takie wrażenie, oczywiście nie prowadziłam statystyki, że samej Aliny Szapocznikow jest w "Ferworze" mniej niż jej rzeźb. To wszystko nie znaczy jednak, że żałuję lektury. Jak słyszałam, nad kolejną biografią rzeźbiarki pracuje Weronika Kostyrko. Ciekawa jestem, jaka będzie jej książka.

A czym uwiodła mnie Alina Szapocznikow i jej sztuka opowiadana przez jej doświadczenia? Wolą życia i żywiołowością. Alina Szapocznikow, która przeszła przez łódzkie getto, Auschwitz i inne obozy, która w jakiś czas potem wywinęła się śmierci dzięki zastosowaniu, wówczas eksperymentalnej, terapii streptomycyną, a w końcu przez cztery ostatnie lata swojego życia chorowała na raka piersi, przy czym w ostatnim okresie była świadoma, że nie ma już dla niej ratunku, do końca zachowywała wielką wolę życia i pogodę ducha. 

Kiedy już wiedziała, że umiera, odwiedzający ją przyjaciele widzieli tylko radość i energię. Teatr? Raczej żywiołowy program życiowy, zachowanie nierzadkie wśród tych, którzy przetrwali zagładę.

Mimo dramatycznych doświadczeń, a może na przekór nim, starała się korzystać z życia pełnymi garściami. Kształcić się, tworzyć, kochać, założyć rodzinę, szukać lepszych miejsc do mieszkania i tworzenia. 

... powiedziałbym, że Szapocznikow, uformowana do ciężkości życia, wybrała jego lekkość i poszukiwała jej mimo przeciwieństw.

Nie chciała mówić o tym, co przeszła w czasie wojny. Pozostaje tajemnicą, czy niektóre jej prace czerpią z doświadczeń wojennych. Tak je często interpretowano. Marek Beylin w swoich rozważaniach raczej nie podziela tego zdania. Odczytuje te rzeźby inaczej, chociaż nie ucieka od stwierdzenia, że:

Światu ukazywała twarz nieodmiennie radosną, pełną nadziei i życiowego optymizmu, a ból, zwątpienia i udręki gromadziła w sztuce. 

Ale to stwierdzenie dotyczy raczej jej późniejszej twórczości, która odwoływała się do jej choroby. 

Zaskoczyło mnie, że Alina Szapocznikow nie zrobiła międzynarodowej kariery. Być może stałoby się inaczej, gdyby nie jej przedwczesna śmierć. Bo zainteresowanie jej pracami rosło. Autor pokazuje, ile zabiegów, trudu i wyrzeczeń wymagało, a pewnie i dziś wymaga, utrzymanie się na rynku sztuki. Niemałe znaczenie miało też niestety to, że była artystką, a nie artystą. Jako kobieta miała trudniej. 

Delikatna dziewczyna przy wielkim kamieniu, ekspresja miłości, czyli kobieta i jej emocje - takie ujęcie przydawało jej medialnej atrakcyjności, lecz zarazem zamykało w klatce sztuki kobiecej, odrębnej od sztuki "prawdziwych" artystów, gdzie emocje stanowiły część przemyślanego projektu.

Jej prace wykorzystujące cielesność, operujące ironią, dyskutujące z traktowaniem przez popkulturę i media kobiet jako obiektów erotycznych spotykały się z niezrozumieniem. Nie pomagało jej to, że zdecydowała się zamieszkać na stałe we Francji. Póki funkcjonowała jako artystka zza żelaznej kurtyny, była na swój sposób interesująca, bo egzotyczna.

Osiedlając się w Paryżu, traciła wiele z egzotycznej atrakcyjności, jakiej przydawano twórcom z Europy Wschodniej. Traktowano ich jak atrakcję, a nawet przyznawano im pewne przywileje - dopóki wracali do siebie i nie chcieli na równi funkcjonować w świecie, który ich gościł. Jeśli chcieli się poczuć częścią Zachodu, wyrastały przed nimi bariery, jakich nie doświadczali twórcy cieszący się "lepszym" miejscem urodzenia. 

Kiedy zdecydowała się zamieszkać i tworzyć we Francji, stała się jedną z wielu. A ona nigdzie nie była u siebie. W polskim konserwatywnym świecie artystycznym czuła się obca, nieprzynależna do żadnej grupy, szczególnie jako osoba młoda i kobieta. Uważała też, że przestaje się rozwijać, że utknęła w martwym punkcie. 

Szapocznikow i Cieślewicz przyjechali do Francji nie po to, by biedzić się z Polską, lecz by uwolnić się od jej licznych ciężarów, pozostając Polakami. Chcieli zakorzenić się we francuskim życiu artystycznym, które miało ich - zwłaszcza ją - wprowadzić do obiegu europejskiego i amerykańskiego. 

W cytowanych listach do pierwszego męża, Ryszarda Stanisławskiego, i drugiego, Romana Cieślewicza, nie szczędzi złośliwości starszym od siebie rzeźbiarzom, facetom o, jak wynika z jej słów, obleśnym wyglądzie, za to przemądrzałym. Ale i we Francji nie była do końca u siebie, i tu dręczyła ją jej osobność, obcość. Czuła się też jak uboga krewna z powodu problemów finansowych.

W Paryżu mogli cieszyć się życiem w jego ludycznych przejawach. I nie z powodów materialnych, bo oboje biedowali. Ale tłoczne do nocy ulice, kawiarnie, knajpki, tanie wino, wystawy i dyskusje - wszystko to budowało bogactwo różnorodności. Coraz mniej obecnej w Polsce, gdzie narastały monopol doktryny i szara, znojna bieda.  Paryż był więc do codziennego życia, kształcenia się dojrzewania. Polska stanowiła przedmiot wiary przywracającej podmiotowość. Wiara zaś ułatwiała zakorzenianie się w Polsce. Toteż we Francji Alina tęskniła za Polską, czy też za sobą w Polsce, W Polsce  - brakowało jej siebie we Francji.

Miała nadzieję na zaistnienie na rynku sztuki amerykańskiej, ale niestety nic z tego nie wyszło. Po śmierci została właściwie zapomniana. Większość zachowanych prac leżała w garażu jej syna. Część uległa zniszczeniu z powodu kruchości. Materiały, jakimi dysponowała i z jakimi eksperymentowała, nie były wtedy dobrej jakości. Jak mówi Anda Rottenberg w jednym z podcastów, o których wspominałam, dziś trudno urządzić dużą wystawę jej prac, bo są bardzo rozproszone. Może to tłumaczy, dlaczego ta w moim mieście jest tak skromna.

Marek Beylin nie unika oczywiście rozmowy o jej wczesnych pracach, socrealistycznych z ducha. 

Nastawiona na życie Szapocznikow nade wszystko chciała robić własne rzeźby, musiała jednak zarabiać; pragnęła też, jak każdy twórca, być widoczna, zabiegała więc o zamówienia, a w jej zawodzie rzeźbiarki zleceniodawcą mogło być tylko państwo.

Nawet później, mieszkając już w Paryżu, nie zerwała kontaktów z Polską, nie miała statusu emigrantki czy uciekinierki i potrafiła brać udział w plenerach rzeźbiarskich czy konkursach pod mocno zideologizowaną egidą. Robiła to z powodów finansowych i żeby istnieć w artystycznym obiegu. A poza tym nie ukrywała swoich lewicowych poglądów. Nie była w tym odosobniona.

Szapocznikow nie zgłębiała ideologii. Kierowała się nie tyle historiozoficznymi przemyśleniami, ile ogólną modą i moralnym odruchem, który kazał jej stanąć po stronie tego, co nowe i młode, przeciw temu, co stare i skompromitowane.

A tak Czesław Miłosz pisał o klimacie panującym w latach powojennych w Europie.

Ludziom, którzy nie pamiętają powojennego dziesięciolecia, niełatwo uzmysłowić sobie triumfalną siłę marksistowskiej wiary, do której w owym czasie lgnęły najlepsze umysły z obu części podzielonej Europy. Ten okres tak szybko odchodzi w zapomnienie, że wciąż słyszy się pytanie, dlaczego tylu intelektualistów padło wtedy ofiarą własnej ślepoty; tymczasem rozsądniej byłoby zapytać, dlaczego niektórzy oparli się pokusie.

Słodko-gorzka droga życiowa. Najeżona przeciwnościami, ale także radością. Artystycznie spełniona, jednak nie do końca.

Graham Greene "Spokojny Amerykanin"

Niedawno pisałam tu o moich literackich przygodach z twórczością

nieco zapomnianego już angielskiego powieściopisarza Grahama Greene'a, a to przy okazji lektury "Mocy i chwały". Zapowiadałam wówczas, że do jego książek wrócę. Nie przypuszczałam jednak, że nastąpi to tak szybko. I znowu stało się to za sprawą tego samego podcastu. Tym razem były to propozycje lekturowe na wakacje, a wśród nich znalazł się "Spokojny Amerykanin" Grahama Greene'a (Instytut Wydawniczy PAX 1966; przełożył Jacek Woźniakowski). Może wszystko nie potoczyłoby się tak błyskawicznie, ale że książkę miałam na regale, a do tego nie jest ona zbyt obszerna (nie to, żebym nie lubiła cegieł, ale czasem ze względów logistycznych muszę sięgnąć po coś krótszego), nie było na co czekać. No i stało się, uwinęłam się z nią w niecały tydzień i znowu jestem usatysfakcjonowana. Naprawdę warto od czasu do czasu sięgnąć po coś klasycznego, a nie tylko gonić za nowościami. A Graham Greene świetnie się do tego nadaje.

Pisząc o "Mocy i chwale", scharakteryzowałam też trochę twórczość angielskiego powieściopisarza, więc nie będę się powtarzać, dodam jednak, że "Spokojny Amerykanin" nie jest powieścią podejmującą dylematy moralne związane z wiarą i religią. Należy też do tego odłamu jego twórczości, który pozornie może wydać się lżejszy. Ale tylko pozornie, bo bohater znowu zostaje postawiony wobec sytuacji, w której musi, a tym razem może lepiej napisać, że chce, podjąć ważką moralnie decyzję. W imię dobra wybrać zło.

Ale od początku. Akcja "Spokojnego Amerykanina" toczy się w Wietnamie, w Sajgonie w czasie wojny francusko-wietnamskiej, czyli pierwszej wojny indochińskiej, która trwała osiem lat a jej efektem było uzyskanie niepodległości przez Wietnam, Laos i Kambodżę, przy czym ten pierwszy kraj został podzielony na dwie części, północną komunistyczną i południową, co w dalszej perspektywie doprowadziło do kolejnej wojny, tym razem ze Stanami Zjednoczonymi. 

Głównym bohaterem i narratorem jednocześnie jest angielski korespondent, Thomas Fowler. W polskim tłumaczeniu pochodzącym z lat 60. Tomasz, ale ja będę używać imienia angielskiego, bo dziś w przekładach już nie spolszcza się imion. Swoją pracę wykonuje bez szczególnej pasji, ale woli siedzieć w Wietnamie, bo w pewnym sensie ma tam święty spokój. Może żyć z dala od żony, z którą chętnie by się rozwiódł, ale jest przekonany, że ona, gorliwa katoliczka, nigdy się na to nie zgodzi. I tak wiedzie swój w miarę spokojny żywot. Od czasu do czasu pojedzie na północ, gdzie toczą się walki, i nada korespondencję. Z konieczności krótką, bo dłuższa nikogo nie interesuje. To, co sprowadzone zostaje do kilkunastozdaniowej informacji wypranej z emocji, często jest dramatycznym zdarzeniem. Mogą to być setki trupów Wietnamczyków pływające w rzece albo nalot  bombowy z wykorzystaniem napalmu, w wyniku którego ofiary, często cywilne, płoną żywcem. 

Myślałem: Jakie to dziwne, że moi koledzy po fachu wykroją z całej tej nocy jedynie dwa wiersze. Była to noc jakich wiele, a jedynym niezwykłym zjawiskiem byłem ja.

Fowler jednak pozostaje neutralny. Stara się nie angażować emocjonalnie ani ideowo po żadnej ze stron. Nie jest Francuzem, a więc nie poczuwa się do odpowiedzialności. Wykonuje tylko swoją pracę.

Byłem odpowiedzialny za ten głos płaczący w ciemności: chlubiłem się, że nie jestem zaangażowany, nie jestem wmieszany w tę wojnę, lecz to ja zadałem rany, całkiem tak, jakbym się posłużył stenem zgodnie z chęcią Pyle'a.

Ale czy rzeczywiście można być neutralnym? 

- Pan nie wie, przed czym uciekam. Nie przed wojną. To nie moja sprawa. Nie jestem w to wmieszany.

- Wszyscy będziecie wmieszani pewnego dnia.

Jakże aktualnie brzmią te słowa!

Najczęściej jednak Fowler siedzi w Sajgonie, włóczy się po knajpach i ma wietnamską kochankę, Fuong. To dziwny układ. Czy łączy ich miłość? On pragnie mieć kogoś przy sobie, nie czuć się samotnie, ona najchętniej wyszłaby za mąż i wyjechała z nim do Anglii, ale na razie zadowala się tym, co  dzięki niemu ma tu w Sajgonie. On nie do końca jest z nią szczery. Nie mówi jej, że w każdej chwili może zostać odwołany do kraju, a wtedy będą musieli się rozstać.

Kochają w zamian za dobro, za opiekę, za prezenty, jakie im dasz - nienawidzą za szorstkość czy za niesprawiedliwość. Nie wiedzą, że można wejść tak sobie do pokoju i pokochać obcego człowieka. Wiesz, Pyle, dla kogoś, kto się starzeje, to bardzo bezpieczne - Fuong nie ucieknie z domu, póki ten dom jest szczęśliwy.

Wszystko się zmieni, kiedy w ich życie wkroczy ten tytułowy spokojny Amerykanin, Pyle. Znacznie młodszy od Fowlera, absolwent prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu, pochodzący z szacownej profesorskiej rodziny, przybył do Wietnamu z misją medyczną. Jest zafascynowany ideami niejakiego Yorka Hardinga (postać fikcyjna), który wierzy, że w Wietnamie i innych koloniach alternatywą dla komunizmu i kolonializmu może być jakaś trzecia siła. Ich spotkanie będzie brzemienne w skutki. Pyle bardzo chce się zaprzyjaźnić z Fowlerem i zakocha się w Fuong. W końcu przekona ją do siebie, bo on w przeciwieństwie do jej dotychczasowego kochanka zaoferuje jej małżeństwo. I może wszystko tak właśnie by się potoczyło, gdyby nie został znaleziony martwy pod mostem w niebezpiecznej okolicy - najprawdopodobniej zamordowany. 

Nie zdradzam tu niczego, bo dowiadujemy się o tym na pierwszych stronach powieści. Jej akcja prowadzona jest bowiem naprzemiennie - to, co się dzieje po śmierci Pyle'a, miesza się z retrospekcjami, dzięki którym poznajemy historię znajomości obu mężczyzn, ich rywalizację o Fuong, dramatyczne zdarzenie, które ich połączy, a przede wszystkim dyskusje na tematy światopoglądowe ściśle związane z miejscem, w którym przebywają. Z oczywistych względów nie mogę zdradzić więcej.

Muszę przyznać, że początkowo miałam wrażenie, iż  będzie to tym razem ta z powieści Grahama Greene'a, która ma mniejszy ciężar gatunkowy. Myliłam się jednak. Im głębiej wchodziłam w lekturę, tym zdarzenia i różnice światopoglądowe nabierały coraz większej wagi.

Przerażające są trzy epizody z pola wojny. Dramatyczne obrazy niedające spokoju Fowlerowi, który stara się nie angażować po żadnej ze stron. A jednak te setki trupów Wietnamczyków pływające w rzece, lot bombowcem, rozmowa z jego pilotem, który zrzuca bomby albo napalm na przypadkowe wietnamskie cele, robią na nim wrażenie. Coraz bardziej podkopują jego neutralną, cyniczną postawę. 

Działko posłało jeden jedyny pocisk i sampan rozprysnął się w fontannę iskier. Nawet nie czekaliśmy, by zobaczyć, jak nasze ofiary walczą o życie, tylko nabraliśmy wysokości i skierowaliśmy się ku bazie. Pomyślałem znowu to, co wówczas, gdy zobaczyłem umarłe dziecko w Fat Diem: Nienawidzę wojny. Było coś tak oburzającego w naszym nagłym, przypadkowym wyborze łupu - przelatywaliśmy sobie mimochodem, wystarczył jeden strzał, nikt nie odpowiedział na nasz ogień i znowu lecieliśmy dalej, dorzuciliśmy maleńki wkład do globalnej liczby zmarłych.

Pilot stara się jak najbardziej zdystansować od tego, co robi, wmawia sobie, że wykonuje tylko rozkazy, że walczy z wrogiem, ale to tylko pudrowanie rzeczywistości, przybrana maska. Poza tym co to za wróg, który walczy z kolonialnym mocarstwem? Ale jeszcze wcześniej Fowler i Pyle znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, które ich mocniej złączyło. Już wtedy w niezwykle dramatycznych okolicznościach narrator będzie miał wyrzuty sumienia, bo ratując siebie, na niebezpieczeństwo narazili dwóch bogu ducha winnych wietnamskich strażników. 

A potem wszystko się jeszcze bardziej skomplikuje. Kim  naprawdę jest Pyle? Czym naprawdę się zajmuje? No i najważniejsze pytanie - czy aby zapobiec większemu złu, można uciec się do mniejszego? Taki dylemat postawi przed sobą Fowler. 

- Prędzej czy później - rzekł Heng (...) - trzeba stanąć po czyjejś stronie. Jeśli ma się pozostać człowiekiem.

Ciekawa jest też Fuong, chociaż patrzymy na nią, jak na wszystko, oczami Fowlera. Cicha, spokojna, wycofana, grzeczna, pokorna, ale jednocześnie dba o swój interes. Czy kocha któregoś z nich, czy to tylko wyrachowanie i myśl o zapewnieniu sobie przyszłości skłania ją do podejmowania takich, a nie innych decyzji? Za nią stoi jej starsza siostra, która zdaje się ją skłaniać do wyborów, jakie podejmuje. Takich dziewczyn, które wiązały się z Europejczykami czy Amerykanami, aby zapewnić sobie lepszą przyszłość, było bardzo dużo. Tu chciałabym wspomnieć o świetnym, nagradzanym, filmie dokumentalnym, sięgającym do wojny amerykańsko-wietnamskiej,  "Dziecko z pyłu" Weroniki Milczewskiej opowiadającym o dramatycznych losach dzieci urodzonych z takich związków.

Kończąc, dodam jeszcze, że bardzo ciekawe, w powieści oczywiście, są portrety obu bohaterów.

Niewielka, ale bardzo interesująca i inspirująca powieść Grahama Greene'a, który zasługuje na wydobycie z niepamięci, o czym przekonałam się po raz kolejny.

Ibitisam Azem "Księga zniknięcia"

Moja faza na książki opowiadające o konflikcie palestyńsko-

izraelskim trwa, dlatego nie mogłam pominąć powieści palestyńskiej pisarki mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, Ibitisam Azem, "Księga zniknięcia" (ArtRage 2026; przełożyła Hanna Jankowska), która w 2025 otrzymała nominację do międzynarodowego Bookera. Nie raz wyrażałam tu swój stosunek do nagród, nie trzymam się ich niewolniczo. Czasem rzeczywiście sięgam po coś z powodu nominacji czy samego wyróżnienia, ale to nie jest ten przypadek. Tym razem zadecydowała narodowość pisarki.

Punkt wyjścia "Księgi zniknięcia" jest bardzo prosty. Pewnego ranka mieszkańcy Tel Awiwu, a właściwie całego Izraela, budzą się i stwierdzają, że dzieje się coś dziwnego. Nie przyjeżdżają autobusy, nie dostarczono prasy, do wielu miejsc nie przybyli pracownicy, ktoś nie może złapać z kimś kontaktu. Co się stało? Okazuje się, że nagle zniknęli wszyscy Palestyńczycy. Szok, niedowierzanie, dezorientacja, strach. Dlaczego strach? Bo wprawdzie Palestyńczycy na ogół Żydów nie obchodzą, ale nie wiadomo, czy czegoś nie szykują. Pewnie gdzieś się zaczaili i na nich ruszą. Ale godziny płyną, panuje spokój, służby badające sprawę nie stwierdziły niczego dziwnego. Monitoring nie zarejestrował, aby opuszczali swoje domy lub gdzieś się gromadzili.

Kiedy czytałam powieść, doszłam do wniosku, iż dzięki zbiegowi okoliczności bardzo dobrze się stało, że zupełnie niedawno przeczytałam "Białe miasto, czarne miasto" Sharona Rotbarda, książkę opowiadającą o konflikcie palestyńsko-izraelskim z perspektywy Tel Awiwu i Jafy, bo właśnie ta perspektywa jest w "Księdze zniknięcia" bardzo obecna. Pojawia się i Bauhaus, i Białe Miasto, i nazwy dzielnic Jafy, i sady, nawet gatunek pomarańczy, z których słynęła, o czym pisze Sharon Rotbard, i wreszcie historia zdobycia Jafy, wysiedleń, a także współczesne oblicze miasta, które dzisiaj stanowi część Tel Awiwu. Ale jeśli ktoś nie czytał tamtej książki, to oczywiście nie oznacza, że nie zrozumie tej.

"Księga zniknięcia" ma dwóch głównych bohaterów. To Palestyńczyk Ala'a i Żyd Ariel. Są przyjaciółmi, obaj mieszkają w tym samym domu w Tel Awiwie na Bulwarze Rothschilda, obaj związani są z mediami. Ariel jest felietonistą amerykańskiej gazety. Kiedy Palestyńczycy znikają, on też próbuje skontaktować się ze swoim przyjacielem. Oczywiście bezskutecznie. Ponieważ ma klucz do jego mieszkania, wchodzi tam i znajduje czerwony zeszyt, w którym Ala'a prowadził notatki. W ten sposób razem z nim poznajemy historię jego rodziny i jego stan ducha.

Ala'a był bardzo związany ze swoją babcią, która niedawno umarła. W swoich zapiskach zwraca się bezpośrednio do niej. Przypomina sobie jej opowieści, na nowo przeżywa tragedię Nakby. Babcia postanowiła zostać w Jafie, bo dla niej liczyło się miejsce. Przeżyła bombardowania, musiała opuścić swoją dzielnicę i dom, osiąść w innej, gdzie Żydzi pozwolili zamieszkać jej i innym Palestyńczykom, którzy zostali. Ale większość rodziny uciekła i osiadła w Bejrucie. Także mąż. Babcia żyje podwójnym życiem - w Jafie tej współczesnej i tej, którą zapamiętała.

Nie spodobało ci się określenie, że Jafa jest pogrzebana pod Jafą. Stwierdziłaś, że Jafa zawsze pozostanie Jafą, jest wszędzie wokół nas, musimy tylko patrzeć uważnie, żeby ją zobaczyć. Powiedziałaś, że nocą słyszysz głosy, zgiełk wesela, bębny i flety. 

Ala'a to przedstawiciel trzeciego pokolenia po Nakbie i to on, dzięki opowieściom swojej babci, ma świadomość tego, kim jest i co się stało z miejscem, w którym żyje. Nie potrafi zapomnieć.

A kiedy zapada noc, obmywam domy wokół mnie czarną pamięcią. Ścieram z nich biel i wszystko maluję na czarno. Biorę czarny kolor z tuszu nocy i wszystko nim zapełniam, jakbym się bał, że zawładnie mną biała pamięć, więc zacieram ją czernią bezksiężycowej nocy. Kocham czarny kolor, bo jest podobny do nas, bo jest nami.

Im dłużej czytałam notatki Ala'i, tym bardziej uderzało mnie to, jak bardzo męczy go sytuacja, w jakiej żyje. Niby jest Palestyńczykiem uprzywilejowanym, bo wykształconym, a jednak czuje się niezrozumiany. Przez matkę, która przyjęła taktykę milczenia i, co być może najgorsze, przez żydowskiego przyjaciela.

Bo Ariel też odczuwa znużenie i zniecierpliwienie ciągłym rozpamiętywaniem przeszłości przez Palestyńczyków. 

Przykro mu było, gdy słuchał skarg arabskich kolegów, był wtedy rozdarty między zrozumieniem a dezaprobatą.

Zmęczyła go lektura opowieści Ala'i, przeszłość i nieustanne gadanie o miejscu i jego pamięci. Te historie pokonanych o legendarnej przeszłości. Takie właśnie są.

Kiedy myśli o swoim dziadku syjoniście, który przybył z Anglii, kupował ziemię, nie uważa go za kolonizatora. Jakoś prześlizguje się nad słowem przejąć, które zastąpiło słowo kupić, bo ziemi na sprzedaż było za mało. Wie, że była wojna, że w niej zwyciężyli, ale nadal nie nazywa swojego dziadka kolonizatorem. Przecież nie opowiadał się jak niektórzy syjoniści za wypędzeniem Palestyńczyków. Dlatego coraz trudniej jest mu się też zgodzić z przyjacielem. Owszem, uważa, że:  

popełniono pewne błędy i że Palestyńczykom należy się więcej praw, ale [Ala'a] powinien przyznać, że państwo mu wiele daje i że jest w lepszej sytuacji niż na przykład uchodźcy w Libanie czy krajach arabskich.

Nic dziwnego, że reakcja jego przyjaciela była gwałtowna. Ariel nie potrafi zrozumieć Ala'i, współodczuwać z nim. Zarzuca mu, że rozpamiętując historię Jafy, jest nienowoczesny i pozwala, aby przeszłość go ograniczała. Przecież zmiana w miastach, ich modernizacja to rzecz normalna. Jakby nie zdawał sobie sprawy, że w tym wypadku nie chodzi o zwykłą modernizację, ale o zatarcie, a nawet zniszczenie dużej części tego, co było, i stworzenie wydmuszki.

Nie słyszałeś o Al-Manszijji, Szach Muwannis, Al-Masudijji i innych wsiach Jafy? Co to znaczy, że mam być nowoczesny? Pokłonić się? (...) Kiedy wreszcie zrozumiesz, że Tel Awiw to kłamstwo, w które wszyscy uwierzyli? Jafa to nie tylko gaje pomarańczowe, a nawet gdyby była pustynią, to co z tego? To kłamstwo, które chcieliście sprzedać, nie daje wam prawa do zabijania nas i wypędzania. Nawet gdybyśmy byli najbardziej zacofanymi ludźmi na tym świecie, nie macie prawa nas przesiedlać. Ani mordować. Walczcie z Europą, która wypędzała was i zabijała.(...) Wy przez cały czas mówicie, a my słuchamy i próbujemy dać wam do zrozumienia, że w tym równaniu jest błąd. Czasami próbujemy spokojnie rozmawiać, a czasem milczeć. Boimy się i wybuchamy.  Nienawidzimy was i zbliżamy się do was, a nawet lubimy was jako ludzi. Naśladujemy was, wierzymy wam, ale wiemy, że okłamujemy przede wszystkim samych siebie. Wmawiamy sobie, że oni w końcu zrozumieją, lecz wy nas nie słuchacie. (...) Mamy jednak świadomość, że tylko nasz krzyk skłoni was, żebyście nas usłyszeli.

Teraz kiedy snuję te refleksje, uświadamiam sobie, że to chyba pierwsza powieść dotycząca tej tematyki, jaką czytałam, pokazująca perspektywę tych, którzy pozostali, czyli Palestyńczyków żyjących w Izraelu. Nie na Zachodnim Brzegu, nie w Gazie, ale właśnie tam. Jeden z epizodycznych bohaterów powieści, Palestyńczyk, tak mówi:

Jafa. Jafa. Nazwa, która mnie boli i którą codziennie przeklinam, bo wciąż ją kocham. (...) To, że tu zostaliśmy, oznacza, że krwawimy. Żyjesz z otwartą raną, krwawisz, ale wciąż żyjesz. (...) Jestem szczęśliwy, że zostałem mimo biedy, opresji i zapomnienia. (...) Nikt sobie nie uświadamia, jak bardzo jesteśmy samotni, my, którzy tu pozostaliśmy.

Kiedy minie szok, kiedy okaże się, że najprawdopodobniej nic się nie stanie, większość Żydów oddycha z ulgą. Bo problem Palestyńczyków sam się rozwiązał, a wraz z nim inne. Już nic nie trzeba będzie robić.

- Dziwni jesteśmy, my syjoniści ateiści - zaśmiał się Ariel. - Nie wierzymy w  istnienie Boga, ale jesteśmy przekonani, że czyni dla nas cuda. Że obiecał nam tę ziemię, a teraz ze względu na nas pozbył się Palestyńczyków.

Za jakiś czas władze pewnie pozwolą zajmować ich domy i mieszkania. I tylko lewicowy dziennikarz, który sam o sobie mówi, że wziął rozwód z syjonizmem i w niego nie wierzy, lekceważony przez wszystkich, nazywa w swoim artykule rzeczy po imieniu. To, co się stało, to "najczystsza" czystka etniczna, jaką widziała ludzkość. I pisze gorzko:

Co się stało, ojczyzno, z rozsądnymi ludźmi, którzy cię zamieszkiwali? Gdzie się podziali? Czy ich też zabito, czy opuścili cię razem z Palestyńczykami? Czy uwolnimy się kiedykolwiek od kompleksu ofiary? Nie jesteśmy już ofiarami! Musimy to powiedzieć na głos! Staliśmy się zwykłymi ludźmi we własnym państwie.

Jakże niezwykle aktualnie brzmią te słowa.

Kolejna bardzo intersująca książka na temat, który żywo mnie interesuje.

Popularne posty