Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy. Pokaż wszystkie posty

Piotr Siemion "Bella, ciao"

Powieść Piotra Siemiona "Bella, ciao" (Filtry 2022) szła jak burza

przez  światek czytających, a kulminacja następuje teraz - pojawia się w różnych podsumowaniach, których wysyp następuje wraz z kończącym się rokiem. Przyznam, że nie zamierzałam po nią sięgać, bo ani nie znam żadnej z wcześniejszych książek autora (cóż to za argument), ani niespecjalnie interesowała mnie tematyka, a może bardziej gatunek - dystopia, postapo, mniejsza o nazwę, wiadomo, w czym rzecz. Ale jakąż perswazyjną moc może mieć rozmowa z autorem odsłuchana w jednym z podcastów! To nie jest oczywiście tak, że sięgam po każdą książkę, o jakiej opowiada pisarz, ale czasem się zdarza. Tak było w tym wypadku. Nagle poczułam, że chcę tę powieść przeczytać, choćby z czystej ciekawości, czy rzeczywiście taka znakomita.

To awanturnicza historia osadzona w postapokaliptycznym świecie. Świecie nienazwanym dokładnie, przypominającym trochę ten po drugiej wojnie, ale nie jeden do jednego. Są Polacy, są Niemcy, są Rosjanie, są nowe granice, nowe nazwy starych miast, niedokładnie jeszcze wiadomo jakie, są przesiedleńcy, czasem nazywani bieżeńcami, uciekinierzy, jest nowa, ludowa, władza, i są jej przeciwnicy. Jest wreszcie zniszczony, zrujnowany świat. Po lasach błąkają się dzikie niemieckie dzieci, ocaleńcy z zagłady miasteczka, jej jedyni świadkowie. Wojna już się skończyła, ale to nie oznacza końca horroru. Nie wiadomo, komu można zaufać, człowiek człowiekowi wilkiem. Niebezpieczni są rosyjscy żołnierze, zwani tutaj jegrami, którzy wracają na wschód do siebie, grabiąc miasteczka, w których zatrzymuje się wiozący ich pociąg, i oczywiście traktując napotkane kobiety jak wojenny łup. Postój oznacza pohulankę, jak mówi ich dowódca, zachęcając do nieskrępowanej zabawy. Bezwzględni wobec swoich wrogów są przedstawiciele ludowej władzy, którzy jakoś próbują ogarnąć ten apokaliptyczny chaos, ale naprawdę są wobec niego bezradni. Z napotkanymi po drodze przeciwnikami nie patyczkuje się siedmioosobowa drużyna, która przemierza ten świat pod wodzą pułkownika Tyńskiego. Zbieranina, każdy z innej parafii, wśród nich jedna dziewczyna, Spinka. Nie mniej bezwzględna niż oni, a może nawet bardziej. Na rozkaz pułkownika, z którym łączy ją dziwna trochę miłosna, trochę nienawistna, trochę ojcowska relacja, zabija bez skrupułów. Czy przypomina wojowniczkę z komiksu albo gry komputerowej? Może. Przyznam, że słaba jestem w tego typu popkulturowych tropach. Idą na północny zachód, nad morze, gdzie mają jakąś tajemniczą misję do spełnienia. Jaką? Wie tylko pułkownik. Kim są? Partyzantami? Żołnierzami wyklętymi? Na pewno ludźmi, którzy stracili wszystko i nie mają dokąd wracać.

Idzie ich siedmioro, przez kraj bez map, przez bezmiar. Wokół mają bezpański świat - skrwawione prześcieradło ziemi, całun o świcie. Nie królestwo zgody, lecz zdeptane boisko milenium. Nowa ziemia wyłania się przed nimi z niebieskiego oparu (...) Są przemytnikami, co ze starej ziemi unieśli jedynie szelest krwi, spółgłoski pospolitej mowy polskiej, rozwiewane po niebie przedzimia.

Ten cytat nie tylko wprowadza w klimat powieści, wyznacza ramy tego postapokaliptycznego świata, daje także próbkę językowej wirtuozerii autora. Ale jeśli ktoś, kto czyta te słowa, obawia się, że zwiastuje nadęte nudziarstwo, przerost formy nad treścią, to pragnę zapewnić, że jest w błędzie. Bo ten kunsztowny język znakomicie łączy się z trzymającą w napięciu akcją. Bohaterowie mają do wykonania zadanie, muszą przedostać się na wyższy lewel, a za każdym rogiem, a właściwie krzakiem, czyha na nich przeciwnik. Albo oni, albo on. Nieprzypadkowo użyłam tu słowa lewel, bo wędrówka tych siedmiorga zabijaków przypomina akcję komputerowej gry. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo, muszę wyznać, że nigdy nie złapałam bakcyla - nie gram. 

Tu zrobię skok w bok w kierunku znakomitego "Internatu" Serhija Żadana, którego kompozycję również przyrównywano do gry. Skojarzenie powieści  Siemiona z powieścią  Żadana przyszło mi na myśl w czasie pisania. I tu muszę przyznać, że "Internat" to jednak książka o niebo lepsza, po prostu wybitna. Pisana na serio, osadzona w konkretnym czasie i miejscu. Jej bohater, człowiek przeciętny, ceniący święty spokój, rośnie w ciągu tych kilku dni. Zyskuje sprawczość, świadomość, staje się za kogoś odpowiedzialny. A ja mu kibicowałam, tak bardzo nie chciałam, aby zginął! Głęboko, z trzewi współczułam też tym wszystkim ludziom zaskoczonym przez wojnę, zdezorientowanym, zrozpaczonym, których spotyka w czasie swojej wędrówki-misji. Powieść Siemiona nie ma tej powagi, jest przesycona ironią. Chociaż odpowiada mi jej klimat, chociaż nie mogłam się od niej oderwać, to nie potrafiłam na serio przejąć się losami głównych bohaterów, którzy poza pułkownikiem i Spinką przypominają figury w grze.  Jeśli kogoś było mi żal to Naty, tego bezimiennego tłumu zgromadzonego na dworcu kolejowym, szwedzkiego lekarza, chociaż to w gruncie rzeczy niezły drań, dzikiego dziecka z lasu. A tych siedmioro traktowałam tak, jak traktuje się postaci z powieści przygodowej. Chociaż trzeba przyznać, że autor łamie jej schemat, ale w jaki sposób, tego nie mogę zdradzić.

Mimo przygodowej konwencji "Bella, ciao" jest według mnie powieścią pesymistyczną. W tym zniszczonym, ogarniętym chaosem świecie nie ma nadziei, nie ma żadnej stałej, nie ma punktu zaczepienia. Nie wiadomo, co dalej, a może wiadomo - wielkie nic, wieczna płynność i chaos. Nawet jeśli pojawiają się przebłyski nadziei, też nie chcę zdradzać jakie, to i tak raczej nic z tego. Gdzieś za morzem jest wprawdzie nietknięty wojną świat, ale pilnie strzeżony. Nikt tu nie jest jednoznacznie dobry. No może Nata, niemiecka dziewczyna, która w nieoczekiwany sposób dołącza do tych siedmiorga. Trzeba jednak przyznać, że bywa też odwrotnie - ci źli noszą w sobie jakiś zalążek dobra, czasem nawet więcej niż zalążek. To wojna sprawiła, że stali się bezwzględni, niewrażliwi, że gwałcą, kradną, zabijają.

W słowie odautorskim Piotr Siemion wymienia nazwiska pisarzy, którzy go świadomie lub nieświadomie zainspirowali. Lista jest dość spora i godna. Same tuzy. Przyznam, że mnie onieśmieliła, bo nijak nie widzę tych literackich nawiązań i aluzji, no może poza jedną. To rosyjscy żołnierze, jeden kanalia, drugi jednak w głębi duszy porządny człowiek unurzany w bagnie wojny. Trochę jak u Mickiewicza w "Panu Tadeuszu". Czy moje rozpoznanie jest trafne? Czytając powieść, miałam za to inne skojarzenie. Chodzi o stodołę z Jedwabnego. W powieści Siemiona jest scena, która stanowi jej odwrotność. Wprawdzie nie ma stodoły, tylko hala dworcowa, nie ma Żydów, są Niemcy i Polacy, których chcą w akcie zemsty spalić Rosjanie. Aby ich ocalić, na moment zjednoczą się skonfliktowani ze sobą Polacy, odwieczni wrogowie. Jakby autor chciał zmazać tamtą jedwabieńską winę - o ile to dobry trop. Czy im się uda? No i co dalej? Co stanie się z tymi ludźmi, jeśli ich nawet ocalą? Jaka przyszłość ich czeka w tym zrujnowanym świecie?

"Bella, ciao" jest rzeczywiście powieścią bardzo dobrą, która jakoś się  we mnie osadziła, ale czy aż tak znakomitą, jak zewsząd słyszę? Może zgodziłabym się z tym stwierdzeniem, gdybym potrafiła odczytać te wszystkie literackie powinowactwa, które autor w niej zaszył. Ponieważ nie potrafię, to czegoś mi jednak brakuje. Ale polecam.

Rafał Hetman "Izbica, Izbica"

Trochę trwało, zanim sięgnęłam po książkowy debiut Rafała

Hetmana "Izbica, Izbica" (Czarne 2021). Najpierw czekałam na jakieś głosy - czy warto? Do znudzenia powtarzam - tyle jest książek, tyle nowości. Wszystkiego, co bym chciała, i tak nie przeczytam, więc nie mam czasu na ryzyko. Szczególnie jeśli temat jest mi już dobrze znany, a tak było w tym wypadku.  Czytać kolejną rzecz o Holokauście? Dowiem się czegoś nowego? Potem, kiedy już książka leżała w moim ukochanym czytniku podarowana z rekomendacją przez bliską mi osobę, nie znajdowałam w sobie siły na taką lekturę. Z podobnych powodów nie sięgnęłam jeszcze po głośne "Płuczki" Pawła Piotra Reszki. No ale w końcu nadszedł odpowiedni moment.

Może na początek słów kilka o autorze. Skąd się wziął? Od kilku lat pisze i mówi w internecie o książkach, przede wszystkim non fiction. Ja natknęłam się na niego właśnie w ten sposób - znalazłam jego podcast, było to jakiś czas przed wydaniem "Izbicy, Izbicy". Szkoda, że nie ma kolejnych odcinków, pewnie jest to związane  z promocją książki. Może i z tym, że pisze kolejną, o czym wiem z jego mediów społecznościowych. Na stronie Czarnego znalazłam informację, że publikował też teksty w prasie i był finalistą Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Czas przejść do książki. Czy nie żałuję lektury? W żadnym wypadku, co nie oznacza, że jestem bezkrytyczna. Mam jedno ale, o czym na końcu. Przede wszystkim, chociaż tyle już czytałam na temat Holokaustu, i tym razem dowiedziałam się czegoś nowego. Wstyd się przyznać, ale nie miałam pojęcia, że Izbica nie była w czasie okupacji pierwszym lepszym miasteczkiem. To tam naziści zwozili Żydów najpierw z okolic, a potem z Europy. Stała się gettem tranzytowym, gettem bez murów i drutu, skąd zgromadzonych Żydów wysyłano pociągami do Bełżca, Majdanka, Sobiboru. Na śmierć. Niektórzy ginęli w masowych egzekucjach już na izbickim cmentarzu. To jedno z tych mitycznych miejsc na Wschodzie, którym mamiono Żydów z Europy, wysiedlając ich z austriackich czy czeskich miast. To tam mieli jechać, aby pracować. Długo w to wierzyli, bo przecież wtedy nikt nie wyobrażał sobie, że można metodą przemysłową mordować ludzi. Przez Izbicę przewinęło się około dwudziestu pięciu tysięcy europejskich Żydów. Kiedy tam przyjeżdżali, zajmowali nieczynne sklepy, magazyny, opuszczone mieszkania. Stłoczeni, przestraszeni, głodni. Na jedzenie wymieniali wszystko, co mieli wartościowego. Ale Izbica to także miasteczko, w którym przed wojną Żydzi stanowili dziewięćdziesiąt pięć procent mieszkańców! Mieszkało ich tam cztery tysiące. Ocalały dwadzieścia trzy osoby. Tak, to nie pomyłka - dwadzieścia trzy.

"Izbica, Izbica" jak w soczewce pokazuje polskie problemy z Holokaustem. Wypieranie ze zbiorowej pamięci faktu, że przed wojną Żydzi byli naszymi sąsiadami, że w wielu miejscach mieszkało ich więcej niż Polaków. Powstała pustka, której długo nie zauważano. Zapomnienie, że Holokaust nieodwracalnie zmienił krajobraz polskich miast i miasteczek. Zniknęła znaczna część mieszkańców, a za nimi znikały materialne dowody ich istnienia - synagogi, bożnice, chedery, kirkuty. Jeśli nie zostały unicestwione w czasie wojny, niszczały potem zamieniane na magazyny, opuszczone stawały się miejscem libacji, cmentarze zarastały zielskiem, macewy służyły za budulec. Do dziś można je znaleźć jako elementy dróg, podwórek, ogrodzeń czy budynków. Znikały też wszystkie przedmioty należące do Żydów. Opuszczone przez nich mieszkania zajmowali Polacy i przywłaszczali sobie naczynia, pościel, meble, wszystko, co jeszcze zostało. Dlatego ci nieliczni, którzy ocaleli z Zagłady, byli niemile witani, kiedy wracali. Strach, że Żydzi nam odbiorą to, co do nich należało, jest nadal głęboko zakorzeniony. Tak było też w Izbicy. I było też tak, że polscy sąsiedzi wydawali ich Niemcom, urządzali polowania, wyganiali ze skrytek. Rafał Hetman pisze o niechlubnej roli ochotniczej straży pożarnej w tym procederze. Oczywiście niektórzy pomagali i ukrywali. To dzięki nim ocalało tych dwudziestu trzech.

Jest więc to książka o pamięci, a właściwie o jej braku. O wyparciu. Bo wbrew pozorom znaczna jej część poświęcona jest temu, co działo się po wojnie. Autor, często niemal w beletrystycznej formie, opowiada o konkretnych losach żydowskich mieszkańców. O tych, którzy ocaleli i o wielu tych, którzy Zagłady nie przetrwali. Wyrywa ich z anonimowej masy, przywracając im imiona, nazwiska i ich historię. Już nie są liczbami, statystyką, ale stają się kimś konkretnym. A wśród nich można znaleźć przynajmniej dwie osoby o fascynującym życiorysie. Chłopaka, który był jednym z uczestników buntu w Sobiborze i przeżył. Katolickiego księdza, który urodził się jako Żyd, a dziś godzi w sobie obie tożsamości i chce być pochowany na izbickim kirkucie. Rafał Hetman powiada też o tych, którzy ratowali i którzy wydawali albo mordowali. Rozmawia z mieszkańcami Izbicy, chce się dowiedzieć, ile pamiętają. Konfrontuje ich wiedzę z faktami odkrytymi przez historyków zajmujących się Zagładą. Pisze także o miejscach - synagodze, cmentarzu i innych. Opowieść o cmentarzu jest mimo wszystko jedną z optymistyczniejszych w tej książce. Inaczej niż ta o synagodze, po której nic nie pozostało. Autor pokazuje, z jakim trudem wydobywa się na wierzch i upamiętnia prawdę o tym, że ofiarami, które leżą w masowych grobach na cmentarzu, byli Żydzi, nie Polacy. Jak przejmowaliśmy ich cierpienie, siebie umieszczając w centrum uwagi, z siebie czyniąc ofiary. Nie o to chodzi, że nimi nie byliśmy, ale po pierwsze w znacznie mniejszym stopniu niż Żydzi, a po drugie im też należy się pamięć. Nie chcę pisać o oczywistościach, o których już chyba od jakiegoś czasu wiemy. Dodaję chyba, bo nadal jednak nie jest to wiedza powszechna, a dziś z przyczyn politycznych znowu wypierana.

Z tych wszystkich powodów "Izbica, Izbica" jest znakomitą książką dla osób młodych i tych wszystkich, które prawdę o Holokauście, o trudnych stosunkach polsko-żydowskich dopiero poznają. Co nie oznacza, że nie mogą jej przeczytać inni. Jak już wspominałam, mimo że temat nie jest dla mnie nowością, i ja dowiedziałam się czegoś nowego. Z ciekawostek, jak wyglądały w Polsce kuczki, czyli szałasy budowane na żydowskie święto Sukkot. Warto też tę książkę przeczytać dla pamięci ofiar i ocalałych, po prostu ich poznać.

No i na koniec łyżeczka dziegciu. Czasem beletryzując historie swoich bohaterów, autor posuwał się za daleko albo może właściwsze będzie stwierdzenie, że jej nie sprostał. Myślę tu o fikcyjnych rozmowach pomiędzy różnymi bohaterami książki. Bywa, że są po prostu sztuczne, zgrzytają, a przez to stają się naiwne. No ale takich fałszywie brzmiących dialogów na szczęście nie ma w książce wiele.

Filip Springer "Miedzianka. Historia znikania"

A było tak. "Miedziankę. Historię znikania" Filipa Springera (Czarne 2011) chciałam przeczytać od dawna. Co jakiś czas przy różnych okazjach przypominałam sobie o tym reportażu i niemal natychmiast zapominałam. Zawsze były jakieś pilniejsze lektury. Nie miałam jej nawet na żadnej z moich półek książek oczekujących na swoją kolej, ani na prawdziwej, ani na wirtualnej. Aż tu nieoczekiwanie, trochę przez przypadek w czasie tegorocznych wakacji razem z przyjaciółmi znalazłam się w Miedziance. Kiedy okazało się, że jesteśmy blisko, uprosiłam, abyśmy pojechali. Byliśmy tam może dwie, może trzy godziny, pokręciliśmy się, przestudiowaliśmy kilka tablic upamiętniających zniknięte miejsca, dwór, rynek, cmentarz, a potem poszliśmy do browaru na obiad i na piwo. Bardzo żałuję, że nie byliśmy odpowiednio przygotowani, aby zrobić spacer szlakiem wytyczonym przez nieistniejącą Miedziankę. Trudno, może za rok. Było oczywiste, że teraz muszę przeczytać książkę. Po powrocie do domu natychmiast kupiłam ebook i w niecałe trzy dni połknęłam. Nie dziwię się, że reportaż Springera był nominowany do kilku najważniejszych literackich nagród. Napisany jest znakomicie, a opowieść jest fascynująca, niezwykła i smutna. Skłania do refleksji o przemijaniu i przewrotności losu.

To nie tylko historia unicestwionego miasteczka, ale też kawał historii Dolnego Śląska i Polski. Historii momentami tragicznej. Miedzianka nie była kiedyś Miedzianką, nazywała się Kupferberg. Zbudowano ją na szczycie wzgórza, spod którego wydobywano miedź. Wszystko się zmieniło, ale widoki do dziś pozostały niesamowite. Los nigdy nie oszczędzał mieszkańców. Pożary, epidemie, okresy zastoju gospodarczego spowodowane zmniejszonym wydobyciem lub zamykaniem kopalń, a przede wszystkim wojny, które przetaczały się przez te tereny. Mieszkańcy wierzyli, że wszystkie nieszczęścia zaczęły się od morderstwa - brat zabił brata. Przypominały o tym dwa pokutne krzyże  z napisem memento postawione przy drodze (takich krzyży na Dolnym Śląsku jest dużo). Jeden z nich stoi do dzisiaj. Ale Kupferberg słynął nie tylko z górnictwa, od XV wieku ważne miejsce w jego rozwoju odgrywał browar, a od połowy XIX zaczęła rozwijać się turystyka.

Tak wyglądała Miedzianka kiedyś.
 Filip Springer przypomina nie tylko historię tego miejsca, on je ożywia, wskrzesza w nim dawne życie. A to wszystko za sprawą opowieści o konkretnych mieszkańcach. Im dalej cofa się w przeszłość, tym większą moc mają ludzkie losy. Postaci z czarno-białych fotografii, ludzie obecni już tylko na kartach starych kronik nagle zaczynają się poruszać, przemawiać, czuć, istnieć. Niby zwykłe codzienne życie, a opowiedziane w taki sposób staje się niebanalne, niepowszednie, fascynujące. Nie mogłam oprzeć się pokrzepiającej refleksji, że w takim razie życie każdego z nas mogłoby się stać kanwą dla fascynującej opowieści. Potrzeba tylko kogoś, kto dostrzeże w nim potencjał i ubierze je w niezwykłą formę. 

Kupferberg
 Najbardziej poruszyły mnie dwa okresy z życia miasteczka. Pierwszy wiąże się z końcem niemieckiego świata na Dolnym Śląsku, z końcem Kupferbergu, drugi z końcem Miedzianki, z jej unicestwieniem. Oba końce poprzedził kilkuletni okres powolnego rozpadu. Najpierw jest druga wojna. Front omija miasteczko. Gdyby nie to, że wielu mężczyzn zostaje wcielonych do wojska, a mieszkańcom z czasem coraz bardziej dają się we znaki kłopoty z zaopatrzeniem w żywność, można by w Kupferbergu o wojnie zapomnieć. Tylko czasem z oddali słychać dudnienie dział. Ale ta sielanka ma swój kres. Kiedy staje się jasne, że Trzecia Rzesza przegrywa, narasta strach przed Armią Czerwoną. Przed gwałtami, grabieżami, morderstwami. Strach, jak dziś wiemy, uzasadniony, ale jeszcze bardziej potęgowany plotkami i wyobraźnią. Następuje gehenna oczekiwania na najgorsze i koszmar nieudanej ewakuacji. A jest sroga zima. Chaos, cierpienie, strach, głód. Kiedy czyta się opowieści o konkretnych osobach, znanych z imienia i z nazwiska, pojawia się współczucie i litość. Trudno nie przywołać, pewnie banalnej, refleksji, że wojna jest czymś strasznym. Dla każdego, dla tych, którzy ją wywołali i dla tych, którzy zostali w nią wciągnięci. W ostatecznym rachunku wszyscy są ofiarami. Oczywiście pozostaje pytanie o odpowiedzialność. Na ile winni byli mieszkańcy miasteczka? Czy popierali Hitlera? Czy wyznawali jego ideologię? Czy byli antysemitami? Filip Springer kilkakrotnie stosuje pewien zabieg - najpierw oddaje głos mieszkańcom, czytamy spisany chór głosów, potem przywołuje fakty, stara się dotrzeć do prawdy, co oczywiście nie zawsze jest łatwe. Jeśli słuchać mieszkańców Kupferbergu, nic złego się tam nie działo. Nikt nie prześladował Żydów ani ludzi o innych poglądach. Jeśli przytoczyć fakty, obraz nie jest już tak jednoznaczny. 

Potem następuje kolejny dramat. Dramat wysiedleń. Wędrówka ludów. Kupferberg staje się Miedzianką. Dotychczasowi mieszkańcy muszą opuścić miasteczko. Nie da się zabrać wszystkiego, trzeba zostawić dom, część dobytku, całe dotychczasowe życie. To wszystko nie dzieje się ot tak, w mgnieniu oka, trwa tygodniami, miesiącami, a nawet kilka lat. W tym czasie trzeba ustąpić miejsca nowym mieszkańcom. Polakom, najczęściej  przesiedleńcom z Kresów. Różnie układają się stosunki pomiędzy wysiedlanymi i przybyszami. Często są wrogie, nacechowane z jednej strony pogardą, nienawiścią i chęcią zemsty, z drugiej strachem, lękiem, wrogością. Ale bywają przyjazne. Jest współczucie, zrozumienie pokrewieństwa losu. Oczywiście ci, którzy osiedlają się w Miedziance, też są ofiarami wojny. Oni też zostawili swoje życie gdzieś indziej, też zostawili domy, meble, pościel, garnki. Tułali się długie miesiące, jechali w nieznane, a budowanie nowego życia przecież nie jest proste. Towarzyszy mu strach, również potęgowany przez stugębną plotkę i wyobraźnię, niepewność jutra. I tak plecie się w tej opowieści wina i kara, cierpienie, ludzkie tragedie. Wspólnota losu przegranych i zwycięzców. Tu dygresja osobista. Moi dziadkowie też uciekali, też musieli zostawić dom i całe swoje życie. Kilka lat po wojnie osiedlili się niedaleko Jeleniej Góry, dziś wiem, że niedaleko Miedzianki. Dostali dom po niemieckim lekarzu, dziadek dobrą pracę, też był lekarzem. Było tam wszystko. Do dziś w naszej rodzinie są, przerabiane po wielokroć w związku z licznymi przeprowadzkami, poniemieckie meble i inne drobne sprzęty. Ja sama wzięłam sobie na pamiątkę po babci miotełkę do sprzątania okruszków ze stołu ze srebrną tacką. Pewnie po niemieckim lekarzu. Jako dziecko słuchałam opowieści o życiu tam, jako dorosła osoba myślę o tym lekarzu, o jego rodzinie, o tym, że musieli uciekać. Nic więcej o nich nie wiem. Nie wiem, jakie mieli poglądy, czy coś obciążało ich sumienia. Wiem, że musieli zostawić wszystko, jak moi dziadkowie.

Aż trudno uwierzyć, że tu był kiedyś rynek!
 I kolejny dramat. Znikanie Miedzianki, jej upadek i ruina. Dramat ludzi, tym razem Polaków, którym kazano to piękne miejsce opuścić. Nie wszyscy chcieli. Przeniesieni na nowe osiedle w Jeleniej Górze, do kilku bloków. Nieliczni postanowili zostać. Miasteczko niknęło latami. Coraz więcej domów ziało pustką, rozkradane, szabrowane, chyliły się ku upadkowi, straszyły tych, którzy zostali. Coraz trudniej było żyć. Kamienice groziły zawaleniem, niektórzy, zanim ostatecznie opuścili Miedziankę, zmieniali mieszkania wielokrotnie, ale nigdzie nie było bezpiecznie. Jeszcze kiedy miasteczko nazywało się Kupferberg w kilku miejscach zapadła się ziemia. To efekt szkód górniczych, wydobycia miedzi. Ale tragiczny los Miedzianki przypieczętowały lata powojenne. Rabunkowe wydobywanie uranu przez Rosjan. Czy miasteczko można było uratować? I tu znowu Springer zderza przekonania mieszkańców z faktami. Oni twierdzą, że tak, że  wyrok na miasto to celowe działanie miejscowych władz, a szczególnie tej złej, żony miejscowego, bardzo szanowanego, doktora, ruskiej, a więc działającej na zlecenie ruskich. Prawda jest oczywiście inna. Choćby taka, że ta zła była Polką. Ale oczywiście trudno przekonać przekonanych. Być może najważniejsze pytanie pada na końcu książki. Czy gdyby Miedzianka pozostała Kupferbergiem, jej los byłby podobny? A jeśli nie, co dość prawdopodobne, to zaraz pojawia się kolejne, które zacytuję: Czy cena za przetrwanie Miedzianki nie byłaby zbyt wysoka?

Znakomita książka. I na poziomie opowieści, barwnej historii, i na poziomie refleksji. Bo z jednej strony jest fascynująca historia, tajemnica, to zderzenie powszechnego przekonania, plotek z faktami, które nie są tak barwne, nie podgrzewają wyobraźni, a z drugiej strony jest to rzecz o przemijaniu, o okrutnym walcu historii, o przenikaniu się światów, o budowaniu nowego na starym i konsekwencjach tego, o poszanowaniu lub nieposzanowaniu cudzej pamięci, cudzego świata. Ja sama wychowałam się w poniemieckim mieście. Z dzieciństwa pamiętam kilka starych cmentarzy, niektóre były w centrum miasta. Z czasem znikały, zamieniano je na parki albo budowano w ich miejscu coś innego. Wtedy oczywiście nie zastanawiałam się nad tym.

Jeśli ktoś jeszcze "Miedzianki" nie czytał, musi to zrobić koniecznie!

Popularne posty