Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty

Graham Greene "Moc i chwała"

Graham Greene to dziś w Polsce pisarz zapomniany, rzadko

wznawiany. Przeczytałam tylko trzy jego powieści, teraz już cztery, ale od pierwszych lektur mam jego twórczość gdzieś z tyłu głowy i postanowienie, że muszę od czasu do czasu sięgać po jeden z jego tytułów. Zaczęłam bardzo dawno temu od "Sedna sprawy" i "W Brighton". Szczególnie ta pierwsza powieść tkwi we mnie do dziś, jest dla mnie na tyle ważna, że przeczytałam ją kilkanaście lat temu po raz drugi, ale że było to w czasach przedblogowych, nie ma tu po niej śladu. Do dziś mam obie książki na półce. Parę lat temu kupiłam sobie kilka jego powieści w antykwariacie i dwa wznowienia w wersji elektronicznej, dotąd przeczytałam jedną, "Czynnik ludzki"

Nie czuję się specjalistką od Grahama Greene'a, ale wiem, że w jego bardzo bogatej twórczości można wyróżnić dwa nurty. Jeden to powieści pozornie lżejsze, sensacyjne, szpiegowskie, czasem romanse. Drugi to rzeczy wagi cięższej - ich bohaterowie zawsze stają przed trudną, dramatyczną sytuacją, targają nimi dylematy moralne, jakie rzadko już stają się udziałem współczesnego człowieka, muszą dokonać jakiegoś wyboru, bywa, że żadna z dróg nie jest dobra. Traktują życie, świat, ludzi i siebie bardzo serio. Ale nawet te pozornie lżejsze tytuły też mają swoją wagę. Do tej drugiej kategorii zaliczam moje ulubione "Sedno sprawy", "W Brighton" i właśnie przeczytaną "Moc i chwałę" (Instytut Wydawniczy Pax 1985; przełożył Bolesław Taborski). Jest jeszcze jedna charakterystyczna cecha jego twórczości - pisarz często umieszcza akcję w różnych częściach świata, na przykład w Hawanie, w Wietnamie czy Meksyku. To pokłosie jego licznych podróży. Ze swoich doświadczeń czerpał też w powieściach szpiegowskich, bo w czasie drugiej wojny działał w ten sposób na rzecz swojej ojczyzny, Wielkiej Brytanii. Twórczość Grahama Greene'a, przynajmniej jej część, często wrzuca się do szufladki religijnej, co może jednych przyciągać, innych odstręczać. Chociaż rzeczywiście wiara bywa istotna w życiu niektórych bohaterów,  czasem są nimi księża, to zapewniam, że osoba nie mająca nic wspólnego z Kościołem, niewierząca śmiało może po jego twórczość sięgać, bo są to powieści uniwersalne, o czym za chwilę postaram się przekonać osoby czytające te refleksje.  

Jak to się stało, że znowu, po siedmiu latach, sięgnęłam po kolejną powieść Grahama Greene'a, "Moc i chwałę"? Oczywiście zadecydował przypadek i impuls - w jednym z podcastów, którego regularnie słucham, dwaj bardzo poważni i cenieni przeze ze mnie rozmówcy, filozof i profesor literatury, przywołali właśnie ten tytuł, bardzo go polecając. Nie zastanawiałam się długo, bez trudu dostałam książkę w bibliotece, co nie znaczy, że byłam pierwszą wypożyczającą ją od lat. Okazuje się, że co jakiś czas ktoś  po nią sięga. A więc może nie jest tak źle.

Akcja powieści rozgrywa się w Meksyku w latach trzydziestych zeszłego wieku. W wyniku lewicowej rewolucji i religijnej wojny domowej trwają prześladowania Kościoła i księży. Ale i druga strona konfliktu nie pozostaje dłużna. Lista okrucieństw jest długa z obu stron. W niektórych stanach zburzono kościoły, zakazano praktyk religijnych, a księża, którzy nie zdecydowali się na porzucenie sutanny, są ścigani i rozstrzeliwani. I właśnie w jednym z takich stanów pozostał już tylko ostatni ksiądz, główny bohater tej powieści. Pozostali zostali rozstrzelani w glorii męczeństwa, a jeden zdecydował się opuścić stan kapłański, przejść na państwową pensję i ożenić (przymusowo). 

Główny bohater tej opowieści od ośmiu lat się ukrywa, ucieka, świadcząc potajemnie swoją posługę. Ale pętla coraz bardziej się zaciska. Za informację o nim wyznaczono nagrodę, ksiądz nie ma wątpliwości, że prędzej czy później jakiś biedny wieśniak połaszczy się na te pieniądze. Jakby tego było mało, porucznik milicji z posterunku, który zajmuje się poszukiwaniami, postanowił złamać opór wieśniaków i księdza, biorąc w wioskach, w których mógł się ukryć, zakładników. Jest jednak szansa na ratunek - przejście przez góry do innego stanu, gdzie jest inne życie. Ale coś go tu trzyma. Wierzy, że jest potrzebny ludziom. Coraz bardziej zaszczuty, głodny, brudny, obszarpany, przypominający bardziej ścigane zwierzę niż człowieka, bez wina, które umożliwiłoby odprawianie mszy - alkohol też jest zakazany, a poza tym on nie ma pieniędzy - szuka tymczasowego schronienia w różnych miejscach, a przede wszystkim w wioskach. Ale czy w tej sytuacji może jeszcze komukolwiek zaufać?

Autor stawia trudne pytania. Dlaczego to robi? Z poczucia obowiązku, bo musi służyć ludziom, którzy go potrzebują? Czy rzeczywiście tak wielu go jeszcze potrzebuje? Kiedy przybywa do wioski, niekoniecznie na niego czekają, boją się. Czasem jednak ktoś go rzeczywiście wzywa. Chce do końca być wierny obranej drodze? Okryć się sławą męczeńskiej śmierci? I najważniejsze - czy nie powinien się ujawnić, skoro wie, że ceną jego życia jest życie bogu ducha winnych zakładników? W gruncie rzeczy nie jest wcale odważny, boi się nie tyle śmierci, ile związanego z nią bólu. Doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich słabości. Jest alkoholikiem, ma nieślubne dziecko z kobietą, której nawet nie kochał, nigdy nie był jakoś szczególnie gorliwy religijnie. Kiedy wspomina dawne czasy, z tęsknotą myśli o wygodnym, dostatnim i spokojnym życiu, jakie wtedy prowadził.

Gdyby ich opuścił, byliby bezpieczni i wolni od złego przykładu, jaki dawał. On był jedynym księdzem, jakiego dzieci mogły pamiętać: właśnie on będzie jedynym źródłem wyobrażeń o wierze. Ale i od niego także ludzie przyjmowali Boga. Jeśli odejdzie, będzie to wyglądało, jak gdyby na całej przestrzeni między morzem a górami Bóg przestał istnieć. Czyż nie jest jego obowiązkiem zostać, nawet jeśli nim pogardzają, nawet jeśli z jego powodu zostaną zamordowani? Nawet jeśli zgorszą się jego przykładem.

Ale Maria, z którą ma dziecko, oskarża go.

- Niech już ksiądz pójdzie... w ogóle stąd pójdzie. Ksiądz się już tu nikomu na nic nie przyda. (...) Czy ksiądz nie rozumie? Nie chcemy księdza tu więcej. (...) Czy ksiądz myśli, że Bóg chce, aby taki ksiądz-pijaczyna został tu i ginął za Niego? (...) Przypuśćmy, że ksiądz zginie. Ksiądz będzie męczennikiem, no nie? I co to będzie za męczennik z księdza? Taki, że ludzie będą szydzili tylko.

Ale i kondycja Jose, księdza, który uległ, zrzucił sutannę i pod przymusem ożenił się, też wcale nie jest godna pozazdroszczenia. Gardzi sobą, stał się pośmiewiskiem, żyje z kobietą, do której nic nie czuje, i drży ze strachu, kiedy jakaś zdesperowana osoba błaga go o kapłańską posługę. Jest kłębkiem nerwów, wiedzie nędzne życie.

Stary człowiek siedział na skrzyni w małym, suchym patio. Był bardzo gruby i miał krótki oddech, dyszał jakby po wielkim wysiłku podczas upału. (...) Myślał z zazdrością o ludziach, którzy zginęli; wszystko skończyło się tak szybko. Wzięto ich na cmentarz i rozstrzelano pod ścianą: w ciągu dwóch minut zgasło w nich życie. I to nazywano męczeństwem. Tutaj życie wlokło się i wlokło. Miał tylko sześćdziesiąt dwa lata. Mógł dożyć do dziewięćdziesięciu. (...) Wiedział, że był błaznem. Żeniący się stary człowiek był już wystarczająco groteskowy, a cóż dopiero stary ksiądz... (...) Był po prostu tłustym, niedołężnym starcem, z którego drwiono i szydzono, gdy kładł się do łóżka.

Nędzne życie wiodą tu właściwie wszyscy bohaterowie, których poznajemy, bo nędzny jest świat, w jakim żyją. Dentysta, który przyjechał z Wielkiej Brytanii do Meksyku, aby odbić się finansowo, a teraz nie może wyjechać, bo jego oszczędności w wyniku inflacji straciły na wartości. Czuje się samotny i złapany w pułapkę. Rodzina przedstawiciela amerykańskiej firmy eksportującej banany. Żyją gdzieś na odludziu, żona jest nieszczęśliwa i wiecznie niedomaga - trudno powiedzieć, czy rzeczywiście choruje, czy to hipochondria - córka musi uczyć się korespondencyjnie, bo nie ma tu szkoły. A przede wszystkim wieśniacy żyjący w odludnych wioskach, potwornie biedni. Spotkany przypadkowo Metys, brudny, odpychający, a jednak budzący współczucie, który, jak podejrzewa ksiądz, chce go zadenuncjować dla pieniędzy. A jaka przyszłość czeka małą, już zdemoralizowaną, córkę księdza, którą sprowadził na świat przez przypadek? Przecież kiedy szedł do łóżka z kobietą, której nie kochał, nie marzył o dziecku. Teraz jednak jeśli na czymś mu zależy, to właśnie na niej. Jeśli się o coś modli, to o nią. Nic to nie da. Mała przez miejsce swojego urodzenia skazana jest na nędzne, biedne życie. Ta wszechobecna bieda, brzydota i miałkość tego świata jest bardzo przygnębiająca i poruszająca. Czy życie tych ludzi było lepsze, bardziej wzniosłe, kiedy mogli swobodnie praktykować? Jeden z bohaterów mówi do swojego syna:

- Ty nie pamiętasz czasów, kiedy tu był kościół. Ja byłem kiepskim katolikiem, ale to oznaczało... no, muzykę, światła, miejsce, gdzie można by posiedzieć  z dala od upału... a twoja matka, no zawsze miała coś do roboty. Gdybyśmy mieli teatr, w ogóle coś zamiast tego, nie czulibyśmy się tacy opuszczeni.

Bardzo ciekawą postacią jest porucznik ścigający księdza, jego oponent. Fanatyk wierzący, że sprawa, której służy, pomoże tym wszystkim biedakom. Nieważne są koszty, ważny jest cel. Czy jednak w gruncie rzeczy nimi nie gardzi? Skąd wie, co dla nich dobre? I jak niby ma się spełnić ta utopia, w którą wierzy?

Jest w tej powieści jedna przerażająca scena. To walka wygłodniałego człowieka i zabiedzonego psa o kość, na której widać resztki mięsa. Dawno nie czytałam czegoś tak mocnego i przerażającego. A chwilę potem ksiądz w opuszczonej wiosce znajduje książkę z poezją Tennysona. Uświadamia sobie, jak marne życie prowadzi. 

Od wielu miesięcy ksiądz nie widział żadnej książki. Leżała tam i pleśniała prawie jak obietnica lepszej przyszłości; obietnica życia w spokojnych domach, w których będą odbiorniki radiowe i półki z książkami, i łóżka zaścielone na noc, i obrusy przy posiłkach.

W świat tej powieści wchodzi się bardzo intensywnie. Opisany jest niezwykle  sensualnie. Czułam trud zaszczutego księdza, jego głód, oblepiający go brud, razem z nim brzydziłam się łachmanów, jakie miał na sobie. Podobnie głęboko odczuwałam los innych bohaterów znakomicie sportretowanych.

Nie jest to powieść lekka, łatwa i przyjemna, ale niezwykle interesująca. Warto po nią sięgnąć.

Meksykańskie lektury - Brenda Navarro "Puste domy", Guadalupe Nettel "Jedyna córka"

Potrzebowałam meksykańskich lektur. Jedna spadła mi jak z nieba - to niedawno wydana druga, w Polsce, powieść Brendy Navarro "Puste domy" (ArtRage 2025; przełożyła Agata Ostrowska), a ponieważ zachwyciłam się jej "Prochami w ustach", poszłam za nią jak w dym. Druga, "Jedyna córka" Guadalupe Nettel (Bo.wiem; przełożyła Barbara Bardadyn), została mi polecona przez osobę,  której gustowi czytelniczemu ufam, chociaż nie zawsze nasze książkowe wybory są tożsame. Tak się złożyło, że obie powieści oprócz tego, że zostały napisane przez meksykańskie pisarki, a ich akcja rozgrywa się w Meksyku, łączy też temat - macierzyństwo. Skoro zestawiam je razem - a to dlatego że czytałam je w podróży, więc nie miałam możliwości, aby napisać o nich od razu po lekturze, no a teraz czas jednak goni i wrażenia oraz szczegóły trochę przybladły - to od razu dodam, że z tego umownego pojedynku zwycięsko wychodzą "Puste domy", które polecam bez zastrzeżeń, chociaż nie jest to miła lektura. Do "Jedynej córki" mam trochę uwag, co nie znaczy, że odradzam.

"Puste domy" Brendy Navarro to przeplatająca się opowieść dwóch

kobiet pochodzących z różnych światów. Jedna to reprezentantka klasy średniej. Ma męża Hiszpana, z którym nie układa się jej najlepiej, kocha innego mężczyznę. A może słowo kocha jest tu na wyrost, może to tylko fascynacja i pożądanie? Jej ciąża, wcale nieupragniona i niewyczekana, zbiegła się z faktem, że razem z mężem musieli wziąć na wychowanie nastoletnią córkę jego siostry. Nie chcę tu zdradzać z jakich powodów. Macierzyństwo, i to podwójne, którego wcale nie pragnęła, staje się bardziej obciążeniem niż radością.

Wsiedliśmy do samolotu i ogarnął mnie strach na myśl, że Nagore będzie teraz pod moją opieką, nie wiedziałam, co zrobić z dwójką dzieci. Nigdy nie chciałam być matką, macierzyństwo to najgorszy kaprys, jaki może mieć kobieta.

O ile już w czasie ciąży, smutnej, kamiennej, spleśniałej, żałowałam posiadania macicy, hormonów i instynktu macierzyńskiego, o tyle macierzyństwo i każdy krzyk Daniela wwiercający mi się w uszy utwierdzały mnie w tym poczuciu.

Przygarnięta dziewczynka sprawia problemy, jest do żony swojego wujka wrogo nastawiona, tęskni za dziadkami, którzy zostali w Hiszpanii, a synek, Daniel, okazał się być dzieckiem autystycznym. Do tego dochodzą zawirowania uczuciowe. Kiedy stanie się tragedia, bo chłopiec zniknie z placu zabaw, narratorka będzie nie tylko niewyobrażalnie cierpieć, ale także się obwiniać, bo zamiast go obserwować, zajęta była wymienianiem wiadomości z kochankiem. Równie dobrze mogła czytać książkę - dzieci przecież nie powinny znikać z placu zabaw. Co się z nim stało? Może został porwany na zlecenie jakiejś bogatej bezdzietnej rodziny albo na organy, albo po prostu zawieruszył się, a potem został zamordowany. Wyobraźnia i realia kraju, w którym mieszka, podpowiadają jej takie rozwiązania. Śledząc jej opowieść, jesteśmy świadkami niewyobrażalnego cierpienia. Patrzymy na to, jak jej życie rozpada się, jak staje się tylko letargiem, beznadziejnym trwaniem.

Żeby to wszystko skończyło się raz na zawsze. Żeby wydarzyły się trzęsienie ziemi, eksplozja bomby, wybuch wojny, wystrzał z broni, mściwi rebelianci, jadowity pająk, dwudziestopiętrowy budynek, akt odwagi. Nigdy nie byłam odważna, dlatego żyję. 

Razem z mężem nie potrafią sobie pomóc, każde tkwi w swoim kokonie cierpienia. Czy można pogodzić się z taką tragedią? Jak żyć ze świadomością, że nie wiadomo, czy Daniel żyje, że nie można go pochować, przeżyć po nim żałoby.

Druga bohaterka pochodzi z klasy niższej. Wychowywana tylko przez matkę, z którą jej relacje są, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Podobnie jak z innymi krewnymi. Długo nie wie, kto był jej ojcem, i może lepiej dla niej, żeby się nigdy tego nie dowiedziała. Jej brat traci życie w pracy w sposób nieprawdopodobny, bezsensowny i przerażający. Wiąże się z przemocowym typem spod ciemnej gwiazdy, ale i ona potrafi mu się odwinąć. Ich związek to huśtawka miłości i nienawiści. Przynajmniej tak to wygląda z jej strony, bo czy on ją kocha, mam wątpliwości. Musi sama troszczyć się o swoje sprawy, bo na nikogo nie może liczyć. Dzięki zdolnościom kulinarnym robi to całkiem nieźle. Mimo to czuje się gorsza i pogardzana. 

... jak się nie ma markowych ciuchów, jest się nikim; jak nie ma się auta, jest się nikim; jak ma się auto, ale nie najnowszy rocznik, to źle. Z jednej strony mówią, żeby się starać, wcześniej wstawać, ciężko pracować, wyrwać się z biedy, ale jak już człowiek próbuje, to usłyszy, że wyżej sra, niż dupę ma, że zdradził swoich, że się ich wstydzi, a jak zostanie tam, gdzie mówią, że jest jego miejsce, to zaraz jest Inadianką, babą od quesadilli, straganiarą, Totonaczką. A jeśli do tego wszystkiego masz ciemną skórę, to już masz przejebane, zostajesz na samym dole, żeby mogli cię deptać, takie jest prawo natury.

Jej wielkim pragnieniem, a z czasem, po nieudanych próbach, obsesją, jest posiadanie dziecka, najlepiej córeczki. Pięknej, delikatnej. To dlatego uparcie trwa w tej chorej relacji. Kiedy wszystkie próby zawodzą, decyduje się porwać pięknego, małego chłopczyka. Zdradzam tu tylko to, co  znajduje się w informacji od wydawcy. Zderzenie wyobrażeń o macierzyństwie z prozą życia i trudnościami okazuje się bolesne. Tym bardziej, że właściwie na nikogo nie może liczyć. Jej partner wcale nie pragnął być ojcem. Do tego dochodzi świadomość, że dziecko zostało porwane, ktoś go szuka, mogą wyniknąć z tego problemy, a poza tym to przestępstwo, z czego zdaje sobie sprawę nawet jej facet, który przecież nie stroni od lewych interesów. 

Jest to powieść o różnym stosunku do macierzyństwa, o trudach i rozczarowaniach z nim związanych, o utracie, nie tylko dziecka, i o żałobie, nie tylko po dziecku, o przemocy, porwanych relacjach rodzinnych, braku bliskości i samotności z tym związanej. W tle są realia meksykańskie, dla mnie bardzo ciekawe. Głęboko wnikamy w świat bohaterek, w ich motywacje, w to, co przeżywają. Każda z nich opowiada swoją tragiczną historię odrębnym językiem, co też jest wartością tej powieści. No i pod koniec następuje nieoczekiwany zwrot akcji, który czyni tę opowieść jeszcze mroczniejszą. Schodzimy w najczarniejsze zakamarki ludzkiej podłości i zła. Ta książka nie daje żadnej nadziei, mimo to jest naprawdę warta lektury. Podobnie jak "Prochy w ustach".

PS. 1 Każdy rozdział powieści zaczyna się mottem - fragmentem wiersza Wisławy Szymborskiej!

PS. 2 Dopiero pisząc o drugiej powieści Brendy Navarro, uświadomiłam sobie, że jej "Prochy w ustach" były jedną z ważniejszych książek, jakie przeczytałam w ubiegłym roku, dlatego powinny się znaleźć w moim zestawieniu i to w tej grupie  ocenionej najwyżej. A przeoczenie moje wynika tylko z tego, że, podobnie jak tym razem, pisałam wtedy o trzech powieściach, też czytanych w podróży. No i jej tytuł schował się za tamtymi.

"Jedyna córka" Guadalupe Nettel to też opowieść o różnych

obliczach macierzyństwa i różnym do niego stosunku. Tu bohaterki są trzy. Narratorka Laura, trzydziestolatka, singielka, która wie na pewno, że nie chce mieć dziecka. Jej przyjaciółka Alicja, która kiedyś myślała podobnie, ale w końcu zapragnęła zostać matką. Kiedy jest w upragnionej ciąży, dowiaduje się, że jej córeczka ma rzadką chorobę, jej mózg się nie rozwija i umrze zaraz po urodzeniu. Jest już za późno na jakąkolwiek inną decyzję, Alicja musi urodzić. Ponieważ ona i jej partner są dobrze sytuowani, mogą dobrze, o ile to słowo jest tu w ogóle na miejscu, przygotować się do tego, co nieuchronne. Stać ich na drogie konsultacje medyczne, mogą za radą jednej z lekarek korzystać z wizyt u traumatolożki. Najciekawszy w tej historii jest moment, kiedy okazuje się, że Ines, ich córeczka, jednak nie umiera. Jak długo będzie żyła? Na to pytanie nikt nie potrafi im udzielić odpowiedzi. Jak będzie wyglądało jej życie? Na pewno będzie wymagała nieustannej opieki, pomocy specjalistów, rehabilitacji. Alicja, która jakoś oswoiła się z myślą, że jej dziecko umrze zaraz po narodzeniu, nagle musi zmierzyć się z tym, że będzie musiała poświęcić się wychowaniu chorej córeczki. 

Dla niej przekaz spotkania był bardzo jasny: Ines będzie żyła i ani ona, ani lekarze nie mogli w tym przeszkodzić. W tym momencie w jej głowie pojawił się obrazek nieruchomej nastolatki, której będzie musiała zmieniać podpaski za każdym razem, gdy dostanie miesiączki.

Życie jej i jej partnera zmieni się nie tylko tak, jak zmienia się życie wszystkich rodziców. Czeka ich ciężka praca, ogromne wydatki, strach, niepewność, zmaganie się z chorobą i świadomość, że pozytywnego rozwiązania nie będzie. 

Ten wątek powieści, który wybija się na pierwszy plan, był dla mnie najbardziej interesujący i odkrywczy. Nigdy ani sama, ani w swoim otoczeniu, nie zetknęłam się z taką sytuacją. Ta powieść pozwoliła mi wniknąć w świat kobiety, której dziecko nigdy nie rozwinie się normalnie. Najpierw śledzimy jej rozpacz spowodowaną diagnozą, potem niedowierzanie i miotanie się - może lekarka się myli? Wreszcie zdumienie i, nie boję się tego słowa, rozczarowanie faktem, że córeczka będzie żyła, a w końcu zmagania z codziennością i ewolucję jej stosunku do Ines. To opowieść o trudnym macierzyństwie, ale i o bezwarunkowej miłości, którą obdarza się dziecko, jakiekolwiek by ono nie było.

Trzecią bohaterką jest Doris, sąsiadka Laury, która wprowadza się do mieszkania obok razem z nastoletnim synem. Zza ściany Laura często słyszy płacz, krzyki, wybuchy agresji, dziwne odgłosy. Wkrótce okazuje się, że Doris, która ma zo sobą trudną małżeńską przeszłość, mierzy się z depresją i nie radzi sobie z opieką nad synem i z jego wybuchami agresji. Każde z nich jest samotne i bezradne. Chociaż bardzo się kochają, nie potrafią sobie pomóc, bo nie radzą sobie ze swoimi emocjami. Laura wkracza w ich życie, próbuje pomóc Doris i nieoczekiwanie dla siebie zaprzyjaźnia się z jej synem.

Jest jeszcze czwarta bohaterka, Marlene, opiekunka małej Ines. Jej pojawienie się w domu Alicji i Aurelia to z jednej strony konieczność i ułatwienie w codziennych zmaganiach z opieką nad córeczką, z drugiej strony rodzi rozmaite komplikacje. Szczególnie Alicja ma problem z zaakceptowaniem opiekunki. I nie chodzi tylko o zazdrość o partnera.

Monica przypomniał jej, że przez wiele pokoleń kobiety zamożne czy te z klasy średniej zostawiały swoje dzieci pod opieką służących, podczas gdy dziećmi tych drugich zajmowały się inne, jeszcze uboższe.

- I nie tylko służących. Pomyśl, ile dzieci zostało wychowanych przez babcię albo starszą siostrę. (...) Zawsze opiekowałyśmy się dziećmi innych kobiet i zawsze znajdą się inne kobiety, które pomagają zajmować się naszymi. Oczywiście, że tworzą się więzi między dziećmi a tymi zastępczymi matkami - ciągnęła Monica - ale to nie wydaje mi się wcale takie złe.

To opowieść nie tylko o różnych obliczach macierzyństwa, ale także o tym, jak dzisiaj zmienia się pojęcie rodziny i związków. Także o kobiecej solidarności.

Mam jednak kłopot z tą książką. Długo nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie, co mi w niej przeszkadza. W końcu chyba wiem. Chodzi o sposób pisania, o to, jak ta historia jest opowiadana. Otóż wszystkiego dowiadujemy się od Laury, to ona jest narratorką. opowiada nie tylko o sobie, ale także o Doris, jej synu i przede wszystkim o Alicji. A robi to w taki sposób, a właściwie przecież nie ona, ale autorka, że bardziej przypomina to relację, może nawet literaturę faktu niż powieść. Opowiadając historię tamtych kobiet, a szczególnie swojej przyjaciółki, wchodzi w rolę klasycznego narratora trzecioosobowego - wszechwiedzącego i wszechobecnego. Wie, co czują, co przeżywają, przytacza ich rozmowy. Poza tym miałam wrażenie, że te trzy przeplatające się wątki nie stanowią spójnej całości. Do tego dochodzi dość nachalna metafora - Laura obserwuje ze swojego balkonu parę gołębi, które w gnieździe wysiadują jajka. Ptak, który wykluwa się z jednego z nich, w niczym nie przypomina gołębia. Jest tą sytuacją zafascynowana. Jej obserwacje, zgłębianie ptasich związków i rodzin, mają nam, czytelniczkom i czytelnikom, pomóc  uświadomić sobie, że rodzina może być różna. Naprawdę wystarczy mi do tego historia bohaterek, nie potrzebuję opowieści o gołębiach. Zbyt grubymi nićmi jest to szyte. Pomijam już fakt, że dla mnie odkryciem to żadnym nie jest. No ale po pierwsze pewnie są takie i tacy, którzy nadal uważają, że rodzina to kobieta, mężczyzna i dziecko lub dzieci, a po drugie coraz trudniej o odkrycia. Nie pierwszy raz powtarzam, że nie tyle ważne jest, o czym się czyta, ale jak to zostało napisane.

Dahlia de la Cerda "Wściekłe suki"

O książce "Wściekłe suki" (Filtry 2024; przełożyła Katarzyna

Okrasko) Dahlii de la Cerdy, meksykańskiej pisarki i aktywistki, kobiety wielu zawodów, a właściwie zajęć, jakich się imała, zanim jej literacki debiut odniósł sukces w Meksyku i został wydany w kilku innych krajach, oczywiście usłyszałam od razu, bo śledzę w social mediach stronę Filtrów, podobnie jak  strony innych moich ulubionych wydawnictw. Najpierw zastrzygłam uszami, bo, nie tylko z powodu panującej mody, interesuję się literaturą z Ameryki Łacińskiej i zawsze jestem gotowa sięgnąć po coś z tego obszaru, jeśli tylko czuję, że odpowiada moim czytelniczym gustom. Tym razem jednak początkowo stwierdziłam, że "Wściekłych suk" nie przeczytam, przede wszystkim dlatego, że to zbiór opowiadań. Tak, tak, nie po raz pierwszy przyznaję ze wstydem, że opowiadanie to nie należy do moich ulubionych form literackich, w czym w Polsce nie jestem odosobniona. I tak zrobiłam postęp, bo jeszcze jakiś czas temu po zbiory opowiadań nie sięgałam z zasady. Drugim powodem był tytuł. Dlaczego? Sama nie do końca sobie to uświadamiam. Na pewno chodziło o użyte w nim słowo suki, za którym nie przepadam. Cóż, nie najmądrzejszy powód. To wszystko sprawiło, że niezbyt dokładnie wczytałam się w informację o książce. Dopiero wysłuchanie bardzo ciekawej rozmowy podcastowej o tej książce i o problemach Meksykanek sprawiło, że natychmiast wypożyczyłam ją z biblioteki. Dziś wiem, że popełniłabym duży błąd, gdybym "Wściekłe suki" przeoczyła.

To zbiór kilkunastu krótkich opowiadań, których bohaterkami, a zarazem narratorkami, są kobiety z dwóch krańców drabiny społecznej - jedne wywodzą się z rodzin bardzo zamożnych albo nawet bajecznie bogatych, inne stoją na samym dnie drabiny społecznej i próbują jakoś sobie radzić, zarabiając na życie w rozmaity sposób. Wyjątkiem jest tu pierwsze opowiadanie, o bohaterce którego niewiele wiemy. Obserwujemy ją w jednym momencie jej życia. Chciałam napisać trudnym, ale czy dla niej rzeczywiście jest on trudny? Owszem, ma pewien problem i postanawia z niego wybrnąć w najprostszy możliwy sposób. Kiedy się uda, odetchnie z ulgą i prawdopodobnie zapomni. Mam wrażenie, że to jedno opowiadanie nie do końca pasuje do pozostałych. Jakoś nie widzę nici łączącej je z kolejnymi - jest z innego porządku i chyba najmniej mnie zainteresowało. Potem było już tylko dobrze. Nie przeszkadzało mi nawet to, że autorka łamie czasami konwencję realistyczną i niektóre kobiety opowiadają swoje historie już po śmierci. Dla porządku dodam jeszcze, że chociaż jest to zbiór opowiadań, to kilka bohaterek jest ze sobą powiązanych. Kiedy czytałam kolejne, po chwili orientowałam się, że jego narratorka w jakiś sposób pojawiła się w jednym z poprzednich. A to jako przyjaciółka bohaterki, a to jej siostra, a to jej ochroniarka, a to dziewczyna, która napada na dom zamieszkiwany przez ubogie siostry trudniące się szyciem.

Jakie jest sedno tych opowieści? O czym nam chcą powiedzieć? O meksykańskich kobietach i o meksykańskim społeczeństwie. Jak już wspomniałam, są tu bohaterki z przeciwnych biegunów drabiny społecznej. Te ubogie, wywodzące się z dołów, z biedy jakoś próbują sobie radzić. Zarabiają szyciem, jak te siostry mieszkające w domku wybudowanym przez ich ojca gdzieś na obrzeżach miasta na osiedlu bez kanalizacji i prądu. Inna dziewczyna jedzie na północ Meksyku, aby zatrudnić się w jednej z tych fabryk znajdujących się blisko amerykańskiej granicy w strefie wolnego handlu, gdzie płaci się zatrudnionym w nich kobietom marne grosze. Jedzie na dachu osławionej Bestii, towarowego pociągu przemierzającego Meksyk, razem z innymi biedakami, przede wszystkim imigrantami z krajów Ameryki Środkowej, chociaż nie tylko, którzy będą próbowali sforsować granicę, aby dostać się do lepszego świata. Żeby dowiedzieć się, jakim piekłem jest ta droga, trzeba przeczytać znakomity reportaż Oscara Martineza " La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą". Dlaczego wybrała taki niebezpieczny środek transportu? Bo nie stać jej na bilet! Ale są i takie, które szukają innej drogi. Można zarobić dużo, a nawet bardzo dużo, ale sposób to ryzykowny, bo przestępczy, trzeba schować do kieszeni wyrzuty sumienia, no i łatwo o śmierć. Tak zarabiają wspomniane już tutaj dwie dziewczyny - złodziejka i ochroniarka pracująca dla jednego z karteli. Za każdą z tych kobiet ciągnie się jakaś smutna historia - żyły w biedzie, bez perspektyw, wcześnie urodziły dziecko, efekt gwałtu, marzeń o wielkiej miłoś
ci albo chwili zapomnienia, i zostały z nim same, bo ojciec albo nieznany, albo nieodpowiedzialny.

Ale są i inne bohaterki wywodzące się z domów bogatych. To córka mafiosa stojącego na czele jednego z karteli, ojciec dwóch innych jest federalnym deputowanym. Pozornie niczego im nie brakuje, ale to kobiety równie tragiczne jak te, które niewiele mają i aby zarobić na życie muszą ciężko pracować. Dlaczego? Bo są więźniarkami świata, w jakim się urodziły. Wyrwać się z niego, byłoby im bardzo trudno. Jaki los je czeka? Albo pustej lali, która żyje w świecie mediów społecznościowych, gromadzi lajki i naiwnie marzy, aby zostać narzeczoną mafiosa. Albo trzeba zająć miejsce ojca, przejąć jego interesy. Albo usunąć się w cień i zostać bogatą panią domu przy wpływowym mężu. Przyznam, że zajrzenie do świata tych kobiet, o których niewiele wiedziałam, bo częściej zdarza mi się czytać o tych z dołów społecznych, było dla mnie bardzo ciekawe. Czytałam te opowiadania ze zdumieniem i z irytacją jednocześnie.

Co łączy te bohaterki reprezentujące tak różne światy? To, że są w nich uwięzione, że nie bardzo mogą z nich wyjść. Jakby ich drogi zostały wytyczone w chwili urodzenia. Mają kilka wariantów do wyboru, ale żaden nie doprowadzi do szczęścia. Jest jeszcze coś. Większość z nich to ofiary maczyzmu, męskiej przemocy, mizoginii. Mężczyźni rzadko obecni są w ich życiu na stałe. Zostawiają po sobie nieślubne dzieci, traktują te kobiety i dziewczyny jak efektowne trofeum, którym się chwali, ale z którym można zrobić, co się chce, albo jak obiekt seksualnej rozrywki. Nikt się o nie nie upomni, nikt nie wymierzy sprawiedliwości przestępcom. Co im pozostaje? Wściekłość, która prowadzi do zemsty. Tylko tak mogą dojść sprawiedliwości, bo na władzę przeżartą korupcją nie mogą liczyć.

Tytuł jednego z opowiadań brzmi "Tutaj Bóg nie zagląda". Moim zdaniem mógłby być mottem całego zbioru.  

Bardzo ciekawe opowiadania. Jest w nich energia, która sprawia, że trudno przejść obok nich obojętnie, trudno o nich zapomnieć.

Fernanda Melchor "Czas huraganów"

"Czas huraganów" (Mova 2021; przełożyła Katarzyna Sosnowska)

meksykańskiej pisarki Fernandy Melchor długo czekał na liście książek, które chcę przeczytać. Nie pamiętam już nawet, dlaczego tam się znalazł. Pewnie między innymi dlatego, że to powieść meksykańska. W końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć, kiedy nazwisko pisarki wspomniała sama Mariana Enriquez podczas tegorocznego Festiwalu Conrada. Muszę przyznać, że już dawno nie czytałam tak dołującej książki. Nic, żadnego światełka w tunelu. Ale jeżeli ktoś ma w sobie przestrzeń na taką lekturę, to mimo tego warto po nią sięgnąć.

Akcja powieści rozgrywa się w wymyślonym miasteczku La Matosa i jego okolicach. Podobno te miejsca przypominają meksykański stan Veracruz. Wszystko zaczyna się od morderstwa miejscowej wiedźmy, której zwłoki znaleziono w rzece. Dla jednych była postrachem, innym, najczęściej kobietom, pomagała. Wysłuchiwała lamentów, leczyła, usuwała niechciane płody. Podobno była bogata, ale nikt nie wiedział, gdzie trzyma pieniądze. Z upływem lat coraz bardziej izolowała się od ludzi, dziwaczała. Odwiedzali ją miejscowi chłopcy. Podobno odbywały się tam orgie. Strach, plotki, niedomówienia podsycały wyobraźnię mieszkańców La Matosy. 

Chociaż wszyscy zastanawiają się, kto zabił, to "Czas huraganów" nie jest kryminałem. Dość szybko dowiadujemy się, dlaczego doszło do morderstwa i kto okazał się sprawcą. Z czasem poznajemy nowe informacje dotyczące okoliczności i motywów zbrodni. Nie to jest jednak najważniejsze. Ta powieść to obraz miejscowej społeczności, a może lepiej byłoby napisać - prowincjonalnej. Obraz świata, w którym przemoc jest normą. Przemoc mężczyzn wobec kobiet, dorosłych wobec dzieci, aparatu państwa wobec obywateli. Jeśli do tego dodamy biedę, brak jakichkolwiek perspektyw, uprzedzenia wobec każdego, kto odstaje, nietolerancję, to obraz robi się jeszcze ciemniejszy. 

Właściwie wszyscy bohaterowie tej powieści żyją w sytuacji bez wyjścia, w pułapce. Ich dzieciństwo to koszmar, a potem wcale nie jest lepiej. Najczęściej wychowują się w rozbitych rodzinach - bez ojców, a nieraz także bez matek, które szukając lepszego życia, uprawiają najstarszy zawód świata. Albo skazane są na byle jaką, ciężką pracę w fabryce. Najgorzej mają dziewczyny, zwłaszcza te najstarsze z rodzeństwa. To na ich barkach spoczywa opieka nad młodszymi dziećmi i pomoc matce albo babci. Są udręczone pracą, pomiatane, wyzywane i bardzo samotne. Mają wielkie poczucie niesprawiedliwości, ale nic z tym nie mogą zrobić. Frustracja przeradza się w nienawiść. Los chłopaków jest lepszy, ale tylko pozornie. Wychowywani przez kobiety szukają towarzystwa kolegów. Piją, odurzają się, trudnią się drobną przestępczością, mogą oberwać w bijatyce czy porachunkach gangów. No i marny ich los, jeśli odstają od innych. Mają być macho. Jeśli nie są tacy jak inni, muszą się dobrze maskować, a to rodzi udrękę i frustrację. Dlatego marzą o ucieczce, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobią. Naiwnie wierzą, że zaczepią się gdzieś w jakiejś knajpie. Byle dalej. Ale taka ucieczka rzadko się udaje. Są ofiarami patriarchalnej, maczystowskiej wizji świata.

Historię tego, co się wydarzyło w miasteczku, poznajemy z różnych punktów widzenia, w każdym rozdziale dowiadując się coraz więcej. Zmienia się też język opowieści, ale zawsze pozostaje potoczny, oddaje sposób myślenia i mówienia bohaterów. To wielka zaleta tej książki i oczywiście tłumaczki. Na początku słuchamy tego, co ludzie gadają. To sfera domysłów, plotek, pomówień, podszyta lękiem i nienawiścią. W kolejnych rozdziałach poznajemy perspektywę bohaterów w różnym stopniu zamieszanych w sprawę morderstwa. Słuchając tych opowieści, poznajemy ich losy, tajemnice i najmroczniejsze sekrety. Jakbyśmy schodzili do piekła, coraz głębiej i głębiej, aby dotknąć jądra ciemności. Najbardziej przejmujące są historie dwóch młodych kobiet, właściwie jeszcze dziewczyn. Ale historie chłopaków, chociaż odrażające, też budzą współczucie. Przychodząc na świat w takim miejscu, od razu są skazani. Na przemoc, cierpienie, klęskę. Nie mogą być inni, skoro wszyscy są zdeprawowani. Nawet stróże prawa, którzy mają szukać winnych i strzec porządku, a sami sieją przemoc. Gdyby nawet zamieszani w zbrodnię bohaterowie chcieli odpokutować winy i sami zgłosić się na policję, nie zrobią tego, bo doskonale wiedzą, że stróże prawa, którym wcale nie zależy na sprawiedliwości, tylko na kasie, zgotują im piekło, a więzienie, gdzie w końcu trafią, to kolejna czarna otchłań.

Bardzo dobra powieść, ale niezwykle mroczna. Chyba najgorszy jest brak nadziei.

Oscar Martinez "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą"

Każda książka ma swój czas. "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo

nie obchodzą" (Post Factum 2019; przełożył Tomasz Pindel) przeleżała w moim czytniku ponad dwa lata. Z nowości stała się zaległością, a potem było jak zwykle - co jakiś czas przypominałam sobie o niej, ale zawsze pojawiały się pilniejsze lektury albo nie miałam nastroju na ten reportaż opowiadający o przerażających sprawach. No cóż, teraz kończyłam ją w momencie wybitnie niesprzyjającym. A przypomniałam sobie o niej, kiedy czytałam książkę "Archiwum zagubionych dzieci" Valerii Luiselli. Dlaczego? Bo obie dotykają podobnego tematu. Powieść opowiada między innymi o dzieciach z Ameryki Środkowej, które bez dorosłych przemierzają Meksyk, aby spróbować dostać się do wymarzonego amerykańskiego raju, gdzie mieszkają już ich rodzice albo przynajmniej jedno z nich. Reportaż Oscara Martineza pokazuje problem szerzej - to historie dorosłych emigrantów z tej samej części kontynentu, którzy również wędrują przez Meksyk w tym samym celu. Książka powstawała pod koniec pierwszej dekady naszego wieku, w Polsce została wydana dziesięć lat później. Zastanawiałam się, czy od tamtej pory coś się zmieniło. Czy jest lepiej? Ze wstępu, który napisał autor do polskiego wydania, wynika, że nie.   

Martinez przez trzy lata aktywnie zbierał materiały do swojej książki. Aktywnie oznacza w tym wypadku, że nie tylko spotykał się z uciekinierami, z ludźmi, którzy im pomagają, przedstawicielami lokalnych władz, policjantami, a wreszcie tymi, którzy robią biznes na ludzkim nieszczęściu, ale także przemierzał tę samą trasę, którą przemierzają oni. Wędrował z nimi przez dzikie ostępy, unikając posterunków policji, wskakiwał na pociąg - osławioną Bestię, jechał na jej dachu, a potem szukał miejsc, w których można przekroczyć mur oddzielający Meksyk od Stanów. Nie posmakował tylko tej ostatniej próby - przejścia na drugą stronę granicy i ryzykownego ostatniego etapu wędrówki najczęściej przez pustynię strzeżoną na okrągło przez amerykańską straż graniczną wspomaganą najnowszymi wynalazkami techniki wykrywającymi każdy ruch.

Droga, jaką przebywają przez Meksyk migranci z najniebezpieczniejszych krajów kontynentu amerykańskiego, a może i świata, z Hondurasu, Salwadoru, Gwatemali i Nikaragui, to droga przez mękę, a na jej końcu sukces jest bardzo niepewny. Przekroczenie muru, który w tamtych czasach nie w każdym miejscu był murem w dosłownym sensie tego słowa, bardziej zaporą, jest niemal niemożliwe. Ale nawet jeśli się uda, to nie oznacza jeszcze sukcesu. Bo potem trzeba wędrować kilka dni przez pustynię albo kamieniste wzgórza, a u celu można zostać złapanym na szosie, kiedy czeka się na umówioną podwózkę. Niektórzy próbują drogi wpław przez rzekę - słynną Rio Bravo. Tam przecież nie ma muru. Są za to śmiertelnie niebezpieczne wiry i amerykańscy pogranicznicy czający się w krzakach na drugim  brzegu. A ponieważ w Stanach ci, którym się ta sztuka w końcu udała,  i tak przebywają nielegalnie, stale narażeni są na to, że wpadną i zostaną deportowani. W czasie swoich peregrynacji Martinez rozmawia także z takimi, których to spotkało. Ale zanim dotrą do upragnionej granicy, zanim ich marzenia rozbiją się w proch w zetknięciu z murem, to oczywiście dotyczy nowicjuszy, czeka ich gehenna. Wędrują najczęściej w kilkuosobowych grupach, sami albo płacą przewodnikom, coyotes i pollero. Część drogi przebywają pieszo, część busami, potem najczęściej decydują się na podróż na dachu osławionej Bestii, czyli pociągu towarowego przemierzającego Meksyk. Na każdym etapie tej drogi narażeni są na liczne niebezpieczeństwa - napady, kradzieże, porwania dla okupu, oszustwa nieuczciwych przewodników, a kobiety oczywiście dodatkowo na gwałty i uprowadzenie do burdelu. Ruszając, muszą to ryzyko wkalkulować. Dodatkowe zagrożenie stanowi oczywiście policja, która może deportować do granicy. Śmiertelnym niebezpieczeństwem jest też podróż Bestią. Można wpaść pod jej koła, wskakując na wagon, usnąć na dachu i stoczyć się na ziemię, zmarznąć na kość nocą albo prażyć się w upale w dzień, wreszcie zostać napadniętym. Zatrzymania pociągu i okradanie podróżnych na gapę to chleb powszedni. A na końcu, jeśli się uda, i tak czeka rozczarowanie, o czym już wspominałam. To wszystko przypomina jakąś upiorną grę. Większość przebywa tę straszną drogę wielokrotnie. Dlaczego? Bo tam, skąd uciekają jest jeszcze gorzej. Tam nie da się żyć. Tu przytoczę przywołane we wstępie przez autora słowa jednego z księży  prowadzących schronisko dla migrantów: Skoro są gotowi przechodzić przez to wszystko, to jak wygląda to, przed czym uciekają?

Ale nie zawsze tak było. Jeszcze w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych zeszłego wieku droga przez Meksyk nie roiła się od niebezpieczeństw. Bez trudu dało się ją przebyć, a potem przekroczyć amerykańską granicę. Problem zaczął się wtedy, kiedy głowę podniosły narkotykowe kartele. To one konkurują z migrantami o przejście przez granicę, a jakby mało miały pieniędzy, zarabiają i na nich. To dla narkotykowych bossów pracują drobni przestępcy napadający na wędrowców. To oni korumpują policję, która działa z nimi ręka w rękę. To ze strachu przed nimi panuje zmowa milczenia. To im opłacają się coyotes i pollero. To oni sprawili, że panuje bezprawie. To z ich powodu powstał mur, a amerykańska straż graniczna uzbroiła się po zęby i strzeże granicy.

Oscar Martinez opowiada o problemie, ale towarzyszy też ludziom, którzy są w drodze. Rozmawia z nimi w schroniskach, odbywa  jakiś etap podróży, a po rozstaniu dzwoni, dopytując, co się z nimi dzieje. Często po jakimś czasie słyszy głuchą ciszę w telefonie. Co robią? Gdzie są? Czy żyją?

Wojna za naszą granicą sprawiła, że zapomnieliśmy o innych stronach świata, gdzie też cierpią ludzie. Autor pisze, że ta wędrówka ludów z Ameryki Środkowej do Stanów to jedno z najbardziej masowych zjawisk migracyjnych świata. Co roku próbuje tej sztuki około dwieście tysięcy zdesperowanych ludzi. Pamiętajmy i o nich.  

Meksykańskie lektury (II) - Ola Synowiec "Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk"

Ciąg dalszy meksykańskich lektur. Tym razem przeczytałam debiut ksiązkowy Oli Synowiec "Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk" (Czarne 2018). Autorka, co ważne, od roku 2011 mieszka w Meksyku. Ten fakt pozwala mieć nadzieję, że poznała ten kraj już na tyle dobrze, iż wie, o czym pisze. Ma też licznych miejscowych znajomych, na których się powołuje. Wspominam o tym, bo jak wiadomo, z rzetelnością reporterów bywa różnie, co jakiś czas wybucha afera. Dlatego dziś ostrożniej podchodzę do  literatury faktu, dlatego nie przeczytałam dwóch reporterskich książek o Birmie, bo zarzucano im liczne błędy faktograficzne. Zdarza się, że autor zna kraj, o którym pisze, tylko z kilkumiesięcznego pobytu. Jak widać, rozkwit reportażu, jaki obserwujemy w ostatnich latach, ma swoje ciemne strony. Ale do rzeczy.

Książkę Oli Synowiec czyta się bardzo dobrze. Mimo niesprzyjających warunków połknęłam je w ciągu kilku dni. Wbrew tytułowi nie jest to tylko opowieść o religijności współczesnych mieszkańców Meksyku. Każdy rozdział poświęcony jest innemu zjawisku dotyczącemu zasadniczego tematu, ale staje się pretekstem do sięgnięcia w przeszłość, do opowieści o historii kraju albo do poświęcenia uwagi jakimś zagadnieniom i problemom społecznym. Razem tworzy to bardzo ciekawą mieszankę. Ola Synowiec stara się pokazać prezentowane problemy z różnych punktów widzenia, oddaje głos ludziom o odmiennych poglądach. Czytelnik zyskuje dzięki temu świadomość złożoności zagadnienia. Z książki przebija fascynacja autorki krajem, jego mieszkańcami, różnorodnością kulturową i religijną. Jeżeli coś mnie drażni, to końcowe wyznanie wiary, na pewno szczere, ale w takiej formie brzmi dość infantylnie, żeby nie powiedzieć pensjonarsko. Autorka pisze o tym, że przyjechała do Meksyku szukać Boga, a znalazła drugiego człowieka. (...) człowiek nie znudzi mnie nigdy i nie przestanie fascynować. (...) Mamy inne kolory skóry, inne kolory włosów, różne płcie, sposoby ubierania się i style życia. (...) Te minimalne różnice zachwycają. Decydują o naszej odmienności. I dalej w tym duchu. No jasne, że tak jest, ale czy koniecznie trzeba się nad tym rozwodzić na kilku stronach? Biję się w piersi, bo czasem, niesiona emocjami, też w tych notkach piszę słuszne banały mające cechy wyznania wiary (staram się jednak samokrytycznie zaznaczać, że Ameryki nie odkrywam), no ale ja nie jestem autorką książki, prowadzę tylko skromny blog.

A teraz konkretniej - jakie zagadnienia porusza Ola Synowiec w swoich tekstach? Zaczyna od szeroko znanych i będących turystyczną atrakcją meksykańskich obchodów Święta Zmarłych, kultu Świętej Śmierci, wszechobecnych czaszek i wszystkich tego typu rekwizytów, od których w Meksyku się roi. Okazuje się, że te obchody mają stosunkowo młode korzenie. Zostały sztucznie wykreowane w całym kraju po rewolucji 1910, kiedy to szukano elementów, które mogłyby stworzyć meksykański naród. Do tego potrzebne były wspólne dla wszystkich tradycje, sięgnięto więc do obyczajów znanych w jednym z regionów i metodycznie rozpropagowano. Ale historia Święta Zmarłych jest o wiele bardziej złożona i jeszcze ciekawsza. 

Potem autorka zajmuje się ruchem meksykańskich, jak ich nazywa, rodzimowierców, czyli ludzi, którzy wskrzeszają dawne indiańskie tańce, tańczą przez wiele godzin na placach miast, żyją indiańską tradycją i religią. Powstaje pytanie, czy naprawdę wierzą w azteckich, zapoteckich czy majańskich bogów? Jedni tak, inni nie. Przy okazji czytelnik dostaje garść informacji historycznych o początkach hiszpańskiej konkwisty w Meksyku. Kolejne zagadnienie to zamieszki studenckie roku 1968 (to te pokazywane w filmie "Roma"), długo okryte w cenzurą. Co mają wspólnego z wiarą i religijnością? Okazuje się, że sporo. Może raczej z kultem. Jest to też refleksja nad rolą mediów, ludzką bezmyślnością, bezrefleksyjnością i naiwnością oraz nad teoriami spiskowymi. 

Bardzo ciekawy jest reportaż o małej, górskiej wiosce - meksykańskiej stolicy grzybów halucynogennych, do której pielgrzymował między innymi sam John Lenon. Jak się okazuje, dziś w Meksyku wszystko może stać się pretekstem do stworzenia turystycznej atrakcji. Tak stało się i w tym wypadku. Podobnie jest zresztą z czarownikami, o których traktuje ostatni reportaż. Nawet czarna msza zostaje przez władze wioski wypromowana tak, aby nikogo nie gorszyła, a przyciągnęła tłumy ciekawskich.  I grzyby halucynogenne, i czarownicy to dziś turystyczna komercja, część turystycznego przemysłu. 

Bardzo ciekawy jest rozdział o coca-coli. Po raz drugi zadam to samo pytanie - co to ma wspólnego z wiarą? Bardzo dużo. Jest to również opowieść o cyniczności koncernu i popierających go politykach, o dewastacji środowiska naturalnego (woda!) i o katastrofalnym wpływie nadmiernego spożycia bardzo słodkiej coca-coli (słodszej niż w innych krajach) na zdrowie mieszkańców Meksyku. Cukrzyca to teraz choroba numer jeden w tym kraju. Jeśli dotyka Indian z małych wiosek, a tak właśnie jest, to jej skutki są dramatyczne. 

I wreszcie jeszcze jeden, bardzo ważny, rozdział dotyczący konfliktu między katolikami a rozmaitymi wyznaniami ewangelickimi, które zdobywają w Meksyku (także w Ameryce Południowej, na przykład Zielonoświątkowcy w Brazylii) coraz więcej wyznawców. 

To tyle w telegraficznym skrócie, na zachętę. Kto ciekawy, niech czyta. Kto był w Meksyku albo się wybiera, przeczytać powinien koniecznie.

Meksykańskie lektury (I) - Patrick Deville "Viva"

"Viva" (Noir sur Blanc 2018; przełożył Jan Maria Kłoczowski) to druga książka Patricka Deviile'a, po którą sięgnęłam, i na pewno nie ostatnia. Pierwszą była "Kampucza", opowieść o Indochinach, w czytniku mam jeszcze "Ekwatorię" o Afryce Równikowej, a już po napisaniu tej notki kupiłam dwie pozostałe, jakie w Polsce wyszły. Myślę, że z Patrickiem Deville'm jest tak, że albo się go pokocha, albo po przeczytaniu jednej z jego książek już nigdy nie sięgnie się po kolejną. Jeśli w ogóle dotrwa się do końca lektury. 

Czym może odrzucać pisarstwo Deville'a? Po pierwsze pomieszaniem porządków. Bo jak zakwalifikować jego książki? To miks eseju, literatury podróżniczej, biografii (wybiórczych) kilku postaci na raz i historii regionu, który autor bierze na warsztat. Po drugie opisami. Kto ich nie toleruje, będzie ziewał z nudów albo przerzucał strony. Po trzecie mieszaniem czasów, tematów, postaci, miejsc - można się pogubić. Po czwarte erudycją. Na kartach jego książek pojawiają się ludzie, o których często mamy tylko blade pojęcie, a jeszcze częściej żadnego. A autor pisze o nich tak, jakbyśmy ich dobrze znali. Bywa, że gubimy się w nadmiarze nieznanych nazwisk. 

Ale to, co zniechęci jednych, zachwyci innych! Dla nich nie ma wad, są same zalety. Kto początek tej notki czytał ze zrozumieniem, domyśla się, że zaliczam się do tych drugich - miłośników  pisarstwa Patricka Deville'a. Ta wyliczanka minusów to oczywiście z mojej strony zabieg przewrotny, ale też próba racjonalnego podejścia. Przecież zdaję sobie sprawę, że te książki nie mogą liczyć na masowego odbiorcę. Oświadczam więc, że mnie jego literatura zachwyca, poszerza moje horyzonty, odkrywa nieznane, staje się przyczynkiem do dalszych poszukiwań i inspiracją dla kolejnych lektur. Właściwie gdybym miała czas i gdyby nie kolejka innych książek, mogłabym zaraz po skończeniu "Vivy" zacząć ją czytać jeszcze raz! Uważniej. Nieprzypadkowo zabrałam się teraz  za "Pod wulkanem" Malcolma Lowryego, zapomnianą klasykę literatury, która kupiona kiedyś za grosze kurzyła się na mojej półce książek czekających na swoją kolej dziś zastąpioną raczej półką wirtualną w moim ukochanym czytniku. 

Bo Malcolm Lowry to jeden z głównych bohaterów opowieści Patricka Deville'a. Poza tym, że jest autorem "Pod wulkanem", nic o nim nie wiedziałam. Dzięki "Vivie" przestał być tylko imieniem i nazwiskiem, stał się żywym człowiekiem. Nieszczęśliwym, zagubionym, alkoholikiem, cierpiącym z miłości, niszczącym kobiety, które kochał i niszczony przez nie, szarpiącym się ze światem. Przez całe lata pracował nad licznymi wersjami swojej powieści, aż wreszcie się udało. Skończył i znalazł wydawcę, ale szczęścia, równowagi ducha i tak nie osiągnął. Być może nigdy nie napisałby swojej powieści, gdyby nie regularna pensja wypłacana mu przez zamożnego ojca. Tyle o Lowrym, znacznie więcej u Deviile'a.

A teraz do sedna, czyli do "Vivy". Pewnie wiele osób spoglądających na okładkę rozpozna na niej Fridę Kahlo, bo ona również jest jedną z ważnych bohaterek tej książki. Także jej mąż Diego Rivera. A kim jest ten pan z bródką stojący obok malarki? To ... Trocki. Co tu robi Trocki? Co ich łączyło? Także o tym można dowiedzieć się z  "Vivy". Bo jest to opowieść o Meksyku, a właściwie jeszcze bardziej o rozmaitych niespokojnych duszach, przede wszystkim artystach, którzy w latach dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku ciągnęli z Europy właśnie do Meksyku. Dlaczego? Trocki, jeden z towarzyszy Lenina, bohater rewolucji październikowej, później wyklęty i ścigany przez Stalina, po wieloletniej tułaczce i ucieczce dzięki wstawiennictwu Diego Rivery znalazł w Meksyku azyl polityczny. To tylko oddaliło w czasie jego śmierć. Bo także tu, w dalekiej Ameryce, w tym kraju, w którym w 1910 roku dokonała się lewicowa rewolucja, żywa była dyskusja i nienawiść pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Stalina i Trockiego. Aż tu sięgały macki NKWD. 

Rewolucja - to odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wielu artystów przyciągał w tamtym czasie Meksyk. Uciekali z Europy, w której do głosu dochodził faszyzm, z Europy, która chyliła się ku upadkowi, która nie potrafiła już wykrzesać z siebie nowej idei. Wierzyli, że w porewolucyjnym Meksyku znajdą to, czego Europa dać im nie może. Byli też tacy, których ciągnęły stare, przedkolumbijskie kultury, coś pierwotnego, niezniszczonego przez zepsutą cywilizację. Chcieli się tu zagubić, zaszyć wśród Indian. Niektórym być może się udało, bo ślad po nich zaginął. To o nich jest ta książka. Oprócz już wymienionych na kartach opowieści pojawiają się między innymi francuscy surrealiści Andre Breton i Antonin Artaud, tajemniczy Traven, prawdopodobnie autor powieści "Skarb Sierra Madre" szerzej znanej dzięki ekranizacji, Tina Modotti, aktorka i fotografka, działaczka lewicowa, kobieta o niesamowitej biografii, Arthur Cravan, pisarz i bokser. To oczywiście nie wszyscy.  Łączy ich poza pobytem w Meksyku niezwykłość losów. 

Patrick Deville swoim zwyczajem zestawia ich w oczywistych i całkiem nieoczywistych konfiguracjach i parach. Czasem dlatego, że się znali. Jak Frida Kahlo i Trocki, którzy mieli romans. Czasem tym wspólnym mianownikiem jest tylko podobieństwo biografii, podobny światopogląd, cokolwiek. Czasem dobrani są na zasadzie jakiegoś zbiegu okoliczności, jakiego dopatruje się autor w ich losach. I tak plecie się ta książka. A ponieważ Patrick Deville pięknie, sensualnie pisze i potrafi znakomicie odtworzyć realia epoki, czytelnik, tak jak ja zachwycony jego prozą, z przyjemnością przenosi się w czasie i w miejscu. I zupełnie nie należy przejmować się tym, że o bohaterach tej opowieści wiemy bardzo niewiele albo zgoła nic. Po to jest, abyśmy chociaż trochę ich poznali. "Viva", tak jak "Kampucza", jest jak łyk zimnej wody, jak haust świeżego powietrza, jak skrzynia pełna skarbów i niespodzianek. Ożywcza, inspirująca, niezwykła lektura.

Popularne posty