Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystopia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystopia. Pokaż wszystkie posty

Alena Mornštajnova "Listopad"

O książce Aleny Mornštajnovej "Listopad" (Amaltea 2023;

przełożyła Anna Radwan-Żbikowska) usłyszałam, kiedy znalazła się w gronie nominowanych do Angelusa, mojej ulubionej nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej. Do finału ostatecznie nie trafiła, ale wyłuskanie tytułu z setek innych daje mu jakąś rozpoznawalność, ktoś o nim usłyszy. To kolejna pozycja tej popularnej czeskiej pisarki wydana przez Amalteę. Poprzednich nie znam, czy sięgnę, nie wiem.

Gdybym dokładniej przeczytała informację o tej książce, być może bym się nią nie zainteresowała. Dlaczego? Bo "Listopad" to political fiction i dystopia w jednym, a ja za tymi gatunkami nie przepadam. Lektury jednak nie żałuję, czasem warto przełamać swoje przyzwyczajenia, co nie znaczy, że jestem zachwycona. Ale od początku.

"Listopad" to opowieść o tym, co by się mogło stać, gdyby wydarzenia roku 1989 potoczyły się inaczej. Co by było, gdyby Gorbaczow został odsunięty od władzy, a na jego miejscu pojawił się przeciwnik zmian? 

Listopad 1989 roku, w Polsce odbyły się częściowo wolne wybory, jest już rząd Mazowieckiego, zmiany dokonują się na Węgrzech, właśnie runął mur berliński, a w Pradze zaczynają się demonstracje studentów. Nie dochodzi jednak do aksamitnej rewolucji, bo manifestacja zostaje krwawo stłumiona. W odpowiedzi na to ludzie wychodzą na ulice miast i miasteczek. Wśród nich jest młode małżeństwo, Maja i Joska. Dotąd nie zajmowali się polityką, ale teraz coś się w nich przełamało, dlatego odrywają się od remontu mieszkania i wychodzą na rynek swojego miasteczka, dołączając do takich jak oni. Maja, zachęcona przez nieznajomego mężczyznę, zabierze nawet głos, będzie domagać się wolnych wyborów. Bo skoro udało się w Polsce, na Węgrzech i w NRD, to dlaczego w Czechosłowacji ma się nie udać? W tej wizji nie uda się nigdzie, bo w nocy 27 listopada 1989 w całym bloku wschodnim wojsko przejmuje władzę. Zaczynają się aresztowania, masowe egzekucje, a dzieci aresztowanych albo znikniętych (to pojęcie rodem z Ameryki Łacińskiej bardzo tu pasuje) trafiają do domów dziecka albo do specjalnych ośrodków, w których będą formowane na nowych obywateli wiernych socjalistycznej ojczyźnie.

To bardzo przygnębiająca powieść. Wizja tej wyobrażonej przyszłości jest przerażająca, bliższa tego, co dzieje się w Korei Północnej niż tego, jak wyglądała rzeczywistość w takich krajach jak Węgry w 1956 roku czy Czechosłowacja w roku 1968, kiedy to Związek Radziecki interweniował, aby stłumić wolnościowe przemiany. Autorka zebrała w jedno wiele nieprawości, jakich dopuszczały się i dopuszczają wojskowe junty, autorytarne reżimy i rozmaitej maści tyrani. To świat otoczony murem, świat, w którym społeczeństwo podzielone jest na kategorie, a przynależność do każdej z nich poświadcza odpowiedniego koloru pieczątka wbita do dowodu osobistego. Najniżej w hierarchii stoją oczywiście ludzie podejrzani, byli więźniowie polityczni i inni nieprawomyślni. Najwyżej partyjni funkcjonariusze, a wśród nich wierni i oddani wychowankowie tych ośrodków dla dzieci, o których już wspominałam. To świat, gdzie nie można nikomu ufać, bo obowiązkiem obywateli, a właściwie towarzyszy, jest donoszenie. A to nie wszystko - naprawdę wizja jest iście orwellowska. Jedni się dostosowali i wolą milczeć, nie wychodzić z cienia, inni wierzą partii, bo skutecznie wyprano im mózgi, jeszcze inni czerpią profity ze swojej pozycji, więc też wolą stulić uszy po sobie. Poza tym zdają sobie sprawę, że gdyby coś się zmieniło, to oni pierwsi zawisną na przysłowiowych latarniach.

To, co podoba mi się w powieści Aleny  Mornštajnovej, to znakomite oddanie mrocznej, klaustrofobicznej atmosfery. Razem z bohaterkami i bohaterami przebywamy w murach więzienia albo w ośrodku dla dzieci. Nawet jeśli podążymy za nimi do miasta, to i tam nie znajdziemy oddechu ani nadziei. Miasto jest puste, brzydkie, wymarłe, nieliczni przechodnie przemykają po ulicach, po siedemnastej wszystko się zamyka i życie ustaje.  Główne bohaterki i bohaterowie próbują jakoś przetrwać najgorsze,  znaleźć nadzieję w mroku mimo  nieszczęść, jakie ich spotykają. Nie jest to łatwe pocieszenie, ale jakieś jest. Nieraz zastanawiałam się, jaką siłę trzeba było w sobie mieć, aby przeżyć zsyłkę na Sybir, gułag, obóz, stalinowskie więzienie. A jednak zawsze byli tacy, którzy jakoś ocalili siebie, uczepili się czegoś, co pozwoliło im trwać. Podobnie jest w tej powieści. Zastanawiałam się, jakie będzie zakończenie. Szczęśliwe czy przeciwnie. Oczywiście zdradzić nie mogę.

Było jednak coś, co przeszkadzało mi w książce Aleny Mornštajnovej, a co trudno jest mi sprecyzować. Spróbuję. Narrator czy ten trzecioosobowy, czy narratorka pierwszoosobowa, wyjaśniają czytelniczkom i czytelnikom wszystko, za mało przestrzeni zostawiając ich wyobraźni i domyślności. Czułam się trochę tak, jakbym czytała jakiś podręcznik, sprawozdanie albo czytankę. Tak, to słowo kojarzące się z literaturą dla dzieci czy z elementarzem dobrze oddaje  sposób, w jaki ta powieść została napisana. Podobnie skonstruowane są bohaterki, zwłaszcza jedna. Przemiana, jaka w niej zachodzi, dokonuje się za szybko i dlatego jest nie do końca wiarygodna. Zbyt gładko też układają się losy innej bohaterki po wyjściu z więzienia, zbyt łatwo przychodzi jej podejmowanie decyzji. Teraz myślę, że może po prostu powieść ma w sobie materiał na coś obszerniejszego, niby nie jest krótka, prawie trzysta stron, ale szczególnie w drugiej części brakuje jej powietrza. Za mało tu subtelności, za dużo wykładania kawy na ławę. O ile autorka wnikliwie oddaje losy bohaterek w więzieniu i w ośrodku dla dzieci, dokładnie analizuje ich stan ducha, o tyle potem akcja zaczyna przeskakiwać, a ich losy zostają po prostu zrekapitulowane. To oczywiście moje wrażenia, w dodatku niezbyt precyzyjnie oddane. Nie żałuję lektury, ale nie wiem, czy sięgnę po inną powieść autorki. Czy dać jej drugą szansę?

Inga Iwasiów "Późne życie"

Napiszę bez zbędnych wstępów - od najnowszej powieści Ingi

Iwasiów "Późne życie" (Drzazgi 2023) nie mogłam się oderwać, a że miałam nieco więcej czasu niż zwykle, przeczytałam ją w niecałe trzy dni. Jakżeż mi się ta książka podobała! Chociaż znowu słowo podobała nie jest w tym wypadku najodpowiedniejsze, bo znakomicie wykreowany nastrój tej powieści raczej przygnębia. Jest to jednak tak zrobione, tak opowiedziane, że ciągle zadawałam sobie pytanie o dalsze losy bohaterów, o rozwiązanie zagadek umiejętnie wplecionych w akcję opowieści, a wreszcie im bliżej końca, tym bardziej chciałam wiedzieć, w jaki sposób autorka postawi kropkę nad i. Tak jak się spodziewałam, zakończenie jest otwarte. Jednym słowem po nudzie i męce związanej z czytaniem "Czy muszę odchodzić?" Yiyun Li wielka przyjemność, radość i spełnienie. 

Akcja "Późnego życia" rozgrywa się współcześnie po sezonie, który skończył się dość nagle, w nadmorskiej miejscowości zwanej tu Osadą. Po kilku szczegółach, dzięki pomocy niezawodnego internetu, można bez wysiłku odkryć, o którą miejscowość chodzi. Ja sobie z czystej ciekawości wyguglałam, ale zdradzać nie będę. Osada, jeszcze do niedawna, w sezonie ludna miejscowość turystyczna, teraz trwa opustoszała. Zostali nieliczni przyjezdni i miejscowi. Wiemy, że coś się wydarzyło, nie wiemy co i nie ma to większego znaczenia. Wcześniej była pandemia, potem wojna w Ukrainie, a teraz jakaś inna katastrofa. Te niedopowiedzenia sprawiają, że tak jest lepiej i ciekawiej. Niepewność buduje atmosferę zagrożenia. Wygląda to tak, jakby pod wpływem jakichś zdarzeń kto mógł, uciekł z Osady, zostawiając tu wszystko. Ci, którzy wyjechali później, nie dają znaku życia. A niektórzy nagle znikają i też ślad po nich ginie. Co się z nimi stało? Gdzie są w tym niepewnym świecie? Czy zagadka ich milczenia zostanie rozwiązana? Ci, którzy zostali, mają wątły kontakt ze światem, bo internet działa z przerwami, czasem nie ma prądu. Pozostawieni sami sobie próbują się organizować. Co będzie, kiedy skończą się dostawy żywności i leków do miejscowej apteki? O dziwo na razie nie jest tak źle. Nawet śmieci są regularnie wywożone. Ale spokój Osady został zakłócony już wcześniej. Na jej obrzeżach wyrósł moloch, luksusowe H'otelisko dla bogatych. Ono też ma swój odpowiednik w świecie rzeczywistym. Można sprawdzić. Zaprojektowano je tak, aby ci, którzy będą spędzać w nim urlop, nie musieli - a może nawet nie mogli? - wychodzić poza jego obręb. Nawet na plażę. Miejsce iście orwellowskie. Niestety pierwsi goście również wyjechali w popłochu, kiedy nastąpiła katastrofa. Co się tam teraz dzieje? Stoi pusty? Mieszkańcy Osady obserwują spowijającą go łunę światła.

"Późne życie" opowiada o świecie dystopijnym. To taka dystopia, którą mamy na wyciągnięcie ręki. Właściwie może się zdarzyć w każdej chwili. Kolejna pandemia lub wojna, problemy ze źródłami energii, jakieś zawirowania polityczne, katastrofa naturalna i pewnie wiele innych przyczyn. Problemy tego świata nie są tu wydumane. Degradacja krajobrazu, nadmiar przedmiotów, atrofia więzi społecznych, samotność, pustka, źle działające instytucje. No i kłopoty osobiste. Za każdym z bohaterów tej powieści, a jest ich kilkanaścioro, ciągnie się jakaś przeszłość. Rodzinne piekiełko, zawiedzione uczucia, dziedziczone traumy, zaborcze matki, despotyczni ojcowie. Czyta się ich opowieści z zapartym tchem, a jednocześnie ze świadomością, że doskonale znamy podobne historie i z literatury, i z życia. Z jednej strony są przykrojeni do pewnego schematu, z drugiej można ich polubić, związać się z nimi. Pogrążeni w neurozach, stale na prochach nieoczekiwanie dostają od losu szansę. Utknęli w Osadzie w bezczasie, musieli zwolnić, ograniczyć potrzeby, ale okazuje się, że tak można żyć. Spacerują, uciekają w świat wyobraźni - marzenie Swietłany o tym, jak zostanie autorką tak znakomitej powieści, aż wiadoma Noblistka będzie błagała Akademię Noblowską, aby odebrała jej nagrodę i wręczyła nieznanej autorce, jest po prostu pyszne i stanowi jedyny, chyba, zabawny fragment książki - zastanawiają się nad sobą, próbują jakoś się organizować, jedni nawiązują jakieś nowe więzi, inni nadal tkwią w kokonie samotności i czytają, bo nieoczekiwanie w świecie, gdzie może zabraknąć żywności, leków, internetu i prądu, jest w nadmiarze książek i ciuchów. 

Ukrainka Swietłana, o której przed chwilą wspominałam, wydaje się być osobą najlepiej przystosowaną do kryzysów. Jest energiczna, pełna pomysłów, elastyczna, potrafi się dostosować do zmieniającej się sytuacji, nie martwi się na zapas. Innym bohaterem, dającym nadzieję, jest młody mężczyzna, który nieoczekiwanie dla siebie musi zaopiekować się małym chłopcem. Chociaż do niedawna żył inaczej, nową sytuację przyjmuje ze spokojem i potrafi jej sprostać.

Czy jest to powieść optymistyczna, czy pesymistyczna? Można ją odczytać i tak, i tak. Dla mnie jednak więcej tu ciemnych barw. Mimo że bohaterowie próbują się dostosować i to zatrzymanie w czasie nieraz wychodzi im na dobre, a przyroda w opustoszałym świecie zaczyna zagarniać krajobraz, to jednak wisi nad nimi niepewność i niepokój. Jaka będzie ich przyszłość? Czy wrócą do miasta, z którego przybyli? Czy tam jest bezpiecznie? A co z tymi, którzy zniknęli? Jest jeszcze H'otelisko, które niczym jakiś golem, fatum, zapowiedź orwellowskiego świata stoi tuż obok i nie pozwala o sobie zapomnieć. Czy pociechę może przynieść fakt, że to nie pierwsza katastrofa? Że wszędzie kiedyś wydarzyło się coś złego? Na tej plaży również - była świadkiem strasznych wydarzeń w czasie wojny, ale też rodzinnych tragedii w czasach pokoju i beztroski. To tu kilka lat temu na oczach matki utopili się dwaj synowie i ich ojciec. Czy pocieszający jest fakt, że zawsze było niesprawiedliwie? Że kiedy jedni tracili, drudzy zyskiwali? Że kiedy jedni nic nie mają, inni pławią się w nadmiarze i pozbywają się ciuchów, które zalewają planetę? Ale, jak mówi pan Stanisław, kierowca śmieciarki, z którym lubi rozmawiać Swietłana - W przyrodzie nic nie ginie, po klęsce przychodzi zbawienie.

Piotr Siemion "Bella, ciao"

Powieść Piotra Siemiona "Bella, ciao" (Filtry 2022) szła jak burza

przez  światek czytających, a kulminacja następuje teraz - pojawia się w różnych podsumowaniach, których wysyp następuje wraz z kończącym się rokiem. Przyznam, że nie zamierzałam po nią sięgać, bo ani nie znam żadnej z wcześniejszych książek autora (cóż to za argument), ani niespecjalnie interesowała mnie tematyka, a może bardziej gatunek - dystopia, postapo, mniejsza o nazwę, wiadomo, w czym rzecz. Ale jakąż perswazyjną moc może mieć rozmowa z autorem odsłuchana w jednym z podcastów! To nie jest oczywiście tak, że sięgam po każdą książkę, o jakiej opowiada pisarz, ale czasem się zdarza. Tak było w tym wypadku. Nagle poczułam, że chcę tę powieść przeczytać, choćby z czystej ciekawości, czy rzeczywiście taka znakomita.

To awanturnicza historia osadzona w postapokaliptycznym świecie. Świecie nienazwanym dokładnie, przypominającym trochę ten po drugiej wojnie, ale nie jeden do jednego. Są Polacy, są Niemcy, są Rosjanie, są nowe granice, nowe nazwy starych miast, niedokładnie jeszcze wiadomo jakie, są przesiedleńcy, czasem nazywani bieżeńcami, uciekinierzy, jest nowa, ludowa, władza, i są jej przeciwnicy. Jest wreszcie zniszczony, zrujnowany świat. Po lasach błąkają się dzikie niemieckie dzieci, ocaleńcy z zagłady miasteczka, jej jedyni świadkowie. Wojna już się skończyła, ale to nie oznacza końca horroru. Nie wiadomo, komu można zaufać, człowiek człowiekowi wilkiem. Niebezpieczni są rosyjscy żołnierze, zwani tutaj jegrami, którzy wracają na wschód do siebie, grabiąc miasteczka, w których zatrzymuje się wiozący ich pociąg, i oczywiście traktując napotkane kobiety jak wojenny łup. Postój oznacza pohulankę, jak mówi ich dowódca, zachęcając do nieskrępowanej zabawy. Bezwzględni wobec swoich wrogów są przedstawiciele ludowej władzy, którzy jakoś próbują ogarnąć ten apokaliptyczny chaos, ale naprawdę są wobec niego bezradni. Z napotkanymi po drodze przeciwnikami nie patyczkuje się siedmioosobowa drużyna, która przemierza ten świat pod wodzą pułkownika Tyńskiego. Zbieranina, każdy z innej parafii, wśród nich jedna dziewczyna, Spinka. Nie mniej bezwzględna niż oni, a może nawet bardziej. Na rozkaz pułkownika, z którym łączy ją dziwna trochę miłosna, trochę nienawistna, trochę ojcowska relacja, zabija bez skrupułów. Czy przypomina wojowniczkę z komiksu albo gry komputerowej? Może. Przyznam, że słaba jestem w tego typu popkulturowych tropach. Idą na północny zachód, nad morze, gdzie mają jakąś tajemniczą misję do spełnienia. Jaką? Wie tylko pułkownik. Kim są? Partyzantami? Żołnierzami wyklętymi? Na pewno ludźmi, którzy stracili wszystko i nie mają dokąd wracać.

Idzie ich siedmioro, przez kraj bez map, przez bezmiar. Wokół mają bezpański świat - skrwawione prześcieradło ziemi, całun o świcie. Nie królestwo zgody, lecz zdeptane boisko milenium. Nowa ziemia wyłania się przed nimi z niebieskiego oparu (...) Są przemytnikami, co ze starej ziemi unieśli jedynie szelest krwi, spółgłoski pospolitej mowy polskiej, rozwiewane po niebie przedzimia.

Ten cytat nie tylko wprowadza w klimat powieści, wyznacza ramy tego postapokaliptycznego świata, daje także próbkę językowej wirtuozerii autora. Ale jeśli ktoś, kto czyta te słowa, obawia się, że zwiastuje nadęte nudziarstwo, przerost formy nad treścią, to pragnę zapewnić, że jest w błędzie. Bo ten kunsztowny język znakomicie łączy się z trzymającą w napięciu akcją. Bohaterowie mają do wykonania zadanie, muszą przedostać się na wyższy lewel, a za każdym rogiem, a właściwie krzakiem, czyha na nich przeciwnik. Albo oni, albo on. Nieprzypadkowo użyłam tu słowa lewel, bo wędrówka tych siedmiorga zabijaków przypomina akcję komputerowej gry. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo, muszę wyznać, że nigdy nie złapałam bakcyla - nie gram. 

Tu zrobię skok w bok w kierunku znakomitego "Internatu" Serhija Żadana, którego kompozycję również przyrównywano do gry. Skojarzenie powieści  Siemiona z powieścią  Żadana przyszło mi na myśl w czasie pisania. I tu muszę przyznać, że "Internat" to jednak książka o niebo lepsza, po prostu wybitna. Pisana na serio, osadzona w konkretnym czasie i miejscu. Jej bohater, człowiek przeciętny, ceniący święty spokój, rośnie w ciągu tych kilku dni. Zyskuje sprawczość, świadomość, staje się za kogoś odpowiedzialny. A ja mu kibicowałam, tak bardzo nie chciałam, aby zginął! Głęboko, z trzewi współczułam też tym wszystkim ludziom zaskoczonym przez wojnę, zdezorientowanym, zrozpaczonym, których spotyka w czasie swojej wędrówki-misji. Powieść Siemiona nie ma tej powagi, jest przesycona ironią. Chociaż odpowiada mi jej klimat, chociaż nie mogłam się od niej oderwać, to nie potrafiłam na serio przejąć się losami głównych bohaterów, którzy poza pułkownikiem i Spinką przypominają figury w grze.  Jeśli kogoś było mi żal to Naty, tego bezimiennego tłumu zgromadzonego na dworcu kolejowym, szwedzkiego lekarza, chociaż to w gruncie rzeczy niezły drań, dzikiego dziecka z lasu. A tych siedmioro traktowałam tak, jak traktuje się postaci z powieści przygodowej. Chociaż trzeba przyznać, że autor łamie jej schemat, ale w jaki sposób, tego nie mogę zdradzić.

Mimo przygodowej konwencji "Bella, ciao" jest według mnie powieścią pesymistyczną. W tym zniszczonym, ogarniętym chaosem świecie nie ma nadziei, nie ma żadnej stałej, nie ma punktu zaczepienia. Nie wiadomo, co dalej, a może wiadomo - wielkie nic, wieczna płynność i chaos. Nawet jeśli pojawiają się przebłyski nadziei, też nie chcę zdradzać jakie, to i tak raczej nic z tego. Gdzieś za morzem jest wprawdzie nietknięty wojną świat, ale pilnie strzeżony. Nikt tu nie jest jednoznacznie dobry. No może Nata, niemiecka dziewczyna, która w nieoczekiwany sposób dołącza do tych siedmiorga. Trzeba jednak przyznać, że bywa też odwrotnie - ci źli noszą w sobie jakiś zalążek dobra, czasem nawet więcej niż zalążek. To wojna sprawiła, że stali się bezwzględni, niewrażliwi, że gwałcą, kradną, zabijają.

W słowie odautorskim Piotr Siemion wymienia nazwiska pisarzy, którzy go świadomie lub nieświadomie zainspirowali. Lista jest dość spora i godna. Same tuzy. Przyznam, że mnie onieśmieliła, bo nijak nie widzę tych literackich nawiązań i aluzji, no może poza jedną. To rosyjscy żołnierze, jeden kanalia, drugi jednak w głębi duszy porządny człowiek unurzany w bagnie wojny. Trochę jak u Mickiewicza w "Panu Tadeuszu". Czy moje rozpoznanie jest trafne? Czytając powieść, miałam za to inne skojarzenie. Chodzi o stodołę z Jedwabnego. W powieści Siemiona jest scena, która stanowi jej odwrotność. Wprawdzie nie ma stodoły, tylko hala dworcowa, nie ma Żydów, są Niemcy i Polacy, których chcą w akcie zemsty spalić Rosjanie. Aby ich ocalić, na moment zjednoczą się skonfliktowani ze sobą Polacy, odwieczni wrogowie. Jakby autor chciał zmazać tamtą jedwabieńską winę - o ile to dobry trop. Czy im się uda? No i co dalej? Co stanie się z tymi ludźmi, jeśli ich nawet ocalą? Jaka przyszłość ich czeka w tym zrujnowanym świecie?

"Bella, ciao" jest rzeczywiście powieścią bardzo dobrą, która jakoś się  we mnie osadziła, ale czy aż tak znakomitą, jak zewsząd słyszę? Może zgodziłabym się z tym stwierdzeniem, gdybym potrafiła odczytać te wszystkie literackie powinowactwa, które autor w niej zaszył. Ponieważ nie potrafię, to czegoś mi jednak brakuje. Ale polecam.

Filmowe remanenty - "Nowy porządek", "Moje wspaniałe życie"

Jesienią filmów dostatek, więc w ostatnim czasie byłam na dwóch - francusko-meksykańskim "Nowym porządku" Michela Franco i polskim "Moim wspaniałym życiu" Łukasza Grzegorzka. Oba pokazywane na Nowych Horyzontach, ten pierwszy nagrodzony Złotym Lwem na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji, oba bardzo dobre. Ale ostrzegam - oglądanie "Nowego porządku" jest prawie tak traumatyczne jak ostatniego "Wesela" Smarzowskiego

Napisałam prawie, bo reżyser jednak unika scen najbrutalniejszych, pozostawiając je wyobraźni widza, więc zakryłam oczy tylko raz, podczas kiedy na "Weselu" przesiedziałam w ten sposób może nawet jedną czwartą seansu. Mimo tego "Nowy porządek" i tak pokazuje rzeczywistość koszmarną. Opowiada o tym, co może się stać, jeśli różnice klasowe, przepaść pomiędzy najbogatszymi, a średniakami i biedakami nie zostanie chociaż trochę zniwelowana. Ta wizja jest spełnieniem moich najczarniejszych snów - czasem myślę, że kiedyś ci wszyscy wykluczeni, słabo opłacani, pogardzani, i nie chodzi tu wcale o migrantów czy uchodźców, ale pełnoprawnych obywateli swoich krajów, wezmą odwet na nas, sytych, zadowolonych, żyjących w miarę wygodnie. Najbogatszym, wpływowym, tym, którzy odpowiadają za taki porządek świata, pewnie jak zwykle się upiecze. I o tym jest właśnie "Nowy porządek". To dystopia, która opowiada o rewolcie tych niewidzialnych. Rewolcie, która ma tylko jeden cel - zemścić się, zabrać, skorzystać z okazji. To nie rewolucja, która niesie jakiś pozytywny program. Widz od razu wie, że coś się szykuje - zanim zostanie przeniesiony na eleganckie wesele odbywające się w jednym z bogatych domów pięknej dzielnicy, gdzie bawią się biznesmeni i ludzie wpływowi, zobaczy szybki montaż kilku mocnych, przerażających scen, które później obejrzy w całości. Potem przez chwilę jest sielankowo, chociaż i na przyjęcie docierają jakieś niepokojące sygnały - a to ktoś się spóźnił, bo na drodze były zamieszki, a to komuś z gości oblano samochód zieloną farbą. No ale takie historie się zdarzają, do tego bohaterowie opowieści są już przyzwyczajeni, więc bawią się w najlepsze. Do czasu. Rewolta jest jednak tylko wstępem, bo tak naprawdę film opowiada o tym, co potem. A potem jest jak zwykle - najpierw chaos i bezprawie, a później władzę przejmuje wojsko i świat staje się koszmarem, także dla tych, którzy się zbuntowali, a może przede wszystkim dla nich. Chociaż ofiary są po obu stronach, a najbardziej oberwie się tym porządnym, którzy w trudnej sytuacji chcą zachować się po ludzku, po prostu pomóc komuś, kto tego bardzo potrzebuje. Chociaż film szokuje wizją nowego porządku, to należy pamiętać, że twórcy nie wyssali jej z palca. Przewroty wojskowe i następujące po nich prześladowania były w Ameryce Łacińskiej na porządku dziennym. Chile, Argentyna, kraje Ameryki Środkowej. Wystarczy poczytać Artura Domosławskiego "Gorączkę latynoamerykańską" czy Mario Vargasa Llosę ("Święto Kozła", "Burzliwe czasy", ale też "Rozmowę w Katedrze"). To wszystko, co robi wojsko, kiedy przejmuje władzę, właśnie tak tam wyglądało, a może i gorzej. Przerażająca wizja, z której trudno się otrząsnąć. Dodam jeszcze, że akcja trzyma w napięciu także dlatego, że na naszych oczach rozgrywa się dramat kilkorga bohaterów.

Zupełnie inny jest film Łukasza Grzegorzka "Moje wspaniałe życie". Kto widział jego poprzednie obrazy, "Kamper" i "Córkę trenera", ten wie, jakie kino interesuje tego reżysera. Opowiada o kryzysowych sytuacjach, jakich doświadcza zwyczajny człowiek w swojej rodzinie. To kino z dala od wielkich problemów tego świata, za to blisko człowieka i jego mikrokosmosu. Charakterystyczne dla Grzegorzka jest mieszanie dramatu z humorem, patrzenie na bohaterów z sympatią i pokazywanie, że nie ma prostych rozwiązań, a świat nie jest czarno-biały. Te dwie ostatnie kwestie najlepiej wybrzmiewają właśnie w "Moim wspaniałym życiu". To historia Joanny, nazywanej Jo, która ma dość. Dość, bo każdy czegoś od niej chce, a nikt nie ma ochoty jej pomóc. Musi opiekować się matką chorą na Alzheimera, nie może porozumieć się z młodszym synem, uczniem technikum, irytuje ją starszy syn nieudacznik, jego roszczeniowa partnerka, do tego dochodzi pomoc przy wnuku i problemy jak w niemal każdym małżeństwie, które ma za sobą dłuższy staż. A to wszystko w jednym mieszkaniu, nawet nie jakoś specjalnie ciasnym, każdy ma tu własny kąt, ale przecież zza ściany słychać płacz dziecka, kłótnie, rozmowy, a poza tym wszyscy czegoś od Jo chcą. Do tego jeszcze praca, gdzie też kłębią się konflikty. Oczywiście można zapytać, dlaczego bohaterka znalazła się w takiej sytuacji? Dlaczego pozwoliła sobie wejść na głowę? Dlaczego doprowadziła do tego, że nikt jej nie pomaga, każdy chce być obsługiwany, a jeśli coś idzie nie tak, wzbudza w niej poczucie winy? Łatwo się mówi, wiadomo, dlaczego tak jest - patriarchat, wychowanie i tak dalej, i tak dalej. Jo jest przedstawicielką tego pokolenia kobiet, które już rozumieją, że coś nie gra, ale pozwoliły się jeszcze wtłoczyć w ten cały kierat. Dlatego próbując od niego uciec, szuka azylu i szuka siebie. Jak i jakie niesie to konsekwencje, zdradzać nie będę. Niejednoznaczność filmu polega nie tylko na tym, jak rozwiązuje swoje problemy Jo i jak reagują na to jej najbliżsi, ale również na tym, że rozumiemy też i innych członków jej rodziny. Bo każdy z nich ma swoje dobre powody, aby mieć dość. Jakie? Aby nie psuć przyjemności oglądania, nie zamierzam zdradzać. I chociaż, na szczęście, nie wszystkie problemy Jo są moimi, to jedno mnie łączy z nią i jej rodziną. Ja też mam dość. Bardzo dobry film, zdecydowanie najlepszy w dorobku reżysera. Co ważne, łączy mądrość obserwacji i diagnozy, z przyjemnością oglądania. To także zasługa znakomitych ról - Agaty Buzek, Jacka Braciaka, Adama Woronowicza, Małgorzaty Zajączkowskiej i innych.  

Popularne posty