Maciej Siembieda "Gołoborze"

O Macieju Siembiedzie i jego kryminalnych oraz sensacyjnych

powieściach słyszałam od dawna, wiedziałam, że są bardzo cenione  i popularne, bywało, że miałam ochotę po którąś sięgnąć. Najbliżej byłam "Katharsis", pierwszej części jego greckiej trylogii. Przez chwilę znajdowała się nawet na liście moich książkowych zakupów, no ale czas nie jest z gumy, lektury trzeba wybierać, więc kryminały, których kiedyś czytałam sporo, poszły w odstawkę. O "Gołoborzu" (Znak Literanova 2025) oczywiście trudno było nie słyszeć, pojawiały się głosy, że jest czymś więcej niż  nawet najlepiej napisana powieść sensacyjna, że powinno być nominowane nie tylko do Nagrody Wielkiego Kalibru, ale także do Nike, co rzeczywiście się stało. Autor mówił, że to najbardziej osobista z jego książek, bo wychował się na Kielecczyźnie, i trudno mu złapać dystans do tego, co napisał. W posłowiu informuje, które elementy powieści są prawdziwe. Zresztą warto wspomnieć, że Maciej Siembieda do literatury przyszedł z dziennikarstwa, przez lata zajmował się reportażem i teraz wokół niewykorzystanych wcześniej tematów buduje  swoje książki. Dlaczego w takim razie zdecydowałam się jednak sięgnąć po "Gołoborze"? Oczywiście ciekawość, ale ostatecznie zadecydował impuls, pod wpływem którego zapisałam się na powieść w bibliotece, swoje odczekałam, a potem mimo słusznego rozmiaru (ponad pięćset stron) przeczytałam w kilka dni.

Akcja "Gołoborza" toczy się w fikcyjnej wsi Grabin u stóp Gór Świętokrzyskich i rozpięta jest od powstania styczniowego do roku 1989. Każda z dziewięciu części opatrzona została datą. Niektóre z nich są znaczące w naszej historii, na przykład rok 1968, 1970, 1976 czy 1989 właśnie, inne związane są z czasem po pierwszej wojnie albo z drugą wojną czy z latami tuż po wyzwoleniu. Zastanawiałam się, czy jest jakiś klucz w doborze tych dat, szczególnie powojennych. No bo powstanie i wojna oczywiście miały ogromny wpływ na życie bohaterów, inaczej jest z kolejnymi. Przyznam, że go nie odnalazłam. Na przykład antysemicka nagonka roku 1968 nijak nie znajduje odzwierciedlenia w życiu mieszkańców Grabina, ale już echa grudnia 1970 roku czy wypadków w Radomiu w 1976 znajdujemy w powieści. 

Bohaterami "Gołoborza" są dwie rodziny, a właściwie dwa klany, zamieszkujące Grabin, Kończaki, zamożni gospodarze, i Cebrzyny, którzy bardziej niż gospodarowaniem zajmują się przemytem, kradzieżami koni czy bydła. Kłótnia na jakimś weselu zapoczątkowała świętą wojnę. Jej pierwszy akt dokonał się w czasie powstania styczniowego, kiedy to jeden z Cebrzynów wydał Rosjanom Tomasza Kończaka, który przystąpił do walczących. Odtąd ta rodowa wojna stanie się jeszcze bardziej zagorzała i krwawa. Obowiązek zemsty przechodzi z ojca na syna i nie ma zmiłuj, nie można się z niego wyłamać. Krzywda wyrządzona nawet dziesiątki lat wcześniej nigdy nie zostanie zapomniana i musi zostać pomszczona. Niekoniecznie dokona się to od razu, czasem lepiej poczekać na dogodny moment. W tym świecie honor klanu znaczy wszystko. Jeden z Kończaków, który po drugiej wojnie wstąpi do milicji, usłyszy od głowy rodu, że jest najpierw Kończakiem, a potem milicjantem. Dobrze to sobie zapamięta. Wszyscy akceptują te reguły i dlatego będą trzymać język za zębami.  Milicja jest bezradna, nikt nie puści pary z ust, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. To zamknięty, wsobny świat, w którym członkowie rodu pobierają się między sobą, niechętnie dopuszczają kogoś z zewnątrz, a już niedopuszczalne jest małżeństwo pomiędzy parą pochodzącą ze zwaśnionych klanów. 

Maciej Siembieda odkrywa przed czytelniczkami i czytelnikami swojej książki świat, jaki dotąd znaliśmy z opowieści o mafii sycylijskiej potem przeniesionej na grunt amerykański, i twierdzi, że i u nas, u stóp Gór Świętokrzyskich, również obowiązywał nakaz rodowej wendety, a prawa rodzinnego klanu były ważniejsze od praw państwowych. Wychował się w tym świecie, nasłuchał się podobnych opowieści w dzieciństwie. Tu warto przywołać znakomitą reporterską książkę Wiesława Łuki "Nie oświadczam się", która opowiada o wstrząsającej zbrodni połanieckiej. Teraz słychać o niej więcej, bo Jan Holoubek kręci serial o tamtych zdarzeniach. Mamy tam te same mechanizmy - dwie rodziny, stosunkowo błahy spór, krwawa zemsta dokonana w obecności wielu świadków i milczenie całej wsi. Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Aż wierzyć się nie chce, że można dokonać takiego morderstwa z zimną krwią na oczach wielu ludzi i zmusić wszystkich do milczenia. Podobnie jest w powieści. Okrutne zbrodnie dokonane w imię zemsty, świadkowie, akceptacja i milczenie.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu dwóch albo może nawet trzech pierwszych części byłam nieco rozczarowana. Nie żebym się nudziła, żeby mi się nie podobało, ale pomyślałam sobie, że jeśli będzie tak dalej, zemsta goni zemstę, to wszystko stało się przewidywalne. Tym bardziej, że byłam świeżo po "Revolterium" Bernarda Gromka, a tam zwrot akcji goni zwrot akcji, autor umiejętnie gubi tropy, nie wiadomo, czego się spodziewać. Okazało się jednak, że byłam w błędzie, bo potem od czasów powojennych akcja powieści rozlewa się niczym rzeka zmierzająca do morza deltą składającą się z wielu drobniejszych i większych odnóg. Po prostu pojawiają się nowe wątki, a sprawa się komplikuje i rzeczywiście nie wiadomo, czego się spodziewać. A sam finał powieści jest niezwykle zaskakujący.

Na koniec chciałabym napisać, na co szczególnie zwróciłam uwagę, czytając powieść - co zrobiło na mnie największe wrażenie, co zainteresowało najbardziej. Jeśli chodzi o to ostatnie, to chyba szczególnie ciekawa ze względów poznawczych wydała mi się ta część książki, której akcja rozgrywa się w powojennym Opolu, a zwłaszcza opowieści o szabrownikach i rozmiarze ich działalności. Natomiast największe wrażenie zrobiły na mnie dwie sprawy. Pierwsza to historia bohaterów i bohaterki, którzy chcą żyć inaczej i wyłamać się z klanowych obowiązków. Co ma zrobić człowiek, który zdaje sobie sprawę ze zła, jakie się dzieje, a nakazem rodziny zostaje zmuszony do dokonania zbrodni na człowieku, którego on wcale nie uważa za wroga?  Nie chce ani nie potrafi zabić. Jeśli nie tego nie zrobi, straci wszystko, dosłownie, i zostanie wykluczony z rodzinnego klanu. W jego oczach zabicie tego człowieka to nie żadna rodowa zemsta, ale przestępstwo. Takich dylematów nie ma  wspomniany już Kończak milicjant. A co mają zrobić dziewczyna i chłopak, którzy się pokochali i chcą być razem, a nie mogą tylko dlatego, że pochodzą ze zwaśnionych klanów? Czy jest dla nich jakiś ratunek? Ale największe wrażenie zrobiły na mnie zbrodnie dokonywane z zimną krwią przez ojca i syna z błogosławieństwem matki i z modlitwą na ustach, mieszkańców sąsiedniej wsi.

Rzeczywiście "Gołoborze" okazało się książką wartą lektury. Pewnie gdybym dysponowała nieograniczonym czasem na czytanie, sięgnęłabym po inne powieści Macieja Siembiedy. Zobaczymy, może kiedyś wrócę do pomysłu przeczytania "Katharsis".

Graham Greene "Moc i chwała"

Graham Greene to dziś w Polsce pisarz zapomniany, rzadko

wznawiany. Przeczytałam tylko trzy jego powieści, teraz już cztery, ale od pierwszych lektur mam jego twórczość gdzieś z tyłu głowy i postanowienie, że muszę od czasu do czasu sięgać po jeden z jego tytułów. Zaczęłam bardzo dawno temu od "Sedna sprawy" i "W Brighton". Szczególnie ta pierwsza powieść tkwi we mnie do dziś, jest dla mnie na tyle ważna, że przeczytałam ją kilkanaście lat temu po raz drugi, ale że było to w czasach przedblogowych, nie ma tu po niej śladu. Do dziś mam obie książki na półce. Parę lat temu kupiłam sobie kilka jego powieści w antykwariacie i dwa wznowienia w wersji elektronicznej, dotąd przeczytałam jedną, "Czynnik ludzki"

Nie czuję się specjalistką od Grahama Greene'a, ale wiem, że w jego bardzo bogatej twórczości można wyróżnić dwa nurty. Jeden to powieści pozornie lżejsze, sensacyjne, szpiegowskie, czasem romanse. Drugi to rzeczy wagi cięższej - ich bohaterowie zawsze stają przed trudną, dramatyczną sytuacją, targają nimi dylematy moralne, jakie rzadko już stają się udziałem współczesnego człowieka, muszą dokonać jakiegoś wyboru, bywa, że żadna z dróg nie jest dobra. Traktują życie, świat, ludzi i siebie bardzo serio. Ale nawet te pozornie lżejsze tytuły też mają swoją wagę. Do tej drugiej kategorii zaliczam moje ulubione "Sedno sprawy", "W Brighton" i właśnie przeczytaną "Moc i chwałę" (Instytut Wydawniczy Pax 1985; przełożył Bolesław Taborski). Jest jeszcze jedna charakterystyczna cecha jego twórczości - pisarz często umieszcza akcję w różnych częściach świata, na przykład w Hawanie, w Wietnamie czy Meksyku. To pokłosie jego licznych podróży. Ze swoich doświadczeń czerpał też w powieściach szpiegowskich, bo w czasie drugiej wojny działał w ten sposób na rzecz swojej ojczyzny, Wielkiej Brytanii. Twórczość Grahama Greene'a, przynajmniej jej część, często wrzuca się do szufladki religijnej, co może jednych przyciągać, innych odstręczać. Chociaż rzeczywiście wiara bywa istotna w życiu niektórych bohaterów,  czasem są nimi księża, to zapewniam, że osoba nie mająca nic wspólnego z Kościołem, niewierząca śmiało może po jego twórczość sięgać, bo są to powieści uniwersalne, o czym za chwilę postaram się przekonać osoby czytające te refleksje.  

Jak to się stało, że znowu, po siedmiu latach, sięgnęłam po kolejną powieść Grahama Greene'a, "Moc i chwałę"? Oczywiście zadecydował przypadek i impuls - w jednym z podcastów, którego regularnie słucham, dwaj bardzo poważni i cenieni przeze ze mnie rozmówcy, filozof i profesor literatury, przywołali właśnie ten tytuł, bardzo go polecając. Nie zastanawiałam się długo, bez trudu dostałam książkę w bibliotece, co nie znaczy, że byłam pierwszą wypożyczającą ją od lat. Okazuje się, że co jakiś czas ktoś  po nią sięga. A więc może nie jest tak źle.

Akcja powieści rozgrywa się w Meksyku w latach trzydziestych zeszłego wieku. W wyniku lewicowej rewolucji i religijnej wojny domowej trwają prześladowania Kościoła i księży. Ale i druga strona konfliktu nie pozostaje dłużna. Lista okrucieństw jest długa z obu stron. W niektórych stanach zburzono kościoły, zakazano praktyk religijnych, a księża, którzy nie zdecydowali się na porzucenie sutanny, są ścigani i rozstrzeliwani. I właśnie w jednym z takich stanów pozostał już tylko ostatni ksiądz, główny bohater tej powieści. Pozostali zostali rozstrzelani w glorii męczeństwa, a jeden zdecydował się opuścić stan kapłański, przejść na państwową pensję i ożenić (przymusowo). 

Główny bohater tej opowieści od ośmiu lat się ukrywa, ucieka, świadcząc potajemnie swoją posługę. Ale pętla coraz bardziej się zaciska. Za informację o nim wyznaczono nagrodę, ksiądz nie ma wątpliwości, że prędzej czy później jakiś biedny wieśniak połaszczy się na te pieniądze. Jakby tego było mało, porucznik milicji z posterunku, który zajmuje się poszukiwaniami, postanowił złamać opór wieśniaków i księdza, biorąc w wioskach, w których mógł się ukryć, zakładników. Jest jednak szansa na ratunek - przejście przez góry do innego stanu, gdzie jest inne życie. Ale coś go tu trzyma. Wierzy, że jest potrzebny ludziom. Coraz bardziej zaszczuty, głodny, brudny, obszarpany, przypominający bardziej ścigane zwierzę niż człowieka, bez wina, które umożliwiłoby odprawianie mszy - alkohol też jest zakazany, a poza tym on nie ma pieniędzy - szuka tymczasowego schronienia w różnych miejscach, a przede wszystkim w wioskach. Ale czy w tej sytuacji może jeszcze komukolwiek zaufać?

Autor stawia trudne pytania. Dlaczego to robi? Z poczucia obowiązku, bo musi służyć ludziom, którzy go potrzebują? Czy rzeczywiście tak wielu go jeszcze potrzebuje? Kiedy przybywa do wioski, niekoniecznie na niego czekają, boją się. Czasem jednak ktoś go rzeczywiście wzywa. Chce do końca być wierny obranej drodze? Okryć się sławą męczeńskiej śmierci? I najważniejsze - czy nie powinien się ujawnić, skoro wie, że ceną jego życia jest życie bogu ducha winnych zakładników? W gruncie rzeczy nie jest wcale odważny, boi się nie tyle śmierci, ile związanego z nią bólu. Doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich słabości. Jest alkoholikiem, ma nieślubne dziecko z kobietą, której nawet nie kochał, nigdy nie był jakoś szczególnie gorliwy religijnie. Kiedy wspomina dawne czasy, z tęsknotą myśli o wygodnym, dostatnim i spokojnym życiu, jakie wtedy prowadził.

Gdyby ich opuścił, byliby bezpieczni i wolni od złego przykładu, jaki dawał. On był jedynym księdzem, jakiego dzieci mogły pamiętać: właśnie on będzie jedynym źródłem wyobrażeń o wierze. Ale i od niego także ludzie przyjmowali Boga. Jeśli odejdzie, będzie to wyglądało, jak gdyby na całej przestrzeni między morzem a górami Bóg przestał istnieć. Czyż nie jest jego obowiązkiem zostać, nawet jeśli nim pogardzają, nawet jeśli z jego powodu zostaną zamordowani? Nawet jeśli zgorszą się jego przykładem.

Ale Maria, z którą ma dziecko, oskarża go.

- Niech już ksiądz pójdzie... w ogóle stąd pójdzie. Ksiądz się już tu nikomu na nic nie przyda. (...) Czy ksiądz nie rozumie? Nie chcemy księdza tu więcej. (...) Czy ksiądz myśli, że Bóg chce, aby taki ksiądz-pijaczyna został tu i ginął za Niego? (...) Przypuśćmy, że ksiądz zginie. Ksiądz będzie męczennikiem, no nie? I co to będzie za męczennik z księdza? Taki, że ludzie będą szydzili tylko.

Ale i kondycja Jose, księdza, który uległ, zrzucił sutannę i pod przymusem ożenił się, też wcale nie jest godna pozazdroszczenia. Gardzi sobą, stał się pośmiewiskiem, żyje z kobietą, do której nic nie czuje, i drży ze strachu, kiedy jakaś zdesperowana osoba błaga go o kapłańską posługę. Jest kłębkiem nerwów, wiedzie nędzne życie.

Stary człowiek siedział na skrzyni w małym, suchym patio. Był bardzo gruby i miał krótki oddech, dyszał jakby po wielkim wysiłku podczas upału. (...) Myślał z zazdrością o ludziach, którzy zginęli; wszystko skończyło się tak szybko. Wzięto ich na cmentarz i rozstrzelano pod ścianą: w ciągu dwóch minut zgasło w nich życie. I to nazywano męczeństwem. Tutaj życie wlokło się i wlokło. Miał tylko sześćdziesiąt dwa lata. Mógł dożyć do dziewięćdziesięciu. (...) Wiedział, że był błaznem. Żeniący się stary człowiek był już wystarczająco groteskowy, a cóż dopiero stary ksiądz... (...) Był po prostu tłustym, niedołężnym starcem, z którego drwiono i szydzono, gdy kładł się do łóżka.

Nędzne życie wiodą tu właściwie wszyscy bohaterowie, których poznajemy, bo nędzny jest świat, w jakim żyją. Dentysta, który przyjechał z Wielkiej Brytanii do Meksyku, aby odbić się finansowo, a teraz nie może wyjechać, bo jego oszczędności w wyniku inflacji straciły na wartości. Czuje się samotny i złapany w pułapkę. Rodzina przedstawiciela amerykańskiej firmy eksportującej banany. Żyją gdzieś na odludziu, żona jest nieszczęśliwa i wiecznie niedomaga - trudno powiedzieć, czy rzeczywiście choruje, czy to hipochondria - córka musi uczyć się korespondencyjnie, bo nie ma tu szkoły. A przede wszystkim wieśniacy żyjący w odludnych wioskach, potwornie biedni. Spotkany przypadkowo Metys, brudny, odpychający, a jednak budzący współczucie, który, jak podejrzewa ksiądz, chce go zadenuncjować dla pieniędzy. A jaka przyszłość czeka małą, już zdemoralizowaną, córkę księdza, którą sprowadził na świat przez przypadek? Przecież kiedy szedł do łóżka z kobietą, której nie kochał, nie marzył o dziecku. Teraz jednak jeśli na czymś mu zależy, to właśnie na niej. Jeśli się o coś modli, to o nią. Nic to nie da. Mała przez miejsce swojego urodzenia skazana jest na nędzne, biedne życie. Ta wszechobecna bieda, brzydota i miałkość tego świata jest bardzo przygnębiająca i poruszająca. Czy życie tych ludzi było lepsze, bardziej wzniosłe, kiedy mogli swobodnie praktykować? Jeden z bohaterów mówi do swojego syna:

- Ty nie pamiętasz czasów, kiedy tu był kościół. Ja byłem kiepskim katolikiem, ale to oznaczało... no, muzykę, światła, miejsce, gdzie można by posiedzieć  z dala od upału... a twoja matka, no zawsze miała coś do roboty. Gdybyśmy mieli teatr, w ogóle coś zamiast tego, nie czulibyśmy się tacy opuszczeni.

Bardzo ciekawą postacią jest porucznik ścigający księdza, jego oponent. Fanatyk wierzący, że sprawa, której służy, pomoże tym wszystkim biedakom. Nieważne są koszty, ważny jest cel. Czy jednak w gruncie rzeczy nimi nie gardzi? Skąd wie, co dla nich dobre? I jak niby ma się spełnić ta utopia, w którą wierzy?

Jest w tej powieści jedna przerażająca scena. To walka wygłodniałego człowieka i zabiedzonego psa o kość, na której widać resztki mięsa. Dawno nie czytałam czegoś tak mocnego i przerażającego. A chwilę potem ksiądz w opuszczonej wiosce znajduje książkę z poezją Tennysona. Uświadamia sobie, jak marne życie prowadzi. 

Od wielu miesięcy ksiądz nie widział żadnej książki. Leżała tam i pleśniała prawie jak obietnica lepszej przyszłości; obietnica życia w spokojnych domach, w których będą odbiorniki radiowe i półki z książkami, i łóżka zaścielone na noc, i obrusy przy posiłkach.

W świat tej powieści wchodzi się bardzo intensywnie. Opisany jest niezwykle  sensualnie. Czułam trud zaszczutego księdza, jego głód, oblepiający go brud, razem z nim brzydziłam się łachmanów, jakie miał na sobie. Podobnie głęboko odczuwałam los innych bohaterów znakomicie sportretowanych.

Nie jest to powieść lekka, łatwa i przyjemna, ale niezwykle interesująca. Warto po nią sięgnąć.

Anna María Matute "Pierwsze wspomnienie"

Po książkę hiszpańskiej pisarki Anny Maríi Matute "Pierwsze

wspomnienie" (Cyranka 2026; przełożyła Ewa Zaleska) postanowiłam sięgnąć z dwóch powodów. Pierwszym był szum, jaki się wokół niej wytworzył, achy i ochy, że to arcydzieło. Ale oczywiście nie to przeważyło. Ostatecznym impulsem był temat - opowieść o dzieciństwie w czasach hiszpańskiej wojny domowej. Z niewiadomych dla mnie powodów ta tematyka żywo mnie interesuje. Może wzięło się to od Hemnigwaya, a może wciąż nurtującego mnie zdumienia, jak to się dzieje, że ludzie mieszkający obok siebie nagle w tak okrutny sposób skaczą sobie do gardeł.

Anna María Matute jest w Polsce dotąd niezbyt rozpoznana, chociaż ze zdumieniem stwierdziłam, że "Pierwsze wspomnienie" to wcale nie jej pierwsza książka wydana w naszym kraju. Natomiast w światowym obiegu literackim uznawana jest za jedną z najwybitniejszych pisarek europejskich XX wieku, mistrzynię prozy psychologicznej. Pisała także dla dzieci, ilustrowała te książki, była wykładowczynią na amerykańskich uniwersytetach, krytyczką literacką, laureatką wielu znaczących nagród. 

"Pierwsze wspomnienie" to pierwsza część trylogii i mam wielką nadzieję, że Cyranka będzie kontynuowała ten cykl. Gdyby Annę Maríę Matute wydawały chłopaki z ArtRage'u, miałabym pewność, że tak się stanie, bo oni nie porzucają swoich autorek i autorów, nawet jeśli te książki kupuje skandalicznie mało osób. Tu dygresja. Zwykle na koniec roku podają dane sprzedażowe, co bardzo podnosi moje ego, bo zawsze jestem wśród tych nielicznych, którzy kupili i przeczytali przynajmniej kilka spośród wydanych przez nich tytułów. A jednocześnie nie mogę wyjść ze zdumienia, że takie dobre książki kupiło tak niewiele osób. Koniec dygresji, czas przejść do meritum.

Skoro bardzo bym sobie życzyła, aby Cyranka wydała dwie kolejne książki z cyklu, to zapewne dla czytających te refleksje jest już jasne, jaką mam  opinię o "Pierwszym wspomnieniu". Tak, tak, zgadzam się z tymi, którzy uważają, że to rzecz niezwykła i warta lektury. Przyznam jednak, że nie od razu podzielałam ten zachwyt. Nie było mi łatwo wejść w tę książkę. Raz, że to proza gęsta, prawie bez dialogów, pełna wysublimowanych opisów przyrody, w dodatku narracja przerywana jest fragmentami w nawiasach stanowiącymi komentarz. Czyj? Może dorosłej narratorki, ale nie do końca jest to dla mnie jasne. Dwa, że kiedy ją zaczęłam, byłam dość zajęta, więc czytałam z doskoku. Tu pół godziny, tam najwyżej godzina. Dopiero kiedy wreszcie dzięki długiemu weekendowi czasu miałam w bród, połknęłam ją w ciągu jednego dnia. I dopiero wtedy doceniłam jej wielkość, wkręciłam się bardzo, mimo że nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Stąd moja rada - jeśli ktoś zamierza sięgnąć po "Pierwsze wspomnienie", do czego gorąco namawiam, to warto to zrobić, kiedy można się tej książce oddać w pełni, a nie wydzielać ją sobie drobnymi kawałeczkami niczym lek na receptę.

Cóż to za historia? Są to wspomnienia czasu, który czternastoletnia Matia, narratorka, spędzała w ponurym domu swojej oschłej, nieprzystępnej babki na jednej z hiszpańskich wysp. W książce jej nazwa nie pada, ale z info wydawcy dowiadujemy się, że to Majorka. Wprawdzie nigdy tam nie byłam, ale jednego jestem pewna - ta książkowa wyspa niczym nie przypomina turystycznego raju, jakim stała się dziś. W domu przebywa też dwa lata starszy kuzyn, Borja, jego matka, korepetytor i służba. Matka Matii od lat nie żyje, ona wychowywała się w rodzinnym domu ojca pod opieką jego starej niani. Po wyrzuceniu z kościelnej szkoły trafia do  babki. Wybuch wojny domowej sprawia, że razem z kuzynem utkwili tu na jakiś czas. Zanim znajdzie się im szkoły, są pod opieką korepetytora, niedoszłego księdza, syna służącej.

Ciotka Emilia i Borja nie mogli wrócić na półwysep, a wuj Alvaro, który miał stopień pułkownika, był na froncie. Niczym zwabieni do dziwacznej zasadzki, Borja i ja zrozumieliśmy zaskoczeni, że musimy pozostać na wyspie nie wiedzieć jak długo. Szkoła odpłynęła w dal, a w otaczającej nas atmosferze - u babki, ciotki Emilii, proboszcza, lekarza - wyczuwało się jakąś ekscytację, która nadawała monotonnemu życiu dorosłych smak anormalności. 

Ojciec Borji bije się gdzieś na froncie po tej właściwej, czyli frankistowskiej stronie. Używam tu przymiotnika właściwej w sensie ironicznym, ale dla otoczenia, w jakim przebywa główna bohaterka, to wcale nie ironia. Tymczasem ojciec Matii stoi po przeciwnej stronie barykady, czemu czasem w nienawistny sposób daje wyraz babka. Nie bardzo wiadomo, co się z nim dzieje. Czy walczy, a może siedzi w więzieniu?

W atlasie śledziłam także przebieg wojny wuja Alvara, położenie zdobytych miast ("Upadło, upadło". "Te Deum..."). Wojny, która zgubiła, pogrążyła mojego ojca i jego niesłuszne przekonania. Wojny, która tam na mapie, na niezdobytych jeszcze obszarach, pochłonęła go jak mokradła. I co z niego zostało?

Wojna domowa jest w tej książce tylko dalekim echem, tłem zaledwie. Na wyspie nie toczą się walki, a i dzieci chroni się przed okrutnymi wiadomościami o tym, co dzieje się na froncie. Ale świat, w którym obracają się Matia i Borja, też jest okrutny. Zostawieni sami sobie mają dużo swobody. Palą, piją, Borja podkrada pieniądze babce i matce. W chłopackim świecie, do którego Matia raz jest dopuszczana, a raz jest z niego wykluczana, są dwie zwalczające się bandy. W jednej są chłopcy z dobrych domów, w drugiej z tych gorszych, niezamożnych. Ich członkowie potrafią być wobec siebie okrutni. Ale bywa, że zawierają rozejmy. Borja jest hersztem, autorytetem. Potrafi być bardzo bezwzględny, kiedy z powodu zazdrości chce się na kimś zemścić. I nie będzie to już zwyczajna chłopacka zemsta, ale zemsta mająca poważne konsekwencje. Coś, co w okrutny sposób zaważy na życiu jednego z bohaterów. Do swojej intrygi wciągnie Matię, czyniąc ją współwinną tego, co się stanie, bo ze strachu, zmanipulowana przez starszego kuzyna, nie będzie potrafiła ująć się za skrzywdzonym, chociaż był dla niej kimś ważnym.

To bardzo mroczny świat. I chociaż wydarzenia rozgrywają się w większej części latem, to czytając, miałam wrażenie, jakby wyspę spowijał mrok albo przynajmniej warstwa ciężkich, ołowianych chmur wiszących nisko nad ziemią.

Matia i Borja są bardzo samotni. Przeżywają  swoje rozterki i problemy w pojedynkę. Czasem dopuszczają do nich siebie nawzajem. Coś ich łączy, ale wiele ich dzieli. Już nie dzieci, jeszcze nie dorośli i dorosnąć bardzo nie chcą. Szczególnie Matia, bo to jej perspektywę poznajemy. Boją się świata dorosłych, który jest jeszcze okrutniejszy niż ich świat. Stąd powracający motyw baśni, a szczególnie Piotrusia Pana, Nibylandii, Kaja i Gerdy. 

Wydawało mi się, że mówi prawdę, że jest bardzo samotny, podobnie jak ja, i że gdyby nie ta nasza samotność, to, kto wie, może nigdy nie zostalibyśmy przyjaciółmi.

Byliśmy tacy bezbronni, tacy zależni, a przecież zarazem tak dalecy od nich wszystkich: od portretu wuja Alvara, braci Taronji, od mojego ojca, Antonii, Mandaryna ... Jakże obcy byli dorośli, ta dziwna rasa mężczyzn i kobiet. Jacy obcy i absurdalni byliśmy my. Jak bardzo poza światem, a nawet poza czasem. Już nie byliśmy dziećmi. Nagle nie wiedzieliśmy, kim jesteśmy.

Nigdy wcześniej nie zauważyłam, że [korepetytor] był tylko chłopcem, niewiele od nas starszym, uwikłanym po uszy w nieczyste sprawy mężczyzn i kobiet; zanurzonym po szyję w świecie, w tej studni, do której wszyscy już się ześlizgiwaliśmy.

... jakbym chciała krzyknąć: "Nie, nie, zatrzymajcie mnie, nie wiedziałam, dokąd biegnę, nie chcę dowiedzieć się niczego więcej". (Ale już przeskoczyłam mur i zostawiłam za sobą Kaja i Gerdę w ogrodzie na dachu).

A jednocześnie pojawiają się też pierwsze, dobre, oznaki dorosłości - współczucie, zrozumienie i empatia dla drugiego człowieka.

I patrząc na stojącego obok Mandaryna, pierwszy raz poczułam współczucie jak dorosła osoba, zapragnęłam podać mu rękę i powiedzieć: "Nie przejmuj się nimi, to tylko głupie dzieci. Wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią". A równocześnie wstydziłam się tego pierwszego uczucia dorosłej osoby i czułam strach, i żałowałam samej siebie, swoich słów i litości.

Jest w tej książce jeszcze coś, na co warto zwrócić uwagę, a co może umknąć, bo nie wybija się na pierwszy plan. To zupełnie inne traktowanie dziewczyny niż chłopaka w tym tradycyjnym świecie. W tych nielicznych chwilach, kiedy babka przypomina sobie o Matii, daje wyraz takim poglądom.

Podczas pierwszych wakacji wzięli mnie ze sobą tylko raz, a i wtedy musiałam na noc wracać do domu. Babka mówiła, że jestem już zbyt duża, żeby samotnie chodzić z nimi do Gaju Pomarańczowego i spędzić trzy noce poza domem. (...) Kiedy wyprawiali się do gaju Pomarańczowego, dwa razy towarzyszyłam im aż do portu i dopiero tam się rozstawaliśmy, a babka nie miała o niczym pojęcia. Potem wracałam do domu Leontiną, nienawidząc tego, że jestem kobietą.

W tamtych czasach jedną z najbardziej upokarzających rzeczy było, pamiętam, stałe zamartwianie się babki o mój wygląd. O rzekomą przyszłą urodę, którą powinnam zyskać za wszelką cenę.

- To jedyne, co przydaje się kobiecie, jeżeli nie ma pieniędzy.

Uroda zatem była jedynym dobrem, na jakie mogłam liczyć w życiu. Jednakże była ona jeszcze cokolwiek nieobecna i odległa, a mój wygląd w przekonaniu babki pozostawiał wiele do życzenia,.

Matia zdecydowanie nie darzy babki sympatią, co znajduje wyraz w sposobie jej opisywania.

Okna dzierżawców płonęły światłem, na pewno babka szpiegowała je z saloniku przez teatralną lornetkę. Poczułam głuchą irytację. Siedzi tam pewnie jak brzuchaty, poobtłukiwany bóg, jak wielka żarłoczna lalka, pociągając za sznurki swoich marionetek. (...) Jej oczy niczym długie macki, wchodziły do tych domów, oblizywały je, zamiatały w pokojach pod łóżkami i stołami. To były lustrujące oczy, unosiły białe dachy i chłostały: prywatność, sen, zmęczenie.

Rozparta w fotelu babka przeżuwała jedną ze swoich niezliczonych pastylek. Dekolt sukienki okalał fałdy i zmarszczki wokół gardła przepasanego aksamitną tasiemką. Na szyi powyżej tasiemki również tworzyły się fałdy i zmarszczki, aż do podbródka. Jakby ktoś ją wypchał, a na szyi zacisnął węzeł: z jednej strony głowa, z drugiej ciało, jak dwa worki, każdy z innej materii.

Już z tych kilku cytatów można się zorientować, jak gęsta jest to proza i w jak niezwykły sposób została napisana. Na koniec chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedną cechę tej książki. Ogromną rolę odgrywa w świecie Matii przyroda, a opisując ją, wyraża swoje uczucia. Na dowód ostatni już cytat.

Nienawiść przebijała się przez ciszę jak słońce, jak podbiegnięte ropą i krwawiące oko przez morską mgłę. Tam, na wyspie, słońce zawsze wydawało mi się złowieszcze, polerowało kamienne płyty na placu, sprawiało, że błyszczały i robiły się śliskie jak kości, jak złośliwa i dziwna kość słoniowa.

Znakomita, chociaż wymagająca uważnej lektury książka. Ale naprawdę warto się w nią wgryźć, wejść w ten mroczny, niepokojący świat już nie dzieci, jeszcze nie dorosłych. Docenić urodę języka.

Bernard Gromek "Revolterium"

Z braku czasu na wszystkie książki, które chciałabym przeczytać,

rzadko sięgam po literaturę gatunkową. Musi być do tego jakiś bardzo ważny powód - poruszany temat, tło społeczne, miasto, w którym toczy się akcja. Jednym słowem taka powieść ma mi dać odrobinę więcej niż tylko czystą rozrywkę. I to właśnie z tych powodów zdecydowałam się przeczytać "Revolterium" Bernarda Gromka (Znak Literanova 2026).

Ta powieść to dość późny debiut, jej autor dotąd z literaturą miał niewiele wspólnego, pisał teksty dla zespołu tworzącego krakowską alternatywną scenę muzyczną, w którym występuje po godzinach, bo na co dzień po prostu pracuje. O książce zrobiło się głośno, wysłuchałam dwóch rozmów z pisarzem, ale oczywiście nie to mnie zachęciło. Przecież nie sięgam po każdy tytuł, który wypada z przysłowiowej lodówki. Otóż magnesem okazał się Kraków, w którym rozgrywa się akcja powieści, i wydarzenia historyczne, wokół których osnuta jest intryga. Bernard Gromek wędruje do połowy XIX wieku i opowiada o kilku tygodniach roku 1848, kiedy to w Europie wybuchają rewolty zwane Wiosną Ludów. Liczne retrospekcje sięgają dwa lata wstecz do powstania krakowskiego i rabacji galicyjskiej. O powstaniu i rabacji oczywiście wiedziałam, natomiast o tym, że cokolwiek działo się w Krakowie w roku 1848 nie miałam pojęcia. 

Muszę przyznać, że początkowo zastanawiałam się, czy nie odłożyć książki. Wydawało mi się, że nie przebrnę przez nagromadzenie brutalności i dosadny język, jakim posługują się bohaterowie. Popularnego i dziś przekleństwa skierowanego do osobnika płci męskiej, oczywiście w wersji z epoki, a więc rozdzielonego na dwa osobne wyrazy i bez głoski s na początku, używają  tu jak przecinka wszyscy mężczyźni niezależnie od stanu. Zastanawiam się nawet, czy to wówczas było rzeczywiście przekleństwo. Że powieść nie będzie grzeczna, wiedziałam, bo promując ją, pisano i mówiono o tym, że Kraków jest tu brudny i śmierdzący. Stopniowo przyzwyczaiłam się jednak i do brutalności, i do niepięknego języka, jakim posługują się bohaterowie, a ponieważ dość szybko wciągnęła mnie sensacyjna historia i chciałam wiedzieć, co dalej, więc nie porzuciłam "Revolterium", tylko z wielką przyjemnością, nie bacząc na ciężar egzemplarza wypożyczonego z biblioteki, pochłaniałam kolejne rozdziały.

Akcja powieści zaczyna się wczesną wiosną, kiedy główny bohater, Maks Krom, w grupie wielu innych politycznych opuszcza krakowskie więzienie, w którym spędził dwa lata po klęsce powstania krakowskiego. Uwolnionych witają tłumy, wszak to bohaterowie, miasto w obliczu tego, co dzieje się w Europie, jest zrewoltowane, a atmosfera gorąca. Jednak Maks nie ma ochoty na politykę, nie chce się już w nic angażować, pragnie zająć się własnym szczęściem. Najchętniej wyjechałby za ocean, gdzie, jak słyszał, można za bezcen kupić kawałek ziemi i zacząć nowe życie. Ale do tego potrzebne są pieniądze. Na szczęście on wie, jak je zdobyć. Musi tylko odnaleźć w okolicach Gdowa, gdzie rozegrała się tragiczna bitwa powstania krakowskiego, której wspomnienia wciąż do niego wracają, zakopaną w ogrodzie dworu państwa Chłapowskich  skrzynię z pieniędzmi podarowaną krakowskim powstańcom przez górników z Wieliczki. Jak się dowiedziałam z rozmów z autorem, rzeczywiście taka skrzynia, zwana salinarną, istniała. Tymczasem na te pieniądze ostrzy sobie zęby nie tylko Maks. Chce je zdobyć jego przyjaciel z czasów paryskich i powstania krakowskiego, wydziedziczony hrabia Hipolit Zdański. Pieniądze potrzebne są mu na stworzenie partii popierającej idee Marksa, którymi się zafascynował. Chcą je też zdobyć ci, którzy mają przedostać się na zrewoltowane Węgry, aby wspomóc tamtejszą rewolucję. No i wreszcie szuka ich przybyły z Paryża przedstawiciel świeżo utworzonego Komitetu Narodowego żądającego swobód obywatelskich dla mieszkańców miasta. 

I właśnie wokół  odnalezienia salinarnej skrzyni zbudowana jest akcja powieści. Maks i Hipolit działają razem, wplątując się w niezłą awanturę. Czyhają na nich liczne niebezpieczeństwa, miejscowa policja, ci, którzy chcą zdobyć pieniądze i zwyczajne zbiry. Nie wiadomo, komu można zaufać, a kto wróg. Bywa, że i siebie nawzajem podejrzewają o nielojalność. Wydarzenia gnają, zwrot akcji goni zwrot akcji, przeszkód po drodze mnóstwo. Wiadomo, że ktoś z tej zawieruchy ocaleje, ale ktoś pewnie zginie, bo trup ściele się tu gęsto. Życie ludzkie niewiele jest warte w tak zrewoltowanym świecie, a bohaterowie nie są szlachetnymi postaciami.

Rzeczywiście Bernard Gromek odziera tamten świat i tamtych bohaterów z romantycznej niewinności. Bliżej mu zdecydowanie do Gombrowicza niż do Sienkiewicza. Obie rewolty, i ta z roku 1846, i ta z 1848, a już szczególnie rabacja galicyjska, są brutalne. Nie wszyscy kierują się wzniosłymi ideałami. Często za gębą pełną patriotycznych i demokratycznych frazesów kryje się cynizm. Do tego dochodzi nieudolność, niczym nieuzasadniony hurraoptymizm, wszak wiadomo, ja z synowcem na czele i jakoś to będzie

Co jeszcze sprawiło, że z czystym sumieniem mogę polecić tę powieść jako coś więcej niż tylko świetną rozrywkę? Dla mnie jest to obraz Krakowa z połowy XIX stulecia, mojego miasta. Z ogromną przyjemnością czytałam o miejscach, które dziś stanowią ścisłe centrum, a wtedy były jakimiś okropnymi, śmierdzącymi przedmieściami, pełnymi błota, bagien, szuwarów porastających nieistniejące już drugie koryto Wisły (dziś w tym miejscu pomiędzy starym miastem a Kazimierzem jest dwupasmowa ulica z pasem plant pośrodku). W zdumienie wprawiła mnie informacja o tym, że znajdujący się w centrum miasta Plac na Groblach, gdzie mieści się najstarsze krakowskie liceum, w tamtym czasie był zakazanym, bagnistym miejscem. Skądś się w końcu ta nazwa musiała wziąć. Być może karczma, gdzie załatwiano ciemne interesy, jest wytworem wyobraźni autora, ale podmokły, odludny teren już nie. Z przyjemnością sprawdzałam w sieci nazwy nieistniejących już dziś parków i ogrodów, w których spotykają się bohaterowie.

Oczywiście bardzo interesujące było tło historyczne. O bitwie pod Gdowem nie miałam pojęcia, albo nigdy się o niej nie uczyłam, albo zapomniałam, ale szczególnie ciekawy był dla mnie obraz zrewoltowanego Krakowa z okresu Wiosny Ludów. Z lekcji historii pamiętam tylko, że coś się działo w tamtym okresie w zaborze pruskim, ale w Krakowie? Tymczasem w mieście wrzało, powstał Komitet Narodowy, a wreszcie doszło do zamieszek i starcia z demonstrantami. Na ulicach pojawiły się barykady, a wszystko skończyło się  bombardowaniem z armat znajdujących się na wzgórzu wawelskim. Było wielu zabitych, a ich pogrzeb przerodził się w milczącą demonstrację patriotyczną. W skali wydarzeń europejskich to nieznaczący epizod, ale inaczej wyglądał z perspektywy mieszkanek i mieszkańców Krakowa.

Chociaż głównymi bohaterami są mężczyźni i sama powieść należy raczej do kategorii chłopackich, to jednak chwali się autorowi, że pojawiają się na jej kartach silne, znaczące kobiety. Dwie z nich odgrywają dużą rolę w powieści, szczególnie jedna jest bardzo sprawcza, tajemnicza i ... niebezpieczna, druga choć pozornie może się wydawać taką trochę sienkiewiczowską bohaterką, a więc kwiatkiem do kożucha męskiego bohatera, w rzeczywistości taka nie jest. No i trzecia, bardziej epizodyczna, ubiera się po męsku, pali cygara, wydaje rozkazy, strzela z broni palnej, okazuje się silniejsza w starciu z facetem, no i śmiało sobie poczyna w sferze erotycznej. Może to wykalkulowane, pewnie dziś już nie bardzo wypada pisać inaczej, ale jest.

Jeśli do czegoś miałabym się przyczepić, to do stereotypowego pokazania dwóch głównych bohaterów. To, jacy są pokręceni, ma oczywiście swoje źródła w traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, które są wątpliwą zasługą patriarchalnej męskości. No ale to przecież powieść gatunkowa, więc pewien schematyzm jest koniecznością.

Naprawdę warto sięgnąć po "Revolterium" Bernarda Gromka. Świetnie się czyta, no i jest czymś więcej niż tylko bardzo dobrym czytadłem. Na wszelki wypadek jeszcze raz ostrzegam - to brutalny świat, sporo tu scen przemocy i plugawego języka.

PS. Miała być krótka notka połączona z drugą poświęconą "Gołoborzu" Macieja Siembiedy, które już wkrótce zacznę czytać. Tymczasem wyszło całkiem sporo, i to po kilku dniach od odłożenia książki, więc o "Gołoborzu" będzie osobno. 

Sharon Rotbard "Białe miasto, czarne miasto. Architektura i wojna w Tel Awiwie i Jafie"

"Białe miasto, czarne miasto. Architektura i wojna w Tel Awiwie i w

Jafie" Sharona Rotbarda (Filtry 2022; przełożyła Katarzyna Makaruk) to kolejna książka o konflikcie izraelsko-palestyńskim, po którą sięgnęłam. I na pewno nieostatnia, bo mam ich jeszcze kilka, a temat interesował mnie od dawna. Niestety wciąż tylko zyskuje na aktualności. Ta przeleżała trochę w moim czytniku, a i kupiłam ją nie od razu po premierze. 

Najpierw kilka słów o autorze, co rzuci też światło na to, czym jest ta pozycja. Sharon Rotbard to architekt, aktywista, autor publikacji, laureat nagród architektonicznych, wykładowca akademicki i współwłaściciel oraz redaktor wydawnictwa, w którym ukazują się książki nie tylko z dziedziny architektury. Mieszka w Jafie. Na treści tej książki odbił się jego zawód i aktywizm.

Bo "Białe miasto, czarne miasto" to opowieść o Tel Awiwie i Jafie, niegdyś dwóch odrębnych miastach, dziś tworzących jeden organizm. Opowieść o ich architekturze, historii i oczywiście polityce, czyli konflikcie izraelsko-palestyńskim, który położył się cieniem na Jafie, a właściwie doprowadził do jej unicestwienia, ale o tym za chwilę.

Zacznę od objaśnienia tytułu - czym jest białe miasto, a czym czarne? Otóż białe miasto to modernistyczny, europejski Tel Awiw, przynajmniej tak chcą go widzieć jego żydowscy, pochodzący z Europy, mieszkańcy, a czarne to oczywiście arabska, niegdyś, Jafa. Biel i czerń widać doskonale na zdjęciach lotniczych pochodzących z różnych okresów, które można znaleźć w środku wraz z komentarzem autora.  Książka składa się z trzech części. Pierwsza poświęcona jest białemu miastu, druga czarnemu, a trzecia stanowi podsumowanie dociekań.  

W części pierwszej Sharon Rotbard udowadnia, że opowieść o białym, modernistycznym, bauhausowskim mieście to mit. Mit narodzony dzięki architektonicznej wystawie z roku 1984, a przyklepany wpisaniem modernistycznych dzielnic Tel Awiwu na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kiedy przed laty byłam w Izraelu, oczywiście wybrałam się na wycieczkę z przewodniczką po telawiwskim Bauhausie. Na czym opiera się ten mit? Przede wszystkim na tym, że ta część miasta była projektowana przez żydowskich architektów związanych z architektoniczną szkołą Bauhausu, którzy uciekli z III Rzeszy do Izraela, chroniąc się przed prześladowaniem Żydów. Kolejne elementy mitu to biel i budowa na wydmach, co zaowocowało chwytliwym hasłem: ziemia bez ludzi dla ludzi bez ziemi, a także opowieścią o tym, że ciężko pracujący Żydzi sprawili, że pustynia zakwitła. Tymczasem autor pokazuje, że miasto powstające w latach 20. i 30. zeszłego wieku ani nie jest jednolite, ani całkowicie białe, a tylko nieliczni jego twórcy rzeczywiście identyfikowali się  z wypracowanym przez Bauhaus stylem. Nie było to też budownictwo społeczne, a komercyjne, co sprzeczne jest z ideą niemieckiej szkoły. Miasto nie powstało też na wydmach, a w miejscu jafskich sadów i ogrodów, a stanowiące je działki nie zawsze były najtańsze. Tylko część zakupionego terenu to wydmy, ażeby budować, po prostu je zniwelowano. Więc jeśli już, to miasto powstawało nie na nich, a w ich miejscu.

Sharon Rotbard pisze o tym, czemu służą te mity, w które mieszkańcy Tel Awiwu tak chętnie wierzą, mało tego, sprzedają je światu. Otóż po pierwsze podnosi to ich ego - dzięki mitowi Bauhausu Tel Awiw dołącza do rodziny miast europejskich, a nawet światowych, takich jak Berlin czy Londyn. Białe miasto staje się symbolem europejskości, sprawia, że Tel Awiw wychodzi z cienia arabskiej Jafy szczycącej się czterema tysiącami lat historii i zyskuje własne stare miasto historyczne centrum. Ma to swoje dalsze konsekwencje - najważniejsze stają się korzenie środkowoeuropejskie, a inne, na przykład te z krajów Maghrebu czy z Etiopii, a nawet ze Wschodniej Europy, są ignorowane, aszkenazyjczycy uważają się za lepszych i ważniejszych od sefardyjczyków. W architekturze szlachetne staje się tylko to, co białe, pogardza się stylem orientalnym, wschodnioeuropejskim czy eklektycznym. Określenie, że coś jest skrzyżowaniem Berdyczowa z Bagdadem to obelga. Jednym słowem architektura stanowi pole walki ideologicznej. Nie po raz pierwszy w historii. Z kolei mit budowy Tel Awiwu na wydmach ma dać miastu alibi jego niewinności - niczego nikomu nie zabrano, nikogo nie wypędzono, po prostu kupiono za bezcen puste, nikomu niepotrzebne tereny i zrobiono coś z niczego. Ten mit ma za nic wcześniejszych mieszkańców i sąsiedzkie relacje.

W tym miejscu koniecznie muszę wspomnieć, że dla kogoś, kto nie interesuje się architekturą, niektóre fragmenty pierwszej części mogą być nieciekawe czy wręcz nudne. Dlatego, mimo że część druga w znacznie większym stopniu skupia się na historii i na konflikcie żydowsko-palestyńskim, na pewno nie będzie to książka dla każdego interesującego się tym problemem. Skupienie na architekturze może okazać się barierą. 

Jak już wspomniałam, w drugiej części książki autor skupia się na tym, jak Tel Awiw pożarł Jafę, przyczynił się do jej materialnego i kulturowego unicestwienia, wymazał jej arabskie i wielokulturowe dziedzictwo, czyniąc z jej najstarszej części turystyczną wydmuszkę i degradując jej inne dzielnice oraz ich mieszkańców. Z mojej izraelskiej podróży pamiętam rozczarowanie Jafą, która wydała mi się sprowadzona do jednego placu i kilku uliczek, pustych, bez życia. Po przeczytaniu tej książki, zrozumiałam dlaczego. 

A przecież w XIX wieku Jafa przeżywała ekonomiczny boom dzięki eksportowi owoców, a przede wszystkim pomarańcz. Dziś znajdująca się na nich nalepka Jaffa  wcale nie oznacza, że pochodzą one stąd, bo po pierwsze od dawna nie ma już tych sadów i upraw, a po drugie marka została przed laty sprzedana przez  izraelski koncern międzynarodowemu. Paradoksalnie tamten dziewiętnastowieczny sukces miał stać się w przyszłości przyczyną klęski miasta, bo ściągali do niego żydowscy emigranci z Afryki Północnej. Stopniowo zaczęli budować nowe dzielnice, które potem wyewoluowały w Tel Awiw. Jak pisze autor - Tel Awiw nie zrodził się z wydm, ale z Jafy, którą stopniowo zaczął okrążać, odcinając jej kontakt z wiejskim zapleczem, szlakami handlowymi, terenami w głębi lądu, aż ją zadusił. Sytuacja pogorszyła się jeszcze w wyniku budowy żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu. Do jej upadku przyczynił się też krach ekonomiczny spowodowany przez obie wojny światowe, bo już w latach dwudziestych zeszłego wieku palestyńscy rolnicy w wyniku sytuacji ekonomicznej zaczęli sprzedawać sady żydowskim pośrednikom. Swoje dodali oczywiście Brytyjczycy, którzy po upadku imperium osmańskiego zaczęli sprawować tu rządy mandatowe. Sprzyjali Żydom, modernizowali kraj, wyburzyli historyczne centrum Jafy. Im bardziej rozbudowywał się Tel Awiw, tym bardziej karlała jego stara, zacna sąsiadka. Ostateczny cios zadało miastu zdobycie go w 1948 roku przez Żydów na dwa dni przed proklamacją Izraela.

Klęska Jafy oznaczała jej całkowite unicestwienie - zniknęli ludzie, wymazano ich dziedzictwo, kulturę, gospodarkę, domy. Miasto systematycznie niszczono, degradowano, chaotycznie przebudowywano, zmieniano nazwy ulic, zacierając pamięć o jego arabskiej przeszłości. Kiedy wysadzono ratusz i rabowano domy, zniknęły dokumenty i całe piśmiennictwo. Osiedlano tam Żydów przybyłych z Bałkanów i Afryki Północnej, którzy nie mieli pojęcia o przeszłości tego miejsca. Potem przyczepiono Jafie łatkę siedliska zepsucia i dzielnicy nędzy. Dlatego w latach 60. zeszłego wieku wysiedlono tych palestyńskich mieszkańców, którzy tam jeszcze zostali, a na ich miejsce sprowadzono artystów, czyniąc z miasta artystyczną i turystyczną wydmuszkę. Podobnie postępowano z innymi miejscowościami, na przykład z Safedem.

Trudno czytać część drugą tej książki bez emocji. Kolejny żydowski autor obala izraelskie mity. Umieszcza też to, co stało się między Tel Awiwem a Jafą, na szerszym tle. Pisze o tym, że biała architektura tworzona w różnych zakątkach świata przez białych dla białych to przejaw kolonializmu. Nie inaczej było tu.

Na pewno nie jest to książka dla wszystkich, ale jeśli ktoś przynajmniej odrobinę interesuje się architekturą, to zdecydowanie polecam. A dla szerszej publiczności jest inna pozycja Filtrów - zbiór opowiadań "Adżami. Opowieści z Jafy" Jossiego Granowskiego. Naprawdę świetny.

Popularne posty