Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

Patrick Radden Keefe "Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego"

Do książki Patricka Raddena Keefe'a "Imperium bólu. Baronowie

przemysłu farmaceutycznego" (Czarne 2023; przełożył Jan Dzierzgowski) przymierzałam się od dłuższego czasu. Po pierwsze dlatego, że temat mnie interesuje, a po drugie ze względu na autora, który napisał znakomity reportaż o irlandzkich Kłopotach - "Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej". No i wreszcie sięgnęłam po nią, tym chętniej, ponieważ zauważyłam, że ostatnio czytam tylko beletrystykę i biografie, a reportaż i inne formy poszły gdzieś w kąt.

Książka  Patricka Raddena Keefe'a opowiada historię imperium rodziny Sacklerów, którzy w znacznej mierze odpowiadają za epidemię uzależnienia od opioidów w Stanach Zjednoczonych. Jak wspomniałam, o sprawie słyszałam, od dawna polowałam na inny reportaż na ten temat - "Dreamland. Opiatowa epidemia w USA" Sama Quinonesa. Zbieg okoliczności sprawił, że kiedy czytałam "Imperium bólu", udało mi się upolować wspomnianą wyżej książkę po niezwykle atrakcyjnej cenie, więc wkrótce i po nią sięgnę. Widziałam też bardzo dobry film dokumentalny "Całe to piękno i krew". Jego bohaterką jest znana fotografka i aktywistka Nan Goldin, która po wypadku uzależniła się od leku opioidowego produkowanego przez firmę farmaceutyczną Sacklerów, a kiedy udało jej się uzależnienie pokonać, razem z innymi aktywistami doprowadziła do tego, że muzea, uniwersytety i inne tego typu miejsca zaczęły odcinać się od Sacklerów, którzy hojnie łożyli na te instytucje, i przestawały brać od nich pieniądze. Jej historia pojawia się w jednym z rozdziałów książki Patricka Raddena Keefe'a.

Jeśli miałabym krótko, ale celnie napisać, o czym jest "Imperium bólu", to byłyby to niewyobrażalna chciwość i takiż cynizm oraz powiązania wielkiego biznesu z politykami. Po trupach do celu, czyli ogromnych pieniędzy. W wypadku Sacklerów owo po trupach należy traktować dosłownie, gdyż śmiertelnych ofiar opioidów jest w Stanach więcej niż ofiar wypadków drogowych. Trudno podchodzić do tej książki na chłodno, kiedy czyta się o rozmaitych machinacjach stosowanych przez rodzinę wspomaganą przez armię suto opłacanych prawników, a celem były pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze, jakby ich mieli mało. Kiedy wziąć pod uwagę rozmaite polityczne powiązania i wpływy, z których korzystali, na myśl przychodzą jeszcze takie określenia jak ośmiornica czy mafia.

Patrick Radden Keefe zajmuje się w swojej książce jedną odsłoną opioidowego kryzysu, czyli imperium rodziny Sacklerów, ale chociaż graczy na tym rynku jest więcej, to udowadnia, że to od nich wszystko się zaczęło i oni mają największy udział w tej epidemii. Aby opowiedzieć, jak do tego doszło, zaczyna od początku, czyli od młodości trzech braci, Arthura, Raymonda i Mortimera, którzy przyszli na świat na początku dwudziestego wieku w rodzinie żydowskich imigrantów z Europy. Pierwsza część książki stanowi rodzaj prologu do dwóch kolejnych. To opowieść o najstarszym, Arthurze, którego od czasów szkolnych cechowała niezwykła obrotność i biznesowa smykałka. Zarabiał już jako uczeń, a kiedy studiował, były to już całkiem niezłe pieniądze. Stworzył coś, co z czasem kontynuowali jego bracia, dla których był bardziej ojcem. To po pierwsze model biznesowy oparty na sieci powiązanych ze sobą firm, które z jednej strony grają na siebie, a z drugiej zależności między nimi i między nimi, a właścicielem są trudne do odkrycia. Tak powstała agencja reklamowa, która wspierała raczkujący biznes farmaceutyczny Arthura. Po drugie cel, czyli wielkie pieniądze zarabiane bez oglądania się na uczciwość i etykę. Po trzecie chęć, aby przetrwało nazwisko Sacklerów, które nie miało być kojarzone z biznesem, a już na pewno nie z prowadzonym w nieuczciwy sposób, ale z filantropią. To Arthur dorobił się wielkich pieniędzy najpierw na agencji reklamowej, a potem na valium, leku uspokajającym, który masowo zażywały amerykańskie panie domu. Jedno wspierało drugie. O tamtym problemie Rolling Stonesi napisali nawet wpadającą w ucho piosenkę Mother's Little Helper, którą bez trudu można znaleźć w sieci i którą być może czytelniczko i czytelniku tej notki znacie, ale nie wiecie, że to o tym. Tak było ze mną, przecież nigdy nie wsłuchiwałam się w słowa. W końcu to Arthur zaczął łożyć duże pieniądze na wspomniane już instytucje, stawiając rozmaite warunki i wymagając, aby za każdym razem nazwisko Sacklerów było upamiętnione. Taką drogę powielili, a nawet ją udoskonalili, jego bracia, a potem ich dzieci, wprowadzając na rynek najpierw jeden lek opioidowy, a potem kolejny. Cynizm polegał na tym, że chociaż od początku doskonale wiedzieli, że ich lek przeciwbólowy uzależnia, ukrywali to. Właśnie o to chodziło, aby pacjent, który raz zacznie łykać ten lek, musiał robić to zawsze, zwiększając dawki. Tu ważne zastrzeżenie - te leki powinny być zapisywane tylko pacjentom cierpiącym na poważne bóle pod ścisłą kontrolą lekarza i przez jakiś czas, chyba że dotyczy to pacjentów terminalnych. Tymczasem firma Sacklerów zrobiła wszystko, aby były zapisywane masowo, także z błahych przyczyn, i niemal bez żadnej kontroli. Kiedy sprawa zaczęła się sypać, ich prawnicy udowodniali, że to nie wina leku, ale ludzi, którzy go zażywają.

Aby dotknąć i zrozumieć całą ohydę i grozę tego procederu, całą sieć sprytnych sztuczek, powiązań i nacisków, także politycznych, trzeba przeczytać "Imperium bólu". I chociaż na koniec po długoletniej walce uczciwych dziennikarzy, prokuratorów i sędziów nazwisko Sacklerów okryło się hańbą i stało się toksyczne, to ani nie stracili swoich ogromnych pieniędzy, ani nikt nie poszedł za kratki. Za każdym razem dochodziło do ugody, która była zgniłym kompromisem.

Ale książkę Patricka Raddena Keefe'a można traktować znacznie szerzej niż tylko jako opowieść o imperium Sacklerów, którzy za nic mają uczciwość i prawo. To opowieść o chorobie, jaka drąży współczesny kapitalizm. O niejasnym przenikaniu się państwowego i politycznego z prywatnym, o nieuczciwym lobbingu, o nachalnym marketingu, który udaje informację, o unikaniu płacenia podatków, o wybielaniu zbrukanego wizerunku firmy działalnością charytatywną, o wpływach, o bezkarności, o coraz większym rozwarstwieniu społecznym, a wreszcie o pieniądzach, pieniądzach, pieniądzach, o zysku, zysku, zysku bez oglądania się na koszty. Przecież dziś podobnie działają i podobnie są bezkarni choćby właściciele rozmaitych firm w branży IT, ale przecież nie tylko.  Nazwy i nazwiska każdy może sobie dośpiewać. A nieszczęście polega na tym, że naprawdę trudno się bez tego, co nam oferują, obejść. 

Bardzo ciekawa i bardzo przygnębiająca lektura.

Stasia Budzisz "Welewetka. Jak znikają Kaszuby"

O książce Stasi Budzisz "Welewetka. Jak znikają Kaszuby"

(Wydawnictwo Poznańskie 2023) oczywiście słyszałam, kiedy wyszła, bo była mocno promowana, a jeśli śledzi się na bieżąco, co w wydawniczej trawie piszczy, trudno ominąć szum wokół nowego tytułu. Wtedy jednak nie wstawiłam jej do mojego czytelniczego planu. Jednak jakiś czas temu, sama już nie pamiętam dlaczego, postanowiłam ją przeczytać. Jak znam życie, pewnie długo jeszcze ta nagła zachcianka pozostałaby w sferze planów, a może nawet nigdy by się nie zrealizowała, gdyby nie biblioteka. Doprawdy zapisanie się tam było znakomitym pomysłem.

Stasia Budzisz, dziennikarka i reporterka, dotąd zajmowała się Kaukazem i Europą Wschodnią. Kilka lat temu wydała swoją pierwszą reporterską książkę o Gruzji, gdzie przez jakiś czas mieszkała, zdarzało mi się słyszeć ją w radiu w roli komentatorki problemów związanych z obszarem jej zainteresowań. Dlaczego wobec tego zajęła się Kaszubami? Bo sama jest Kaszubką. Ale droga do tej książki wcale nie była prosta, autorka długo wypierała swoją kaszubskość, wstydziła się jej, a studia polonistyczne wybrała dlatego, aby ją definitywnie unicestwić, przynajmniej na poziomie języka. To proces, o którym dzisiaj już się mówi i który dotyczył także innych mniejszości etnicznych czy narodowych mieszkających w Polsce, na przykład białoruskiej. Po prostu w naszym homogenicznym społeczeństwie języki mniejszości długo uważane były za gwarę, a więc za coś gorszego, bo wiejskiego. W szkole wymagano znajomości polskiego, wobec tego bardzo często nawet jeśli naturalnym językiem dla kogoś był na przykład kaszubski czy białoruski, rodzice w trosce o przyszłość dziecka nie pozwalali mu mówić w tym języku i rozmawiali z nim po polsku. Co wobec tego sprawiło, że Stasia Budzisz dziś identyfikuje się jako Kaszubka? Pobyt w Gruzji, a konkretnie w Megrelii. Dla jej mieszkańców jest oczywiste, że są Megrelami. A kiedy pandemia uziemiła ją w Polsce, pojawiły się plany na książkę o rodzinnych Kaszubach. I tak ostatecznie powstała "Welewetka", reportaż o znikających Kaszubach.

Opowieść o swojej ziemi rodzinnej, jej historii i problemach łączy autorka z historią rodziny. I chociaż cała książka jest ciekawa, to przyznam, że właśnie te fragmenty zainteresowały mnie najbardziej. Może między innymi dlatego, że są to opowieści o pradziadkach i dziadkach, sięgają czasów przedwojennych, wojennych i tuż powojennych, a opowiedziane zostały w bardzo interesujący sposób. Nie było łatwo odtworzyć losy rodziny, dogrzebać się prawdy, bo o pewnych faktach milczano ze strachu albo dlatego, że były zbyt bolesne i lepiej o nich nie mówić. To oczywiście dziadek służący w  Wehrmachcie czy gwałty na Kaszubkach. Stasia Budzisz opowiada o tym, jakim szokiem dla niej było odkrycie, że jej ukochany dziadek służył w niemieckim wojsku. Tym bardziej, że wyobrażała go sobie jako polskiego patriotę i tak o nim opowiadała, konfabulując o jego życiu zgodnie z modelem polskiego patriotyzmu wtłoczonym jej przez szkołę. Dziś już wiemy, dlaczego Kaszubi, Ślązacy czy Mazurzy służyli w niemieckim wojsku. Rozumiemy ten skomplikowany dziejowy splot. Dziś otwarcie mówi się też o gwałtach popełnianych przez radzieckich żołnierzy, którzy wkraczali na wyzwalane tereny. Nie oszczędzali też Polek, ale szczególnie okrutnie traktowali Kaszubki i Mazurki, bo uważali je za Niemki.

Jak się okazuje, o przedwojennej i wojennej historii Kaszub sporo już wiedziałam, co nie znaczy, że tych partii "Welewetki" nie czytałam z zainteresowaniem. Zawsze warto sobie przypomnieć ulotną wiedzę, a i sporo nowych faktów poznałam. Natomiast zupełnie nie miałam pojęcia o współczesnych problemach Kaszubów. Stasia Budzisz nie lukruje rzeczywistości, otwarcie i z nieukrywaną złością pisze o konfliktach pomiędzy najważniejszymi kaszubskimi organizacjami i działaczami wynikających z tego, jak mają się Kaszubi sytuować względem Polski i polskości. Czy są przede wszystkim Polakami i mają się w Polskę wtapiać, czy stanowią jednak byt odrębny mieszkający w Polsce. Pisze o zaniechaniach względem języka, szkolnictwa, ale chyba najbardziej irytuje ją kaszubskość pielęgnowana na pokaz, jako atrakcja turystyczna, bez głębszego namysłu i znajomości historii. Okazuje się, że kaszubski strój ludowy i kaszubski haft to produkt peerelowskich folklorystów. Został wtedy wymyślony i zaakceptowany przez odpowiedni urząd. Bo czegoś takiego po prostu nie było. Autorka dowiedziała się, że to, jak napisała, wielka ściema,  kiedy zaczęła temat zgłębiać. To samo dotyczy zespołów muzycznych, a właściwie instrumentów, na których grają. W tym wypadku mylone są ich funkcje. To z tych powodów pojawił się podtytuł o znikających Kaszubach. Bardzo krytyczna jest też Stasia Budzisz wobec silnej kaszubskiej religijności, która kultywowana bezkrytycznie, bez znajomości kultury i folkloru prowadzi do konfliktów, nieporozumień, a w sferze osobistej do opresji.

Bardzo ciekawa książka. Warto było po nią sięgnąć.

Katarzyna Włodkowska "Na oczach wszystkich"

Nie pamiętam, czy słyszałam o polskim Fritzlu, jak media nazwały

Mariusza, który przez dwa lata więził swoją żonę Ewę w piwnicy ich domu, nie pamiętam, czy czytałam reportaż Katarzyny Włodkowskiej "Dom zły" w Dużym Formacie, punkt wyjścia dla jej książki "Na oczach wszystkich" (Wielka Litera 2022). Być może nie czytałam, ale na pewno musiałam słyszeć, a jednak sprawa wyparowała mi z pamięci jak wiele innych. Nic dziwnego - stale bombardują nas kolejne niegodziwości, przemoc, zbrodnie, skandale. Jedno wypiera drugie. Po kolejnej takiej aferze następuje medialne, społeczne i polityczne wzmożenie, a potem zapada cisza. Czy coś się zmienia? Wygląda na to, że nic. Przecież niedawno żyliśmy tragedią Kamila katowanego latami przez ojczyma. Przecież jego dramat też rozgrywał się na oczach wszystkich, a jednak trwał. Przecież chłopiec kilkakrotnie uciekał z domu, prosząc o pomoc i za każdym razem odsyłano go tam z powrotem. Kiedy w końcu skatowany trafił do szpitala, było już za późno. Dokładnie o takim samym mechanizmie opowiada Katarzyna Włodkowska w swojej książce.

Mam wrażenie, że jej reportaż przeszedł trochę bez echa. Oczywiście jakoś się pojawiał w medialnej książkowej przestrzeni, w przeciwnym razie przecież bym o nim nie usłyszała. Gdzieś mi mignęła jedna czy dwie bardzo dobre recenzje. Jakiś czas temu przeczytałam utyskiwanie, że nie został nominowany do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, chyba też do żadnej innej. Na pewno wkrótce po jesiennej premierze wysłuchałam długiej podcastowej rozmowy z autorką. Wtedy jednak pomyślałam, że to mi wystarczy, żeby wiedzieć, żeby się wzburzyć, żeby współczuć bohaterce reportażu, Ewie. W końcu tyle jest do czytania! Byłam w błędzie. Nie, nie wystarczy. Dlaczego w końcu sięgnęłam po książkę Katarzyny Włodkowskiej? Znowu wróciła do mnie w jakiejś radiowej albo podcastowej rozmowie i wtedy, jak to często bywa, zadziałał impuls.

Chociaż "Na oczach wszystkich" czyta się szybko, nie jest to łatwa lektura. Sama sprawa, kiedy się pozna dzięki autorce wszystkie jej szczegóły, jest tak niewyobrażalnie przerażająca i wstrząsająca, że trudno wyrzucić ją z pamięci. A przy tym wydaje się niewiarygodna. Jak to możliwe, aby mąż robił coś takiego żonie? Aby ojciec robił coś takiego dzieciom? Bo prześladowana była nie tylko Ewa, ale także jej dwie córeczki. To tego typu sprawa, że chyba nie będę w stanie przytoczyć wszystkich detali, zajawiając temat reportażu. Szczególnie tych dotyczących dzieci.  Pytania można mnożyć. Jak to możliwe, że nikt nie interweniował? Ani liczna rodzina Mariusza, która mieszkała w starej chałupie stojącej na tej samej posesji, co dom Ewy i Mariusza? Ani sąsiedzi z kaszubskiej wsi? Ani rodzice i bracia Ewy, którzy czasem przyjeżdżali z wizytą? Zawsze zapowiedzianą, bo inaczej nie wolno im było. Już samo to powinno wzbudzić ich niepokój. Nie widziała też opieka społeczna, lekarz w  przychodni, do której chodziła Ewa z córkami, policjanci, którzy przyjeżdżali od czasu do czasu z interwencją. Potem, kiedy Ewa zdecydowała się wreszcie na ucieczkę i zgłosiła znęcanie się nad nią i nad córkami na policję, sprawa była trzykrotnie umarzana przez prokuraturę. Nikt jej nie wierzył. Mogła wnieść do sądu oskarżenie cywilne, ale już nie ufała wymiarowi sprawiedliwości, nie bardzo też wiedziała, jak miałaby to zrobić, ani nie miała siły na ponowną batalię i upokorzenia w trakcie przesłuchań. Gdyby nie jej babcia, która kilka lat później, obserwując córki Ewy, swoje prawnuczki, wpadła na pomysł, aby dać im zeszyty, w których będą zapisywać wszystko, co je dręczy, sprawa pewnie nigdy nie wróciłaby do sądu. No i jeszcze jedno pytanie - jak możliwe jest życie po takiej traumie, jakiej doznały Ewa i jej córki? Konsekwencje dla niej, a szczególnie dla dziewczynek, były dramatyczne. Czy kiedyś będą w stanie normalne żyć?

Nie pytam tylko o jedno - dlaczego Ewa tak długo znosiła to, co ją spotykało ze strony męża. Nie pytam, bo po lekturze kilku książek na podobne tematy i licznych artykułów, jakie ukazywały się, kiedy wybuchło me too, wiem, jak działa ten mechanizm, wiem, dlaczego ofiary przemocy i gwałtów biernie poddają się swoim oprawcom, a potem milczą. Więc i wy nie pytajcie i nie mówcie, że sama sobie winna, bo już dawno powinna uciec. A kiedy w końcu uciekła i tak nikt, poza rodziną, jej nie wierzył. Żyła w ciągłym strachu, że Mariusz ją odnajdzie. Trzy razy musiała się przeprowadzać. Była bezradna w zderzeniu ze ślepą i głuchą machiną państwowych służb, które powinny chronić ofiarę, a wierzyły jej oprawcy, bagatelizując sprawę.

Katarzyna Włodkowska w swojej książce pisze nie tylko o historii Ewy, ale próbuje zrozumieć trzy sprawy. Pierwsza to obojętność otoczenia, to to tytułowe na oczach wszystkich. Wszyscy wiedzieli, że coś jest nie tak, ale sprawę bagatelizowali. Wszyscy widzieli, że w rodzinie Mariusza alkohol leje się strumieniami, ale woleli wierzyć zamroczonym wódką facetom niż Ewie. Nawet kiedy sprawa w końcu trafiła do sądu, a na ławie oskarżonych zasiadł nie tylko Mariusz, ale po kilku latach także trzech innych mężczyzn, większość wolała wierzyć, że są niewinni. Skąd ta znieczulica? Powodów jest wiele. Małe środowisko, gdzie każdy każdego zna, hołdowanie zasadzie, że wszystko zostaje w rodzinie, traumy wyniesione z dzieciństwa, a nawet te dawne z czasów wojny i jeszcze wcześniejsze. Tu odsyłam do wstrząsającego ostatniego rozdziału. Autorka przygląda się też samym Kaszubom i próbuje pokazać, dlaczego akurat w tym rejonie jest dużo przemocy domowej. Wchodzi głęboko w ich historię, obalając przy okazji pozytywny mit, który wokół siebie zbudowali, kiedy wreszcie mogli się czuć podmiotowo.  

Drugi przedmiot zainteresowania autorki to zaniechania służb, które powinny wychwytywać takie problemy. Policji, opieki społecznej, prokuratorów, asesorów sądowych, kuratorów. Gdyby wykonywali swoje obowiązki starannie, gdyby było ich więcej, gdyby nie żyli pod ciśnieniem statystyk, gdyby zostali odpowiednio przeszkoleni w obszarze przemocy domowej, gdyby potrafili postępować z ofiarami, Ewa prawdopodobnie otrzymałaby pomoc od razu, a sprawa nie zostałaby umorzona. To właśnie z tego bierze się brak uważności, rutyna, a wreszcie umarzanie spraw zamiast ich prowadzenie. Żeby pokazać choćby tylko jeden z tych problemów, przytoczę dane z książki - na jednego prokuratora w prokuratorach rejonowych w Gdańsku, Gdyni i Wejherowie przypadało tysiąc spraw rocznie! Czy nadal tak to wygląda? A jest się czym zajmować - według szacunków w czterdziestu procentach rodzin wiejskich regularnie dochodzi do przemocy. Autorka zwraca uwagę na jeszcze jeden, rzadko dostrzegany, problem - kulturę nieprzyznawania się do błędu, co uniemożliwia realne działanie, analizę i wyciąganie wniosków na przyszłość.

No i wreszcie trzecia sprawa, którą Katarzyna Włodkowska usiłuje zgłębić w swojej książce, to odwieczne pytanie o źródło zła. W tym wypadku jest to pytanie konkretne - skąd zło w Mariuszu i w jego otoczeniu? Dlaczego człowiek, który postronnym wydawał się zwyczajny, spokojny, był bestią? Jedna z przyczyn tkwi w domu rodzinnym, ale praźródłem wszystkiego wydaje się być alkohol. 

Otchłań zła, w jaką zstępuje czytelniczka czy czytelnik tej książki, jest niezgłębiona. To jednak nic w porównaniu z tym, czego doświadczyły Ewa i jej córki. To nawet nie ułamek procenta ich nieszczęść, upokorzeń, strachów. Podobnie jest z autorką, która pisze o konsekwencjach pracy nad takim reportażem. Ale ona także uczciwie przyznaje, że jej koszty są niczym w porównaniu z kosztami bohaterek.

Katarzyna Włodkowska bardzo wielowarstwowo zgłębiła tę sprawę. Rozmawiała wielokrotnie nie tylko z bohaterką, sprawcą, rodziną, ale też z sąsiadami, no i specjalistami z różnych dziedzin. Materiały do książki zbierała cztery lata, pisała rok, niejednokrotnie wątpiąc, czy będzie miała siłę ukończyć książkę. Powstał reportaż wstrząsający, ale bardzo ważny.

Jerzy Haszczyński "Rzeźnia numer jeden i inne reportaże z Niemiec"

"Rzeźnia numer jeden i inne reportaże z Niemiec" Jerzego

Haszczyńskiego (Czarne 2022) to kolejna książka z cyklu niemieckiego, jaki sobie zaplanowałam po lekturze "Księcia" Magdaleny Parys. Najpierw przeczytałam "Deutsche nasz. Reportaże berlińskie" Ewy Wanat, a jakiś czas później ciekawą powieść "W sztucznym świetle" Deniz Ohde. Przy okazji warto wspomnieć, że ta ostatnia pozycja znalazła się na długiej liście nominowanych (czternaście tytułów) do Angelusa, Literackiej Nagrody Europy Środkowej. Zabierając się za książkę Jerzego Haszczyńskiego, spodziewałam się równie pasjonującej lektury, ponieważ miała bardzo dobre recenzje. Usłyszałam nawet, że jeśli chce się zrozumieć współczesne Niemcy, to koniecznie trzeba ją przeczytać razem z pozycją Ewy Wanat, a na deser dołożyć "Cywila w Berlinie" - reportaże pisane przez Antoniego Sobańskiego na pięć lat przed wybuchem wojny. Ta lektura jeszcze przede mną. 

Zaczęło się obiecująco. Pierwszy rozdział był opowieścią o zdarzeniach, o jakich nie miałam pojęcia. To historia dzieci urodzonych w czasie wojny lub tuż po niej, których matkami były Niemki, a ojcami Polacy zesłani do III Rzeszy na roboty przymusowe. Wprawdzie za takie romanse obu stronom groziły represje - mężczyźnie śmierć, chociaż zdarzały się wyjątki, kobiecie golono głowę i wystawiano ją na pośmiewisko - ale życie życiem. Dzieci urodzone z takich związków najczęściej po cichu mordowano za milczącym przyzwoleniem sąsiadów. Taki proceder miał miejsce szczególnie na prowincji, w dużym mieście łatwiej było się schować. Przejmująca jest historia głównego bohatera tego reportażu, Gerta Eida, urodzonego z takiego związku. Całe dzieciństwo dźwigał na sobie piętno niechcianego dziecka. Niestety dalsza część "Rzeźni numer jeden" po prostu mnie rozczarowała. Dlaczego?

Po pierwsze jest to zbiór reportaży, które wcześniej ukazały się w prasie, a ja zdecydowanie wolę, jeśli książka stanowi od początku do końca zaplanowaną całość. Po drugie i znacznie ważniejsze właściwie nie dowiedziałam się prawie niczego nowego. Autor pisze o problemach, o których sporo słyszałam. O imigrantach i o stosunku Niemców do nich. Wiadomo przecież, że jest różny. Stawia też znane mi już pytanie, kto właściwie można nazywać imigrantem? Czy ten, kto urodził się w Niemczech, ale miał rodziców, którzy tam przybyli, ciągle nim jest? Inny temat to partie polityczne - AFD i CDU. Ta druga coraz bardziej zbliża się w poglądach do swoich konkurentów z prawej strony sceny politycznej. Kolejny - różnice między zachodnimi i wschodnimi landami i rozczarowanie mieszkańców tych ostatnich. Inny reportaż opowiada o szanowanym powszechnie człowieku, który, jak się okazało po jego śmierci, w czasie wojny służył w SS. Co zrobić z tą wiedzą? Czy szkoła w Berlinie może nadal nosić jego imię? Jeszcze inny to historia młodej Niemki, która stała się radykalną islamistką i uciekła do Syrii. Czy pozwolić jej i innym dziewczynom, które też dały się zwieść w podobny sposób, wrócić do Niemiec, czego chcą ich rodziny? A jeśli tak, to jak z nimi postępować? 

Oczywiście autor pisze też o zdarzeniach, o których nie wiedziałam, ale i tak bez trudu mogłam się domyślić ciągu dalszego. Bo nawet jeśli nigdy wcześniej nie miałam pojęcia o buntownikach  z Arnstadt w NRD, to fakt, jak bardzo rozeszły się ich drogi i poglądy, wcale mnie nie zdziwił. Jeśli dotąd nie słyszałam o tej tytułowej rzeźni numer jeden, największej w Niemczech, to przecież wiem, jaki jest los zwierząt, które tam trafiają, domyślam się, jaka to niewdzięczna i ciężka praca i jak są traktowani pracownicy. Nawet to, że pracuje tam wielu Polaków, nie było dla mnie zaskoczeniem.

Jest oczywiście jeszcze kilka tekstów, oprócz pierwszego, które mnie bardziej zainteresowały lub poruszyły, choćby ostatni o Róży Luksemburg czy o zabójstwie dziewięciu Niemców o obcych korzeniach, ale urodzonych w Niemczech, ale to nie przesądza o całości.

Na pewno ktoś, kto nie interesuje się specjalnie sprawami międzynarodowymi, wyniesie z tej książki znacznie więcej, może nawet wszystkie poruszane problemy będą dla takiej osoby nowe i ciekawe. Trzeba przyznać, że Jerzy Haszczyński jest specjalistą od tematyki niemieckiej, niektóre sprawy zgłębiał latami, wracał do nich po jakimś czasie. To oczywiście plus. Ja jednak nie znalazłam tu dla siebie wiele nowego.

Oscar Martinez "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą"

Każda książka ma swój czas. "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo

nie obchodzą" (Post Factum 2019; przełożył Tomasz Pindel) przeleżała w moim czytniku ponad dwa lata. Z nowości stała się zaległością, a potem było jak zwykle - co jakiś czas przypominałam sobie o niej, ale zawsze pojawiały się pilniejsze lektury albo nie miałam nastroju na ten reportaż opowiadający o przerażających sprawach. No cóż, teraz kończyłam ją w momencie wybitnie niesprzyjającym. A przypomniałam sobie o niej, kiedy czytałam książkę "Archiwum zagubionych dzieci" Valerii Luiselli. Dlaczego? Bo obie dotykają podobnego tematu. Powieść opowiada między innymi o dzieciach z Ameryki Środkowej, które bez dorosłych przemierzają Meksyk, aby spróbować dostać się do wymarzonego amerykańskiego raju, gdzie mieszkają już ich rodzice albo przynajmniej jedno z nich. Reportaż Oscara Martineza pokazuje problem szerzej - to historie dorosłych emigrantów z tej samej części kontynentu, którzy również wędrują przez Meksyk w tym samym celu. Książka powstawała pod koniec pierwszej dekady naszego wieku, w Polsce została wydana dziesięć lat później. Zastanawiałam się, czy od tamtej pory coś się zmieniło. Czy jest lepiej? Ze wstępu, który napisał autor do polskiego wydania, wynika, że nie.   

Martinez przez trzy lata aktywnie zbierał materiały do swojej książki. Aktywnie oznacza w tym wypadku, że nie tylko spotykał się z uciekinierami, z ludźmi, którzy im pomagają, przedstawicielami lokalnych władz, policjantami, a wreszcie tymi, którzy robią biznes na ludzkim nieszczęściu, ale także przemierzał tę samą trasę, którą przemierzają oni. Wędrował z nimi przez dzikie ostępy, unikając posterunków policji, wskakiwał na pociąg - osławioną Bestię, jechał na jej dachu, a potem szukał miejsc, w których można przekroczyć mur oddzielający Meksyk od Stanów. Nie posmakował tylko tej ostatniej próby - przejścia na drugą stronę granicy i ryzykownego ostatniego etapu wędrówki najczęściej przez pustynię strzeżoną na okrągło przez amerykańską straż graniczną wspomaganą najnowszymi wynalazkami techniki wykrywającymi każdy ruch.

Droga, jaką przebywają przez Meksyk migranci z najniebezpieczniejszych krajów kontynentu amerykańskiego, a może i świata, z Hondurasu, Salwadoru, Gwatemali i Nikaragui, to droga przez mękę, a na jej końcu sukces jest bardzo niepewny. Przekroczenie muru, który w tamtych czasach nie w każdym miejscu był murem w dosłownym sensie tego słowa, bardziej zaporą, jest niemal niemożliwe. Ale nawet jeśli się uda, to nie oznacza jeszcze sukcesu. Bo potem trzeba wędrować kilka dni przez pustynię albo kamieniste wzgórza, a u celu można zostać złapanym na szosie, kiedy czeka się na umówioną podwózkę. Niektórzy próbują drogi wpław przez rzekę - słynną Rio Bravo. Tam przecież nie ma muru. Są za to śmiertelnie niebezpieczne wiry i amerykańscy pogranicznicy czający się w krzakach na drugim  brzegu. A ponieważ w Stanach ci, którym się ta sztuka w końcu udała,  i tak przebywają nielegalnie, stale narażeni są na to, że wpadną i zostaną deportowani. W czasie swoich peregrynacji Martinez rozmawia także z takimi, których to spotkało. Ale zanim dotrą do upragnionej granicy, zanim ich marzenia rozbiją się w proch w zetknięciu z murem, to oczywiście dotyczy nowicjuszy, czeka ich gehenna. Wędrują najczęściej w kilkuosobowych grupach, sami albo płacą przewodnikom, coyotes i pollero. Część drogi przebywają pieszo, część busami, potem najczęściej decydują się na podróż na dachu osławionej Bestii, czyli pociągu towarowego przemierzającego Meksyk. Na każdym etapie tej drogi narażeni są na liczne niebezpieczeństwa - napady, kradzieże, porwania dla okupu, oszustwa nieuczciwych przewodników, a kobiety oczywiście dodatkowo na gwałty i uprowadzenie do burdelu. Ruszając, muszą to ryzyko wkalkulować. Dodatkowe zagrożenie stanowi oczywiście policja, która może deportować do granicy. Śmiertelnym niebezpieczeństwem jest też podróż Bestią. Można wpaść pod jej koła, wskakując na wagon, usnąć na dachu i stoczyć się na ziemię, zmarznąć na kość nocą albo prażyć się w upale w dzień, wreszcie zostać napadniętym. Zatrzymania pociągu i okradanie podróżnych na gapę to chleb powszedni. A na końcu, jeśli się uda, i tak czeka rozczarowanie, o czym już wspominałam. To wszystko przypomina jakąś upiorną grę. Większość przebywa tę straszną drogę wielokrotnie. Dlaczego? Bo tam, skąd uciekają jest jeszcze gorzej. Tam nie da się żyć. Tu przytoczę przywołane we wstępie przez autora słowa jednego z księży  prowadzących schronisko dla migrantów: Skoro są gotowi przechodzić przez to wszystko, to jak wygląda to, przed czym uciekają?

Ale nie zawsze tak było. Jeszcze w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych zeszłego wieku droga przez Meksyk nie roiła się od niebezpieczeństw. Bez trudu dało się ją przebyć, a potem przekroczyć amerykańską granicę. Problem zaczął się wtedy, kiedy głowę podniosły narkotykowe kartele. To one konkurują z migrantami o przejście przez granicę, a jakby mało miały pieniędzy, zarabiają i na nich. To dla narkotykowych bossów pracują drobni przestępcy napadający na wędrowców. To oni korumpują policję, która działa z nimi ręka w rękę. To ze strachu przed nimi panuje zmowa milczenia. To im opłacają się coyotes i pollero. To oni sprawili, że panuje bezprawie. To z ich powodu powstał mur, a amerykańska straż graniczna uzbroiła się po zęby i strzeże granicy.

Oscar Martinez opowiada o problemie, ale towarzyszy też ludziom, którzy są w drodze. Rozmawia z nimi w schroniskach, odbywa  jakiś etap podróży, a po rozstaniu dzwoni, dopytując, co się z nimi dzieje. Często po jakimś czasie słyszy głuchą ciszę w telefonie. Co robią? Gdzie są? Czy żyją?

Wojna za naszą granicą sprawiła, że zapomnieliśmy o innych stronach świata, gdzie też cierpią ludzie. Autor pisze, że ta wędrówka ludów z Ameryki Środkowej do Stanów to jedno z najbardziej masowych zjawisk migracyjnych świata. Co roku próbuje tej sztuki około dwieście tysięcy zdesperowanych ludzi. Pamiętajmy i o nich.  

"Dziobak literatury. Reportaże latynoamerykańskie" pod redakcją Beaty Szady

Przeczytałam książkę pod redakcją Beaty Szady "Dziobak literatury.

Reportaże latynoamerykańskie" (Dowody na Istnienie 2021; przełożyli: Katarzyna Sosnowska, Marta Szafrańska-Brandt, Tomasz Pindel, Jerzy Wołk-Łaniewski, Nina Pluta, Bogumiła Lisocka-Jaegermann, Zuzanna Jaegermann, Dagmara Luboń, Radosław Powęska, Beata Szady, Justyna Garyga). To antologia reportażu z krajów Ameryki Południowej opatrzona posłowiem Mariusza Szczygła. Książka zbiera bardzo dobre recenzje, ale ja mam z nią problem. Nie mogę oczywiście powiedzieć, abym żałowała lektury. Na czym wobec tego polegają moje obiekcje? Otóż decydując się na sięgnięcie po "Dziobaka literatury", warto wiedzieć, jaki zamysł stoi za tą antologią i kto doceni w pełni jej wartość.

Zacznę  może od autorki tego zbioru. Beata Szady to dziennikarka i redaktorka, ma w swoim dorobku dwie reporterskie książki "Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy" i "Wieczny początek. Warmia i Mazury" (tę drugą mam, ale jeszcze nie przeczytałam, tę pierwszą też chcę mieć i przeczytać). Ale żeby zrozumieć zamysł wydanej przez nią antologii, trzeba wiedzieć, że jest również wykładowczynią akademicką - zajmuje się reportażem i nowymi mediami w Ameryce Łacińskiej. Reportaż południowoamerykański stał się tematem jej doktoratu. No i teraz jesteśmy w domu! Bo autorkę antologii fascynuje reportaż jako gatunek, a reportaż z tego rejonu świata w szczególności. Dlatego zamieszczone w nim teksty nie zostały dobrane pod kątem treści, a formy. 

I na tym polega mój ból - ja, miłośniczka  tego gatunku, ale jednocześnie zwyczajna czytelniczka, zainteresowana byłam przede wszystkim treścią. Sięgając po "Dziobaka literatury", miałam nadzieję dowiedzieć się więcej o krajach Ameryki Południowej. Nie interesują mnie aż tak bardzo zagadnienia warsztatowe, czym zafascynowana jest autorka zbioru. Ba, często nie potrafiłam ich docenić. Nie umiałam dostrzec niczego wyjątkowego w tekstach, które okazały się przełomowe dla tego dziennikarskiego gatunku w Ameryce Południowej. Właśnie te wydały mi się banalne i nie poszerzyły mojej wiedzy, chociaż przyznaję, były dowcipne. Taki okazał się tekst autorstwa Marco Avilesa i Daniela Titingera o inka coli - ulubionym napoju Peruwiańczyków, któremu nie dała rady sama coca cola - oraz o mieszkańcach stolicy Meksyku napisany przez Juana Villoro. Ten ostatni nie jest nawet, ściśle rzecz biorąc, reportażem, bardziej dowcipnym esejem czy felietonem. Ale właśnie to ta nieoczywistość, odmienność od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, opowiadanie o banale w niebanalny sposób tak bardzo fascynuje Beatę Szady. Ja, przeciwnie, sięgając po reportaże z odległej części świata, nie chcę banału, a ich nowatorstwo nie zawsze dostrzegam. 

Dlatego wielkie wrażenie zrobiły na mnie szczególnie dwa teksty - Martina Caparrosa "Caracas. Miasto w ranach" o życiu w stolicy Wenezueli w roku 2018, a przecież dziś jest tam jeszcze gorzej, i Carlosa Martineza "Spłonęliśmy w busie" o wojnie gangów w stolicy Salwadoru. Ciekawy był też portret (to ulubiona w Ameryce Łacińskiej forma reportażu) urugwajskiej poetki Idei Vilarińo napisany przez Leilę Guerriero, bo jak wynika z tekstu, Idea była kobietą nietuzinkową i tragiczną. Sporo jest reportaży, które nazwałabym ciekawostkami. Na przykład o zarabianiu na kulcie Che Guevary, o mieszkańcach Urugwaju, którzy noszą imię Hitler, czy o błaźnie opowiadającym dowcipy na pogrzebach.

Zaletą antologii jest jej staranne opracowanie. Wstęp autorki zbioru, w którym wyjaśnia nie tylko, skąd wziął się ten intrygujący tytuł, ale także pisze o swojej fascynacji reportażem z Ameryki Łacińskiej i o jego krótkiej stosunkowo historii. Tam ten gatunek dziennikarstwa dopiero zdobywa sobie czytelników i rynek. Często bywa to ze względów finansowych trudne. Oprócz tego każdy z tekstów został opatrzony dodatkowym wstępem Beaty Szady, w którym przedstawia autora, pisze o historii jego powstania, recepcji, znaczeniu i zagadnieniach warsztatowych.

Komu polecić "Dziobaka literatury"? Oczywiście sięgnąć po nią może każdy miłośnik reportażu czy Ameryki Łacińskiej, ale najwięcej skorzystają zawodowcy - dziennikarze, studenci, medioznawcy.

Maciej Czarnecki "Skandynawia halal. Islam w krainie białych nocy"

Po przeczytaniu kryminału Katarzyny Tubylewicz "Bardzo zimna wiosna", dzięki któremu przeniosłam się do Szwecji, przypomniałam sobie, że w w moim czytniku, nie za głęboko, ale jednak nie na wierzchu, czeka na swoją kolej zbiór reportaży Macieja Czarneckiego "Skandynawia halal. Islam w krainie białych nocy" (Agora 2019). Swego czasu byłam nawet na spotkaniu z autorem, takim prawdziwym, nie online. Kiedy to było! I kiedy wróci? Temat wiąże się z jednym z wątków z książki Katarzyny Tubylewicz, no i jest bardzo ciekawy, dlatego postanowiłam po "Skandynawię halal" od razu sięgnąć. 

Wiadomo, że w krajach skandynawskich żyje bardzo wielu muzułmanów, a w w czasie kryzysu migracyjnego i tuż po nim w Polsce zaczęły szerzyć się opowieści o non go zones, czyli dzielnicach, do których nawet policja boi się zapuszczać. Właśnie wtedy Maciej Czarnecki zaczął interesować się tematem, jeździć do Szwecji, Norwegii oraz Danii i pisać reportaże, aby sprawdzić, jak jest naprawdę. Jakie problemy i zagrożenia stwarza tak liczna grupa muzułmanów w niegdyś białych, protestanckich, homogenicznych społeczeństwach? Jakie daje korzyści?Jak radzą sobie te kraje z jej integracją? Jak muzułmanie radzą sobie w nowej ojczyźnie? 

Część z tych reportaży była wcześniej drukowana na łamach Gazety Wyborczej. Zawsze mam problem z tak powstałymi książkami - bo to jednak zbiór tekstów podrasowany do książkowego wydania, a nie pomyślana od początku do końca jedna całość. Co rozdział to inny bohater albo inny aspekt tematu. Plus trochę statystyki, trochę wypowiedzi rozmaitych ekspertów albo pracowników instytucji, które pracują na rzecz imigrantów. Pożyteczne, solidne, ale nie zawsze porywające. Czy można dowiedzieć się czegoś nowego? To już zależy od wcześniejszej znajomości tematu - im mniej czytelnik wie, tym ciekawiej. 

Tym razem wszystko sprowadza się do dość oczywistej konkluzji, że nie ma jednego obrazu społeczności muzułmańskiej w krajach skandynawskich. Co człowiek, to inna historia. Wśród tej grupy są przecież tacy, którzy urodzili się w Szwecji, Norwegii czy Danii, inni przybyli tu stosunkowo niedawno wraz z największą falą emigracji w roku 2015. Spore znaczenie ma narodowość. Inaczej integrują się syryjscy uchodźcy, którzy uciekli ze swojej ojczyzny w czasie wojny, bardzo często ludzie wykształceni, niegdyś dobrze sytuowani - oni chcą za wszelką cenę ułożyć sobie życie, nauczyć się języka, zacząć pracować, aby w przyszłości próbować zbliżyć się do statusu, jaki mieli w Syrii. Jeszcze inaczej wiedzie się przybyszom z Pakistanu. Ci często robią kariery - są prawnikami czy lekarzami. Najgorzej integrują się Somalijczycy. Dlaczego? Bo najczęściej są niewykształceni, mają trudności ze znalezieniem pracy, lądują na samym dole drabiny społecznej. Muzułmanów nie łączy też wcale religia, bo jedni są religijni bardzo, a inni wcale. 

Ale to nie koniec komplikacji. Autor pokazuje też problemy wewnątrz tej grupy. Na ostracyzm swoich narażone są wszelkie mniejszości. I tylko trochę pomaga im fakt, że żyją w krajach znanych z tolerancji. Chodzi oczywiście o gejów i lesbijki, ale także o muzułmańskich ateistów. Brzmi jak oksymoron, ale chyba trafnie oddaje problem. Te grupy spotykają się często z  potępieniem i odrzuceniem właśnie w swojej społeczności, w rodzinie. Oczywiście nie można uogólniać, bo przecież nie zawsze tak jest. Sporo miejsca poświęca autor kobietom muzułmankom. Tu pojawiają się takie problemy jak zamykanie ich w domach - często nie pracują, w małym stopniu poznają język. Bywa, że idą z tym w parze aranżowane małżeństwa nieletnich czy zabójstwa honorowe. A skoro o kobietach mowa, to trzeba wspomnieć o dyskusji wokół hidżabów. Czy ich noszenie stanowi opresję czy jest prawem do wolności? Odpowiedź nasuwa się chyba tylko jedna - jeśli kobieta robi to z własnej woli, jej sprawa, gorzej jeśli zostaje zmuszona przez rodzinę czy innych członków społeczności. Z tym zagadnieniem wiąże się bardzo ważne pytanie - dlaczego kraje słynące z tolerancji, z równościowej polityki pozwalają, aby muzułmańskie imigrantki były dyskryminowane w swoich rodzinach i społecznościach? Dzieje się tak oczywiście w wyniku poprawności politycznej i ... wolności. Na problem zwracała już uwagę Katarzyna Tubylewicz w swojej znakomitej książce - "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie". Długo temat był przemilczany. Dziś w Szwecji i w Norwegii sporo mówi się o błędach, jakie popełniono w sprawach integracji imigrantów, a w szczególności muzułmanów. 

Wreszcie temat, który przywiódł autora do Skandynawii - non go zones, a właściwie otoczone złą sławą osiedla zamieszkane przez samych imigrantów, nie tylko muzułmanów, bo strefy szariatu są jednak mitem czy fake newsem. Maciej Czarnecki sporo pisze o takich miejscach i w Szwecji, i w Norwegii. Odwiedza je, rozmawia z ich mieszkańcami, nie tylko z muzułmanami, ale też z ludźmi, którzy tam pracują w rozmaitych organizacjach pomocowych, w szkołach czy w innych instytucjach. Wielu z nich mimo że zrobiło karierę, nadal tu mieszka i jest to ich świadomy wybór, bo stać ich na to, aby się wyprowadzić. W reportażach zamieszczonych w książce częściej słychać głosy, że problem został wyolbrzymiony, że jest tu w miarę bezpiecznie, że większe jest prawdopodobieństwo napaści w centrach dużych miast, a przestępstwa są takie jak wszędzie - związane z biedą, brakiem pracy, z drogą na skróty, z wiekiem. I nie ma tu nic do rzeczy religia. Oczywiście o jednoznaczną opinię trudno, bo niektórzy problem jednak dostrzegają.

I jeszcze jedno istotne zagadnienie, chyba najtrudniejsze do zweryfikowania - czy islam jest zagrożeniem? Czy celem muzułmanów jest zdominowanie Europy i zaprowadzenie tu praw szariatu? Czy to jakiś spisek i zdobywanie nowego przyczółka krok po kroku? Czy w meczetach trwa indoktrynacja? Na ile groźni są niektórzy mułłowie, szczególnie salaficcy, i niektóre islamskie organizacje? Czy naiwni politycy i intelektualiści, zwłaszcza lewicowi, w imię poprawności politycznej, tolerancji, wolności pozwalają sobą manipulować i nie dostrzegają problemu? Czy jest tak, jak twierdzą niektórzy, że co innego mułłowie i imamowie mówią głośno, a co innego po cichu? Autor, na ile to możliwe, próbuje rozmawiać z przedstawicielami środowisk, wokół których są kontrowersje. Uczestniczy w konferencjach, w spotkaniach. Dociec prawdy jest jednak bardzo trudno. Z tym łączy się kolejny problem - radykalizacji skandynawskich społeczeństw, prześladowania muzułmanów, prawicowych partii czy antyimigranckich organizacji zdobywających coraz więcej zwolenników. Maciej Czarnecki przywołuje bardzo dobrą i bardzo dołującą dystopijną powieść "Utoną we łzach swoich matek" Johannesa Anyuru, o której i ja pisałam. To obraz Szwecji niedalekiej przyszłości, gdzie muzułmanów, którzy nie podpiszą lojalki oznaczającej wyrzeczenie się swojej islamskiej tożsamości, zamyka się w specjalnych ośrodkach. Warto też przywołać duński film "Sons of Denmark" ("Synowie Danii"), pokazywany na Nowych Horyzontach, dostępny na jednej z platform filmowych, który pokazuje wzrost antyislamskich nastrojów wykorzystywany przez ultraprawicowych polityków do robienia politycznej kariery.

To oczywiście nie wszystkie wątki poruszane w reportażach Macieja Czarneckiego. Więcej w książce. Warto po nią sięgnąć, aby poznać nową europejską rzeczywistość, od której przecież nie uciekniemy.

Mariusz Szczygieł "Kaprysik"

Ten wpis napisałam grubo ponad rok temu. Wtedy zaczęłam go tak: Szukałam czegoś niezobowiązującego, bo wiedziałam, że czasu na czytanie mieć będę w tym tygodniu niewiele. Dziś mógłby zaczynać się tak: Szukałam czegoś niezobowiązującego, żeby nie zwariować, żeby zapomnieć o koronawirusie. Opowiadań albo zbioru reportaży. Zanurkowałam w głębiny czytnika i wydobyłam "Kaprysik. Damskie historie" Mariusza Szczygła (Agora 2017), osiem, a właściwie siedem tekstów, których bohaterkami są kobiety. Kiedyś ukazywały się w Wysokich Obcasach, potem chyba raz już zostały wydane w książkowej wersji. Ta, którą przeczytałam, jest rozszerzona o wstęp i opowieść o Idzie Kamińskiej. Reportaże miały mi starczyć na parę dni, tymczasem połknęłam je w kilka godzin. Już dawno żadna książka nie sprawiła mi takiej niezobowiązującej przyjemności i nie wprawiła w tak dobry humor. Chociaż przecież są tu także teksty zmuszające do zadumy i wcale niewesołe. 

Jeden to historia wspomnianej już aktorki, Idy Kamińskiej, która za rolę w czeskim filmie "Sklep przy głównej ulicy" została nominowana do Oskara i kiedy zjawiła się w Stanach, traktowano ją jak gwiazdę. Potem jednak po Marcu 68 roku zdecydowała się na emigrację, co trudno oczywiście uznać za jej wybór. Jak wielu innych wcale nie miała ochoty burzyć swojego dotychczasowego życia. A jej los w Ameryce niestety nie ułożył się tak, jak to sobie wyobrażała. Niewesoła jest też historia dwóch przyjaciółek, których przyjaźń realizowała się w listach, jakie pisały do siebie co tydzień. I to właśnie ich wybór stanowi treść reportażu. Dojmujące są ich doświadczenia życiowe, a jeszcze bardziej poczucie upływu czasu i świadomość starzenia się. Obie przyjaciółki są różne i różnie odnajdują się w trudnych sytuacjach.
Poza tym znajdziemy tu zdumiewającą historię kobiety, która całe swoje życie w sposób bezosobowy i obiektywny zapisywała w zeszytach. Nie prowadziła jednak dziennika - notowała posiłki, spotkania przypadkowe i umówione, prezenty dane i otrzymane, wizyty w kinie, teatrze, rozegrane partie brydża i inne codzienne zdarzenia. Robiła to w tajemnicy. Po co? Nie wiadomo. Jest też opowieść o kobiecie, która czasem co rok, czasem co kilka, jeździ do tego samego fotografa na sesję fotograficzną, którą sama aranżuje. Przywozi siatki ciuchów i rekwizytów. Fascynująca jest historia kartki, jaką Mariusz Szczygieł znajduje w warszawskiej kawiarni, a na niej imiona, nazwiska, daty urodzenia i adresy kilkunastu kobiet. Kartkę nadgryzł ząb czasu. Żeby było ciekawiej, jest też na niej nazwisko znajomej autora, znakomitej reporterki Hanny Krall. Kto i po co sporządził tę listę? Aby się dowiedzieć, Szczygieł prowadzi własne śledztwo. Kolejny reportaż to opowieść o rektorze krakowskiej AGH, który w gmachu uczelni na jednym z korytarzy ustawił ławkę, na której siedzi ... jego żona uwieczniona przez rzeźbiarza w takiej pozie, w jakiej ją pierwszy raz zobaczył. Jest wreszcie wywiad przeprowadzony wspólnie z Dariuszem Zaborkiem z Izabellą Dziewiątkowską-Skrybant, nieżyjącą już wokalistką nieśmiertelnego Tercetu Egzotycznego.
Czyta się to wszystko znakomicie. Mariusz Szczygieł ma dar wyszukiwania pozornie zwyczajnych bohaterek, które kryją jakieś tajemnice i jakieś niepowszedniości. Jakie? Trudno to wyjaśnić, bo najczęściej bohaterki wymykają się reporterowi i swojemu otoczeniu, one same nie dostrzegają w tym, co robią, niczego niezwykłego. Ich historie opowiedziane przez Mariusza Szczygła, być może dzięki formie podkręcone, podrasowane, sprawiają, że życie nabiera kolorów, nie wydaje się tak zwyczajne i nużące. Przecież każdy może skrywać jakąś tajemnicę, każdy może mieć w sobie to coś, czego nie dostrzegają inni. Każdy jest zdolny do refleksji o życiu. Twój sąsiad, twoja koleżanka z pracy, ta pani w szarym płaszczu i ten młody chłopak niewyróżniający się z tłumu. I ty.
Na poprawienie humoru, ku refleksji polecam "Kaprysik" Mariusza Szczygła. Niewielka rzecz, a jak cieszy! Na czas koronawirusa jak znalazł!
PS. Ponad rok temu zakończyłam tę notkę tak: Skończyłam, nadal mam przed sobą kilka bardzo zajętych dni, a jednak bez słowa pisanego się nie da. Co robić? Poszłam za ciosem, sięgnęłam po najnowszą książkę autora - "Nie ma". Ale to już chyba nie będą takie lekkie historie.
I nie były, za to książka okazała się znakomita. Potem Mariusz Szczygieł dostał za nią Nike. Niestety z braku czasu nigdy o niej nie napisałam.

Artur Domosławski "Gorączka latynoamerykańska"

Kolejna książka reporterska Artura Domosławskiego, którą przeczytałam. Niestety na razie ostatnia. Mam nadzieję, że będą kolejne. Po "Śmierci w Amazonii" i "Wykluczonych" przyszedł czas na pierwszą w kolejności - "Gorączkę latynoamerykańską" (Wielka litera 2017). Niestety od skończenia lektury do powstania tej notki upłynęło trochę czasu, więc z konieczności wrażenia będą przefiltrowane przez zawodną pamięć. Zastanawiałam się nawet, czy pisać, ale każda książka Artura Domosławskiego warta jest polecenia. Dla ciekawych świata, dla chcących zrozumieć skomplikowane procesy polityczne i społeczne, dla wrażliwych na niesprawiedliwość, biedę i wykluczenie to lektura obowiązkowa. Trudno pozostać obojętnym na to, co Domosławski pisze. Dlaczego? Ponieważ emocjonalnie angażuje się w sprawy, które porusza. Jego książki są czymś więcej niż reportażem. Często opatruje je odautorskim komentarzem (co najbardziej widoczne jest w "Wykluczonych"), dlatego czytelnik nie ma wątpliwości, że reporter opowiada się po stronie słabszych, skrzywdzonych, wyzyskiwanych, wykluczonych. Jest jeszcze coś, za co cenię jego pisarstwo. Domosławski nie twierdzi, że wie najlepiej, że znalazł rozwiązanie. Rozważa, rozmyśla, staje bezradny wobec poruszanych problemów. Czytajcie jego książki!

A teraz czas przejść do sedna, czyli do pozycji, którą zajmuję się dzisiaj. Ameryka Łacińska to specjalność Domosławskiego, co nie znaczy, że nie zdarza mu się pisać o innych rejonach świata. Tak było w "Wykluczonych".  "Gorączka latynoamerykańska" poświęcona jest jednak w całości temu regionowi świata. Tytuł jest nieprzypadkowy. W swoich reportażach autor opowiada o rewolucjach, o krwawych prawicowych dyktaturach, a potem o odbiciu neoliberalnym, jakie nastało po ich obaleniu, i jego skutkach. Gorączka, bo tu nic nie jest letnie, wszystko wrze i kipi. Opowiada, oddając głos ludziom o rozmaitych poglądach i punktach widzenia. Zwyczajnym, przeciętnym, ale też działaczom zaangażowanym w walkę albo intelektualistom czy pisarzom.

Książka zaczyna się od opowieści o Kubie, a ściślej o kubańskiej rewolucji, o jej przywódcy Fidelu Castro i o Che Guevarze, któremu później poświęca więcej miejsca, zastanawiając się nad jego fenomenem. Najpierw się nieco żachnęłam, bo jakoś temat Kuby nie wydawał mi się specjalnie interesujący. Oczywiście myliłam się, przede wszystkim okazało się, że niewiele na ten temat wiedziałam, a o Che Guevarze, jego związkach z kubańską rewolucją i jej przywódcą, o jego życiu jeszcze mniej. Właściwie był dla mnie tylko encyklopedycznym hasłem. Ot, rewolucjonista kochany przez jednych, znienawidzony przez innych, bo przecież to komunista wysługujący się kubańskiemu reżimowi. A mój stosunek do niego był żaden. 

Domosławski nieprzypadkowo rozpoczyna swoją książkę od kubańskiej rewolucji, bo odcisnęła swoje piętno na tym, co działo się później w wielu krajach Ameryki Łacińskiej - wszystkie prawicowe dyktatury były potem jej efektem. Strach, że lewicowa rebelia rozleje się na inne kraje kontynentu, strach przed utratą przywilejów i władzy prowadził do wojskowych przewrotów, których efektem były krwawe rządy prawicy. Swoją niechlubną rolę odegrały też oczywiście zakulisowe działaniach Stanów Zjednoczonych. Rzecz jasna sytuacja nie jest prosta - zawsze jako kontrargument podaje się działania lewicowych bojówek, które wcale nie obchodziły się ze swoimi przeciwnikami w białych rękawiczkach, albo negatywne skutki gospodarcze rządów lewicowych (Chile za Salvadora Allende czy Argentyna za czasów Perona). Zapomina się jednak, że do lewicowych przewrotów doprowadzały olbrzymie nierówności społeczne, bieda, wykluczenie, brak perspektyw. No i sprawa najważniejsza - wszystkie prawicowe dyktatury w Ameryce Łacińskiej były niebywale krwawe, czy w Chile za Pinocheta, czy w Argentynie, czy w Brazylii. Niby o tym wiedziałam, zwłaszcza o sytuacji w pierwszym z wymienionych krajów, ale to, co znalazłam w książce Domosławskiego, przerosło moje wyobrażenie. Już o tym kiedyś pisałam, ale powtórzę - mam wrażenie, że czytałam o wszystkich niegodziwościach, jakie człowiek może zrobić człowiekowi w amoku politycznej walki. Tymczasem co jakiś czas dowiaduję się o jeszcze wymyślniejszych okrucieństwach. Tak było i tym razem. Polowanie na ludzi, dosłownie, masowe rozstrzeliwania, zniknięcia, a przede wszystkim trudne do wyobrażenia tortury. 

Szczególne wrażenie robi opowieść o dyktaturze Pinocheta, o której wiedziałam najwięcej, i o rządach generałów w Argentynie, a największe noc ołówków. To porwania uczniów szkół średnich, które miały miejsce 16 września 1976 roku w argentyńskim mieście La Plata. Ich winą było to, że działali w związku Uczniów Liceów i domagali się obniżenia cen biletów, które nagle stały się dwa razy droższe. Większość z tych uczniów nigdy nie wróciła do domów. Powiększyła grono tak zwanych znikniętych, istną plagę Ameryki Łacińskiej. Co się z nimi działo? Aresztowani, torturowani, gwałceni, osadzeni w obozach, a na końcu rozstrzelani, pochowani w masowych grobach. Szczegóły są jeszcze bardziej wstrząsające. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie coś jeszcze - kiedy w najlepsze trwała w Argentynie krwawa dyktatura generałów, w roku 1978 odbyły się tam kolejne Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. I nikomu to nie przeszkadzało. Przeciętny człowiek, przeciętny kibic pewnie nic nie wiedział o tym, co dzieje się w Argentynie. Ale przywódcy państw siedzący na trybunach? Sportowe federacje? 

Bardzo ciekawe są rozważania Artura Domosławskiego dotyczące polskiej oceny dyktatury Pinocheta, który często ma w naszym kraju dobrą prasę. Jego obrońcy zdają się zapominać, jak okrutny był to czas w dziejach Chile. Dla nich ważne jest, że generał powstrzymał lewicowe szaleństwo, które mogło doprowadzić do rewolucji i całkowitej destabilizacji kraju. Argumentem za jego rządami jest rozwój gospodarczy kraju, ale tę tezę Domosławski obala. Autor przedstawia afirmatywny, a nawet apologetyczny, stosunek niektórych polskich publicystów czy polityków do Pinocheta i próbuje go zrozumieć, co nie znaczy, że aprobuje i podziela.

W drugiej części  książki Domosławski zajmuje się tym, co stało się w Ameryce Łacińskiej po obaleniu prawicowych dyktatur. I wcale niestety nie jest to obraz optymistyczny. Bo potem nastąpił czas bezkrytycznego neoliberalizmu, a z nim powiększenie się społecznych nierówności, obszarów biedy i wykluczenia, które to zjawiska szczególnie dotykają ludność rdzenną. Co z tego, że mityczne PKB rośnie, skoro nie przenosi się to na poprawę życia całych rzesz społeczeństwa. Kolejnym problemem jest panoszenie się wielkich koncernów, które za przyzwoleniem rządzących, cichym lub jawnym, drenują niektóre kraje. Nie bacząc na szkody wyrządzane środowisku, wydobywają surowce, eksploatują uprawy. Robią coś, na co nie poważyłyby się na przykład w Stanach. Dokładniej tym problemem zajmował się Domosławski w "Śmierci w Amazonii".

Ameryka Łacińska stale wrze, stale się w niej kotłuje. Krajów o stabilnej sytuacji, gdzie żyje się w miarę bezpiecznie i dobrze, nie ma wiele. Zmiany zachodzą ciągle. Tak jest choćby w Brazylii, gdzie po lewicowym eksperymencie Luli i rządach jego następczyni, do władzy doszedł Jair Bolsonaro. Powiedzieć o nim populista, to nic nie powiedzieć, że posłużę się frazą klasyka. O nim oczywiście Domosławski nie pisze, bo pierwsze wydanie "Gorączki latynoamerykańskiej" to rok 2004. Dlatego czekam na jego kolejne książki.

PS. Ta notka powstała w lipcu. Od tej pory wiele się wydarzyło. Ameryka Południowa znowu kipi - protesty w Chile, w Boliwii, niekończący się konflikt w Wenezueli, wybory w Argentynie. A sytuacja w Chile jest znakomitym przykładem tego, do czego prowadzi skrajny liberalizm gospodarczy.

Filip Springer "Miedzianka. Historia znikania"

A było tak. "Miedziankę. Historię znikania" Filipa Springera (Czarne 2011) chciałam przeczytać od dawna. Co jakiś czas przy różnych okazjach przypominałam sobie o tym reportażu i niemal natychmiast zapominałam. Zawsze były jakieś pilniejsze lektury. Nie miałam jej nawet na żadnej z moich półek książek oczekujących na swoją kolej, ani na prawdziwej, ani na wirtualnej. Aż tu nieoczekiwanie, trochę przez przypadek w czasie tegorocznych wakacji razem z przyjaciółmi znalazłam się w Miedziance. Kiedy okazało się, że jesteśmy blisko, uprosiłam, abyśmy pojechali. Byliśmy tam może dwie, może trzy godziny, pokręciliśmy się, przestudiowaliśmy kilka tablic upamiętniających zniknięte miejsca, dwór, rynek, cmentarz, a potem poszliśmy do browaru na obiad i na piwo. Bardzo żałuję, że nie byliśmy odpowiednio przygotowani, aby zrobić spacer szlakiem wytyczonym przez nieistniejącą Miedziankę. Trudno, może za rok. Było oczywiste, że teraz muszę przeczytać książkę. Po powrocie do domu natychmiast kupiłam ebook i w niecałe trzy dni połknęłam. Nie dziwię się, że reportaż Springera był nominowany do kilku najważniejszych literackich nagród. Napisany jest znakomicie, a opowieść jest fascynująca, niezwykła i smutna. Skłania do refleksji o przemijaniu i przewrotności losu.

To nie tylko historia unicestwionego miasteczka, ale też kawał historii Dolnego Śląska i Polski. Historii momentami tragicznej. Miedzianka nie była kiedyś Miedzianką, nazywała się Kupferberg. Zbudowano ją na szczycie wzgórza, spod którego wydobywano miedź. Wszystko się zmieniło, ale widoki do dziś pozostały niesamowite. Los nigdy nie oszczędzał mieszkańców. Pożary, epidemie, okresy zastoju gospodarczego spowodowane zmniejszonym wydobyciem lub zamykaniem kopalń, a przede wszystkim wojny, które przetaczały się przez te tereny. Mieszkańcy wierzyli, że wszystkie nieszczęścia zaczęły się od morderstwa - brat zabił brata. Przypominały o tym dwa pokutne krzyże  z napisem memento postawione przy drodze (takich krzyży na Dolnym Śląsku jest dużo). Jeden z nich stoi do dzisiaj. Ale Kupferberg słynął nie tylko z górnictwa, od XV wieku ważne miejsce w jego rozwoju odgrywał browar, a od połowy XIX zaczęła rozwijać się turystyka.

Tak wyglądała Miedzianka kiedyś.
 Filip Springer przypomina nie tylko historię tego miejsca, on je ożywia, wskrzesza w nim dawne życie. A to wszystko za sprawą opowieści o konkretnych mieszkańcach. Im dalej cofa się w przeszłość, tym większą moc mają ludzkie losy. Postaci z czarno-białych fotografii, ludzie obecni już tylko na kartach starych kronik nagle zaczynają się poruszać, przemawiać, czuć, istnieć. Niby zwykłe codzienne życie, a opowiedziane w taki sposób staje się niebanalne, niepowszednie, fascynujące. Nie mogłam oprzeć się pokrzepiającej refleksji, że w takim razie życie każdego z nas mogłoby się stać kanwą dla fascynującej opowieści. Potrzeba tylko kogoś, kto dostrzeże w nim potencjał i ubierze je w niezwykłą formę. 

Kupferberg
 Najbardziej poruszyły mnie dwa okresy z życia miasteczka. Pierwszy wiąże się z końcem niemieckiego świata na Dolnym Śląsku, z końcem Kupferbergu, drugi z końcem Miedzianki, z jej unicestwieniem. Oba końce poprzedził kilkuletni okres powolnego rozpadu. Najpierw jest druga wojna. Front omija miasteczko. Gdyby nie to, że wielu mężczyzn zostaje wcielonych do wojska, a mieszkańcom z czasem coraz bardziej dają się we znaki kłopoty z zaopatrzeniem w żywność, można by w Kupferbergu o wojnie zapomnieć. Tylko czasem z oddali słychać dudnienie dział. Ale ta sielanka ma swój kres. Kiedy staje się jasne, że Trzecia Rzesza przegrywa, narasta strach przed Armią Czerwoną. Przed gwałtami, grabieżami, morderstwami. Strach, jak dziś wiemy, uzasadniony, ale jeszcze bardziej potęgowany plotkami i wyobraźnią. Następuje gehenna oczekiwania na najgorsze i koszmar nieudanej ewakuacji. A jest sroga zima. Chaos, cierpienie, strach, głód. Kiedy czyta się opowieści o konkretnych osobach, znanych z imienia i z nazwiska, pojawia się współczucie i litość. Trudno nie przywołać, pewnie banalnej, refleksji, że wojna jest czymś strasznym. Dla każdego, dla tych, którzy ją wywołali i dla tych, którzy zostali w nią wciągnięci. W ostatecznym rachunku wszyscy są ofiarami. Oczywiście pozostaje pytanie o odpowiedzialność. Na ile winni byli mieszkańcy miasteczka? Czy popierali Hitlera? Czy wyznawali jego ideologię? Czy byli antysemitami? Filip Springer kilkakrotnie stosuje pewien zabieg - najpierw oddaje głos mieszkańcom, czytamy spisany chór głosów, potem przywołuje fakty, stara się dotrzeć do prawdy, co oczywiście nie zawsze jest łatwe. Jeśli słuchać mieszkańców Kupferbergu, nic złego się tam nie działo. Nikt nie prześladował Żydów ani ludzi o innych poglądach. Jeśli przytoczyć fakty, obraz nie jest już tak jednoznaczny. 

Potem następuje kolejny dramat. Dramat wysiedleń. Wędrówka ludów. Kupferberg staje się Miedzianką. Dotychczasowi mieszkańcy muszą opuścić miasteczko. Nie da się zabrać wszystkiego, trzeba zostawić dom, część dobytku, całe dotychczasowe życie. To wszystko nie dzieje się ot tak, w mgnieniu oka, trwa tygodniami, miesiącami, a nawet kilka lat. W tym czasie trzeba ustąpić miejsca nowym mieszkańcom. Polakom, najczęściej  przesiedleńcom z Kresów. Różnie układają się stosunki pomiędzy wysiedlanymi i przybyszami. Często są wrogie, nacechowane z jednej strony pogardą, nienawiścią i chęcią zemsty, z drugiej strachem, lękiem, wrogością. Ale bywają przyjazne. Jest współczucie, zrozumienie pokrewieństwa losu. Oczywiście ci, którzy osiedlają się w Miedziance, też są ofiarami wojny. Oni też zostawili swoje życie gdzieś indziej, też zostawili domy, meble, pościel, garnki. Tułali się długie miesiące, jechali w nieznane, a budowanie nowego życia przecież nie jest proste. Towarzyszy mu strach, również potęgowany przez stugębną plotkę i wyobraźnię, niepewność jutra. I tak plecie się w tej opowieści wina i kara, cierpienie, ludzkie tragedie. Wspólnota losu przegranych i zwycięzców. Tu dygresja osobista. Moi dziadkowie też uciekali, też musieli zostawić dom i całe swoje życie. Kilka lat po wojnie osiedlili się niedaleko Jeleniej Góry, dziś wiem, że niedaleko Miedzianki. Dostali dom po niemieckim lekarzu, dziadek dobrą pracę, też był lekarzem. Było tam wszystko. Do dziś w naszej rodzinie są, przerabiane po wielokroć w związku z licznymi przeprowadzkami, poniemieckie meble i inne drobne sprzęty. Ja sama wzięłam sobie na pamiątkę po babci miotełkę do sprzątania okruszków ze stołu ze srebrną tacką. Pewnie po niemieckim lekarzu. Jako dziecko słuchałam opowieści o życiu tam, jako dorosła osoba myślę o tym lekarzu, o jego rodzinie, o tym, że musieli uciekać. Nic więcej o nich nie wiem. Nie wiem, jakie mieli poglądy, czy coś obciążało ich sumienia. Wiem, że musieli zostawić wszystko, jak moi dziadkowie.

Aż trudno uwierzyć, że tu był kiedyś rynek!
 I kolejny dramat. Znikanie Miedzianki, jej upadek i ruina. Dramat ludzi, tym razem Polaków, którym kazano to piękne miejsce opuścić. Nie wszyscy chcieli. Przeniesieni na nowe osiedle w Jeleniej Górze, do kilku bloków. Nieliczni postanowili zostać. Miasteczko niknęło latami. Coraz więcej domów ziało pustką, rozkradane, szabrowane, chyliły się ku upadkowi, straszyły tych, którzy zostali. Coraz trudniej było żyć. Kamienice groziły zawaleniem, niektórzy, zanim ostatecznie opuścili Miedziankę, zmieniali mieszkania wielokrotnie, ale nigdzie nie było bezpiecznie. Jeszcze kiedy miasteczko nazywało się Kupferberg w kilku miejscach zapadła się ziemia. To efekt szkód górniczych, wydobycia miedzi. Ale tragiczny los Miedzianki przypieczętowały lata powojenne. Rabunkowe wydobywanie uranu przez Rosjan. Czy miasteczko można było uratować? I tu znowu Springer zderza przekonania mieszkańców z faktami. Oni twierdzą, że tak, że  wyrok na miasto to celowe działanie miejscowych władz, a szczególnie tej złej, żony miejscowego, bardzo szanowanego, doktora, ruskiej, a więc działającej na zlecenie ruskich. Prawda jest oczywiście inna. Choćby taka, że ta zła była Polką. Ale oczywiście trudno przekonać przekonanych. Być może najważniejsze pytanie pada na końcu książki. Czy gdyby Miedzianka pozostała Kupferbergiem, jej los byłby podobny? A jeśli nie, co dość prawdopodobne, to zaraz pojawia się kolejne, które zacytuję: Czy cena za przetrwanie Miedzianki nie byłaby zbyt wysoka?

Znakomita książka. I na poziomie opowieści, barwnej historii, i na poziomie refleksji. Bo z jednej strony jest fascynująca historia, tajemnica, to zderzenie powszechnego przekonania, plotek z faktami, które nie są tak barwne, nie podgrzewają wyobraźni, a z drugiej strony jest to rzecz o przemijaniu, o okrutnym walcu historii, o przenikaniu się światów, o budowaniu nowego na starym i konsekwencjach tego, o poszanowaniu lub nieposzanowaniu cudzej pamięci, cudzego świata. Ja sama wychowałam się w poniemieckim mieście. Z dzieciństwa pamiętam kilka starych cmentarzy, niektóre były w centrum miasta. Z czasem znikały, zamieniano je na parki albo budowano w ich miejscu coś innego. Wtedy oczywiście nie zastanawiałam się nad tym.

Jeśli ktoś jeszcze "Miedzianki" nie czytał, musi to zrobić koniecznie!

Meksykańskie lektury (II) - Ola Synowiec "Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk"

Ciąg dalszy meksykańskich lektur. Tym razem przeczytałam debiut ksiązkowy Oli Synowiec "Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk" (Czarne 2018). Autorka, co ważne, od roku 2011 mieszka w Meksyku. Ten fakt pozwala mieć nadzieję, że poznała ten kraj już na tyle dobrze, iż wie, o czym pisze. Ma też licznych miejscowych znajomych, na których się powołuje. Wspominam o tym, bo jak wiadomo, z rzetelnością reporterów bywa różnie, co jakiś czas wybucha afera. Dlatego dziś ostrożniej podchodzę do  literatury faktu, dlatego nie przeczytałam dwóch reporterskich książek o Birmie, bo zarzucano im liczne błędy faktograficzne. Zdarza się, że autor zna kraj, o którym pisze, tylko z kilkumiesięcznego pobytu. Jak widać, rozkwit reportażu, jaki obserwujemy w ostatnich latach, ma swoje ciemne strony. Ale do rzeczy.

Książkę Oli Synowiec czyta się bardzo dobrze. Mimo niesprzyjających warunków połknęłam je w ciągu kilku dni. Wbrew tytułowi nie jest to tylko opowieść o religijności współczesnych mieszkańców Meksyku. Każdy rozdział poświęcony jest innemu zjawisku dotyczącemu zasadniczego tematu, ale staje się pretekstem do sięgnięcia w przeszłość, do opowieści o historii kraju albo do poświęcenia uwagi jakimś zagadnieniom i problemom społecznym. Razem tworzy to bardzo ciekawą mieszankę. Ola Synowiec stara się pokazać prezentowane problemy z różnych punktów widzenia, oddaje głos ludziom o odmiennych poglądach. Czytelnik zyskuje dzięki temu świadomość złożoności zagadnienia. Z książki przebija fascynacja autorki krajem, jego mieszkańcami, różnorodnością kulturową i religijną. Jeżeli coś mnie drażni, to końcowe wyznanie wiary, na pewno szczere, ale w takiej formie brzmi dość infantylnie, żeby nie powiedzieć pensjonarsko. Autorka pisze o tym, że przyjechała do Meksyku szukać Boga, a znalazła drugiego człowieka. (...) człowiek nie znudzi mnie nigdy i nie przestanie fascynować. (...) Mamy inne kolory skóry, inne kolory włosów, różne płcie, sposoby ubierania się i style życia. (...) Te minimalne różnice zachwycają. Decydują o naszej odmienności. I dalej w tym duchu. No jasne, że tak jest, ale czy koniecznie trzeba się nad tym rozwodzić na kilku stronach? Biję się w piersi, bo czasem, niesiona emocjami, też w tych notkach piszę słuszne banały mające cechy wyznania wiary (staram się jednak samokrytycznie zaznaczać, że Ameryki nie odkrywam), no ale ja nie jestem autorką książki, prowadzę tylko skromny blog.

A teraz konkretniej - jakie zagadnienia porusza Ola Synowiec w swoich tekstach? Zaczyna od szeroko znanych i będących turystyczną atrakcją meksykańskich obchodów Święta Zmarłych, kultu Świętej Śmierci, wszechobecnych czaszek i wszystkich tego typu rekwizytów, od których w Meksyku się roi. Okazuje się, że te obchody mają stosunkowo młode korzenie. Zostały sztucznie wykreowane w całym kraju po rewolucji 1910, kiedy to szukano elementów, które mogłyby stworzyć meksykański naród. Do tego potrzebne były wspólne dla wszystkich tradycje, sięgnięto więc do obyczajów znanych w jednym z regionów i metodycznie rozpropagowano. Ale historia Święta Zmarłych jest o wiele bardziej złożona i jeszcze ciekawsza. 

Potem autorka zajmuje się ruchem meksykańskich, jak ich nazywa, rodzimowierców, czyli ludzi, którzy wskrzeszają dawne indiańskie tańce, tańczą przez wiele godzin na placach miast, żyją indiańską tradycją i religią. Powstaje pytanie, czy naprawdę wierzą w azteckich, zapoteckich czy majańskich bogów? Jedni tak, inni nie. Przy okazji czytelnik dostaje garść informacji historycznych o początkach hiszpańskiej konkwisty w Meksyku. Kolejne zagadnienie to zamieszki studenckie roku 1968 (to te pokazywane w filmie "Roma"), długo okryte w cenzurą. Co mają wspólnego z wiarą i religijnością? Okazuje się, że sporo. Może raczej z kultem. Jest to też refleksja nad rolą mediów, ludzką bezmyślnością, bezrefleksyjnością i naiwnością oraz nad teoriami spiskowymi. 

Bardzo ciekawy jest reportaż o małej, górskiej wiosce - meksykańskiej stolicy grzybów halucynogennych, do której pielgrzymował między innymi sam John Lenon. Jak się okazuje, dziś w Meksyku wszystko może stać się pretekstem do stworzenia turystycznej atrakcji. Tak stało się i w tym wypadku. Podobnie jest zresztą z czarownikami, o których traktuje ostatni reportaż. Nawet czarna msza zostaje przez władze wioski wypromowana tak, aby nikogo nie gorszyła, a przyciągnęła tłumy ciekawskich.  I grzyby halucynogenne, i czarownicy to dziś turystyczna komercja, część turystycznego przemysłu. 

Bardzo ciekawy jest rozdział o coca-coli. Po raz drugi zadam to samo pytanie - co to ma wspólnego z wiarą? Bardzo dużo. Jest to również opowieść o cyniczności koncernu i popierających go politykach, o dewastacji środowiska naturalnego (woda!) i o katastrofalnym wpływie nadmiernego spożycia bardzo słodkiej coca-coli (słodszej niż w innych krajach) na zdrowie mieszkańców Meksyku. Cukrzyca to teraz choroba numer jeden w tym kraju. Jeśli dotyka Indian z małych wiosek, a tak właśnie jest, to jej skutki są dramatyczne. 

I wreszcie jeszcze jeden, bardzo ważny, rozdział dotyczący konfliktu między katolikami a rozmaitymi wyznaniami ewangelickimi, które zdobywają w Meksyku (także w Ameryce Południowej, na przykład Zielonoświątkowcy w Brazylii) coraz więcej wyznawców. 

To tyle w telegraficznym skrócie, na zachętę. Kto ciekawy, niech czyta. Kto był w Meksyku albo się wybiera, przeczytać powinien koniecznie.

Jon Krakauer "Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim"

Po reportaż Jona Krakauera "Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim" (Czarne 2018; przełożył Stanisław Tekieli) sięgnęłam z radiowego polecenia. Tym razem nie była to jednak rozmowa o książce, raczej napomknienie Tomasza Stawiszyńskiego, jednego z moich ulubionych dziennikarzy, że warto przeczytać. A ponieważ temat wydał mi się interesujący i bulwersujący, jakiś czas temu kupiłam i właśnie skończyłam lekturę. Może warto kilka słów poświęcić autorowi. Jon Karkauer jest nie tylko pisarzem i dziennikarzem, ale również alpinistą. Szerszej publiczności może być znany z ... filmu "Everest", który kilka lat temu pokazywany był na naszych ekranach. To historia tragedii, jaka rozegrała się w czasie ataku na najwyższy szczyt świata. Większość uczestników komercyjnej wyprawy zginęła, Krakauer przeżył, potem opisał to w książce "Wszystko za Everest", później powstał film. Wspominam o tym, bo sama zabierając się za "Missoulę", nie miałam pojęcia, że jej autor to jeden z bohaterów filmu, o którym kiedyś pisałam. Właściwie dowiedziałam się tego od bliskiej mi osoby, gdy opowiadałam jej, co właśnie czytam. No ale dość dygresji, czas przejść do sedna.

Reportaż Krakauera jest rzeczywiście interesujący i bulwersujący. Opowiada o problemie, o jakim nie miałam pojęcia - o gwałtach na amerykańskich kampusach uniwersyteckich. Problem jest szerszy, ale autor skupił się na jednym przykładzie - posługuje się przypadkami z uniwersytetu w Missouli w Montanie. Ta konkretna historia ma jeszcze jeden wymiar - uniwersytet szczyci się bardzo dobrą drużyną futbolową, która w mieście ma licznych, zagorzałych fanów. Można powiedzieć, że jest dumą nie tylko macierzystej uczelni, ale i Missouli. I to między innymi jej gracze, oczywiście nie wszyscy, są czarnymi bohaterami tej opowieści - zgwałcili swoje koleżanki, studentki tego samego uniwersytetu. 

Jak wyobrażamy sobie gwałciciela? Jako faceta, który napada na bezbronną kobietę w ciemnym zaułku. Tymczasem bardzo często to ktoś, kogo ofiara zna, a do gwałtu dochodzi w mieszkaniu - jej, jego lub ich znajomych. To o takich, jak nazywa je Krakauer, towarzyskich gwałtach jest ta książka. Bulwersujących aspektów tej sprawy jest wiele. Po pierwsze, i chyba najważniejsze, społeczne lekceważenie problemu, a może nawet przyzwolenie. Opinia publiczna prawie zawsze staje po stronie gwałciciela, a nie ofiary, bo po prostu uważa, że nic takiego się nie stało. Nikt nikogo nie zgwałcił. Jeśli dziewczyna piła alkohol, była na imprezie, umówiła się z chłopakiem, zaprosiła go do siebie albo skorzystała z jego gościnności, jest na straconej pozycji. No bo przecież sama chciała. Nie liczy się jej nie, nikt nie wierzy, że facet zaczął ją gwałcić, kiedy spała, nikt nie rozumie jej pasywnego zachowania spowodowanego szokiem, strachem, niedowierzaniem, poczuciem winy. Krakauer dużo miejsca poświęca reakcji ofiar na  traumatyczne zdarzenie, jakim jest gwałt. Reakcji, która wydaje się często dziwna, nietypowa, niewiarygodna i ma, zdaniem wielu, świadczyć przeciwko ofierze. Jedna z bohaterek książki nie wzywała pomocy, mimo że w drugim pokoju przebywał jej współlokator, a po wszystkim odwiozła gwałciciela-kolegę do domu. Inna nie obudziła swojej koleżanki z pokoju i jej chłopaka, którzy spali na sąsiednim łóżku. Autor powołuje się na badania znanego amerykańskiego psychologa, który zajmuje się ofiarami gwałtów, i na ich podstawie twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak typowa reakcja.

Jeśli ofiara zdecyduje się zgłosić na policję, niekoniecznie dojdzie do procesu. Prokuratorzy wniosą sprawę do sądu tylko wtedy, kiedy pewni będą wygranej, bo mają bardzo silne dowody. A jeśli do procesu dojdzie, jeśli wyrok wydaje ława przysięgłych, to wynik wcale nie jest przesądzony. To kolejny bulwersujący aspekt problemu. Krakauer relacjonuje w swojej książce takie procesy. Łatwiej jest ofierze doprowadzić do wewnętrznego postępowania na uczelni i do wyrzucenia sprawcy, chociaż to ostatnie też nie zawsze się udaje. Kiedy czyta się opisy procesów i postępowań na uniwersytecie, dochodzi się do wniosku, że trzeba mieć wiele determinacji, siły woli i odwagi, aby przez to wszystko przejść. Ofiary, jeśli już decydują się na wniesienie oskarżenia, często robią to z poczucia obowiązku - nie chcą, aby gwałciciel skrzywdził kolejną dziewczynę. A że tak się stanie, jest niemal pewne. Dlaczego? Bo nie czuje się winny, nie widzi problemu, uważa, że nic złego nie zrobił. Po prostu poszedł z dziewczyną do łóżka. A że się opierała? Ale przecież najpierw chciała. Albo mówiąc nie, tylko się droczyła.

Następna  bulwersująca sprawa dotyczy gwałcicieli, którzy byli członkami miejscowej drużyny uniwersyteckiej i cieszyli się wśród mieszkańców miasta wielką popularnością i estymą. Kiedy jeden gwałt wyszedł na jaw, kiedy został opisany w miejscowej gazecie, światło dzienne ujrzały różne grzechy zawodników. Kradzieże, rozboje i inne gwałty, w tym jeden zbiorowy. Szybko okazało się, że czuli się bezkarni, ponieważ zdobywali punkty dla swojej drużyny i rozsławiali miasto. Trenerzy oraz menadżerowie przymykali oko na ich wybryki i przestępstwa. Opinia publiczna też stawała za nimi murem,  nie wierzyła ofiarom, a nawet je hejtowała. Dziewczyny przeżywały kolejną traumę. Czuły się zbrukane, poniżone, upokorzone.

Tyle o problemie. Na koniec jednak muszę uczciwie przyznać, że książka, chociaż czyta się ją szybko, bywa nużąca. Krakauer drobiazgowo relacjonuje sprawy, także procesy uczelniane i sądowe. Obficie cytuje rozmaite pisma, mowy prokuratorów, obrońców i świadków. Ciągnie się to w nieskończoność. Natychmiast przypomniała mi się dyskusja na temat polskiego reportażu, jaka mniej więcej rok temu przetoczyła się przez niektóre media. Zwolennicy reportażu literackiego starli się ze zwolennikami solidności, rzetelności, stawiając za wzór między innymi reportaż anglosaski. No więc książka Krakauera to przykład właśnie takiej literatury faktu - rzetelnej, solidnej, ale niestety nużącej, żeby nie powiedzieć nudnej. W żadnym razie  nie pochwalam błędów faktograficznych czy zwykłych oszustw, zdecydowanie opowiadam się jednak za ciekawą formą. Nadal też nie rozumiem, dlaczego jedno nie miałoby iść w parze z drugim.

Mimo tego zastrzeżenia uważam, że warto po reportaż Krakauera sięgnąć, ba, nawet trzeba! Dlaczego? Bo pokazuje mechanizm uniwersalny, który nie dotyczy tylko kobiet, ale również dzieci - ofiary pedofilów. Teraz, kiedy po "Klerze" Smarzowskiego, a szczególnie po filmie Sekielskich, tyle się mówi na ten temat, przeczytanie tej książki pozwoli lepiej zrozumieć ofiary. Nie będziemy się dziwić, dlaczego się godziły, dlaczego milczały, dlaczego same chodziły do swoich oprawców.

Popularne posty