Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wina. Pokaż wszystkie posty

Sebastian Barry "Tymczasowy dżentelmen"

Irlandzki pisarz, Sebastian Barry, bardzo szybko awansował do grona

moich ulubieńców. Dzięki chłopakom z wydawnictwa ArtRage regularnie dostajemy jego kolejne powieści. To efekt ich fascynacji tym autorem i przekonania, że trzeba go na polskim rynku wydawniczym promować. Jak udaje się to ostatnie, nie mam pojęcia, ale póki co jego książki stale się ukazują. I oby tak dalej. 

Nie muszę dodawać, że nie mogłam się doczekać lektury najświeższej powieści Sebastiana Barry'ego, "Tymczasowy dżentelmen" (2025; przełożyła Agnieszka Walulik). Niestety z różnych powodów trochę mi zeszło, aż wreszcie przyszedł czas, aby się swobodnie za nią zabrać. Wielbię wszystkie jego cztery powieści, które dotąd przeczytałam (w ArtRage'u wyszło ich pięć), ale mam wśród nich swoją hierarchię. Na piedestale stawiam dwie, na równi, "Czas starego boga" i "Tak daleko od domu", a zaraz po nich właśnie "Tymczasowego dżentelmena". Co nie znaczy, że nie podobało mi się "Po stronie Kanaanu".

Pisarz lubi układać swoje książki w rodzinne cykle. "Tymczasowy dżentelmen" to historia Jacka McNulty'iego. Wiem, że ma się ukazać powieść, której bohaterem będzie jego brat, Eneas. Już ostrzę sobie na nią zęby. Ale czas przejść do najnowszej powieści Sebastiana Barry'ego.

Trzeba przyznać, że autor potrafi zaskakiwać. Każda z czterech jego książek jest zupełnie inna, a jednak coś je łączy. Jedno to splecenie losów bohaterek i bohaterów z burzliwą historią Irlandii. Czasem bardziej, czasem mniej, ale kontekst historyczny jest w każdej z nich ważny. Drugie to niestety smutek, a nawet w niektórych brak nadziei. Dlatego nie zaskakuje, że "Tymczasowy dżentelmen"  jest powieścią mroczną, chociaż nie od początku. Muszę przyznać, iż przez jakiś czas miałam nawet poczucie, że życie bohaterów i bohaterek przypomina flautę, że nic niespodziewanego i strasznego się im nie wydarzy. Wprawdzie zaczyna się wszystko od dramatycznego epizodu z czasów drugiej wojny, ale zaraz potem następuje przeskok czasowy do lat pięćdziesiątych, a wtedy życie Jacka toczy się spokojnie. Mieszka w stolicy Ghany, Akrze, gdzie przez jakiś czas pracował dla ONZ-etu, wspomina lata swoich studiów, kiedy poznał i zakochał się w Mai Kirwan, która została jego żoną, czas spędza samotnie lub na rozmowach ze swoim czarnoskórym służącym, a właściwie przyjacielem. Nieco rozczarowana miałam wrażenie, że tak będzie już do końca. Jak bardzo się myliłam!

Wkrótce okazuje się, że Jack nie tylko wspomina, ale spisuje swoje życie, historię swoją i Mai. Ma mu to pomóc uładzić się ze sobą, ruszyć do przodu, wrócić do Irlandii, gdzie mieszkają jego córki i wnuczki. Chciałby wreszcie prowadzić rzeczywiście spokojne życie, spełniać się w roli dziadka. Najpierw jednak musi zejść w otchłanie swojej przeszłości, dotknąć jądra ciemności. 

Chciałbym zapytać Boga, a jeśli nie Boga, to jakiegoś dobrotliwie nastawionego anioła, o odpowiedź na pytanie, dlaczego  Mai Kirwan przypadł w udziale taki los, dlaczego spośród wszystkich kobiet na świecie, jej właśnie zapisano taką przyszłość, choć zaczynała tak pełna obietnic i szczodrych darów.

Nie przez przypadek robię tu aluzję do powieści Conrada. Nie przypuszczam, aby autor do niej nawiązywał, ale mnie to zstąpienie Jacka w głąb siebie, dotknięcie tego, co wstydliwe, tego, co ciemne, fakt, że ta podróż do zakamarków duszy  ma miejsce w Afryce, jakoś skojarzyło się z "Jądrem ciemności". Podobnie historia jego ciemnoskórego towarzysza, który w czasie wojny dzielnie bił się nie o swoją sprawę w szeregach armii brytyjskiej, a potem, gdy przestał być potrzebny, nikogo jego los nie obchodził, a nawet, gdy dołączył do tych, którzy upominali się o swoje prawa, został, jak i oni, bezwzględnie potraktowany.

Gdy opuścił swoją wioskę, żeby zaciągnąć się do pułku Złotego Wybrzeża, nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie będzie go przez trzy czy cztery lata, bez żadnego urlopu.  

... nie miał pojęcia o świecie, nigdy w życiu nie widział żadnego miasteczka, już nie wspominając o takich miejscach jak Akra.

Kiedy wrócił z wojny, doszło do jakichś problemów z rentami żołnierskimi, tak więc on i jego towarzysze broni przemaszerowali ulicami Akry, aby to oprotestować, i policja zabiła kilka osób. Co, bez dwóch zdań, nie było zbyt pięknym podziękowaniem za udział w obronie imperium.

Losy ciemnoskórego Toma to jednak tylko wątek poboczny, najważniejsza jest historia Jacka i Mai. Spotkali się w czasie studiów, pochodzili z różnych klas. Jego rodzina w hierarchii społecznej i majątkowej stała znacznie niżej niż jej. Ojciec Mai od początku był przeciwny ich związkowi, a jednak Jackowi udało się przezwyciężyć przeszkody i doprowadzić do ślubu. Dziewczyna miała ambicje, interesowała się polityką, w irlandzkim sporze opowiadała się za niepodległością. Przynajmniej tak widział ją on, bo jej historię poznajemy z jego perspektywy. Ale dlaczego miałby ją upiększać? Odwrotnie, czując się winnym temu, co się z nią potem działo, mógłby o tym nie pisać, uczynić ją w swoich wspomnieniach zwykłą dziewczyną. A jednak pisze o niej z tamtego okresu jako o samodzielnej, trochę nieprzewidywalnej, żywiołowej, bystrej dziewczynie, która mu imponowała. Tymczasem on stał z boku, trzymał się z daleka od polityki, służył w armii brytyjskiej. Być może przestrogą był dla niego los jego brata Eneasa, ale o tym będzie kolejna powieść.

To, co najważniejsze w tej książce, rozegra się  po ślubie Mai i Jacka. Trudno o tym pisać tak, aby jak najmniej zdradzić z ich dalszych losów. Wprawdzie najważniejsza jest głębia przeżyć i emocji, ale jednak to, co się działo w ich małżeństwie, było dla mnie zaskoczeniem, nie chciałabym więc odbierać czytelniczej przyjemności odkrywania ich losów tym, przed którymi dopiero ta lektura. Z konieczności ucieknę się do dość ogólnikowych stwierdzeń i pytań.

Jest to opowieść o wielkiej miłości, która nie jest dość uważna i która nieświadomie krzywdzi. O miłości, która trwa mimo przeszkód. I Jack i Mai to postacie tragiczne. Czy ona powinna wychodzić za mąż? Właściwie dlaczego zdecydowała się na małżeństwo? Są drobne przesłanki, aby sądzić, że się wahała, a może nawet  nie chciała, a potem weszła w rolę żony i matki. Czy powinna zostawać matką? A może gdyby Jack był dość uważnym mężem, mógłby jej pomóc? Czy rzeczywiście poradziłby sobie sam? Dziś potrafimy nazwać problemy Jacka i Mai, wtedy nie było to takie oczywiste. Chociaż jej przyjaciółka ostrzega Jacka, że  dzieje się z nią coś niepokojącego, on niczego nie widzi, a potem woli problem od siebie odsunąć. 

Och, Queenie, Queenie, myślałem, weź sobie tę podłą prawdę i odejdź. Jeśli ją zabierzesz, nie będę musiał o niej myśleć, wygnam ją ze swojej głowy.

Czy powinien zaciągać się do brytyjskiej armii, kiedy wybuchła druga wojna, i zostawiać żonę samą z córeczkami? Przecież to nie była ich, irlandzka, wojna. A może tak było łatwiej, z dala od kłopotów, rzucić się w wir wojennej przygody? A może jednak czuł, że tak trzeba, stanąć do walki o wartości? Bo jak mówią słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego: ... męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać. Dziś trudno się z nimi zgodzić. 

- Jack, ciebie tutaj nie ma. One potrzebują ojca.

- Pojechałem na wojnę. Na wojnę. Cały świat pojechał na wojnę.

- I co ty, do diabła, tam robisz? - zapytała Mai. - W Irlandii figę to wszystkich obchodzi.

Jack był dumny ze swojego udziału w wojnie, ale nie tylko Mai to nie obchodziło. Bieda, jaka była jej skutkiem, tym bardziej skłaniała tych, którzy nie wzięli w niej udziału, do okazywania pogardy tym, którzy dali się omamić i walczyli o nie swoją sprawę.

Wojna oznaczała zwyczajnie jedną wielką niedogodność.

Na ile Mai niszczyła sama siebie, a na ile Jack pociągnął ją na dno? Swoją niefrasobliwością, swoim lekkim stylem życia, który okazał się być zaraźliwy. Czy gdyby nie wyszła za niego za mąż albo nie wyszła za mąż w ogóle, jej los potoczyłby się inaczej? A jednak chyba mimo wszystko go kochała. W godzinie ostatecznej próby Jack się sprawdził. Niestety krzywdząc siebie, krzywdzili też dzieci, które stały się ofiarą tej sytuacji.

Jest to też powieść o rozczarowaniu. Bo Jack będąc w Afryce, zaczyna rozumieć, na jak fałszywych i kruchych podstawach oparta była jego wiara w imperium brytyjskie. Pomaga mu w tym przyjaźń z Tomem, któremu odpłacono pięknym za nadobne. Stąd tytuł "Tymczasowy dżentelmen". Irlandczyk, a tym bardziej Afrykanin, angielskim dżentelmen może się poczuć tylko przez chwilę. Kiedy zrobi swoje, nie jest nikomu potrzebny.

Ale to wszystko było oczywiście dawno temu, setki różnych losów i historii pochłonęły moich towarzyszy, tak jak mnie pochłonął mój własny los. Tkwimy w ogromnym brzuchu wieloryba zdarzeń, jego ciemność poczytaliśmy sobie za przyjemną noc, a unoszący się tam fosforyzujący plankton za gwiazdy.

Te słowa mogłyby posłużyć za motto "Tymczasowego dżentelmena". Kolejna bardzo dobra, ale bardzo mroczna powieść Sebastiana Barry'ego. 

Tommi Kinnunen "Powiedziała, że nie żałuje"

O powieści fińskiego pisarza Tommiego Kinnunena "Powiedziała, że

nie żałuje" (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożył Sebastian Musielak) słyszałam, kiedy się ukazała i sporo się o niej mówiło przy okazji promocji. Nawet zastanawiałam się, czy jej nie kupić, ale widocznie aż tak bardzo o tym nie marzyłam, skoro tkwiła sobie na liście alertów cenowych  mimo pojawiającej się od czasu do czasu atrakcyjnej ceny. Raz nawet z niej wypadła w ramach czyszczenia owej listy, ale po przeczytaniu "Pułkownikowej" Rosy Liksom wróciła, bo postanowiłam ją jednak przeczytać. Dlaczego? Bo wydała mi się znakomitym uzupełnieniem tamtej powieści - akcja obu toczy się w czasie drugiej wojny i tuż po niej w Finlandii. To takie książki, które otwierają oczy na coś, o czym się nie miało pojęcia. Pisząc o "Pułkownikowej", przyznałam się, że niewiele na temat historii Finlandii wiedziałam, ot tyle, że w czasie drugiej wojny Finom udało się odeprzeć atak armii radzieckiej, a potem utrzymać niepodległość, ale za cenę czegoś, co określa się terminem finlandyzacja. Jednym słowem i w dużym uproszczeniu znajdowali się gdzieś pomiędzy państwami bloku wschodniego, a krajami Zachodu. Teraz, przystępując do lektury książki Tommiego Kikunnena, byłam już oczywiście mądrzejsza.

Akcja powieści osnuta jest wokół ostatniego epizodu drugiej wojny na terenie Finlandii. Po zawarciu pokoju z ZSRR Finowie zerwali sojusz z III Rzeszą i doszło do wojny nazywanej lapońską. Armia niemiecka wycofała się do Norwegii z północnych terytoriów kraju, na których wcześniej stacjonowała po zawarciu paktu z neutralną Finlandią. Niemcy stosowali taktykę spalonej ziemi. Opuszczone przez Finów miasta i wioski systematycznie podpalano, mosty na rzekach burzono, minowano drogi i porty. Jak to w takich sytuacjach bywa, odwrócenie sojuszy powoduje też rozmaite niewygodne problemy. Nagle ci wszyscy, którzy dotąd popierali Niemców, stają się kolaborantami i zdrajcami. Mniejsza o polityczne tuzy, ale jak ma się w tym odnaleźć zwykły szary człowiek, który niespecjalnie zastanawiał się nad tym, co się dzieje? Nie wiedział albo wolał nie wiedzieć, co robią naziści. Bardziej lub mniej ochoczo wchodził w kontakty z niemieckimi żołnierzami. Znakomicie pokazuje to wspomniana już "Pułkownikowa".

Bohaterkami powieści Tommiego Kikunnena są właśnie takie kobiety. Jest ich pięć. Z różnych powodów zabrały się  do Norwegii z niemiecką armią, aby tam pracować na jej rzecz. Jedna była pielęgniarką i nie chciała zostawić chorego, którym się opiekowała, inna praczką, główna bohaterka, Irene, pracowała w kantynie, a jeszcze inna zajmowała się tym samym, co wcześniej - była pracownicą seksualną, chociaż przyznam, że to poprawnościowe określenie w kontekście powieści nie bardzo pasuje. Najchętniej użyłabym tego przaśnego i mocnego słowa. Takich kobiet jak one, a pewnie i mężczyzn, były setki albo i tysiące. Dlaczego to zrobiły? Jedne być może z powodów ideologicznych, inne, bo związały się z jakimś niemieckim żołnierzem, jeszcze inne, bo chciały zarobić, pewnie były i takie, które bały się poniewierki i nędzy związanej z ewakuacją na południe Finlandii i ucieczka z niemiecką armią wydała im się opcją bezpieczniejszą. Kiedy naziści ostatecznie przegrali, zostały na lodzie. Nielicznym, najczęściej tym, które były w ciąży z niemieckimi żołnierzami, pozwolono ewakuować się drogą morską razem z armią. Inna sprawa, czy dopłynęły, bo wiele statków zostało zatopionych. A jeśli, to i tak ich los mógł być marny. Pozostałe zostały zamknięte w norweskich obozach, gdzie na początek  ogolono im głowy jako widomy znak hańby. Potem miały zostać przewiezione do Finlandii, gdzie czekały na nie takie same obozy i przesłuchania. Tym pięciu kobietom, bohaterkom powieści, udało się uniknąć tego losu - odzyskały paszporty, przekroczyły granicę z Finlandią, do czego zresztą dokumenty nie były im potrzebne, bo nikt jej nie pilnował, i wyruszyły pieszo do domu. 

Szły przez pustkowie. Rzadko spotykały ludzi, bo tylko nielicznym pozwolono już wrócić do zgliszcz swoich domów. Spały najczęściej pod gołym niebem, za posłanie mając gałęzie, wydzielały sobie skromne racje jedzenia, dźwigały walizki, stopy miały całe w pęcherzach. Ogolone głowy, widomy znak ich hańby, ukrywały pod chustkami zrobionymi z sukienki. Przeprawiały się przez rzeki, musiały uważać na miny. Marzły i mokły. Szły tak przez wiele tygodni, nie bardzo wiedząc, co zastaną na miejscu i jak wytłumaczą najbliższym fakt, że wyruszyły z niemiecką armią. Im bliżej domu, tym bardziej przypominały ludzkie wraki.

Tommi Kinnunen oddaje w swojej powieści głos kobietom, o których dotąd milczano.  A dlaczego milczano? O tym mówi jedna z bohaterek.

Irene wiedziała, że nie będzie mogła nigdy opowiedzieć o tej wędrówce. Nie będzie mogła nikomu opisać, jak długo trwała ani jak strasznie była mozolna, nie będzie mogła wspomnieć o swoich towarzyszkach ani nawet próbować się dowiedzieć, co się stało z Aili albo z Siiri. Będzie musiała do końca życia milczeć ...

Autor porusza w swojej powieści trzy zasadnicze problemy. Pierwszy dotyczy tego, jak inaczej za kolaborację z Niemcami oceniano kobiety i mężczyzn. 

Finowie, którzy walczyli u boku armii niemieckiej, mają swoje towarzystwo pamięci, natomiast z pracujących dla tej samej armii Finek zrobiono po wojnie albo kurwy, albo nastolatki, którym miłość uderzyła do głowy. Dlaczego czyny mężczyzn usprawiedliwia się rozkazami z góry, a kobiety obarcza się odpowiedzialnością indywidualną? (To ze wstępu autora.)

Żołnierze nie rozumieli strachu, który ściskał serca pozostających na lądzie. Oni nie musieli się bać, bo za nich zawsze ktoś odpowiada, a kobiety są na wojnie zdane na siebie, polują na nie wszyscy.

Mężczyźni mogli wspominać w kantynie poległych towarzyszy broni, kobietom jednak nie wolno było zbyt długo opłakiwać zaginionych koleżanek. Wracający z frontu żołnierze potrzebowali ich radości, a nie smutku.

Drugi, ten najbardziej delikatny, to problem winy tych kobiet. Z jednej strony im współczujemy, z drugiej zdajemy sobie sprawę, że współpracowały z Niemcami, a wcale przecież nie musiały tego robić. Żadna z nich nie została przez niemieckich żołnierzy zabrana do Norwegii siłą. Oczywiście nie one dokonywały zbrodni, ale spały ze zbrodniarzami, gotowały dla nich, sprzątały ich kwatery, obsługiwały w kantynie. Widziały, jak żołnierze podpalają wioski mijane po drodze. Im dłużej idą, tym lepiej rozumieją, że to, co zrobiły, nie było niewinne. 

Irene zrozumiała, że chociaż sama nikogo nie skrzywdziła, to jednak miała w tym swój udział. Tak jak pozostałe, i ona słyszała, co wyprawiali niemieccy żołnierze, potem jeszcze widziała to i owo, a jednak milczała. (...) Łatwo było udawać niewiniątko, kiedy człowiek myślał, że stoi po stronie zwycięzców, i wiedział, że w imię prawdy trzeba by się pożegnać z wieloma rzeczami.

Teraz już strach przed śmiercią nie ściskał jej za gardło - jego miejsce zajął strach przed życiem.

Czy z perspektywy czasu żałowały, że pracowały dla Niemców? Czy nadal uważały, że wszystko, co robiły, było słuszne, czy jednak wiedząc, jak to się skończyło, zaczynały mieć pewne wątpliwości? A co ich kraj sądził o swoim udziale w tej wojnie?

Jest i kwestia trzecia, najbardziej optymistyczna. Otóż wspólna wędrówka zmienia te kobiety. Stają się silne i chcą same stanowić o sobie, żadna z nich nie pragnie powrotu do życia, jakie prowadziła wcześniej. 

Po powrocie do domu Siiri nie zamierzała odpowiadać za nic, za co nie pociągano do odpowiedzialności mężczyzn.

To wszystko nie oznacza, że stworzyły wspólnotę. Chociaż dużo ze sobą rozmawiały, chociaż się sobie zwierzały, chociaż się wspierały, mają świadomość, że nie będą szukały kontaktu ze sobą. Dlaczego? Może dlatego, że spotkanie przypomniałoby im o współwinie?

A wreszcie jest też w powieści moment, który karze się zastanowić nad dylematami etycznymi. Najstarsza z nich i najmniej winna, pielęgniarka, jest najsłabszym ogniwem tej drużyny. Ma problemy ze stawami, idzie najwolniej, trudno jej dźwigać walizkę. Może nie powinna z nimi wyruszyć, tylko zostać z innymi kobietami w chacie pogranicznika? Jak długo mogą jej pomagać? Co zrobić, kiedy opóźnia marsz? A kiedy nie ma już siły? Nie mogę oczywiście zdradzać szczegółów i napisać, jak jej towarzyszki rozwiązały ten dylemat. W każdym razie to moim zdaniem najbardziej tragiczna bohaterka.

I na koniec moja ulubiona refleksja, coś, co nigdy nie daje mi spokoju.

Świat został pomyślany tak dziwacznie, że gdy na jednym brzegu rzeki życie toczy się jak dawniej, drugi zostaje doszczętnie zniszczony.

Bardzo ciekawa powieść. Warto jej lekturę uzupełnić "Pułkownikową" Rosy Liksom.

James Baldwin "Mój Giovanni"

"Mój Giovanni" (Karakter 2024; przełożył Andrzej Selerowicz) to

moje trzecie spotkanie z tym amerykańskim pisarzem. Kilka lat temu po obejrzeniu ekranizacji sięgnęłam po powieść "Gdyby ulica Beale umiała mówić", a potem odpadłam od zbioru esejów wydanych też przez Karakter i nigdy już do niego nie wróciłam.

Akcja "Mojego Giovanniego" toczy się w powojennym Paryżu, chociaż muszę uczciwie przyznać, że trudno szukać w powieści jakichś odniesień do czasu zdarzeń. David, Amerykanin, wspomina historię swojej znajomości z Giovannim, młodym Włochem, którego poznał, gdy ten pracował w jednym z paryskich nocnych barów. W tym czasie dziewczyna Davida, Hella, podróżowała po Hiszpanii, bo chciała zastanowić się nad przyszłością ich związku. Ta znajomość bardzo zaważy na życiu tych trojga. 

Zacznę od tego, co może najmniej istotne - powieść Jamesa Baldwina przypominała mi trochę moją ulubioną książkę Ernesta Hemingwaya "Słońce też wschodzi", która ukazała się jakiś czas temu w nowym tłumaczeniu pod tytułem "Słońce zaś wschodzi" i przyznam, że  tej zmiany nie rozumiem. Tu dygresja, żeby się przekonać, czy tę powieść nadal mogłabym zaliczyć do tej kategorii, musiałabym ją jeszcze raz przeczytać, bo moje ponowne lektury książek Hemingwaya kończyły się różnymi wnioskami. Ale do rzeczy - to podobieństwo zasadza się na tym, że bohaterowie spędzają sporo czasu, wędrując po Paryżu i zaglądając do knajp. Żyją jak niebieskie ptaki, szczególnie David. Jest i drugie skojarzenie z Hemingwayem, tym razem mniej pozytywne - w pewnym momencie miałam wrażenie miałkości tych rozmów, które toczyły się w zadymionych barach. Poczułam się rozczarowana. Szybko jednak okazało się, że niesłusznie. 

"Mój Giovanni" jest dla mnie interesujący z trzech powodów. Pierwszy, to poszukiwanie własnej tożsamości przez Davida. Tu będę pisała wprost, bo z opisu wydawcy można się domyślić, że pod nieobecność Helli główny bohater nawiązuje romans z Giovannim. Raz jeden w czasach szkolnych przydarzyła mu się podobna historia, ale skrzętnie ją ukrył i wyparł. W Paryżu, gdzie czuł się swobodnie, bo nikt go bliżej nie znał, no i obracał się w towarzystwie młodych chłopaków, którzy za pieniądze sprzedawali się starym bogatym gejom (w tamtych czasach oni oczywiście używali słów cioty albo pedały), uległ melancholijnemu urokowi Giovanniego i pozwolił mu się uwieść. Szybko stał się dla niego bardzo ważny, pokochał go. Ale była przecież Hella. Czy David postawi sprawę jasno i wybierze Giovanniego? Czy będzie miał odwagę nie wstydzić się i asekurować

... jakieś wewnętrzne głosy napominały mnie: Wstyd! Wstyd! Tak nagle, w tak obrzydliwy sposób wplątać się z jakimś chłopcem.

 W każdym razie cokolwiek zrobiłem, wciąż tkwiło we mnie jakieś inne "ja", osłupiałe i zmartwiałe ze strachu przed życiem. Giovanni rozbudził we mnie pożądanie, uwolnił mnie od zmartwień. 

Czy możliwa jest ich wspólna przyszłość? I jak miałaby wyglądać, skoro obaj są bez grosza? Czy David wie, kim jest? Z kim chce być? Z Hellą czy z Giovannim?

Zwierzę, które obudził we mnie Giovanni, już nigdy nie zaśnie. Lecz któregoś dnia nie będzie już przy mnie Giovanniego. A wtedy - czy będę wtedy jak inni biegać za wszystkimi możliwymi chłopakami po Bóg wie jakich ciemnych ulicach, po jakichś mrocznych zaułkach?

Nawet w takim społeczeństwie jak francuskie mogliby być razem tylko dlatego, bo znajdowali się na marginesie - cudzoziemcy, niebieskie ptaki. Gdyby jednak byli ludźmi poważnymi i poważanymi, na stanowiskach, musieliby swoje prawdziwe ja ukrywać, chociaż homoseksualizm we Francji już nie był karany, podczas gdy w wielu innych krajach nadal jeszcze można było trafić do więzienia.

Kolejny powód, dla którego ta powieść nie pozostawiła mnie obojętną, to problem winy. Tu znowu zmuszona jestem do pisania o tym w formie pytań, bo więcej zdradzić nie mogę. Wprawdzie pewne sugestie, jak skończyła się ta historia, pojawiają się dość wcześnie, ale są na tyle niewyraźne, że dopiero znacznie później dowiadujemy się, co się wydarzyło. Czy David jest odpowiedzialny za to, co stało się z Giovannim? A jeśli tak, to w jakim stopniu? To kluczowe pytanie  tej powieści.

No i jest jeszcze jedna kwestia, która zwróciła moją uwagę i która wydaje się ponadczasowa, a może nawet ważniejsza teraz niż wtedy, kiedy powieść się ukazała. To kwestia klasy. W tamtych czasach na pewno na pierwszy plan wysuwały się problemy Davida zmagającego się z własną tożsamością. Dla mnie bardzo poruszająca była sytuacja Giovanniego i chłopaków takich jak on, którzy przybyli do Paryża, ale to miasto ich nie potrzebowało i odrzucało. Giovanni, który przyjechał do Francji z Włoch, z trudem utrzymuje się na powierzchni. Nawet kiedy ma pracę w barze, to i tak skazany jest na wynajmowanie nędznego pokoju na obrzeżach. Jest uzależniony od widzimisię właściciela traktującego go bardzo instrumentalnie. Tacy młodzi mężczyźni bez pieniędzy stają się łatwym łupem tych bogatych starych i najczęściej obleśnych ciot. Przynajmniej taki ich obraz odnajdujemy w powieści. Jakże inny od tego z książki chilijskiego pisarza, Pedro Lemebela, "Drżę o ciebie matadorze", która mnie olśniła. Czy tacy ludzie jak Giovanni mają jakąś szansę? Czy mają przed sobą jakąś przyszłość? Czy skazani są na dryfowanie, uzależnienie od pańskiej łaski, która na pstrym koniu jeździ? Co musieliby zrobić, aby ułożyć sobie życie? W kluczowym momencie to, że Giovanni jest cudzoziemcem, stanie się orężem w dłoniach tych umoszczonych  w mieszczańskim Paryżu mężczyzn, którzy skrzętnie ukrywają swoje tajemnice. To będzie tarcza, za którą będą mogli się skryć, przybierając maski szacownych mężów i ojców. Nikt też, poza Davidem, nie będzie roztkliwiał się nad Giovannim, wnikał w jego motywacje. Teraz nasunęło mi się skojarzenie ze sprawą Dreyfusa, na którego łatwo dało się zrzucić winę, bo był Żydem, obcym. Co prawda doszukiwanie się podobieństwa obu przypadków nie jest do końca uprawnione, ale mechanizm odrzucania i oczerniania obcego jest ten sam.

Na koniec dodam jeszcze, że bardzo ciekawa jest historia tłumaczenia tej powieści przez Andrzeja Selerowicza, o czym dowiadujemy się z jego posłowia.

Zeruya Shalev "Los"

Izraelska pisarka Zeruya Shalev należy do moich ulubionych. Odkąd

zetknęłam się z jej twórczością, a było to dopiero kilka lat po jej polskim debiucie, kupuję i czytam wszystkie jej powieści, nie oglądając się na recenzje, które zresztą zawsze są pozytywne. Jej książki mogą mi się podobać bardzo, rzadziej trochę mniej, to był przypadek wychwalanego "Bólu", ale zawsze trzymają poziom. Shalev należy do tych autorek, które właściwie zawsze piszą jedną powieść. Jej tematy to splątane relacje rodzinne, uczuciowe kryzysy, rozstania, nowe związki, spotkania po latach, relacje rodzice dzieci, no i w centrum zawsze są kobiety. A to wszystko na tle historii Izraela, tej dawniejszej i tej współczesnej, do tego tamtejsze realia i trochę symboliki biblijnej. Dla kogoś, kto jak ja tamtym obszarem świata interesuje się bardzo, to lektury wymarzone. 

Znakiem szczególnym pisarki jest proza gęsta, mięsista - bogate portrety bohaterek i bohaterów, głęboki wgląd w ich jaźń, a że są to osoby na zakręcie, w jakimś egzystencjalnym kryzysie, tworzy się z tego psychologiczny rollercoaster. Czasem bywa to męczące, wymaga oddechu w lekturze, ale w całości daje efekt znakomity. Nic więc dziwnego, że nie zwlekałam długo z lekturą najnowszej powieści Zeruyi Shalev "Los" (W.A.B. 2023; przełożyła Magdalena Sommer). Muszę przyznać, że po "Bólu", który nieco mnie rozczarował, autorka wróciła do swojej najwyższej formy. Jednym słowem spełnienie. Dla miłośników pisarki lektura obowiązkowa, innym bardzo mocno polecam.

Głównymi bohaterkami "Losu" są dwie kobiety, które jeszcze niedawno nie tylko się nie znały, ale nie wiedziały o swoim istnieniu, mimo że coś je łączyło, a wyrażając się precyzyjniej, trzeba napisać ktoś. To pięćdziesięcioletnia Atara, architektka, której pasją jest przywracanie starym domom ich dawnej świetności. Mieszka w Hajfie, ma swoją firmę, jest mężatką, ma dwoje dorosłych dzieci - córkę z pierwszego małżeństwa i syna z obecnego. Druga bohaterka to ponad dziewięćdziesięcioletnia Rachel. Jest wdową, ma dwóch dorosłych synów, jeden stał się religijnym ortodoksą, drugi to lewicowy liberał, dlatego jest w konflikcie z matką, która mieszka w jednym z pierwszych żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu. W czasach swojej młodości była bojowniczką skrajnej organizacji Lechi, która walczyła z Brytyjczykami sprawującymi w tamtym okresie (lata 1940-1948) władzę mandatową nad Palestyną. Chcieli nie tylko utworzenia państwa, ale w pierwszym rzędzie nie zgadzali się z polityką Brytyjczyków, którzy nie wpuszczali na teren Palestyny żydowskich imigrantów z diaspory, co było przyczyną licznych tragedii. W swojej działalności członkowie Lechi stosowali metody terrorystyczne. Rachel do organizacji trafiła, bo zakochała się w młodym bojowniku. Szybko wzięli ślub, ale ich małżeństwo trwało tylko rok. Potem w wyniku tragicznego zdarzenia, za które się obwiniał, nagle i radykalnie zerwał z nią wszelkie kontakty i odszedł z organizacji. 

Kto łączy obie kobiety? Pierwszy ukochany Rachel, który po kilkunastu (?) latach po rozwodzie  ożenił się po raz drugi, a  jedną z jego dwóch córek była właśnie Atara. Po śmierci ojca, wybitnego profesora zajmującego się badaniem mózgu, z którym była w konflikcie - powiedzieć w konflikcie, to nic nie powiedzieć, ich relacja z jego winy była toksyczna, Atara czuła się odrzucona, żyła w wiecznym lęku przed wybuchami gniewu ojca skierowanymi w jej kierunku - postanawia za wszelką cenę odszukać Rachel, o której dowiedziała się w chwili ostatniego spotkania z ojcem, kiedy był już właściwie nieprzytomny. Kim była kobieta, za którą wziął swoją córkę i do której skierował swoje ostatnie miłosne wyznanie? Dlaczego myślał o niej, gdy był bliski śmierci? Spotkanie Rachel i Atary będzie brzemienne w skutki. Dla tej pierwszej, bo przywoła bolesne wspomnienia z czasów, kiedy była bojowniczką Lechi, w tej drugiej wywoła lawinę wyrzutów sumienia spowodowanych pewnym zaniechaniem. Atara będzie się obwiniała o tragiczne zdarzenie, do którego dojdzie. Niestety tylko tyle mogę napisać, aby nie spojlerować. Wszak w powieściach Zeruyi Shalev ważna jest także fabuła - splątane, zaskakujące losy bohaterów. A wszystkiego, o czym napisałam wcześniej, dowiadujemy się na początku książki.

Oba wątki, Atary i Rachel, są prowadzone naprzemiennie - jeden rozdział to historia jednej, kolejny drugiej. Muszę przyznać, że dla mnie bardziej interesujący był wątek Rachel, a to ze względów historycznych. Dotąd  nie słyszałam o Lechi, chociaż sporo na temat historii Palestyny i Izraela wiem, więc z oczywistych względów te nowe informacje były dla mnie ciekawe. W ogóle tamten okres w historii tego obszaru odkrywam trochę na nowo. Tu polecam zbiór opowiadań Yossiego Granowskiego "Atari. Opowieści z Jafy", który ukazał się niedawno. Akcja tych opowiadań toczy się właśnie w czasach Mandatu Brytyjskiego i tuż po powstaniu Izraela. Dla Rachel walka z Brytyjczykami, walka o powstanie żydowskiego państwa była sprawą kluczową. Poświęciła jej swoją młodość - porzuciła rodziców, żyła w ukryciu, jej pierwsze małżeństwo było czysto symboliczne, bo bardzo często musieli się rozdzielać, narażała swoje życie, zabijała i opłakiwała swoich towarzyszy, którzy zginęli w akcjach. Co jakiś czas przywołuje ich imiona niczym litanię. Nie może się pogodzić, że ich ofiara poszła trochę na marne, a przede wszystkim, że o nich zapomniano. Wprawdzie Izrael powstał, ale nie taki, o jakim marzyli. Państwo z ich snów miało być wielonarodowe i równo traktować wszystkich obywateli bez względu na to, czy są Żydami, czy Arabami, miało być też tolerancyjne. W Lechi nie były ważne poglądy, religia, ważny był cel. Tymczasem po powstaniu Izraela prym wiedli inni bojownicy, z Hagany. Tamte ideały zaprowadziły ją na Zachodni Brzeg. Chociaż starała się potem prowadzić życie dobrej żony i matki, to przeszłość ciążyła nad jej stosunkiem do męża i synów. Ci ostatni czuli się mniej ważni, żyli w cieniu ideałów młodości swojej matki. W jakimś sensie zatruła ich nimi.

Wątek Atary  to z kolei opowieść o rodzinie, o związkach, o cenie, jaką się płaci za rozbicie pierwszego małżeństwa i pytanie, czy warto. Przyznam, że początkowo, kiedy czytałam o jej problemach małżeńskich, pomyślałam sobie - o nie znowu to samo, ale szybko jej historia skręciła w inną stronę. Najpierw pojawiły się ważne pytania, a potem nastąpiło to coś, co zmieniło jej losy.  Co zostaje z płomiennej miłości? Dlaczego, kiedy  usankcjonuje się ją ślubem, coś bezpowrotnie ginie? Czy musiało tak się stać? Czy błędem było to, że Atara na pierwszym miejscu zaczęła stawiać dzieci? Córkę z pierwszego małżeństwa, żeby nie czuła się odrzucona, a potem syna z drugiego, który był owocem tej wielkiej miłości i miał scementować ich związek. Jaki wpływ na taką postawę miało dzieciństwo Atary? Stosunek ojca do niej? Za wszelką cenę nie chciała popełnić jego błędów. I czy warto tak bardzo poświęcać się dla dzieci, skoro i tak nie mamy wpływu na ich życiowe wybory? Choćbyśmy nie wiadomo, co robili i tak pójdą swoją drogą, którą niekoniecznie akceptujemy. Podobny problem ma Rachel, która nie pochwala ani ortodoksyjnej religijności jednego syna, ani lewicowych poglądów, czytaj przeciwnych żydowskiemu osadnictwu na Zachodnim Brzegu, drugiego. Chociaż ich stosunek do macierzyństwa był różny, skutki podobne - dzieci i tak zrobią, co zechcą.

Centralnym zagadnieniem, jakie pojawia się w powieści, jest ten tytułowy los. Jaki wpływ mamy na swoje życie? Za co odpowiadamy, a za co nie? Nieszczęście to kwestia przypadku, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności? Ile w nim naszej winy? Obie bohaterki stanęły w swoim życiu w obliczu takich pytań. Atara obwinia siebie, uważa, że doprowadziła do tragedii, która się wydarzyła i która całkowicie zmieni jej życie. Rachel patrzyła na to trzeźwo, ale jej pierwszy mąż zupełnie inaczej. To w wyniku innej tragedii, do której doszło w innych okolicznościach i czasach, odszedł od Rachel, porzucił organizację, a potem stworzył toksyczną relację z jedną z córek. Jakby dając jej imię, które miało mu cały czas przypominać o tamtym tragicznym zdarzeniu, karał ją za to. 

A to wszystko pokazane jest na tle innych problemów współczesnego Izraela. Pisarkę głównie zajmują podziały w izraelskim społeczeństwie, nie tylko narodowościowe, ale także religijne. Świeccy kontra ortodoksi, odwołujący się do początków powstania państwa kontra ci, którzy nie mogą pogodzić się z jego obecnym kształtem - tyle i wiele więcej pojawia się w tle zasadniczej opowieści.

Bardzo dobra powieść.

"Dzięki Bogu"

Premier filmowych tyle, że trzeba wybierać. Odrobiłam zaległość sprzed tygodnia, wybrałam się na "Dzięki Bogu" Francoisa Ozona. W zeszły weekend przedłożyłam nad ten film "Parasite" i żałowałam. Teraz tym bardziej mam pewność, że słusznie. Chociaż to kolejny, po "Spotlight", "Klerze", no i dokumencie braci Sekielskich "Tylko nie mów nikomu", film o pedofilii w Kościele, to jednak trzeba go zobaczyć. Powodów jest kilka. 


Pierwszy - Ozon opowiada o problemie z odmiennej perspektywy. W "Spotlight" mieliśmy dziennikarskie śledztwo, które doprowadziło do wykrycia wielkiej pedofilskiej afery w Bostonie - systemowego molestowania dzieci. Bohaterami "Kleru" byli księża, a w filmie Ozona wierni. Powód drugi - "Dzięki Bogu" jest zwyczajnie ciekawe. Reżyser buduje napięcie, pokazując, jak trzech molestowanych w młodości mężczyzn krok po kroku, mozolnie, dzięki olbrzymiej determinacji, kosztem czasu wolnego doprowadza do wszczęcia śledztwa przeciwko księdzu, który ich krzywdził, i biskupowi, który sprawę krył. Podobnie jak "Spotlight" film Ozona też jest oparty na faktach. Trzeci powód, dla którego "Dzięki Bogu" trzeba zobaczyć, to waga problemu. Młyny sprawiedliwości mielą bardzo powoli, ciągle wychodzą kolejne sprawy, szczególnie opornie idzie karanie tych, którzy o wszystkim wiedzieli i milczeli. A polski Kościół nie rozliczył się z problemem niemal wcale. Dlatego nigdy dość przypominania, nagłaśniania, opowiadania, bo sprawa nie została zamknięta. 

 
Co ma z tą wiedzą zrobić członek Kościoła? Człowiek, dla którego wiara jest bardzo ważna? Gorliwie, prawdziwie praktykujący katolik? Taki jest jeden z głównych bohaterów - Alexander. Stateczny mieszczanin, dobrze sytuowany, mąż, ojciec pięciorga dzieci. Co robi? Zaczyna działać, chce, aby ksiądz, którego był ofiarą, został wreszcie odsunięty od pracy z dziećmi. Jego sprawa jest już przedawniona, nawet gdyby chciał, nie może wnieść oskarżenia przeciw sprawcy. Wierzy, że zostanie wysłuchany przez powołane do tego kościelne organy, przez biskupa, wreszcie przez papieża. Jakże się myli. To jak walenie głową w mur. Cierpliwe i systemowe mydlenie oczu, pozorowanie działań, wypowiadanie komunałów i odwracanie kota ogonem - litowanie się nad sprawcą zamiast nad jego ofiarą. Na moim seansie kilka razy widzowie parsknęli śmiechem. Ja też. Nie, nie dlatego, że było śmiesznie. Przeciwnie. Był to śmiech bezradności i wściekłości - spowodowany bezczelnością sprawcy i jego zwierzchników, którzy go kryli i usprawiedliwiali. Potrafię przytoczyć tylko jedną taką scenę, pozostałe uleciały mi z pamięci. Oskarżony o molestowanie ksiądz, który zresztą przyznał się do winy, za wszelką cenę chce uniknąć nagłośnienia sprawy, bo boi się agresji. Niedawno przeżył coś takiego. Rodzice molestowanego chłopca napadli go w jego ogrodzie. Dziwi się ksiądz? - pyta Alexander. Tylko po co ta agresja? - odpowiada, jakby nie rozumiał, dlaczego ci ludzie stracili cierpliwość. Jakby nie rozumiał, jak skrzywdził te dziesiątki, a może setki chłopców z katolickiej szkoły, w której uczył.


Film opowiada oczywiście o mechanizmach, które już znamy. O tym, dlaczego ofiary tak długo ukrywają to, co im się zdarzyło. O tym, dlaczego wokół sprawcy panuje zmowa milczenia, dlaczego wielu ludzi do końca go broni. O tym, jak molestowanie kładzie się cieniem na życiu ofiar, jak często je rujnuje. O tym, jak trudno, nawet po latach, opowiedzieć swoją historię głośno, jak trudno się przemóc, jakie koszty tej szczerości się ponosi. O poczuciu winy rodziców albo o jej wypieraniu i bagatelizowaniu problemu. O rozbiciu rodzin. Bardzo różne są losy filmowych bohaterów. Jedni radzą sobie z traumą lepiej, inni zostali przetrąceni na zawsze, nie potrafią ułożyć sobie życia. Różny jest ich stosunek do wiary. Niektórzy nadal wierzą, chcą być członkami Kościoła, inni odeszli. Ale chyba nawet w Alexandrze z czasem coś pęka. Widz pewności mieć nie może, ja jednak tak odczytuję jedną ze scen. 

Ale nie tylko o tym jest ten film. To także opowieść o sile grupy, o jej mocy, o wsparciu, jakie daje poczucie, że nie jest się samemu. Ale także o kosztach, jakie się płaci, angażując się bez reszty w jakąś działalność. Początkowo wydaje się, że bohaterem "Dzięki Bogu" będzie Alexander, od którego wszystko się zaczęło, potem jednak pojawiają się kolejni, równie ważni, i przykuwają naszą uwagę. Aż wreszcie powstaje grupa, organizacja, wspólnota pokrzywdzonych. W dalszej części filmu reżyser przygląda się rozmaitym mechanizmom drążącym, rozsadzającym wspólnotę. Drobne pretensje, zawiści, różne motywacje do działania.

Chociaż pokazywany w filmie problem, a szczególnie brak woli jego prawdziwego rozwiązania, a zwłaszcza w Polsce, żywo mnie obchodzi i burzy moją krew, to jednak stoję z boku. I odkąd o pedofilii w Kościele zrobiło się głośno, wielokrotnie oddychałam z ulgą, że nie jestem osobą wierzącą, że nie chodzę do kościoła, że z tego powodu to nie do końca moja sprawa. Bo naprawdę nie wiem, co bym zrobiła. Czy stać by mnie było na jakąś formę oporu, protestu? Łatwo oburzać się bierną postawą wiernych, którzy niby są zgorszeni, ale żadne kroki za tym nie idą. Sama się dziwię tej bierności, jednak jak bym się zachowała na ich miejscu, nie mam pojęcia. Na pewno miałabym poczucie ogromnego dyskomfortu, jakiejś schizofrenii. Co bym z tym zrobiła? Z tym pytaniem zostaję po obejrzeniu filmu Ozona.

"Intruz"

Zwolniłam. Oglądanie co weekend dwóch filmów nieco mnie już znużyło. "Panie Dulskie" pewnie poczekają do jakiegoś powtórkowego przeglądu. Nie mogłam oczywiście pominąć "Intruza" Magnusa von Horna. Zrobiło się o nim głośno już kilka miesięcy temu, kiedy pokazywany był w Cannes w jakiejś pobocznej sekcji. Sukces przypieczętowany został w Gdyni nagrodą za reżyserię, scenariusz i montaż. "Intruz" to koprodukcja polsko-szwedzka. Reżyser, Szwed mieszkający od kilku lat w Polsce, absolwent łódzkiej filmówki, akcję filmu umieścił w swoim rodzinnym kraju. Grają szwedzcy aktorzy, tylko w dziadka głównego bohatera wciela się Wiesław Komasa. No i zdjęcia robił Łukasz Żal. Już przed premierą można było usłyszeć, że "Intruz" jest po skandynawsku chłodny, minimalistyczny. Magnus von Horn w wywiadach opowiada, jak po napisaniu scenariusza ciął dialogi. I rzeczywiście to kino oszczędne w słowach, wszystko co ważne kryje się pomiędzy, w gestach, minach, zostaje niedopowiedziane. Bohaterowie nie opowiadają o swoich emocjach, musimy się ich domyślać. Nie obawiaj się jednak, czytelniku tej notki, "Intruz" naprawdę jest bardzo ciekawy, bardzo dobry i wbrew temu, co mogłoby się wydawać, bardzo dobrze się go ogląda. Mimo chłodu reżyser umiejętnie buduje napięcie. Ale przede wszystkim jest to film, który stawia pytania, zmusza do myślenia i wytrąca z samozadowolenia. Nie ma tu prostych rozwiązań, prostych odpowiedzi. Każdy z bohaterów ma swoje racje. A temat niełatwy, niewydumany, inspirowany prawdziwą historią. Siedemnastoletni John po odbyciu kary w zakładzie poprawczym wraca do rodzinnej miejscowości. Dwa lata wcześniej popełnił zbrodnię. Tyle zdradza dystrybutor, ja więcej też we wstępie napisać nie mogę. "Intruza" koniecznie zobaczyć trzeba, a kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.

To jedna z tych sytuacji, kiedy naprawdę nie wiemy, jak zachowalibyśmy się na miejscu bohaterów. Oczywiście poprawność polityczna i dobre mniemanie o sobie nakazuje nam powiedzieć, że bylibyśmy szlachetni i z otwartymi ramionami przyjęlibyśmy Johna, który zamordował swoją dziewczynę. No może przesadziłam, powiedzmy, że przyjęlibyśmy jego powrót ze zrozumieniem. Znaliśmy ją, była naszą koleżanką, a on naszym kolegą. Ale przecież odbył karę, wymiar sprawiedliwości uznał, że może wrócić i zamieszkać wśród nas. Trochę nas dziwi, że decyduje się kontynuować naukę w tej samej szkole, pewnie wolelibyśmy, aby poszedł sobie do innej, ale co tam. Staniemy na wysokości zadania.

No i niektórzy stają. Ojciec i młodszy brat. Ale w końcu co w tym dziwnego. To przecież najbliższa rodzina. Dyrektorka szkoły. Ale kiedy dokładniej się jej przyjrzymy, wsłuchamy się w to, co mówi i jak mówi, zrozumiemy, że jest przestraszona. Robi dobrą minę do złej gry. Tylko wychowawca zdaje się nie przejmować. Jakby był pewien, że poradzi sobie w razie kłopotów. No i Malin. Ona jedna nie znała zamordowanej, sprawę zna pewnie tylko z plotek, bo mieszka tu od niedawna. Co sprawia, że staje jednoznacznie po stronie Johna, a nawet wchodzi z nim w bliższą relację? Ciekawość? Otwartość na drugiego człowieka? Sympatia? Przekora? Niedowierzanie? Przekonanie, że nie może być zły, bo przecież wygląda tak niewinnie? W każdym razie będzie próbowała. Do czasu. W końcu i ona się przestraszy. Wystarczy, że John nie wytrzyma, wybuchnie, krzyknie na nią. A przecież nie zachował się jakoś niezwykle. Ot, nerwy mu puściły. Gdyby to zrobił ktoś inny, ktoś nie obciążony taką przeszłością, Malin najwyżej by się obraziła i szybko puściła w niepamięć. Ale John zamordował, więc natychmiast wychodzi na wierzch tłumiony strach. Skoro raz to zrobił, może nadal jest do tego zdolny? Ona i tak długo wytrzymała.

Inni protestowali już wcześniej. Uczniowie, rodzice. Johna otacza skrywana lub jawna wrogość. W najlepszym razie milczenie albo ostracyzm, w najgorszym agresja. W końcu nie wytrzymują też ojciec i brat. I oni nie radzą sobie z sytuacją. Filip nie mówi o tym wprost, swoją frustrację, bezradność wyraża, buntując się. Ojciec, który dotąd milczał, teraz wyrzuca z siebie, że nie powinien był się zgodzić na powrót syna. Ale gdzie John miałby pójść? Zauważa przytomnie Malin. No właśnie gdzie? Jakie jest wyjście z sytuacji? Zamieszkać w nowym środowisku? Ale to rewolucja w życiu rodziny. Tu mają gospodarstwo, ziemię, tu mieszka schorowany dziadek, tu młodszy brat chodzi do szkoły, ma kolegów. Poza tym w nowym miejscu pewnie zawsze towarzyszyłby im strach, że ktoś o sprawie się dowie. A może John powinien zacząć nowe życie sam, z dala od rodzinnej miejscowości? Gdzieś w jakiejś szkole z internatem? Pewnie byłaby taka możliwość. Ale on wyraźnie mówi, że nie chciał być samotny. No więc niby nie jest, ale ...

Ale w domu panuje emocjonalny chłód, wszystko toczy się wokół codziennych, prozaicznych spraw, w tle zawsze brzęczy telewizor, ojciec ucieka od problemu. Nikt tu właściwie ze sobą nie rozmawia. Pewnie nie potrafią, pewnie sytuacja ich przerasta. W szkole też nikt nie próbuje rozmawiać ani z Johnem, ani z jego kolegami. Dopiero kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli, dyrektorka i wychowawca gaszą pożar. Wszyscy postępują w imię zasady, że jak się o czymś nie mówi, to problem znika albo rozwiąże się sam. Przyznam, że nawet mnie to zdziwiło. Wyobrażałam sobie, że gdzie jak gdzie, ale w Szwecji i zresocjalizowany przestępca, i jego otoczenie, i ofiara otrzymaliby jakieś wsparcie. A może reżyser celowo tak pokazał sytuację, chcąc uczynić ją bardziej uniwersalną? I tak John zostaje sam ze swoją przeszłością, z wrogością otoczenia, z emocjami. Sytuacja go przerasta, co wcale nie dziwi. Tym bardziej, że nie sposób uniknąć kontaktu z matką zamordowanej dziewczyny. Właściwie nawet już przy pierwszym przypadkowym spotkaniu  sam go szuka. Dlaczego? Co chce usłyszeć? Słowa przebaczenia czy, przeciwnie, potępienia? A przecież los tej kobiety jest nie do pozazdroszczenia. Nie dość, że straciła córkę, to teraz zmuszona jest spotykać jej mordercę. W sklepie, na ulicy, w parku, gdziekolwiek. Jakby się nic nie stało. Wyobraźmy to sobie. Łatwo powiedzieć trzeba spróbować wybaczyć, ale tego nie da się zadekretować.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, reżyser pokazuje, jak łatwo stać się mordercą. I nie odbieramy tej sceny jako jeszcze jednego grzyba wrzuconego w barszcz. Nie, sytuacja jest jak najbardziej prawdopodobna. Dręczony nienawiścią, zazdrością, żalem i rozpaczą Kim omal nie zabija Johna. I nie robi tego w afekcie. Zimnym, twardym głosem każe koledze bić. Niewiele brakowało.

To także, a może przede wszystkim, film o bezradności. Naprawdę niełatwo poradzić sobie w takiej sytuacji. I nie wiemy, co jeszcze się zdarzy. W finale John jedzie na swym skuterze, jakby podążał w przyszłość. Jaka będzie?

"Przeszłość" Asghara Farhadiego

Trwa dobra kinowa passa. "Blue Jasmine", "W kręgu miłości" a teraz najnowszy film Asghara Farhadiego. Kto nie ma głowy do nazwisk, temu spieszę przypomnieć, że Farhadi to irański reżyser, autor między innymi "Co wiesz o Elly?" i znakomitego "Rozstania", które zdobyło Oskara dla filmu nieanglojęzycznego, pokonując "W ciemności" Agnieszki Holland. Właśnie na ekrany wszedł jego najnowszy film o równie krótkim tytule jak poprzedni, "Przeszłość". Tym razem reżyser pracował we Francji, ale jego bohaterami są mieszkający w Paryżu Irańczycy. "Przeszłość", podobnie jak "Rozstanie", to przejmująca rodzinna psychodrama. Kobieta, dwóch mężczyzn, a w tym wszystkim dzieci. Rozpisany na kilka postaci film wciąga, intryguje i stawia pytania. O winę, odpowiedzialność i o to, czy od przeszłości można się oderwać. Wolne początkowo tempo zaczyna gwałtownie przyspieszać, mnożą się rodzinne zagadki, wychodzą na jaw tajemnice. Nic tu nie jest jednoznaczne, czarno-białe, jak w życiu. Meandry ludzkich uczuć, w których bohaterom trudno się połapać. Ten psychologiczny film trzyma w napięciu do samego końca, do ostatnich minut. Mocną stroną "Przeszłości" jest też aktorstwo. Grająca główną rolę Berenice Bejo została nagrodzona w Cannes, a to nie jedyna ciekawa rola. Oczywiście było jasne, że muszę ten film zobaczyć, i raczej pewne, że się na nim nie zawiodę. Tak się stało, dlatego teraz zapewniam, że żaden miłośnik kina nie powinien najnowszego "Przeszłości" przeoczyć, a wszystkich, którzy już go widzieli, jak zwykle zapraszam dalej.

Kto widział poprzedni film Farhadiego, dostrzeże w nim sporo podobieństw do jego najnowszego obrazu. Rozwód, rozbita rodzina, dramat i pytanie, kto zawinił. O ile jednak "Rozstanie" było z jednej strony filmem uniwersalnym, a z drugiej jednak bardzo irańskim (pamiętam, że pisałam wtedy, iż taka sytuacja w taki sposób w Europie nie mogłaby się zdarzyć), o tyle z bohaterami "Przeszłości" sprawa ma się całkiem inaczej. To Irańczycy we Francji zadomowieni na dobre i ich problemy są problemami współczesnej Europy. Marie ma za sobą wiele związków. Małżeństwo, z którego urodziły się dwie córki, starsza Lucie, i młodsza Lea. Potem kolejne z Ahmadem, też zakończone rozstaniem. Teraz próbuje ułożyć sobie życie z Samirem. Rozumiemy ją, ale rozumiemy też dzieci, które nie potrafią zaakceptować kolejnego związku swojej matki. Obie dziewczynki, Lucie i Lea, przywiązane były do Ahmada i nadal mają z nim dobry kontakt. Biologicznego ojca prawie nie widują, mieszka w Belgii, nie lubią jego żony. Gdzie jest ich miejsce? U boku matki i jej nowego partnera czy u ojca i jego dziwnej, jak mówi Lea, żony? Więzi z dorosłymi są  nietrwałe, dlatego tak silna jest  ich siostrzana więź. Jeśli zbuntowana Lucie zdecyduje się odejść do ojca, Lea wyjedzie do Belgii razem z nią. Jeszcze bardziej skomplikowana jest sytuacja Fouada, dziewięcioletniego syna Samira. Jemu w nowej sytuacji jest się odnaleźć jeszcze trudniej. Jego matka od kilku miesięcy jest pogrążona w śpiączce. Chłopiec nie potrafi zaakceptować ani nowej kobiety w życiu swojego ojca, ani nowego miejsca. Tęskni za matką, tęskni za Paryżem, buntuje się, próbuje uciekać. Tylko towarzystwo Lei, jego rówieśniczki, osładza mu chaos zafundowany przez dorosłych. Chłopiec, dosłownie, jest przestawiany z kąta w kąt. Z jednego domu do drugiego, z parteru na piętro, z łóżka na łóżko, a wszystko dlatego, że dorośli próbując ułożyć sobie na nowo swoje zagmatwane życie, nie zastanawiają się, co czuje dziecko postawione w takiej sytuacji. Dzieci zdają się być tu tylko przeszkodą. I Samir, i Marie mają do nich pretensje o to, że nie potrafią zaakceptować nowej sytuacji. Stale burczą, krzyczą, pouczają, strofują, karzą. Dużo tu wrzasku, gwałtowności, nieposkromionych emocji. Lucie, Fouad i Lea (ona wydaje się być najodporniejsza z całej trójki) są ofiarami bałaganu, jaki panuje w życiu dorosłych. Ten chaos symbolicznie podkreśla rozgardiasz panujący w domu Marie. Remont, ciasnota potęgują poczucie tymczasowości, braku zakorzenienia. Matka Lucie i Lei, otwierając nowy rozdział w swoim życiu, postanawia wprowadzić zmiany w domu, ale remont wlecze się tak, jakby nie potrafiła rozstać się z przeszłością. I ona, i Samir są ludźmi zatrzymanymi w pół drogi. Niby chcą sobie ułożyć życie na nowo, ale z przeszłością jeszcze się nie pożegnali. Czy gdyby Marie nie zaszła w ciążę, ona i Samir byliby nadal ze sobą? W pierwszej scenie filmu widzimy ją  na lotnisku, czeka na Ahmada. Jej reakcja, kiedy go wreszcie dostrzega, może widza zmylić. Uśmiecha się, jakby witała ukochanego. Przez dobrą chwilę trudno rozgryźć, co ich łączy. Trudno też definitywnie rozstrzygnąć, jaką grę z Ahmadem prowadzi Marie. Czy naprawdę chce rozwodu, czy skrycie liczy na jego powrót? Jakaś więź nadal ich łączy. To do niego, mimo pretensji, zwraca się z prośbą o pomoc w rozwiązaniu konfliktu ze zbuntowaną Lucie. Ahmad nie umywa rąk. Starając się rozwiązać problem, mimowolnie znowu wkracza w życie Marie i jej córek. Ale przecież jest już ten trzeci, Samir, jego następca. Czy Ahmad tego chce, czy nie, zostaje wplątany i w jego sprawy. Przeszłość miesza się z teraźniejszością. Z tej trójki to on budzi  moją największą sympatię. Jest odpowiedzialny, uczynny, spokojny, rozsądny i ciepły. Jako jedyny z dorosłych nie krzyczy na dzieci, stara się je zrozumieć i rozwikłać ich problemy. Wie, że czasu zawrócić się nie da, dlatego próbuje spojrzeć na konflikt z punktu widzenia obu skłóconych stron, córki i matki. Ale i on nie jest ideałem. Cztery lata wcześniej odszedł od Marie. Dlaczego? Możemy się tylko domyślać. Wrócił do Iranu? Jak wszyscy w tym filmie i on nie mógł się oderwać od przeszłości? Czy we Francji nie czuł się u siebie? Jedyny spośród bohaterów? Bo przecież pozostali, Marie, Samir i Sahriar (ich znajomy, właściciel restauracji), we Francji są zadomowieni. Ten rozważania rozpoczęłam od stwierdzenia, że Marie zatrzymała się w pół drogi. Podobnie rzecz się ma z jej ponurym, chmurnym kochankiem. Z przeszłością łączy go pogrążona w śpiączce żona, ani żywa, ani martwa. Póki jest, jego nowy związek zawsze będzie tymczasowy. Czego chce? Ostatecznie przekonać się, że żona już nigdy się nie obudzi? A może jednak liczy na cud? Którą z kobiet wówczas by wybrał? Czy zanim jego żona pogrążyła się w depresji, byli szczęśliwi? Czy gdyby nie jej choroba związałby się z Marie? Czy wie, co czuje do obu kobiet?

Tyle o poplątanych uczuciach, relacjach dzieci - dorośli i przeszłości, od której niełatwo się odciąć. Chociaż można by jeszcze długo. Na przykład o tym, że i uczucia dzieci, też są splątane. Na przykład Fouad ucieka od Marie, ale jednocześnie potrzebuje jej ciepła. Kiedy wraca do paryskiego mieszkania, tęskni za Leą.

Chciałabym się jeszcze zatrzymać nad pytaniem o winę, które wyraźnie wybrzmiewa w drugiej części filmu. Problem winy stawiał Farhadi już w "Rozstaniu". Podobnie jest i tu. Na kim spoczywa odpowiedzialność za to, że żona Samira próbowała popełnić samobójstwo i znalazła się w śpiączce? Na Marie i Samirze, bo mieli romans? Na Lucie, bo nie mogąc się z tym pogodzić, chciała jej przesłać listy miłosne kochanków? Czy to, że w wyniku pomyłki jednak tego nie zrobiła, jakoś mimo wszystko ją obciąża? Czy liczy się intencja? A może za wszystko odpowiada Naima, która ostatecznie żonie Samira  te listy przekazała? Ale przecież ona chciała się tylko bronić, poniżana, oskarżana o romans z pracodawcą. Ile jej winy? Wreszcie czy żona Samira w ogóle te listy przeczytała? To pytanie też pozostaje bez odpowiedzi. A może jednak, jak cały czas utrzymywali Marie i Samir, do nieszczęścia doprowadziła jej choroba? Seria przypadków, splot nieszczęśliwych okoliczności. Nawet jeśli nikt nie zawinił, a ostatecznie skłaniam się ku takiemu przekonaniu, to rozumiem ich poczucie winy. I Lucie, i Marie, i Samira, i Naimy.

Znakomity film, o którym można by pisać jeszcze długo. No ale kto by to wtedy przeczytał? Kończę więc, a ty, czytelniku tej notki, możesz dalej snuć swoje rozważania nad "Przeszłością" Farhadiego.

"Nieulotne" Jacka Borcucha

Zanim przejdę do "Nieulotnych", wrócę jeszcze na moment do Smarzowskiego. W notce o "Drogówce" zastanawiałam się, jaki jest człowiek, który tak czarno widzi świat. Po opublikowaniu notatki, przeczytałam wywiad z reżyserem. Wszystko się wyjaśniło. Smarzowski kręci filmy o tym, co go przeraża (teraz zgłębia wydarzenia na Wołyniu w czasie drugiej wojny). Kiedy to przeczytałam, pomyślałam, że go nie tylko rozumiem, ale i zazdroszczę. Ja o tym, co mnie przeraża i porusza, a jest tego sporo, mogę jedynie próbować komuś opowiedzieć, jeśli ktoś zechce słuchać, on może to wykrzyczeć w swoim filmie. Tyle komentarza do poprzedniego wpisu, a teraz zgodnie z tytułem o "Nieulotnych". Przyznam, że czekałam na ten film, bo sporo się o nim mówiło przed premierą, a i zwiastuny były zachęcające. Lubię kino Borcucha na tyle, aby oglądać to, co kręci, ale bez przesady. Widziałam i "Tulipany", i "Wszystko, co kocham", tak, sprawiły mi przyjemność, ale nie oszalałam. A "Nieulotne"? Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że ten film wzbudzi skrajne emocje: albo zaakceptujesz, albo cię zirytuje. Ja należę do tych pierwszych, mimo że chyba spodziewałam się czegoś innego, niż dostałam. Myślałam, że będzie to film o problemie, a tymczasem dominuje melancholijny, tajemniczy klimat. Ważniejsze są piękne zdjęcia Michała Englerta niż akcja i słowa. Wiele tu niedopowiedzeń, niejasnych sytuacji, co, jak twierdzi reżyser, było zamierzone. Piękna, wycyzelowana forma, która zdominowała treść, może zmęczyć. Zwykle i mnie to drażni, ale tym razem dałam się uwieść (no prawie) filmowemu nastrojowi. Im dłużej myślę o "Nieulotnych", tym bardziej mi się podobają. Pewnie spora w tym zasługa pary głównych bohaterów: Michała (Jakub Gierszał) i Kariny (Magdalena Berus), którzy przykuwająca uwagę swoją młodością. Ja film polecam, ale zrozumiem tych, którym się nie spodoba. A kto już widział, może czytać dalej.

Film przykuwa uwagę od początku. Prześwietlona słonecznym blaskiem Hiszpania, spłowiała od słońca, spalona. Aż czuć upał i kurz unoszący się w powietrzu. Hiszpania nietypowa, bo wcale nie ta turystyczna, tylko zwyczajna: wioska składająca się z kilku domów, droga pokryta pyłem, winnica bez grama cienia, jezioro, w którym można nurkować, otoczone spłowiałymi, wapiennymi skałami. Zieleń wokół przykurzona, nieświeża. I para głównych bohaterów też spalona słońcem, co potwierdzają ich wypłowiałe czupryny. A mimo to jest w tym obrazku coś sielskiego. Może sprawia to młodość Michała i Kariny? Może ich miłość? Może beztroska letnich miesięcy? Niby pracują, ona dorabia sobie w winnicy, bo potrzebuje pieniędzy, on też pomaga, chociaż jest synem właścicielki (Czy na pewno? Nie da się tego rozstrzygnąć, to jedna z niejasności. W każdym razie jest z nią spokrewniony.), ale przecież na ich twarzach nie widać znoju, ważniejsze jest to, co pomiędzy nimi, ich uczucie. Świetne zdjęcia jeszcze to podkreślają. Kamera skupia się na ich białych, szczupłych ciałach albo twarzach okolonych lnianymi włosami. Obraz jest jakby prześwietlony, prawie nierzeczywisty. Kiedy piszę te słowa, nagle uświadamiam sobie, że już kiedyś miałam podobne wrażenie. A było tak, kiedy czytałam hiszpańskie opowiadania Hemingway'a. Taki sam dojmujący upał, niemal namacalny, takie samo słońce, też zagubione w świecie miejsce, jakaś mała stacyjka kolejowa,  para kochanków. I tak jak w filmie: sugestie, niedomówienia, ulotność chwili. Oczywiście to tylko moje skojarzenia, wątpię, aby reżyser jakoś się nastrojem opowiadań Hemingway'a inspirował.

A potem jest Kraków. Inny, bo jesienny, przydymiony. Nikt tu jednak nie epatuje widza piękną, złotą jesienią. Mimo że nie pada, jest raczej szaro, zwyczajnie. Kamera eksponuje popisane kamienice, odrapaną klatkę schodową, nijakie elewacje domów, nawet Wawel tylko miga gdzieś w tle i niewprawne oko może go nie zauważyć. Nie ma Rynku, nie ma Kościoła Mariackiego. Co w zamian? Ohydny szkieletor, który od lat szpeci miasto i pewnie długo jeszcze szpecił będzie. Jednym słowem podobnie jak w sekwencji hiszpańskiej i tu dominuje codzienność, zwyczajność, a nie turystyczny folder. Nawet widok z dachu kamienicy jest dość zwyczajny, chociaż mnie się podoba, ale przecież w ilu to krakowskich filmach wybierano dachy spektakularne, z których roztaczały się spektakularne widoki (choćby "Vinci" Machulskiego).

Co jest naprawdę ładne? O dziwo rodzinne miasto Kariny, Kwidzyn. To tam jesień jest prawdziwa, złota, park aż kipi od kolorowych liści, to tam przyciągają wzrok freski we wnętrzu średniowiecznej katedry, to tam migoczą światełka świec na cmentarzu. Dlaczego? Bo to miejsce, gdzie bohaterka jest u siebie, gdzie szuka oparcia w domu rodzinnym, u ojca. To tu przyjeżdża, kiedy nie potrafi poradzić sobie z problemami. Hiszpania jest daleka, na chwilę, od święta, trochę nierzeczywista, Kraków jakiś niezadomowiony, nawet nie bardzo ma tam gdzie mieszkać. Przecież, kiedy ucieka od Michała, musi prosić przyjaciółkę o nocleg. Może tylko w rodzinnym mieście, w domu ojca czuje się prawdziwie bezpieczna?

Rozpisałam się o zdjęciach, o miejscach, bo to one budują nastrój, klimat. Tymczasem zdarzenia toczą się powoli, niewiele się dzieje, bohaterowie są jakby zawieszeni gdzieś pomiędzy, snują się (szczególnie Karina). Albo nie wiedzą, jak postąpić, albo odbijają się od siebie. Po dramatycznym początku, który zburzył ich sielankę, akcja zwalnia, robi nieoczekiwany zwrot. Oczekujemy raczej, że to Michał będzie w centrum uwagi, jego trauma, jego zmaganie się z winą, tymczasem nieoczekiwanie to Karina staje się główną bohaterką. Problem winy Michała gdzieś znika, schodzi na drugi plan. Może dlatego, że tak traktuje go Karina? Nie do końca jasne jest, co czuje i myśli, co nią kieruje, kiedy po zwierzeniach Michała ucieka od niego. Początkowo sądziłam, że przeraziło ją to, co zrobił. I pewnie trochę tak, bo przecież w pewnym momencie mówi mu, że nie wie, czego się może po nim spodziewać. Potem jednak doszłam do wniosku, że zaabsorbowana i zaskoczona swoim stanem, nie udźwignęła jego problemu. Oczekiwała, że to on zajmie się nią, pocieszy, poradzi, może przekona, żeby zdecydowała się dziecko urodzić, tymczasem nawet nie zdążyła mu powiedzieć, że jest w ciąży, kiedy spadła na nią ta straszna wiadomość. Nie potrafię jej potępić. Rozumiem jej rozżalenie i zdezorientowanie. Jest młoda, bardzo młoda, ma dopiero dwadzieścia lat, studiuje, ledwie się zakochała, a tu nagle nieplanowana ciąża, a jakby tego było jeszcze mało, ukochany zrzuca na jej barki ciężar swojej zbrodni, oczekując zrozumienia? pocieszenia? rozgrzeszenia? pomocy? Co można zrobić w takiej sytuacji? Jak sobie poradzić z taką wiedzą? Co powiedzieć? Przyznaj się? Zgłoś się na policję? Zapomnij? Naucz się z tym żyć? Odkup jakoś swoją winę? Zrób coś dla innych? Nie wiem. A Michał? Co on ma zrobić? Jak udźwignąć ciężar? Jak żyć ze świadomością popełnionej zbrodni? Najgorsze chyba jest poczucie, że być może mógł uratować życie zaatakowanemu mężczyźnie, gdyby od początku nie był przekonany, że go zabił. Mnie przypomniała się jedna z ostatnich scen "Długu", kiedy bohater, już nie pamiętam który: czy ten grany przez Gonerę, czy przez Borcucha (tak, tak, tego samego, przecież Jacek Borcuch zaczynał od aktorstwa), decyduje się zgłosić na policję i przyznać do zabójstwa. Do dziś pamiętam ulgę malującą się na jego twarzy. Niemal usłyszałam huk kamienia spadającego z jego serca. Wyznanie winy, wzięcie odpowiedzialności za swój czyn, wyzwoliło go ze strachu, z życia w wiecznym napięciu. Paradoksalnie uczyniło wolnym. Czy tak powinien postąpić Michał? Nie wiem.

"Nieulotne" stawiają głównie pytania, nie udzielają odpowiedzi. Najbardziej niejasne jest jednak samo zakończenie. Dlaczego Karina trafia do szpitala? Poroniła czy tylko pojawiły się jakieś problemy? Czy Michał już wie, że była? jest? w ciąży? Cieszy się, że będą mieli dziecko? A może tylko z tego, że jest przy niej? Nie sposób rozstrzygnąć.

A tajemniczy tytuł? Nieulotne są przeciwieństwem ulotnych. Ulotne chwile mówimy najczęściej. Często takie ulotne są miesiące wakacyjne. Poznajemy kogoś, spędzamy miło czas, a potem zapominamy (albo cierpimy, jeśli to on zapomniał o nas) Tymczasem dla Michała i Kariny wakacje spędzone w Hiszpanii są właśnie nieulotne. Z pamięcią o nich zmagać się będą być może całe życie.

To tyle. Rozpisałam się nie tylko o formie, nastroju, ale i o treści, co mimo wszystko dziwne,  bo jednak w magnetycznej urodzie zdjęć, długich ujęciach, w kontemplowaniu chwil problem ginie, schodzi gdzieś na drugi plan, rozmywa się, traci swoją początkową siłę. Tak czy inaczej mimo zastrzeżeń kupuję "Nieulotne" i pewnie kiedyś jeszcze raz je zobaczę.

Saul Bellow "Ofiara"

Bellow to kolejny po Philipie Rothcie wybitny amerykański pisarz, którego jakoś przegapiłam. Nie wiem dlaczego, ale jeśli chodzi o literaturę zza oceanu zatrzymałam się na wielkiej trójce: Hemingwayu, Fitzgeraldzie i Faulknerze. Był jeszcze Styron, coś tam Updike'a, może ktoś jeszcze, a ostatnio Frazen. Tyle. Nie da się czytać wszystkiego, ale do Rotha dopisuję Bellowa i postanawiam co jakiś czas po nich sięgać. "Ofiara" (Czytelnik 2012; przełożył Lech Czyżewski) to wczesna powieść pisarza, wydana w roku 1947, co, jak sądzę, nie jest bez znaczenia dla jej interpretacji.

Można na tę powieść spojrzeć na dwa sposoby. Pierwszy, prostszy, kiedy oderwiemy się od kontekstu historycznego, kiedy zapomnimy, że książka powstała niedługo po wojnie, kiedy nie przywiążemy wielkiego znaczenia do tego, że główny bohater Asa Leventhal jest amerykańskim Żydem, kiedy zapomnimy, że pisarz był synem rosyjskich Żydów, którzy opuścili Rosję w 1913 roku. I drugi, pewnie bardziej uprawniony, kiedy to wszystko będziemy mieć w pamięci. Zacznę, pomijając kontekst.

Leventhal, mężczyzna chyba około czterdziestoletni, a może trochę młodszy, po życiowych burzach i niepowodzeniach, nie bez trudu osiągnął wreszcie stabilizację. Mieszka wraz z żoną w Nowym Jorku, pracuje w jakimś wydawnictwie jako redaktor, nie skończył wprawdzie studiów, ale po latach pracy zdobył doświadczenie w swoim fachu. To wystarczy, aby czuł się doceniany i potrzebny, i mógł wieść spokojne życie. Kiedy porównamy jego los z losem brata, Maxa, tym bardziej docenimy fakt, że mu się udało. Max jest robotnikiem, mieszka wraz z żoną i dwoma synkami w czynszowej kamienicy na Staten Island, pracuje z dala od domu. Ale szczęście i spokój Asy Leventhala są bardzo kruche. Gdzieś z tyłu czai się przeszłość. Pamięć o matce, która umarła w szpitalu dla obłąkanych, o czym obaj bracia dowiedzieli się, kiedy już byli dorośli. Pamięć o latach niepowodzeń, upokorzeń związanych z poszukiwaniem pracy. Pamięć o tym, że Mary, zanim została jego żoną, odeszła bez słowa do innego. Dlatego Leventhal czuje się gorszy. Dlatego przywiązuje tak wielką wagę do tego, co ktoś o nim powie, jak na niego spojrzy, co o nim myśli. Jest przeczulony na swoim punkcie, jakby obawiał się, że w każdej chwili może utracić wszystko, co ma. Jeśli tak się stanie, wcale go to nie zdziwi, uzna, że mu się należało, bo jest kimś gorszym, skażonym obłąkaniem matki, sklepem tekstylnym ojca. Taka postawa powoduje, że bardzo często reaguje niewspółmiernie do tego, co go spotyka. Wybucha, wchodzi w konflikty, obraża się, jest podejrzliwy. Pewnie dlatego nieoczekiwane spotkanie z dawnym znajomym, Kirbiem Allbeem, wywróci jego życie do góry nogami. Allbee, tonący alkoholik, oskarża go o to, że przez niego stracił pracę w wydawnictwie. Mało tego, jest przekonany, a przynajmniej tak twierdzi, że zaszkodził mu celowo. Leventhal, którego poczucie pewności siebie jest tak kruche, chociaż nie czuje się winny, stopniowo wchodzi w rolę ofiary. Allbee coraz śmielej sobie poczyna, coraz bardziej panoszy się w jego życiu, stawia coraz większe żądania, triumfuje, kpi, jest bezczelny i bezkarny, zamienia jego życie w koszmar. Leventhal dodatkowo przytłoczony i przygnębiony rodzinnymi kłopotami brata, nieobecnością żony, która wyjechała do matki, staje się łatwym łupem uzurpatora. Nawet jeśli początkowo nie czuł się winien, rzucone przez przyjaciół słowa i natrętne zachowanie Allbeego zachwieją jego przekonaniem o niewinności. Zachowuje się niczym człowiek szantażowany, gotów na spełnienie każdego żądania swego prześladowcy, bo wierzy, że tylko tak może się od niego uwolnić. Zadaje sobie pytania o winę nieuświadomioną. Może rzeczywiście jest winny, chociaż niczego nie zrobił celowo? Może to jednak on odpowiada za ciąg nieszczęść w życiu Allbeego, który rozpoczął się od utraty pracy? Tak bardzo chciałby usłyszeć od kogoś, że się nie myli: jest niewinny. Wina Leventhala to wina egzystencjalna. Żyjąc, czy tego chcemy, czy nie, nieświadomie krzywdzimy innych. Jedno przypadkowe słowo, jeden gest, jakiś moment, zbieg okoliczności i powodujemy lawinę nieszczęść. My zyskujemy, ktoś traci. Czy da się przejść przez życie, nie czyniąc zła? Nowojorski, wilgotny upał, letni skwar znakomicie budują atmosferę napięcia, zagrożenia, smutku i melancholii. Leventhal samotnie przemierza ulice miasta, zmaga się z problemami rodziny i nigdzie nie znajduje wytchnienia, nawet w mieszkaniu, które stopniowo zaczyna przypominać zatęchłą norę. Czuje się coraz bardziej osaczony, jest czujny i napięty, wszak w każdej chwili może spotkać swojego prześladowcę.

Chociaż Leventhal nie jest narratorem, zdarzenia oglądamy z jego perspektywy. Interpretujemy je tak jak on, tylko czasami poznajemy perspektywę innych bohaterów, ale przefiltrowaną przez jego punkt widzenia. Dlatego i na Allbeego patrzymy  oczami Asy. Mamy go za pogrążającego się alkoholika, który z uporem straceńca dąży do samozagłady, nie czyni żadnego wysiłku, aby wypłynąć na powierzchnię, za to chętnie oskarża innych o swoje niepowodzenia i dlatego nie bardzo można pomóc. Ale przyszedł taki moment, kiedy zadałam sobie pytanie, czy tak rzeczywiście jest. Jaki jest naprawdę Allbee? Co czuje? Jest bezczelnym, pewnym siebie szantażystą, który zorientował się, że łatwo może wykorzystać swoją ofiarę, wzbudzając w niej poczucie winy, czy chorym, nieszczęśliwym człowiekiem, który nie może podźwignąć się po osobistej tragedii? A może i on jest ofiarą? Ofiarą Asy? Ofiarą losu? Tego nie dowiemy się nigdy. Leventhal podszyty strachem i winą często postrzega świat i ludzi jako zagrożenia, które na niego czyhają. Podobnie traktuje bratową i jej matkę. Czy ma rację?

To jedno spojrzenie na powieść Bellowa. Uniwersalne, psychologiczne. Ale jest i drugie, które odkryjemy, jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst żydowski, o którym wspominałam na początku. Roztrząsając winę lub niewinę Leventhala, celowo pominęłam pewien szczegół. Otóż Allbee od czasu do czasu pozwala sobie na antysemickie uwagi. Pewnie oburzyłby się, gdyby ktoś nazwał go antysemitą. To od tego się wszystko zaczęło, od pewnej antysemickiej aluzji pod adresem przyjaciela Asy, Harkaviego, rzuconej przed laty na przyjęciu. Allbee lubi patrzeć na to, co się potem zdarzyło, jak na zemstę Leventhala. Później, w czasie ich burzliwych dyskusji kilkakrotnie będzie nawiązywał do jego żydowskości, zapewniając, że nie ma nic przeciwko, ale jednak te uwagi będą podszyte lekceważeniem i pogardą. I tu być może tkwi drugi klucz do zachowania Leventhala, do jego kapitulacji i przyjęcia roli ofiary. Czuje się naznaczony swoją żydowskością, dlatego z pokorą znosi afronty i prześladowanie. Sam gardzi postawą ojca, z nienawiścią wspomina recytowany przez niego wierszyk: "Mów mi Joszke, mów mi Mosiek, ale daj mi grosik." Pieniądze, do których nigdy nie doszedł, miały uniezależnić go od wrogów, od pogardy świata. Asa chce być inny, chce być dumny, chce uwolnić się od swojej przeszłości, swojego lęku i strachu, ale nie potrafi. Stale toczy samotną walkę ze sobą i ze światem, niezrozumiany przez najbliższych. Kiedy przyjdzie chwila próby, wejdzie w rolę Żyda, biernej ofiary, która nie walczy, ale pokornie poddaje się swojemu prześladowcy. Tylko raz w tej powieści padnie słowo Holokaust. Użyje go właśnie bezradny Leventhal w dyskusji z Allbeem, kiedy nie będzie potrafił znaleźć innych argumentów. Zabrzmi to wbrew jego intencjom trochę żałośnie, trochę ironicznie.

Bellow, tak jak Roth, potrafi nadać świetnie skonstruowanej, potoczystej, nastrojowej opowieści, którą znakomicie się czyta,   ciężar gatunkowy. Bo w gruncie rzeczy jest to opowieść o egzystencjalnym niepokoju, o życiu, które przygniata i beznadziejnym poszukiwaniu sensu. Nawet w okresach względnego powodzenia trudno się od tego uwolnić. Szczęście może być tylko chwilowe, niezawinione cierpienie tylko patrzy, by nas dopaść, a zło, na które nie zasługujemy, przytrafia się nam, czy tego chcemy, czy nie. Jak powie Allbee: "Obrywamy za nic i cierpimy za nic, i nie da się zaprzeczyć, że zło jest tak prawdziwe jak słońce."


"Code blue" Urszuli Antoniak

O tym filmie było głośno, zanim wszedł na ekrany. Pokazywany na festiwalu w Cannes, potem we Wrocławiu na Nowych Horyzontach. Jedni się zachwycają, dla innych to obraz kontrowersyjny. Ale nie tylko z tego powodu poszłam do kina. Po prostu podobał mi się pierwszy film Urszuli Antoniak "Nic osobistego" (pisałam tu o nim). W obu widać bardzo osobisty charakter filmowego pisma tej polskiej reżyserki tworzącej w Danii. W obu dostrzec można podobne tematy dręczące autorkę: samotność i śmierć. Jak słyszałam, nie bez wpływu na to była osobista tragedia. "Code blue" to opowieść o przeraźliwie samotnej pielęgniarce pracującej, chyba, w hospicjum. Ta praca to jej wybór, jak mówi lekarzowi: Tu mi się podoba.(Cytat z pamięci.) Film jest bardzo mocny (Mam wrażenie, że ostatnio często powtarzam te słowa.), właściwie na granicy wytrzymałości. Ale wbrew pozorom te najstraszniejsze sceny wcale nie są związane ze śmiercią. Śmierć nie jest też, moim zdaniem, głównym tematem tego filmu, co sugerują zapowiedzi. Tak czy inaczej nie sposób o nim zapomnieć. To, co widzimy na ekranie, powraca, mimo że chciałoby się być może zapomnieć. Na pewno jest to film ważny, ale nie przyłączę się do chóru zachwyconych. I nie z powodu jego ostrości. Lubię mocne, targające kino. Dlaczego w takim razie wyszłam z mieszanymi uczuciami, a ostatecznie jestem raczej na nie? Otóż z powodu formy! Film jest tak bardzo przeestetyzowany, że sprawia wrażenie jakiegoś artystycznego, wydumanego, zimnego tworu. Świat pokazany na ekranie reżyserka ogołociła z życia, brakuje mu realności. Taka filmowa estetyka z góry skazuje "Code blue" na nieliczną, głównie festiwalową publiczność. Szkoda. Więcej uwag jak zwykle w ciągu dalszym. Zapraszam tych, którzy film już widzieli.

Muszę przyznać, że taki sposób filmowego opowiadania chyba najbardziej mnie w kinie drażni. Jeśli domyślam się, że będę miała do czynienia z bardzo artystycznym dziełem, raczej je sobie darowuję, a jeżeli już przypadkowo dam się wpuścić w estetyczne maliny, żałuję i składam sobie obietnicę, że uważniej będę wybierała to, co oglądam. Tym razem jednak i tak bym pewnie poszła do kina, bo naprawdę podobał mi się debiut Urszuli Antoniak. Już tamten film miał podobne ciągotki, ale jakoś się jeszcze ziemi trzymał. Ten nie. Powolne tempo, wysublimowane, chłodne kadry, świat wyabstrahowany z realizmu, sprawiający wrażenie makiety, sceny, o których nie wiemy, czy są prawdziwe, czy rozgrywają się tylko w wyobraźni bohaterki, nagłe przechodzenie na angielski (Dlaczego? Ma ten zabieg podkreślić uniwersalność opowiadanej historii, która mogłaby się zdarzyć wszędzie?), pustka, szarość to wszystko sprawia, że nie potrafię do końca przejąć się losem Marian. W tym sztucznie wypreparowanym świecie odbieram ją jak symbol, a nie jak żywą kobietę z krwi i kości. Filmów o samotności widziałam w ciągu ostatniego roku kilka i muszę przyznać, że losy samotnych bohaterów meksykańskiego "Roku przestępnego", a przede wszystkim znakomitego "Kolejnego roku" Mike'a Leigh poruszyły mnie znacznie bardziej. Zdecydowanie też wolę "Pianistkę" Hanekego, do której "Code blue" zdradza pewne podobieństwo. Tyle wybrzydzania, a teraz zajmę się problemami, jakie film porusza.

Marian jest kobietą samotną. Z wyboru pracuje w hospicjum (a może to szpital?), głównie nocą. Jak duch przemierza sterylne, szpitalne korytarze, zagląda do sal, w których leżą terminalnie chorzy. Jest dla nich czuła, delikatna, troskliwa, cierpliwa. Myje stare, wychudzone ciała, trzyma za rękę, głaszcze. Robi to wszystko, o czym myślimy z lękiem albo nawet z obrzydzeniem. Antoniak pokazuje w swoim filmie to, o czym wolimy zapomnieć: starość, chorobę, śmierć. Nie oszczędza widza. Już w pierwszej scenie jesteśmy świadkami agonii. Nie uchyla się od kontrowersyjnych tematów. Widzimy udrękę choroby i umierania, patrzymy, jak ta sytuacja wyzwala w bliskich niskie uczucia (Ktoś szepcze: Chcę, żebyś już umarł.). Przeraźliwą samotność i anonimowość w sterylnym szpitalu. Marian chce jakoś ocalić tych wszystkich umierających ludzi, wyrwać ich z anonimowości. Może dlatego gromadzi w domu ich osobiste przedmioty, ślady życia: ołówek, grzebień, zdjęcie. A kiedy sądzi, że chory ma już dość wegetacji, skraca mu życie, podając zastrzyk, a wcześniej głaszcze i czule trzyma za rękę. Pomaga przejść na druga stronę, towarzyszy w umieraniu. To kolejny kontrowersyjny temat: eutanazja. Reżyserka pokazuje dwie strony medalu:  skrócenie bezsensownego cierpienia, ale także pomyłkę. Bo raz Marian popełnia błąd, źle odczytuje intencje chorego. Scena, kiedy mężczyzna do końca walczy, broni się, nie chce umierać, jest przerażająca. Ale Marian nie jest okrutną, bezduszną panią-śmierć. Nie potrafi sobie z tym, co zrobiła, poradzić. Szuka pocieszenia u jedynej bliskiej jej osoby, przypadkowo poznanej sąsiadki (Też starszej! Dlaczego obcuje ze starością? Boi się ludzi? Nie potrafi nawiązać kontaktu z rówieśnikami?). Chciałaby rozgrzeszenia, ale żyje w duchowej pustce, nie jest osobą wierzącą, a więc nie ma jej kto odpuścić grzechu. Jak poradzić sobie z winą w takim świecie? Nie ma boskiego autorytetu, nie ma winy, nie ma kary, nie ma żalu, nie ma pokuty, nie ma wreszcie odpuszczenia grzechu. Ale Marian czuje się winna,  potrzebuje rozgrzeszenia. Czy Boga ma jej zastąpić sąsiadka, która problem zbywa ironią?

Świat Marian jest przeraźliwie pusty i samotny. Właśnie przeprowadziła się do jakiegoś koszmarnego, wielkiego, nowoczesnego, szklanego bloku, gdzie wszystko jest równie bezduszne i anonimowe. Wokół księżycowa pustka. Jej białe, surowe, puste mieszkanie zapełniają nierozpakowane kartony. Tak jakby była tu tylko na chwilę. Może obcując ze śmiercią, odczuwa tymczasowość, kruchość życia? Nie warto się zakorzeniać? Mościć sobie wygodne gniazdko? A może po prostu nie przywiązuje do tego wagi? Jest abnegatką? Minimalistką? W domu tylko śpi i ogląda telewizję. Długo wydaje się, że taki stan jej odpowiada. Ale to tylko pozory. Bo Marian marzy o bliskości, o miłości i o seksie. Tak bardzo, że ulega fascynacji okrutną sceną gwałtu, którą obserwuje z okna swojego pokoju, a potem błaga o miłość mężczyznę, z którym kilkakrotnie krzyżują się jej drogi. Może uwierzyła, że to nie przypadek, ale zrządzenie losu. Poniża się przed nim, daje się upokorzyć. To sceny, które najtrudniej znieść. Dręczyły mnie długo. Biedna, przeraźliwie chuda Marian, brzydka w swej kościstej nagości. Kiedy widzimy ją nagą, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że jej wysiłki są daremne. Inaczej niż bohaterka wspomnianego "Roku przestępnego"  pragnie nie tylko seksu, ale przede wszystkim miłości. Skąd jej samotność? Czy dlatego żyje sama, bo jest oschła i nieprzyjemna (scena w sklepie, wizyta pary znajomych)? Czy odwrotnie: oschłość to maska, która ma chronić ją przed światem? Jakby nie było, Marian budzi litość, współczucie, ale i jakiś rodzaj niechęci. A może złości?

Cóż, film zirytował mnie formą, ale jednocześnie nie dał o sobie zapomnieć. Mógłby podziałać jeszcze mocniej, gdyby nie ta forma właśnie. Mimo wszystko czekam na kolejny film Urszuli Antoniak. Ciekawe, jaki będzie.

"Wymyk" Grega Zglińskiego. Tego filmu nie wolno przegapić!

Zdarza mi się czekać na jakiś film jak na święto. Tak było z "Wymykiem" Grega Zglińskiego i wcale nie dlatego, że został tak wysoko oceniony na festiwalu w Gdyni i teraz też zbiera bardzo dobre recenzje. Oczywiście to nie jest bez znaczenia, ale moje oczekiwania wobec tego filmu były tak ogromne, ponieważ kilka lat temu zachwyciłam się niezwykle dojrzałym debiutem tego reżysera, co dziwne, produkcji szwajcarskiej. Tamten film to "Cała zima bez ognia", niedawno zresztą pokazała go TVP Kultura. Czasem mam wrażenie, że widzieli go tylko recenzenci i ja, cóż nie cieszył się wielkim powodzeniem, a szkoda. Może dlatego, że podobnie jak "Wymyk" podejmował tematy ostateczne (śmierć dziecka, wojna na Bałkanach), a pokazana tam Szwajcaria nie miała w sobie żadnego folderowego uroku. Ponury, zasnuty mgłą i fabrycznym dymem krajobraz, ponure wnętrza bohaterów. Mimo tego zobaczyć trzeba koniecznie! Od tamtej pory zastanawiałam się, co dzieje się z tak świetnie zapowiadającym się reżyserem a tu nagle "Wymyk". Ku mojej radości film równie dobry jak tamten. W obu stworzył Zgliński charakterystyczny dla siebie charakter pisma: człowiek w obliczu życiowej tragedii, psychologiczne, wyraziste, ale delikatnie nakreślone portrety bohaterów, kryzys rodziny spowodowany nieszczęściem, jakie dotknęło jej członków, no i otoczenie: zwyczajne, siermiężne, surowe, jednym słowem bez upiększeń. No i pytania wagi ciężkiej: o winę, odpowiedzialność i jak możliwe jest dalsze życie, kiedy przychodzi dźwigać duchowe brzemię. "Wymyk" reklamowany jest jako najmocniejszy polski film tego roku. Ten slogan może mocno zmylić. Tak, najmocniejszy, ale psychologicznie, egzystencjalnie. Nie wiem, czy o taki efekt specom od marketingu chodziło. Ale zostawmy ich w spokoju. Film trzeba zobaczyć koniecznie, także dla świetnych ról: Więckiewicza, Dziędziela i Gabrieli Muskały, która grała też w "Całej zimie bez ognia". A kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Wszystko zaczyna się od mocnej sceny samochodowego wyścigu. Fred wypróbowując nowy samochód, zachowuje się szaleńczo. To on jest wariatem, ryzykantem. Jego brat, Jurek, wybucha gniewem, tak zirytował go i przestraszył ten szczeniacki wybryk. Mam dzieci, mówi, a właściwie krzyczy. Ale ta pierwsza scena wprowadza widza w filmowe maliny. Wkrótce okaże się, że Fred ceni sobie spokojne, ustabilizowane życie u boku żony i nie lubi ani zmian, ani ryzyka. Nie chce zgodzić się na dalszy rozwój nieźle prosperującej firmy, woli to, co już ma, sabotuje pomysły brata. Równie szybko pryśnie też czar rodzinnej sielanki, której jesteśmy świadkami w czasie urodzin Violi. To tylko pozory. Fred czuje się tym gorszym bratem i synem. Zazdrości Jurkowi wykształcenia, uważa, że rodzice, szczególnie ojciec, zawsze faworyzowali właśnie jego. Najlepiej czuł się wtedy, kiedy brat mieszkał w Stanach i nie wtrącał się w sprawy firmy. Ma żal, że to on musiał opiekować się sparaliżowanym ojcem. Można powiedzieć, że Jurek wrócił na gotowe: ojciec, mimo że na wózku, jakoś doszedł do siebie, firma radzi sobie bardzo dobrze. Znowu stał się oczkiem w głowie rodziców, chce wprowadzać, za cichą akceptacją ojca, zmiany do rodzinnego biznesu. No i ma jeszcze jedną przewagę: dzieci, których najprawdopodobniej Fred mieć nie może. Chociaż wypowie się na ten temat tylko raz, możemy się domyślać, że to problem. Viola uwielbia dzieci Jurka, pewnie dlatego, że nie ma własnych. Trudno wyobrazić sobie, że niepracująca kobieta, łagodna, skromna i cicha nie marzy o macierzyństwie. Wystarczy popatrzeć, jak chętnie zajmuje się dziećmi szwagra. Jej teściowa też z radością powitałaby kolejne wnuki.

Czy to wszystko ma znaczenie, kiedy Fred biernie przygląda się, jak jego brat staje w obronie napastowanej dziewczyny? To Jurek zaryzykuje, a on będzie udawał, jak pozostali współpasażerowie, że nie widzi. Nie wtrącaj się, rzuci. Znowu Jurek jest tym lepszym, szlachetniejszym, odważniejszym. Nie pomógł ze strachu? Nie zdążył zareagować, bo wszystko działo się tak szybko? A może gdzieś podświadomie tłukła się myśl, że ten przemądrzały brat dostanie nauczkę? Pewnie wszystko po trochu. Duchowa męka, jaka stanie się jego udziałem, będzie podwójna. Z jednej strony szok i rozpacz, z drugiej dręczące wyrzuty sumienia. Przyjmuje wyrazy współczucia i pocieszenia, ale czy go nie parzą? Wszyscy myślą, że zrobił, co mógł, on jeden zna prawdę i ta prawda go uwiera. Zamyka się w sobie, wybucha gniewem z byle powodu, wszystko wyprowadza go z równowagi, a to, co przypomina brata, tylko irytuje. Czy dlatego nie odwiedza w szpitalu nieprzytomnego Jurka? Czy dlatego niechętnie odnosi się do jego dzieci, które tak ochoczo przygarnia Viola? Czy dlatego reaguje zazdrością na jej wizyty w szpitalu? Ale najgorsze ma dopiero nadejść za sprawą filmiku zamieszczonego w internecie. Teraz wszyscy znają już prawdę. Odwracają wzrok, milkną lub spoglądają ukradkiem. Czy ci, którzy tak się w niego wpatrują w czasie niedzielnej mszy, już wiedzą, że nie pomógł bratu? A ksiądz, który gestem zaprasza go do spowiedzi, też widział film wrzucony do sieci? Ale Fred nie jest gotowy na przyznanie się do winy i pokutę. Niedzielna msza okazuje się tylko pustym rytuałem odprawianym przykładnie co tydzień. Odświętne stroje, manifestowanie rodzinnej jedności, nabożne śpiewy. To wszystko pozory. Rodzina się rozsypuje, wychodzą na wierzch skrywane urazy. Rodzice nie mogą pogodzić się z tym, co spotkało lepszego syna, mają Fredowi za złe jego bierność. Matka nie przepada za synową, zawsze uważała, że ożenił się z nikim. Ale największym zmartwieniem Freda jest to, aby Viola nie dowiedziała się prawdy. Rodzinna i osobista tragedia burzy jego uporządkowany świat. Do dawnego życia nie ma już powrotu. Rodzina nie jest już żadnym oparciem. Wszystko go uwiera: wyrzuty sumienia, dzieci brata plączące się po domu, żona, która poświęca czas im i nieprzytomnemu bratu, a nie jemu, rodzice, którzy mają pretensje, ludzkie szepty i spojrzenia, bałagan w domu. Tak modne tego lata pytanie: jak żyć?, w tym filmie nabiera niezwykłej mocy. Jak udźwignąć ciężar odpowiedzialności? Jak udźwignąć infamię? Jak udźwignąć utratę dotychczasowej stabilizacji? Jak udźwignąć samotność? Oglądając "Wymyk", chyba pierwszy raz zdałam sobie sprawę, że są sytuacje, kiedy lepiej zginąć niż żyć. Fred nie stając w obronie brata, ocalił swoje życie, ale jakie to ma znaczenie? Co mu z takiego życia?

Być może, aby próbować odbudować je na nowo, powinien stanąć w prawdzie i powiedzieć: tak, zawiniłem grzechem zaniechania, zazdrości i niechęci, wybaczcie. Ale Fred długo nie potrafi tego zrobić. Może dlatego tak opornie idzie mu zdemaskowanie przestępcy? Niby dzwoni na policję, ale nie dość wytrwale. Kiedy ściga chłopaka na własną rękę, może liczy na to, że sam wyrówna rachunki. Właściwie, co chce zrobić, kiedy idzie do niego do szkoły? Nastraszyć? Wymierzyć sprawiedliwość? Ale sytuacja wymyka się spod kontroli i jeśli nie chce, aby przestępca stał się ofiarą, musi nie tylko zdemaskować jego, ale i siebie. Czy zgromadzeni w sali uczniowie i nauczyciele są zszokowani tylko tym, że zwyczajny uczeń okazał się pozbawionym uczuć, cynicznym mordercą? Czy również tym, że ścigający go Fred stchórzył? A może tym, że teraz stoi przed nimi i patrzy im w oczy. Tak, to ja, tchórz, mam na rękach krew mojego brata, nic nie zrobiłem, aby go uratować. Dopiero teraz może iść do szpitala. Nieporadnie uczy się pielęgnować nieprzytomnego brata. Ale jest już za późno. Kiedy spojrzy w szeroko otwarte oczy Jurka, będą to oczy trupa. Czy brat wybaczył mu przed śmiercią? Czy miał na tyle świadomości? Fred na zawsze już zostanie z tą tajemnicą i z obrazem oczu nieboszczyka.

W tym filmie pełno jest takich scen, które mylą. Nie spełniają tego, co zapowiadają, celowo wprowadzają widza w błąd. O pierwszej właśnie wspomniałam. Ale jest też pistolet, który, inaczej niż czechowowska strzelba, o której wiadomo, że kiedy pojawi się na scenie w pierwszym akcie, to w trzecim wystrzeli, nie zostanie użyty. Wiem, że był nienabity, ale mógł pan nim przecież postraszyć, zdziwi się policjant. W innej scenie Fred szarpie lekarza i krzyczy: niech pan coś zrobi. To samo mieliśmy ochotę krzyczeć do niego, kiedy przypatrywał się napastnikom atakującym brata: zrób coś! Ale on nic nie zrobił. Kiedy aparatura, do której podłączony jest brat, wydaje dziwne, niepokojące laika dźwięki, okaże się, że to wcale nie koniec, wtedy nic się nie zdarzy. Ale kiedy, tak jak Fred, z ulgą zobaczymy szeroko otwarte oczy Jurka, natychmiast pojawią się ręce lekarza fachowo zamykające jego martwe powieki i padnie suchy komunikat: zgon ósma piętnaście. To wszystko też stanowi o wartości tego filmu. Także nastrój, tempo, umiejętnie podkręcane przez muzykę, no i subtelne portrety bohaterów, rysowanie konfliktów między nimi. Gdzieś rzucone jakieś zdanie, spojrzenie, gest, mina, jakaś obserwacja. Kilkoma filmowymi pociągnięciami reżyser kreuje rodzinne piekiełko będące tłem dramatu. Do tego aktorstwo, o którym wspominałam we wstępie.  No i myśl, że gdyby wtedy nie popsuł się samochód, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Świetny film, nie podda się próbie pamięci. Podobnie jak "Cała zima bez ognia", którą noszę w sobie do dziś.

Popularne posty