Kasper Bajon "Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle"

Kto czytał powieści Abdulrazaka Gurnaha, a szczególnie

"Powróconych", koniecznie powinien sięgnąć po książkę Kaspra Bajona "Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle" (Czarne 2025). Nie ukrywam, że był to najważniejszy powód, dla którego postanowiłam to zrobić. Oczywiście swoją wagę miało też to, że książka znalazła się w finale Nagrody Kapuścińskiego, no ale nie oszukujmy się, nie jestem w stanie czytać wszystkiego, co jest nominowane do rozmaitych nagród, nawet tych najważniejszych.

Kasper Bajon jest cenionym i odnoszącym sukcesy scenarzystą filmowym oraz autorem kilku książek. Żadnej z wcześniejszych nie czytałam, kiedyś miałam ochotę na "Fuerte", rzecz o Fuerteventurze, jednej z Wysp Kanaryjskich, no ale widocznie nie tak ogromną, aby jednak po nią sięgnąć. Jak już wspomniałam, zupełnie inaczej było z "Poznaniem kolonialnym". Po lekturze "Powróconych" ta książka spadła mi jak z nieba. A poza tym tematyka kolonialna i postkolonialna żywo mnie interesuje.

Autor wyrusza do Tanzanii w poszukiwaniu śladów swoich poznańskich przodków - stryjecznego pradziadka Stanisława Bajona, budowniczego kilku kamienic i kościoła na poznańskich Jeżycach, oraz jego szwagra Paula Fenstera, lekarza. Wpadł na ich trop, wertując rodzinne albumy i kolekcję znaczków, wśród których znalazło się kilka z Tanzanii. Niewiele o nich wie, szczególnie o ich losach afrykańskich. Dręczy go też zagadka śmierci Stanisława, który podobno popełnił samobójstwo, bo nie wiodło mu się w interesach. Niektórzy jednak poddają ten fakt w wątpliwość. Jak mogło być naprawdę, odkrywa, a przynajmniej tak mu się wydaje, bo to nadal tylko poszlaki, po powrocie, co ma związek z jego doświadczeniami.

Pochylenie się nad losami tych dwóch przodków uświadomiło Kasprowi Bajonowi, że i my, Polacy, mieliśmy swój udział w kolonizacji Afryki, a więc nie byliśmy tacy niewinni, jak nam się czasem wydaje. I nie chodzi tu tylko o Ligę Morską i Kolonialną, założoną po odzyskaniu niepodległości, i snute wtedy marzenia o zamorskich koloniach, ale o czasy znacznie wcześniejsze. Autor przypatruje się temu na przykładzie zaboru pruskiego, a szczególnie Poznania. Takich ludzi jak Paul Fenster i Stanisław Bajon było znacznie więcej. Lekarzy, inżynierów, wojskowych i przedsiębiorców. 

Polacy w służbie lub na usługach obcych mocarstw kolonizowali zamorskie tereny ochoczo i skutecznie. Byli lekarzami, żołnierzami, kupcami, budowniczymi, farmerami, urzędnikami. Wspierali opresyjny system i czerpali z niego korzyści. Udzielali się na Pacyfiku, w Namibii, Togo, Kongo, krajach Ameryki Południowej i w dzisiejszej Tanzanii. Że byli stronnikami "murzyńskiego wyzwolenia", nie ma z prawdą nic wspólnego; a tak chętnie przywoływany wszem wobec wątek haitański, który ma rzekomo wskazywać na wrodzoną miłość Polaków do wolności i samostanowienia, jest tendencyjny i nieprawdziwy.

Kiedy pod koniec XIX wieku spóźnionemu w kolonialnym wyścigu Cesarstwu Niemieckiemu coś jednak skapnęło i z obszarów dzisiejszej Tanzanii, Rwandy i Burundi powstała Niemiecka Afryka Wschodnia, wielu Poznaniaków i Wielkopolan tam właśnie wyjechało do pracy. Autor wydobywa z niepamięci niektórych z nich. Ślady ich pobytu w niemieckich koloniach można odnaleźć na przykład w poznańskich domach w postaci jakichś afrykańskich pamiątek, zdjęć w rodzinnych albumach czy znaczków w klaserach.

Ich [Poznaniaków] stosunek do kolonializmu zawsze był niejednoznaczny. Trochę obrzydzenia, trochę fascynacji. Trochę strachu, trochę zaintrygowania. Na pewno dużo fantazji.

Ale niewinność tracili też właściciele sklepów kolonialnych sprowadzający swoje towary zza morza, nie bacząc na warunki, w jakich pracowali rdzenni mieszkańcy, dzięki którym te towary mogły do Europy trafić. I oczywiście ci, którzy tam kupowali. 

Wiadomo, sklepy kolonialne - szczególnie te z ulicy Krokodyli - pachniały nam cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Czytaj: dalekimi romantycznymi podróżami i - co tu się rozwodzić - pionierstwem. Mało kto dostrzegał w nich przyczółki globalnego terroru, miejsca, w których cierpienie ludzi z południowej części świata sprzedawano w gustownych opakowaniach pod postacią herbaty czy mydła.

Podobnie i my dzisiaj nie jesteśmy niewinni, nie zastanawiając się nad tym, w jakich warunkach pracują ludzie na plantacjach cytrusów, kawy czy herbaty, w kopalniach, wydobywając niezbędne nam surowce. Ile za swoją pracę dostają pieniędzy, ile zostaje na miejscu, a ile trafia do międzynarodowych firm. No i jaki jest koszt dla środowiska. Niewygodne pytania. Kwadratura koła.

Książka Kaspra Bajona przypomina mi pisanie francuskiego pisarza i podróżnika Patricka Deville'a. Jak dotąd czytałam dwie jego pozycje, "Vivę" i "Kampuczę", a kilka innych mam w domu. Dla obu podróż jest jednocześnie celem i pretekstem do rozmaitych rozważań mnożących się w sposób dygresyjny, a więc niekoniecznie uporządkowany. Jedni polubią taki sposób pisania, innych może to odstręczać. Ja Patricka Deville'a polubiłam i na pewno wrócę do jego książek, podobnie ma się rzecz z "Poznaniem kolonialnym".

Bo autor nie tylko stara się odnaleźć ślady swoich przodków, ale także pisze o innych Poznaniakach, którzy wyjechali do niemieckiej kolonii, kreśli historię niemieckiej kolonizacji, opowiada, jaką rolę odegrały w niej badania bakteriologiczne, a szczególnie praca Roberta Kocha, przypomina afrykańską podróż Henryka Sienkiewicza, cytując jego "Listy z Afryki", powołuje się na "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha, zastanawia się nad tym, jak niemiecki kolonializm odcisnął się na mentalności mieszkańców dzisiejszej Tanzanii, jak wielu wyprał mózgi. Używa terminu kolonizacja umysłu. To przykład askarysów, czyli miejscowych, którzy służyli w pruskim kolonialnym wojsku, schutztruppe. Takiego właśnie bohatera znajdziemy w przywoływanych tu już "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha. Pisze też o współczesnych problemach - kolonializmie ekonomicznym, o którym już wspominałam, w tym wypadku polegającym na wypieraniu Masajów z ich rdzennych ziem, aby tworzyć parki narodowe, rezerwaty czy tereny do polowań dla bogatych białych. A wszystko to ponad ich głowami. Ochrona przyrody nie była problemem, kiedy Tanzanię zamieszkiwało trzydzieści milionów, ale kiedy liczba mieszkańców wzrosła do siedemdziesięciu, a do tego dochodzą migranci z sąsiednich krajów, kurczące się obszary, na których mogą normalnie żyć, stają się zarzewiem konfliktu. Z drugiej strony turystyka to poważna gałąź gospodarki. Z trzeciej do miejscowych i tak trafiają ochłapy, większość zgarniają zagraniczne firmy i tanzańska elita.

Ale oprócz tego Kasper Bajon opowiada o swojej podróży, szczególnie w drugiej części książki, gdzie temat kolonializmu trochę schodzi na bok. Opowiada niezwykle interesująco, znowu meandrując i uciekając w dygresje. Gdzieś się zaduma, gdzieś opisuje kolonialną, pruską architekturę, innym razem wizyta na cmentarzu skłania go do poszukiwania informacji o pochowanych tam ludziach.

Te dwa groby, zagubione tutaj pośród gęstej zieleni, w zapachu bugenwilli i waleriany, opodal drogi, którą do szkoły chodziły nastoletnie muzułmanki w chustach na głowie i błękitnych sukniach, opowiadały historię matki, której synek zmarł najpewniej na jedną z tropikalnych chorób. Tego wczesnego przedpołudnia, na płaskowyżu, tuż nad brzegami kapryśnej sandy river, jakoś głęboko poruszyła mnie ta na pozór nic nieznacząca, a jednak kosmicznie wielka tragedia, która wydarzyła się tutaj blisko sto lat wcześniej i jak miliardy innych tego typu małych apokalips rozpłynęła się w ludzkiej niepamięci, tak że w zasadzie nie sposób było ją teraz zrekonstruować. Tylko ból, który uszedł w kosmos, jeszcze o niej zaświadcza gdzieś na rubieżach naszej galaktyki.

Opowiada o swoich przeżyciach związanych z noclegiem w buszu, o uciążliwej jeździe samochodem, o parze, Finie i Masajce, z którymi część tej podróży odbywał, zachwyca się krajobrazami, odnotowuje posiadówki w miejscowych knajpach i tak dalej, i tak dalej. Wszystko może stać się pretekstem do snucia opowieści, refleksji, zadumy. Przytacza też fragmenty dziennika, który prowadził.

Ja bardzo lubię tego typu pisanie, dlatego książkę Kaspra Bajona przeczytałam z dużą przyjemnością. A i powodów do zadumy jest sporo. No i "Poznań kolonialny" stanowi wspaniałe uzupełnienie prozy Abdulrazaka Gurnaha.

Eliza Kącka "Wczoraj byłaś zła na zielono"

Książka Elizy Kąckiej, literaturoznawczyni, krytyczki literackiej,

felietonistki i pisarki, "Wczoraj byłaś zła na zielono" (Karakter 2024) stała się czytelniczym bestselerem. Co to znaczy w polskich warunkach, kiedy wydawcy nie ujawniają nakładów, nie wiadomo. Wiadomo za to, że było o niej bardzo głośno, no a dowodem sukcesu, jest podwójna nagroda Nike, jury i czytelniczek oraz czytelników. A taki dublet w ciągu dwudziestu dziewięciu lat zdarzył się tylko sześć razy. A i dzisiaj książka jest cały czas w czytelniczym obiegu, o czym świadczy fakt, że w moim mieście w zdecydowanej większości bibliotecznych filii na tę pozycję trzeba czekać w kolejce. Nie przypuszczam, aby było wyjątkiem. Mimo tego jakoś nie miałam ochoty po książkę Elizy Kąckiej sięgać. No może trochę z ciekawości. Kiedy na coś robi się aż taki hajp, we mnie budzi się przekora. No chyba że lubię twórczość autorki czy autora albo jestem zajarana tematem. Ale to nie ten przypadek. I najprawdopodobniej po książkę bym nie sięgnęła, ale nadarzyła się okazja, aby jednak ją sprawdzić. To dyskusja w klubie czytelnicym, na spotkania którego od czasu do czasu chodzę.

Przyznam, że bałam się trochę tej lektury. Bałam się elokwencji autorki, bo zdarzało mi się jej słuchać i nie zawsze było to przystępne doświadczenie. Tymczasem książkę przeczytałam bardzo szybko. Chociaż muszę przyznać, że barokowy język tej opowieści może być dla kogoś barierą. Ja lubię językowe łamańce, czasem jednak ta słowna ekwilibrystyka wznosiła się na takie wyżyny, że trudno było odnaleźć w niej jakieś znaczenie. No bo co znaczy takie zdanie: Nikt tak skutecznie jak anioł nie wygryzie niesamowitości z etatu. O jaki etat chodzi? Jest jakiś inny niż ten powszechnie znany? Powodowana dociekliwością sprawdziłam w słowniku, owszem jest kilka znaczeń, ale żadne tu nie pasuje. To przykład ekstremalny i jeśli o mnie chodzi barokowy język mi nie przeszkadzał. Najczęściej sprawiał przyjemność. Nie mogę jednak powiedzieć, że aprobuję książkę Elizy Kąckiej bez zastrzeżeń i abym się nią zachwyciła.

Zacznijmy od pytań. Czy to rzeczywiście esej, czy może jednak autofikcja? A jeśli autofikcja, to ile w niej historii osobistej, a ile fikcji? Czy powinniśmy mówić o autorce czy jednak o narratorce? Bo jeśli o autorce, to może pojawić się wątpliwość o charakterze etycznym - czy autorka ma prawo pisać o swojej neuroróżnorodnej córce, nawet jeśli opowiada o niej z wielką empatią, stawiając często jej świat, do którego tak trudno się dostać, wyżej od naszego zwykłego?

Chyba dopiero tacy jak Ruda - a pośrednio każdy, kto dzięki Rudym wszedł w to bez reszty - dają nam pojęcie o innej naturze świata. Tego, w którym odkładają się, kumulują myśli, słowa, gesty. 

Czy osiemnastoletnia Ruda, bo tyle ma lat w momencie, kiedy Eliza Kącka urywa swoją opowieść, przeczytała tę książkę? Czy ją zaakceptowała? Dlatego wolałabym myśleć, że jednak więcej tu fikcji wywiedzionej z trudnego doświadczenia. Autorka ma przecież na swoim koncie pozycje prozatorskie. Szczególnie fragmenty opowiadające o okresie, kiedy narratorka razem z Rudą mieszkała w swoim rodzinnym Lidzbarku Warmińskim, bardzo przypominają mi powieść. Ja przynajmniej wchodziłam w nie jak w zagarniającą fikcję.

To, co było dla mnie interesujące i odkrywcze, to zderzenie się z doświadczeniem, z którym nigdy nie miałam do czynienia, czyli kontakt z dzieckiem o tak dużym stopniu neuroróżnorodności. Narratorka nigdzie nie zdradza diagnozy, co przemawiałoby na rzecz fikcji. Jest to więc opowieść  o niemożności przeniknięcia do świata Rudej mimo wielkiej chęci i wielkiego wysiłku w to wkładanego.

Zwijała się ze śmiechu, a ja obserwowałam dzikie tango kwiatków i zazdrościłam dali, że wygrywa ze mną. Dali, w którą patrzyła przez burtę wózka jak przez szybę. Ważne, że w jej śmiechu była radość. Szkoda, że nie mogłam się do niej włamać. (...) Po chwili pocieszam się, że na pewno ma się dobrze, że to tylko ważne. Gorzej, gdyby cierpiała i nie dawała poznać po sobie. A jednak walczy się z poczuciem porzucenia, za każdym razem. Zdrady, za którą nie ma kogo winić.

"Dość!". Natychmiastowa blokada spektaklu. I znów nie mogłam włamać się w jej stan, podważyć miny, by zobaczyć, co pod nią ukrywa. Siedziała za maską, jakby już wcześnie trzymała ją w dłoniach i naraz zdecydowała się nałożyć, by skończyć zabawę. (...) Zawsze boli nagłość tego przykrócenia, odcięcia. Skok z ciepła zabawy w pustkę.

Nawet jeśli narratorka  z czasem zaczyna rozumieć jej język, to jednak nigdy nie pojmie go do końca. Może sobie tylko na ten temat fantazjować i spekulować. Dlaczego nagle córka zaczyna nazywać ją Pingwinem? Dlaczego pewnego razu kieruje do niej to zdanie, które stało się tytułem? Chyba jednak największe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty pokazujące, jak łatwo zaburzyć świat takiego dziecka, który oparty jest na rutynie, powtarzalności, stałości. A przecież rzeczywistość stwarza tyle bodźców, które mogą tę kotwicę wyrwać. Ot taka podróż metrem. Wystarczy, że ktoś zmieni miejsce, zrobi coś nieoczekiwanego - jeśli zaburzony zostanie układ, który Ruda zastała, wchodząc do wagonu, natychmiast rozlegnie się płacz i krzyk rozpaczy. I oczywiście nie spotka się to ze zrozumieniem współpasażerów. Trudno też tłumaczyć, że to nie kaprysy, tylko inny odbiór rzeczywistości. A przecież w metrze stale coś się zmienia. 

Podjeżdża pociąg metra (...) Czuję, jak bardzo jest napięta, gdy siadamy tuż przy wejściu. Jesteśmy dwugłowym terrorystą, bombą z opóźnionym zapłonem. Trzymam ją na kolanach i okopuję się w nadziei, że wytrzyma, gdy pierwszy sąsiad wstanie, pierwsze dziecko zacznie machać nogami. (...) Patrzę przepraszająco na staruszki, matki, ojców, nastolatki. Chciałabym przekazać im telepatycznie, by nie wstawali aż do stacji Politechnika, a jeśli już muszą się poruszyć, to czy mogliby nie dziwić się naszej reakcji? (...) Na Gdańskim wsiada matka z dziećmi i te zaczynają grę w "chcę twoje miejsceee". Tego nie robi się naszemu światu. Bomba, ona wybucha. Tak, widzę wasze oburzenie. Zła matka, niegrzeczny bachor. Bezradna matka i mała złośnica. (...) Przed chwilą jeszcze uśmiechaliście się do mnie, bo nie wiedzieliście, że wiozę kota w worku. Ale w końcu wyślizguje mi się, wyrywa, spada na podłogę metra i zaczyna wierzgać i kopać z całej siły.

A takich sytuacji jest przecież na co dzień bardzo dużo.

Drugim tematem tej książki jest macierzyństwo. I nie chodzi tu tylko o doświadczenie macierzyństwa ekstremalnie trudnego i dodatkowo samotnego, ale także o oczekiwania, jakie otoczenie ma wobec matki, a zwłaszcza wobec matki takiego dziecka. Powinna przecież zrezygnować z siebie i poświęcić się całkowicie. Być tylko matką.

Matki należą do tytanów innego rzędu, a na końcu ich prac nie stoi wolność. Matka nie może bezkarnie oddawać się fantazjom o ludzkości. Matka ma poczucie winy. W macierzyństwie zaprzężonym do wózka martwiło mnie zawsze oddanie jednej osobie, wąskość perspektywy. Martwiło, nim sama weszłam w te rolę.

Przyjeżdżali z Warszawy, by zobaczyć się z kimś, kto przestał istnieć, a zarazem zaczął istnieć bardziej, bo w podwojeniu. Czekałam na nich, ale i bałam się tych odwiedzin. (...) Ciekawe, że będąc z córką sam na sam, nie miałam poczucia, że noszę mundur matki. I że  jest to nie tylko forma służby, co było dla mnie jasne, lecz także forma nabytej powagi, czego nie chciałam. Przyjęłam odpowiedzialność, nie chciałam roli.

Agencja ochroniarska "Matka", osłaniająca spotkania dziecka ze światem. Nie rzuca się w oczy, nie robi sobie przerwy. (...)

- Jaką piękną ma pani córeczkę. Co za kolor! Mieszkacie w Lidzbarku?

- Tak.

- Jakie ma pani plany? Zostaniecie tu?

- Nie wiem.

(...) Naprawdę nie wiedziałam. A bałam się przyznać, że próbuję skończyć studia. Jakoś to głupio godzić z karierą ochroniarską.

Czas przejść do tego, co w książce Elizy Kąckiej budziło moje wątpliwości i zastrzeżenia. Pierwszy zarzut dotyczy pewnej powtarzalności. Po jakimś czasie miałam wrażenie, że już niczego nowego się nie dowiem, że w gruncie rzeczy ta książka mogłaby być krótsza, że dużo w niej słownej waty, na różne sposoby opowiadania o tym samym. Że mnożą się podobne sytuacje, podobne refleksje i przemyślenia. 

Drugi zarzut związany jest z przedstawieniem świata, z jakim styka się narratorka i jej córka. Ten świat jest wrogi i nie rozumie. Poucza, udziela nieprzydatnych rad, wymądrza się, krytykuje, nie chce mieć kontaktu, jakby miał się od Rudej zarazić.

W trakcie jednego z seansów dołączył do nas  chłopiec w jej wieku. Trzymał w lewej dłoni ogryzek gofra i półotwartymi ustami wodził wzrokiem to po mnie, to po niej, wolno i systematycznie, jakby miał pod powieką wykrywacz nielegalnych środków. (...)

- Kaaamileeek, chodź, wujek cię nad jezioro wyrzuci.

Usta Kamilka ściągnął grymas niedosytu. Przerwali mu, a przecież kupił sobie bilet na nas w komplecie z tym gofrem. I jeszcze nie skończył. W odwecie zaczął przycinać mi spojrzeniem nogawki.

- No, co tam? Jaki rezultat skanowania? - nie wytrzymałam. (...)

- Spierdalaj - oddał z powagą. I połknął gofra. 

Jedyni życzliwi ludzie, poza rodzicami narratorki czynnie uczestniczącymi w opiece nad Rudą, to ci, którzy mają podobne doświadczenia. Pozostali wykazują się brakiem empatii, są po prostu wredni. To widać szczególnie w pierwszej części książki. A przecież trudno sobie wyobrazić, że wszyscy tak wrogo reagują. Może większość, ale wszyscy? 

Wreszcie zarzut trzeci, a może bardziej znowu wątpliwość. Kiedy teraz myślę o tej książce, to przypominają mi się wszystkie amerykańskie filmy, które opowiadają o trudnych problemach, wygładzając wszelkie kanty. Niby jest ciężko, ale jednak nijak to prawdziwego życia nie przypomina. Niby jest ciężko, ale jednak zawsze będzie szczęśliwe zakończenie. I trochę tak jest tutaj. Oczywiście narratorka opowiada o problemach, o trudach, ale jednak nie do końca. Jakoś tak nieoczekiwanie Ruda radzi sobie coraz lepiej, zalicza kolejne etapy edukacji, chodzi do szkoły średniej, staje się pełnoletnia, coraz lepiej komunikuje się ze światem. Jaka droga do tego doprowadziła? Jak to się stało? Narratorka przede wszystkim skupia się na początkowym okresie życia córki, powiedzmy do czasu młodszej podstawówki, ten drugi traktując bardziej powierzchownie. Jakim cudem narratorce udało się skończyć studia, a potem robić doktorat? Jakim trudem było to okupione? Nawet jeżeli miała ogromną pomoc rodziców. A miała. Dlatego bliżej tej książce do pięknej baśni, w której wszystkie przeszkody uda się pokonać i będzie szczęśliwe zakończenie, niż do realistycznej prozy. Takie wrażenie potęguje jeszcze ekwilibrystyczny język.

Lektury nie żałuję, ale zachwytów nie podzielam.

Louise Erdrich "Okrągły dom"

"Okrągły dom" Louise Erdrich (ArtRage 2026; przełożyła Agnieszka

Walulik) to druga powieść tej pisarki wydana w Polsce przez ArtRage i będą kolejne. Następna jeszcze w tym roku! No bo kiedy za wydawanie biorą się chłopaki z tego wydawnictwa, to wiadomo, że nie porzucą autorki czy autora po jednej książce. Na początku lat dwutysięcznych Muza opublikowała jej inną  powieść, a jeszcze wcześniej w PIW-ie ukazał się zbiór opowiadań. Po przeczytaniu "Rzeki Czerwonej" postanowiłam pozostać wierna autorce. 

Zanim przejdę do refleksji nad drugą książką pisarki, kilka słów o niej. Otóż Louise Erdrich ma mieszane korzenie, o co w Ameryce nietrudno. Jej matka była Niemką, a ojciec pochodził z rdzennych ludów, z plemienia Odżibwejów. Piszę o tym, bo ten fakt znajduje odbicie w jej twórczości. Już w "Rzece Czerwonej" niektóre bohaterki i niektórzy bohaterowie pochodzili z tego plemienia, ale tam nie miało to tak wielkiego znaczenia. Zupełnie inaczej jest tym razem, o czym za chwilę. 

Przyznam, że kiedy po raz pierwszy ArtRage w swoich zapowiedziach zdradziło, że będzie wydawać jej książki, miałam mieszane uczucia. No bo z jednej strony nagradzana pisarka (Booker za "Okrągły dom" i Pulitzer za "Nocnego stróża", który ukaże się jeszcze w tym roku), ale z drugiej podejmująca tematykę ludów rdzennych. No i natychmiast pojawiły się skojarzenia z lektur i filmów z dzieciństwa - Indianie, tipi, pióropusze, tomahawki, tańce wokół ogniska, polowania i całe to imaginarium ukształtowane w moim przypadku bardziej przez kino  niż literaturę. Problem w tym, że ja się nigdy tym jakoś specjalnie nie interesowałam. To nie były moje tematy. Bardziej chłopackie. Dlatego zatrzymałam się z moją wiedzą na ten temat na poziomie dziecięcych wyobrażeń. No i teraz naiwnie myślałam, że będzie tak samo. Folklorystycznie. Tymczasem nic bardziej mylnego. O współczesnym życiu przedstawicieli ludów rdzennych w Stanach nie miałam bladego pojęcia. A więc po raz kolejny literatura wymazuje białe plamy.

Bo akcja "Okrągłego domu" rozgrywa się w roku 1988 właśnie w rezerwacie Odżibwejów, a głównymi bohaterkami i bohaterami  są jego mieszkańcy. Mimo  że po lekturze "Rzeki Czerwonej" byłam już świadoma tego, że moje wywodzące się z dzieciństwa skojarzenia dotyczące rdzennej ludności nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, to jednak podświadomie  hasło rezerwat indiański przywołuje tamto imaginarium. Do tego dochodzi świadomość dyskryminacji. I to drugie niestety jest prawdziwe. Powieść Louise Erdrich, o której dzisiaj, pokazuje, z jakimi prawnymi absurdami zmagają się mieszkańcy rezerwatów. 

Narratorem "Okrągłego domu" jest trzynastoletni Joe. Z perspektywy czasu opowiada historię, która zdarzyła się w roku 1988 i która naznaczyła go na całe życie. Wiemy, że skończył prawo, że podobnie jak jego ojciec został sędzią plemiennym, że ożenił się z koleżanką ze szkoły, osoby czytające uważnie odnotują nawet jej imię. Ale to tylko wzmianki, natomiast akcja powieści jest całkowicie skupiona na tragicznych wydarzeniach, jakie rozegrały się w rezerwacie w roku 1988. Wydarzeniach, które zburzyły jego dotychczasowe szczęśliwe życie. Otóż matka Joe'go, Geraldine, została brutalnie napadnięta. Cudem uszła z życiem. Wie, kto to zrobił, ale z pewnych powodów długo nie mówi, kim był agresor. Co oczywiste, nie może poradzić sobie z traumą. Po powrocie ze szpitala leży w łóżku, niewiele je, milczy. Jak by tego było mało, wszyscy mają świadomość, a potem pewność, że napastnik jest wolny i może chcieć ją zabić. Joe, który nie potrafi  pogodzić się z bezradnością i, jego zdaniem, z bezczynnością dorosłych - ojca, który jest plemiennym sędzią, policji z rezerwatu i stanowej, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i razem z trzema najbliższymi przyjaciółmi dowiedzieć się, kto napadł  jego matkę i jaka sprawa się za tym kryje.

Muszę przyznać, że "Okrągły dom" podobał mi się, chyba, jeszcze bardziej niż "Rzeka czerwona". W każdym razie ta lektura tylko  umocniła moje  postanowienie, że będę konsekwentnie sięgać po kolejne książki Barbary Erdrich. I dziwię się, że tak mało się o jej powieściach mówi i chyba, niestety, nie są to bestselery.  Pewnie gdyby jej książki wydawała inna oficyna, najprawdopodobniej  skończyłoby się na jednej, góra dwóch. A przecież są to pozycje, które łączą w sobie to, co najlepsze - opowiadają w poruszający, emocjonujący sposób o ważnych sprawach, dodatkowo, jak w tym przypadku, mało w Polsce znanych, a jednocześnie znakomicie się je czyta. Po prostu połyka. Bo uczynienie głównym bohaterem nastolatka i umieszczenie akcji latem sprawia, że ta powieść ma wiele z takiej przygodowej, dziecięco-chłopackiej lektury. Chociaż Joe bardzo przeżywa to, co się stało, to przecież są wakacje, więc spędza czas z przyjaciółmi, którzy mają swoje nastoletnie problemy, no i poza tym solidarnie pomagają mu prowadzić prywatne śledztwo. Narzucenie takiej perspektywy ma jeszcze jedną konsekwencję - momentami powieść jest po prostu bardzo zabawna. Niby wzdrygam się przed książkami, które pisane są z dziecięcej perspektywy, ale co jakiś czas na coś się jednak porywam i na ogół są to rzeczy bardzo dobre. Tak było choćby z "Pierwszym wspomnieniem" Anny Maríi Matute

Ale oczywiście gdyby  była to powieść tylko dziecięco-chłopacka, to nie zawracałabym sobie nią głowy. Są oczywiście ważniejsze powody, które sprawiają, że naprawdę warto po nią sięgnąć. Jeden z nich to przyglądanie się temu, jak tragedia, która spotkała matkę, wpływa na rodzinę i szczególnie na dziecko. Jego spokojny, bezpieczny świat został zburzony. Czuje się porzucony i samotny. 

... zdałem sobie sprawę z tego, że ojciec nawet nie sprawdził, czy jestem w domu. Zupełnie o mnie zapomniał. Leżałem w łóżku teraz już rozbudzony i oburzony. Raz po raz odtwarzałem w głowie wydarzenia ostatniego dnia. Pełno w nim było zdradliwych odkryć i nowych informacji. (...) Całym swoim jestestwem pragnąłem wrócić do czasu, zanim to wszystko się wydarzyło. Chciałem znowu wejść do naszej kuchni pełnej przepysznych zapachów i usiąść przy stole z matką, zanim mnie uderzyła i zanim ojciec zapomniał o moim istnieniu. Chciałem usłyszeć, jak się śmieje, tak mocno, że aż prycha.

Joe bardzo przeżywa to, co się stało, a jednocześnie czuje się odepchnięty. Miotają nim sprzeczne emocje - jest przerażony, martwi się o matkę, a jednocześnie kipi w nim złość na dorosłych, którzy z jednej strony obarczają go obowiązkami związanymi z opieką nad matką, stawiają w swojej roli, a z drugiej strony milczą, nie chcą z nim rozmawiać na ten temat, odpowiadać na jego pytania. Jest też zły na matkę za to, że się zamknęła w sobie, wycofała z życia. Brzydzi ją jej zaniedbany wygląd, smród panujący w sypialni, w której leży.

Nie chciałem mijać zatrzaśniętych drzwi do pokoju matki. Nie chciałem wiedzieć, że ona tam leży, że tam oddycha i swoim niezmiennym cierpieniem wysysa ... [Tu urywam, bo nie chcę odbierać przyjemności czytania związanej z rozmaitymi nieoczekiwanymi zdarzeniami, w które ta powieść obfituje. W skrócie chodzi o radość, jaką przeżywa narrator w związku z tym, co mu się przytrafiło.]

Drażni go bezczynność ojca. Dlatego z jednej strony czuje się w obowiązku pomagać, z drugiej ciągnie go do kolegów. Bo przecież są wakacje! 

Kolejny powód, dla którego warto po "Okrągły dom" sięgnąć, to obraz rdzennej ludności z rezerwatu. Jest to życie z jednej strony normalne. Nie, nie mieszkają przecież w tipi, tylko w domach. Pracują, uczą się, swobodnie przemieszczają się poza granice rezerwatu. Z drugiej strony pielęgnują swoją przeszłość i  obyczaje. Wiekowy dziadek Joe'go, postać pokazana bardzo barwnie, też generująca wiele zabawnych scen, sięga pamięcią do dawnych, trudnych czasów, opowiada dramatyczne historie związane z życiem plemienia. Nie wiadomo, ile w nich prawdy, ile legendy. Wiele jest tu elementów nieco magicznych związanych właśnie z legendami, z obyczajami, z wierzeniami, rytuałami. Odżiwbeje kultywują swoją tradycję i kulturę, ale nie ma to nic wspólnego z folklorem na pokaz. Autorka pokazuje też, jak rdzenni mieszkańcy często spotykają się z reakcjami rasistowskimi i dziwacznymi wyobrażeniami na swój temat. 

Na imię miała Zelia i przyjechała z Heleny w stanie Montana, żeby nawracać Indian, którzy - jak się okazało - w ogóle nie mieszkali w tipi, a wielu z nich miało skórę jaśniejszą niż ona, co zrobiło w jej głowie straszny mętlik.

Jak widać nie tylko ja miałam takie wyobrażenia na temat rdzennej ludności. 

Chyba jednak najbardziej interesujące, bo zupełnie nieznane, jest pokazanie rozmaitych problemów prawnych związanych z życiem w rezerwacie. Geraldine pracuje w biurze rezerwatu, gdzie zajmuje się szukaniem informacji o przodkach tych, którzy się do niej zgłaszają, i rozpatrywaniem podań o przyjęcie w poczet plemienia. To też związane jest z poszukiwaniem korzeni. 

... mama (...) wróciła do biura i podjęła pracę w zwykłych godzinach. Narobiło jej się sporo zaległości: miała do wyliczenia procenty krwi, kolejkę genealogów-amatorów ciekawych, czy ich prababki naprawdę były indiańskimi księżniczkami, bo to dałoby im romantyczny rodowód. Dzieci powracające jako dorośli i osoby adoptowane przez białych, które zostały odcięte od swojej plemiennej historii - czy w zasadzie skradzione przez agencje opieki społecznej. Wreszcie ci, którzy sami zrezygnowali z indiańskiej tożsamości, ale ich dzieci pragnęły kontaktu z przeszłością i planowały sentymentalne wakacje w rezerwacie, aby poznać swoją spuściznę.

Ale jeszcze ciekawszy jest problem prawny, który łączy się z popełnionym przestępstwem. Bo kiedy w końcu wiadomo już, kto to zrobił, nie można go osądzić, gdyż Geraldine nie wie, w którym miejscu to się stało. A jakie to ma znaczenie? Zapyta ktoś. Otóż zasadnicze. Bo jeśli zdarzyłoby się to na terenie rezerwatu, to przestępca podlega prawu plemiennemu i stanie przed sądem plemiennym. I nie, nie ma to nic wspólnego z dziecięcym wyobrażeniem o Indianach w pióropuszach na głowach, palących fajki, zgromadzonych wokół ogniska. A jeśli zdarzyło się to poza rezerwatem, stanie przed normalnym sądem.

Zbrodnię popełnił ... Ale na jakim terenie? Powierniczym? Plemiennym? Na ziemi białych? Stanowej? Nie możemy wnieść oskarżenia, jeśli nie wiemy, jakie prawo powinno sądzić w tej sprawie.

Nawet jeśli Geraldine przypomniałaby sobie, gdzie została napadnięta, mogłoby się okazać, że trudno jest rozstrzygnąć, do kogo to miejsce należy. Bo tereny rezerwatu są często pokawałkowane. W posłowiu autorka wyjaśnia, że od 1988 niewiele się w tej sprawie zmieniło i nadal bardzo często sprawcy napadów popełnionych na osobach należących do rdzennej ludności pozostają nie tylko z tych powodów bezkarni.

Podobnie jak w "Rzece Czerwonej" i w tej powieści widać zachwyt  przyrodą. Dla bohaterek i bohaterów zanurzenie w naturze, obcowanie z nią jest bardzo ważną częścią ich życia. Znowu pojawiają się nazwy wielu ptaków i roślin, a opisy przyrody przesycone są czułością. (Sorry za to słowo, ale w tym wypadku trudno znaleźć lepsze.) 

I teraz ten (...) żuraw (...) znowu przeleciał za moim oknem, powoli strzepując skrzydłami. Tego wieczoru rzucał na moją ścianę cień nie własny, ale jakiegoś anioła. Patrzyłem na tę sylwetkę. Jakieś zagięcie słonecznych promieni sprawiło, że skrzydła wygięły się łukiem ponad szczupły tułów. A potem pióra zajęły się ogniem tak, że stworzenie zostało pochłonięte przez światło.

No i wreszcie jest to powieść o dylematach moralnych bohaterów. Jak mają się zachować, kiedy kat może sobie swobodnie chodzić po świecie, robić zakupy w tym samym sklepie, co ofiara i jej rodzina, patrzeć im wyzywająco w oczy? Jak zareagować w takiej sytuacji? Co robić, kiedy wymiar sprawiedliwości jest bezsilny? Kiedy zgodnie z prawem nic zrobić się nie da? Czy przestępcy ma ujść na sucho to, co zrobił? Czy można wziąć sprawy w swoje ręce? Z takimi dylematami muszą zmierzyć się bohaterowie. Rozum mówi jedno, emocje i poczucie sprawiedliwości podpowiadają coś innego.

Jest to też powieść o sile wspólnoty. Bo mieszkańcy rezerwatu wspierają się wzajemnie, są dla siebie podporą, pomagają sobie.

No i nie mogę nie wspomnieć o bardzo zaskakującym zakończeniu. Tego, co tam się zdarzyło, nie dało się naprawdę przewidzieć. 

Bardzo dobra powieść. Z niecierpliwością czekam na kolejną.

Harald Jähner "Rausz. Niemcy między wojnami"

Książkę niemieckiego pisarza i dziennikarza Haralda Jähnera

"Rausz. Niemcy między wojnami" (Wydawnictwo Poznańskie 2024; przełożyła Monika Kilis) miałam w swoim czytniku od dawna, ale dopiero teraz przyszedł jej czas. Przypomniałam sobie o niej w trakcie lektury powieści Macieja Płazy "Kasperl i Margit", o której ostatnio pisałam. Powód oczywisty - znaczna część jej akcji rozgrywa się w międzywojennym Berlinie. Nic więc dziwnego, że postanowiłam pogłębić swoją wiedzę na ten temat, a przy okazji pozostać jeszcze na jakiś czas w tamtym klimacie.

Harald Jähner w swojej książce snuje opowieść o Niemczech od momentu zakończenia pierwszej wojny, zwanej wtedy wielką, do czasu, kiedy Adolf Hitler zostaje kanclerzem, a więc jest to historia Republiki Weimarskiej. Autor prowadzi czytelniczki i czytelników z jednej strony chronologicznie, z drugiej podejmuje pewne charakterystyczne dla tamtego czasu i miejsca zagadnienia. Poza rozdziałami poświęconymi problemom politycznym, w których przygląda się trudnemu okresowi  powojennemu, samemu powstaniu Republiki Weimarskiej, późniejszym roszadom na szczytach władzy, wyborom parlamentarnym, próbom jej ratowania, stopniowemu narastaniu tendencji autorytarnych, a wreszcie upadkowi, pisze też o inflacji i hiperinflacji, architekturze, wielkich biurach będących opozycją do dawnych kantorów, komunikacji, transporcie i fenomenie miasta, tańcu, tak, tak, tańcu, czasie wolnym, nowej kobiecości i szukaniu nowego wzorca męskości, kryzysie i związanym z nim wielkim bezrobociu, konfliktach kulturowych i stopniowym rozpadzie społeczeństwa skutkującym brakiem porozumienia, co w rezultacie doprowadziło do dojścia Hitlera do władzy i upadku Republiki Weimarskiej. 

Chociaż książkę naprawdę warto przeczytać i cieszę się, że wreszcie sobie o niej przypomniałam, to na początek wspomnę krótko o tym, co mi w niej trochę przeszkadzało. Otóż autor pisząc o poszczególnych zagadnieniach, pokazuje, jakie odzwierciedlenie znajdowały one w sztuce, a zwłaszcza w literaturze. W związku z tym przywołuje tytuły powieści, z których większość nie ma polskich wydań, i odwołuje się do ich treści. Te fragmenty, a jest ich sporo, po prostu mnie nużyły. Świadomość, że nie tylko ich nie znam, ale większości z nich nie mam żadnej szansy przeczytać, jest zniechęcająca. Tak jakbym siedziała na tureckim kazaniu. Kiedyś z takiego powodu porzuciłam książkę z esejami Jamesa Baldwina, bo autor przywoływał obficie dzieła kultury, o których z podobnych powodów nie miałam pojęcia. Na szczęście tym razem te odwołania, chociaż nużące, nie uniemożliwiały lektury i nie zabijały jej przyjemności. To była łyżka dziegciu, a teraz o tym, na co szczególnie zwróciłam uwagę.

Są w tej książce tematy, które nie były mi całkowicie obce, choćby te związane z architekturą, z modą, kryzysem, ale są też takie, z których zupełnie nie zdawałam sobie sprawy. Jednym z nich jest opowieść o nowoczesnych, wielkich biurach. Niby nic, a jednak wiąże się z tym wiele interesujących zagadnień. Otóż te nowoczesne biura były obiektem fascynacji, pisano o nich reportaże, powieści, kręcono filmy. Pracowały w nich przede wszystkim młode kobiety, chociaż ich szefami byli oczywiście mężczyźni. To rzecz jasna praca lepsza niż w fabryce, dlatego cieszyła się większym prestiżem. Obiecywała  też miraż lepszego życia, kariery, najczęściej niespełnionej. Autor zwraca uwagę na kontrast pomiędzy aspiracjami tych młodych kobiet, ich wizerunkiem kobiet wyzwolonych, niezależnych, to dlatego tak rozpalały wyobraźnię, a konserwatywnym środowiskiem, z jakiego się wywodziły, i wychowaniem, jakie w nim odebrały. Sprzeczność panowała też między nowoczesnością, przestronnością biura, a ciasnymi mieszkaniami, w jakich mieszkała większość osób tam pracujących.

Innym zagadnieniem, jakie mnie bardzo zainteresowało, były kwestie komunikacji, transportu, co skutkowało rozwojem miasta, które w związku z powiększającą się liczbą samochodów stawało się bardzo hałaśliwe i musiało się przeobrażać. Jednych to nowe miasto fascynowało, najczęściej ludzi o poglądach lewicowych, demokratycznych, innych, oczywiście konserwatystów i tych o poglądach prawicowych, przerażało i oni fetyszyzowali wieś, naturę. Dla jednych samochód stał się synonimem wolności, inni widzieli w nim zagrożenie. Pojawiło się też nowe zjawisko - nowoczesna kobieta za kierownicą samochodu. Taką kobietą była córka Thomasa Manna, Erika. Nie tylko prowadziła samochód, ale uczestniczyła w rajdach. Autor przywołuje kilka innych podobnych przykładów znanych w tamtym czasie kobiet. Ja zapamiętałam Erikę, bo niedawno obejrzałam świetną "Ojczyznę" Pawła Pawlikowskiego, której jest jedną z bohaterek. Rozwój motoryzacji przypadł na czas kryzysu i wielkiego bezrobocia, które oczywiście nie dotknęło wszystkich. Kiedy jedni nadal pławili się w luksusie, inni w ogromnym ścisku jechali do pracy komunikacją publiczną, oczywiście jeśli pracę mieli. Dla nich kobieta za kierownicą nie mogła stać się wzorem do naśladowania, pewnie wielu irytowała.

O fenomenie tańca w Berlinie czasów Republiki Weimarskiej trochę wiedziałam, ale autor pisze o tym znacznie więcej i bardzo interesująco. Ja przytoczę tu tylko dwa cytaty. Jeden to wypowiedź Klausa Manna.

Pobity, zubożały, zdemoralizowany naród szuka w tańcu zapomnienia. (...) Taniec staje się manią, idée fixe, kultem. Giełda skacze, ministrowie się chwieją, Reichstag dokonuje wybryków. Kaleki wojenne i spekulanci wojenni, gwiazdy filmowe i prostytutki (...) - wszyscy machają kończynami w straszliwej euforii. (...) Tańczy się głód i histerię, strach i chciwość, panikę i przerażenie.

Drugi dotyczy berlińskich pałaców tańca, w których oddawano się temu zbiorowemu szaleństwu.

... chętny do odwiedzenia stolicy turysta otrzymywał tu w latach dwudziestych taką dawkę odurzenia, jakby miała mu ona wystarczyć na pół życia.

Na koniec chcę zwrócić uwagę na coś, co bardzo mnie uderzyło w trakcie lektury. Otóż autor pisze o takich zjawiskach, jakie i my dzisiaj doskonale znamy, obserwujemy, w jakich uczestniczymy. Jednym z nich są przemiany obyczajowe - promowany i wcielany w życie nowy wzorzec kobiety - nowoczesnej, samodzielnej, pracującej, spędzającej czas wolny z koleżankami, eksperymentującej z płcią, inaczej ubranej, inaczej uczesanej. Stefan Zweig był pewny, że przyszła historia kultury bardziej będzie się zajmować tym całkowitym przewartościowaniem i przemianą europejskich kobiet niż wojną. Z tym wiąże się zagubienie mężczyzn, którzy nie potrafili odnaleźć się w nowej sytuacji. Silne kobiety, niepewni mężczyźni. Inne podobieństwo to upolitycznianie wielu zagadnień z polityką niezwiązanych. Przejawem tego była bitwa o dach - płaski, jak chcieli architekci związani z Bauhausem i modernizmem, czy tradycyjny, spadzisty.

Berliński krytyk architektury Karl Scheffler zauważał zirytowany, że już nie jakość dachu ma decydujące znaczenie, ale światopogląd, jaki się poprzez dach wyraża. "Dzisiaj, gdy architekt buduje wysoki, spiczasty, szeroki dach, uważa się to za symbol niemieckich uczuć narodowych. Kiedy dach nieco spłaszcza, powstaje coś w rodzaju domu demokratycznego; ale jeśli dach czyni całkiem płaskim, okazuje tym samym radykalne komunistyczne nastawienie. Dach staje się wyrazem postaw politycznych".

Prawda, jak znajomo brzmi? Znajomo wydają się też inne konflikty kulturowe. 

Przekształcenie krytyki kapitalizmu w krytykę kultury sprawiło, że atak był totalny: kapitalizm pojawił się jako jedyna struktura demoralizująca, która wypierała miłość z seksu, jakość z towarów, przyzwoitość z pracy i sens ze sztuki. (...) teraz pojawiła się również rosnąca potrzeba oficjalnego zamknięcia tej całej spelunki i posprzątania żelazną miotłą.

I tak następuje zwrot ku temu, co narodowe, krytyka tego, co obce. Znowu zmienia się moda, następuje odwrót od modnych tańców, od jazzu, powoli pojawia się narodowa sztuka. Jak to się skończyło, wiadomo. Autor zwraca też uwagę na to, co i dziś znamy doskonale - zamykanie się w swoich bańkach, brak komunikacji pomiędzy ludźmi myślącymi inaczej, o innych poglądach, brak dyskusji. Łączy to między innymi z faktem, że Niemcy subskrybowali prasę, co łączyło się z przywiązaniem do jednego konkretnego tytułu i zamknięciem się na poglądy innej strony. A poza tym mamy też podsycanie lęków w okresie kryzysu, szukanie kozła ofiarnego, Żydów, wskazywanie łatwych rozwiązań. I tak krok po kroku skończyła się Republika Weimarska i powstała Trzecia Rzesza. Jak twierdzi autor we wstępie, to nie musiało się tak skończyć.

Na koniec jeszcze dwa cytaty. Jeden dotyczy wyborów do Reichstagu, które odbyły się w marcu 1933 roku, a w wyniku których NSDAP zdobyło rządową większość. W tym czasie Hitler od dwóch miesięcy był już kanclerzem, a jego bojówki siały terror. 

Do urn stawiło się prawie dziewięćdziesiąt procent uprawnionych do głosowania. Dla tych, którzy mieli jeszcze nadzieję, że niektórym zwolennikom Hitlera akty terroru otworzyły oczy, rezultat wyborów był druzgocący.

I drugi o tym, co działo się później.

Ci, którzy potrafili odwracać wzrok i byli wystarczająco pozbawieni skrupułów, mogli jeszcze w pierwszych latach Trzeciej Rzeszy mieć nadzieję na dobrą zabawę. Wystarczyło nie brać poważnie nazistowskich fanatycznych tyrad, by nadal czuć się częścią cywilizowanego narodu. Należało jedynie zdecydowanie odwracać wzrok, gdy bito i zabierano żydowskiego sąsiada, nie dopuszczając do siebie myśli, co się z nim stanie.

O tym, jak to wyglądało, opowiada znakomita powieść odkryta na powrót kilka lat temu, "Podróżny" Ulricha Alexandra Boschwitza. Wstrząsające studium zaszczutego człowieka, zamożnego Żyda, od którego nagle wszyscy się odwracają.

Zachęcona tą lekturą postanowiłam, że sięgnę po inną wydaną książkę Haralda Jähnera, "Czas wilka. Powojenne losy Niemców", która opowiada o pierwszym dziesięcioleciu po drugiej wojnie światowej. Ale kiedy to się stanie, nie wiem.

Popularne posty