Chimamanda Ngozi Adichie "To coś na twojej szyi"

To moje drugie spotkanie z prozą nigeryjskiej pisarki mieszkającej w

Stanach Zjednoczonych i na pewno nie ostatnie, bo zamierzam krok po kroku przeczytać wszystkie jej beletrystyczne książki wydane w Polsce, a wielu ich nie ma. Bezpośrednim impulsem do sięgnięcia po "To coś na twojej szyi" (Zysk i S-ka 2011; przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek) jest premiera jej najnowszej powieści, którą oczywiście będę chciała przeczytać. Wcześniej poznałam "Amerykaanę", w starym wydaniu. Wkrótce ukaże się  nowe - w  tłumaczeniu Kai Gucio w wydawnictwie Filia, które ma teraz publikować jej książki. Trochę żałuję, że nie zaczekałam, no ale po pierwsze kiedy ją kupowałam kilka lat temu, nie miałam pojęcia, że  przełoży ją ponownie Kaja Gucio, a po drugie wtedy to była jedyna powieść Chimamandy Ngozi Adichie dostępna w wersji elektronicznej.

Tym razem, jak już wspominałam, mój wybór padł na "To coś na twojej szyi". Muszę przyznać, że kiedy skończyłam pierwszy rozdział i zabrałam się za drugi, poczułam się zawiedziona, a nawet oszukana. Nie, nie dlatego, żeby mi się nie podobał, przeciwnie, zrobił na mnie duże wrażenie. Po prostu okazało się, że .... to zbiór opowiadań! Przez chwilę jeszcze miałam nadzieję, że w drugim rozdziale objawia się nowy wątek, bo po lekturze "Amerykaany" wiedziałam, iż autorka lubi mieszać wątki, miejsca i czas, ale szybko odkryłam, że nie tym razem. No a mój zawód wziął się stąd, że zawsze wolę powieść od opowiadań, w czym, niestety, nie jestem oryginalna, bo nie raz, nie dwa słyszałam narzekania, że w Polsce zbiory krótkich form sprzedają się i czytają się gorzej. Dlatego gdybym miała świadomość, że "To coś na twojej szyi" to opowiadania, wybrałabym "Fioletowy hibiskus" lub "Połówkę żółtego słońca". Skąd moja pomyłka? Otóż info wydawcy jest tak skonstruowane, że raczej trudno domyślić się, że nie chodzi o powieść. Cóż, może to zabieg celowy. 

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo gdyby nie moja błoga nieświadomość, być może wcale nie sięgnęłabym po "To coś na twojej szyi" albo odkładałabym lekturę na święty nigdy, a szkoda, bo opowiadania Chimamandy Ngozi Adichie okazały się bardzo interesujące, no i świetnie się je czytało. Czasem warto oddać się lekturze, która nie stawia oporu, a jeśli przy okazji ma się poczucie, że jest to rzecz wartościowa, to czegóż można chcieć więcej.

Podobnie jak w "Amerykaanie" pisarka umieszcza akcję w Nigerii albo w Stanach. Oddaje doświadczenia swoich rodaków mieszkających w ojczyźnie i tych, którzy zdecydowali się na wyjazd. Różny jest też czas akcji. Bohaterki i bohaterów tych opowiadań poznajemy tylko na chwilę, w jakimś momencie ich życia, raz więcej, raz mniej dowiadujemy się o ich przeszłości, ale jak potoczy się ich los, tego się nie dowiemy.

Jeśli sięgam po literatury niszowe, a bardzo chętnie to robię, szukam w nich przede wszystkim innych doświadczeń, dlatego tak bardzo lubię, kiedy znajduję tam jak najwięcej lokalności - codzienności, historii, polityki, problemów społecznych, odmiennego sposobu myślenia. Jednym słowem, chcę dowiedzieć się czegoś o miejscu, w którym umieszczona jest akcja. I właśnie to wszystko znajduję w prozie Chimamandy Ngozi Adichie. Świat w wielu punktach podobny do naszego, ale w wielu odmienny.

Są tu opowiadania nawiązujące do politycznej przeszłości Nigerii, o której nie miałam pojęcia albo coś tam tylko obiło mi się o uszy. To wojna domowa, która miała miejsce w latach 1967-1970, kiedy to od Nigerii próbowała się uwolnić Biafra, południowo-wschodnia część kraju zamieszkiwana w większej części przez lud Igbo. Echa tego konfliktu powracają w "Duchach". Ich akcja toczy się już długo po zakończeniu walk, ale bohater, emerytowany profesor, wspomina tamte wydarzenia. Zaciekawiona sięgnęłam do internetu, aby czegoś się na ten temat dowiedzieć. Tłem innego opowiadania, zatytułowanego "Osobiste przeżycie", są krwawe zamieszki, jakie wybuchły w jednym z miast. Dwie kobiety w różnym wieku z zupełnie innych warstw społecznych chronią się w zamkniętym sklepie. Są sobie zupełnie obce, różni je wszystko. Na moment się jednoczą, szukając schronienia, ale czytając, miałam świadomość, że tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą i nie rozumieją siebie wzajemnie, a gdyby dłużej były skazane na swoje towarzystwo, pojawiłaby się między nimi wrogość. Jak już wspominałam, duże wrażenie zrobiło na mnie pierwsze opowiadanie zatytułowane "Cela numer jeden". Opowiedziana w  nieco ironiczny sposób historia młodego studenta, którego rodzice pracują na tym samym uniwersytecie wstrząsanym wojną gangów. Chłopak trafia do więzienia, bo zadaje się z niewłaściwymi ludźmi. Czy jest winny, czy może stał się przypadkową ofiarą, bo policja musiała się wykazać, tego nie wiemy. Mamy tu wszystko jak w soczewce - przywileje zamożnych, beznadziejną sytuację biednych, korupcję, bezkarność policji, straszne warunki panujące w więzieniu. Ale to, co mnie poruszyło, to przemiana tego beztroskiego i niezbyt kryształowego chłopaka, która w nim zaszła pod wpływem tego, czego świadkiem był w celi.

Jak już wspominałam, opowiadania, których akcja toczy się w Nigerii, przeplatają się z tymi, których tematem jest doświadczenie emigracji do Stanów. I tu też znajdziemy bardzo różne historie. "Imitacja" to opowieść o kobiecie, której mąż jest bardzo bogaty. On mieszka w Nigerii, ona z dzieckiem w Stanach. Chociaż opływa we wszelkie luksusy,  czuje się w tym świecie samotna i obca, a jakby tego było mało, dowiaduje się, że jej mąż ma w Lagos kochankę, co wśród takich ludzi jak on nie jest czymś niezwykłym. Podwójne życie wydaje się czymś oczywistym. W opowiadaniu "W poniedziałek tydzień temu" znajdziemy zderzenie świata zamożnej Ameryki ze światem młodej Nigeryjki, która dołączyła do swojego chłopaka, a w oczekiwaniu na pozwolenie na pracę (albo zieloną kartę, nie pamiętam) opiekuje się dzieckiem prawnika i artystki. Nieoczekiwanie pod wpływem krótkiego spotkania z wciąż nieobecną mamą chłopca odkrywa w sobie coś, czego chyba wcześniej sobie nie uświadamiała. Przez moment wydaje jej się, że może być dla kogoś ważna, szybko się jednak rozczaruje. Chyba najbardziej przejmujące spośród amerykańskich  opowiadań jest to zatytułowane "Małżeństwo skojarzone przez swatów". To opowieść o młodej kobiecie wychowanej w Nigerii przez wujostwo, która zostaje przez nich wyswatana z nigeryjskim lekarzem mieszkającym w Stanach. Mamy tu zderzenie wyobrażeń o życiu w Ameryce z tym, jak to wygląda naprawdę. No i przejmującą historię dziewczyny, która jest przeraźliwie samotna, nie zna tamtego świata, tęskni za swoim dawnym życiem, chociaż nie było różowe, i orientuje się, że ten amerykański sen to dla niej pułapka. Jest jednak nadzieja - może okaże się silna i wybije się na samodzielność. Nadziei nie ma za to w opowiadaniu "Ambasada amerykańska". To zderzenie kobiety z bezdusznym urzędniczym aparatem amerykańskiej ambasady. Ona w wyniku sytuacji politycznej w kraju straciła dziecko, jej mąż, dziennikarz, musiał uciekać z Nigerii, a teraz ona stara się o azyl, aby do niego dołączyć. Nie potrafi i, pogrążona w rozpaczy, nie ma siły udowodnić, że jest ofiarą politycznych prześladowań. 

Dużo w tych opowiadaniach, których akcja toczy się w Stanach, samotności, poczucia obcości, niezrozumienia, bo przecież dla Amerykanów każdy czarny jest podobny i może wcale nie pochodzi z Afryki, a na przykład z Jamajki, i żmudnego pięcia się w górę, aby jakoś się urządzi i spełnić ten amerykański sen.

Wyjątkowe jest opowiadanie ostatnie, "Uparta historyczka", bo sięga czasów kolonialnych i opowiada historię silnej, samodzielnej kobiety mieszkającej w wiosce na głębokiej prowincji, żyjącej w społeczeństwie klanowym, która dopiero zderza się z białymi ludźmi, z ich obyczajami i religią. Ich świat z jej perspektywy jest dziwaczny, obcy i gorszy, żeby nie powiedzieć, głupi. Chcąc jednak dopiąć swojego celu, decyduje się powierzyć im swojego syna, czytaj posłać go do szkoły misyjnej. To jednak pułapka, bo on stanie się już kimś zupełnie innym. I dopiero jej wnuczka, trochę z obu tych światów, świadomie zacznie szukać swoich korzeni.

Bardzo ciekawe opowiadania. Każde można by poddać osobnej analizie, nad każdym można się zamyślić. Przyjemność lektury i poczucie, że to nie błahostka.

Anastasija Lewkowa "Imiona Krymu"

O powieści "Imiona Krymu" Anastasiji Lewkowej (KEW 2025;

przełożyła Joanna Majewska-Grabowska), mieszkającej we Lwowie ukraińskiej pisarki, redaktorki, menadżerki kultury, usłyszałam, bo śledzę to, co wydaje Kolegium Europy Wschodniej. Ukraina, a w dodatku Krym, jasne było, że muszę przeczytać. Trochę poczekałam, bo niby premiera pod koniec 2025 roku, ale tak naprawdę książka była dostępna dopiero jakiś czas potem, a  ebook jeszcze później. Bardzo chciałam się jak najszybciej za nią zabrać, ale że powieść raczej z tych obszerniejszych, poczekałam na wolne, czytaj święta, aby zanurzyć się w niej tak na raz, głęboko. I rzeczywiście udało się, połknęłam ją w niecałe cztery dni. 

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego o tej powieści tak niewiele się mówi. Jest przecież nie tylko bardzo interesująca, ale może przede wszystkim niezwykle ważna, o czym za chwilę. Bardzo często się zdarza, że wywiad z autorem czy z autorką goni wywiad, a do tego spotkanie, jakaś rozmowa o książce, a to wszystko dostępne dzięki podcastom. Bywa, że po którymś razie odpuszczam, chociaż książką jestem zainteresowana, no bo ile można słuchać o tym samym. A tym razem niewiele. Raptem jedna rozmowa poświęcona "Imionom Krymu". Naprawdę nie rozumiem, jak to działa. A właściwie rozumiem - promocja, promocja, promocja, pieniądze, pieniądze, pieniądze, nadmiar, nadmiar, nadmiar. No ale literatury ukraińskiej nie ukazuje się w Polsce aż tak dużo, aby nie można wychwycić tego, co naprawdę ważne. A już o Krymie pewnie w ogóle. 

Akcja "Imion Krymu" rozgrywa się od początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku do aneksji półwyspu w roku 2014. Potem jest jeszcze posłowie, a właściwie epilog, z którego dowiadujemy się, jak potoczyły się losy bohaterek i bohaterów po wybuchu  wojny w roku 2022. Główną bohaterką, i narratorką jednocześnie, jest dziewczyna, a potem młoda kobieta, która pochodzi z rodziny rosyjskiej. Wychowała się w Bakczysaraju, potem będzie studiować w Symferopolu, gdzie zamieszka. Jej imię poznamy dopiero w jednej z końcowych scen powieści, więc nie będę go tutaj zdradzać. Kilkakrotnie natomiast pada w książce jej nazwisko, Utajewa, bo tak bardzo często zwracają się do niej nawet  znajomi. Także ukochany, Wład, nie używa jej imienia. Kiedy akcja powieści się rozpoczyna, narratorka chodzi do przedszkola, gdzie zaprzyjaźnia się z Aliją, Tatarką Krymską. Uwielbia chodzić do niej w odwiedziny, gdzie spotyka jej licznych krewnych. Bardzo szybko łapie język Tatarów Krymskich, a ta przyjaźń, chociaż przerwana na czas szkoły podstawowej i odnowiona później, będzie miała bardzo wielki wpływ na losy narratorki. Jest jeszcze trzecia bohaterka, Alona, Ukrainka, która potem wyjedzie z Krymu i z Ukrainy, będzie studiować i pracować w Niemczech. To oczywiście nie wszyscy bohaterowie i bohaterki. Krymscy Tatarzy, Ukraińcy, Rosjanie, ludzie o mieszanej tożsamości. Nie będę się tu rozwodziła nad akcją powieści, bo chociaż jest bardzo interesująca i sprawia, że się zanurzyłam w świat przedstawiony na kartach powieści, weszłam w niego głęboko, to przecież nie z tego powodu ta powieść jest tak ważna.

Jej znaczenie polega na tym, że pokazuje czytelniczkom i czytelnikom Krym. Nie ten pocztówkowy, turystyczny, chociaż i to w powieści kusi, ale ten prawdziwy, w całym jego skomplikowaniu. Jak wynika z informacji od tłumaczki, pokazuje go nie tylko zagranicznym czytelniczkom i czytelnikom, ale i ... ukraińskim. Pewnie z tego powodu powieść stała się w Ukrainie bestselerem. Bo cóż ja wiedziałam o Krymie? Że piękny, bo góry i morze. Że Tatarzy Krymscy. Że wiele interesujących zabytków. Że zachwycał się nim Mickiewicz. Że kiedyś został podbity przez imperium rosyjskie, potem ofiarowany Ukrainie, a wreszcie  zaanektowany przez Rosję w roku 2014. Zawsze chciałam tam pojechać, nie zdążyłam, a teraz, wiadomo. Wątpię, czy za mojego życia wizyta tam będzie możliwa. A nawet jeśli półwysep wróci do Ukrainy, to nie będzie to już to samo miejsce odmalowane na kartach powieści. I właśnie prawdę o Krymie odsłania książka Anastasiji Lewkowej. 

A prawda to skomplikowana. To miejsce, gdzie zmieszały się różne etnosy. Tatarzy Krymscy, jego rdzenni mieszkańcy, deportowani w czasach stalinowskich, pozbawieni wszystkiego, musieli sobie układać życie w głębi Rosji, ale zawsze chcieli wrócić. Kiedy w latach osiemdziesiątych stało się to wreszcie możliwe, wcale nie było takie łatwe. Nie tylko dlatego, że ich domy albo zostały zburzone, rozgrabione, albo mieszkał już w nich ktoś inny, ale także dlatego, że najmłodsze pokolenie, urodzone już na zesłaniu, często było rozczarowane tym, co zastało na miejscu. Bo przecież od rodziców i dziadków słyszeli, jak tam wspaniale, jak pięknie, że ziemia przodków. Tymczasem oni jej nie znali, wrośli w inne miejsce, a konfrontacja tego, co wyobrażone, z tym, co zastane, wypadała często na niekorzyść tego pierwszego. To przypadek ojca Aliji. Ba, powrót oznaczał też najczęściej degradację materialną i zawodową. Dopiero stopniowo Tatarzy Krymscy musieli odtwarzać swój świat, budować swoje życie na nowo. Jak zawsze pojawiają się problemy - jak zachować tożsamość, także językową, a jednocześnie nie zamknąć się w getcie i w skansenie. To dotyczy zwłaszcza młodego pokolenia. Tym bardziej nie jest to łatwe, bo to grupa przez wielu pogardzana, słabo znana, postrzegana stereotypowo, bardzo łatwo wzbudzić wobec niej jakieś pierwotne lęki. Czy oni w ogóle mają jakąś literaturę? Ktoś zadaje takie pytanie głównej bohaterce, która dzięki przyjaźni z Aliją staje się miłośniczką ich kultury. 

Przecież były demonstracje, w Symferopolu pod Radą Ministrów domagali się oddania domów. Potem zrozumieli, że domów nikt im nie zamierza zwracać i w ogóle nikt tu na nich nie czeka, to zaczęli się budować ... Nie wiadomo, skąd biorą na to pieniądze, ale niech im tam! Żeby tylko nie odbierali ludziom domów.

Co się śmiejesz? Jedna kobieta w szpitalu opowiadała, że do jej siostry przyszedł chłopczyk z sąsiedztwa, Tatar, i zapowiedział: " Babo Walu, wam poderżniemy gardło bezboleśnie".

- Tatarzy Krymscy wam nie dokuczają? 

O mój splot słoneczny rozbryzguje się fala, ale udając spokój, odpowiadam:

- Oj, nie, a jak mieliby nam dokuczać?

- Bardzo się martwimy, żeby Krymu przez nich nie zabrali Turcy.

Druga grupa to Rosjanie, którzy osiedlali się na półwyspie od czasów podboju przez imperium rosyjskie, a potem w czasach stalinowskich. Także ludzie radzieccy, często mieszanej narodowości, ale zradziecczeni, wychowani na rosyjskiej kulturze, władający językiem rosyjskim. To bardzo liczna grupa. I wreszcie Ukraińcy, też najczęściej mówiący po rosyjsku, przywiązani do rosyjskiej literatury, bo też nie urodzili się na Krymie, przybyli tu ich rodzice w czasach ZSRR. Zwabieni pracą, ale najczęściej zmuszeni nakazem. Takich Ukraińców mieszkających z dziada pradziada na Krymie było najmniej.

... Ukraińcy z Krymu rzeczywiście nie dawali stabilnego oparcia: nigdy z nimi nie rozmawiałam. Z tymi, którzy faktycznie rozmawialiby po ukraińsku. Nigdy nie rozmawiałam z Ukraińcami-Krymczanami. W dodatku ukraińskojęzycznymi - żeby te trzy cechy zbiegły się w jednym człowieku. Ołena Wasyliwna nie pochodzi z Krymu; Achtem - Tatar Krymski; Alona - Ukrainka z Krymu, ale mówi po rosyjsku.

Kiedy Ukraina staje się niepodległa, problemy wcale nie znikają. Ci, którzy utożsamiają się z nowym państwem, czują się przez nie zostawieni sami sobie, opuszczeni. Ani Tatarzy Krymscy, ani Ukraińcy nie czują wsparcia, sami muszą walczyć o naukę języka tatarskiego czy ukraińskiego, poznawanie literatury i kultury. 

- Ale Ukraina niespecjalnie dba o język - zauważyłam.

- Dlatego zdecydowałaś się przejąć obowiązki państwa - żartobliwie podsumował wujek Bekir.

Wcześniej większość Tatarów Krymskich uważała Rosję za zło i zagrożenie, a Ukrainę utożsamiała z dobrem i bezpieczeństwem, tyle że władza trafiła się nietęga, poradziecka i prorosyjska. Teraz przyszła władza rzekomo  nieporadziecka i nieprorosyjska, a nadal lekceważy ich potrzeby ... Co mają myśleć o takim państwie?

Kwestia języka jest tu bardzo ważna. Bo nawet ci, którzy czują się Ukraińcami albo utożsamiają się z państwem ukraińskim, mówią między sobą po rosyjsku. Ukraiński uchodzi za język gorszy, język wsi. 

- Skoro są tacy ludzie, to dlaczego na ulicach nikt nie rozmawia po ukraińsku? - Wika wątpiła w prawdziwość słów Oli.

- A dlatego, że ktoś od razu do nich się przyczepi, złaja tym swoim: "co za chachłacki język" - twardo zripostowała Ola.

To samo dotyczy Tatarów Krymskich. A dla Rosjan język ukraiński staje się opresją. 

- Doigrali się swoimi rewolucjami i tym swoim Juszczenką - zżymała się wykładowczyni retoryki, przerażona wizją obowiązkowego posługiwania się ukraińskim w piśmie i w mowie.

Są wreszcie tacy, którzy chociaż nie czują się jakoś bardzo Ukraińcami, wolą mieszkać w Ukrainie niż w Rosji. Ale wielu myśli inaczej, tęskni za czasami Związku Radzieckiego, często je idealizując. To przypadek matki Alony, która chociaż jest Ukrainką, w chwili próby zdecydowanie opowiada się za Rosją. Co ciekawe, tacy ludzie wyzywali Ukraińców od banderowców i faszystów, a wrogie nastroje nasiliły się od wybuchu Majdanu.

I właśnie to pozostawienie Krymu przez Ukrainę samemu sobie, to nieinteresowanie się nim chyba było dla mnie największym odkryciem i zaskoczeniem. Nie miałam świadomości, że Krym stał się ważny dopiero wtedy, kiedy został utracony, bo odtąd była to kwestia godności. Kiedy narratorka jeździ do Kijowa, a robi to często, bo jej ukochany, Wład, tam mieszka, spotyka się z niezrozumieniem. Ludzie, z którymi rozmawia, postrzegają Krym stereotypowo, niewiele wiedzą o nim i jego mieszkańcach.

Podczas pierwszych przyjazdów Włada okazało się, że przez Krym rozumie morze, góry i piasek, ale nie ziemię. Chyba nie podejrzewał, że mamy tu parlament, rząd, uniwersytety, jakieś gazety i kanały telewizyjne, jakieś jeszcze narodowości, inne języki, ludzkie historie i wir życia. Myślał, że na Krym składają się plaże między górami a morzem i Rosjanie, a właściwie sowietikusy, obsługujący letników.

- Krym to jakieś nieporozumienie, narzucona enklawa, żeby wciągnąć Ukrainę w bagno, przepraszam do Rosji. Donbas też, ale tam przynajmniej kiedyś żyli Ukraińcy, a na Krymie nawet stopy nie postawili - mówił Roman.

Obruszyłam się.

- Coo? A kozackie osady w Chanacie Krymskim?

Dlatego trudno się dziwić, że zapomniani, pozostawieni sami sobie, pogardzani, nierozumiani Krymczanie w godzinie próby w dużej części opowiadają się za Rosją.

Kolejny ważny problem poruszany w powieści, to kwestia tożsamości. Główna bohaterka pochodzi z rosyjskiej rodziny, wychowała się na rosyjskiej literaturze, wśród Rosjan, Tatarów Krymskich i Ukraińców. Najpierw wciąga ją świat tych drugich, dopiero potem dzięki nowej ukraińskiej nauczycielce poznaje język ukraiński, ukraińską kulturę i literaturę. Jak potoczyłyby się jej losy, gdyby nie to spotkanie? Kim by była? 

... co by było, gdybym półtora roku temu odmówiła wzięcia udziału w olimpiadzie z ukraińskiego, nie rozmawiała z Oleną Wasyliwną, nie trafiła do Yaslar? Gdybym nie poznała Achtema, nie czytała książek w jego domu, nie odnowiła przyjaźni z Alije, nie słuchała przemyśleń wujka Berika? Czy byłabym szczęśliwa? Może byłabym spokojniejsza. (...) Wiedza pomnaża ból, jak mówi Olena Wasyliwna. Wiem, więc cierpię. Chcę się sprzeczać, udowadniać, cierpię przez to, w jak nieodpowiedniej rodzinie wyrosłam i z kim się teraz przyjaźnię, kogo lubię, komu ufam. 

Jako neofitka rzuca się na nowy język i nową kulturę, staje w ich obronie, ale jednocześnie nie chce się wyrzec Dostojewskiego, Tołstoja czy Gogola. Dręczy ją pytanie, czy to dobrze? 

Skandując: "Ukraina! Ponad wszystko!", żądałam od siebie szczerej odpowiedzi: czy ja też przedkładam Ukrainę ponad wszystko? I odpowiadałam: nie. Po co w takim razie się angażuję? Po co mi ukraiński, po co całe moje życie, od kiedy skończyłam czternaście lat? Po to - wyjaśniałam sobie - że ponad wszystko cenię wolność i możliwości.

I pewnie nie musiałaby odcinać rosyjskiej części swojej tożsamości, gdyby nie aneksja Krymu, a potem wojna. Narratorka ma jeszcze jeden problem - to przeszłość jej dziadka, którego bardzo kochała. Pracował w KGB. Co tam robił? Tego się nigdy nie dowiedziała. Nie miała też odwagi powiedzieć swojej przyjaciółce, kim był. Może prześladował jej przodków? To rozdarcie powodowało poczucie winy.

Muszę przyznać, że było w tej powieści kilka takich momentów, które mnie wzruszyły. Nie ma co ściemniać, po prostu się rozpłakałam. To oczywiście ostatnie partie książki, już po aneksji Krymu. Wyjazdy wielu bohaterów, którzy albo nie chcą mieszkać w Rosji, albo muszą uciekać przed represjami. Zostawiają za sobą wszystko. Domy, mieszkania, przyjaciół, pracę, rodziców. Czy kiedyś będą mogli wrócić? Czy zobaczą się jeszcze ze swoimi bliskimi? Czy odwiedzą Bakczysaraj, Symferopol, pojadą nad morze? Nie wygląda, aby w jakiejś wyobrażalnej przyszłości było to możliwe. Wielu z nich ma dylemat - zostać, dostosować się, jakoś żyć czy jednak wyjechać? Przecież tak są do Krymu przywiązani, nie wyobrażają sobie życia gdzieś indziej. Niestety niektórzy szybko zrozumieją, że pozostanie oznacza aresztowanie albo propozycję współpracy. No i bardzo poruszył mnie obraz zmian, jakie w szybkim czasie po aneksji zaczęły zachodzić na Krymie. Jak okupanci rugowali wszystko, co ukraińskie i tatarskie, jak zaczęli przywłaszczać sobie albo niszczyć zabytki, dziedzictwo, a nawet ingerować w krajobraz, który był też częścią tożsamości Krymczan. Bardzo to smutne. Bardzo smutna powieść. No i natychmiast uruchomiła się we mnie świadomość, ilu jest ludzi na świecie, którzy zmuszeni sytuacją wyjeżdżają w nieznane, zostawiając wszystko za sobą, i ile jest takich miejsc, których dziedzictwo, przeszłość są systematycznie zacierane.

Cała książka jest bardzo ciekawa, ale chyba najważniejszy jest ostatni rozdział - opowieść o tych kilku miesiącach, kiedy na Krymie pojawiły się zielone ludziki, do momentu, kiedy półwysep został zaanektowany przez Rosję. W miejsce kilku wdrukowanych nam w pamięć haseł, zielone ludziki, manifestacje, prześladowania, referendum, mamy insajderski wgląd w ten burzliwy, zakończony klęską czas. Możemy go sobie wyobrazić.

Co ciekawe, Anastasija Lewkowa nie mieszkała na Krymie, była tam przed aneksją chyba tylko dwa razy, za to przez wiele lat przeprowadzała liczne wywiady z mieszkańcami półwyspu, robiła dokładny risercz i tak powstała ta powieść.

Naprawdę lektura konieczna!!! Zdecydowanie zasługująca na rozpropagowanie!!!

Ilan Pappe "Czystki etniczne w Palestynie"

Niedawno dzieliłam się tu refleksjami o powieści palestyńskiej

pisarki, aktywistki i naukowczyni, Susan Abulhawy, "Poranki w Dżeninie". Książka tak bardzo podniosła mi ciśnienie, że natychmiast sięgnęłam po pracę izraelskiego historyka i aktywisty, Ilana Pappe, "Czystki etniczne w Palestynie" (Instytut Wydawniczy Książka i Prasa 2017; przełożyła Anna Sak). Przyznam, że wcześniej nie słyszałam ani o tym tytule, ani tym bardziej o jego autorze. Poleciła mi jego książki bliska mi osoba czytająca swobodnie po angielsku. Wspominam o tym, bo w Polsce wyszła niestety tylko ta jedna jego pozycja. 

Ilan Pappe, który obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii, gdzie pracował, a może nadal pracuje, na Uniwersytecie Exeter, należy do grona izraelskich nowych historyków, którzy rewidują historię swojego kraju, patrząc na nią w sposób krytyczny. 

Jak już wspominałam, pisząc o "Porankach w Dżeninie", dzięki lekturom książek Rajy Shehadeha, Pawła Smoleńskiego i innych sporo wiem o tym, jak współcześnie wygląda życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy, natomiast miałam niewielkie pojęcie o przeszłości. Przyznaję, patrzyłam na nią bardziej z perspektywy izraelskiej niż z palestyńskiej. To skomplikowane, myślałam. Dopiero powieść Susan Abulhawy rzuciła inne światło na historię Nakby. Teraz jeszcze bardziej poszerzyłam swoją wiedzę, czytając książkę Ilana Pappe.

"Czystki etniczne w Palestynie" obejmują okres bezpośrednio tuż przed powstaniem Izraela do czasów współczesnych, przy czym koniecznie muszę zaznaczyć, że to drugie oznacza rok 2007, bo wtedy ukazało się ich pierwsze wydanie. Główny nacisk kładzie autor na przeszłość, której poświęca najwięcej miejsca. Wszystko, o czym pisze, jest bardzo dobrze udokumentowane. Obficie cytuje źródła, na których się opiera, między innymi dziennik Ben Guriona albo rozkazy wojskowe. Sporo też opowieści świadków, którzy Nakbę przetrwali.

Cóż, w trakcie lektury nie raz, nie dwa włos jeżył mi się na głowie, pięści zaciskały się ze złości, a na usta cisnęło się pytanie - jak ci sami ludzie, którzy uciekli z Europy przed antysemityzmem, zostali z niej wypchnięci, przeżyli Holokaust, byli jego świadkami, mogli potem brać czynny udział w wypędzaniu Palestyńczyków z ich wiosek albo dzielnic miast, burzeniu ich domów, ograbianiu ich ze wszystkiego, szabrowaniu tego, co po nich zostało, a wreszcie mordowaniu, głównie mężczyzn, przy czym za mężczyzn uznawali także chłopców. Albo biernie przyglądać się temu wszystkiemu. Albo potem zajmować ich domy, jeśli wcześniej nie zostały zrównane z ziemią. Ponieważ autor bardzo dokładnie dokumentuje kolejne etapy Nakby i zagładę kolejnych wiosek, w sumie ponad kilkuset - przyznam, to szczególarstwo bywało czasem trochę nużące, bo powtarzalne - w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że pisze też o wiosce, z której zostali wypędzeni bohaterowie powieści Susan Abulhawy. Wspomina też o tym, co tak bardzo mnie w czasie jej lektury poruszyło, że stała się w pewnym momencie kolonią żydowskich artystów przybyłych z Europy. Nie zastanawiali się nad tym, co się stało z tymi, którzy tam mieszkali? Tak łatwo uwierzyli, że to terroryści czyhającymi na Izrael? A może dali sobie wmówić, że cel uświęca środki?

Ilan Pappe wprost nazywa  Nakbę czystkami etnicznymi. Udowadnia, że był to konsekwentnie realizowany plan, nazwany kryptonimem "Dalet". 

... realizacja zadania zajęła 6 miesięcy. W chwili, gdy uznano je za wykonane, wysiedlona została ponad połowa rdzennej ludności Palestyny - blisko 800 tys. ludzi - zniszczono 531 wsi i usunięto mieszkańców z 11 obszarów miejskich.

W bardzo sprytny, pomysłowy sposób autor zestawia tamte wydarzenia z czystkami etnicznymi w byłej Jugosławii, kiedy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku zamieszkujące ją narody rzuciły się sobie do gardeł. Niemal każdy z rozdziałów zaczyna się jakimś cytatem, z prasy, z dokumentów ONZ-etu czy innych źródeł, dotyczącym czystek etnicznych na Bałkanach. Czasem od razu autor zderza to z cytatem dokumentu z czasów Nakby, innym razem tę analogię odnajdujemy w rozdziale. Taki zabieg sprawia, że tym dobitniej dociera do czytelniczki czy czytelnika, jakie kryteria trzeba stosować do tamtych zdarzeń. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z takich cytatów rozpoczynający rozdział czwarty zatytułowany "Finalizowanie planu generalnego".

Według rzecznika prasowego NATO, Jamie'ego Shea, wszystkie raporty docierające do NATO wskazywały, iż wydarzenia w Kosowie rozgrywają się zgodnie z dobrze zorganizowanym planem generalnym nakreślonym przez Belgrad. Zaznaczył, że aktów przemocy dokonywano według pewnego schematu: najpierw serbskie czołgi otaczają wsie, następnie wkraczają oddziały paramilitarne, które pod lufami karabinów spędzają cywilów w jedno miejsce, po czym oddzielają młodych mężczyzn od kobiet i dzieci. Kobiety i dzieci są wypędzane z domów, a potem posyłane dalej, w kierunku granicy. Gdy opuszczą wsie, ich domy są plądrowane, a potem systematycznie podpalane. (CNN, 30 marca 1999)

Operacje można przeprowadzać następującymi sposobami: poprzez niszczenie wsi (podpalanie, wysadzanie w powietrze domów, zaminowywanie gruzów), zwłaszcza tych skupisk ludności, które trudno kontrolować stale, albo w formie akcji poszukiwawczo-kontrolnych według następującego schematu: okrążenie wsi, przeszukanie. W razie napotkania oporu oddziały zbrojne mają zostać unieszkodliwione, a ludność wydalona poza granice państwa. (Plan "Dalet", 10 marca 1948)

A Ben Gurion instruował:

Finałem każdego ataku ma być zajęcie, zniszczenie i wysiedlenie.

Niestety nie jest to wcale najdrastyczniejszy cytat wyciągnięty z dokumentów albo z opowieści świadków.

Książka Ilana Pappe uświadomiła mi jeszcze jedno - to, co się stało w Palestynie, jest czystym kolonializmem. Może już wcześniej obiło mi się o uszy stwierdzenie, że Izrael to państwo kolonialne, ale tylko obiło, jakoś się w to nie wgłębiałam, traktowałam jak publicystyczne stwierdzenie. Tymczasem w trakcie lektury tej książki uderzyło mnie to z całą mocą, chociaż autor znacznie częściej niż terminu kolonializm używa  pojęcia czystek etnicznych. 

Fakt, iż dokonujący wysiedlenia byli nowymi przybyszami i działali w ramach projektu kolonizacyjnego, łączy casus Palestyny z kolonialną historią czystek etnicznych w Ameryce Północnej i Południowej, Afryce i Australii, gdzie biali kolonizatorzy popełniali takie zbrodnie rutynowo.

Bo czyż nie jest kolonializmem wyrzucenie z jakiegoś terenu rdzennych (arabskich) mieszkańców stanowiących zdecydowaną większość ludności przez przybyłą z Europy mniejszość (żydowską), która  stopniowo zagarnia ziemię tej większości po to, żeby stworzyć tam sobie swoje państwo? A tych nielicznych, którzy w obrębie tego państwa pozostaną, traktuje jak obywateli drugiej kategorii. Czym to jest, jeśli nie kolonializmem? W roku 1922, kiedy Rada Ligi Narodów zatwierdziła brytyjski mandat na obszarze Palestyny, mieszkało tam 78% muzułmanów, 11% Żydów i niecałe 10% chrześcijan. Kilka lat później dzięki kolejnym alijom Żydów jest już 16%, ale nadal posiadają tylko 4% ziemi. W 1939 roku Żabotyński, jeden z syjonistycznych przywódców, pisze:

... Arabowie muszą zrobić miejsce dla Żydów w Ziemi Izraela. Skoro dało się przenieść narody nadbałtyckie, to da się to zrobić z palestyńskimi Arabami.

Kiedy w 1947 roku zaczęły się czystki etniczne, ludność palestyńska, muzułmańska i chrześcijańska stanowiła nadal dwie trzecie, a tylko jedną trzecią stanowili syjonistyczni żydowscy osadnicy i uchodźcy z powojennej Europy. Większość przybyła w latach dwudziestych XX wieku i później. I tej mniejszości posiadającej tylko 6% ziemi, ONZ-et obiecał państwo zajmujące ponad połowę terytorium Palestyny. W jego granicach Żydzi posiadali zaledwie 11% ziemi i wszędzie byli mniejszością.

Autor pokazuje też, jak to wszystko dokonało się przy bierności Wielkiej Brytanii, która wcześniej po upadku Imperium Osmańskiego sprawowała nad terenem Palestyny kontrolę, zwaną mandatem, co też przecież było formą kolonializmu, Stanów Zjednoczonych i całego świata zachodniego oraz instytucji międzynarodowych, w tym ONZ-etu. Szczególnie po wojnie wyrzuty sumienia z powodu bierności wobec Holocaustu powodowały, że usprawiedliwiano albo przymykano oczy na wszelkie działania syjonistów w Palestynie, a potem państwa Izrael. Tak zresztą dzieje się do dziś. Bardzo łatwo być posądzonym o antysemityzm, jeśli krytykuje się to, co wyprawia Izrael na Zachodnim Brzegu czy w Strefie Gazy.

Ilan Pappe obala jeszcze jeden mit, który służy za usprawiedliwienie Nakby. Pokazuje, że to nie Palestyńczycy byli stroną atakującą i zagrażającą żydowskim osadnikom, chociażby dlatego, że po stłumionym przez Brytyjczyków powstaniu, które w roku 1936 wybuchło przeciwko brytyjskiej i syjonistycznej kolonialnej polityce, palestyńskie struktury polityczne i wojskowe zostały rozbite i nie odbudowały się do czasów Nakby. Także państwa arabskie nie były skore do niesienia im pomocy, a rola Jordanii była wręcz haniebna. Jeśli dochodziło do zamachów, to była to reakcja na to, co się działo. Siły izraelskie miały zdecydowaną przewagę. Na przykład w 1938 roku w zamachach przeprowadzonych przez żydowski Irgun zginęło 119 Palestyńczyków, tymczasem w zamachach palestyńskich zginęło 8 Żydów.

A potem zaczęło się zacieranie śladów, wycinanie ze zbiorowej pamięci arabskiej przeszłości tych ziem, choćby przez systematyczne zalesianie terenów po palestyńskich wioskach i tworzenie na tych obszarach terenów rekreacyjnych. 

Wiele nowych osiedli i parków narodowych w całym Izraelu zostało zapisanych w pamięci zbiorowej tego kraju z pominięciem faktu, że niegdyś na ich terenie rozciągały się palestyńskie wsie, nawet jeśli fizyczne pozostałości takie jak pojedynczy dom albo meczet, świadczą o tym, że ktoś tam wcześniej mieszkał i to wcale niedawno, bo jeszcze w 1948 r.

I konsekwentne budowanie opowieści o Izraelu jako państwie, na które czyhają wszyscy sąsiedzi. Ostoi cywilizacji w morzu barbarzyństwa. 

Spreparowana przez izraelskich historiografów opowieść mówiła o masowym "dobrowolnym transferze" setek tysięcy Palestyńczyków, którzy postanowili opuścić swoje domy i wsie, żeby utorować drogę nadciągającym arabskim armiom żądnym unicestwienia młodziutkiego państwa żydowskiego.

I tak to trwa do dziś. Jest coraz gorzej, nadziei na rozwiązanie konfliktu nie widać. Izrael konsekwentnie odmawia Palestyńczykom prawa do powrotu, buduje osiedla i mury na Zachodnim Brzegu. Obsesją stała się kwestia demografii - nie można dopuścić, aby ludności arabskiej było w Izraelu więcej niż żydowskiej.

Niełatwa, czasem nużąca, ale bardzo ważna lektura.

Meksykańskie lektury - Brenda Navarro "Puste domy", Guadalupe Nettel "Jedyna córka"

Potrzebowałam meksykańskich lektur. Jedna spadła mi jak z nieba - to niedawno wydana druga, w Polsce, powieść Brendy Navarro "Puste domy" (ArtRage 2025; przełożyła Agata Ostrowska), a ponieważ zachwyciłam się jej "Prochami w ustach", poszłam za nią jak w dym. Druga, "Jedyna córka" Guadalupe Nettel (Bo.wiem; przełożyła Barbara Bardadyn), została mi polecona przez osobę,  której gustowi czytelniczemu ufam, chociaż nie zawsze nasze książkowe wybory są tożsame. Tak się złożyło, że obie powieści oprócz tego, że zostały napisane przez meksykańskie pisarki, a ich akcja rozgrywa się w Meksyku, łączy też temat - macierzyństwo. Skoro zestawiam je razem - a to dlatego że czytałam je w podróży, więc nie miałam możliwości, aby napisać o nich od razu po lekturze, no a teraz czas jednak goni i wrażenia oraz szczegóły trochę przybladły - to od razu dodam, że z tego umownego pojedynku zwycięsko wychodzą "Puste domy", które polecam bez zastrzeżeń, chociaż nie jest to miła lektura. Do "Jedynej córki" mam trochę uwag, co nie znaczy, że odradzam.

"Puste domy" Brendy Navarro to przeplatająca się opowieść dwóch

kobiet pochodzących z różnych światów. Jedna to reprezentantka klasy średniej. Ma męża Hiszpana, z którym nie układa się jej najlepiej, kocha innego mężczyznę. A może słowo kocha jest tu na wyrost, może to tylko fascynacja i pożądanie? Jej ciąża, wcale nieupragniona i niewyczekana, zbiegła się z faktem, że razem z mężem musieli wziąć na wychowanie nastoletnią córkę jego siostry. Nie chcę tu zdradzać z jakich powodów. Macierzyństwo, i to podwójne, którego wcale nie pragnęła, staje się bardziej obciążeniem niż radością.

Wsiedliśmy do samolotu i ogarnął mnie strach na myśl, że Nagore będzie teraz pod moją opieką, nie wiedziałam, co zrobić z dwójką dzieci. Nigdy nie chciałam być matką, macierzyństwo to najgorszy kaprys, jaki może mieć kobieta.

O ile już w czasie ciąży, smutnej, kamiennej, spleśniałej, żałowałam posiadania macicy, hormonów i instynktu macierzyńskiego, o tyle macierzyństwo i każdy krzyk Daniela wwiercający mi się w uszy utwierdzały mnie w tym poczuciu.

Przygarnięta dziewczynka sprawia problemy, jest do żony swojego wujka wrogo nastawiona, tęskni za dziadkami, którzy zostali w Hiszpanii, a synek, Daniel, okazał się być dzieckiem autystycznym. Do tego dochodzą zawirowania uczuciowe. Kiedy stanie się tragedia, bo chłopiec zniknie z placu zabaw, narratorka będzie nie tylko niewyobrażalnie cierpieć, ale także się obwiniać, bo zamiast go obserwować, zajęta była wymienianiem wiadomości z kochankiem. Równie dobrze mogła czytać książkę - dzieci przecież nie powinny znikać z placu zabaw. Co się z nim stało? Może został porwany na zlecenie jakiejś bogatej bezdzietnej rodziny albo na organy, albo po prostu zawieruszył się, a potem został zamordowany. Wyobraźnia i realia kraju, w którym mieszka, podpowiadają jej takie rozwiązania. Śledząc jej opowieść, jesteśmy świadkami niewyobrażalnego cierpienia. Patrzymy na to, jak jej życie rozpada się, jak staje się tylko letargiem, beznadziejnym trwaniem.

Żeby to wszystko skończyło się raz na zawsze. Żeby wydarzyły się trzęsienie ziemi, eksplozja bomby, wybuch wojny, wystrzał z broni, mściwi rebelianci, jadowity pająk, dwudziestopiętrowy budynek, akt odwagi. Nigdy nie byłam odważna, dlatego żyję. 

Razem z mężem nie potrafią sobie pomóc, każde tkwi w swoim kokonie cierpienia. Czy można pogodzić się z taką tragedią? Jak żyć ze świadomością, że nie wiadomo, czy Daniel żyje, że nie można go pochować, przeżyć po nim żałoby.

Druga bohaterka pochodzi z klasy niższej. Wychowywana tylko przez matkę, z którą jej relacje są, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Podobnie jak z innymi krewnymi. Długo nie wie, kto był jej ojcem, i może lepiej dla niej, żeby się nigdy tego nie dowiedziała. Jej brat traci życie w pracy w sposób nieprawdopodobny, bezsensowny i przerażający. Wiąże się z przemocowym typem spod ciemnej gwiazdy, ale i ona potrafi mu się odwinąć. Ich związek to huśtawka miłości i nienawiści. Przynajmniej tak to wygląda z jej strony, bo czy on ją kocha, mam wątpliwości. Musi sama troszczyć się o swoje sprawy, bo na nikogo nie może liczyć. Dzięki zdolnościom kulinarnym robi to całkiem nieźle. Mimo to czuje się gorsza i pogardzana. 

... jak się nie ma markowych ciuchów, jest się nikim; jak nie ma się auta, jest się nikim; jak ma się auto, ale nie najnowszy rocznik, to źle. Z jednej strony mówią, żeby się starać, wcześniej wstawać, ciężko pracować, wyrwać się z biedy, ale jak już człowiek próbuje, to usłyszy, że wyżej sra, niż dupę ma, że zdradził swoich, że się ich wstydzi, a jak zostanie tam, gdzie mówią, że jest jego miejsce, to zaraz jest Inadianką, babą od quesadilli, straganiarą, Totonaczką. A jeśli do tego wszystkiego masz ciemną skórę, to już masz przejebane, zostajesz na samym dole, żeby mogli cię deptać, takie jest prawo natury.

Jej wielkim pragnieniem, a z czasem, po nieudanych próbach, obsesją, jest posiadanie dziecka, najlepiej córeczki. Pięknej, delikatnej. To dlatego uparcie trwa w tej chorej relacji. Kiedy wszystkie próby zawodzą, decyduje się porwać pięknego, małego chłopczyka. Zdradzam tu tylko to, co  znajduje się w informacji od wydawcy. Zderzenie wyobrażeń o macierzyństwie z prozą życia i trudnościami okazuje się bolesne. Tym bardziej, że właściwie na nikogo nie może liczyć. Jej partner wcale nie pragnął być ojcem. Do tego dochodzi świadomość, że dziecko zostało porwane, ktoś go szuka, mogą wyniknąć z tego problemy, a poza tym to przestępstwo, z czego zdaje sobie sprawę nawet jej facet, który przecież nie stroni od lewych interesów. 

Jest to powieść o różnym stosunku do macierzyństwa, o trudach i rozczarowaniach z nim związanych, o utracie, nie tylko dziecka, i o żałobie, nie tylko po dziecku, o przemocy, porwanych relacjach rodzinnych, braku bliskości i samotności z tym związanej. W tle są realia meksykańskie, dla mnie bardzo ciekawe. Głęboko wnikamy w świat bohaterek, w ich motywacje, w to, co przeżywają. Każda z nich opowiada swoją tragiczną historię odrębnym językiem, co też jest wartością tej powieści. No i pod koniec następuje nieoczekiwany zwrot akcji, który czyni tę opowieść jeszcze mroczniejszą. Schodzimy w najczarniejsze zakamarki ludzkiej podłości i zła. Ta książka nie daje żadnej nadziei, mimo to jest naprawdę warta lektury. Podobnie jak "Prochy w ustach".

PS. 1 Każdy rozdział powieści zaczyna się mottem - fragmentem wiersza Wisławy Szymborskiej!

PS. 2 Dopiero pisząc o drugiej powieści Brendy Navarro, uświadomiłam sobie, że jej "Prochy w ustach" były jedną z ważniejszych książek, jakie przeczytałam w ubiegłym roku, dlatego powinny się znaleźć w moim zestawieniu i to w tej grupie  ocenionej najwyżej. A przeoczenie moje wynika tylko z tego, że, podobnie jak tym razem, pisałam wtedy o trzech powieściach, też czytanych w podróży. No i jej tytuł schował się za tamtymi.

"Jedyna córka" Guadalupe Nettel to też opowieść o różnych

obliczach macierzyństwa i różnym do niego stosunku. Tu bohaterki są trzy. Narratorka Laura, trzydziestolatka, singielka, która wie na pewno, że nie chce mieć dziecka. Jej przyjaciółka Alicja, która kiedyś myślała podobnie, ale w końcu zapragnęła zostać matką. Kiedy jest w upragnionej ciąży, dowiaduje się, że jej córeczka ma rzadką chorobę, jej mózg się nie rozwija i umrze zaraz po urodzeniu. Jest już za późno na jakąkolwiek inną decyzję, Alicja musi urodzić. Ponieważ ona i jej partner są dobrze sytuowani, mogą dobrze, o ile to słowo jest tu w ogóle na miejscu, przygotować się do tego, co nieuchronne. Stać ich na drogie konsultacje medyczne, mogą za radą jednej z lekarek korzystać z wizyt u traumatolożki. Najciekawszy w tej historii jest moment, kiedy okazuje się, że Ines, ich córeczka, jednak nie umiera. Jak długo będzie żyła? Na to pytanie nikt nie potrafi im udzielić odpowiedzi. Jak będzie wyglądało jej życie? Na pewno będzie wymagała nieustannej opieki, pomocy specjalistów, rehabilitacji. Alicja, która jakoś oswoiła się z myślą, że jej dziecko umrze zaraz po narodzeniu, nagle musi zmierzyć się z tym, że będzie musiała poświęcić się wychowaniu chorej córeczki. 

Dla niej przekaz spotkania był bardzo jasny: Ines będzie żyła i ani ona, ani lekarze nie mogli w tym przeszkodzić. W tym momencie w jej głowie pojawił się obrazek nieruchomej nastolatki, której będzie musiała zmieniać podpaski za każdym razem, gdy dostanie miesiączki.

Życie jej i jej partnera zmieni się nie tylko tak, jak zmienia się życie wszystkich rodziców. Czeka ich ciężka praca, ogromne wydatki, strach, niepewność, zmaganie się z chorobą i świadomość, że pozytywnego rozwiązania nie będzie. 

Ten wątek powieści, który wybija się na pierwszy plan, był dla mnie najbardziej interesujący i odkrywczy. Nigdy ani sama, ani w swoim otoczeniu, nie zetknęłam się z taką sytuacją. Ta powieść pozwoliła mi wniknąć w świat kobiety, której dziecko nigdy nie rozwinie się normalnie. Najpierw śledzimy jej rozpacz spowodowaną diagnozą, potem niedowierzanie i miotanie się - może lekarka się myli? Wreszcie zdumienie i, nie boję się tego słowa, rozczarowanie faktem, że córeczka będzie żyła, a w końcu zmagania z codziennością i ewolucję jej stosunku do Ines. To opowieść o trudnym macierzyństwie, ale i o bezwarunkowej miłości, którą obdarza się dziecko, jakiekolwiek by ono nie było.

Trzecią bohaterką jest Doris, sąsiadka Laury, która wprowadza się do mieszkania obok razem z nastoletnim synem. Zza ściany Laura często słyszy płacz, krzyki, wybuchy agresji, dziwne odgłosy. Wkrótce okazuje się, że Doris, która ma zo sobą trudną małżeńską przeszłość, mierzy się z depresją i nie radzi sobie z opieką nad synem i z jego wybuchami agresji. Każde z nich jest samotne i bezradne. Chociaż bardzo się kochają, nie potrafią sobie pomóc, bo nie radzą sobie ze swoimi emocjami. Laura wkracza w ich życie, próbuje pomóc Doris i nieoczekiwanie dla siebie zaprzyjaźnia się z jej synem.

Jest jeszcze czwarta bohaterka, Marlene, opiekunka małej Ines. Jej pojawienie się w domu Alicji i Aurelia to z jednej strony konieczność i ułatwienie w codziennych zmaganiach z opieką nad córeczką, z drugiej strony rodzi rozmaite komplikacje. Szczególnie Alicja ma problem z zaakceptowaniem opiekunki. I nie chodzi tylko o zazdrość o partnera.

Monica przypomniał jej, że przez wiele pokoleń kobiety zamożne czy te z klasy średniej zostawiały swoje dzieci pod opieką służących, podczas gdy dziećmi tych drugich zajmowały się inne, jeszcze uboższe.

- I nie tylko służących. Pomyśl, ile dzieci zostało wychowanych przez babcię albo starszą siostrę. (...) Zawsze opiekowałyśmy się dziećmi innych kobiet i zawsze znajdą się inne kobiety, które pomagają zajmować się naszymi. Oczywiście, że tworzą się więzi między dziećmi a tymi zastępczymi matkami - ciągnęła Monica - ale to nie wydaje mi się wcale takie złe.

To opowieść nie tylko o różnych obliczach macierzyństwa, ale także o tym, jak dzisiaj zmienia się pojęcie rodziny i związków. Także o kobiecej solidarności.

Mam jednak kłopot z tą książką. Długo nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie, co mi w niej przeszkadza. W końcu chyba wiem. Chodzi o sposób pisania, o to, jak ta historia jest opowiadana. Otóż wszystkiego dowiadujemy się od Laury, to ona jest narratorką. opowiada nie tylko o sobie, ale także o Doris, jej synu i przede wszystkim o Alicji. A robi to w taki sposób, a właściwie przecież nie ona, ale autorka, że bardziej przypomina to relację, może nawet literaturę faktu niż powieść. Opowiadając historię tamtych kobiet, a szczególnie swojej przyjaciółki, wchodzi w rolę klasycznego narratora trzecioosobowego - wszechwiedzącego i wszechobecnego. Wie, co czują, co przeżywają, przytacza ich rozmowy. Poza tym miałam wrażenie, że te trzy przeplatające się wątki nie stanowią spójnej całości. Do tego dochodzi dość nachalna metafora - Laura obserwuje ze swojego balkonu parę gołębi, które w gnieździe wysiadują jajka. Ptak, który wykluwa się z jednego z nich, w niczym nie przypomina gołębia. Jest tą sytuacją zafascynowana. Jej obserwacje, zgłębianie ptasich związków i rodzin, mają nam, czytelniczkom i czytelnikom, pomóc  uświadomić sobie, że rodzina może być różna. Naprawdę wystarczy mi do tego historia bohaterek, nie potrzebuję opowieści o gołębiach. Zbyt grubymi nićmi jest to szyte. Pomijam już fakt, że dla mnie odkryciem to żadnym nie jest. No ale po pierwsze pewnie są takie i tacy, którzy nadal uważają, że rodzina to kobieta, mężczyzna i dziecko lub dzieci, a po drugie coraz trudniej o odkrycia. Nie pierwszy raz powtarzam, że nie tyle ważne jest, o czym się czyta, ale jak to zostało napisane.

Popularne posty