Darko Cvijetić "Winda Schindlera", "Czemu na podłodze śpisz?"

Dziś będzie o dwóch książkach chorwackiego (?), serbskiego (?) pisarza i człowieka teatru, Darko Cvijetića, który mieszka w Prijedorze, mieście w Republice Serbskiej w Bośni i Hercegowinie. Bardziej skomplikować już się pewnie nie da. W wypadku pisarzy pochodzących z byłej Jugosławii zazwyczaj mam problem, jak zdefiniować ich narodowość, bo najczęściej pochodzą z mieszanych rodzin. Matka Darko Cvijetića była Chorwatką, ojciec Serbem. On sam, urodzony w roku 1968, czuł się Jugosłowianinem. Do wybuchu wojny jego pochodzenie nie miało znaczenia, podobnie jak pochodzenie jego przyjaciół i sąsiadów. Dziś mówi i pisze po chorwacku, ale nadal uważa się za Jugosłowianina, dlatego w serbskim Prijedorze czuje się wyobcowany. Niewątpliwie także przyczynia się do tego jego twórczość. Bo  nie waha się pisać o latach bratobójczej wojny po rozpadzie Jugosławii, która najkrwawsze żniwo zebrała właśnie w Bośni i Hercegowinie. Nie opowiada się po żadnej ze stron, pokazuje okrucieństwo wszystkich, a jego twórczości patronuje pytanie i zdziwienie - jak to możliwe, że w jednej chwili sąsiad bez wahania stawał przeciwko sąsiadowi tylko dlatego, że byli innej narodowości. Coś, co w czasach Jugosławii nikomu nie przeszkadzało, nagle sprawiło, że ludzie rzucili się sobie do gardeł. 

O tym pisze w swojej trylogii - nagrodzonej Angelusem "Windzie Schindlera" (Noir sur Blanc 2024; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić), wydanej  w roku 2025 w tym samym wydawnictwie i w tym samym tłumaczeniu książce "Czemu na podłodze śpisz?", a naprawdę niebawem, bo już w tym miesiącu, ukaże się część trzecia, "To za dużo dla mnie". Nie mogę się doczekać!

Zebrałam te dwie książki razem trochę przez przypadek, ale myślę, że dobrze się stało, bo obie poruszają ten sam temat. "Windę Schindlera" przeczytałam dawno, ale wtedy zabrakło mi czasu, aby o niej napisać. Pewnie by tak zostało, gdyby nie klub książki, na którym miała być omawiana, a ja koniecznie chciałam się wybrać. Musiałam więc przeczytać ją jeszcze raz, na co wystarczy jedno popołudnie, a nawet jeden wieczór. A ponieważ miałam już drugą część trylogii, od razu i po nią sięgnęłam.

"Winda Schindlera" to opowieść o mieszkańcach wieżowca w

Prijedorze, który zbudowano w roku 1975 i do którego wprowadziła się rodzina Cvijetićów. Pisarz mieszka w nim do dziś i zarzeka się, że nie zamierza opuścić miasta i bloku. Wtedy na każdym piętrze mieszkały rodziny o różnym pochodzeniu, często zresztą mieszanym. W tamtych czasach nie miało to znaczenia. Dzieci bawiły się razem, między wieloma dorosłymi nawiązywały się przyjacielskie więzi. Wszystko zmieniło się, kiedy wybuchła wojna. Wiele rodzin zniknęło, na ich miejsce wprowadzali się nowi - serbscy uchodźcy z Chorwacji. Wielu mężczyzn trafiło do obozów koncentracyjnych, gdzie więziono Chorwatów i muzułmańskich mieszkańców Bośni albo tych niebędących Serbami. Wielu zginęło zastrzelonych przez sąsiadów, którzy nagle zaczęli strzec rasowej czystości. 

Piłkarz Goran, jak tylko zaczęła się wojna, został policjantem. Zasępiony, uzbrojony po zęby, zupełnie inny człowiek, bezczelny, agresywny, groźny i raptus. "Nie do poznania" mówili sąsiedzi, patrząc na siebie. Katował ludzi w obozach, katował mieszkańców naszego wieżowca, a sąsiad Joso zeznał, że katował go w obozie Omarska, bo Joso miał syna, który był lepszym zawodnikiem od Gorana Zeca.

Autor nie opowiada o tym wszystkim chronologicznie. Na książkę składają się krótkie rozdziały, z których każdy jest osobną opowieścią, czasem wręcz anegdotą. Charakterystyczne są bardzo częste pointy, którymi kończy się wiele z nich. Mieszają się czasy i bohaterowie. Tak przecież pracuje nasza pamięć. A ta książka ma ocalić  pamięć o mieszkańcach wieżowca, dlatego przynajmniej dwukrotnie powtarza się elegijne wyliczanie ich imion - chorwackich, serbskich, muzułmańskich. 

Dzieci, ich imiona: Toni, Darko, Nikola, Saladin, Amir, Dejan, Suphan, Żelijko, Żelimir, Semira, Denis, Berka, Vera, Mate ...

I tak dalej, i tak dalej. Wiele tu takich powtórzeń - jak mantra pojawia się informacja o tej tytułowej windzie znanej światowej marki. Windzie, która była w czasach, kiedy blok wybudowano, symbolem nowoczesności, zachodniego świata, podobnie jak sam wieżowiec. To wszystko nie uchroniło mieszkańców przed wybuchem jakiegoś pierwotnego, dzikiego okrucieństwa. Nowoczesność, zachodnie aspiracje okazały się tylko pozłotkiem. Jak mantra wracają też niektóre historie. Zabawne, jak opowieść o Ticie zrobionym przez dzieci z kartonu, który rozmókł i zgnił, a potem jeszcze raz się odrodził niczym feniks z popiołów. To pewnie też symbol, może nostalgii za Jugosławią, która w pokoleniu autora nadal jest żywa.

Gdzie są wszystkie te kolumny uśmiechniętych ludzi, którzy śpieszą rano, kupują gazety, papierosy, taszczą kanapki? Rozpadło się wszystko jak kartonowy Tito z ogrodu Taiba (...) Nie ma już żadnych robotników. Są tylko Serbowie, Chorwaci, Boszniacy i reszta. Nie ma robotników, powtarzam. Robotnicy utonęli w swoich nacjach i pozostali z płucami wypełnionymi wodą na dnie.

Ale są też historie tragiczne, które też mają znaczyć. Taka jest opowieść o Stojance, dziewczynce z serbskiej rodziny, która stała się jedną z ofiar tej wojny. Bezsensowną i wyjątkowo tragiczną. Ślad po tej historii jest w wieżowcu do dziś. 

Autor przede wszystkim czuje się poetą, co w obu książkach widać na poziomie języka, ale także metaforycznych zdarzeń. Stąd obok powtórzeń stanowiących swoiste refreny także historie równoległe, zazwyczaj o przeciwstawnym wydźwięku. 

Jest to wreszcie opowieść o tym, co dzieje się po wojnie. Jeśli się zostało, trzeba jakoś żyć. Wieżowiec opustoszał, na każdym piętrze są mieszkania, których nikt nie zajmuje. 

... to była "wertykalna wieś" - jak z uporem maniaka nazywał budynek  Caka listonosz. Dzisiaj wertykalna wieś pustoszeje i tylko wspólne poczucie winy zostało po wypłynięciu na powierzchnię ogromu zła. 

Bywa, że kaci mieszkają obok ofiar. Tak dzieje się po każdym bratobójczym konflikcie - tak było w Irlandii Północnej po zakończeniu Kłopotów, tak było w Rwandzie. Pewnie nie da się inaczej. Są też tacy, a właściwie takie, które potrafią wrócić do tego, co było przed wojną. Wybaczyć, zapomnieć i wspólnie oglądać angielski serial "Morderstwa w Midsomer". 

"Widzisz, moja Supha, taka mała miejscowość to Midsomer, a patrz tylko jak się zabijają, biedna ziemia, co ich nosi", mówi Milosava, maczając kostkę cukru w filiżance z kawą.

Może łatwiej im się pojednać, bo zostały same? A może łatwiej przychodzi to kobietom?

W drugiej części trylogii, "Czemu na podłodze śpisz?", Darko

Cvijetć pisze o historii swojej rodziny. Głównie tej wojennej z lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, ale sięga też do czasów drugiej wojny, opowiada też o tym, jak potoczyły się losy bohaterów po zakończeniu konfliktu. Punktem odniesienia jest oczywiście ten sam wieżowiec. Książka skonstruowana jest w podobny sposób jak "Winda Schindlera". Znajdziemy tu takie same krótkie rozdziały, mieszanie czasów i bohaterów, powtórzenia, najczęstszym jest to symboliczne tytułowe pytanie kierowane do różnych osób, metaforyczne analogie widoczne w ludzkich losach, no i język, który odwołuje się do poezji jeszcze bardziej niż w części pierwszej trylogii. Jest też jedna różnica - w każdym rozdziale jest pierwszoosobowa narracja, ale prowadzona z perspektywy różnych bohaterów.

Muszę powiedzieć, że "Czemu na podłodze śpisz?" zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie niż "Winda Schindlera". Jest to chyba jedna z mocniejszych książek o wojnie, jakie czytałam. I nie chodzi wcale o okrucieństwo, chociaż kilka wstrząsających scen tu znajdziemy. Jej siła rażenia polega na pokazaniu, jak wojna i Historia zmieniają ludzkie życie, jak przypadkiem można znaleźć się w jej centrum, stać się ofiarą i katem, jak ze spirali przypadków, splotów okoliczności rodzi się okrucieństwo, z którego trudno się wydostać, jak naznacza dalsze życie, bo nie sposób o tym, czego się doświadczyło i co się robiło, zapomnieć. 

Wzięliśmy ich do niewoli pod wsią Vozucia. Jego i jeszcze dwóch. A ponieważ w akcji zginął Kepa, Miki dwóch od razu zabił, nawet sekundę się nie zastanawiał.

Wiem, wiem, może się wydawać, że to nic odkrywczego, a jednak. Osią opowieści jest historia starszego brata autora, który tuż przed wojną idzie odsłużyć wojsko w jugosłowiańskiej, jeszcze, armii i trafia razem z takimi młodymi chłopakami jak on do koszar w Sarajewie. Ojciec jest z niego dumny, rodzice przyjeżdżają na przysięgę, on zakochuje się w muzułmance. I nagle wybucha wojna, a ci młodzi żołnierze znajdują się w samym centrum konfliktu. Są otoczeni, strzelają do nich. 

Otoczą koszary i młodzi żołnierze, na ogół dziewiętnastoletni smarkacze, z kilkoma oficerami, pozostaną całkowicie odizolowani.

Giną ich przyjaciele, sami ledwo uchodzą z życiem. Nagle dowiadują się, kim są - nie Jugosłowianinami, ale Serbami, Chorwatami, Boszniakami. 

I kim ja jestem, tato? Jugosłowianinem, prawda, że Jugosłowianinem? Jak mam być jednym, a nie drugim. Ale, no proszę, ledwo wyszliśmy z koszar - a już mówią, że teraz jesteśmy Serbami. Jesteś Jugosłowianinem, przysięgasz, że oddasz życie za Jugosławię, a potem po dziesięciu kilometrach stajesz się Serbem. I co mam z tym począć? I gdzie ta moja jugosłowiańskość przepadła?

Kiedy patrzą, w jak okrutnych okolicznościach giną ich koledzy z oddziału, rodzi się w nich zło, chęć zemsty. Oprócz brata autora jest tu inna tragiczna postać - to ich dowódca, Chorwat, który doskonale zdaje sobie sprawę, w jak beznadziejnej sytuacji znaleźli się ci młodzi, niewinni chłopcy, którzy mieli po prostu odsłużyć wojsko i wrócić do domów. Chroni ich, jak może, ale sam jest bezsilny. W końcu odsyła do domu.

Na próżno się bronił, na próżno tłumaczył, że z młodym wojskiem przeszedł przez całe to piekło. Nikogo już nie było, kto by za nim zaświadczył, nikt nie chciał się wstawić za Chorwatem. Miał zginąć. To była czysta kalkulacja, ale wbrew planom pozostał żywy, i teraz mógł być już tylko winny.

Tu nie ma bohaterów. Wszyscy są jednocześnie ofiarami i katami, wojna odziera ich z niewinności. To jak w greckiej tragedii. Autor nie oszczędza nikogo. Także samego siebie. Przez trzy dni był strażnikiem w jednym z obozów koncentracyjnych w pobliżu Prijedoru. Siedzieli w nim także jego wujkowie, bracia jego matki. Sam nikogo nie skrzywdził, ale nieświadomie przyczynił się do tego, że zrobili to inni strażnicy. 

Ludzie za drutami wyglądali jak upiory, poruszali się jak obłąkani, jak schwytana zwierzyna. Czy ja jestem strażnikiem obozowym? To słowo nie docierało do mojej świadomości, tylko jego zgrzyt, jego termodynamika pozbawiona sensu. Czy znałem tych zamkniętych ludzi? Rodzonego wujka i ludzi z pobliskiego miasta Kozarac i z muzułmańskich wsi wokół Prijedoru?

Z wojny nie wychodzi się niewinnym.

Nie odezwiesz się już nigdy, ja to wiem, wiem. Bo i po co, i do kogo - przecież myśmy strzelali do ciebie, ty strzelałeś do nas.

Czasem trudno ten ciężar znieść. Przyjaciel jego brata już po wszystkim popełnia samobójstwo. 

No i jeszcze jedno - wojna się powtarza. Darko Cvijetć nie przez przypadek sięga do tragicznej historii swojej rodziny z czasów drugiej wojny. 

Tak jak tytułowa winda Schindlera jest metaforą, tak metaforyczne jest tytułowe pytanie - czemu na podłodze śpisz? Kiedy się śpi na podłodze? Kiedy nie można spać w łóżku. Dlaczego? Bo świat wywrócił się do góry nogami, bo tego łóżka nie ma, bo człowiek się boi, bo jest naznaczony traumą i nie potrafi spać w łóżku, żyć normalnie. 

Bardzo dobre książki, chociaż na pewno wymagające znalezienia w sobie przestrzeni na lekturę. Szczególnie ta druga. 

Susan Abulhawa "Poranki w Dżeninie"

Już od jakiegoś czasu zbierałam się do przeczytania powieści

"Poranki w Dżeninie" palestyńskiej pisarki, naukowczyni i aktywistki, Susan Abulhawy (Sonia Draga 2025; przełożyła Urszula Ruzik-Kulińska). Problem konfliktu izraelsko-palestyńskiego interesuje mnie od dawna. Dziwi mnie zdziwienie tych, którzy dopiero teraz, patrząc na to, co stało się i nadal dzieje się w Gazie, zdumieni otwierają oczy. Chyba po raz pierwszy zrozumiałam, jak wygląda codzienne życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy po przeczytaniu książek palestyńskiego adwokata i pisarza Rajy Shehadeha, "Palestyńskie wędrówki", "Obcy w domu", "Dziennik czasu okupacji", oraz reportaży Pawła Smoleńskiego, "Izrael już nie frunie", "Oczy zasypane piaskiem", "Arab strzela, Żyd się cieszy". To lektury sprzed wielu lat, a stosunkowo niedawno sięgnęłam po "Apeirogon" Columa McCanna i "Jestem stamtąd, jestem stąd" Mourida Barghoutiego. Mam wrażenie, że niektórym otworzyły się oczy dopiero po lekturze "Drobnego szczegółu" Adanii Shibli, bo o tej pisarce i jej książce zrobiło się bardzo głośno w związku z aferą, która miała miejsce, kiedy nie mogła odebrać przyznanej jej nagrody na frankfurckich, chyba, targach książki. W swoim czytniku mam jeszcze inne pozycje dotyczące tego problemu, a przede wszystkim książkę "Palestyna: wojna stuletnia. Opowieść o kolonializmie i oporze" Rashida Khalidiego. Przyznam, że "Poranki w Dżeninie" zrobiły na mnie tak silne wrażenie, że natychmiast zabrałam się za lekturę "Czystek etnicznych w Palestynie" żydowskiego historyka Ilana Pappe, która to książka została mi polecona.

Susan Abulhawa urodziła się w Kuwejcie, jej rodzice musieli opuścić Jerozolimę. Mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. "Poranki w Dżeninie" to jej literacki debiut. W Polsce ukazał się po raz pierwszy w roku 2012 w innym wydawnictwie i tłumaczeniu, także pod innym tytułem.

Tę powieść śmiało można nazwać sagą rodzinną. Mamy nawet drzewo genealogiczne palestyńskiej rodziny, której historię poznajemy. Wszystko zaczyna się jeszcze przed rokiem 1948, kiedy to powstało państwo Izrael, w jednej z palestyńskich wiosek, której mieszkańcy pracują na roli. Są przywiązani do swojej ziemi, do swoich sadów i drzewek oliwnych. Życie toczy się w rytm przyrody. Ale już od jakiegoś czasu towarzyszy im niepokój. Co się stanie, kiedy powstanie żydowskie państwo? Niektórzy się boją, inni to lekceważą. Przecież chcemy tylko spokojnie żyć, miejsca starczy dla wszystkich. Przecież ci żydowscy żołnierze, których ugościliśmy w naszej wiosce, z którymi rozmawialiśmy, nie mogą nam nic zrobić. A jednak dochodzi do najgorszego. Mieszkańcy wioski, jak wielu innych, zostają siłą zmuszeni do jej opuszczenia, ograbieni z wszystkiego, co mieli, i pognani na teren ówczesnej Transjordanii do Dżeninu. Tam powstaje jeden z największych obozów dla palestyńskich uchodźców, który istnieje do dziś. Początkowo żyją w namiotach skazani na pomoc organizacji humanitarnych.

Baba wzywał nas do domu, do obozu, gdzie wszyscy razem żyliśmy w cieniu międzynarodowej dobroczynności.

Z czasem sklecą sobie nowe domki, które później wielokrotnie będą niszczone przez izraelskich żołnierzy. Długo wierzą, że to tylko na chwilę, że będą mogli wrócić do swoich wiosek i domów, jeśli nie zostały zrównane z ziemią. Najbardziej tęsknią za bliskim kontaktem z naturą, za pracą na roli, przecież żyją stłoczeni na niewielkiej przestrzeni, gdzie nie ma zieleni, nie mogą już doglądać zbiorów oliwek i owoców. Nadzieja odżywa w roku 1967 w czasie wojny arabsko-izraelskiej zwanej sześciodniową. Szybko okazuje się płonna. To w jej wyniku powstaje Strefa Gazy i zaczyna się okupacja Zachodniego Brzegu, zajęte zostają Wzgórza Golan i Wschodnia Jerozolima. Odtąd jest jeszcze gorzej.

Główną bohaterką powieści, a w wielu fragmentach narratorką, jest Amal, która przychodzi na świat w roku 1955 w Dżeninie. To jej historia wysuwa się na pierwszy plan, chociaż równie ważne są inne bohaterki i inni bohaterowie. Jej matka, w młodości nieokiełznana Beduinka Dalia, ukochany ojciec, Hasan, starszy brat, Jusuf, który urodził się jeszcze przed Nakbą. Bardzo ważną postacią jest także brat, który zaginął w czasie ucieczki. A to nie wszyscy,  wiele tu postaci drugoplanowych czy epizodycznych. Bo to powieść pełnokrwista, wielowątkowa, z pogłębionymi portretami bohaterek i bohaterów. Ich losy splatają się ze sobą, rozchodzą, aby w jakimś momencie znowu się połączyć, choćby na chwilę. Amal wychowuje się w Dżeninie, ale potem dzięki splotowi szczególnych okoliczności, w dużej mierze tragicznych, spełnia marzenie swojego ojca i wyjeżdża uczyć się do Jerozolimy, a potem studiować w Stanach. Przejdzie przez okres wykorzenienia, rozpuszczenia swojej arabskiej tożsamości w zachodnim świecie. Nigdy jednak nie zapomni o tym, kim jest i najpierw wróci na Bliski Wschód do Libanu, gdzie w innym obozie dla uchodźców będą żyli jej bliscy, a  w końcu także do Dżeninu. 

Lecz choćbym nie wiem co sobie kupiła, nie wiem, jaką fasadę zbudowała, i tak na zawsze przynależałam do narodu palestyńskiego, wygnanego donikąd, pozbawionego człowieczeństwa i honoru.

Niczego tu nie zdradzam, bo od sceny w obozie w roku 2002 zaczyna się powieść. Historia jej i innych bohaterek oraz bohaterów jest bardzo burzliwa, nie sposób tu nawet w najdrobniejszej części jej opowiedzieć.

Zanim przejdę do tego, dlaczego ta powieść mimo zastrzeżeń zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie przeczołgała, wspomnę o jednym z problemów, który też wydaje się istotny, a który w obliczu historii politycznej może  umknąć. Bo jest to też powieść o macierzyństwie, o różnych jego obliczach. A przede wszystkim o macierzyństwie, które w wyniku tragedii zostaje złamane, a może lepszym określeniem byłoby słowo zamrożone. Matka, która kocha swoje dziecko, nie potrafi mu tego okazać, a ono czuje coraz większy żal, złość, samotność. 

Wzrok mamy zrobił się pusty, bez wyrazu, jej ciało skurczyło się, a oddech stał się chrapliwy. Moja rodzina właściwie przestała istnieć, a ja zbliżałam się do czternastych urodzin poznaczona szpetnymi ranami. Życie bywało nieprzewidywalne i kapryśne, nie można było mu ufać.

Dorastałam w świecie doraźnych marzeń i abstrakcyjnych narodowych tęsknot, wszystko wydawało mi się ulotne. Na nic nie można było liczyć i nic nie było pewne - ani rodzice, ani rodzeństwo, ani dom.

To jeszcze jedno oskarżenie, bo te tragedie są ściśle związane z polityką. Ale jest tu też matka, która ma siłę, aby wybrać inną drogę. Swojego bólu i smutku pozbywa się dzięki miłości do syna. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo musiałabym zbyt dużo zdradzić, a przecież akcja ma w tej powieści wielkie znaczenie, ale muszę zasygnalizować ten problem. Apatia w równym stopniu dotyka mężczyzn, którzy czują się bezsilni w obliczu tego, co się dzieje. Są też znacznie częściej niż kobiety upokarzani przez izraelskich żołnierzy, bici czy wsadzani do więzień. Dalia, matka Amal, ma takie powiedzenie: Cokolwiek czujesz, zachowaj to dla siebie. No ale ile można? Czy rozwiązaniem jest albo apatia, albo wybuch wściekłości?

Czytając "Poranki w Dżeninie", myślałam sobie, że jest to książka z gatunku takich, która w lekki, przystępny, ciekawy sposób opowiada o ważnych, tragicznych sprawach. Ot tak, aby pokazać problem, ale nie odstręczyć czytelniczki czy czytelnika, nie stawiać im wielkich barier. I w jakimś stopniu rzeczywiście to prawda, ale tylko w jakimś. Bo jest tu wiele scen wstrząsających, szczególnie tych, które rozgrywają się w obozach dla uchodźców w Dżeninie i w Libanie - w czasie wojny sześciodniowej, pierwszej wojny libańskiej w roku 1982 i w czasie jednej z palestyńskich intifad. I nie są to sceny  wymyślone. Autorka opowiadając o tych najbardziej dramatycznych momentach, posiłkuje się cytatami z prac historycznych, z prasy czy z innych dokumentów. Ta świadomość, że nie mamy do czynienia z fikcją literacką, robi największe wrażenie.

Jak już wspomniałam, miałam sporo wiadomości o współczesnym obliczu konfliktu, tymczasem niewiele o jego przeszłości. Oczywiście wiedziałam o Nakbie, przecież pisze o niej choćby przywołany przeze mnie Raja Shehadeh, ale o samym konflikcie zawsze myślałam, że to skomplikowane. Przyznam, że patrzyłam na jego źródła bardziej z perspektywy izraelskiej niż palestyńskiej. I podejrzewam, że mogłam być w większości. Bo nie tylko Izrael, ale również świat zachodni skutecznie nam taką perspektywę narzucił. 

Tydzień po masakrze w Sabrze i Szatili redakcja "Newsweeka" uznała, że najważniejszą wiadomością minionych siedmiu dni była śmierć księżnej Grace. W kolejnym tygodniu na okładce zaakcentowali inny temat: "Israel in Torment". "Męczarnie Izraela". To Izrael stał się ofiarą.

Jak żyć w świecie, który niezmiernie odwraca oczy od takiej niesprawiedliwości?

Do głębi poruszył mnie fakt, że w opuszczonym przez rodzinę Amal domu po jakimś czasie zamieszkują Żydzi, którzy przyjechali z Francji. Czym różnią się od Polaków, którzy wprowadzali się do pożydowskich mieszkań i domów? A jak do tego doszło, czytam właśnie we wspomnianej już książce żydowskiego historyka Ilana Pappe "Czystki etniczne w Palestynie". Niech zwiastunem jej omówienia będzie cytat z "Poranków w Dżeninie".

... Palestyńczycy płacili cenę za żydowski Holokaust.

Dużo do myślenia dał mi też wywiad z Karoliną Wójcicką, autorką niedawno wydanego zbioru reportaży "Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy", w którym tłumaczyła między innymi, jak polityka historyczna Izraela, edukacja wpływają na to, że Izraelczycy są przekonani, iż w tym konflikcie są niewinnymi ofiarami i muszą się bronić, co usprawiedliwia przemoc.

Chociaż Susan Abulhawa pokazuje  palestyńską perspektywę na konflikt, to równocześnie opowiada o przyczynach  radykalizacji młodych Palestyńczyków, która doprowadza do aktów terroru i intifad. To zresztą żadne odkrycie.

Znakiem szczególnym uchodźców stało się dążenie do przetrwania, ale ceną, jaką za nie płacili, była utrata wrażliwości. W jej miejsce nauczyli się celebrować męczeństwo, bo jedynie ono dawało im wolność. Tylko gdy byli martwi, Izrael nie mógł już więcej ich ranić. Męczeństwo stało się radykalną formą oporu przeciw okupacji.

Ale ofiarami polityki Izraela stają się też młodzi żydowscy chłopcy wcielani do wojska. Pisał o tym w swoich książkach Paweł Smoleński.

Szkoda mi go. Smuci mnie ten chłopak, który musiał stać się mordercą. Żal mi młodości zdradzonej przez przywódców na rzecz ich symboli, flag, wojny i władzy.

I na koniec muszę jeszcze napisać, co mnie w tej powieści drażniło. Otóż jest to książka pełna egzaltacji. Sposób, w jaki autorka pisze, szczególnie o miłości, jest dla mnie niestrawny. Nie znoszę egzaltacji, a takim językiem o tym opowiada. Być może wynika to z tradycji opowieści arabskich, także tych oralnych. Może do takich tradycji nawiązuje. Podejrzenie, że tak właśnie jest, nasuwa mi narratorka, Amal, która mieszkając w Stanach, nie potrafi przyzwyczaić się do oszczędnego sposobu takiego codziennego komunikowania się. Wielokrotnie wspomina, jakie możliwości daje w takich sytuacjach język arabski, a przede wszystkim obyczaj i kultura. Nawet jeśli tak jest, to mnie  taki egzaltowany sposób opowiadania irytuje.

Tak czy inaczej uważam, że "Poranki w Dżeninie" to lektura bardzo ważna, a właściwie może nawet chętnie napisałabym, że obowiązkowa, gdybym nie wzdrygała się przed takim kategorycznym sformułowaniem.

W maju w tym samym wydawnictwie wyjdzie kolejna powieść Susan Abulhawy. Na pewno po nią sięgnę. Jestem bardzo ciekawa, na ile autorka będzie potrafiła wyjść dalej, a na ile powieli schemat "Poranków w Dżeninie".

Sebastian Barry "Tymczasowy dżentelmen"

Irlandzki pisarz, Sebastian Barry, bardzo szybko awansował do grona

moich ulubieńców. Dzięki chłopakom z wydawnictwa ArtRage regularnie dostajemy jego kolejne powieści. To efekt ich fascynacji tym autorem i przekonania, że trzeba go na polskim rynku wydawniczym promować. Jak udaje się to ostatnie, nie mam pojęcia, ale póki co jego książki stale się ukazują. I oby tak dalej. 

Nie muszę dodawać, że nie mogłam się doczekać lektury najświeższej powieści Sebastiana Barry'ego, "Tymczasowy dżentelmen" (2025; przełożyła Agnieszka Walulik). Niestety z różnych powodów trochę mi zeszło, aż wreszcie przyszedł czas, aby się swobodnie za nią zabrać. Wielbię wszystkie jego cztery powieści, które dotąd przeczytałam (w ArtRage'u wyszło ich pięć), ale mam wśród nich swoją hierarchię. Na piedestale stawiam dwie, na równi, "Czas starego boga" i "Tak daleko od domu", a zaraz po nich właśnie "Tymczasowego dżentelmena". Co nie znaczy, że nie podobało mi się "Po stronie Kanaanu".

Pisarz lubi układać swoje książki w rodzinne cykle. "Tymczasowy dżentelmen" to historia Jacka McNulty'iego. Wiem, że ma się ukazać powieść, której bohaterem będzie jego brat, Eneas. Już ostrzę sobie na nią zęby. Ale czas przejść do najnowszej powieści Sebastiana Barry'ego.

Trzeba przyznać, że autor potrafi zaskakiwać. Każda z czterech jego książek jest zupełnie inna, a jednak coś je łączy. Jedno to splecenie losów bohaterek i bohaterów z burzliwą historią Irlandii. Czasem bardziej, czasem mniej, ale kontekst historyczny jest w każdej z nich ważny. Drugie to niestety smutek, a nawet w niektórych brak nadziei. Dlatego nie zaskakuje, że "Tymczasowy dżentelmen"  jest powieścią mroczną, chociaż nie od początku. Muszę przyznać, iż przez jakiś czas miałam nawet poczucie, że życie bohaterów i bohaterek przypomina flautę, że nic niespodziewanego i strasznego się im nie wydarzy. Wprawdzie zaczyna się wszystko od dramatycznego epizodu z czasów drugiej wojny, ale zaraz potem następuje przeskok czasowy do lat pięćdziesiątych, a wtedy życie Jacka toczy się spokojnie. Mieszka w stolicy Ghany, Akrze, gdzie przez jakiś czas pracował dla ONZ-etu, wspomina lata swoich studiów, kiedy poznał i zakochał się w Mai Kirwan, która została jego żoną, czas spędza samotnie lub na rozmowach ze swoim czarnoskórym służącym, a właściwie przyjacielem. Nieco rozczarowana miałam wrażenie, że tak będzie już do końca. Jak bardzo się myliłam!

Wkrótce okazuje się, że Jack nie tylko wspomina, ale spisuje swoje życie, historię swoją i Mai. Ma mu to pomóc uładzić się ze sobą, ruszyć do przodu, wrócić do Irlandii, gdzie mieszkają jego córki i wnuczki. Chciałby wreszcie prowadzić rzeczywiście spokojne życie, spełniać się w roli dziadka. Najpierw jednak musi zejść w otchłanie swojej przeszłości, dotknąć jądra ciemności. 

Chciałbym zapytać Boga, a jeśli nie Boga, to jakiegoś dobrotliwie nastawionego anioła, o odpowiedź na pytanie, dlaczego  Mai Kirwan przypadł w udziale taki los, dlaczego spośród wszystkich kobiet na świecie, jej właśnie zapisano taką przyszłość, choć zaczynała tak pełna obietnic i szczodrych darów.

Nie przez przypadek robię tu aluzję do powieści Conrada. Nie przypuszczam, aby autor do niej nawiązywał, ale mnie to zstąpienie Jacka w głąb siebie, dotknięcie tego, co wstydliwe, tego, co ciemne, fakt, że ta podróż do zakamarków duszy  ma miejsce w Afryce, jakoś skojarzyło się z "Jądrem ciemności". Podobnie historia jego ciemnoskórego towarzysza, który w czasie wojny dzielnie bił się nie o swoją sprawę w szeregach armii brytyjskiej, a potem, gdy przestał być potrzebny, nikogo jego los nie obchodził, a nawet, gdy dołączył do tych, którzy upominali się o swoje prawa, został, jak i oni, bezwzględnie potraktowany.

Gdy opuścił swoją wioskę, żeby zaciągnąć się do pułku Złotego Wybrzeża, nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie będzie go przez trzy czy cztery lata, bez żadnego urlopu.  

... nie miał pojęcia o świecie, nigdy w życiu nie widział żadnego miasteczka, już nie wspominając o takich miejscach jak Akra.

Kiedy wrócił z wojny, doszło do jakichś problemów z rentami żołnierskimi, tak więc on i jego towarzysze broni przemaszerowali ulicami Akry, aby to oprotestować, i policja zabiła kilka osób. Co, bez dwóch zdań, nie było zbyt pięknym podziękowaniem za udział w obronie imperium.

Losy ciemnoskórego Toma to jednak tylko wątek poboczny, najważniejsza jest historia Jacka i Mai. Spotkali się w czasie studiów, pochodzili z różnych klas. Jego rodzina w hierarchii społecznej i majątkowej stała znacznie niżej niż jej. Ojciec Mai od początku był przeciwny ich związkowi, a jednak Jackowi udało się przezwyciężyć przeszkody i doprowadzić do ślubu. Dziewczyna miała ambicje, interesowała się polityką, w irlandzkim sporze opowiadała się za niepodległością. Przynajmniej tak widział ją on, bo jej historię poznajemy z jego perspektywy. Ale dlaczego miałby ją upiększać? Odwrotnie, czując się winnym temu, co się z nią potem działo, mógłby o tym nie pisać, uczynić ją w swoich wspomnieniach zwykłą dziewczyną. A jednak pisze o niej z tamtego okresu jako o samodzielnej, trochę nieprzewidywalnej, żywiołowej, bystrej dziewczynie, która mu imponowała. Tymczasem on stał z boku, trzymał się z daleka od polityki, służył w armii brytyjskiej. Być może przestrogą był dla niego los jego brata Eneasa, ale o tym będzie kolejna powieść.

To, co najważniejsze w tej książce, rozegra się  po ślubie Mai i Jacka. Trudno o tym pisać tak, aby jak najmniej zdradzić z ich dalszych losów. Wprawdzie najważniejsza jest głębia przeżyć i emocji, ale jednak to, co się działo w ich małżeństwie, było dla mnie zaskoczeniem, nie chciałabym więc odbierać czytelniczej przyjemności odkrywania ich losów tym, przed którymi dopiero ta lektura. Z konieczności ucieknę się do dość ogólnikowych stwierdzeń i pytań.

Jest to opowieść o wielkiej miłości, która nie jest dość uważna i która nieświadomie krzywdzi. O miłości, która trwa mimo przeszkód. I Jack i Mai to postacie tragiczne. Czy ona powinna wychodzić za mąż? Właściwie dlaczego zdecydowała się na małżeństwo? Są drobne przesłanki, aby sądzić, że się wahała, a może nawet  nie chciała, a potem weszła w rolę żony i matki. Czy powinna zostawać matką? A może gdyby Jack był dość uważnym mężem, mógłby jej pomóc? Czy rzeczywiście poradziłby sobie sam? Dziś potrafimy nazwać problemy Jacka i Mai, wtedy nie było to takie oczywiste. Chociaż jej przyjaciółka ostrzega Jacka, że  dzieje się z nią coś niepokojącego, on niczego nie widzi, a potem woli problem od siebie odsunąć. 

Och, Queenie, Queenie, myślałem, weź sobie tę podłą prawdę i odejdź. Jeśli ją zabierzesz, nie będę musiał o niej myśleć, wygnam ją ze swojej głowy.

Czy powinien zaciągać się do brytyjskiej armii, kiedy wybuchła druga wojna, i zostawiać żonę samą z córeczkami? Przecież to nie była ich, irlandzka, wojna. A może tak było łatwiej, z dala od kłopotów, rzucić się w wir wojennej przygody? A może jednak czuł, że tak trzeba, stanąć do walki o wartości? Bo jak mówią słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego: ... męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać. Dziś trudno się z nimi zgodzić. 

- Jack, ciebie tutaj nie ma. One potrzebują ojca.

- Pojechałem na wojnę. Na wojnę. Cały świat pojechał na wojnę.

- I co ty, do diabła, tam robisz? - zapytała Mai. - W Irlandii figę to wszystkich obchodzi.

Jack był dumny ze swojego udziału w wojnie, ale nie tylko Mai to nie obchodziło. Bieda, jaka była jej skutkiem, tym bardziej skłaniała tych, którzy nie wzięli w niej udziału, do okazywania pogardy tym, którzy dali się omamić i walczyli o nie swoją sprawę.

Wojna oznaczała zwyczajnie jedną wielką niedogodność.

Na ile Mai niszczyła sama siebie, a na ile Jack pociągnął ją na dno? Swoją niefrasobliwością, swoim lekkim stylem życia, który okazał się być zaraźliwy. Czy gdyby nie wyszła za niego za mąż albo nie wyszła za mąż w ogóle, jej los potoczyłby się inaczej? A jednak chyba mimo wszystko go kochała. W godzinie ostatecznej próby Jack się sprawdził. Niestety krzywdząc siebie, krzywdzili też dzieci, które stały się ofiarą tej sytuacji.

Jest to też powieść o rozczarowaniu. Bo Jack będąc w Afryce, zaczyna rozumieć, na jak fałszywych i kruchych podstawach oparta była jego wiara w imperium brytyjskie. Pomaga mu w tym przyjaźń z Tomem, któremu odpłacono pięknym za nadobne. Stąd tytuł "Tymczasowy dżentelmen". Irlandczyk, a tym bardziej Afrykanin, angielskim dżentelmen może się poczuć tylko przez chwilę. Kiedy zrobi swoje, nie jest nikomu potrzebny.

Ale to wszystko było oczywiście dawno temu, setki różnych losów i historii pochłonęły moich towarzyszy, tak jak mnie pochłonął mój własny los. Tkwimy w ogromnym brzuchu wieloryba zdarzeń, jego ciemność poczytaliśmy sobie za przyjemną noc, a unoszący się tam fosforyzujący plankton za gwiazdy.

Te słowa mogłyby posłużyć za motto "Tymczasowego dżentelmena". Kolejna bardzo dobra, ale bardzo mroczna powieść Sebastiana Barry'ego. 

Rade Jarak "Jugosłowiańskie puzzle"

Literackie upodobania potrafią zwieść na manowce. Tak było tym
razem. Moja słabość do literatury bałkańskiej i sag rodzinnych zaprowadziła mnie do powieści chorwackiego pisarza Rade Jaraka "Jugosłowiańskie puzzle" (Wydawnictwo Akademickie SEDNO 2022; przełożył Maciej Czerwiński). 
Już nie pamiętam, jak się o niej dowiedziałam. Trochę przeleżała w czytniku, aż bez specjalnego powodu przyszła jej kolej, kiedy szukałam następnej lektury. I niestety tym razem rozczarowanie. Nie mogę powiedzieć, abym się nad nią męczyła, przeciwnie, czytało się dobrze i szybko, ale jest to tego typu powieść, której równie dobrze mogłabym nie przeczytać. Ani grzeje, ani ziębi.

Nieprzypadkowo w tytule pojawia się słowo puzzle, bo właśnie taka jest struktura tej książki. Historię rodziny Romiciów z Dubrownika, która zaczyna się jeszcze przed drugą wojną, a kończy w roku 2012, poznajemy niechronologicznie, bez żadnego porządku, podążając za różnymi bohaterami, a wszystko w krótkich rozdziałach. Najczęściej jest to ów brakujący kawałek rodzinnej historii, a z rzadka tło do obrazka - ot choćby obserwacja ptaków albo roślin w ogrodzie. Narracja na ogół trzecioosobowa, niekiedy przechodzi w pierwszoosobową, a czas przeszły miesza się z teraźniejszym.  Dlaczego tak? Jaka reguła tym rządzi? Nie odgadłam, ale może to kwestia braku spostrzegawczości czy nieuważnej lektury. 

Z takich puzzli mamy sobie stworzyć losy rodziny Romiciów zamieszkujących od kilku pokoleń rodzinny dom w Dubrowniku. A wszystko to na tle jugosłowiańskiej tragicznej historii - drugiej wojny, politycznych odwetów w czasach komunistycznych, a wreszcie dramatu po rozpadzie Jugosławii. Jeśli jednak ktoś obawia się makabrycznych obrazów, to spieszę uspokoić, że ich tu nie znajdzie. Chociaż dwaj bracia z najstarszego pokolenia związani z komunistyczną partyzantką Tity będą brali udział w wojnie, jeden zostanie na niej okaleczony, to wrócą z niej żywi i będą robić karierę w jugosłowiańskiej partii. Co nie znaczy, że śmierci w powieści nie ma. Przeciwnie, miałabym ochotę napisać, że trup ściele się gęsto, choć to nie kryminał ani powieść sensacyjna. 

Nad Romiciami ciąży fatum - masowo popełniają samobójstwa, giną w tragicznych okolicznościach, umierają na raka, męcząc się okrutnie, a nawet znikają. Dotyczy to także postaci luźno związanych z rodziną. Właściwie chyba nikt nie umiera tam banalnie - ze starości, na serce czy z innej podobnej przyczyny. Dopiero najmłodsze pokolenie, brat i siostra, wymyka się tej klątwie i zamierza żyć. Szczególnie ona. Bo czy on i jego żona źle nie skończą, za to nie dałabym głowy. Natomiast Milena chce nie tylko żyć, ale również rozkoszować się życiem. Dlatego ucieka daleko, bo aż na Madagskar, z mężczyzną, który jest jej w zasadzie obojętny, ale umożliwia właśnie taką  egzystencję.

Musiałam uciec daleko. Nie mogłam już znieść ojczyzny, Chorwatów i Serbów, ich niekończącej się wojny, kłótni, przepychanek. Mój ojciec jest Serbem, a matka Chorwatką. Co mam zrobić? Mam pójść w ślady mojej rodziny i targnąć się na swoje życie? O, nie. (...) Mam już wszystkiego dość. Scenariusz, który napisało życie, który dziedziczę, jest przeklęty. Już nie mogłam tego wszystkiego zdzierżyć. Powojenna mentalność zabiła całą moją rodzinę. Dziki kapitalizm.

Wprawdzie żyjąc na Madagaskarze, bez specjalnych wyrzutów sumienia korzysta z tego dzikiego kapitalizmu, co umożliwia jej biały przywilej, ale przynajmniej zdaje sobie z tego sprawę. Cóż zrobić, tak jest świat urządzony. Uciekając przed jednym złem, akceptuje inne.

Nienawidzę sama siebie, gdy patrzę na biedę, która mnie otacza. Ale co mam zrobić? Póki istnieje, istnieje. Próbuję być obojętna.

Czy zatem to rodzinne fatum związane jest z konkretnym miejscem w Europie, z Bałkanami? Tak zdaje się sugerować Milena. Ale czy rzeczywiście? Czy wszyscy samobójcy z tej rodziny targnęli się na swoje życie, bo byli chorzy z nienawiści do swoich współbraci, chorzy na swoją ojczyznę, a może na bałkańskość? Przecież nie. Prędzej na samotność, brak poczucia sensu, rozczarowanie. Smutek niczym mgła spowija bohaterki i bohaterów.

Tak chyba wygląda życie. Wszystko przychodzi i mija.

Naturą materii jest to, że przemija. Życie to tylko proces umierania. Straszne, kiedy się to zrozumie. My wszyscy, którzy przyszliśmy na ten świat w wymiarze materialnym, przyszliśmy po to, by umrzeć. To jedyna rzecz, którą musimy zrobić. W międzyczasie może uda nam się jeździć konno, wyjeżdżać na drogie wakacje i wychodzić na obiady rodzinne, może uda nam się kupić nowy dom, ale śmierć wyznacza kres. Czeka na nas może już za następnym rogiem. Rozkład.

A teraz czas najwyższy napisać, jaki mam problem z tą powieścią. Rzecz w tym, że taki sposób pisania, pokawałkowany, a na dodatek chłodny, spowodował, że nie potrafiłam się przywiązać do bohaterek i bohaterów, przejąć ich losami. Są mi  obojętni. Przecież już o tym wszystkim czytałam, mam za sobą sporo literatury z tego regionu. Aby nie mieć poczucia jałowości, muszę albo obcować z bohaterkami i bohaterami z krwi i kości, albo z językową finezją, albo zostać zaskoczona jeszcze w jakiś inny sposób. Samo mieszanie czasów, postaci i wątków, jak się okazuje, nie wystarcza. Irytująca bywa też deklaratywność niektórych fragmentów, szczególnie wtedy, kiedy ktoś wypowiada się w swoim imieniu. Przykład powyżej.

A dlaczego puzzle? Czy tylko dlatego, że składamy sobie historię Romiciów fragment po fragmencie? Może także dlatego, że wszystko się powtarza i który kawałek byśmy nie wyciągnęli, zawsze będzie przyjemność i ból, szczęście i nieszczęście?

Wszystko się kręci, znika i mnoży w odmętach losu, w ciągach przypadkowości, przyjemności i bólu, szczęścia i nieszczęścia. W nieprzewidywalności. To jest życie.

Przewidywalne i nieprzewidywalne zarazem.

Anne Enright "Strzyżyk woleoczko"

"Strzyżyk woleoczko" Anne Enright (Filtry 2024; przełożyli Piotr

Siemion i Kaja Gucio) to kolejna powieść irlandzka, po którą sięgnęłam. Ze zdumieniem stwierdziłam, że w Polsce ukazały się wcześniej dwie inne powieści tej autorki, i to jedna w dużym renomowanym wydawnictwie, ale przeszły bez echa albo ja nie zwróciłam na nie uwagi. No ale o "Strzyżyku woleoczko" nie sposób było nie usłyszeć, bo jak to zwykle bywa przy promocji książki, rozmowy z samą pisarką albo z kimś innym o jej powieści w podcastowym uniwersum wyskakiwały dosłownie zewsząd. A że i ja uległam modzie na literaturę irlandzką, więc dałam się skusić. Cóż, tym razem jednak pozostałam wobec tej książki obojętna. Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobała, nudziła, że miałam ochotę ją rzucić. Nie, nic z tego, ale spośród irlandzkich powieści przeczytanych w ostatnich latach ta zainteresowała mnie zdecydowanie najmniej. W dużej mierze wydała mi się wtórna. Minęło kilka dni od jej lektury, a ja już mam niewiele do powiedzenia na jej temat.

To historia dwóch kobiet - Carmel i jej, wychowywanej samotnie, córki, Nell. Philip, ojciec tej pierwszej i dziadek drugiej, był znanym irlandzkim poetą, pisał słodkie wiersze opiewające piękno natury - o ptakach i roślinach. Tymczasem zupełnie nie sprawdził się jako mąż i ojciec - porzucił chorą żonę i nastoletnie córki. Obiecywał i nie dotrzymywał obietnic. Żył sobie beztrosko jakby nigdy nic się nie wydarzyło. 

Kolejna kartka przyszła później tego samego roku. Przedstawiała biały wiatrak ze szkieletowym żaglem i napisem "Mykonos" pod spodem. Pocztówka została zaadresowana do nich wszystkich i zawierała odpowiedź na pytanie, którego żadna z nich nie zadała: "Każdego dnia czuję się tu coraz lepiej, dzwony rozbrzmiewają nad wodą, a na dachu małej kawiarenki rosną winorośle i zrzucają listki. Winogrona! Hep!" Wiadomość została zilustrowana wesołym obrazkiem przedstawiającym przechylony kieliszek martini z oliwką. "Na zawsze Wasz tatko". Żadna z nich nie ucieszyła się z tej wiadomości.

Historię tych kobiet i całej rodziny poznajemy z perspektywy raz jednej, raz drugiej, przy czym Nell jest narratorką rozdziałów, w których opowiada o sobie.

Czy fakt, że Carmel miała problem z ułożeniem sobie relacji z mężczyznami, był wynikiem tego, że ojciec ją opuścił, a wcześniej patrzyła na niezbyt udany związek rodziców i przemoc w domu? 

Nie wstydziły się natomiast krzyków i ciosów, pomyślała Carmel, bo te zdarzały się tylko za zamkniętymi drzwiami. Ten mężczyzna przewyższał ją dwukrotnie rozmiarami i był jej ojcem, więc grzbiet jego dłoni był nieprzewidywalny niczym pogoda, po prostu nie należało wchodzić mu w drogę. Jeśli zatem ci się to nie udawało, to sama się prosiłaś.

Czy Nell, która popełnia jeszcze większy błąd, robi to dlatego, że jest obciążona problemami rodzinnymi? To właśnie historia tej ostatniej, a ściślej opowieść o przemocowym związku, w który wchodzi, wydała mi się wtórna. O wiele ciekawiej i głębiej zrobiła to moim zdaniem Megan Nolan w "Aktach desperacji". Czy ich kłopoty i nieumiejętność ułożenia sobie życia wynikają z tego, jakie dziedzictwo dźwigał Philip? A był to bagaż przemocy, której doświadczał w dzieciństwie spędzonym na wsi. Niejednokrotnie również na nią patrzył. Jest w powieści okrutna scena - jego ojciec z zimną krwią, z zawziętością morduje borsuka, który w pewien sposób towarzyszył rodzinie, bo zadomowił się w ich ogrodzie. Miał nawet swoje imię. Jakim człowiekiem stanie się ktoś, kto w dzieciństwie jest świadkiem takiej sceny i na co dzień obcuje z przemocą? Czy jego słodkie wiersze, których bohaterką jest przyroda, to ucieczka od doświadczeń dzieciństwa? A może wyparcie?

Innym problemem poruszanym w powieści jest praca Nell w infosferze, byle jaka, śmieciowa, wykonywana dla kogoś za marne pieniądze, praca, która może daje jakąś swobodę, bo nie trzeba przychodzić do biura, ale żadnej satysfakcji.

... gdybym miała coś, co kiedyś nazywano "pracą" (...) Byłam rzeczą do wyrzucenia, nie tylko dla niego, ale dla ludzi, którzy mi płacili, i - no wiecie - infosfery, państwa narodowego, koncernów, które warzyły dla mnie alkohol. Dla influencerki Meg i jej sześciu różnokolorowych krzeseł.

Takie problemy zawsze mnie interesują, ale tym razem jakoś pozostałam obojętna. Nell, żeby poskładać swoje życie, które się rozpadło, ucieka w podróż. Zaczyna zgłębiać historię rodzinną, szuka śladów dziadka, którego nie poznała i, o paradoksie, znajduje je właśnie w infosferze. Jakiś stary wywiad z czasów, kiedy mieszkał w Stanach. Nieoczekiwanie stwierdza, że: 

Więź między nami to coś więcej niż łańcuch DNA, to rzucona z przeszłości lina, gruba, poskręcana, pełna krwi.

Ten sam wywiad na Carmel robi zupełnie inne wrażenie. Przypomina jej, jakim żałosnym pajacem był jej ojciec. Wnuczce, która dziadka nie znała, łatwiej pogodzić się z rodzinną przeszłością niż córce ponoszącej konsekwencje jego zachowania.

To tyle. Nie żałuję lektury, ale zachwytu nie było.


Popularne posty