Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stany Zjednoczone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stany Zjednoczone. Pokaż wszystkie posty

Louise Erdrich "Okrągły dom"

"Okrągły dom" Louise Erdrich (ArtRage 2026; przełożyła Agnieszka

Walulik) to druga powieść tej pisarki wydana w Polsce przez ArtRage i będą kolejne. Następna jeszcze w tym roku! No bo kiedy za wydawanie biorą się chłopaki z tego wydawnictwa, to wiadomo, że nie porzucą autorki czy autora po jednej książce. Na początku lat dwutysięcznych Muza opublikowała jej inną  powieść, a jeszcze wcześniej w PIW-ie ukazał się zbiór opowiadań. Po przeczytaniu "Rzeki Czerwonej" postanowiłam pozostać wierna autorce. 

Zanim przejdę do refleksji nad drugą książką pisarki, kilka słów o niej. Otóż Louise Erdrich ma mieszane korzenie, o co w Ameryce nietrudno. Jej matka była Niemką, a ojciec pochodził z rdzennych ludów, z plemienia Odżibwejów. Piszę o tym, bo ten fakt znajduje odbicie w jej twórczości. Już w "Rzece Czerwonej" niektóre bohaterki i niektórzy bohaterowie pochodzili z tego plemienia, ale tam nie miało to tak wielkiego znaczenia. Zupełnie inaczej jest tym razem, o czym za chwilę. 

Przyznam, że kiedy po raz pierwszy ArtRage w swoich zapowiedziach zdradziło, że będzie wydawać jej książki, miałam mieszane uczucia. No bo z jednej strony nagradzana pisarka (Booker za "Okrągły dom" i Pulitzer za "Nocnego stróża", który ukaże się jeszcze w tym roku), ale z drugiej podejmująca tematykę ludów rdzennych. No i natychmiast pojawiły się skojarzenia z lektur i filmów z dzieciństwa - Indianie, tipi, pióropusze, tomahawki, tańce wokół ogniska, polowania i całe to imaginarium ukształtowane w moim przypadku bardziej przez kino  niż literaturę. Problem w tym, że ja się nigdy tym jakoś specjalnie nie interesowałam. To nie były moje tematy. Bardziej chłopackie. Dlatego zatrzymałam się z moją wiedzą na ten temat na poziomie dziecięcych wyobrażeń. No i teraz naiwnie myślałam, że będzie tak samo. Folklorystycznie. Tymczasem nic bardziej mylnego. O współczesnym życiu przedstawicieli ludów rdzennych w Stanach nie miałam bladego pojęcia. A więc po raz kolejny literatura wymazuje białe plamy.

Bo akcja "Okrągłego domu" rozgrywa się w roku 1988 właśnie w rezerwacie Odżibwejów, a głównymi bohaterkami i bohaterami  są jego mieszkańcy. Mimo  że po lekturze "Rzeki Czerwonej" byłam już świadoma tego, że moje wywodzące się z dzieciństwa skojarzenia dotyczące rdzennej ludności nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, to jednak podświadomie  hasło rezerwat indiański przywołuje tamto imaginarium. Do tego dochodzi świadomość dyskryminacji. I to drugie niestety jest prawdziwe. Powieść Louise Erdrich, o której dzisiaj, pokazuje, z jakimi prawnymi absurdami zmagają się mieszkańcy rezerwatów. 

Narratorem "Okrągłego domu" jest trzynastoletni Joe. Z perspektywy czasu opowiada historię, która zdarzyła się w roku 1988 i która naznaczyła go na całe życie. Wiemy, że skończył prawo, że podobnie jak jego ojciec został sędzią plemiennym, że ożenił się z koleżanką ze szkoły, osoby czytające uważnie odnotują nawet jej imię. Ale to tylko wzmianki, natomiast akcja powieści jest całkowicie skupiona na tragicznych wydarzeniach, jakie rozegrały się w rezerwacie w roku 1988. Wydarzeniach, które zburzyły jego dotychczasowe szczęśliwe życie. Otóż matka Joe'go, Geraldine, została brutalnie napadnięta. Cudem uszła z życiem. Wie, kto to zrobił, ale z pewnych powodów długo nie mówi, kim był agresor. Co oczywiste, nie może poradzić sobie z traumą. Po powrocie ze szpitala leży w łóżku, niewiele je, milczy. Jak by tego było mało, wszyscy mają świadomość, a potem pewność, że napastnik jest wolny i może chcieć ją zabić. Joe, który nie potrafi  pogodzić się z bezradnością i, jego zdaniem, z bezczynnością dorosłych - ojca, który jest plemiennym sędzią, policji z rezerwatu i stanowej, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i razem z trzema najbliższymi przyjaciółmi dowiedzieć się, kto napadł  jego matkę i jaka sprawa się za tym kryje.

Muszę przyznać, że "Okrągły dom" podobał mi się, chyba, jeszcze bardziej niż "Rzeka czerwona". W każdym razie ta lektura tylko  umocniła moje  postanowienie, że będę konsekwentnie sięgać po kolejne książki Barbary Erdrich. I dziwię się, że tak mało się o jej powieściach mówi i chyba, niestety, nie są to bestselery.  Pewnie gdyby jej książki wydawała inna oficyna, najprawdopodobniej  skończyłoby się na jednej, góra dwóch. A przecież są to pozycje, które łączą w sobie to, co najlepsze - opowiadają w poruszający, emocjonujący sposób o ważnych sprawach, dodatkowo, jak w tym przypadku, mało w Polsce znanych, a jednocześnie znakomicie się je czyta. Po prostu połyka. Bo uczynienie głównym bohaterem nastolatka i umieszczenie akcji latem sprawia, że ta powieść ma wiele z takiej przygodowej, dziecięco-chłopackiej lektury. Chociaż Joe bardzo przeżywa to, co się stało, to przecież są wakacje, więc spędza czas z przyjaciółmi, którzy mają swoje nastoletnie problemy, no i poza tym solidarnie pomagają mu prowadzić prywatne śledztwo. Narzucenie takiej perspektywy ma jeszcze jedną konsekwencję - momentami powieść jest po prostu bardzo zabawna. Niby wzdrygam się przed książkami, które pisane są z dziecięcej perspektywy, ale co jakiś czas na coś się jednak porywam i na ogół są to rzeczy bardzo dobre. Tak było choćby z "Pierwszym wspomnieniem" Anny Maríi Matute

Ale oczywiście gdyby  była to powieść tylko dziecięco-chłopacka, to nie zawracałabym sobie nią głowy. Są oczywiście ważniejsze powody, które sprawiają, że naprawdę warto po nią sięgnąć. Jeden z nich to przyglądanie się temu, jak tragedia, która spotkała matkę, wpływa na rodzinę i szczególnie na dziecko. Jego spokojny, bezpieczny świat został zburzony. Czuje się porzucony i samotny. 

... zdałem sobie sprawę z tego, że ojciec nawet nie sprawdził, czy jestem w domu. Zupełnie o mnie zapomniał. Leżałem w łóżku teraz już rozbudzony i oburzony. Raz po raz odtwarzałem w głowie wydarzenia ostatniego dnia. Pełno w nim było zdradliwych odkryć i nowych informacji. (...) Całym swoim jestestwem pragnąłem wrócić do czasu, zanim to wszystko się wydarzyło. Chciałem znowu wejść do naszej kuchni pełnej przepysznych zapachów i usiąść przy stole z matką, zanim mnie uderzyła i zanim ojciec zapomniał o moim istnieniu. Chciałem usłyszeć, jak się śmieje, tak mocno, że aż prycha.

Joe bardzo przeżywa to, co się stało, a jednocześnie czuje się odepchnięty. Miotają nim sprzeczne emocje - jest przerażony, martwi się o matkę, a jednocześnie kipi w nim złość na dorosłych, którzy z jednej strony obarczają go obowiązkami związanymi z opieką nad matką, stawiają w swojej roli, a z drugiej strony milczą, nie chcą z nim rozmawiać na ten temat, odpowiadać na jego pytania. Jest też zły na matkę za to, że się zamknęła w sobie, wycofała z życia. Brzydzi ją jej zaniedbany wygląd, smród panujący w sypialni, w której leży.

Nie chciałem mijać zatrzaśniętych drzwi do pokoju matki. Nie chciałem wiedzieć, że ona tam leży, że tam oddycha i swoim niezmiennym cierpieniem wysysa ... [Tu urywam, bo nie chcę odbierać przyjemności czytania związanej z rozmaitymi nieoczekiwanymi zdarzeniami, w które ta powieść obfituje. W skrócie chodzi o radość, jaką przeżywa narrator w związku z tym, co mu się przytrafiło.]

Drażni go bezczynność ojca. Dlatego z jednej strony czuje się w obowiązku pomagać, z drugiej ciągnie go do kolegów. Bo przecież są wakacje! 

Kolejny powód, dla którego warto po "Okrągły dom" sięgnąć, to obraz rdzennej ludności z rezerwatu. Jest to życie z jednej strony normalne. Nie, nie mieszkają przecież w tipi, tylko w domach. Pracują, uczą się, swobodnie przemieszczają się poza granice rezerwatu. Z drugiej strony pielęgnują swoją przeszłość i  obyczaje. Wiekowy dziadek Joe'go, postać pokazana bardzo barwnie, też generująca wiele zabawnych scen, sięga pamięcią do dawnych, trudnych czasów, opowiada dramatyczne historie związane z życiem plemienia. Nie wiadomo, ile w nich prawdy, ile legendy. Wiele jest tu elementów nieco magicznych związanych właśnie z legendami, z obyczajami, z wierzeniami, rytuałami. Odżiwbeje kultywują swoją tradycję i kulturę, ale nie ma to nic wspólnego z folklorem na pokaz. Autorka pokazuje też, jak rdzenni mieszkańcy często spotykają się z reakcjami rasistowskimi i dziwacznymi wyobrażeniami na swój temat. 

Na imię miała Zelia i przyjechała z Heleny w stanie Montana, żeby nawracać Indian, którzy - jak się okazało - w ogóle nie mieszkali w tipi, a wielu z nich miało skórę jaśniejszą niż ona, co zrobiło w jej głowie straszny mętlik.

Jak widać nie tylko ja miałam takie wyobrażenia na temat rdzennej ludności. 

Chyba jednak najbardziej interesujące, bo zupełnie nieznane, jest pokazanie rozmaitych problemów prawnych związanych z życiem w rezerwacie. Geraldine pracuje w biurze rezerwatu, gdzie zajmuje się szukaniem informacji o przodkach tych, którzy się do niej zgłaszają, i rozpatrywaniem podań o przyjęcie w poczet plemienia. To też związane jest z poszukiwaniem korzeni. 

... mama (...) wróciła do biura i podjęła pracę w zwykłych godzinach. Narobiło jej się sporo zaległości: miała do wyliczenia procenty krwi, kolejkę genealogów-amatorów ciekawych, czy ich prababki naprawdę były indiańskimi księżniczkami, bo to dałoby im romantyczny rodowód. Dzieci powracające jako dorośli i osoby adoptowane przez białych, które zostały odcięte od swojej plemiennej historii - czy w zasadzie skradzione przez agencje opieki społecznej. Wreszcie ci, którzy sami zrezygnowali z indiańskiej tożsamości, ale ich dzieci pragnęły kontaktu z przeszłością i planowały sentymentalne wakacje w rezerwacie, aby poznać swoją spuściznę.

Ale jeszcze ciekawszy jest problem prawny, który łączy się z popełnionym przestępstwem. Bo kiedy w końcu wiadomo już, kto to zrobił, nie można go osądzić, gdyż Geraldine nie wie, w którym miejscu to się stało. A jakie to ma znaczenie? Zapyta ktoś. Otóż zasadnicze. Bo jeśli zdarzyłoby się to na terenie rezerwatu, to przestępca podlega prawu plemiennemu i stanie przed sądem plemiennym. I nie, nie ma to nic wspólnego z dziecięcym wyobrażeniem o Indianach w pióropuszach na głowach, palących fajki, zgromadzonych wokół ogniska. A jeśli zdarzyło się to poza rezerwatem, stanie przed normalnym sądem.

Zbrodnię popełnił ... Ale na jakim terenie? Powierniczym? Plemiennym? Na ziemi białych? Stanowej? Nie możemy wnieść oskarżenia, jeśli nie wiemy, jakie prawo powinno sądzić w tej sprawie.

Nawet jeśli Geraldine przypomniałaby sobie, gdzie została napadnięta, mogłoby się okazać, że trudno jest rozstrzygnąć, do kogo to miejsce należy. Bo tereny rezerwatu są często pokawałkowane. W posłowiu autorka wyjaśnia, że od 1988 niewiele się w tej sprawie zmieniło i nadal bardzo często sprawcy napadów popełnionych na osobach należących do rdzennej ludności pozostają nie tylko z tych powodów bezkarni.

Podobnie jak w "Rzece Czerwonej" i w tej powieści widać zachwyt  przyrodą. Dla bohaterek i bohaterów zanurzenie w naturze, obcowanie z nią jest bardzo ważną częścią ich życia. Znowu pojawiają się nazwy wielu ptaków i roślin, a opisy przyrody przesycone są czułością. (Sorry za to słowo, ale w tym wypadku trudno znaleźć lepsze.) 

I teraz ten (...) żuraw (...) znowu przeleciał za moim oknem, powoli strzepując skrzydłami. Tego wieczoru rzucał na moją ścianę cień nie własny, ale jakiegoś anioła. Patrzyłem na tę sylwetkę. Jakieś zagięcie słonecznych promieni sprawiło, że skrzydła wygięły się łukiem ponad szczupły tułów. A potem pióra zajęły się ogniem tak, że stworzenie zostało pochłonięte przez światło.

No i wreszcie jest to powieść o dylematach moralnych bohaterów. Jak mają się zachować, kiedy kat może sobie swobodnie chodzić po świecie, robić zakupy w tym samym sklepie, co ofiara i jej rodzina, patrzeć im wyzywająco w oczy? Jak zareagować w takiej sytuacji? Co robić, kiedy wymiar sprawiedliwości jest bezsilny? Kiedy zgodnie z prawem nic zrobić się nie da? Czy przestępcy ma ujść na sucho to, co zrobił? Czy można wziąć sprawy w swoje ręce? Z takimi dylematami muszą zmierzyć się bohaterowie. Rozum mówi jedno, emocje i poczucie sprawiedliwości podpowiadają coś innego.

Jest to też powieść o sile wspólnoty. Bo mieszkańcy rezerwatu wspierają się wzajemnie, są dla siebie podporą, pomagają sobie.

No i nie mogę nie wspomnieć o bardzo zaskakującym zakończeniu. Tego, co tam się zdarzyło, nie dało się naprawdę przewidzieć. 

Bardzo dobra powieść. Z niecierpliwością czekam na kolejną.

Chimamanda Ngozi Adichie "To coś na twojej szyi"

To moje drugie spotkanie z prozą nigeryjskiej pisarki mieszkającej w

Stanach Zjednoczonych i na pewno nie ostatnie, bo zamierzam krok po kroku przeczytać wszystkie jej beletrystyczne książki wydane w Polsce, a wielu ich nie ma. Bezpośrednim impulsem do sięgnięcia po "To coś na twojej szyi" (Zysk i S-ka 2011; przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek) jest premiera jej najnowszej powieści, którą oczywiście będę chciała przeczytać. Wcześniej poznałam "Amerykaanę", w starym wydaniu. Wkrótce ukaże się  nowe - w  tłumaczeniu Kai Gucio w wydawnictwie Filia, które ma teraz publikować jej książki. Trochę żałuję, że nie zaczekałam, no ale po pierwsze kiedy ją kupowałam kilka lat temu, nie miałam pojęcia, że  przełoży ją ponownie Kaja Gucio, a po drugie wtedy to była jedyna powieść Chimamandy Ngozi Adichie dostępna w wersji elektronicznej.

Tym razem, jak już wspominałam, mój wybór padł na "To coś na twojej szyi". Muszę przyznać, że kiedy skończyłam pierwszy rozdział i zabrałam się za drugi, poczułam się zawiedziona, a nawet oszukana. Nie, nie dlatego, żeby mi się nie podobał, przeciwnie, zrobił na mnie duże wrażenie. Po prostu okazało się, że .... to zbiór opowiadań! Przez chwilę jeszcze miałam nadzieję, że w drugim rozdziale objawia się nowy wątek, bo po lekturze "Amerykaany" wiedziałam, iż autorka lubi mieszać wątki, miejsca i czas, ale szybko odkryłam, że nie tym razem. No a mój zawód wziął się stąd, że zawsze wolę powieść od opowiadań, w czym, niestety, nie jestem oryginalna, bo nie raz, nie dwa słyszałam narzekania, że w Polsce zbiory krótkich form sprzedają się i czytają się gorzej. Dlatego gdybym miała świadomość, że "To coś na twojej szyi" to opowiadania, wybrałabym "Fioletowy hibiskus" lub "Połówkę żółtego słońca". Skąd moja pomyłka? Otóż info wydawcy jest tak skonstruowane, że raczej trudno domyślić się, że nie chodzi o powieść. Cóż, może to zabieg celowy. 

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo gdyby nie moja błoga nieświadomość, być może wcale nie sięgnęłabym po "To coś na twojej szyi" albo odkładałabym lekturę na święty nigdy, a szkoda, bo opowiadania Chimamandy Ngozi Adichie okazały się bardzo interesujące, no i świetnie się je czytało. Czasem warto oddać się lekturze, która nie stawia oporu, a jeśli przy okazji ma się poczucie, że jest to rzecz wartościowa, to czegóż można chcieć więcej.

Podobnie jak w "Amerykaanie" pisarka umieszcza akcję w Nigerii albo w Stanach. Oddaje doświadczenia swoich rodaków mieszkających w ojczyźnie i tych, którzy zdecydowali się na wyjazd. Różny jest też czas akcji. Bohaterki i bohaterów tych opowiadań poznajemy tylko na chwilę, w jakimś momencie ich życia, raz więcej, raz mniej dowiadujemy się o ich przeszłości, ale jak potoczy się ich los, tego się nie dowiemy.

Jeśli sięgam po literatury niszowe, a bardzo chętnie to robię, szukam w nich przede wszystkim innych doświadczeń, dlatego tak bardzo lubię, kiedy znajduję tam jak najwięcej lokalności - codzienności, historii, polityki, problemów społecznych, odmiennego sposobu myślenia. Jednym słowem, chcę dowiedzieć się czegoś o miejscu, w którym umieszczona jest akcja. I właśnie to wszystko znajduję w prozie Chimamandy Ngozi Adichie. Świat w wielu punktach podobny do naszego, ale w wielu odmienny.

Są tu opowiadania nawiązujące do politycznej przeszłości Nigerii, o której nie miałam pojęcia albo coś tam tylko obiło mi się o uszy. To wojna domowa, która miała miejsce w latach 1967-1970, kiedy to od Nigerii próbowała się uwolnić Biafra, południowo-wschodnia część kraju zamieszkiwana w większej części przez lud Igbo. Echa tego konfliktu powracają w "Duchach". Ich akcja toczy się już długo po zakończeniu walk, ale bohater, emerytowany profesor, wspomina tamte wydarzenia. Zaciekawiona sięgnęłam do internetu, aby czegoś się na ten temat dowiedzieć. Tłem innego opowiadania, zatytułowanego "Osobiste przeżycie", są krwawe zamieszki, jakie wybuchły w jednym z miast. Dwie kobiety w różnym wieku z zupełnie innych warstw społecznych chronią się w zamkniętym sklepie. Są sobie zupełnie obce, różni je wszystko. Na moment się jednoczą, szukając schronienia, ale czytając, miałam świadomość, że tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą i nie rozumieją siebie wzajemnie, a gdyby dłużej były skazane na swoje towarzystwo, pojawiłaby się między nimi wrogość. Jak już wspominałam, duże wrażenie zrobiło na mnie pierwsze opowiadanie zatytułowane "Cela numer jeden". Opowiedziana w  nieco ironiczny sposób historia młodego studenta, którego rodzice pracują na tym samym uniwersytecie wstrząsanym wojną gangów. Chłopak trafia do więzienia, bo zadaje się z niewłaściwymi ludźmi. Czy jest winny, czy może stał się przypadkową ofiarą, bo policja musiała się wykazać, tego nie wiemy. Mamy tu wszystko jak w soczewce - przywileje zamożnych, beznadziejną sytuację biednych, korupcję, bezkarność policji, straszne warunki panujące w więzieniu. Ale to, co mnie poruszyło, to przemiana tego beztroskiego i niezbyt kryształowego chłopaka, która w nim zaszła pod wpływem tego, czego świadkiem był w celi.

Jak już wspominałam, opowiadania, których akcja toczy się w Nigerii, przeplatają się z tymi, których tematem jest doświadczenie emigracji do Stanów. I tu też znajdziemy bardzo różne historie. "Imitacja" to opowieść o kobiecie, której mąż jest bardzo bogaty. On mieszka w Nigerii, ona z dzieckiem w Stanach. Chociaż opływa we wszelkie luksusy,  czuje się w tym świecie samotna i obca, a jakby tego było mało, dowiaduje się, że jej mąż ma w Lagos kochankę, co wśród takich ludzi jak on nie jest czymś niezwykłym. Podwójne życie wydaje się czymś oczywistym. W opowiadaniu "W poniedziałek tydzień temu" znajdziemy zderzenie świata zamożnej Ameryki ze światem młodej Nigeryjki, która dołączyła do swojego chłopaka, a w oczekiwaniu na pozwolenie na pracę (albo zieloną kartę, nie pamiętam) opiekuje się dzieckiem prawnika i artystki. Nieoczekiwanie pod wpływem krótkiego spotkania z wciąż nieobecną mamą chłopca odkrywa w sobie coś, czego chyba wcześniej sobie nie uświadamiała. Przez moment wydaje jej się, że może być dla kogoś ważna, szybko się jednak rozczaruje. Chyba najbardziej przejmujące spośród amerykańskich  opowiadań jest to zatytułowane "Małżeństwo skojarzone przez swatów". To opowieść o młodej kobiecie wychowanej w Nigerii przez wujostwo, która zostaje przez nich wyswatana z nigeryjskim lekarzem mieszkającym w Stanach. Mamy tu zderzenie wyobrażeń o życiu w Ameryce z tym, jak to wygląda naprawdę. No i przejmującą historię dziewczyny, która jest przeraźliwie samotna, nie zna tamtego świata, tęskni za swoim dawnym życiem, chociaż nie było różowe, i orientuje się, że ten amerykański sen to dla niej pułapka. Jest jednak nadzieja - może okaże się silna i wybije się na samodzielność. Nadziei nie ma za to w opowiadaniu "Ambasada amerykańska". To zderzenie kobiety z bezdusznym urzędniczym aparatem amerykańskiej ambasady. Ona w wyniku sytuacji politycznej w kraju straciła dziecko, jej mąż, dziennikarz, musiał uciekać z Nigerii, a teraz ona stara się o azyl, aby do niego dołączyć. Nie potrafi i, pogrążona w rozpaczy, nie ma siły udowodnić, że jest ofiarą politycznych prześladowań. 

Dużo w tych opowiadaniach, których akcja toczy się w Stanach, samotności, poczucia obcości, niezrozumienia, bo przecież dla Amerykanów każdy czarny jest podobny i może wcale nie pochodzi z Afryki, a na przykład z Jamajki, i żmudnego pięcia się w górę, aby jakoś się urządzi i spełnić ten amerykański sen.

Wyjątkowe jest opowiadanie ostatnie, "Uparta historyczka", bo sięga czasów kolonialnych i opowiada historię silnej, samodzielnej kobiety mieszkającej w wiosce na głębokiej prowincji, żyjącej w społeczeństwie klanowym, która dopiero zderza się z białymi ludźmi, z ich obyczajami i religią. Ich świat z jej perspektywy jest dziwaczny, obcy i gorszy, żeby nie powiedzieć, głupi. Chcąc jednak dopiąć swojego celu, decyduje się powierzyć im swojego syna, czytaj posłać go do szkoły misyjnej. To jednak pułapka, bo on stanie się już kimś zupełnie innym. I dopiero jej wnuczka, trochę z obu tych światów, świadomie zacznie szukać swoich korzeni.

Bardzo ciekawe opowiadania. Każde można by poddać osobnej analizie, nad każdym można się zamyślić. Przyjemność lektury i poczucie, że to nie błahostka.

Patrick Radden Keefe "Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego"

Do książki Patricka Raddena Keefe'a "Imperium bólu. Baronowie

przemysłu farmaceutycznego" (Czarne 2023; przełożył Jan Dzierzgowski) przymierzałam się od dłuższego czasu. Po pierwsze dlatego, że temat mnie interesuje, a po drugie ze względu na autora, który napisał znakomity reportaż o irlandzkich Kłopotach - "Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej". No i wreszcie sięgnęłam po nią, tym chętniej, ponieważ zauważyłam, że ostatnio czytam tylko beletrystykę i biografie, a reportaż i inne formy poszły gdzieś w kąt.

Książka  Patricka Raddena Keefe'a opowiada historię imperium rodziny Sacklerów, którzy w znacznej mierze odpowiadają za epidemię uzależnienia od opioidów w Stanach Zjednoczonych. Jak wspomniałam, o sprawie słyszałam, od dawna polowałam na inny reportaż na ten temat - "Dreamland. Opiatowa epidemia w USA" Sama Quinonesa. Zbieg okoliczności sprawił, że kiedy czytałam "Imperium bólu", udało mi się upolować wspomnianą wyżej książkę po niezwykle atrakcyjnej cenie, więc wkrótce i po nią sięgnę. Widziałam też bardzo dobry film dokumentalny "Całe to piękno i krew". Jego bohaterką jest znana fotografka i aktywistka Nan Goldin, która po wypadku uzależniła się od leku opioidowego produkowanego przez firmę farmaceutyczną Sacklerów, a kiedy udało jej się uzależnienie pokonać, razem z innymi aktywistami doprowadziła do tego, że muzea, uniwersytety i inne tego typu miejsca zaczęły odcinać się od Sacklerów, którzy hojnie łożyli na te instytucje, i przestawały brać od nich pieniądze. Jej historia pojawia się w jednym z rozdziałów książki Patricka Raddena Keefe'a.

Jeśli miałabym krótko, ale celnie napisać, o czym jest "Imperium bólu", to byłyby to niewyobrażalna chciwość i takiż cynizm oraz powiązania wielkiego biznesu z politykami. Po trupach do celu, czyli ogromnych pieniędzy. W wypadku Sacklerów owo po trupach należy traktować dosłownie, gdyż śmiertelnych ofiar opioidów jest w Stanach więcej niż ofiar wypadków drogowych. Trudno podchodzić do tej książki na chłodno, kiedy czyta się o rozmaitych machinacjach stosowanych przez rodzinę wspomaganą przez armię suto opłacanych prawników, a celem były pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze, jakby ich mieli mało. Kiedy wziąć pod uwagę rozmaite polityczne powiązania i wpływy, z których korzystali, na myśl przychodzą jeszcze takie określenia jak ośmiornica czy mafia.

Patrick Radden Keefe zajmuje się w swojej książce jedną odsłoną opioidowego kryzysu, czyli imperium rodziny Sacklerów, ale chociaż graczy na tym rynku jest więcej, to udowadnia, że to od nich wszystko się zaczęło i oni mają największy udział w tej epidemii. Aby opowiedzieć, jak do tego doszło, zaczyna od początku, czyli od młodości trzech braci, Arthura, Raymonda i Mortimera, którzy przyszli na świat na początku dwudziestego wieku w rodzinie żydowskich imigrantów z Europy. Pierwsza część książki stanowi rodzaj prologu do dwóch kolejnych. To opowieść o najstarszym, Arthurze, którego od czasów szkolnych cechowała niezwykła obrotność i biznesowa smykałka. Zarabiał już jako uczeń, a kiedy studiował, były to już całkiem niezłe pieniądze. Stworzył coś, co z czasem kontynuowali jego bracia, dla których był bardziej ojcem. To po pierwsze model biznesowy oparty na sieci powiązanych ze sobą firm, które z jednej strony grają na siebie, a z drugiej zależności między nimi i między nimi, a właścicielem są trudne do odkrycia. Tak powstała agencja reklamowa, która wspierała raczkujący biznes farmaceutyczny Arthura. Po drugie cel, czyli wielkie pieniądze zarabiane bez oglądania się na uczciwość i etykę. Po trzecie chęć, aby przetrwało nazwisko Sacklerów, które nie miało być kojarzone z biznesem, a już na pewno nie z prowadzonym w nieuczciwy sposób, ale z filantropią. To Arthur dorobił się wielkich pieniędzy najpierw na agencji reklamowej, a potem na valium, leku uspokajającym, który masowo zażywały amerykańskie panie domu. Jedno wspierało drugie. O tamtym problemie Rolling Stonesi napisali nawet wpadającą w ucho piosenkę Mother's Little Helper, którą bez trudu można znaleźć w sieci i którą być może czytelniczko i czytelniku tej notki znacie, ale nie wiecie, że to o tym. Tak było ze mną, przecież nigdy nie wsłuchiwałam się w słowa. W końcu to Arthur zaczął łożyć duże pieniądze na wspomniane już instytucje, stawiając rozmaite warunki i wymagając, aby za każdym razem nazwisko Sacklerów było upamiętnione. Taką drogę powielili, a nawet ją udoskonalili, jego bracia, a potem ich dzieci, wprowadzając na rynek najpierw jeden lek opioidowy, a potem kolejny. Cynizm polegał na tym, że chociaż od początku doskonale wiedzieli, że ich lek przeciwbólowy uzależnia, ukrywali to. Właśnie o to chodziło, aby pacjent, który raz zacznie łykać ten lek, musiał robić to zawsze, zwiększając dawki. Tu ważne zastrzeżenie - te leki powinny być zapisywane tylko pacjentom cierpiącym na poważne bóle pod ścisłą kontrolą lekarza i przez jakiś czas, chyba że dotyczy to pacjentów terminalnych. Tymczasem firma Sacklerów zrobiła wszystko, aby były zapisywane masowo, także z błahych przyczyn, i niemal bez żadnej kontroli. Kiedy sprawa zaczęła się sypać, ich prawnicy udowodniali, że to nie wina leku, ale ludzi, którzy go zażywają.

Aby dotknąć i zrozumieć całą ohydę i grozę tego procederu, całą sieć sprytnych sztuczek, powiązań i nacisków, także politycznych, trzeba przeczytać "Imperium bólu". I chociaż na koniec po długoletniej walce uczciwych dziennikarzy, prokuratorów i sędziów nazwisko Sacklerów okryło się hańbą i stało się toksyczne, to ani nie stracili swoich ogromnych pieniędzy, ani nikt nie poszedł za kratki. Za każdym razem dochodziło do ugody, która była zgniłym kompromisem.

Ale książkę Patricka Raddena Keefe'a można traktować znacznie szerzej niż tylko jako opowieść o imperium Sacklerów, którzy za nic mają uczciwość i prawo. To opowieść o chorobie, jaka drąży współczesny kapitalizm. O niejasnym przenikaniu się państwowego i politycznego z prywatnym, o nieuczciwym lobbingu, o nachalnym marketingu, który udaje informację, o unikaniu płacenia podatków, o wybielaniu zbrukanego wizerunku firmy działalnością charytatywną, o wpływach, o bezkarności, o coraz większym rozwarstwieniu społecznym, a wreszcie o pieniądzach, pieniądzach, pieniądzach, o zysku, zysku, zysku bez oglądania się na koszty. Przecież dziś podobnie działają i podobnie są bezkarni choćby właściciele rozmaitych firm w branży IT, ale przecież nie tylko.  Nazwy i nazwiska każdy może sobie dośpiewać. A nieszczęście polega na tym, że naprawdę trudno się bez tego, co nam oferują, obejść. 

Bardzo ciekawa i bardzo przygnębiająca lektura.

Oscar Martinez "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą"

Każda książka ma swój czas. "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo

nie obchodzą" (Post Factum 2019; przełożył Tomasz Pindel) przeleżała w moim czytniku ponad dwa lata. Z nowości stała się zaległością, a potem było jak zwykle - co jakiś czas przypominałam sobie o niej, ale zawsze pojawiały się pilniejsze lektury albo nie miałam nastroju na ten reportaż opowiadający o przerażających sprawach. No cóż, teraz kończyłam ją w momencie wybitnie niesprzyjającym. A przypomniałam sobie o niej, kiedy czytałam książkę "Archiwum zagubionych dzieci" Valerii Luiselli. Dlaczego? Bo obie dotykają podobnego tematu. Powieść opowiada między innymi o dzieciach z Ameryki Środkowej, które bez dorosłych przemierzają Meksyk, aby spróbować dostać się do wymarzonego amerykańskiego raju, gdzie mieszkają już ich rodzice albo przynajmniej jedno z nich. Reportaż Oscara Martineza pokazuje problem szerzej - to historie dorosłych emigrantów z tej samej części kontynentu, którzy również wędrują przez Meksyk w tym samym celu. Książka powstawała pod koniec pierwszej dekady naszego wieku, w Polsce została wydana dziesięć lat później. Zastanawiałam się, czy od tamtej pory coś się zmieniło. Czy jest lepiej? Ze wstępu, który napisał autor do polskiego wydania, wynika, że nie.   

Martinez przez trzy lata aktywnie zbierał materiały do swojej książki. Aktywnie oznacza w tym wypadku, że nie tylko spotykał się z uciekinierami, z ludźmi, którzy im pomagają, przedstawicielami lokalnych władz, policjantami, a wreszcie tymi, którzy robią biznes na ludzkim nieszczęściu, ale także przemierzał tę samą trasę, którą przemierzają oni. Wędrował z nimi przez dzikie ostępy, unikając posterunków policji, wskakiwał na pociąg - osławioną Bestię, jechał na jej dachu, a potem szukał miejsc, w których można przekroczyć mur oddzielający Meksyk od Stanów. Nie posmakował tylko tej ostatniej próby - przejścia na drugą stronę granicy i ryzykownego ostatniego etapu wędrówki najczęściej przez pustynię strzeżoną na okrągło przez amerykańską straż graniczną wspomaganą najnowszymi wynalazkami techniki wykrywającymi każdy ruch.

Droga, jaką przebywają przez Meksyk migranci z najniebezpieczniejszych krajów kontynentu amerykańskiego, a może i świata, z Hondurasu, Salwadoru, Gwatemali i Nikaragui, to droga przez mękę, a na jej końcu sukces jest bardzo niepewny. Przekroczenie muru, który w tamtych czasach nie w każdym miejscu był murem w dosłownym sensie tego słowa, bardziej zaporą, jest niemal niemożliwe. Ale nawet jeśli się uda, to nie oznacza jeszcze sukcesu. Bo potem trzeba wędrować kilka dni przez pustynię albo kamieniste wzgórza, a u celu można zostać złapanym na szosie, kiedy czeka się na umówioną podwózkę. Niektórzy próbują drogi wpław przez rzekę - słynną Rio Bravo. Tam przecież nie ma muru. Są za to śmiertelnie niebezpieczne wiry i amerykańscy pogranicznicy czający się w krzakach na drugim  brzegu. A ponieważ w Stanach ci, którym się ta sztuka w końcu udała,  i tak przebywają nielegalnie, stale narażeni są na to, że wpadną i zostaną deportowani. W czasie swoich peregrynacji Martinez rozmawia także z takimi, których to spotkało. Ale zanim dotrą do upragnionej granicy, zanim ich marzenia rozbiją się w proch w zetknięciu z murem, to oczywiście dotyczy nowicjuszy, czeka ich gehenna. Wędrują najczęściej w kilkuosobowych grupach, sami albo płacą przewodnikom, coyotes i pollero. Część drogi przebywają pieszo, część busami, potem najczęściej decydują się na podróż na dachu osławionej Bestii, czyli pociągu towarowego przemierzającego Meksyk. Na każdym etapie tej drogi narażeni są na liczne niebezpieczeństwa - napady, kradzieże, porwania dla okupu, oszustwa nieuczciwych przewodników, a kobiety oczywiście dodatkowo na gwałty i uprowadzenie do burdelu. Ruszając, muszą to ryzyko wkalkulować. Dodatkowe zagrożenie stanowi oczywiście policja, która może deportować do granicy. Śmiertelnym niebezpieczeństwem jest też podróż Bestią. Można wpaść pod jej koła, wskakując na wagon, usnąć na dachu i stoczyć się na ziemię, zmarznąć na kość nocą albo prażyć się w upale w dzień, wreszcie zostać napadniętym. Zatrzymania pociągu i okradanie podróżnych na gapę to chleb powszedni. A na końcu, jeśli się uda, i tak czeka rozczarowanie, o czym już wspominałam. To wszystko przypomina jakąś upiorną grę. Większość przebywa tę straszną drogę wielokrotnie. Dlaczego? Bo tam, skąd uciekają jest jeszcze gorzej. Tam nie da się żyć. Tu przytoczę przywołane we wstępie przez autora słowa jednego z księży  prowadzących schronisko dla migrantów: Skoro są gotowi przechodzić przez to wszystko, to jak wygląda to, przed czym uciekają?

Ale nie zawsze tak było. Jeszcze w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych zeszłego wieku droga przez Meksyk nie roiła się od niebezpieczeństw. Bez trudu dało się ją przebyć, a potem przekroczyć amerykańską granicę. Problem zaczął się wtedy, kiedy głowę podniosły narkotykowe kartele. To one konkurują z migrantami o przejście przez granicę, a jakby mało miały pieniędzy, zarabiają i na nich. To dla narkotykowych bossów pracują drobni przestępcy napadający na wędrowców. To oni korumpują policję, która działa z nimi ręka w rękę. To ze strachu przed nimi panuje zmowa milczenia. To im opłacają się coyotes i pollero. To oni sprawili, że panuje bezprawie. To z ich powodu powstał mur, a amerykańska straż graniczna uzbroiła się po zęby i strzeże granicy.

Oscar Martinez opowiada o problemie, ale towarzyszy też ludziom, którzy są w drodze. Rozmawia z nimi w schroniskach, odbywa  jakiś etap podróży, a po rozstaniu dzwoni, dopytując, co się z nimi dzieje. Często po jakimś czasie słyszy głuchą ciszę w telefonie. Co robią? Gdzie są? Czy żyją?

Wojna za naszą granicą sprawiła, że zapomnieliśmy o innych stronach świata, gdzie też cierpią ludzie. Autor pisze, że ta wędrówka ludów z Ameryki Środkowej do Stanów to jedno z najbardziej masowych zjawisk migracyjnych świata. Co roku próbuje tej sztuki około dwieście tysięcy zdesperowanych ludzi. Pamiętajmy i o nich.  

Sarah M. Broom "Żołty dom. Wspomnienia"

Sama już nie pamiętam, jak to się stało, że spośród mnóstwa nowych

książek, jakie ukazują się co tydzień, wpadł mi w oko "Żółty dom. Wspomnienia" Sarah M. Broom (Agora 2020; przełożył Łukasz Błaszczyk). Czy gdzieś o nim usłyszałam? Przeczytałam? Czy po prostu zobaczyłam wśród nowości i zainteresował mnie temat? Tak czy siak, wpisałam na listę książek, które chcę kupić i przeczytać i dość szybko, korzystając z promocji, zadanie wykonałam. Czym jest ta nagrodzona National Book Award książka afroamerykańskiej dziennikarki i pisarki? To historia rodziny, wspomnienia, a raczej historia, samej autorki, ale także opowieść o życiu ludzi z gorszych albo nawet złych dzielnic, szczególnie o Afroamerykanach, o mieście - Nowym Orleanie, o traumie związanej z huraganem Katrina, który w sierpniu 2005 roku je spustoszył, i o domu w sensie dosłownym i symbolicznym. 

Problemem tej książki jest moim zdaniem właśnie jej wszystkoizm. Za dużo srok za ogon chciała na raz złapać autorka. Dlatego lekturze towarzyszyły zmienne odczucia - całe partie książki pochłaniałam z wielkim zainteresowaniem, aby potem natrafić na jakiś nużący fragment. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przecież to już było, podobne historie już nie raz  czytałam. Gubiłam się też w mnogości bohaterów - rodzina autorki była i jest bardzo liczna, wszyscy jej członkowie, niektórzy częściej, inni rzadziej, pojawiają się na kartach jej wspomnień. Do tego dochodzą sąsiedzi, koleżanki i koledzy ze szkoły, przyjaciele. Najmniej interesujące i najbardziej banalne wydały mi się wspomnienia i osobista historia Sarah M. Broom. Autorka opowiada nie tylko o swoim dzieciństwie, ale także o poszukiwaniu drogi życiowej już po studiach, czyli na przykład o pracy w jednym z biedniejszych afrykańskich państw, Burundi. Jak to się ma do innych tematów książki? Był moment, kiedy wydawało mi się, że to kobieca wersja historii Didiera Eribona ("Powrót do Reims"), czyli opowieść o szukaniu własnej drogi przez kogoś, kto nie dość, że pochodzi z niższej warstwy społecznej, to jeszcze należy do jakiejś mniejszości. On jest gejem, ona jest czarna. Ktoś taki chcąc wyrwać się ze swojego środowiska i aspirując do zdobycia wykształcenia, jest skazany na szukanie po omacku, bo nie ma tego całego zaplecza kulturowego, tego całego backgroundu, jaki mają ludzie zamieszkujący piękne dzielnice (czytaj: lepsze). Dlatego jego droga jest trudniejsza, najeżona przeciwnościami, dłuższa, okupiona wieloma złymi wyborami. Kiedy już, już wydawało mi się, że to po to autorka opowiada swoje perypetie, wszystko jednak rozmywało się w nadmiarze szczegółów i bocznych dróg.

A teraz o tym, co ciekawe i co sprawiło, że lektury "Żółtego domu" nie uważam za czas stracony. Najbardziej zainteresowały mnie dwie sprawy, które ściśle są ze sobą powiązane. Pierwsza to warstwa społeczna tej opowieści, a druga huragan Katrina, a przede wszystkim jego konsekwencje, z którymi miasto, władze stanowe i krajowe nie uporały się przynajmniej do roku 2011, sześć lat po huraganie, kiedy to autorka po raz kolejny wraca do swojego rodzinnego miasta, aby w nim na jakiś czas znowu zamieszkać. Jak jest dzisiaj, piętnaście lat po Katrinie, nie wiem. Trochę nawet szperałam po internecie, ale właściwie niczego nie znalazłam.

Sarah M. Broom urodziła się i wychowała we wschodniej dzielnicy Nowego Orleanu, w dzielnicy, gdzie tereny mieszkaniowe mieszały się z przemysłowymi albo z takimi zostawionymi odłogiem, sprawiającymi wrażenie niczyich. Był moment kiedy przed tym miejscem według władz miasta sprzymierzonych z biznesem, szczególnie deweloperskim, rysowała się świetlana przyszłość. Przynajmniej na papierze. Dlatego powstawały nowe osiedla, zachęcano do kupowania mieszkań, ale plany te, jak się okazało, z różnych przyczyn od początku były palcem na wodzie pisane, a ostatecznie nigdy się nie urzeczywistniły, a gwoździem do ich trumny stała się Katrina, która dzielnicę zrujnowała doszczętnie i sprawiła, że większość tych, którzy nie zginęli, musiała opuścić Nowy Orlean, szukając schronienia u krewnych w innych miastach i stanach. Taki los spotkał także wielu bliskich autorki - w mieście zostali nieliczni. Mimo szumnego planu powrotów ogłoszonego przez władze miejskie do roku 2011 większość z uciekinierów nadal pozostawała przesiedlona, bo zwyczajnie nie miała do czego wracać. Program pomocy grzązł w biurokratycznych procedurach i ślimaczył się niemożebnie. Nawet znajomości nie mogły niczego przyspieszyć. W dzielnicy, w której urodziła się i mieszkała autorka, zawsze było brzydko i niebezpiecznie, a po przejściu huraganu zrobiło się jeszcze gorzej. 

To właśnie w tam, we wschodnim Nowym Orleanie, jej matka, kiedy miała zaledwie dziewiętnaście lat, kupiła niewielki domek, ten tytułowy żółty dom. Była pierwszą osobą ze swojej licznej rodziny, która stała się właścicielką nieruchomości. Wtedy oznaczało to wielkie osiągnięcie. Niestety dom, który był dumą rodziny, z czasem stał się pewnego rodzaju obciążeniem. Po pierwsze z upływem lat ulica, na której się znajdował, stała się złą ulicą, po drugie systematycznie podupadał, a na remonty właścicielki nie było stać. O sprzedaży i kupnie czegoś innego trudno było marzyć, bo dom stracił znacznie na wartości, okolica stała się zupełnie nieatrakcyjna, a ceny przyzwoitych nieruchomości poszybowały w górę. Ostateczny cios zadał mu najpierw inny huragan na wiele lat przed Katriną, a potem niespodziewana śmierć ojca autorki, którego właściwie nie poznała, bo zmarł, kiedy była jeszcze niemowlęciem. Odtąd dom systematycznie chylił się ku upadkowi, aby ostatecznie przestać istnieć w wyniku niszczycielskiego kataklizmu, jakim okazała się Katrina. Dlatego Sarah M. Broom zna jego  świetność  tylko z rodzinnych wspomnień. Jej uczucia wobec żółtego domu są dwuznaczne. Z jednej  strony to bardzo ważne miejsce, rodzinne gniazdo scalające liczne rodzeństwo, korzenie, historia, wspomnienia, kiedyś powód do dumy. Miejsce na ziemi, to jedyne. Z drugiej strony powód do wstydu. Ani Sarah, ani starsze rodzeństwo, które za czasów jej dzieciństwa i młodości mieszkało jeszcze w żółtym domu, nie odważyło się zaprosić tu swoich rówieśników ze szkoły, co z czasem stawało się powodem wykluczenia. Jej koleżanki nie zdawały sobie sprawy, jaka jest rzeczywista przyczyna takiego stanu rzeczy, dlatego brak rewanżu traktowały jako przejaw lekceważenia, niechęci, złego wychowania. Autorka opowiada o całej strategii, jaką stosowała, próbując wymigać się od zaproszenia kogoś, u kogo wcześniej gościła. Wszystko na nic - zawsze kończyło się ochłodzeniem znajomości lub jej zerwaniem. A jednak szczególnie jej dwaj starsi bracia i matka obsesyjnie wracają do zrujnowanego domu, a potem już na samą działkę po nim. Posiedzą na trawie, grilują, strzegą. Czego, skoro nic nie zostało? Wspomnień, rodzinnej historii. 

Kiedy myślimy o takich znanych turystycznie miastach jak Nowy Orlean, o czym właściwie myślimy? Kiedy je odwiedzamy, co oglądamy? Odpowiedź jest oczywista - te miejsca w powszechnej świadomości to tylko to, co atrakcyjne turystycznie. W wypadku Nowego Orleanu  Dzielnica Francuska, zaledwie kilkanaście ulic położonych na niewielkim ułamku terenu, jaki zajmuje całe miasto. Ale przecież to obraz fałszywy. Prawdziwe życie jest gdzie indziej. W lepszych i gorszych dzielnicach. Tym wszystkim nie zaprzątamy sobie głowy. Między Dzielnicą Francuską, a wschodnią, skąd wywodzi się autorka i jej rodzina, jest przepaść. Sarah M. Broom, kiedy w 2011 roku po powrocie do miasta wynajęła mieszkanie właśnie w tej najatrakcyjniejszej dzielnicy, wspomina swoje nieliczne wizyty w tym miejscu - w szkolnych czasach była tam zaledwie kilka razy. Z wycieczką  albo z matką, od wielkiego święta. Turystka w swoim mieście. Właściwie nawet nie turystka, raczej ktoś z innego świata. Bo nie czuła się tu ani u siebie, ani ze swobodą, jaka charakteryzuje turystę.

I właśnie to jest w tej książce najciekawsze. Frapujące i przerażające są też opisy żywiołu, jakim była Katrina. Warto przeczytać te fragmenty, bo uświadamiają, czym są i przede wszystkim, jakie dramatyczne skutki niosą za sobą takie katastrofy. Pamiętam, że słuchając w polskich mediach relacji o tamtych zdarzeniach, po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że nawet wielkie mocarstwo jest bezbronne w obliczu takiego kataklizmu. Dziś po rozmaitych lekturach wiem, że to mocarstwo już wtedy stało na glinianych nogach. Teraz jego bezsilność obnaża pandemia. 

Mario Vargas Llosa "Burzliwe czasy"

Festiwalu książek Mario Vargasa Llosy  odsłona druga, a będą

jeszcze dwie. Po uznawanej za najważniejszą "Rozmowie w katedrze"  przyszedł czas na najnowszą powieść "Burzliwe czasy" (Znak 2020; przełożyła Marzena Chrobak). Niestety takie zestawienie miało nieco niekorzystny wpływ na mój odbiór ostatniej książki noblisty. Nie, czytelniku tej notki, to nie jest tak, że "Burzliwe czasy" uznaję za rzecz słabą. Przeciwnie to powieść bardzo dobra i ważna. Ale czytana bezpośrednio po "Rozmowie w Katedrze" musi trochę rozczarować. Dlaczego? 

Przyczyn jest kilka. Pierwsza - nie ma tu tak rozbudowanych, tak wnikliwych i niejednoznacznych portretów bohaterów i tak fascynujących historii. Losy Santiago, Ambrosia, Amalii, Hortensji, don Fermina niezależnie od tego, co myślałam o tych postaciach, bardzo mnie poruszyły. Nie tylko nie mogłam oderwać się od lektury, śledząc opowieść o nich, ale współodczuwałam z nimi. Mario Vargas Llosa w swojej najlepszej powieści w jej polityczne, historyczne ramy wplótł historie zwyczajnych ludzi. W "Burzliwych czasach" właśnie tego mi zabrakło. Mamy polityczne intrygi, wydarzenia historyczne, ale nie możemy współodczuwać z ofiarami przewrotów wojskowych i wojny domowej, bo nie ma tu takich bohaterów - zwyczajnych ludzi. Bo bohaterami są ludzie władzy. Drugi powód to konstrukcja powieści ... znacznie prostsza. Coś, co początkowo utrudniało lekturę "Rozmowy w Katedrze", potem stało się frapujące, nadawało tamtej książce niezwykły rytm. Oczywiście po pierwsze to moje subiektywne odczucia. Po drugie doskonale zdaję sobie sprawę, że nie czyniłabym tych uwag, gdybym nie była świeżo po lekturze powieści uznawanej za najwybitniejszą w dorobku pisarza. A po trzecie wiem doskonale, że dla większości czytelników fakt, że "Burzliwe czasy" są napisane niemal po bożemu, będzie akurat zaletą. Dlatego, czytelniku tej notki, nie zważaj na moje marudzenia, tylko zabieraj się za lekturę.

Z czego wynikają te różnice? Przyczyny moim zdaniem są dwie. Pierwsza oczywista - "Burzliwe czasy" to powieść znacznie skromniejszych rozmiarów niż "Rozmowa w Katedrze". Na co można sobie pozwolić na niemal siedmiuset stronach, na to nie ma miejsca na stronach czterystu. Stąd pewnie ograniczenie wątków i nie tak rozbudowane portrety oraz historie bohaterów. Druga przyczyna jest innej natury - otóż najnowsza książka Llosy to rzecz niemal dokumentalna, reporterska prawie. Oczywiście to jest powieść, ale powieść oparta na faktach. Stąd wszyscy główni bohaterowie, a pewnie i większość drugoplanowych, to postacie autentyczne. Początkowo myślałam, że przynajmniej niektóre dramatis personae zostały wymyślone, ale wystarczyło wrzucić ich nazwiska do wyszukiwarki, aby przekonać się, że naprawdę istniały. Nawet najbardziej nieprawdopodobny i dziwaczny, wyjątkowa kanalia, Johnny Abbes Garcia, spiritus movens politycznej intrygi, ma swoje miejsce w hiszpańskiej Wikipedii. Podobnie jak główna bohaterka kobieca, Miss Gwatemali (naprawdę nie była żadną miss, tak była nazywana ze względu na wyjątkową urodę).  To w połączeniu ze sposobem opowiadania sprawiło, że w trakcie lektury niektórych fragmentów powieści, miałam wrażenie, że czytam reportaż historyczny. Chwilę mi zabrało, zanim się przestawiłam i zaakceptowałam. 

Dlaczego wobec tego uznaję, że "Burzliwe czasy' to powieść warta przeczytania? Bo odsłania kawał historii Ameryki Środkowej i pokazuje zakulisową rolę Stanów Zjednoczonych w wydarzeniach, które się tam rozegrały i miały potem wpływ na losy innych krajów Ameryki Łacińskiej. Jak twierdzi Mario Vargas Llosa w wywiadzie, którego udzielił Michałowi Nogasiowi, tamta słabo pamiętana historia spowodowała, że wszystkie polityczne strony niezwykle się potem zradykalizowały, czego skutki odczuwane są do dziś. Kiedy się o tym wszystkim czyta, trudno pohamować wściekłość. Kto zna i ceni książki Artura Domosławskiego o Ameryce Południowej ("Goraczka latynoamerykańska","Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary"), ten koniecznie musi poznać "Burzliwe czasy". 

Akcja powieści toczy się w latach pięćdziesiątych przede wszystkim w Gwatemali, częściowo na Dominikanie. To czasy kiedy władzę w tym pierwszym kraju  objął w wyniku rewolty lewicujący pułkownik Jacobo Arbenzo Guzman, obalając rasistę i dyktatora generała Jorge Ubico. Zapoczątkował reformy i doprowadził do demokratycznych wyborów. Zwyciężył Juan Jose Arevalo, który kontynuował zmiany. Przede wszystkim skupił się na reformie rolnej. A to zagroziło interesom amerykańskiego koncernu United Fruit Company, który dotąd czerpał ogromne zyski z uprawy i eksportu owoców, głównie bananów, które wypromował na amerykańskim rynku. Firma stanowiła państwo w państwie, nie płaciła oczywiście żadnych podatków, wykorzystywała tanią siłę roboczą i tak dalej, i tak dalej. Kiedy wydawało się, że to eldorado się skończy, zrobiono wszystko, aby przedstawić demokratyczne i lewicowe reformy jako rewolucję komunistyczną robioną rękami Związku Radzieckiego. A to na administrację amerykańską w mrocznych czasach maccartyzmu podziałało jak płachta na byka. I tak chroniąc interesy prywatnego koncernu, doprowadzono do obalenia rządów Arevalo, trwającej lata krwawej wojny domowej i destabilizacji kraju. Nieważne były ofiary, nieważne aspiracje reformującego się państwa i demokratyzującego się społeczeństwa. Ważny był interes firmy i wyimaginowana, wykreowana wojna z komunizmem. To w skrócie. I właśnie te misterne intrygi ujęte w powieściowe ramy stanowią treść najnowszej książki Mario Vargasa Llosy. Posłużę się cytatem z wywiadu, który już przywoływałam. ...chciałem przypomnieć o demokratycznie wybranym prezydencie, którego obaliła za pomocą fałszywych wiadomości największa demokracja świata. Od Gwatemali się zaczęło - odtąd Stany zaczęły się nieustannie mieszać w sprawy Ameryki Łacińskiej, popierając wojskowe dyktatury przeciwko ruchom lewicowym. Przeczytać "Burzliwe czasy" należy koniecznie, żeby zrozumieć nie tylko wydarzenia z przeszłości, ale mechanizmy, które rządzą światem do dziś.

Popularne posty