Colm Tóibín "Long Island", "Brooklyn"

Dawno, dawno temu w czasach przedblogowych przeczytałam

bardzo chwaloną wówczas powieść "Brooklyn" irlandzkiego pisarza Colma Tóibína (Rebis 2009, nowe wydanie 2025; przełożył Jerzy Kozłowski). Przeczytałam i się rozczarowałam. O co tyle hałasu? Dziś już nie bardzo potrafię odtworzyć, jaki był powód mojego zawodu. Chyba miałam jej za złe to, że jest za krótka i w związku z tym autor zaledwie szkicuje problemy, a nie wchodzi w nie głęboko. Tak, chyba o to mi chodziło. Dowodem na to, jak ją potraktowałam, jest fakt, że pozbyłam jej się z domu przy okazji książkowego remanentu, a miałam ją  w wersji papierowej, bo był to czas przedczytnikowy. 

Kiedy w zeszłym roku wyszła kontynuacja "Brooklynu", czyli

"Long Island" (Rebis 2025; przełożył Jerzy Kozłowski), i do Polski na Festiwal Conrada przyleciał autor, a ja byłam na tym spotkaniu, postanowiłam dać Colmowi Tóibínowi drugą szansę i sięgnąć po jego najnowszą powieść. Ale żeby to zrobić, musiałam jednak, także z ciekawości, przeczytać część pierwszą. Tak też zrobiłam. Z braku czasu nie odniosłam się do niej bezpośrednio po lekturze, więc dzisiaj, pisząc o "Long Island", wspominam też trochę o "Brooklynie", tym bardziej że obie powieści mają podobną konstrukcję. 

Jak po ponownej lekturze wypada pierwsza część opowieści o Eilis Lacey, młodej irlandzkiej dziewczynie, która w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku zostaje wysłana przez swoich najbliższych do Stanów, gdzie ma dzięki irlandzkiemu księdzu, znajomemu  starszej siostry, zapewnioną pracę, dach nad głową i wsparcie na obczyźnie? Otóż muszę ze zdumieniem stwierdzić, że zupełnie nie rozumiem, o co się wówczas czepiałam. Dziś nie dopatruję się w tej książce braku wnikliwości i powierzchowności. Powieść przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Oczywiście to nie arcydzieło, ale bardzo dobra literatura środka. Wielką zaletą jest pogłębiony portret głównej bohaterki. Eilis wcale nie ma ochoty jechać do pracy za ocean, najchętniej zostałaby w domu, z matką i starszą siostrą, która jest dla niej autorytetem i wsparciem. Ale nie ma wyboru. Tam ma szansę na lepszą pracę, tu w małym irlandzkim miasteczku pracuje dorywczo w sklepie, znosząc humory właścicielki. Jej starsi bracia też wyjechali, tyle że bliżej, bo do Anglii. Wyobraźmy sobie jej sytuację - młoda dziewczyna, która nigdy nie była dalej niż w najbliższej okolicy swojego miasteczka, nagle musi zostawić najbliższych, nie wiadomo, kiedy ich ponownie zobaczy, i sama płynąć do Stanów, a tam odnaleźć się w nowym otoczeniu. Wszystko jest dla niej nowe i obce. Podróż do Anglii, gdzie na szczęście zaopiekują się nią bracia, rejs statkiem, a potem Nowy Jork, Brooklyn, mieszkanie na stancji, praca w dużym domu handlowym, inny świat, inne zwyczaje, tęsknota za najbliższymi, z którymi może tylko korespondować. Gdyby nie opieka, jaką roztacza nad nią ów irlandzki ksiądz, znajomy siostry, na pewno byłoby jej o wiele trudniej. Ale Eilis nie jest szarą myszką. Okazuje się dziewczyną samodzielną, umiejętnie nawigującą wśród współmieszkanek wynajmujących pokoje u tej samej właścicielki. A to prawdziwe kłębowisko żmij i znalezienie się pomiędzy nimi a właścicielką nie jest łatwe. 

Bardzo ciekawa jest druga część książki, kiedy Eilis, która już zdążyła się jakoś zadomowić na Brooklynie, z powodu sytuacji rodzinnej wraca na jakiś czas do Irlandii. Początkowo czuje się tam obco, a jednocześnie dla miejscowych jest kimś, bo przecież przyjechała z tej mitycznej Ameryki. Inaczej się ubiera, jest pewniejsza siebie. To inna Eilis, trudniej jej ułożyć się z matką, za którą przecież tęskniła. Ale najbardziej interesujące są jej duchowe i uczuciowe rozterki, które przeżywa po powrocie do domu. Przyjechała tylko na jakiś czas, aby wspomóc matkę, ma wrócić do Nowego Jorku, tymczasem dzieje się coś, co sprawia, że zaczyna się zastanawiać nad swoimi wyborami. Zostać czy wrócić? Niestety muszę pisać ogólnikowo, aby nie zdradzić nic z treści, bo to, co się dzieje z Eilis, jest po prostu bardzo ciekawe. Przyznam, że nie do końca pamiętałam, w jaki sposób główna bohaterka rozwiąże swoje duchowe dylematy, bo że wróci, wiedziałam, a poza tym można się tego domyślić, czytając info o "Long Island". Dlatego nie mogłam się oderwać od ostatniej partii powieści.

Podobnie było w wypadku części drugiej. Minęło dwadzieścia lat. Eilis mieszka razem z mężem, amerykańskim Włochem, i dwojgiem dorastających dzieci na tytułowym Long Island. Obok  domy mają jego rodzice i dwaj bracia razem z rodzinami. Jest samodzielna, pracuje, życie ma ustabilizowane, trochę przeszkadza jej bliskość rodziny męża, a trochę to lubi. Regularnie koresponduje z matką, dokumentując swoje życie zdjęciami. Napisałam, że obie powieści mają podobną konstrukcję. Bo nagle odwiedza ją obcy jej człowiek, który informuje o czymś, co burzy jej dotychczasowe życie. Eilis, co świadczy o jej sile, zachowuje się stanowczo, stawia pewne warunki, czegoś żąda, a chwilowo postanawia przeczekać burzę w Irlandii. Po latach wraca do rodzinnego domu i znowu będzie przeżywać podobne rozterki, bo nagle wróci do niej przeszłość, tamto lato spędzone w domu. Niestety nic więcej zdradzić nie mogę, bo odebrałabym wielką przyjemność płynącą z lektury! 

Mamy tu wiele niedopowiedzeń i płynących z tego nieporozumień, sprzeczne interesy bohaterek i bohaterów, co prowadzi do wielkich komplikacji. Kto zawinił? Do kogo można mieć pretensje? Co zrobią bohaterki i bohaterowie? Jak postąpi ostatecznie Eilis? Na pewno gdyby wszyscy byli od początku szczerzy, nie doszłoby do takiej sytuacji. A jest to bardzo prawdziwe i bardzo ludzkie, bo tak się przecież w życiu zdarza. Im bliżej finału, tym bardziej nie potrafiłam oderwać się od lektury, bo teraz naprawdę nie miałam pojęcia, jak skończy się ta historia, no i jak zostanie to rozwiązane. A autor podsyca ciekawość, umiejętnie mieszając wątki. Na sytuację patrzymy z punktu widzenia różnych bohaterek i bohaterów. 

Oprócz tego bardzo ciekawa jest konfrontacja Eilis, już częściowo Amerykanki, ze światem swojej wczesnej młodości, szczególnie z losem jej przyjaciółki. Zderzenie tych dwóch bohaterek wypada na korzyść Eilis. Jej się powiodło, bardzo dobrze wygląda, ma pieniądze, chociaż nikt nie wie, że nie do końca swoje, a to co z perspektywy małego irlandzkiego miasteczka może się wydawać wielką karierą, nie do końca jest nią z perspektywy amerykańskiej. Tymczasem jej przyjaciółka czuje się przy niej jak kopciuszek czy uboga krewna. Chociaż wcześniej lubiła swoje życie, teraz widzi, że się zaniedbała, no i musi ciężko harować, aby po śmierci męża utrzymać siebie i dorastające dzieci. A praca dodatkowo łączy się z pewnymi problemami. Ciekawie opowiedziane są też relacje Eilis z  matką, za którą przecież tęskniła, ale z którą niełatwo jej się żyje. 

"Long Island" jest moim zdaniem jeszcze lepszą powieścią od "Brooklynu", bo równie ważnymi postaciami jak Eilis są także inne osoby, których motywacje i przeżycia opowiedziane są niezwykle wnikliwie.

Z czystym sumieniem polecam obie powieści. Wielka, ale niebłaha, przyjemność. Warto od czasu do czasu dać się po prostu ponieść lekturze.

Wiesław Myśliwski "Ostatnie rozdanie"

Nie pierwszy raz w tym miejscu zadeklaruję moją miłość do prozy Wiesława Myśliwskiego. To mój ulubiony i najwyżej oceniany współczesny polski pisarz. Jego powieści to LITERATURA. Odkryłam go późno, bo wcześniej nie miałam jakoś ochoty na tematykę wiejską, z którą jego twórczość sklejono, co nie do końca jest prawdą, w okolicznościach nieco mnie zawstydzających - głupio mi się zrobiło, kiedy koleżanka, której nie podejrzewałam o czytanie takiej prozy, właśnie skończyła "Traktat o łuskaniu fasoli", więc natychmiast postanowiłam nadrobić ten brak i spróbować. 

Od razu wpadłam po uszy i systematycznie sięgałam po jego powieści. Nie ma ich wiele, bo tylko siedem, za to jakie! Bo Wiesław Myśliwski nigdy nie poddał się gorączce pisania jednej książki za drugą. Twierdził, że: pisać książki powinno się dopiero, gdy człowiek naprawdę czuje, że nie ma już żadnego innego wyjścia (...), wtedy kiedy jest się przekonanym, że ma się naprawdę coś do powiedzenia komuś drugiemu. (Cytat zaczerpnęłam z info wydawnictwa o "Ostatnim rozdaniu".) To powinno stać się credo wszystkich pisarek i pisarzy oraz ich wydawnictw, które niestety przyczyniają się do nadprodukcji literackiej. 

Teraz została mi tylko do przeczytania jeszcze jedna powieść Wiesława Myśliwskiego, "Pałac". Zdecydowanie najwyżej cenię "Widnokrąg" i "Kamień na kamieniu", zaraz potem przywołany przed chwilą "Traktat o łuskaniu fasoli", co nie oznacza, że odrzucam "Ucho igielne"  czy debiutancki "Nagi sad". No i wreszcie zabrałam się za jego przedostatnią powieść, "Ostatnie rozdanie" (Znak 2019). Co jakiś czas chciałam sobie sprawić tę przyjemność, ale inne lektury wpychały się przed nią, no a teraz powód oczywisty, ale bardzo smutny, śmierć pisarza. Że nie napisze już nic nowego, wiedziałam, bo taką deklarację złożył, wydając "Ucho igielne", ale teraz ostatecznie klamka zapadła. Smutno.

"Ostatnie rozdanie" na pewno nie jest lekturą łatwą i wszystkim, którzy prozy Wiesława Myśliwskiego nie znają, a chcieliby spróbować, radzę zacząć od "Widnokręgu", bo łączy w sobie to, co dla twórczości pisarza charakterystyczne z największą przystępnością, no i jest to powieść miejsko-wiejska. To uwaga dla tych, którzy tematyki reprezentowanej przez ten drugi człon nieco się obawiają. A w powieści, o której piszę dzisiaj, również oczywiście znajdziemy stałe elementy  prozy pisarza. Mamy tu narrację pierwszoosobową, właściwie monolog narratora będącego zarazem głównym bohaterem, który przy okazji porządkowania notesu z adresami i telefonami  wspomina swoje dotychczasowe życie. Są to wspomnienia nieuporządkowane, chaotyczne nie tylko dlatego, że niechronologiczne, ale również z tego powodu, iż jedno wspomnienie albo jedna refleksja prowokuje następną. Ta szkatułkowość poszczególnych rozdziałów jest bardzo charakterystyczna dla prozy Wiesława Myśliwskiego. Tu pretekstem jest porządkowanie notesu, podejmowanie decyzji, kogo przepisać do nowego, a kogo wyrzucić. Bohater próbuje sobie przypomnieć, kim były te osoby. To prowokuje wspomnienia. Czasem są to opowieści o ludziach, których spotkał tylko raz, rozmawiał z nimi przez chwilę, czasem o tych najważniejszych, matce, mieszkańcach miasteczka, w którym się wychował - krawcu, u którego przez jakiś czas uczył się zawodu, jego dwóch pomocnikach, szewcu, z którym grywał w pokera. O nich myśli najczęściej, te historie wracają kilkakrotnie. Wspomina też kobiety, z którymi krócej lub dłużej był związany, a najczęściej Marię, swoją pierwszą miłość. Marię, która przez całe życie pisze do niego listy, a on na nie konsekwentnie nie odpowiada. To właśnie wspomnienia tych osób prowokują tak charakterystyczne dla prozy pisarza gawędy, które uwielbiam. Potoczyste opowieści o zwykłych ludziach, którzy jednak za sprawą pamięci stają się barwni, mniej lub bardziej niezwykli. Nieraz jest to tylko przywołanie jakiegoś zdarzenia, jakiejś rozmowy. 

Co wiemy o bohaterze "Ostatniego rozdania"? Urodził się w czasie wojny, ale był na tyle mały, że nie odcisnęła się piętnem na jego psychice. Nie poznał swojego ojca, matka twierdzi, że zginął, a wcześniej umieścił ją w znajdującym się w niewielkim miasteczku domu, w którym potem będzie mieszkać wraz synem. Chodził do liceum plastycznego w jakimś mieście, gdzie poznał Marię, swoją pierwszą miłość. Potem studiował malarstwo, ale rzucił studia, wrócił do domu i za namową matki zaczął uczyć się krawiectwa, z czego ostatecznie też zrezygnował. Wcześniej rozstał się z Marią, a właściwie przestał się z nią kontaktować. Potem imał się różnych prac, prowadził różne biznesy, zmieniał mieszkania, nigdzie nie mógł zagrzać na dłużej miejsca, był, krócej lub dłużej, z wieloma kobietami, ale z żadną nie zbudował dłuższej i głębszej relacji. Jak mówi, zastanawiając się nad sobą:

Ratunek widziałem tylko w tym, żeby uciec przed sobą. I uciekam, wciąż uciekam (...)

Jest człowiekiem dojrzałym, raczej już chyba po sześćdziesiątce, dobrze, a może nawet bardzo dobrze, sytuowanym. Tyle konkretów.

To opowieść o człowieku, który najczęściej kieruje się impulsami, tak rzucił studia, tak przestał praktykować u krawca, albo pozwala się prowadzić losowi. 

A wtedy, gdy wróciłem po rzuceniu studiów do domu, czułem się jakby obumarły i chwilami było mi wszystko jedno, czy zostanę krawcem, czy kimkolwiek, czy nikim. Uczyć się na krawca nie było dla mnie wyborem zawodu, bo nie byłem zdolny do żadnego wyboru, raczej ucieczką przed sobą. Krawiec? Może być i krawiec.

Wiele dzieje się w jego życiu przez przypadek, dzięki ludziom, których spotyka na swojej drodze. 

Nie mamy żadnej władzy nad życiem, wbrew temu, co nam się wydaje. To ono rządzi nami przez różne przypadki, zbiegi okoliczności i temu podobne.

To dzięki splotowi rozmaitych okoliczności i spotkań nie zszedł na manowce, a osiągnął materialny sukces. Rzadko podejmuje decyzje świadomie, bardzo często działa przez zaniechanie. Tak doprowadził do ruiny dom rodzinny, bo przestał się nim interesować, kiedy zabrał z niego matkę, gdy wymagała już opieki. Właściwie nie wiemy, dlaczego przestał kontaktować się z Marią, która nie pozwala mu o sobie zapomnieć, prowadząc z nim jednostronną korespondencję. Czy jest jego wyrzutem sumienia? Czy żałuje, że ją porzucił? Czy dlatego nie potrafi nawiązać bliższej relacji z żadną z kobiet, z którą się związał? Czy jest szczęśliwy?

A może ten zamierający las, to jezioro przykryte co dzień z rana gęstą mgłą, która często przez cały dzień z niego nie schodziła, a także ten pusty pensjonat, potęgują poczucie pustki, jakby odsłaniając zarazem pustkę mojego życia, której nie dopuszczałem do świadomości lub zapełniałem ją śmieciami pozorów, oszukując się przecież w różny sposób, co nie jest znowu takie trudne. 

Czasem miałem poczucie, że jestem tylko tą pustką. To poczucie pustki nie brało się stąd, że nie miałem jej czym zapełnić. Miałem nawet w nadmiarze.

Bohater "Ostatniego rozdania" najbardziej przypomina mi bohatera "Traktatu o łuskaniu fasoli". Obaj są jak trzciny na wietrze, pozwalają się prowadzić losowi, a to, że pozostają na powierzchni, a narrator "Ostatniego rozdania" nawet świetnie się po niej porusza, zawdzięczają szczęśliwemu splotowi okoliczności i spotkań. Równie dobrze ich życia mogłyby się potoczyć  zupełnie inaczej. 

- Wie pan, zastanawiam się czasem, czy nie zmarnowałem swojego życia. (...) Powinno się pewnie inaczej potoczyć - dorzuciłem, gdy kelner już z nowej nam nalewał.

- Każde mogłoby się inaczej potoczyć, każde. Ale czy lepiej, czy gorzej, oto jest pytanie.

O czym jest jeszcze dla mnie "Ostatnie rozdanie"? O tym, że idąc przez życie, spotykamy na swojej drodze mnóstwo ludzi. O większości z nich zapominamy, bo zetknęliśmy się z nimi tylko na chwilę, niektórzy chociaż też zagościli w nim tylko przez moment, odcisnęli na naszym losie jakieś piętno, inni byli ważni, nie potrafimy o nich zapomnieć. Każdy z nas mógłby pewnie mieć taki pękaty notes, z którego w miarę upływu czasu zaczynają wypadać kartki, trzeba go ściskać mocną gumą, aby się nie rozleciał, ale trudno się pozbyć tych ludzi, tych spotkań, tych rozmów. Jest to też powieść o tym, że idąc przez życie, stale coś tracimy. Najczęściej są to rozstania z ludźmi, niekoniecznie świadome, nigdy nie wiemy, które będzie tym ostatnim, nie planujemy tego, po prostu tak się dzieje. Tracimy też miejsca. Czasem jest już za późno, aby coś naprawić, aby wrócić do tego, co zniszczyliśmy, zaniechaliśmy. Żyjąc, pozbywamy się także złudzeń.

Młodość nie jest tak pociągająca, jak się panu może wydaje. Młodość to zmarnowany czas. Zmarnowany na złudzenia. Jakby życie ofiarowując nam młodość, zadrwiło z nas, aby tym dotkliwiej nas potem doświadczyć.

Nie jest to wesoła powieść, chociaż trudno powiedzieć, aby bohatera dotknęły jakieś nieszczęścia, ale unosi się nad nią jakaś aura melancholii, smutku. 

Upadek, można powiedzieć, to stan naturalny świata.

Takich niewesołych refleksji snuje bohater znacznie więcej. Pewnie stąd to poczucie smutku i melancholii. Ale z drugiej strony zdarza się i taka myśl, tyle że wypowiedziana nie przez niego, a przez prostego szewca.

- No, a jak naprawiać świat i nie wierzyć? A trzeba ciągle go naprawiać. Może nigdy nie będzie tak naprawiony, żeby ludziom chciało się na nim żyć. Ale wierzyć trzeba. Bez wiary kto by chciał go naprawiać? A źle czy dobrze się naprawia, tego się nie wie, póki się nie naprawi.

Wspomniałam już wcześniej, że   to nienajłatwiejsza lektura, a to dlatego, że oprócz tak charakterystycznej dla Wiesława Myśliwskiego gawędy, bardzo dużo tu rozważań, refleksji. Wydawca określa ją nawet mianem filozoficznej, gdzieś znalazłam stwierdzenie, że jest to połączenie powieści i eseju. Rzeczywiście nie ma w tym przesady. I pewnie warto czytać ją wolno, a nawet sięgnąć po nią po raz wtóry. Mam tylko nadzieję, że nikogo nie zniechęciłam, bo naprawdę nie ma się czego obawiać. Bez przesady, nie jest to książka bardzo trudna.

Iljas Churi "Dzieci getta. Mam na imię Adam"

Po krótkiej przerwie wracam do tematyki palestyńskiej, a plan jest

taki, żeby robić to w miarę regularnie, przeplatając innymi książkami. Tym razem sięgnęłam po powieść, która od dawna zalegała w głębinach mojego pierwszego czytnika. To "Dzieci getta. Mam na imię Adam" libańskiego pisarz Iljasa Churiego (Karakter 2021; przełożyła Hanna Jankowska). Przypomniałam sobie o tej książce, kiedy Karakter po kilku latach wydał jej drugą część, a są trzy, czyli "Dzieci getta. Stella Maris", którą też już mam i prędzej niż później przeczytam. Nieżyjący już Iljas Churi, nazywający siebie Palestyńczykiem z wyboru, jest autorem kilkunastu powieści, w Polsce ukazały się trzy, dramatów, esejów, był także krytykiem literackim. 

Może dobrze się stało, że sięgnęłam po tę powieść dopiero teraz po lekturze "Czystek etnicznych w Palestynie" Ilana Pappego, bo dzięki temu miałam już solidną historyczną podbudowę. Nie jest to powieść łatwa ani oczywista, nie ma w niej akcji rozumianej dosłownie jako ciągu łączących się wydarzeń, z których coś ma wyniknąć. Składa się z jakichś urywków, planu nienapisanej powieści, ze wspomnień głównego bohatera i narratora, Adama Dannuna, ze scen opowiedzianych mu przez kogoś. Do niektórych wydarzeń czy informacji wraca narrator kilkakrotnie, ale nie złoży nam się to w całą jego historię. Więcej zapewne dowiemy się z dwóch kolejnych części. (Mam nadzieję, że Karakter nie będzie czekał z częścią trzecią aż cztery lata, jak to było z częścią drugą.)  Wiele w niej nawiązań do innych książek, historycznych, eseistycznych czy powieści. Jedną z nich są właśnie wspomniane przed chwilą "Czystki etniczne w Palestynie". Momentami miałam wrażenie, że czytam esej. Jedna z powieści, które przywołuje narrator, to "Brama słońca" samego Iljasa Churiego, niestety w Polsce dotąd niewydana. Jej fragmenty ukazały się w jednym z numerów Literatury na świecie. To wszystko, a także trudna, bolesna tematyka, sprawia, że książki nie czyta się łatwo. To taki typ literatury, który w trakcie lektury zmusza do myślenia, refleksji, zadawania pytań.

Już z przedmowy Iljasa Churiego dowiadujemy się, że będziemy mieli do czynienia z publikacją zapisków, które dostały się w jego ręce po tragicznej śmierci ich autora. Tym autorem jest właśnie Adam Dannun, Palestyńczyk o skomplikowanym pochodzeniu, który podaje się za Żyda, potomka ocalałych z warszawskiego getta. Pierwsze lata dzieciństwa spędził rzeczywiście w getcie w palestyńskim, niegdyś, mieście Lidda, dziś to izraelski Lod, założonym dla nielicznych pozostałych Palestyńczyków przez Żydów w 1948 po jego zdobyciu i wygnaniu w marszu śmierci większości mieszkańców. Potem razem z matką i ojczymem mieszkał w Hajfie. Szybko ich opuścił, po jakimś czasie skończył hebrajski uniwersytet, zaczął tworzyć swoją nową tożsamość, w końcu wyjechał do Stanów i zamieszkał w Nowym Jorku. Chciał napisać powieść o arabskim poecie, ale dwa brzemienne w skutki spotkania sprawiły, że ten pomysł porzucił i zaczął wracać do swoich wspomnień z getta, a właściwie bardziej szukać informacji o życiu tam, bo sam niewiele pamiętał, a już na pewno nic o początkach, bo był wtedy niemowlęciem.

Muszę przyznać, że początkowo byłam zawiedziona i gdyby nie fakt, że książkę kupiłam, a nie wypożyczyłam z biblioteki, być może rozważałabym, czy jej nie porzucić. Bo po przedmowie Iljasa Churiego i wstępie będącym testamentem Adama Danuna dostajemy szkice do jego nigdy nienapisanej powieści o arabskim poecie Waddahu al-Jamanie. I przyznam, że ta historia średnio mnie interesowała, nie tego oczekiwałam, sięgając po "Dzieci getta". Chciałam nawet opuścić te fragmenty i przejść od razu do części drugiej zatytułowanej po prostu "Adam Danun", ale w tych notatkach autor trochę pisał też o sobie, więc jednak bałam się, że coś stracę. Potem zaczęłam zastanawiać się, czemu służy ta pierwsza część w kontekście dwóch kolejnych. Sens tych szkiców objawia się przy dalszej lekturze - jest nawiązaniem, swoistym komentarzem do życia bohatera. Od najprostszego, obaj kochali dwie kobiety, obaj dobrowolnie weszli do skrzyni, poeta dosłownie pozwolił kalifowi, mężowi swojej ukochanej, zamknąć się w niej, a w wypadku narratora była to skrzynia metaforyczna, skrzynia strachu i zapomnienia. 

Nie wszedłem do skrzyni, jak mój ulubiony poeta, ale teraz odkrywam, że przez całe życie przebywałem w skrzyni strachu. Muszę z niej wyjść, żeby ją rozbić, nie tylko opisać.

Kolejne koincydencje dotyczą siły opowieści. Bo opowieść żyje, dzięki niej można dać świadectwo. I tak historia arabskiego poety przetrwała dzięki opowieściom, dzięki nim ma też przetrwać historia getta w Lidzie i historia Adama. A oba świadectwa mają dać głos ofiarom. Dlatego Adam chciał opowiedzieć historię zamknięcia w skrzyni z punktu widzenia poety, a nie kalifa. Dlatego potem szuka osób, które mieszkały w getcie w Lidzie i im chce oddać głos.

A podstawowym zadaniem literatury jest przecież (...) oddanie głosu pokonanym, żeby opowieść stała się ich historią, której kronikarze nie ośmielają się spisać. 

Nie jest to jednak niewinne. Przywoływanie wspomnień z jednej strony daje świadectwo, pozwala ukazać światu wymazaną historię, ale dla kogoś, kto ją opowiada, staje się katalizatorem traumy. Coś, co wyparł, budując nowe życie, zaczyna pracować, męczyć, budzić koszmary wspomnień. Pamięć jest niezagojoną raną duszy.

Bo jednym z tematów tej powieści jest właśnie pamięć i są słowa tworzące opowieści. Adamowi, jeśli chciał sięgnąć do swoich początków, do swoich korzeni, nie pozostało nic innego oprócz słów i pamięci. Nie posiadamy niczego oprócz słów - powiedziała mu matka na pożegnanie. Podobnie innym Palestyńczykom wygnanym ze swoich miast, wiosek i domów, pozbawionym wszystkiego, także rodzinnych pamiątek. Stają się niewolnikami słów i pamięci, bo nic innego nie mają. Adam stawia sobie pytanie, czy jeśli jakaś historia nie została opowiedziana, to znaczy, że jej nie było? Historię Nakby, historię getta w Lidzie zamilczano, narrację przejęli zwycięzcy. Historię Palestyny napisali żydowscy syjoniści. To oni w powszechnej opinii stali się ofiarami, a nie Palestyńczycy.

Kwestia nie sprowadza się do wygnania Palestyńczyków z rodzinnej ziemi, bo po tym doszło do większej zbrodni, którą było narzucenie całemu narodowi milczenia. Nie mówię tutaj o przemilczaniu traumy, jak by określili to psychologowie, ale o milczeniu, które zwycięzcy narzucili pokonanym mocą dyskursu żydowskiej ofiary, który zapanował w świecie, to znaczy na Zachodzie, po zbrodniach drugiej wojny światowej i barbarzyństwie Holokaustu. Nikt nie słyszał jęku Palestyńczyków, umierających i wywłaszczanych w milczeniu. 

Ale przecież Nakba to fakt, getto w Lidzie też istniało. I Adam dzięki słowom i pamięci przywraca je światu.

Kolejne zagadnienie, które pojawia się w rozważaniach bohatera, to pojęcie ofiary. Sam jest ofiarą ofiary, swojego pierwszego ojca, Palestyńczyka, uciekiniera z Liddy, który go porzucił. Nic o nim nie wie. 

Może w ten sposób krzywdzę nieznanego mi człowieka. Był ofiarą, a ja - ofiarą ofiary. Nie lubię tego rodzaju usprawiedliwień. Bycie ofiarą nie daje nikomu prawa do poświęcania innych, przeciwnie, nakłada podwójną odpowiedzialność za nich.

Długo żył w przekonaniu, że ktoś inny był jego ojcem. Dopiero jako dorosły poznał prawdę. Dlaczego jego prawdziwy ojciec go porzucił w czasie marszu śmierci z Liddy? Czy sam przeżył? Podobnie Palestyńczycy są ofiarą ofiary, Żydów ocalałych z Holocaustu. Kiedy dorosły Adam ogląda dokument "Shoah" Claude'a Lanzmanna, jest wstrząśnięty. Zdaje sobie sprawę, że Żydzi, jak Palestyńczycy, byli ofiarami, nie odmawia im tego prawa. Ale  przecież nie wszyscy. Tylko ci, którzy przeżyli Holocaust. Większość z tych, którzy brali aktywny udział w walkach przeciwko arabskim mieszkańcom Palestyny, przybyła tu przed wojną. Dlatego sprzeciwia się, aby mówić o Palestyńczykach, że są ofiarą ofiary.

... nie jesteśmy ofiarą ofiary. My i biedni Żydzi, których z nazistowskich obozów koncentracyjnych sprowadzono na pole bitwy w Palestynie, jesteśmy razem ofiarami tych zabójców, którzy zdradzili języki żydowskiej ofiary, bezlitośnie ścierając Palestyńczyków w proch.

Jest to też opowieść o tożsamości, o szukaniu swoich korzeni. Kim jest Adam? Kim byli jego rodzice? Dlaczego uważa, że miał trzech ojców? A może czterech, bo jednego, żydowskiego, ocalałego z warszawskiego getta, siłą wcielonego do Hagany, poległego w walce o Hajfę, wymyślił, aby stworzyć nowego siebie. Bo tylko tak mógł godnie przetrwać i żyć w kraju, który mu odebrano. Jako Palestyńczyk musiał stać się niewidzialny.

Mnie się powiodło, Byłem Izraelczykiem jak wszyscy inni. Nie ukrywałem swojej palestyńskiej tożsamości, ale schowałem ją w getcie, w którym się urodziłem. Jestem synem getta, a ono dało mi immunitet, bo kojarzyło się z Warszawą.

Kiedy na uniwersytecie w Hajfie pytano mnie, skąd jestem, odpowiadałem jednym słowem: getto. Myślę, że koleżanki i koledzy patrzyli na mnie ze współczuciem, sądząc, że jestem synem kogoś z ocalałych z getta warszawskiego.

No i jest to w końcu opowieść o getcie utworzonym w Lidzie, o życiu jego mieszkańców. O ludziach, którym odebrano ich własność, którym nie wolno było zerwać pomarańczy z ich sadu, bo ten stał się mieniem żydowskiego państwa. O ludziach, którzy musieli pod nadzorem żydowskich żołnierzy opróżniać swoje domy i oddawać wszystko, co tam było, bo na mocy prawa silniejszego nic już do nich nie należało. O ludziach, którzy musieli uprzątać miasto z trupów swoich krewnych i sąsiadów. O ludziach, którzy omal nie umarli z pragnienia i głodu. Wreszcie o ludziach, których getto na zawsze zmieniło, sprawiło, że nawet kiedy zniknęły druty, nie potrafili poczuć się wolni, bo przecież nie byli. Getto na zawsze zostało w ich głowach. Jedynym ratunkiem był wyjazd i zapomnienie, wyparcie wspomnień. Co, jak się okazuje, jest niemożliwe. Bo żeby dać świadectwo, przywrócić pamięć o Nakbie, ona musi trwać, musi być przeżywana na nowo.

Izrael sprawił bowiem, że życie trzech pokoleń Palestyńczyków stało się nieustającą Nakbą. Izraelczycy, którzy postawili na to, że Palestyńczycy zapomną opowieści o klęsce, z bezmyślnością narzucili im bezustanne przeżywanie klęski. I wciąż to robią, nie tylko na Zachodnim Brzegu, w Gazie i Jerozolimie, ale i w samym Izraelu. Pokolenie, które miało zapomnieć opowieści ojców i dziadów o Nakbie, dziś ma przed oczami i tamtą, i swoją.

Jakże aktualne są te słowa.

To taka powieść, o której trudno zapomnieć, która coś ze mną zrobiła, która każe myśleć i zastanawiać się. Mimo że stawia opór, z wielu powodów nie jest łatwa, to namawiam, aby po nią sięgnąć. A tym, którzy wolą łatwiejszą lekturę, ale też ważną, polecam, przynajmniej na początek, "Poranki w Dżeninie" Susan Abulhawy.

Popularne posty