Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajemnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajemnica. Pokaż wszystkie posty

Ishbel Szatrawska "Wyrok"

Nie upłynęło tak wiele czasu od ukazania się debiutanckiej powieści

"Toń" Ishbel Szatrawskiej, która wcześniej dała się poznać jako dramatopisarka, a właśnie wyszła jej druga książka, "Wyrok" (Cyranka 2025). Rzadko się zdarza, abym tak szybko po premierze, nie oglądając się na cenę, sięgała po tytuł, który chcę przeczytać. Oczywiście "Wyrok" miałam w planach, bo "Toń" zrobiła na mnie duże wrażenie, ale nie myślałam, że zrobię to już. A stało się tak, ponieważ wybierałam się na spotkanie z autorką. Pomyślałam więc, że skoro książka jest krótka, niecałe dwieście stron, może warto ją poznać wcześniej.

Muszę z żalem wyznać, że tym razem mam mieszane uczucia. O tym jednak za chwilę, a na początek, jak zwykle, parę słów wprowadzenia. Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku zimowych dni pod koniec wojny gdzieś w górach. Dwaj mężczyźni, Czesław Gajda i Franciszek Strzelecki, typy raczej spod ciemnej gwiazdy trudniące się bandyterką, mają na zlecenie partyzantów wykonać wyrok na kolaborancie. Trzeba go wytropić i zabić. Ale to pierwsze nie jest takie proste, bo gdzieś się ukrył, a ludzie nie bardzo chcą mówić. Wędrują więc od wsi do wsi, śpiąc gdzie popadnie, i rozpytują. Tropieniu towarzyszą coraz większe wątpliwości i narastający irracjonalny lęk. Dlaczego to oni mają wykonać wyrok? Czy nie kryje się za tym jakiś podstęp? Może przyszedł na nich kres? Wykręcić się jednak nie mogą, bo mają wobec partyzantów dług wdzięczności. Jak się ta historia skończy? Czy wytropią zbiega? Czy rzeczywiście był kolaborantem? Czy może sytuacja jest bardziej skomplikowana? 

Najpierw pretensje do wydawnictwa, bo myślę, że to pomysł marketingowy, które nazwało "Wyrok" literackim thrillerem. Popularny portal książkowy poszedł jeszcze dalej i dodał słowa sensacja i kryminał. Jeśli jakaś nieświadoma niczego czytelniczka lub takiż czytelnik, miłośniczka lub miłośnik prozy gatunkowej sięgną po powieść Ishbel Szatrawskiej, pewnie słono się zawiodą, bo to ani thriller, ani sensacja, a już na pewno nie kryminał. Mało tego, umieszczenie akcji w wiejskim środowisku i niekoniecznie łatwy dla każdego język powieści mogą sprawić, że nie dobrną do końca. Czy naprawdę o to chodzi? Od razu wyjaśniam - ja pretensji nie mam, bo nie z powodów gatunkowych sięgnęłam po "Wyrok". Zrobiłam to, bo bardzo podobała mi się "Toń', o czym już wspominałam. Przyznam, że byłam nawet lekko zdziwiona, że Ishbel Szatrawska napisała thriller, a nawet mnie to nieco zniechęcało. 

Zacznę od tego, co mnie zachwyciło. To język powieści. Zamiast wyjaśniać, lepsze będą cytaty.

Zapadał dzień. Nastroszone czuby świerków, kopulaste korony, drzewa po horyzont. Za nimi z jednej zwaliste skały, z drugiej dolina. Szli jednostajnie, miarowo, byle sił nie stracić, byle przedrzeć się za dnia na drugą stronę, przebyć Księży Las, przez Rudawkę się przeprawić i gdzie osiąść potajemnie, poza ludzkim widzeniem, poza domniemaniem.

Księży Las rozpościerał się u stóp Burego Wierchu, przecinał bliźniacze wzgórza długim jęzorem ciągnącym się wzdłuż górnego biegu Rudawki i opadał miękko nad jej zachodnim brzegiem, rozdzielając wespół ze strumieniem rozsypane po okolicy wioski, nieświadomie rodząc animozje i klanowe podziały ...

Raz, dwa. I jeszcze raz. Przytup. I w kole, i hyc pod górę, babą pod powałę. Chodzą w prawo, w lewo, obrót, powrót. Pędzi ród ludzki na karku złamanie. 

I tak w całej książce. Gwara, językowa finezja, nieliczne dialogi, wszystko dzieje się w narracji, co buduje gęstą, duszną atmosferę. Czytałam z podziwem.

Niewątpliwie zaletą powieści jest też to, że autorce udaje się mimo skondensowanej objętości, bardzo dobrze sportretować obu bohaterów, wniknąć w ich motywacje, lęki, rozterki, pokazać, jak to się stało, że zajęli się bandyterką, stali się nieczuli, a chwilami bezwzględni i pozbawieni skrupułów. Teraz, kiedy o tym myślę, przyszło mi do głowy, że to trochę bohaterowie spod znaku Szeli, szczególnie Franciszek Strzelecki, którego poznajemy znacznie lepiej. Nie waham się napisać, że jest postacią tragiczną, mimo niechęci, jaką we mnie budził. To z jego punktu widzenia o wiele częściej przyglądamy się temu, co się dzieje.

Największym zaskoczeniem okazało się dla mnie zakończenie powieści. Przyznam, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego, bardziej schematycznego. Wydawało mi się, że wszystko zmierza ku pewnym dylematom związanym z wyrokiem. Tymczasem nie! Nie dość, że samo rozwiązanie historii okazuje się zupełnie nieoczekiwane, to jeszcze w finale dowiedziałam się o bohaterach czegoś, o czym zupełnie wcześniej nie myślałam. Przyznam, że właśnie takie mocne zakończenie sprawiło, że inaczej spojrzałam na "Wyrok". Moje pretensje, rozczarowania, jakie towarzyszyły mi od jakiegoś momentu w trakcie lektury, nagle przestały mieć znaczenie. Piszę w sposób enigmatyczny, pokrętny, bo byłoby grzechem zdradzanie zakończenia, a przecież chętnie oddałabym się tu głębszym refleksjom.

No i wreszcie przyszła pora, aby wyjaśnić, skąd moje mieszane uczucia, skąd rozczarowanie, które towarzyszyło mi od pewnego momentu lektury. Myślę, że zupełnie inaczej odbierałabym "Wyrok", gdybym nie znała "Toni". W tamtej powieści bardzo zżyłam się z bohaterkami i bohaterami, mocno przeżywałam ich losy. Szczególnie epizod kaliningradzki, historia niemieckiego lekarza i jego partnerki, opowieść o oblężonym mieście, zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nie tylko to zresztą. A to wszystko było możliwe, bo "Toń" dzięki objętości miała rozmach. Tymczasem "Wyrok" jest krótki. I chociaż na poziomie refleksji podążałam za bohaterami i problemami poruszanymi w powieści, to na poziomie emocji nie. Mimo że cały czas towarzyszył mi zachwyt nad językiem, to bez żalu przerywałam czytanie, aby dopiero w kolejnej wolnej chwili wrócić do lektury. Nie miałam czegoś takiego, że muszę odłożyć wszystko, że nie mogę się oderwać od książki. A problemy poruszane w powieści? Deprawacja moralna spowodowana wojną, zobojętnienie na przemoc, poczucie niższości, gorszości, nienaruszalna hierarchia społeczna nawet w takich małych środowiskach wiejskich, śmierć, zniszczenie, strach, niepewność, niestałość, jakie niesie ze sobą wojna, ale też daje nadzieję na zburzenie tej odwiecznej hierarchii?

Życie tego człowieka było mu obojętne i czasem myślał, że zobojętniało mu każde życie, nawet własne.

Wojna zbawienna, wojna błogosławiona, która niszczy stare stosunki i tasuje karty z wprawą wytrawnej szulerki. Wniwecz idą układy uświęcone tradycją, wniwecz rodowa niesprawiedliwość. Kto wczoraj żarł z miski ziemię, jutro na srebrze ma kapłony. 

Niech więc to głupie chłopię żebrze u nich o życie, niech żebrze u łajdaków, może właśnie dlatego, mamieni łatwością bandyterki, weszli na tę drogę, może chcieli, by raz ktoś ich o coś prosił. 

O tym wszystkim już wielokrotnie czytałam, to nic nowego i odkrywczego. Tak, wiem, wszystko już było, dlatego tak ważne jest jak. Bo to sposób opowiadania, zbliżenie do bohaterów sprawiają, że to, co dobrze znane, znowu porusza. W "Wyroku" mi tego zabrakło. Dopiero zakończenie przewartościowało wszystko. Oczywiście to moje subiektywne wrażenia. Z pewnością będą takie i tacy, dla których ta kondensacja nie będzie przeszkodą, a nawet okaże się zaletą.

Tak czy inaczej warto po nową książkę Ishbel Szatrawskiej sięgnąć. No i czekam na jej kolejną powieść. I może lepiej, aby nie było to bardzo szybko.

Anthony Passeron "Uśpione"

Po debiutancką książkę "Uśpione" (Czarne 2024; przełożył Jacek

Giszczak) francuskiego pisarza i nauczyciela sięgnęłam, bo interesuje mnie temat, no i pojawiły się pozytywne recenzje. I nie żałuję! W skondensowany, miejscami intrygujący, miejscami chłodny, a czasem we wzruszający sposób autor opowiedział nie tylko o początkach epidemii AIDS we Francji. Nie ukrywam, że to właśnie ten temat był dla mnie wabikiem, ale niespodziewanie dostałam znacznie więcej. 

Dziś  wirus HIV nie jest już postrachem, nie oznacza wyroku, bo dzięki przyjmowaniu leków może nigdy nie dojść do rozwoju śmiertelnej choroby. Ale w latach osiemdziesiątych sprawy miały się inaczej. AIDS był  tematem tabu - powszechnie uważano, że przytrafia się tylko gejom i narkomanom. Dopóki nie okazało się, że może dotknąć każdego, nie szukano lekarstwa, a przynajmniej nie robiono tego ze wsparciem rządów i dużych pieniędzy. O tym wszystkim wspaniale i dojmująco opowiedziała w swojej powieści "Wierzyliśmy jak nikt" Rebecca Makkai. Akcja jej książki rozgrywa się w Stanach. Wcześniej widziałam film "120 uderzeń serca" poruszający ten sam temat, ale na gruncie francuskim. Też wstrząsający, wywołujący gniew oraz wzruszenie i też ze wszech miar wart polecenia. Sprawdziłam, bez problemu można obejrzeć go w sieci w kilku miejscach. To ten film i ta powieść uświadomiły mi, czym była w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ta choroba. Jakie śmiertelne żniwo zbierała, jaką panikę wywoływała i jakim ostracyzmem otoczone były osoby chorujące.

"Uśpione" Anthony Passerona powstały z osobistej potrzeby. Autor opowiada o chorobie z perspektywy  rodzinnej tajemnicy stopniowo przez niego odkrywanej. To historia jego stryja, który zmarł na AIDS. Ale ta książka niesie ze sobą znacznie więcej. Jak już wspominałam, w skondensowanej formie, to ledwie dwieście stron tekstu, Anthony Passeron opowiedział nie tylko historię stryja, ale także historię rodziny, naszkicował zmianę mentalności, jaka dokonała się między pokoleniem jego dziadków, a pokoleniem jego stryja i ojca, pokazał jej przyczyny, opowiedział o upadku takich miejscowości, w jakiej się wychował, o pladze narkotyków, jej skutku, czyli AIDS, a wreszcie w fascynujący sposób przedstawił upór kilkunastu lekarzy i naukowców, którzy zrozumieli powagę choroby, doprowadzili do wykrycia jej przyczyny, a po wielu próbach i latach do wynalezienia lekarstwa, dzięki któremu dziś można zapanować nad wirusem. A to wszystko w atmosferze rywalizacji pomiędzy ekipami z Francji i Stanów. Czytając te fragmenty, trudno nie oprzeć się refleksji, ile pokory i cierpliwości muszą mieć lekarze i naukowcy badający nową chorobę i szukający lekarstwa na nią, bo przed nimi lata pracy, porażki, podążanie ścieżkami prowadzącymi w ślepe zaułki, droga, która nie musi zakończyć się sukcesem. Ten wątek śledzi się jak prawdziwą powieść sensacyjną, tym bardziej, że autor przeplata rozdziały opowiadające historię rodziny z rozdziałami poświęconymi pracy naukowców i lekarzy.

Anthony Passeron urodził się w małej miejscowości w jednej z alpejskich dolin - pomiędzy Lazurowym Wybrzeżem, a szczytami Alp, na styku Włoch i Francji. Jego dziadek był Francuzem, babcia Włoszką, która jako młoda dziewczyna w czasie drugiej wojny razem z rodzicami i rodzeństwem przyjechała do Francji w poszukiwaniu lepszego życia. Jego pradziadkowie i dziadkowie prowadzili w miasteczku masarnię. Byli powszechnie szanowani, zasłużyli sobie na to ciężką pracą. Ich życie kręciło się tylko wokół niej, od rana do wieczora, od poniedziałku do poniedziałku, z krótką przerwą na niedzielny odpoczynek. Nie opuszczali doliny, tu był ich świat, do niego sprowadzały się ich horyzonty, żyli w zamkniętym, odizolowanym przez miejsce środowisku. Podobnie wyglądała codzienność innych mieszkańców miasteczka i tych rejonów. 

Ojciec pisarza wpasował się w ten schemat. To on zaczął pracować w rodzinnej firmie, nauczył się fachu, w przyszłości miał przejąć biznes. Pozostał mu wierny, chociaż świat wokół powoli się zmieniał. Do doliny zaczęły docierać duże supermarkety, z czasem te tereny będą się wyludniać, takie drobne interesy jak ten należący do pradziadków i dziadków autora upadną, młode pokolenie wykształcone w mieście nie będzie chciało wracać do doliny i do takiego życia. Ale to nastąpi później, w czasach młodości jego ojca i stryja ten proces dopiero się zaczynał. I właśnie  stryj autora poszedł za tymi zmianami. 

Był pierwszym członkiem rodziny, który zdobył średnie wykształcenie, dzięki czemu mógł pracować w kancelarii notarialnej. Pierwszym, który wyjechał poza dolinę, najpierw do Nicei, potem z poznanymi w miasteczku turystkami do Amsterdamu. Wrócił, ale jego życie się zmieniło. W dalekim świecie spróbował narkotyków. Ale nie trzeba było wyjeżdżać tak daleko, aby ulec ułudzie, jaką ze sobą niosły. Narkotyki stały się powszechnie dostępne także w dolinie. Dzieci z dobrze sytuowanych rodzin z pokolenia stryja i ojca autora zaczęły po nie sięgać. Nie chciały żyć jak rodzice, wyrosły już w dobrobycie, jakie rodzice zapewnili im ciężką pracą, ominął je bunt 68 roku, z nudów, z chęci zmiany, z braku celu zaczęły brać. Na przykładzie swojego stryja autor opowiada o procesach, które temu towarzyszyły. O zdumieniu starszych pokoleń, o wstydzie, o zaprzeczaniu, o nieumiejętności poradzenia sobie z problemem, a wreszcie o walce o uzależnione dzieci, o ratunek dla nich. Taką przemianę przeszła babcia autora - najpierw ze wstydu udawała, że problemu nie ma, potem odważnie mierzyła się z nim i jego konsekwencją, czyli chorobą syna i jego żony. Paradoksalnie dopiero odwiedzając ich w szpitalu, mogła być sobą, przestać zaprzeczać, udawać i się wstydzić. Poczuła wspólnotę losu z rodzinami innych chorych.

Dla moich dziadków ten szpitalny oddział, tak odległy od miasteczka i od krążących tam plotek, był jak swego rodzaju nawias. Pauza, podczas której nie musieli już kłamać, ratować rodzinnej reputacji, co nie miało sensu. Choć przez całe życie chcieli uchodzić za poważanych obywateli prowincjonalnego miasteczka, tu czuli się bliscy ludziom zupełnie sobie nieznanym. Homoseksualistom, narkomanom, hemofilikom i członkom ich rodzin. Ludziom, których nigdy nie mieliby okazji spotkać. Nieznajomym, którzy przechodzili przez to samo co my. Nieznajomym, z którymi nagle zbliżyliśmy się bardziej niż z niejednym członkiem naszej rodziny. Nieznajomym, którzy byli lustrzanym odbiciem naszego nieszczęścia.

A przecież AIDS cały czas otoczony był szczególną aurą. Nawet w szpitalu, nawet na oddziale przeznaczonym dla osób dotkniętych tą chorobą.

Nawet na oddziale przeznaczonym dla pacjentów dotkniętych AIDS traktowano tę chorobę w szczególny sposób. Patrzono na nią przez pryzmat norm moralnych, dobra i zła, grzechu. Wstydliwego grzechu (...) Dobro, zło ofiary, winni - dyskusje przeniosły się nawet na łono naszej rodziny i ją podzieliły.

Babcia nie czyniła różnicy między chorobą syna, synowej i wnuczki, dziadek milczał, ulegając stereotypom związanym z AIDS, a ojciec autora  tłumiąc głęboki gniew, dokonał, jak sądzę, ostatecznego rozróżnienia między małą dziewczynką, która była ofiarą, a jej rodzicami, którzy ponosili winę. Winę za to, że narzucili jej swoją, jakże przedwczesną śmierć, że przekazali jej w spadku zepsutą krew.

Bo największa tragedia dotknęła jednak ich córkę, na którą wirus przeszedł przez matkę. Historia malej Emilie, której autor poświęca osobny rozdział, jest przejmująca. Szybko straciła rodziców, ale dziadkowie zapewnili jej szczęśliwe dzieciństwo. Chorobie nie dało się jednak zapobiec. Muszę przyznać, że chociaż książka, może z powodu lapidarnego stylu, jest dość chłodna, to czytając rozdział poświęcony kuzynce autora, mimo wszystko nie potrafiłam powstrzymać łez. 

W historii jej choroby dwie sprawy szczególnie mnie poruszyły. Pierwsza to oddanie babci, która z wielkim poświęceniem opiekowała się wnuczką, codziennie jeździła do nicejskiego szpitala, aby ją odwiedzać. To ta sama babcia, która kilkanaście lat wcześniej wypierała uzależnienie syna, a potem, kiedy zachorował, też o niego walczyła. Druga sprawa to reakcja autora i jego brata na chorobę kuzynki. Wcześniej spędzali z nią dużo czasu, razem się bawili, kiedy zachorowała, nie potrafili się z tym zmierzyć. Nie chcieli odwiedzać jej w szpitalu, nie umieli z nią rozmawiać. Byli przecież dziećmi. Anthony Passeron bardzo szczerze pisze o swoim i brata stanie ducha, który towarzyszył tamtym wydarzeniom. 

Autor odtwarza nie tylko atmosferę tamtych czasów, ale może przede wszystkim wydobywa z niepamięci swojego stryja. Stryja przemilczanego przez dziadków i rodziców. Stryja, którego kochali, ale który przyniósł im mnóstwo wstydu i trosk, który zmienił ich życie. Diagnozując sytuację, tak pisze o nim i jego żonie, a właściwie całym pokoleniu zafascynowanym narkotykami.

... uświadamiam sobie, że mogliby mieć jakieś życie poza narkotykami. Życie, w którym byliby szczęśliwi. Życie, w którym mógłbym ich poznać. Życie proste, które z pewnością nie zasługiwałoby na to, by o nim opowiadać, a jednak całe życie.

Taki paradoks.

Santiago Roncagliolo "Noc szpilek"

Ponieważ mój czytelniczy radar w sposób szczególny nastawiony

jest na Amerykę Łacińską, co oczywiście nie oznacza, że z automatu czytam wszystko, co stamtąd do nas przychodzi, nie ominęłam powieści peruwiańskiego pisarza Santiago Roncagliolo "Noc szpilek" (ArtRage 2024; przełożył Tomasz Pindel). To już trzecia książka tego autora wydana w Polsce, aż dziwne, że wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi. Po lekturze jestem pewna, że sięgnę po "Czerwony kwiecień". Już sobie namierzyłam w bibliotece. Z tego prosty wniosek, że "Noc szpilek" spełniła pokładane w niej oczekiwania.

Jest to tego typu powieść, którą z jednej strony znakomicie się czyta, nie można się od niej oderwać - po nudnym jak flaki z olejem "Indian tangu" Anandy Devi, na które pomstowałam tydzień temu, to była prawdziwa ulga. Z drugiej strony trudno powiedzieć, aby lektura sprawiała przyjemność, bo ciężar gatunkowy tego, o czym autor pisze, czasem trudno udźwignąć. Jest to opowieść czterech dorosłych facetów, którzy w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku spotkali się w jednej z męskich szkół katolickich w Limie. Raczej nie cieszyli się uznaniem i szacunkiem kolegów, uważani byli za mięczaków i ofermy. Kiedy nagle dochodzi do konfliktu między nimi, a surową i nielubianą nauczycielką, panną Pilgrin, nieoczekiwanie stają się bohaterami rówieśników. Każdy z nich ma jakiś powód, aby się na niej odegrać. To, co zaczęło się od szkolnego wygłupu nastolatków, nieposłuszeństwa i buntu, nieoczekiwanie wymknęło się spod kontroli. Carlosa, Manu, Moco i Beto z jednej strony na zawsze połączyły tamte wydarzenia, z drugiej zrobili wszystko, aby wspomnienia o nich stłumić i wyprzeć, aby żyć tak, jakby tamto się nie zdarzyło. Po latach szczerze o tym opowiadają przed kamerami. Kto kręci ten dokument? reportaż? Dlaczego zdecydowali się przerwać milczenie, chociaż to dla nich trudny, bolesny i niewygodny temat? Tego dowiadujemy się na końcu. Każdy z nich przedstawia swoją wersję historii, każdy trochę inaczej pamięta tamte zdarzenia, a już na pewno trochę inaczej je interpretuje. Dzięki temu, że ich opowieści prowadzone są naprzemiennie i stale zmienia się perspektywa, akcja jest bardzo dynamiczna. Z jednej strony chciałam wiedzieć, co dalej, z drugiej przerażało mnie to, co czytałam.

Bo wszystko jest tu przerażające. Szkoła, do której chodzą chłopcy. Z jednej strony surowe zasady, katolicki dryl, z drugiej bezduszność. Wszystko oczywiście w imię dobra uczniów. A pod powierzchnią aż kipi od nastoletniego testosteronu. Nikt z tymi chłopakami nie chce i nie umie rozmawiać o ich problemach. Królują zakazy i kary. Trudno też polubić pannę Pilgrin, która wiedzie chyba prym wśród surowych nauczycieli. Wydaje się być niewzruszona i odporna na niewybredne wygłupy nastoletnich uczniów, a karanie ich sprawia jej przyjemność. Przynajmniej takie wrażenie odniosłam. Dopiero kiedy potem poznałam ją bliżej, jej tragiczną osobistą historię, kiedy obserwowałam to, co się jej przydarza, odnalazłam w niej ludzkie rysy. Z jednej strony współczułam, z drugiej podziwiałam jej wolę walki i zimną krew, którą starała się zachować. Jaka by nie była, nie powinno było ją spotkać to, co spotkało. 

Przerażające jest oczywiście to, co robią Carlos, Manu, Moco i Beto. Jednak kiedy poznajemy ich relacje rodzinne i kraj, w którym żyją, rozumiemy, że to okoliczności łagodzące - w sądzie wykorzystałby je każdy adwokat, gdyby do rozprawy doszło.  Chociaż trzech z nich pochodzi z dobrych rodzin i mieszka w dobrej dzielnicy, trudno te rodziny uznać za szczęśliwe. Dziś nazwalibyśmy je dysfunkcyjnymi. Jeszcze gorzej wyglądają relacje rodzinne czwartego. Przede wszystkim w ich domach panuje kult macho i jeśli z jakiegoś powodu tego silnego faceta zabraknie, syn czuje się nieszczęśliwy. Matka zajęta swoimi problemami nie potrafi z nim rozmawiać albo próbuje go chronić przed trudną dla niego wiedzą. Jeszcze gorzej jest, kiedy to matki zabraknie, a ojciec na oczach syna z powodu żalu i alkoholu staje się wrakiem. Wtedy nastoletni syn musi wejść w rolę macho. Skąd czerpie wzorce? Z filmów, które stają się dla niego jedyną rozrywką, wytchnieniem, niosą na chwilę zapomnienie. Miłość do kina okazuje się zgubna, bo mądrości stamtąd wyniesione nie bardzo sprawdzają się w prawdziwym życiu. Jednak nawet jeśli ten silny ojciec w domu jest, niewiele to zmienia, bo syna kształtuje na swoje podobieństwo i nie dopuszcza myśli, że może być wrażliwy, delikatny, że może nie ma w nim tego machystowskiego pierwiastka. 

Carlos, Manu, Moco i Beto są w gruncie rzeczy przeraźliwie samotni. Mają dużo swobody, ale to wynika z tego, że dorośli się zajęci swoimi sprawami albo chcą mieć święty spokój. Dopóki nie wzywa się ich do szkoły, wszystko jest w porządku. Ale nawet na pretensje nauczycieli rodzice reagują różnie. Bywa, że je lekceważą, szczególnie ojcowie, bo przecież nastolatek musi się wyszumieć, a ja byłem kiedyś taki jak mój syn. O swoich nastoletnich problemach nie mogą szczerze porozmawiać ani w domu, ani w szkole, ani między sobą. Bo przed sobą też grają, też starają się założyć maski cynicznych macho. Każdy kto się choć trochę odróżnia od powszechnego wzorca, musi to za wszelką cenę ukryć i tym większego cynika i twardziela zgrywa.

Przerażający jest też kraj i czasy, w których żyją. To Peru lat dziewięćdziesiątych. Świeża w pamięci jest wojna z Ekwadorem, jeszcze dogorywa Świetlisty Szlak. Limą wstrząsają ataki terrorystyczne, zabójstwa nie tylko na tle politycznym, często zdarzają się wyłączenia prądu spowodowane wysadzaniem infrastruktury energetycznej. Są dzielnice, do których lepiej się nie zapuszczać. Każdy zna granice, których nie powinien przekraczać. Większość tych zbrodni pozostaje bezkarna, a sprawcy niewykryci. W takim świecie, gdzie przemoc jest codziennością, gdzie można zginąć na ulicy, obojętnieje się na zło i śmierć. Bardzo łatwo stanąć po tej drugiej stronie.

Marie NDiaye "Zemsta należy do mnie"

Ponieważ temat nierówności klasowych, awansu społecznego

znajduje się w kręgu moich zainteresowań, nie mogłam ominąć powieści "Zemsta należy do mnie" Marie NDiaye uznawanej za jedną z ważniejszych współczesnych francuskich autorek (Filtry 2023; przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon). Tym bardziej, że zbiera bardzo dobre recenzje. Jak czytam na stronie wydawnictwa, pisarka opublikowała ponad dwadzieścia książek i wiele sztuk teatralnych. Przydałaby się precyzja - zbiorów opowiadań? powieści? esejów? Wszak sztuka teatralna to też książka. Za powieść "Trzy silne kobiety", która ukazała się w Polsce w roku 2010, dostała Nagrodę Goncourtów.

"Zemsta należy do mnie" to historia adwokatki, mecenas Susane, mającej bronić kobiety, która zamordowała troje swoich dzieci. Kiedy do kancelarii wkracza mąż morderczyni, aby powierzyć mecenas Susane tę sprawę, jest pewna, że zetknęli się już kiedyś w dzieciństwie. Ona była dziesięcioletnią dziewczynką, on miał pięć lat więcej. To trwające zaledwie kilka godzin  spotkanie wywarło na niej ogromne wrażenie. Może nawet zdecydowało o jej dalszych losach. Ale czy rzeczywiście to on? Mężczyzna niczym nie zdradza, że ją rozpoznaje. Odtąd mecenas Susane wpada w rodzaj obsesji - za wszelką cenę będzie próbowała dowiedzieć się od matki, z którą wtedy była w domu jego rodziców, jak się nazywali. Jej natarczywość w tej kwestii doprowadzi do rodzinnego konfliktu.  Czy mąż morderczyni i tamten chłopak to ta sama osoba? Co się wtedy wydarzyło między nimi? Te pytania powracają niczym mantra. Mecenas Susane pamięta swoją wersję tej historii, ale czytelniczki i czytelnicy mogą podejrzewać, że coś wyparła. A może jednak nie? To tylko jedno z niedopowiedzeń w tej powieści, zapewne celowych.

Muszę przyznać, że mam problem z książką Marie NDiaye. Z jednej strony bardzo mnie wciągnęła, połknęłam ją niemal w jeden dzień. Z drugiej miałam poczucie oczywistości poruszanych problemów. Może za dużo się na te tematy naczytałam i nasłuchałam? Jeden z nich to wspomniany już awans społeczny. Mecenas Susane wywodzi się z klasy ludowej, jak to się dziś mówi. Skończyła studia prawnicze, pracowała w dużej kancelarii adwokackiej, ale w końcu postanowiła iść na swoje. Na razie nie wiedzie się jej najlepiej, prowadzi kilka drobnych spraw, obrona morderczyni może stać się przełomem w jej solowej karierze. Niby osiągnęła dużo, ale nie jest z siebie zadowolona. Rodzice są z niej dumni, a ona ma wrażenie, że ich oszukuje, że nie znają jej prawdziwej sytuacji. Prowadzi ascetyczny i samotniczy tryb życia. Stara się być jak najbardziej korekt i na czasie. Dlatego zatrudnia do pomocy w domu imigrantkę z Mauritiusa, chociaż żadna pomoc nie jest jej potrzebna. Traktuje to w kategoriach aktywistycznych. Z tego samego powodu za darmo prowadzi starania o zalegalizowanie pobytu jej i jej rodziny. Nie chcąc w niczym urazić młodej kobiety, daje sobą manipulować. Zaczyna się między nimi toczyć dziwna gra, w której to mecenas Susane jest tą słabszą stroną. Może dlatego, że chociaż coś osiągnęła, wprawdzie nie tak dużo, jak by chciała, ale jednak, wciąż czuje się bardzo niepewnie. 

Jej historię poznajemy za pośrednictwem trzecioosobowego narratora w bardzo specyficzny sposób. Fakt, że nigdy nie dowiemy się, jak ma na imię bohaterka, a narrator mówi o niej zawsze mecenas Susane, sprawia, że obserwujemy ją niczym jakiś obiekt, z dystansu. Mnie ten zabieg kojarzy się z narracją w filmach przyrodniczych. Taki sposób opowieści sprawił, że nie potrafiłam złapać kontaktu z bohaterką. Nie współczułam mecenas Susane, za to  irytowały mnie jej postawa i nijakość. Ale czy można traktować ją jak bohaterkę z krwi i kości? Dla mnie jest raczej figurą uosabiającą kobietę, która wspięła się w hierarchii społecznej, ale nadal czuje się niepewnie i stale jest gdzieś pomiędzy. Nie przynależy już do świata rodziców, czuje się w ich domu wyobcowana, ale nie nawiązała kontaktów ze swoim nowym środowiskiem. Drażni mnie też sposób przedstawienia jej konfliktu z rodzicami. Właściwie o co się kłócą? Co tak bardzo rozkminiają? W ogóle mam takie wrażenie, jakby ta powieść zawieszona była gdzieś pomiędzy realizmem, a ... no właśnie czym? Nawet nie bardzo umiem to nazwać. Teraz przychodzi mi do głowy termin przypowieść. Więc może moje zdroworozsądkowe pytania i wątpliwości nie mają w tym wypadku racji bytu? Dlaczego na przykład bohaterka nie próbuje zapytać męża morderczyni, gdzie mieszkał w dzieciństwie? Jego odpowiedź mogłaby od razu rozwiać jej wątpliwości, nie musiałaby dręczyć swymi pytaniami matki.

Drugi temat, który mnie wydał się już przemielony na dziesiątą stronę, to historia morderczyni. Dlaczego zabiła swoje dzieci, które przecież kochała? Nie, to nie jest rodzina patologiczna. Ona była nauczycielką, dopóki nie urodziła pierwszego syna, jej mąż wykłada na uczelni. Mieszkają w eleganckim mieszkaniu, niczego im nie brakuje. Jak łatwo się domyślić, dostajemy tu oczywiście historię nieudanego małżeństwa, chociaż pozornie wszystko gra, rezygnacji z własnych ambicji, także awansu społecznego, udręczenia macierzyństwem, udawania. Każde z małżonków coś gra przed drugim, żadne nie jest szczere. Czasem myślałam, że może wystarczyłaby rozmowa, aby uniknąć nieporozumień, ale historia zmierza w innym kierunku. Mąż oczywiście okazuje się tyranem i psychicznym przemocowcem. To prawda, że wiele jest takich związków, sama znam podobne, strasznie mnie zawsze irytuje, kiedy kobieta pozwala robić z siebie służącą własnej rodziny, więc temat jak najbardziej ważny, problem w tym, że tutaj dostajemy wszystko kawa na ławę. Czytając opowieść żony, a potem wersję męża, myślałam sobie - no nie, znowu, ile można. Jakoś nie ma w tym żadnej finezji, wszystko podane jest na tacy.

Teraz, kiedy redaguję moją notkę, nasunęła mi się jeszcze jedna możliwa interpretacja powieści Marie NDiaye. Mamy tu trzy bohaterki, dwie reprezentują stary, syty świat, trzecia nowy, który dobija się do Europy. Wszystkie marzą o awansie społecznym - mecenas Susane i jej klientce się udało, ale nie są szczęśliwe, ta trzecia dopiero o ten awans walczy. One wydają się być pogrążone w marazmie, jakby wyczerpała je droga, którą przebyły, a może są rozczarowane osiągniętym celem i nie mają pomysłu, co dalej. Ona jest pełna wigoru, wie, czego chce i potrafi każdego owinąć sobie wokół palca. Nie, wcale nie jest sympatyczna. A więc może jest to opowieść o zmierzchu naszego świata?

Jak widać, mam z tą powieścią problem. Wciąga i irytuje jednocześnie, skłania do rozmaitych refleksji, porusza ważne tematy, ale w sposób, który mnie drażnił. To mój odbiór, bo recenzje ma bardzo dobre. Opinie czytelniczek i czytelników na rozmaitych portalach, gdzie z ciekawości zajrzałam, raczej też.     

Jurij Wynnyczuk "Tango śmierci"

Odkrywania literatury ukraińskiej ciąg dalszy. Tym razem "Tango

śmierci" Jurija Wynnyczuka (KEW 2018; przełożył Bohdan Zadura), książka, która w roku 2019 znalazła się w ścisłym finale Angelusa, nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej. Naprawdę nie wiem, jak wpadłam na tę powieść, bo na pewno nie zapamiętałam jej z tamtej nominacji. A przecież musiałam usłyszeć o niej niedawno, bo to całkiem świeży zakup na fali mojego ukraińskiego wzmożenia. Autora kojarzyłam już wcześniej, bo mniej więcej rok temu chwalono inną jego powieść - "Lutecję". Wtedy mimo bardzo dobrych recenzji nie skusiłam się na nią, bo uznałam, że to nie jest ten typ literatury, który lubię. Dziś, po lekturze "Tanga śmierci", postanowiłam ją przeczytać, mimo że moje upodobania lekturowe nie uległy zmianie. Cóż, zdarzają się wyjątki. Na koniec wstępu kilka słów o autorze. Jurij Wynnyczuk to jeden z bardziej znanych pisarzy ukraińskich, przekładany na wiele języków. Urodzony w roku 1952 poeta, prozaik, tłumacz, dziennikarz. Mieszka we Lwowie, co jest nie bez znaczenia w kontekście powieści, o której dzisiaj.

Muszę przyznać, że mój odbiór "Tanga śmierci" zmieniał się w trakcie lektury. Falował od przyjemności czytania przez lekką irytację do pełnej akceptacji. Zaraz wyjaśnię, skąd wzięła się irytacja. Ale od początku. "Tango śmierci" to opowieść o Lwowie i jego mieszkańcach - tych współczesnych, ale przede wszystkim przedwojennych. Polakach, Ukraińcach, Żydach, a nawet Niemcach, bo miasto było kiedyś kulturowym tyglem. Tu wyznanie - nie mam jakiegoś wielkiego sentymentu do Lwowa. Wprawdzie rodzina mojego ojca wywodziła się ze wschodu, ale z Wołynia. Nie nasiąkłam lwowskimi wspomnieniami, już prędzej wileńskimi, bo z Wilnem w młodości związany był mój dziadek, ale też bez przesady. Nigdy też we Lwowie nie byłam. Nie żebym nie chciała, ale zawsze odkładałam ten wyjazd na później, no a teraz, kiedy po lekturze nabrałam wielkiej ochoty, nie wiadomo, kiedy taka podróż będzie znowu możliwa. Kiedy czytałam "Tango śmierci", bardzo żałowałam, że nie znam miasta, bo to taka powieść, która osadzona jest w jego topografii. Kto był, ten bez trudu może przywołać obrazy tych miejsc, może czytać z planem Lwowa w ręce. Ja uwielbiam takie sytuacje i żałuję, że ta przyjemność została mi odebrana, a właściwie sama ją sobie odebrałam.

Akcja powieści toczy się na dwóch planach czasowych - historycznym i współczesnym. Ten pierwszy obejmuje lata międzywojnia i wojny, kiedy najpierw Lwów był polski, a potem przechodził z rąk radzieckich do niemieckich. Tu bohaterów jest czterech - przyjaciele, urodzeni w latach dwudziestych, Ukrainiec Orest, Polak Jasio, Żyd Josiek i Niemiec Wolf. Pierwsze skrzypce gra Orest, to z jego notatek poznajemy ich historię. Bardzo ważną postacią jest też Josiek, skrzypek. Współczesność to historia zapalonego naukowca orientalisty, profesora Jarosza. Jego pasją są martwe języki, a szczególnie język arkamski, którym mówił w starożytności nieistniejący już lud Arkanum. I język, i posługujący się nim ludzie zostały na potrzeby powieści wymyślone. Zdarzenia z obu planów czasowych ściśle się ze sobą łączą. Po pierwsze dzięki rękopisowi Oresta, który w pewnym momencie wpada w ręce Jarosza, a po drugie dzięki pewnej tajemniczej melodii - owego tytułowego tanga śmierci. Miało ono moc niezwykłą, ten, komu grano ją, gdy umierał, stawał się poniekąd nieśmiertelny - odradzał się w kolejnych pokoleniach, nie zdając sobie z tego sprawy. I znowu dopiero moc usłyszanej melodii tanga mogła mu świadomość przeszłości przywrócić.

I tu muszę wyjaśnić, dlaczego w pewnym momencie zaczęłam żałować, że na "Tango śmierci" się skusiłam. Nie raz dawałam w tych notkach wyraz mojej niechęci do wszelkiej maści fantastyki. A tu wątek fantastyczny staje się bardzo silny. Wszystko, co łączy się z odtwarzaniem melodii tego jedynego w swoim rodzaju tanga, poszukiwaniem wiadomości na jego temat, a wreszcie użyciem jego mocy, pisane jest w porządku fantastycznym. Jakoś jednak przestało mi to doskwierać, bo przyjemność z lektury była, do czasu, o czym za chwilę, ogromna. Kilkudniowa wyprawa Oresta w głąb biblioteki Ossolineum, która okazuje się biblioteką niezwykłą, bo żywą na wiele sposobów, opowiedziana została pysznie. Obraz jego wędrówki był tak sugestywnie przedstawiony, że odcisnął się w mojej wyobraźni bardzo silnie. Kiedyś przeżyłam coś podobnego, czytając pierwszą część "Władcy pierścieni" Tolkiena. (Odpadłam w połowie drugiej i lektury nigdy nie skończyłam, chociaż pierwsza sprawiła mi wielką przyjemność.)

Powieść Jurija Wynnyczuka to zabawa wieloma konwencjami. Znajdziemy tu wątek sensacyjny, moim zdaniem jakoś pod koniec puszczony, historie łotrzykowskie, znakomite, barwne opowieści w iście hrabalowskim stylu. Są tu nawiązania do popkultury, Dan Brown czy Borghese i Umberto Eco. Uczciwie przyznaję, że te trzy aluzje wymieniam za recenzentami - Dana Browna nigdy nie czytałam, czego nie żałuję, niestety to samo muszę napisać o Borghesie i  Umberto Eco, czego trochę się wstydzę. 

Ale "Tango śmierci" to nie tylko powieść zabawna, pełna barwnych typów, trzymająca w napięciu za sprawą tajemnicy. Tak jest rzeczywiście do pewnego momentu. Przedwojenny Lwów jawi się niczym mityczna rajska kraina, gdzie wszyscy żyją w zgodzie i radości. A dzieje się tak, ponieważ poznajemy go z perspektywy Oresta, młodego chłopaka niestroniącego od wszelkich drak i kłopotów. Dlatego  wierzymy, że może nie dostrzegać konfliktu polsko-ukraińskiego czy polskiego antysemityzmu, który w latach trzydziestych rozbujany był już na dobre. Ale ta sielanka trwa do czasu i wtedy tonacja się zmienia. Cezurę stanowi oczywiście wybuch wojny, która zmiotła tamten arkadyjski świat. Najpierw Rosjanie, potem Niemcy. A swoją drogą czytając o radzieckiej okupacji Lwowa, trudno uciec od wrażenia, jak wszystko się powtarza. Grabieże, krępowanie rąk drutem i strzelanie w tył głowy - to dzieje się teraz w Ukrainie niemal na naszych oczach. Niby coś tam na temat okupacyjnej historii Lwowa wiedziałam, ale na pewno nie aż tyle, a poza tym zebrane razem robi duże wrażenie. Ale jak to bywa, przeszłość nieznana jest także współczesnym mieszkańcom miasta. Dla Jarosza jest ona tak tajemnicza jak owo starożytne Arkanum dla zwykłych śmiertelników. Nieoczekiwanie dla siebie odkrywa ją za pośrednictwem notatek Oresta i historii tanga śmierci. 

Bardzo ciekawa książka, która sprawi przyjemność i tym, którzy w literaturze szukają czegoś więcej, i tym, którzy po prostu łakną rozrywki i przyjemności płynącej z lektury. 

Stanisław Lem "Solaris"

Z literaturą fantastyczno-naukową od zawsze było mi nie po drodze.

Taki sam stosunek mam do fantasy. Co nie znaczy, że nic nie czytałam. Liznęłam klasyka gatunku, Tolkiena, z trudem zmęczyłam jakiś tom Sapkowskiego. No ale dziś ma być o Lemie. To mój wieczny wyrzut sumienia - no bo wiem, że wybitny i że powinnam. Mało tego - jeśli już coś czytałam, to zawsze mi się podobało. Znam "Dzienniki gwiazdowe", po które sięgnęłam z polecenia bliskiej mi niegdyś osoby, wielkiego miłośnika jego twórczości, i "Powrót z gwiazd", trochę "Cyberiady". Przy okazji roku Lema stale obiecywałam sobie, że powinnam. Wysłuchałam kilku rozmów na temat jego twórczości, poleceń, od czego warto zacząć, no i co jakiś czas obiecywałam sobie, że koniecznie, ale to koniecznie, muszę wreszcie przeczytać "Solaris" (Wydawnictwo Literackie 2012) uznawany przez wielu za najwybitniejszą powieść pisarza. I pewnie tak by to trwało, gdybym nie obejrzała w teatrze jej inscenizacji. Chociaż przedstawienie mi się podobało, to dręczyło mnie pytanie - ile w nim Lema? Dlatego niemal natychmiast zabrałam się do lektury.

Jeśli od czasu do czasu, zdecydowanie za rzadko z powodu pogoni za nowościami, zdarza mi się tu dzielić refleksjami o klasyce literatury, a przecież Lem to już klasyk, mam problem, jak o niej pisać. Bo zawsze w takiej sytuacji wydaje mi się, że wszyscy już wszystko wiedzą, więc po co jeszcze ja mam wtrącać swoje trzy grosze. No ale spróbuję, tak po prostu, nie z wyżyn autorytetu - zawodowego znawcy literatury, ale z perspektywy zwyczajnej czytelniczki, którą jestem. 

"Solaris" wciągnął mnie od pierwszych linijek i pozwolił oderwać się od dojmującej rzeczywistości. Ma magnetyczną moc i nie pozwala o sobie zapomnieć. Akcja rozgrywa się na planecie Solaris, na której znajduje się stacja naukowa, gdzie od kilkudziesięciu lat prowadzone są badania nad tajemniczym oceanem zajmującym większą jej część. Po szesnastu miesiącach lotu z Ziemi przybywa tu Kelvin, młody naukowiec, psycholog. Jest zafascynowany Solaris, pisał o niej swoją pracę dyplomową, czym zwrócił uwagę jednego z badaczy. Na stacji nikt go nie wita, chociaż powinno być tam trzech pracowników. Kiedy wreszcie kogoś znajduje, od razu dziwi go zachowanie naukowca. Orientuje się, że dzieje się tam coś dziwnego. Prawdopodobnie to wynik działania oceanu. Wkrótce i on zostanie wciągnięty w wir niesamowitych zdarzeń. Kelvin spróbuje rozwikłać zagadkę Solaris, zgłębiając niezwykle bogatą literaturę solarystyczną i szukając w bibliotece śladów świadectw badaczy, którzy przeżyli tam coś niepokojącego i dziwnego. Będzie musiał zmierzyć się ze swoją przeszłością, a to z kolei postawi przed nim szereg pytań i dylematów moralnych. Chcąc uporać się z problemami, jakie generuje ocean, zostanie postawiony przed podjęciem bardzo trudnej decyzji. Będzie się miotał pomiędzy racjonalnością naukowca, a kłębiącymi się uczuciami. Rozum nakazuje jedno, serce drugie. 

"Solaris" czyta się jak powieść trochę sensacyjną, a trochę grozy. Jakie jest źródło problemów, zastanawia się czytelnik, podążając za Kelvinem. Jak to się skończy? Czy uda się rozwikłać zagadkę i poradzić sobie z niezwykłymi zjawiskami? Tajemnicę i grozę buduje klaustrofobiczny nastrój. Naukowcy siedzą zamknięci na stacji, niemal nie spotykają się ze sobą. Przez niewielkie okienka obserwują dziwne ruchy glutowatego oceanu, wschody i zachody dwóch słońc, niezwykłą poświatę, jaka  towarzyszy tym zjawiskom. A stacja, jak to u Lema, trochę zakurzona, trochę zabałaganiona. To zawsze tak mnie uderzało w jego literaturze - ludzie odbywają podróże międzygalaktyczne, odkrywają inne cywilizacje, ale wszystko wydaje się takie zwyczajne, często byle jakie. Przejmujące jest też poczucie samotności i pustki, jakie towarzyszy bohaterom, którzy uciekają przed sobą, nie potrafią i nie mogą się porozumieć. A to czyni sytuację jeszcze trudniejszą.

Ale twórczość Lema to przecież coś znacznie więcej. "Solaris" to nie tylko zwykła powieść sensacyjna. Jakie pytania stawia? Jakie problemy porusza? Centralnym zagadnieniem jest kontakt z innym, obcym. Planeta Solaris jest tak niezwykła, bo znajduje się na niej odmienna od znanych forma życia. To ocean, który w dziwny, tajemniczy sposób oddziałuje na ludzi pracujących na stacji. Czy uda się zgłębić jego mechanizmy i tajemnice? Czy jest możliwy jakiś kontakt? W świecie, w którym dawno zapomniano o religii, ocean budzi w Kelvinie tęsknotę za czymś metafizycznym, za jakąś sprawczą siłą na miarę boga, chociaż chciałby, aby był to inny bóg - bóg ułomny. Pojawia się też pytanie o nieśmiertelność. Czy jest możliwa? I na jakich warunkach? No i o tożsamość człowieka. Czy to samo imię, ta sama zewnętrzna powłoka oznacza, że jest się stale tym samym człowiekiem? Trochę to mgliście brzmi, ale trudno pisać inaczej, jeśli nie chce się zdradzić niczego z treści, a przecież ta notka jest przede wszystkim dla tych, którzy "Solaris" nie znają. Lem pochyla się też nad nędzną dolą człowieka, który, niezależnie od okoliczności, będzie targany rozpaczą, męką i miłością. Nawet najwspanialszy rozwój techniki nie uwolni go od tych uczuć, od egzystencjalnych niepokojów, smutków i od tęsknoty za jakąś siłą, która przyniosłaby ukojenie. Na koniec cytat.

Człowiek wyruszył na spotkanie innych światów, innych cywilizacji, nie poznawszy do końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni, zabarykadowanych, ciemnych drzwi. 

PS. Po lekturze "Solaris" potwierdziły się moje przypuszczenia - Lema w spektaklu wiele nie było. Powstało interesujące przedstawienie inspirowane powieścią. Zresztą trudno przenieść ją na deski sceny czy na kinowy ekran, co pokazała nieudana amerykańska ekranizacja. 

Goliarda Sapienza "Spotkanie w Positano"

Sięgając po powieść Goliardy Sapienzy "Spotkanie w Positano"

(Wydawnictwo Kobiece 2021; przełożył Tomasz Kwiecień), miałam nadzieję, że to będzie jeden z tych nieczęstych, za to niezwykłych momentów w życiu czytelnika, kiedy trochę przez przypadek odkrywa niezwykłą książkę. Tak było z powieściami  Siegfrieda Lenza ("Lekcja niemieckiego", "Muzeum ziemi ojczystej", "Dezerter"), Eginalda Schlattnera ("Fortepian we mgle", "Czerwone rękawiczki"), Natalii Ginzburg ("Nasze dni wczorajsze", "Słownik rodzinny") i kilkoma innymi. Na powieść Goliardy Sapienzy, która weszła po cichu, bez rozgłosu, natknęłam się na stronie jednego z szacownych, opiniotwórczych internetowych pism. Rzuciłam okiem na długą, jak zwykle na tych łamach, recenzję. Była pochlebna, a powieść wydała mi się warta uwagi. Kupiłam, przeczytałam i im bardziej się w niej zagłębiałam, tym większe było moje rozczarowanie. Dlaczego? O tym za chwilę.

Najpierw kilka słów o autorce. Miała życie barwne, ciekawe i obfitujące w dramatyczne momenty. Zmagała się z depresją, a poświęcając się pisarstwu, postawiła wszystko na jedną kartę, dlatego, aby mieć z czego opłacić przysłowiowe rachunki, sprzedawała należące do niej cenne przedmioty, co i tak nie uchroniło jej przed niedostatkiem. Zanim zaczęła pisać, przez wiele lat była aktorką. Do doświadczeń pracy filmowej nawiązuje po części w swojej powieści. Docenienie jej pisarskiego dorobku przyszło dopiero po śmierci. Dziś uznawana jest podobno za jedną z ważniejszych pisarek literatury włoskiej XX wieku. Tym większe jest moje rozczarowanie.

Akcja "Spotkania w Positano" rozgrywa się na przestrzeni ponad dziesięciu lat właśnie w tej pięknie położonej, słynnej miejscowości Wybrzeża Amalfitańskiego. Jest to opowieść o czasach, kiedy była to jeszcze mała, urocza mieścina, wolna od dzikiego tłumu turystów i betonu. Domy położone na zboczach gór schodzących do zatoki otaczały ogrody. Przyjezdnych było niewielu, doskonale znali ich miejscowi mieszkańcy i wzajemnie. Letnicy wypożyczali łódki i płynęli wzdłuż wybrzeża w poszukiwaniu pustej, zacisznej plaży. Nie stanowiło to większej trudności. Dzikich zakątków było wiele, a spragnionych wylegiwania się na nich niewielu. Obowiązywał niepisany zwyczaj, że nie dopływa się do miejsca, które ktoś już zajął. W miasteczku było zaledwie kilka hoteli i knajp, a najwygodniej dostać się tam można było drogą morską - statkiem z Neapolu. W czasach, kiedy Capri już od dawna cieszyło się sławą i licznymi turystami (ale przecież nie tak licznymi jak dzisiaj), Positano nadal pozostawało senną, pustawą osadą. Piszę tyle na ten temat nieprzypadkowo. Bo to miasteczko jest jednym z bohaterów powieści. Ważnym dla autorki, która urodziła się i wychowała na Sycylii, kochała morze, a odkąd zamieszkała w Rzymie, bardzo go jej brakowało. Powie ktoś, że z włoskiej stolicy niedaleko na wybrzeże. Ale w latach powojennych tamtejsze plaże cały czas były jeszcze zaminowane. Dlatego kiedy Goliarda Sapienza odkryła Positano, tak bardzo jej polubiła i wracała tam mniej więcej przez tyle lat, co bohaterka tej powieści, również Goliarda, jej alter ego. I właśnie opowieść o Positano, o życiu tam, opisy miasteczka, kilkoro nakreślonych paroma kreskami mieszkańców, jest tym, co w tej powieści lubię. To historia nostalgiczna i melancholijna, hołd oddany miejscu, które jeszcze za życia pisarki zaczęło się zmieniać na niekorzyść. I bohaterka, a zarazem narratorka tej książki, też to z przykrością odnotowuje. Zmiany przychodzą krok po kroczku, niezauważalnie, aż któregoś razu widać je już bardzo wyraźnie. Kiedy Goliarda po latach przyjedzie tam po raz ostatni, będzie jeszcze gorzej. A przecież to cały czas koniec lat pięćdziesiątych albo początek sześćdziesiątych! Kiedy ja odwiedziłam Positano, nie patrzyłam na nie w ten sposób, byłam szczęśliwa i zachwycona. Nie ma się co dziwić - to jedna z moich pierwszych zagranicznych podróży, więc o zachwyt było łatwiej, a o krytycyzm trudniej.

Ale "Spotkanie w Positano" to przecież nie tylko opowieść o miasteczku. To historia spotkania Goliardy i Erici, dwóch młodych kobiet. Ta pierwsza, jak wspomniałam alter ego pisarki, przyjeżdża tu razem z ekipą filmową szukać plenerów. Od razu zwraca uwagę na tajemniczą Ericę otoczoną w miasteczku legendą i podziwem. Dużo je dzieli, ale szybko połączy je przyjaźń. Goliarda jako jedna z nielicznych zostanie nie tylko zaproszona do bogatego i niezwykłego domu Erici, ale również pozna jej najskrytsze tajemnice. Stanie się powierniczką i pocieszycielką. Właściwie odtąd główną bohaterką jest Erica. To jej życie poznajemy, o Goliardzie wiemy niewiele, jakby celowo usuwała się w cień. W czym tkwi w takim razie szkopuł? Skąd moje rozczarowanie. Mam trzy zarzuty. 

Po pierwsze Erica wydała mi się postacią niemal idealną, właściwie nierzeczywistą, może nawet świętą. I nie zmienia tego fakt, że jej sumienie obciąża pewna mroczna tajemnica. I tak ją rozumiem, a jej czyn usprawiedliwiam, a właściwie przeszłam nad nim do porządku dziennego, wiele się nad moralnymi aspektami tego, co zrobiła, nie zastanawiając. A jest tak być może dlatego, że historia Erici została mocno skondensowana. Poznajemy ją za pośrednictwem jej opowieści. Tak jakby streszczała nam swoje życie w kilku rozdziałach. To z kolei, plus jej wyidealizowany wizerunek, powoduje, że trudno mi ją traktować jako kobietę z krwi i kości, postać prawdziwą (oczywiście w sensie literackim). Nie umiem się przejąć jej historią! Właściwie denerwuje mnie. To tym bardziej dziwne, że pierwowzorem Erici też jest postać prawdziwa, przyjaciółka pisarki. Gdzieś w tle pobrzmiewają ważne problemy, choćby sposób wychowywania dziewcząt w takich bogatych rodzinach, z jakiej pochodziła, słychać echa włoskiej historii, ale to wszystko nie wybrzmiewa. Prześlizgnęłam się nad tym, nic mnie nie zatrzymało, chociaż przecież narracja nie jest pospieszna. I to stanowi mój zarzut drugi. Kolej na trzeci. To sposób, w jaki rozmawiają obie bohaterki. Sztuczny, nieprawdziwy, egzaltowany i dlatego irytujący. Słychać szelest papieru! Nie ułatwia sprawy tłumaczenie, albo redakcja tekstu, bo od czasu do czasu można się natknąć na takie kwiatki jak słowo abortowałam. Tak mówi jedna z bohaterek, kiedy opowiada o tym, że usunęła ciążę. Być może tak jest w oryginale, być może takiego słowa używało się w języku włoskim w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku (wtedy powieść powstała), ale po polsku brzmi to nienaturalnie. Że kiedyś się tak mówiło? Oj, chyba jednak nie. Moja nieżyjąca już babcia opowiadała o córce znajomych, która ciążę usunęła i takich właśnie słów użyła - musiała usunąć. Tu dygresja. Chociaż była osobą bardzo wierzącą, podawała to jako zwykły fakt. Bez piętnowania, zgorszenia i mówienia o grzechu. Czasem zastanawiam się, gdzie dziś byłaby moja babcia. Czy wśród wyznawców biznesmena z Torunia? Niestety niewykluczone. Cóż, pewnych spraw lepiej sobie nie wyobrażać. Koniec dygresji i właściwie koniec tej notki. Jeszcze tylko jedna uwaga. Kiedy przystępowałam do czytania, tak bardzo wierzyłam w powieść Goliardy Sapienzy, że zamierzałam kupić drugą, jaka wyszła w Polsce, "Sztuka radości", ale teraz dziękuję. Moje rozczarowanie jest wielkie niczym Rów Mariański.  

Mario Vargas Llosa "Rozmowa w Katedrze"

Zacznę od wyznania - literaturę latynoamerykańską znam bardzo
słabo. A i to za dużo powiedziane, bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że właściwie jej nie znam. Nie czytałam Cortazara, Borgesa ani Marqueza, sztandarowych pisarzy Ameryki Południowej. Próbowałam kiedyś przebrnąć przez "Sto lat samotności", ale porzuciłam. Nie dla mnie realizm magiczny. O współczesnych pisarzach też nie ma co mówić. Nie uległam popularności Cabre i nie sięgnęłam po żadną jego książkę. W tym przypadku zraziły mnie głosy, że to literatura popularna udająca wielką. A takiego podszywania się bardzo nie lubię. Być może to nieprawda, może powinnam spróbować. Po Isabelle Allende nawet nie próbuję się zabierać, od kiedy obejrzałam ekranizację jej powieści "Dom duchów" (film nosił tytuł "Dom dusz"). 
 
Od tej reguły są jednak dwa wyjątki - przeczytałam "Czwartkowe wdowy" argentyńskiej pisarki Claudii Pineiro, która kilka lat temu była gościem festiwalu Literacki Sopot, a drugą jej książkę mam w czytniku i na pewno kiedyś po nią sięgnę. No ale przede wszystkim znam kilka powieści Mario Vargasa Llosy i bardzo je lubię. Czytałam je dość dawno, niektóre nawet bardzo dawno, jeszcze przed erą bloga. To "Pantaleon i wizytantki", "Ciotka Julia i skryba", "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" i jeszcze coś, czego nie pamiętam. Zawsze chciałam więcej, no ale wiadomo, tyle jest do czytania. Na półce mam nawet stare wydanie "Rozmowy w Katedrze", uznawanej przez wielu za najwybitniejszą powieść Llosy, i już kilkakrotnie chciałam zabrać się za jej lekturę, ale wyblakły druk i niewielka czcionka skutecznie mnie zniechęcały, szczególnie odkąd rozleniwił mnie czytnik. Aż tu nagle, chyba przy okazji premiery najnowszej powieści "Burzliwe czasy", pojawiły się ebooki z książkami Llosy i to w bardzo miłych cenach. Natychmiast kupiłam "Rozmowę w Katedrze" i dwa inne, a potem, już w nie tak atrakcyjnej cenie, świeżynkę - "Burzliwe czasy". No i teraz, czytelniku tej notki, spodziewaj się festiwalu wpisów o powieściach Llosy, bo postanowiłam przeczytać wszystkie nabytki jak najszybciej, przeplatając każdy z nich książką innego pisarza. To tak dla higieny psychicznej, żeby nie przedobrzyć.
 
Na pierwszy ogień poszło moje wieloletnie czytelnicze marzenie - "Rozmowa w Katedrze" (Znak 2017; przełożyła Zofia Wasitowa). Nie mogłam się od tej książki oderwać, mimo że nie zawsze jest to  łatwa lektura, a dlaczego, o tym za chwilę. Akcja powieści toczy się w latach pięćdziesiątych w Peru w czasach dyktatury generała Odrii i opowiada o mechanizmach władzy autorytarnej. Jeśli, czytelniku tej notki, w tym momencie westchnąłeś głęboko, bo uznałeś, że to nuda, nic bardziej błędnego. Powieść toczy się na wielu planach, ma wielu bohaterów i to ich osobiste historie pokazane na tle burzliwych wydarzeń politycznych tamtych lat stanowią jej oś fabularną. Ale przyglądanie się mechanizmom dyktatury jest naprawdę fascynujące. Zakulisowe gry, walki frakcyjne, polityczne prowokacje, zwalczanie opozycji, lewe interesy, działalność konspiracyjnych organizacji, wybory, wiece, bunty, strajki, oglądanie się na Stany, które mieszały w polityce krajów Ameryki Południowej, wspierając wojskowe dyktatury w imię walki z lewicą mniej lub bardziej radykalną. To wszystko tu znajdziemy. I nie trzeba być znawcą  historii Peru, aby to zrozumieć. Owszem, można wygoolglować sobie co nieco, ale równie dobrze można się obejść bez tej wiedzy, bo  Llosa opisuje mechanizmy uniwersalne. Nie muszę dodawać, że wiele z nich odnajdziemy niestety w naszej rzeczywistości. Aby w moich zachwytach nie być gołosłowną i pokazać, jak to jest zrobione, dam przykład tylko jednej trzymającej w napięciu sceny rozciągniętej do rozmiarów sporego rozdziału. W  odległym od stolicy górskim mieście ma się odbyć wiec przeciwników dyktatury. Władza szykuje prowokację - ściąga krzepkich mężczyzn, którzy wmieszają się w tłum i doprowadzą do zamieszek, rozbijając zgromadzenie. Ale prowokacja okazuje się być piętrowa - przeciwnicy ministra do spraw bezpieczeństwa sabotują dowodzoną przez niego akcję, czym chcą doprowadzić do jego upadku. To wszystko, chociaż wcześniej już wiemy, że minister został zdymisjonowany, bo akcja nie toczy się chronologicznie, rozgrywa się na oczach czytelnika - śledzimy przeplatające się rozmowy telefoniczne skonsternowanych polityków, którzy próbują jakoś opanować sytuację wymykającą się spod kontroli, i opowieść jednego z bohaterów zwerbowanego do przeprowadzenia prowokacji. Naprawdę trudno się oderwać, chociaż zdarzenia relacjonowane są polifonicznie.
 
Bardzo ciekawy jest też portret społeczeństwa peruwiańskiego. Wśród bohaterów znajdziemy ludzi różnych klas społecznych. Są ci najbogatsi - związani z władzą przemysłowcy, czerpiący wymierne profity z tych bliskich, nieformalnych relacji, politycy, senatorowie, potomkowie starych rodów. Większość z nich to ludzie biali. Mieszkają w dobrych dzielnicach, w wygodnych domach otoczonych ogrodami. Mają oczywiście prawicowe poglądy, chociaż nie wszystkim w smak wojskowa dyktatura. Jest warstwa średniaków, dziennikarze, nauczyciele, pielęgniarka. Są spiskujący studenci i panienki lekkich obyczajów. Świat tych ostatnich ściśle łączy się ze światem polityki. Są wreszcie ci z dołów drabiny społecznej - kolorowe służące, czarni kierowcy, ludzie do wynajęcia. Niewidzialni, którym zawsze wiatr w oczy. Te grupy się nie spotykają, żyją osobno, chociaż obok siebie. O tym, jak bardzo rozwarstwione jest społeczeństwo peruwiańskie, najlepiej świadczy awantura, do jakiej doszło w rodzinie bogatego przemysłowca i polityka, kiedy młodszy syn, outsider i czarna owca, ożenił się z pielęgniarką. Kiedy się to czyta, aż trudno uwierzyć, że taka reakcja była w ogóle możliwa.
 
Ale nie ma powieści bez fascynujących ludzkich historii. I tak jest u Llosy. "Rozmowa w Katedrze" ma kilku głównych bohaterów. Może najważniejszym z nich jest Santiago. To o nim wspomniałam przed chwilą. To on jest wiecznym zmartwieniem dla rodziców. Bo najpierw zamiast iść na uniwersytet katolicki, jak robią dzieci z takich rodzin, poszedł na uniwersytet państwowy, siedlisko zrewoltowanych, lewicowych studentów o różnym kolorze skóry, potem przysporzył ojcu problemów swoją polityczną, konspiracyjną działalnością, a wreszcie wyprowadził się z domu, rzucił uczelnię i zaczął pracować w jednej z gazet. Nie, nie zrobił kariery, stał się wyrobnikiem pióra. To postać pęknięta, która buntuje się przeciw światu, z którego pochodzi, ale nie potrafi tego buntu przekuć w coś więcej. Wie, że nie chce żyć tak jak jego rodzice i rodzeństwo, ale nie bardzo ma pojęcie, co dalej. Grzęźnie w prozie życia, jedne kompromisy zamienia na inne. Czy na jego losie zaważył miłosny zawód, jaki przeżył? Czy ciąży mu pochodzenie i koneksje ojca, z których nie omieszkał skorzystać, kiedy wpadł w tarapaty? Czy to go przetrąciło i wmanewrowało w byle jaką codzienność? Drugi ważny bohater to Ambrosio, czarnoskóry biedak z prowincji, który w Limie szuka szczęścia. Najpierw dzięki znajomościom z rodzinnej miejscowości zostaje kierowcą ważnego polityka, potem jest kierowcą ojca Santiago. To rozmowa tych dwóch bohaterów, którzy przypadkowo spotykają się po latach w odrażających okolicznościach i idą porozmawiać do podłej knajpy zwanej Katedrą, stanowi oś opowieści. Ambrosio to postać tragiczna, wielowymiarowa, próbuje kierować swoim losem, wydrzeć życiu, co się da, potrafi być oddany do granic, poświęcić siebie, ale i tak dostaje od życia kopniaka. Przytoczę jego przejmujące słowa. Może najważniejsze w powieści?
Tak, paniczu. I co będzie robił?To co przedtem (...) Zawsze coś się złapie, jak nie tu, to gdzie indziej (...), i tak to tu, to tam, no a później to już mu pewnie przyjdzie umrzeć, no nie, paniczu?
Żeby zrozumieć cały bezmiar tragedii, jaka jest w tych słowach, napiszę, czym zajmował się Ambrosio, kiedy po latach spotkał go Santiago. Pracował w schronisku dla zwierząt, wyłapywał bezpańskie psy w czasie epidemii wścieklizny i bezwzględnie je zabijał. Robił  to za marne grosze, bo innego zajęcia nie mógł znaleźć. 
 
Ważnych bohaterów w powieści jest znacznie więcej. Ojciec Santiago, don Fermin - postać równie tragiczna, pęknięta, niejednoznaczna. Amalia, czarna służąca w domu don Fermina. Hortensja i Queta, damy do towarzystwa, a może po prostu panienki lekkich obyczajów. I minister do spraw bezpieczeństwa, o którym już wspominałam. Każdy z nich niesie swoją historię, każdy jest znakomicie sportretowany. Ich losy zazębiają się. Jest też cała masa bohaterów drugiego i trzeciego planu. Na szczególną uwagę zasługują dwie historie - ojca i syna, pana i służącego mu kierowcy.
 
Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o dwóch sprawach. Pierwsza to sensacyjny wątek, który pojawia się w powieści, tajemnica jednego z bohaterów wyjaśniająca się z czasem. To dlatego losy niektórych postaci układają się tragicznie. Druga to konstrukcja powieści, która może sprawiać momentami trudność w czytaniu. Opowieść snuta jest z perspektywy kilku bohaterów. Mieszają się narracje, kilka pierwszoosobowych z trzecioosobową, mieszają się też czasy - historia nie jest opowiadana chronologicznie. Niby całość wpleciona jest w tę tytułową rozmowę w Katedrze, która uruchamia ciąg wspomnień, ale co jakiś czas czytelnik uświadamia sobie, że śledzi i inne rozmowy. Może najtrudniejsze są te fragmenty, w których polifonicznie prowadzonych jest kilka wątków - przypomina to szybki filmowy montaż. Wtedy trzeba czytać uważnie, ale bez przesady, naprawdę nie stanowi to trudności nie do pokonania.
 
Nie da się o tak bogatej, tak wielowątkowej powieści opowiedzieć wszystkiego, nie można też za wiele zdradzać, bo w końcu sama story też jest tu ważna, a może nawet najważniejsza. Pozostaję z niedosytem, że zaledwie napomknęłam to i owo. Po prostu taką powieść trzeba przeczytać, a nie o niej rozprawiać.

"Boże Ciało"

Jesienna obfitość interesujących premier filmowych trwa. A ten weekend od dawna zapowiadał się szczególnie - do kin weszły aż trzy tytuły, które koniecznie należy obejrzeć. Trudno, musiałam złamać ustanowioną jakiś czas temu zasadę, że nie chodzę w weekend do kina dwa razy. W pierwszej kolejności pognałam na "Boże Ciało", w drugiej na "Wysoką dziewczynę", a izraelskie "Synonimy" muszą poczekać. Film Jana Komasy obejrzałam z zapartym tchem, wyszłam pod wrażeniem, a przed oczami wciąż mam niezwykłą twarz znakomitego Bartosza Bieleni. Że jest to aktor niezwykle utalentowany, doskonale wiem, bo widziałam go wielokrotnie w teatrze. 


"Boże Ciało" to historia dwudziestoletniego Daniela odsiadującego karę w zakładzie poprawczym. Wielki wpływ ma na niego ksiądz, któremu służy do mszy. Chłopak chciałby pójść do seminarium, ale kryminalna przeszłość uniemożliwia mu zrealizowanie marzenia. Kiedy jednak zostanie zwolniony warunkowo, zamiast podjąć pracę w zakładzie stolarskim, trochę przez przypadek zaczyna udawać księdza. Jego kontrowersyjne metody, wynikające początkowo z bezradności, zaskakują, z czasem jednak sprawiają, że coraz więcej wiernych z parafii przekonuje się do niego. Bo Daniel ma charyzmę i wydaje się szczerze wierzyć. Nie buduje dystansu, jest z ludźmi, angażuje się w ich problemy, słucha, próbuje dawać otuchę i nieść nadzieję, a przy tym śmiało przyznaje się do swoich słabości, wątpliwości, do swojej marności, oczywiście nie zdradzając prawdy o sobie. Z drugiej strony w zaciszu plebanii jest dawnym Danielem, zwyczajnym, młodym chłopakiem, który wyszedł z zakładu poprawczego. Tak naprawdę nie wiemy, czy rzeczywiście wierzy, bo przeszedł duchową przemianę, czy może jest tylko zafascynowany rolą księdza. Widzimy, jak do tej roli dorasta, jak początkowo zagubiony, czemu trudno się dziwić, z czasem staje się coraz bardziej pewny siebie, w dobrym tego słowa znaczeniu, i angażuje się w konflikt toczący miejscową społeczność, chcąc za wszelką cenę doprowadzić do jego rozwiązania, nie zważając przy tym na koszty, jakie może ponieść. 


Z historią Daniela bardzo mocno splata się drugi istotny temat tego filmu - to analiza zamkniętej wiejskiej społeczności, która przeżywa traumę spowodowaną tragedią, do jakiej doszło kilka miesięcy wcześniej. Ukrywanie niewygodnych faktów, wydanie wyroku, mentalny lincz, ostracyzm, układy, układziki. Daniel razem z niepokorną Elizą (znakomita Eliza Rycembel), córką kościelnej, Lidii (również znakomita Aleksandra Konieczna), próbują wyświetlić prawdę i doprowadzić do pojednania. Są jak para sprawiedliwych, którzy muszą zderzyć się ze społecznym oporem. Na ironię zakrawa fakt, że tym sprawiedliwym jest chłopak z poprawczaka, który ma za sobą nieciekawą przeszłość. Właściwie dlaczego tak mnie to dziwi? W starych dobrych westernach tez tak bywało. 


Ale oba wątki, kościelny i historia zamkniętej społeczności, spaja pytanie o wiarę. Co to znaczy wierzyć? Co z przykazaniem miłości bliźniego? Co z nakazem wybaczania? Co z nierzucaniem fałszywego świadectwa? Wiara to jedno, a życie drugie. Codzienność daleka jest od tego, jak powinien żyć prawdziwie wierzący katolik. Nie ma tu nic, czego byśmy nie byli świadomi. Z podobnymi praktykami, choć niekoniecznie w tak tragicznych okolicznościach, mamy do czynienia na co dzień. Wszędzie. W najbliższym otoczeniu i w życiu publicznym. Przecież jest oczywiste, że gdyby ci wszyscy, którzy mienią się katolikami, naprawdę próbowali wcielić przykazania w czyn, żylibyśmy w zupełnie innym społeczeństwie. I nie myślę tu tylko o politryce, ale choćby o takich codziennych sprawach jak przemoc domowa, jak wyzyskiwanie innych, jak drobne i większe kombinatorstwo, jak atakowanie tych, z którymi nam nie po drodze, z różańcem w ręku albo z Bogiem na ustach. 


Wielkość filmu Komasy polega jednak na tym, że nic tu nie jest czarno-białe. Twórcy filmu pochylają się nad wszystkimi bohaterami, starają się ich zrozumieć, nie wyszydzają ich, nie walą na odlew młotem krytyki, nie przemawiają z wyżyn swojej wielkomiejskości i moralnych racji. Chociaż bywa śmiesznie, chociaż film niesie nadzieję, pokazuje, że można się przełamać, stanąć w prawdzie, to jednak ta historia okazuje się bardzo gorzka. Daniel i Eliza są jak bohaterowie antycznej tragedii. Szczególnie on. Jego dążenie do prawdy, do wyznaczonego celu, musi zostać okupione ofiarą. Ofiarą z ciała i krwi. Czy ta ofiara na dłuższą metę obróci się na dobre? Jakie skutki dla mieszkańców wioski przyniesie jego krótka obecność? Z tymi pytaniami zostajemy. 

Im dłużej myślę o tym filmie, tym głębsze jego pokłady odkrywam. Jest tu kilka zapadających w pamięć scen znakomicie pokazywanych. Myślę nie tylko o ich ustawieniu, rozegraniu, ale także o obrazie. Szczególnie jedna zrobiła na mnie wrażenie swoją malarską urodą. Twarze, poorane zmarszczkami, naznaczone cierpieniem, pewnie też alkoholem, wyłaniają się z ciemności. W ogóle film wizualnie jest piękny. Sielska, górska okolica kontrastuje z chaosem świata, z tragedią, z nienawiścią, jaka zżera mieszkańców wsi. Jest tu też kilka świetnie nakreślonych postaci, także tych z drugiego czy trzeciego planu. No i historia Daniela z jednej strony zanurzona w rzeczywistości, z drugiej metaforyczna. Jest przecież jednocześnie i nawróconym łotrem, i człowiekiem, który dla wyższego celu decyduje się złożyć ofiarę z siebie. Jest wreszcie rozbicie między dojmującą, brudną codziennością, a pragnieniem duchowości. Czy Daniel będzie miał w sobie siłę, aby w tej koszmarnej sytuacji, w jakiej ostatecznie się znalazł, ocalić w sobie ten metafizyczny pierwiastek i dobro?

Nikos Panagiotopoulous "Dzieci Kaina"

Już sama nie pamiętam, w jaki sposób trafiłam na książkę Nikosa Panagiotopoulousa "Dzieci Kaina" (Książkowe Klimaty 2015; przełożyła Katarzyna Rowińska). Jedno jest pewne, że po przeczytaniu bardzo dobrej powieści Amandy Michalopoulou "Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę", również wydaną przez Książkowe Klimaty, zapragnęłam przeczytać coś jeszcze z literatury greckiej. Ale czy gdzieś natknęłam się na omówienie "Dzieci Kaina", czy może, co bardziej prawdopodobne, wybrałam je, studiując ofertę Książkowych Klimatów, nie pamiętam. Na pewno opis był zachęcający. Literackie requiem dla konsumpcyjnego pokolenia, które doprowadziło Grecję do upadku. (...) Co naprawdę stało się z Grecją podczas tych "cichych" lat wzrostu i prosperity? Jak wpłynęło to na ludzi? "Dzieci Kaina" są trudną i odważną próbą pokazania twarzy dzisiejszej Grecji. Właśnie na coś takiego miałam ochotę, dlatego dałam się skusić - jakiś czas temu kupiłam, a potem przeczytałam. Początkowo pochłaniałam powieść z przyjemnością i zainteresowaniem, ale z czasem lektura zaczęła mnie irytować i chociaż trudno powiedzieć, aby była nudna, to poczucie złości z powodu marnowania czasu na przeciętną książkę nie opuściło mnie już do końca. Tak to bywa z powieściami wybieranymi na czytelniczy węch - w zalewie propozycji niełatwo trafić na coś naprawdę wartościowego. Pewnie dlatego w moim czytniku przeważa literatura faktu, ale tęsknię za powieścią, szukam, szperam i co jakiś czas muszę jakąś przeczytać.
"Dzieci Kaina" to historia sześciorga byłych przyjaciół, trzech kobiet i trzech mężczyzn, którzy po dwudziestu pięciu latach spotykają się ponownie. Na zaproszenie jednego z nich, Petrosa, spędzają długi (w książce pada nazwa przedłużony) weekend w nadmorskiej wiosce, w której trzydzieści lat temu jako siedemnastolatkowie spędzili razem pierwsze wakacje. Potem przyjeżdżali tam jeszcze kilkakrotnie, aż ich losy, pod wpływem pewnych zdarzeń stanowiących ważny punkt odniesienia w powieści, mocno się rozeszły. Teraz, niechętnie, przybywają na zaproszenie Petrosa, który od lat w tym właśnie miejscu organizuje międzynarodowe warsztaty scenariopisarstwa. W czasie tego weekendu dojdzie do tragicznego wypadku - zginie Christos, najbardziej tajemniczy z całej szóstki. Niczego nie zdradzam, bo o tragedii dowiadujemy się z pierwszego rozdziału. Jego śmierć, związane z nią wątpliwości, zagadka życia staną się osią konstrukcyjną powieści.
Po latach oczywiście nic już nie jest takie samo jak kiedyś. Ani wioska, która pod naporem rozwijającej się turystyki straciła swój dawny urok, ani oni, ani ich przyjaźń, właściwie nawet trudno powiedzieć, że coś z niej zostało. Jak się zmienili? Tak, czytelniku tej notki, słusznie domyślasz się - w większości porobili finansowe i zawodowe kariery, wżenili się w dobre rodziny, zdążyli się rozwieść albo zdradzić swoje żony i mężów, dawno pozbyli się młodzieńczego idealizmu i młodzieńczej anarchii. Prowadzą konsumpcyjne, ustabilizowane życie. Jak mówi Sofia, najmniej z nich wszystkich ustawiona, najbardziej krytyczna i najbardziej rozczarowana, zawodowo robią rzeczy nikomu tak naprawdę niepotrzebne, spełniają zachcianki wykreowane przez speców od marketingu i reklamy, są na usługach bożka konsumpcjonizmu i sami konsumują. W gorzkim monologu wewnętrznym pod koniec powieści Sofia przejeżdża się nie tylko po swoim pokoleniu, ale i po greckich politykach.
Niestety wszystko to wydało mi się dość banalne, przewidywalne i bardzo naskórkowe. Jeśli chciałam o Grecji dowiedzieć się czegoś więcej, czegoś ze środka, bo przecież to grecka powieść, niewiele z tego wyszło. To rozczarowanie. A skąd irytacja? Z przerostu formy nad treścią. Nie chodzi o to, że akcja prowadzona jest niechronologicznie. To akurat podsyca ciekawość czytelnika, sprawia, że układa sobie historię jak puzzle, z czasem dowiadując się coraz więcej. Gorzej, że całość utopiona została w literackiej zabawie. Mnóstwo tu nawiązań do budowy greckiego dramatu, do konstrukcji filmowego scenariusza, gierek takich jak wychodzenie z roli, zwracanie się bezpośrednio do czytelnika, a na dokładkę muzycznych cytatów. Cała powieść aż roi się od takich postmodernistycznych chwytów. Mnie wydało się to pretensjonalne, irytujące i niepotrzebne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rozbuchana forma ma ukryć wątłą, banalną treść. Wielkie rozczarowanie. Tym bardziej w zestawieniu z powieścią Amandy Michalopoulou. Lepiej od razu po nią sięgnąć, zamiast zawracać sobie głowę "Dziećmi Kaina".

Yanick Lahens "Błogie odwroty"

Ostatnio mam szczęście do powieści. Każda przynajmniej bardzo dobra, każdą połknęłam jednym tchem, no i najważniejsze, żadna nie okazała się pospolitym czytadłem. Tak było i tym razem, kiedy z czeluści mojego czytnika wydobyłam powieść haitańskiej pisarki Yanick Lahens "Błogie odwroty" (Karakter 2018; przełożył Jacek Giszczak). Kupiłam ją jesienią po spotkaniu z autorką, która była gościem jednego z literackich festiwali. Od dawna się do niej zbierałam, ale teraz po lekturze "Zostań ze mną" nigeryjskiej pisarki Ayobami Adebayo przyszedł jej czas. Jedna niszowa literatura przyciąga drugą niszową literaturę. Ale do rzeczy.

Akcja tej niewielkich rozmiarów książeczki toczy się współcześnie w stolicy Haiti Port-au-Prince. Powieść ma wielu bohaterów o różnych kolorach skóry, w różnym wieku, z różnych warstw społecznych. Znają się albo są ze sobą jakoś powiązani. Trudno powiedzieć, kto jest bohaterem głównym. Wszyscy są jednakowo ważni. Najstarszy, Pierre,  samotny gej. Jego siostrzenica Brune, początkująca pieśniarka. Cyprien, czarny, młody adwokat, który za wszelką cenę chce zrobić karierę, wydobyć się z dna kotła, nie opaść poniżej piany. Przez jakiś czas chłopak Brune. Nerline, przyjaciółka tej ostatniej, projektuje kostiumy teatralne. Ezechiel, student, poeta, czarny, mieszka z matką i braćmi w dzielnicy slumsów. Zbuntowany, bierze udział w studenckich manifestacjach. Waner, przeciwieństwo Ezechiela, nie aprobuje przemocy, uważa, że świat można zmieniać pracą u podstaw. Ronny i Francis zagraniczni dziennikarze. Ten drugi przyjechał na Haiti na chwilę, aby napisać gładki reportaż. O pięknych krajobrazach, o ciekawych ludziach, o różnorodności kulturowej, o tyglu artystycznym. Żadnych brudów, żadnych problemów. To nie interesuje czytelników gazety, od której dostał zlecenie. No i Joubert, sąsiad Ezechiela. Ma partnerkę, dziecko, kochankę. Najchętniej żyłby sobie w miarę wygodnie i spokojnie, oglądając programy na kanałach telewizyjnych z całego świata. Szemrana postać, więcej nie zdradzę. W krótkich rozdziałach na świat, na wydarzenia patrzymy naprzemiennie z punktu widzenia jednego bohatera. Poznajemy jego historię, marzenia, lęki, obawy, pragnienia, poglądy. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, ale od czasu do czasu zmienia się w pierwszoosobową. 

Pozornie niewiele się dzieje. Brune występuje w jednym z klubów stolicy, przyjaciele chodzą na jej występy, co tydzień spotykają się na kolacji u Pierre'a, którą on sam przygotowuje. Ezechiel bierze udział w manifestacji studenckiej, a Cyprien zostaje dopuszczony przez swojego szefa do bardzo ważnego klienta. Joubert dostanie kolejne zlecenie, które przybliży go do kupna wymarzonej anteny satelitarnej. Ale Haiti i Port-au-Prince to nie jest spokojne miejsce. Bogate dzielnice sąsiadują ze slumsami, bieda miesza się z bogactwem, piękne krajobrazy są skażone zbrodnią. Napady, zuchwałe kradzieże, strzelaniny na ulicach, ciemne interesy, korupcja, przekupni politycy, płatni zabójcy, wyroki śmierci wydawane na ludzi, którzy są przeszkodą w wielkich, nie zawsze legalnych, przedsięwzięciach, to tutejsza codzienność. Tak kilka miesięcy wcześniej zginął ojciec Brune, nieprzekupny sędzia, który wiedział za dużo i nie chciał zapomnieć. Pierre próbuje przez swych ustosunkowanych przyjaciół odkryć, co ustalono w śledztwie. Pozornie niezwiązane ze sobą zdarzenia zaczynają tworzyć jedną całość. To samo dotyczy bohaterów tej powieści. Nawet jeśli się nie znają, coś ich jednak łączy. 

Nieoczekiwanie, bo początek tego nie zapowiadał, powieść okazuje się być jak puzzle, które trzeba umiejętnie złożyć, aby naszym oczom ukazał się jakiś obraz. I chociaż na koniec poznamy prawdę o tym, dlaczego i jak zginął ojciec Brune, dowiemy się nawet, kto go zabił, to przecież nie to jest najważniejsze. Nie o ten obraz w tych powieściowych puzzlach chodzi. One mają swoje drugie dno. Czarne, przygnębiające i frustrujące. To miasto i kraj pogrążone w chaosie. Niepewność losu, przypadkowa śmierć może czyhać za każdym zakrętem. Jeśli miałeś pecha i urodziłeś się w złej dzielnicy, jeśli na dodatek masz czarny kolor skóry, to twoje szanse na odbicie się od dna kotła, na pławienie się w pianie są niewielkie. A jeśli się to uda, cena może okazać się ogromna. Jakie jest wyjście? Ucieczka? Nie ma ucieczki, bo cały świat pogrąża się w chaosie. Chociaż myślę, że nasz europejski chaos ciągle jeszcze mieszkańcowi Haiti mógłby się wydać oazą spokoju. 

Być może, czytelniku tej notki, uznasz, że to nic odkrywczego, że to wszystko wiemy. Masz oczywiście rację, ale rzecz w tym jak znakomicie jest to napisane. Skondensowany, a jednocześnie kunsztowny, piękny, nasycony metaforami język powoduje, że, po pierwsze, trudno oderwać się od wykreowanego świata. Czyta się to jak w transie, podobnie jak "Internat" Żadana, o którym niedawno pisałam. A po drugie tworzy się melancholijny nastrój, który działa. Czytelnik, podobnie jak bohaterowie, dostaje obuchem w łeb, czuje trwogę świata.

Ale mimo całej grozy oni wszyscy próbują jakoś żyć w tym strasznym mieście. Utrzymać się na powierzchni, zająć się swoimi sprawami, czerpać przyjemność, kiedy tylko to możliwe. Z poezji, z piosenki, z dobrego jedzenia, z miłego towarzystwa. I tak to się plecie - drobne sprawy, radości, chwile szczęścia, często jego źródłem jest seks, a tuż obok zbrodnia, śmierć, tragedie, brudy świata. Dużo tu pesymizmu, czarnych barw, ale jest też na przekór wszystkiemu jakaś nadzieja, jakieś światło.

PS. Powieść jest nasycona cytatami z piosenek i wierszy oraz aluzjami do tekstów literackich i filozoficznych. Na koniec zostały podane ich źródła. To dodatkowa wartość, ale dla bardzo erudycyjnego czytelnika, jakim nie jestem. Ale i bez tego lektura "Błogich odwrotów" dostarcza wielkiej satysfakcji.

PS. Ponieważ o Haiti właściwie nic nie wiedziałam, zaczęłam szperać w internecie. Znalazłam ciekawy wywiad z Yanick Lahens i kilka innych artykułów oraz reportaży.

Ayobami Adebayo "Zostań ze mną"

Mam w internecie miejsca, do których zaglądam w poszukiwaniu ciekawych nowości książkowych. To albo strony moich ulubionych wydawnictw, albo portale, na które wchodzę. Jednym z takich miejsc jest stała rubryka Krytyki Politycznej, którą prowadzi Kinga Dunin. Zawsze przeglądam tytuły, jeśli rzecz wydaje mi się ciekawa, próbuję zorientować się, czy warta jest grzechu. Tak trafiłam na świeżynkę - debiutancką powieść nigeryjskiej pisarki Ayobami Adebayo "Zostań ze mną" (Marginesy 2019; przełożyła Karolina Iwaszkiewicz). Przyznam, że nie czytałam dotąd żadnej książki autorstwa pisarki czy pisarza z głębi Afryki. Znam kilka powieści z RPA, coś z północy, ale nic więcej. Nie liczę tu oczywiście literatury izraelskiej, którą pilnie śledzę, ale trudno ją uznać za afrykańską. A chyba najbardziej rozpoznawalny Alain Mabanckou? Ze wstydem przyznaję, że niestety nie czytałam, a pewnie powinnam. Być może będę próbowała nadrobić zaległości. Ale kiedy? No kiedy? Mój czytnik puchnie w szwach i mimo że mieszczę się w ścisłej czołówce polskich czytelników (średnio cztery książki miesięcznie), oczywiście i tak nie nadążam. Ale do rzeczy.

Po powieść nigeryjskiej pisarki postanowiłam sięgnąć z ciekawości, skuszona egzotyką  miejsca. I nie żałuję. Znalazłam tu to, czego oczekiwałam - lokalny koloryt, tło polityczne i społeczne, ciekawe, głębokie portrety bohaterów, interesujący temat i emocje. Ta historia nie pozostawia czytelnika obojętnym. A poza tym powieść zwyczajnie wciąga, trudno się od niej oderwać. 

To historia nigeryjskiego małżeństwa, które nie może doczekać się dzieci. Oboje po studiach, ona Yejide, prowadzi własny salon fryzjerski. Właściwie zawsze chciała zostać fryzjerką, na uniwersytet poszła, aby udowodnić rodzinie, że jest coś warta. On, Akine, pracuje w banku, dobrze zarabia. Mają swój dom, samochody i dość pieniędzy, aby wykupić budynek, w którym mieści się jej zakład, aby kupować akcje, aby w razie czego pomagać rodzinie. Poznali się, kiedy Yejide studiowała, a Akine pracował już w banku. Ona od dziecka wyobcowana, osamotniona, bo wychowywała się bez matki, która zmarła przy porodzie, wśród niezbyt przychylnie nastawionych do niej kilku żon jej ojca i przyrodniego rodzeństwa, lgnie do niego, bo wreszcie jest ktoś, kto się nią interesuje. Po latach zorientuje się, że tak naprawdę go nie znała. Była naiwna i niedojrzała. Ale czy można się dziwić? 

Akine, który bardzo ją kocha, jest gotów bardzo dużo dla niej poświęcić. Jak się później okaże, wielka miłość do żony, chęć zrealizowania jej największego marzenia doprowadzi ich związek do ruiny. Bo pragnieniem Yejide i jej powinnością jest posiadanie dziecka, a najlepiej kilkorga. I koniecznie musi być przynajmniej jeden syn. Kiedy kilka lat po ślubie dziecka nie ma, do ataku rusza rodzina Akine. Dla wszystkich jest oczywiste, że wina leży po stronie Yejide. Teściowa, kobieta prosta, wierzy w znachorów, zioła, szamanów i inne tego typu metody. Zrozpaczona Yejide, także pod presją rodziny męża, jest gotowa na wszystko, aby tylko urodzić dziecko. Akine, jak już wspomniałam, też zrobi wiele, bardzo wiele, aby spełnić pragnienie swojej żony. Ten splot rozmaitych okoliczności doprowadzi do depresji, rozpaczy, nieszczęść i tragedii. 

Bardzo trudno pisać o istocie powieści Ayobami Adebayo bez spojlerowania, a to byłoby jednak grzechem niewybaczalnym. Wiele tu zaskoczeń, skrywanych głęboko tajemnic, które czytelnik poznaje stopniowo. Z pierwszych stron powieści dowiadujemy się tylko, że małżeństwo Yejide i Akino właściwie nie istnieje. Potem następuje retrospekcja, najważniejsza część książki, z której poznajemy historię ich związku. Akcja toczy się trochę w roku 2008, ale zasadnicza część opowieści to lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Każda z czterech części coraz bardziej przybliża nas do odkrycia niezwykłej tajemnicy. Powie ktoś, że to, czego się w końcu dowiemy, jest niewiarygodne, że to bujna wyobraźnia pisarki. Zapewniam, że znam podobną historię z naszych polskich realiów. Tyle tylko, że zakończoną happyendem. Przynajmniej pozornie, bo co naprawdę czuli uczestnicy dramatu, tego nie wie nikt. Jakie namiętności nimi szarpały? Jakie zazdrości?

O czym w takim razie mogę napisać? O ciekawym tle politycznym i społecznym. Bohaterowie, chociaż pogrążeni w swoich nieszczęściach, żywo interesują się polityką. Zamachy stanu, polityczne protesty, rządy wojskowych, wreszcie upragnione wybory, korupcja - to wszystko niby pozostaje na marginesie zasadniczych zdarzeń, ale stanowi jednak istotne tło. Podobnie jak stające się plagą kradzieże, zuchwałe napady i ściąganie haraczy, które zmuszają klasę średnią do robienia ze swoich domów fortec i zatrudniania na osiedlach ochroniarzy przechadzających się po ulicach z bronią w ręku. Mogę też napisać o bardzo ciekawym tle obyczajowym. O rozdźwięku między pokoleniem rodziców i dzieci. Wiara w duchy, szamanów, sny, przepowiednie kontra wykształcenie i rozum. Matka Akina z pogardą i złością mówi o tym, że młodzi dali się zwesternizować. Oczywiście formułuje to znacznie prościej i dosadniej. Ona raczej powie o tym, że biali odebrali im duszę.

A poza tym jest to też opowieść o wielopokoleniowej, nigeryjskiej rodzinie, o rodzinnych więzach, tajemnicach, dramatach. Rodzinie, w której normalne jest wielożeństwo, w której szacunek należy się według starszeństwa, w której niezwykle silna jest rola matki, seniorki rodu. Młode, wykształcone pokolenie niby ucieka od tradycji, ale jeszcze mocno jest w niej zanurzone. No i wreszcie mamy tu historię kobiety. Jej zmagań z cierpieniem, nieszczęściem, borykania się z losem, który co i rusz mocno uderza. I jej wyborów, które mogą dziwić, szokować, budzić zdumienie. Ja rozumiem decyzję Yejide, głęboko jej współczuję. 

Całość można wpisać w plan antycznej tragedii, w której bohaterowie nie mają dobrego wyboru. Czego by nie zrobili i tak będzie źle. Los zemści się na nich. Dlaczego? Bo milczeli, bo nie potrafili przyznać się do swoich ograniczeń i słabości, bo kłamali. Tym to trudniejsze, że rozgrywa się w społeczeństwie patriarchalnym, tradycyjnym. Czy Akine mógł postąpić inaczej? Też był pod presją swojej matki i rodziny.

Powieść nigeryjskiej pisarki okazała się nadzwyczaj ciekawa. Nie tylko ze względu na tamtejsze realia. No i inaczej spojrzałam na Nigerię, która dotąd kojarzyła mi się tylko źle. Oczywiście problemów tam nie brakuje, ale normalne życie też się toczy.

Popularne posty