Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieda. Pokaż wszystkie posty

Alia Trabucco Zerán "Do czysta"

"Do czysta" (Czarne 2025; przełożył Tomasz Pindel) chilijskiej

pisarki Alii Trabucco Zerán to kolejna powieść z Ameryki Łacińskiej, którą przeczytałam. Nowy boom na literaturę latynoamerykańską trwa, a ja z przyjemnością mu się poddaję, bo Ameryka Łacińska żywo mnie interesuje. Autorka należy do młodego pokolenia pisarek i pisarzy (rocznik 1983), mieszka w Santiago, studiowała w Stanach i w Londynie. "Do czysta" to jej druga powieść, jak wynika z brytyjskiej Wikipedii, bo w nocie biograficznej zamieszczonej na stronie wydawnictwa nie zostało to jasno powiedziane.

To kolejna bardzo dobra książka latynoamerykańska, jaką ostatnio przeczytałam. Książka, która sporo mówi o chilijskim społeczeństwie, a tego właśnie najchętniej szukam w literaturze obcej, a już szczególnie z miejsc odległych. Ma też oczywiście wymiar uniwersalny.

Narratorką jest czterdziestoletnia Estela Garcia, która przybywa do Santiago z jakiejś wyspy leżącej na południu Chile w poszukiwaniu pracy. Zostaje gosposią, a potem niańką dziewczynki, która ma się wkrótce urodzić. Pracuje w zamożnym domu w dobrej dzielnicy Santiago, gdzie bogate wille, jak to w Ameryce Łacińskiej bywa, otoczone są płotem zwieńczonym zwojem drutu pod napięciem. Ma tam swój niewielki pokoik przy kuchni. O pracodawcach mówi najczęściej - pani i pan, o ich córce - dziewczynka. Ona jest prawniczką w jakiejś firmie, on lekarzem w szpitalu. 

Estela opowiada historię swojej siedmioletniej (mogłam się odrobinę pomylić) pracy u państwa, znajdując się w jakimś miejscu odosobnienia. Ktoś jej być może słucha, a przynajmniej ona jest o tym przekonana. Gdzie jest, możemy się tylko domyślać. Zaraz na początku dowiadujemy się, że dziewczynka nie żyje. Jej opowieść ma wyjaśnić, jak doszło do jej śmierci. Czy ona była odpowiedzialna? Nie dopilnowała czegoś? A może ją zabiła? Dlaczego? W każdym razie miejsce odosobnienia, w którym się znajduje, oraz jej opowieść skierowana do kogoś, komu ma? chce? wyjaśnić, jak do tej śmierci doszło, mogą sugerować, że to ona jest winna. Przynajmniej ja tak to odbierałam. Jak jest naprawdę, dowiadujemy się na końcu. Muszę przyznać, że zakończenie bardzo mnie zaskoczyło, ale świetnie wpisywało się w całość opowieści. 

Estela jest kobietą refleksyjną, zastanawia się nad sobą, nad światem, panią, panem i dziewczynką. Wielokrotnie używając jakichś trudniejszych słów czy sformułowań, prowokuje słuchających. Domyśla się, że dziwią się temu, że zna takie wyrazy. Noszą w sobie obraz służącej, która jest nikim - prostą, niewykształconą kobietą. Ona dziwi się ich zdziwieniu.

Wróćmy jednak do mojego głosu - gosposia powinna używać innego słownictwa, prawda? Powinna mówić pośpiesznie, niezdarnie, połykać głoski i wypowiadać je niewyraźnie. Głos inny, wyróżniający się na tle pozostałych. Żeby można taką od razu zidentyfikować, bez wkładania fartucha.

Podobnie myśleli o niej pani i pan. Chociaż była świadkiem ich życia, sprzątała po nich, oglądała ich brudną bieliznę i pościel, zajmowała się ich córką, była dla nich przeźroczysta. Dostrzegali ją, kiedy coś źle zrobiła albo kiedy wydawali jej polecenia. Czasem poprawność polityczna kazała im zaprosić ją do stołu, pocieszyć, kiedy zmarła jej matka. Żyli w jednym domu, ale prowadzili równoległe życia.

Obraz świata, jaki wyłania się z tej powieści, jest przerażający z kilku powodów.

Pierwszy to życie Esteli. Przyjechała do stolicy, aby zarobić pieniądze, pomóc matce, rozbudować i ulepszyć ich skromny domek. Była przyzwyczajona do swobody i życia blisko natury, rozpoznawała ptaki, rośliny, to wszystko było dla niej ważne. Trafiła do wielkiego, szarego miasta, żyła zamknięta w klatce domu i ogrodu swoich państwa. Wychodziła tylko do pobliskiego supermarketu na zakupy. Miała popracować rok, może trochę dłużej, została na siedem lat zmuszona okolicznościami i przyzwyczajeniem. Wielokrotnie podkreśla monotonię swojej pracy, poczucie, że żyje prowizorycznie, a nie naprawdę, swój wygląd wskazujący na więcej niż czterdzieści lat.

Twarz sześćdziesięcioletniej kobiety, kobiety liczącej sobie sto dwadzieścia milionów lat. Obwisła skóra na szyi, pierwsze siwe włosy na skroni, zmarszczki tu czy tam, opuchlizna wokół oczu ze zmęczenia. Twarz jednak, nie dajcie się nabrać, nigdy nie mówi prawdy. Twarz udaje, kłamie, ukrywa. Toteż ślady na niej są śladami najczęstszych kłamstw, grzecznościowych uśmiechów, niezliczonych godzin kiepskiego snu.

Stała się kimś, kim nie była naprawdę.

... patrzyłam na tę obcą kobietę, która zmiatała podłogę, wyrzucała spleśniałe wiśnie, myła kubeł po śmieciach, myła szyby, wyciągała włosy z odpływu wanny. Zaprawiałam się tak, jak zaprawiają się sportowcy, żeby znosić ból, jak zaprawiani jesteście wy i ja, kiedy uczy się nas wzajemnej pogardy. I sama ćwicząc, ćwiczyłam także ją. (...) Tę kobietę, która umiała stać się nieodzowna. Nauczyła się pleść warkocz małej. Nauczyła się stosować do wskazań lekarza. Nie mówić "buzia", tylko "usta". Nie mówić "przyszedli", tylko "przyszli". Odkładać noże do przegródki z nożami. Łyżki do tej z łyżkami. A słowa trzymać w gardle, skąd nigdy nie powinny wychodzić.

Z czasem coraz bardziej wtapia się w tło, znika, staje się niewidoczna, milczy, a państwu to nie przeszkadza, dopóki praca jest wykonana - warkocz małej zapleciony, łyżki odłożone do łyżek, widelce do widelców.

Trwałam w niemocie dzień po dniu i odeszła mi ochota na gadanie. Bo i z kim? Po co, skoro nie było już Yany, nie było mojej mamy? A w międzyczasie rutyna, ciągle i tak samo: wyrzucić cudze śmieci, odkurzać cudze dywany, polerować cudze lustra, prać cudze ubrania.

Ratunkiem może być powrót na południe. Życie na swoich warunkach. Ale czy jej się to uda? Czy będzie jej łatwiej? Doświadczenie jej matki, która tak samo jak ona, musiała kiedyś harować u jakichś państwa, i kuzynki pracującej ciężko w przetwórni ryb, pokazuje, że nie będzie to pewnie możliwe. 

Przerażający jest też obraz rodziny, u której pracuje Estela. Co z tego, że mają pieniądze, stać ich na dom w dobrej dzielnicy, na gosposię. Żeby otoczyć się tym luksusem, harują od rana do nocy. Żyją w strachu przed światem pełnym przemocy, od której starają się oddzielić, przed upływem czasu i nieuchronną starością. Córkę tresują, a nie wychowują. Ma dorosnąć do ich oczekiwań, świetnie się rozwijać, uczyć, pójść do prywatnej szkoły, potem na studia. Po co? Żeby żyć tak jak oni. Ten dom jest przeraźliwie zimny, nie ma w nim ciepła, bliskości, miłości. Oni też żyją udawanym życiem, w ciągłym napięciu. Nie są sobą, nie mogą ani na chwilę opuścić gardy, udają szczęśliwych ludzi, szczęśliwe małżeństwo, szczęśliwą rodzinę i szczęśliwe życie.

Świat Esteli i jej państwa jest w gruncie rzeczy podobny. Wszyscy muszą harować, aby utrzymać się na powierzchni. Ale jest też między nimi zasadnicza różnica - ona nigdy za swoją harówkę nie dostanie takich pieniędzy, aby godnie żyć. Jej matka musiała ją zostawić na wsi z krewnymi, a sama pracowała w mieście u swoich państwa. Oni za swoją harówkę zarabiają dobre pieniądze, ich stać na nianię dla dziecka. I pewnie mają wybór - mogliby trochę zwolnić i też utrzymaliby się na powierzchni. Ale nie chcą, bo muszą mieć więcej, więcej i więcej.

A gdzieś na obrzeżach ich idealnego świata toczy się życie. Wybucha gniew takich jak Estela - wykluczonych, niezauważanych, przeźroczystych. Ten gniew miga na ekranie telewizora, na który Estela zerka ukradkiem, pracując w kuchni. Jak to się skończy?

Kolejna bardzo dobra powieść z Ameryki Łacińskiej, która nie daje o sobie zapomnieć.

Ewa Mańkowska "Hanna i Dorota"

Na książkę Ewy Mańkowskiej "Hanna i Dorota" (EMG 2024)

ostrzyłam sobie zęby, odkąd wysłuchałam kilku rozmów z autorką. To jej pierwsza książka, a zrodzona została z odkrycia rodzinnej przeszłości i z gniewu. Zanim przejdę do książki i do rozwikłania zagadki z poprzedniego zdania, kilka słów o Ewie Mańkowskiej. Jest malarką i redaktorką w wydawnictwie EMG oraz współorganizatorką dwóch wrocławskich festiwali - Międzynarodowego Festiwalu Kryminału i Bruno Schulz. Festiwal.

Zacznę od łyżki, a może nawet łychy, dziegciu - czytanie tej książki dla wielu osób może być swoistą drogą przez mękę, są pewnie i tacy, którzy będą zmuszeni przerwać lekturę. I nie, nie chodzi o treść, nie chodzi też o wojnę, która odgrywa niebagatelną rolę w tej historii, chodzi o coś tak prozaicznego jak ... druk. Otóż nie przypominam sobie, abym spotkała się z tak małą czcionką! Osoby starsze czy słabiej widzące, a nawet takie jak ja, które do czytania używają okularów, będą miały problem. Muszę przyznać, że bardzo mnie to zbulwersowało - no bo pamięta się już o osobach na wózkach, poruszajacych się o kulach, widać powszechne starania, aby robić wszystko, żeby miasto było dla nich dostępne, a nikt nie myśli o tym, aby książka była dostępna dla każdego. Jestem przekonana, że są tacy, którzy nie będą w stanie przeczytać "Hanny i Doroty". Domyślam się, że chodzi o koszty - książka jest gruba (400 stron bez bibliografii), więc wydrukowana przyzwoitą czcionką byłaby jeszcze grubsza, a więc droższa. No ale dlaczego nie ma ebooka?! To też nie rozwiązałoby problemu do końca, nie wszyscy lubią czytniki, ale na pewno poszerzyłoby krąg odbiorców, byłoby alternatywą. Piszę o tym, bo ta kwestia wydaje mi się zupełnie niedostrzegana. 

No a teraz czas przejść do książki, która okazała się tak ciekawa, że mimo objętości i tej nieszczęsnej czcionki przeczytałam ją w tydzień. Kim są kobiety, których imiona pojawiają się w tytule? Pierwsza, Hanna, jest na pewno szerzej znana - to malarka Hanna Rudzka-Cybisowa. O drugiej, Dorocie, nie słyszałam nigdy wcześniej - to też malarka Dorota Seydenman, z domu Berlinerblau, polska Żydówka pochodząca z bardzo bogatej rodziny przemysłowców. Nic zresztą dziwnego, że nie miałam o jej istnieniu pojęcia, skoro Ewa Mańkowska, która jest jej krewną, też niewiele o niej wiedziała. Pojawiała się we wspomnieniach jej ojca, którego ciotką była, tak jak i inne kobiety-malarki z tej rodziny. I to z gniewu i zdziwienia, że została zapomniana i niemal całkowicie wymazana z historii sztuki i ze wspomnień nawet tych, z którymi była blisko, wzięła się ta książka. 

Autorka nazywa ją biografią dwóch przyjaciółek, Hanny Rudzkiej-Cybisowej i Doroty Seydenman, ale tak naprawdę jest to opowieść o całej grupie kapistów i o ludziach, którzy jakoś byli z nimi powiązani, między innymi o rozległej rodzinie Doroty. Tu koniecznie muszę wyjaśnić, kim byli kapiści, bo i ja, chociaż uwielbiam odwiedzać galerie malarstwa, jeszcze jakiś czas temu niewielkie miałam o nich pojęcie - znałam ten termin, wiedziałam, że to jacyś malarze, ale nic poza tym. Książka, chyba przez przypadek, bo pracę nad nią wydłużyła pandemia, wstrzeliła się w stulecie kapistów. Z tej okazji w moim mieście otwarto niewielką wystawę ich obrazów, a w Warszawie drugą. Niestety o tej ostatniej dowiedziałam się zbyt późno, aby na nią pojechać. Otóż była to grupa młodych studentów krakowskiej ASP, którzy zaczęli studia na tej uczelni w latach dwudziestych zeszłego wieku, różnej narodowości i o różnym statusie społecznym i majątkowym. Byli wśród nich Żydzi, jeden Ukrainiec, Polak urodzony w Petersburgu, który dzieciństwo spędził w Gruzji, Niemiec, który wybrał sobie polskość, no i oczywiście Polacy. Większość biedna, nieliczni zamożni, jeden arystokrata, ale bez pieniędzy. Oczywiście głównie mężczyźni i trzy kobiety. Wszyscy trafili do pracowni przybyłego z Paryża Józefa Pankiewicza, który stał się na pewien czas ich guru. Zafascynował ich kolor, który stał się w ich malarstwie najważniejszy. To pod wpływem Pankiewicza postanowili na jakiś czas wyjechać do Paryża, aby tam zetknąć się ze światową sztuką. Aby zrealizować ten zamiar, zaczęli zbierać pieniądze, które pozwoliłyby się im utrzymać przez jakiś czas we Francji. Kwestowali, urządzali bale, dopięli swego. Zostali w Paryżu przez dziesięć lat, oczywiście nie wszyscy, czasem z przerwami. Skąd nazwa kapiści? Od skrótu kp, czyli komitetu paryskiego, który zawiązali, aby zorganizować wyjazd. Dziś najbardziej rozpoznawalnymi z tej grupy są przede wszystkim Józef Czapski, potem Hanna Rudzka-Cybisowa i Jan Cybis. Autorka upomina się nie tylko o pamięć o swojej krewnej, ale także o Zygmunta Waliszewskiego czy Seweryna Boraczoka. Wiele ich obrazów, czasem większość, unicestwiła wojna. I ten problem został w książce bardzo mocno podkreślony. Niby się o tym wie, ale jednak fragmenty opowiadające o mechanizmie strat były jednymi z mocniejszych.

Zniknęły tysiące dzieł innych artystów niebędących bohaterami tej opowieści. Niektórym wydaje się, że artysta żyje dłużej niż inni, bo zostają jego prace. To piękne i idealistyczne stwierdzenie. Obrazy zostają albo nie. Wojny, pożary, szabrownicy, wilgoć piwnic czy dziurawe dachy niechroniące już strychów przed deszczem, który kapie na porzucone płótna, fatalne zbiegi okoliczności - wszystko to powoduje, że także dzieła sztuki mogą przepaść bezpowrotnie.

"Hanna i Dorota" to taki rodzaj książki, która pochłania całkowicie, sprawia, że się nią żyje, że się przenosi w świat jej bohaterów, a prawdziwe życie staje się tylko, niepotrzebnym, przerywnikiem. Co najbardziej zwróciło moją uwagę? Fascynująca jest opowieść o paryskim życiu kapistów, którzy musieli się mierzyć z różnymi przeciwnościami losu, z brakiem pieniędzy, z artystycznymi porażkami, a jednocześnie uwielbiali to miasto, jego artystyczną atmosferę, twórczy ferment, no i prowadzili bujne życie towarzyskie. To czas trudny, ale z drugiej strony beztroski i wspaniały. Cybisowie po powrocie do kraju wracali jeszcze do Paryża, bo tak tęsknili za jego artystyczną atmosferą. Ponieważ wiadomo, jak potoczyła się historia, tym bardziej czytając tę książkę, miałam poczucie jakiejś chwilowości, czasu darowanego, szczególnie w wypadku Doroty Seydenman, której koniec będzie tragiczny. 

Niezwykle ciekawe jest odkrywanie przez autorkę jej osoby. Są okresy w jej życiu, o których niewiele wiadomo, kopalnią wiadomości okazała się odkryta w archiwach korespondencja przyjaciółek, Hanny i Doroty. Autorka przywraca pamięć o swojej krewnej, oddaje jej sprawiedliwość, podkreśla jej bezinteresowne zasługi dla całej grupy kapistów. Ponieważ wywodziła się z bogatej rodziny, często pomagała im finansowo albo wprost, albo szukając kupców na ich obrazy. Z pamięci historii sztuki jej zasługi zostały wymazane niemal zupełnie. To Józef Czapski w swoich pismach przypisuje sobie wyłączną pomoc przyjaciołom, którą zawdzięczali nie tyle jego pieniądzom, bo ich nie miał, ale towarzyskim koneksjom. To prawda, ale nie był jedyny, a o tym, co robiła Dorota, nie wspomina. 

Ani słowa o Dosi w rozchwytywanej książce Józia  zatytułowanej "Patrząc", nasyconej wspomnieniami o kapistach, Paryżu i przyjaciołach, ilustrowanej reprodukcjami ich obrazów. Dosia została wymieniona jedynie w przypisie wyliczającym uczniów Pankiewicza, którzy wyjechali do Francji.  

Nie wspominali o niej także niemal wszyscy pozostali z tej grupy. Autorka nie przypisuje im złej woli, raczej składa wszystko na karb traumatycznych wojennych przeżyć, które spowodowały chęć odcięcia się od wspomnień, nierozgrzebywania ran. 

Chociaż sporo wiem o antysemityzmie w międzywojennej Polsce, to przykłady, które przytacza w książce Ewa Mańkowska  wstrząsnęły mną. Nigdy nie zrozumiem takiej bezinteresownej nienawiści skierowanej do osób innej narodowości czy wyznania. 

W "ABC - Nowiny Codzienne" Maria Rutkowska, marząca o Warszawie bez Żydów, zauważała na Mokotowie "gniazda luksusowych domów żydowskich". Wyliczała żydowskich właścicieli nieruchomości w tej dzielnicy, nie mogąc uwierzyć, że ktoś taki mógł żyć w dobrobycie. Ta sama felietonistka w kolejnym artykule snuła wizje wysiedlenia mieszkańców Nalewek i stworzenia nowych dzielnic, do których Żydzi będą mieć zakaz wstępu.

Niezwykłą osobą jawi się w tej książce Hanna Rudzka-Cybisowa, która długo pozostawała w cieniu męża, a przecież była równie oddana sztuce jak on. Niezależna, silna, borykająca się z trudnościami losu, a w czasie wojny chociaż ledwo wiązała koniec z końcem, pomagała wielu ludziom, no i swojej przyjaciółce Dorocie. A czas wojny to swoista kronika zapowiedzianej śmierci. Od początku przecież wiemy, że Dorota nie przeżyje. Rozdział poświęcony temu okresowi jest bardzo przygnębiający. Szamotanie się, ukrywanie, ucieczki, zmiany adresów, bieda, a w końcu śmierć najprawdopodobniej poprzedzona torturami. A przecież nie dotyczy to tylko Doroty.

Ewa Mańkowska doprowadza opowieść właściwie do końca wojny. Potem w dwóch krótkich rozdziałach zajmuje się pamięcią, a właściwie niepamięcią, i zwięźle relacjonuje powojenne losy najważniejszych bohaterek i bohaterów swojej opowieści.

Brakuje mi w "Hannie i Dorocie" indeksu osób, czasem można się pogubić w tym, kto jest kim, zwłaszcza wśród licznych krewnych Doroty, i może, chociaż mniej, kalendarium. Za to chwała autorce za liczne zdjęcia i kilka reprodukcji obrazów namalowanych przez kapistów. 

Bardzo ciekawa książka, skłaniająca do refleksji, a poza tym olbrzymie źródło wiedzy. Nie tylko dla osób interesujących się malarstwem.

Maria Halber "Strużki"

O "Strużkach" (Cyranka 2023), prozatorskim debiucie poetki Marii

Halber, było swego czasu głośno. Mimo to jakoś nie miałam ochoty na książkę o przyjaźni dwóch dziewczyn, nawet świetnie napisaną. Dopiero spotkanie w czasie Festiwalu Conrada, a potem Nagroda Conrada (przypominam - to nagroda za debiut) sprawiła, że postanowiłam wypożyczyć i przeczytać. Książeczka jest niewielka, w czasie około świątecznym połknęłam ją błyskawicznie.

Przede wszystkim ogromną wartością powieści jest język. Bardzo lubię czytać prozę pisaną przez poetki czy poetów właśnie z tego powodu. Poezji w zasadzie nie czytam - nad czym boleję, niestety nie umiałabym się odnaleźć w poetyckim rynku wydawniczym, byłabym pewnie skazana na klasykę - ale za to uwielbiam jej odbicie, jej ślady w prozie. 

Żarliwie sączy się to lato, na które czekamy bezustannie, ciągle jest piątek, całe zastępy piątków, w które nigdy nie zdarza się nic. W te dni siedziałyśmy w chaszczach, iskałyśmy świat z dżdżownic, gąsienic, larw ohydnych i tłustych, wrzucałyśmy je pod przykrótkie bluzki tym, które się nam akurat nie podobały. (...) A ze spoconych foliówek prosto do ust pchamy porzeczki, spowite kołderką pleśni truskawki, czereśnie, ich słodkie różowe mięso. Plujemy pestkami w chłopców głupich i pięknych. 

Dlatego czytałam z ogromną przyjemnością. Bo język nie tylko zachwyca, ale w tym wypadku także  buduje nastrój. I to właśnie dzięki językowi i sposobowi opowiadania sama historia zyskuje wartość, staje się interesująca. Bo przecież ile było już takich opowieści? Takich i innych, wszak wszystko już zostało opowiedziane, stale snujemy te same historie, dlatego liczy się to jak

Którą opowieść wyciąga Maria Halber z wora opowieści? To przede wszystkim historia nastoletniej przyjaźni jakich wiele, historia o szukaniu siebie i opowieść o przywileju, a bardziej jego braku. 

Narratorka po licznych przeprowadzkach rodziców związanych z pracą ojca trafia w końcu do małego miasteczka, do prowincjonalnej szkoły. Jest tu nikim, bo niczym się nie wyróżnia.

Być grzeczną, być uśmiechniętą, nie zajmować swoim istnieniem zbyt wiele miejsca.

Wcześniej też tak było, ale wcześniej nigdzie dłużej nie zagrzewała miejsca, więc poczucie samotności, osobności nie było tak bolesne.

Nim zdążyłam przetworzyć jakieś miejsce, wyścielić sobie wyobraźnię jego mapą, poprzyklejać imiona do twarzy, twarze znów do mapy - już byliśmy spakowani. (...) Przejazdy z jednej nicości w drugą, bezustannie.

Dopiero znajomość i przyjaźń z Kingą zmienia wszystko. Są zupełnie różne. Narratorka pochodzi z dobrego domu, w miarę zasobnego, przynajmniej tak sytuuje się jej rodzina w hierarchii tego małego miasteczka, Kinga mieszka na popegeerowskim osiedlu w ciasnym mieszkanku z matką i chorą siostrą, którą muszą się razem opiekować. Z czasem to, z jakich domów wyszły, da znać o sobie, będzie jedną z przyczyn rozejścia się ich dróg. Ale to później.

To pęknięcie miało przez kolejne lata urosnąć w przepaść nie do pokonania. (...) Przyszłość była drabiną, pnącymi się w górę schodami, po których miałam wspinać się po kilka stopni naraz, niesiona siłą przywileju, o którym nie miałam najmniejszego pojęcia,

Za to w szkolnej i towarzyskiej hierarchii Kinga jest kimś, a narratorka nikim. Wszyscy się z nią liczą i wszyscy o nią zabiegają. Wie, jakie ciuchy kupić w lumpeksie, żeby fajnie wyglądać, jest wysoka, szczupła i ładna, zachowuje się swobodnie. Za maską beztroski chowa rodzinne problemy, do których dopuszcza przyjaciółkę. Narratorka i w dziedzinie urody jej nie dorównuje, ma kompleksy, z nienawiścią patrzy na swoje grube kolana. Ponieważ jest dziewczyną bez właściwości, jak gąbka chłonie Kingę, jej zachowanie, poglądy, ubiór, upodabnia się do  niej i do innych dziewczyn, jest ich klonem. Dzięki tej przyjaźni staje się kimś w towarzyskiej hierarchii. Ale to wyjście z cienia ma swój termin ważności - wszystko jest w porządku dopóki przyjaźnić się będzie z Kingą. Bez niej znowu nic nie będzie znaczyć.

Ale za to zaczynałam rozumieć, widzieć coraz wyraźniej to swoje nieprzynależenie, swoją żadność. Dwie wyrwy: wyrwa po Kindze i po sobie wyrwa, bo bez Kingi to wiele ze mnie nie zostało. I naraz dopadło mnie to, co wcześniej usilnie wypierałam. Ja wciąż nic o sobie nie wiedziałam. Latami przez osmozę wchłaniałam Kingę, przejmowałam jej sposób mówienia, żarty, nawet te jej osobliwe upodobania odzieżowe skrupulatnie adaptowałam na własny użytek. I co mi z tego zostało? Zadra. Rzeczy pożyczone, rzeczy przejęte, wszystko teraz uwierało jak drzazga. Więc musiałam zacząć wyrzucać, konsekwentnie amputować siebie z siebie. Skończyła się licencja, skończyła się umowa najmu tożsamości. 

Ale ten proces nie będzie łatwy. Bo szybko się okaże, że narratorka nie przynależy do żadnego środowiska. Wszędzie, gdzie się znajdzie, będzie musiała znaleźć kogoś, od kogo przejmie coś przez osmozę, będzie musiała przybierać maski, być czujną, aby nie zdradzić się ze swoją ignorancją, nieobyciem towarzyskim i kulturalnym. Bo przywilej wprawdzie pozwoli jej wyjechać na studia, chociaż tylko dzięki stypendium, ale za krótki będzie na duże miasto, na dziewczyny z wielkomiejskich, zamożnych rodzin, otrzaskane w świecie, z tym backgroundem kulturalnym, którego ona w swojej rodzinie i w małomiasteczkowej szkole nie dostała.  

I ten wstyd, wstyd jak pulsująca kula w brzuchu, szorstki i palący - obcisłe dżinsy z elastanem, ortalionowy plecaczek, byle jakie adidasy. Po twarzy spływał mi stary podkład podkradziony z kosmetyczki mamy i w dłoni obracałam swój przestarzały telefon, tyle byłam warta, serio.

A ja miałam pod górkę i wiedziałam tylko, że nie pasuję, że nie jestem stąd. I cały czas muszę tylko udawać, udawać, udawać. Udawać i kłamać. 

Kiedy po latach studiów i pracy wróci na jakiś czas do swojego miasteczka, tu też nie będzie już przynależeć. Ich drogi z Kingą dawno się rozeszły, teraz nic nie zostało z ich tamtego w miarę beztroskiego świata. 

Ale to było wtedy, a teraz życie przewiało nas w zupełnie inne miejsca i jak daleko nam do tamtych siebie.

I nie da się na nowo odbudować tamtej relacji. Z wielu powodów. Bo obie są już inne, bo dzielą je doświadczenia, bo jednej pozornie się powiodło, a drugiej tylko wiatr w plecy. Trochę z powodu złych wyborów, ale przede wszystkim z powodu miejsca, a właściwie rodziny, w której Kinga się urodziła. Bo musiałaby mieć w sobie wiele determinacji i wiele szczęścia, aby nie powielać losu swojej matki i wielu innych kobiet z jej środowiska. A przede wszystkim musiałaby dostrzec to coś, dla czego warto próbować. I pewnie szanse, żeby się udało, są równe zeru. To tylko w amerykańskich filmach powielających mity, że każdy kowalem swego szczęścia, że od pucybuta do milionera, że chcieć to móc, bywają takie happyendy. 

Smutna jest ta historia. I dziwne, zupełnie nieoczywiste ma zakończenie, którego nie mogę zdradzić. Jak je rozumieć? Możliwości jest pewnie wiele. Najpierw zupełnie nie wiedziałam, co z nim zrobić, potem doszłam do pewnego wniosku, bo jeśli czyta się uważnie, znajdzie się pewne zapowiedzi, które prowadzą narratorkę do takiego zakończenia. Niech kluczem będzie to zdanie:

Nie ma takich światów, których nie dałoby się zmyślić pisaniem.

I może w tym nadzieja.

Cieszę się, że przeczytałam "Strużki" Marii Halber, doceniam tę powieść, wraca do mnie, kiedy o niej piszę, ale muszę przyznać, że z głośnych debiutów roku 2023 znacznie mocniej odcisnęły mi się w głowie inne książki: "Wniebogłos" Aleksandry Tarnowskiej, "Kundle" Katarzyny Groniec, "Toń" Ishbel Szatrawskiej i "Łakome" Małgorzaty Lebdy, a z wcześniejszych "Białe noce" Urszuli Honek, "Kości, które nosisz w kieszeni" Łukasza Barysa, jedynego faceta w tym towarzystwie, a może przede wszystkim "Akuszerki" Sabiny Jakubowskiej.

Izrael Joszua Singer "Towarzysz Nachman"

Mojej przygody z utalentowanym rodzeństwem Singerów odsłona

kolejna i nie ostatnia. Po "Rudej Kejli" Izaaka Baszewisa Singera, najsłynniejszego z ich trojga, i "Brylantach" Esther Singer Kreitman przyszedł czas na "Towarzysza Nachmana" Izraela Joszuy Singera (Fame Art 2022; przełożył Krzysztof Modelski). Autor to oczywiście brat noblisty, od 1933 roku mieszkał w Stanach Zjednoczonych. Pisał w jidysz. W Polsce ukazało się kilka jego książek - jeśli wierzyć Wikipedii, to wszystko, co napisał - dwie z nich  znalazły się na mojej liście bibliotecznej, inne z czasem pewnie na nią trafią. Na razie przeczytałam to, co miałam już od dłuższego czasu w czytniku.

Od razu muszę napisać, że to powieść bardzo ciemna, nie ma w niej ani krztyny nadziei. Rzadko zdarza się aż tak dołująca literatura. Chociaż mnie w ostatnim czasie przytrafiło się to po raz drugi. Ten pierwszy to "Listopad" Aleny Mornštajnovej. Po lekturze takiej książki mam potem problem z wyborem kolejnej. Chciałoby się coś pogodnego, lżejszego, a ja takich książek właściwie nie mam. Tym razem wybór padł na "Półbrata" Larsa Sabaaye Christensena. Wprawdzie na pewno nie spełnia wymienionych kryteriów, ale mam nadzieję, że nie zdołuje aż tak bardzo. Ale do rzeczy.

Już początek "Towarzysza Nachmana" jest ciężki. Ubogi, pobożny Żyd, Mates Riter, wędruje od wsi do wsi, sprzedając gojom jakieś produkty, które nosi w worze zawieszonym na ramieniu, i skupuje skóry zwierząt, chyba królików i zajęcy. Z tego nędznego zarobku utrzymuje siebie i swoją liczną rodzinę. Śpi gdzie popadnie, je zazwyczaj suchy chleb, wraca do domu na szabas. I tak tydzień w tydzień. Bez wytchnienia. Jest pogodzony ze swoim losem. Nie buntuje się, nie walczy. Zresztą ta walka najprawdopodobniej skazana by była na niepowodzenie, o czym przekonałam się, śledząc dalsze losy bohaterów. 

W miasteczku, w którym żyje, jest liczna społeczność żydowska, ale on i jego rodzina plasują się w niej najniżej - mieszkają w okolicy zwanej Zaułkiem Nędzy. Niżej upaść nie można. Mates ma jedno marzenie - pragnie syna, dotąd co rok żona wydaje na świat córkę. W końcu rodzi się ten wyczekiwany potomek, otrzymuje imię Nachman. Kiedy dorośnie do odpowiedniego wieku, ojciec kosztem ogromnych wyrzeczeń posyła go na naukę do kolejnych religijnych szkół w miasteczku, pragnie, aby został uczonym, religijnym mężem. Tymczasem Nachman musi znosić liczne upokorzenia. Ze strony dzieci i swoich nauczycieli. Wstydzi się pokory ojca, wstydzi się chodzić po domach bogatych Żydów i recytować Torę, za co dostaje zwyczajowy posiłek, wstydzi się swojego nędznego ubioru. 

Autor znakomicie oddaje odczucia nieszczęśliwego, samotnego dziecka, które nie ma oparcia w nikim. Trudno winić Matesa i jego żonę. Oni byli przekonani, że to najlepsza droga dla ich ukochanego syna. Zresztą dzieci wtedy wychowywano zupełnie inaczej. Nie pierwszy to w literaturze obraz nieszczęśliwego dziecka, które nie ma szans na powiedzenie tego, jaka krzywda mu się dzieje. Przychodzi mi do głowy powieść Henry'ego Rotha "Nazwij to snem", a jeszcze bardziej zapomniana, niemodna i traktowana jak ramota "Anielka" Bolesława Prusa, którą ponownie czytałam wiele lat temu, ale obraz opuszczonej i nieszczęśliwej Anielki i jej brata przypomniał mi się właśnie teraz.

Jeśli czytelniczko lub czytelniku tej notki wyobrażasz sobie, że Nachman właśnie z powodu swoich doświadczeń z czasu dzieciństwa został owym tytułowym towarzyszem, czyli komunistą, jesteś w błędzie. Czytając pierwszą część powieści, też tak myślałam. Wydawało mi się, że właśnie te odczuwane i uświadamiane upokorzenia, życie w nędzy, zrozumienie, że jedni są biedakami, a innym niczego nie brakuje, poprowadzą Nachmana na ścieżkę komunizmu. Nie. Bohaterowie tej powieści, Mates, Nachman i inni, ale nie bohaterki, o czym za chwilę, są jak trzciny targane przez wiatr. Nachman wprawdzie zdaje sobie sprawę z tego wszystkiego, ale komunistą zostanie trochę przez przypadek. Potem jednak zaangażuje się w ten ruch całym sobą, z wielką naiwnością, co nie tylko szczęścia mu nie przyniesie, ale przysporzy wielu cierpień. Napisać to, to jak nic nie napisać - po prostu podążanie tą drogą spowoduje, że znajdzie się na samym dnie. 

Izrael Joszua Singer, podobnie jak jego siostra, znakomicie , niemal reportersko pokazuje żydowski świat. Przy czym on w tej powieści kieruje swój wzrok na obszary największej nędzy. Na ludzi, którzy choćby nie wiem, jak ciężko pracowali, i tak nie są w stanie wydźwignąć się z nędzy. Mieszkają w nędznych dzielnicach, w nędznych klitkach, pracują ciężko całymi dniami, często w chłodzie i w deszczu na ulicy, jedzą byle co, chodzą w nędznych ubraniach. A parę ulic dalej jest zupełnie inny świat. Świat pięknych kamienic, jasno oświetlonych szerokich ulic, witryn sklepów, które kuszą eleganckimi towarami, świat sytych, dobrze ubranych, pewnych siebie ludzi. Także żydowski. Tak było w rodzinnym miasteczku Riterów, tak jest w Warszawie, do której się w pewnym momencie przenieśli, tak jest w Moskwie, do której na własne życzenie trafi naiwny Nachman, a za nim jego żona i synek. Czy naiwny? I tak, i nie. Owszem, był naiwny i zaślepiony, nie tylko on zresztą, ale skąd miał wiedzieć, że w jego wymarzonym kraju-raju, nie tylko nie ma sprawiedliwości, w którą wierzył, ale życie robotników jest jeszcze trudniejsze niż w Polsce. Łatwo mierzyć go naszą dzisiejszą miarą i wiedzą.

Autor pokazuje ludzi przemielonych przez tryby Historii. Ludzi, którzy są pionkami w grze innych. Kiedy przychodzi pierwsza wojna, stają się mięsem armatnim, kiedy próbują walczyć o lepszy świat, o sprawiedliwość społeczną, też stają się ofiarami. Bo to oni są pałowani w czasie manifestacji, to ich dopada policyjna kula, to oni trafiają do więzień, gdzie traktowani są okrutnie. Ich ideologiczni przywódcy mają się dobrze. Im krzywda się nie dzieje. Izrael Joszua Singer pokazuje też, jak wyradza się szlachetna idea. To wszystko oczywiście nie jest jakoś odkrywcze, wiemy to, ale, kiedy czyta się historię konkretnego człowieka, przejmujące.

Na koniec chcę jeszcze wspomnieć o bohaterkach. Najstarszej siostrze Nachmana i jego żonie. Bo to one są silne, To one próbują kierować swoim losem. Robią, co mogą, aby ich bliskim żyło się choćby odrobinę lepiej. Są sprawcze, podejmują decyzje. To niestety nie oznacza, że ich codzienność usłana jest różami. Nie może być, bo w takim świecie ich los został zdeterminowany przez miejsce, w którym się urodziły. Zresztą od tamtego czasu wiele się nie zmieniło. Kim bym była, gdybym urodziła się w Jemenie, Syrii, Czeczenii, Afganistanie czy w innym miejscu podobnie potraktowanym przez Historię, możnych tego świata i warunki klimatyczne?

I jeszcze jedno. Powieść kończy się sceną, która bardzo rymuje się z tym, co się dzieje wokół nas. Jaka to scena, tego oczywiście nie zdradzę. Może ktoś znajdzie w sobie ochotę i siłę na przeczytanie "Towarzysza Nachmana". Naprawdę warto, chociaż z wyżej wymienionych powodów nie jest to lektura łatwa i przyjemna. Ale czyta się potoczyście.

Audrey Magee "Kolonia"

Dziś o kolejnej książce z serii irlandzkiej. I na pewno nie jest to

ostatni tytuł z tego cyklu - jeszcze coś czeka w czytniku, na jedną pozycję poluję, dwie kolejne będą miały premiery wkrótce. Tym razem to "Kolonia", debiut Audrey Magee (Wydawnictwo Poznańskie 2024; przełożyła Dobromiła Jankowska). Muszę przyznać, że chociaż interesuje mnie literatura irlandzka, zastanawiałam się, czy sięgać po tę akurat powieść. Podchodziłam do niej z ostrożnością, temat niekoniecznie mnie nęcił. A kiedy już czytałam, miałam moment rozczarowania. Tylko tyle? To tak? Ale to był moment, a potem rozwiązał się worek z bardzo interesującymi problemami poruszanymi przez autorkę i czytałam z zapartym tchem, zastanawiając się, jak skończy się historia jednego z głównych bohaterów, nastoletniego Jamesa, a właściwie Seamusa. O co chodzi z imieniem, wyjaśnię w swoim czasie.

Akcja powieści toczy się w roku 1979 na oddalonej od lądu małej skalistej irlandzkiej wyspie o zachwycających klifach. Warunki do życia są trudne, mężczyźni żyją z połowów ryb, kobiety zajmują się domem i niewielkimi gospodarstwami. Zarobek zgromadzony od wiosny do jesieni musi wystarczyć na zimę. Na wyspie pozostało niewielu mieszkańców, głównie kobiety. Większość wyjechała za lepszym, łatwiejszym życiem albo na stały ląd, albo nawet za ocean. Kto wyjeżdża, zmienia się, początkowo wraca, z czasem coraz rzadziej i na krócej, a wreszcie wcale. Każdy, kto pozostał, ma takich krewnych - braci, siostry, dzieci. Nie ma tu nic interesującego oprócz pięknych widoków, jeszcze nieodkrytych, dlatego na wyspę nie docierają turyści. Tymczasem na stałym lądzie toczy się krwawy polityczny i religijny konflikt. Jego echa docierają tu przez radio. Tak jak mieszkańcy jesteśmy bombardowani wiadomościami o zamachach i morderstwach. Te krótkie, ociekające krwią fragmenty podawane beznamiętnie stanowią nawracający leitmotiv.

Od pięciu lat przyjeżdża tu pewien Francuz, Jean-Pierre Masson, językoznawca, który bada język irlandzki (gaelicki), jakim posługują się jeszcze mieszkańcy. To jeden z wymierających języków. W tym roku kończy swoje badania, zamierza je opublikować i wierzy, że jego praca zwróci uwagę na wyspę i jej mieszkańców. Czy na pewno? 

... nie będzie żadnych ekip telewizyjnych, dziennikarzy z prasy, nikt nie przypędzi tu na spotkanie z Bean Ui Fhloinn, ostatnią mówiącą tylko po irlandzku kobietą na wyspie, nikogo bowiem nie obejdą (...) badania na temat języka, jego historii, upadku, przejścia w stronę dwujęzyczności w tym odległym zakątku Europy. Ekipy telewizyjne i dziennikarze z prasy przyjadą na te ziemie tylko po to, by mówić o żołnierzach, broni i bombach, to teraz temat, artykuły o śmierci, nienawiści, strachu, o zemście, odwecie wziętym za odwet, spirala żółci nakręcająca się, aż w końcu zabójcy krążący w środku nocy po ulicach nie będą pamiętali, za co właściwie biorą ten odwet.

Ale tego lata przybył jeszcze ktoś - Anglik, Loyd, który jest malarzem. Przyciągnęły go tu piękne widoki, a zwłaszcza klify. Pragnie je malować. Jego przyjazd powoduje perturbacje. Po pierwsze panowie bardzo szybko się skonfliktują. Każdy z nich pragnie pracować w spokoju i samotności. Jean-Pierre jest zły na właściciela dwóch opuszczonych chat za to, że wynajął tę drugą Loydowi, zazdrosny o swój teren badań. Ten drugi też ma pretensje, bo był przekonany, że będzie jedynym gościem na wyspie. Ich kłótnie raczej śmieszą stałych mieszkańców, którzy w gruncie rzeczy mają ich dość, szczególnie Loyda, bo wydaje się im pretensjonalny i dziwny. No i jest Anglikiem. Cóż zrobić, kobiety ich obsługują, bo to dodatkowe pieniądze. Ale konflikt pomiędzy nimi to nie wszystko. Loyd bardzo wpłynie na młodego Jamesa, który zainteresuje się malowaniem i nieoczekiwanie okaże się, że ma talent.

Jakie problemy porusza powieść? Jest ich kilka. Po pierwsze dylemat - czy wyspa ma pozostać skansenem, reliktem przeszłości, gdzie chroni się język irlandzki, czy ma się zmienić - zacząć swoim pięknem przyciągać turystów?

... Tę wyspę powinno się chronić przed Anglikami.

Micheal się zaśmiał.

Jak jakieś muzeum, JP?

Bardziej rezerwat.

Albo zoo?

Wyspa, której mieszkańcy mówią po irlandzku, to cenna rzecz, Micheal.

Nie możesz zamknąć ludzi na tej wyspie, bo mówią po irlandzku, JP.

Możesz, jeśli to pomoże ocalić język.

(...)

Myślałem, że zadaniem językoznawcy jest obserwacja, powiedział Loyd.

Obserwuję.

Wcale nie. Wpływa pan. Prowadzi kampanię.

Tego pierwszego chciałby Jean-Pierre, który naiwnie nie dostrzega, że niektórzy mieszkańcy nie mówią mu prawdy - rozumieją więcej z angielskiego, niż on sądzi. Tu rodzi się pytanie - po co w ogóle chronić język? Czy stanie się jakieś nieszczęście, kiedy zaniknie? Czy mieszkańcom nie zacznie się żyć lepiej, kiedy poznają angielski? 

To ich język, odparł Masson. Ich, wyjątkowy.

No i?

Zawiera w sobie ich historię, sposób myślenia, ich istnienie.

(...)

Na Boga, JP, zaciekły z ciebie romantyk.

Czyżby?

Zapalił papierosa.

To tylko język, JP. Sposób porozumiewania się. Żeby kupić chleb w sklepie. Nic więcej.

Jest jeszcze  pytanie o szczerość intencji Francuza. Dlaczego zajął się właśnie gaelickim, a nie wymierającymi odmianami arabskiego? Przecież ma takie korzenie - jego matka pochodzi z Algierii. Czy nie jest tak, że Jean-Pierre chce być świętszy od papieża, chce za wszelką cenę udowodnić swoją francuskość, ma kompleksy wynikające z mieszanego pochodzenia, a irlandzką wyspę traktuje jak etnograf-kolonizator? Tymczasem Loyd uważa, że należy odkryć piękno wyspy - to przyciągnie turystów i zapewni mieszkańcom dobrobyt. Co jest złego w zmianie? Tymczasem i on zachowuje się jak kolonizator. Traktuje miejscowych jak etnograficzną ciekawostkę, maluje ich, chociaż się na to nie zgadzają, ma nadzieję, że swoimi wyspiarskimi obrazami odniesie sukces. Czuje się jak Gauguin. Jak widać, każdy z nich ma swój interes do ugrania, ale pytanie o przyszłość wyspy pozostaje otwarta. Zmiany są nieuchronne. Trudno żyć w skansenie.

Z tym wiąże się kolejny problem. To historia Jamesa, który pod wpływem malarza odkrywa swoją pasję i talent. Nie chce żyć jak jego ojciec, wuj i dziadek. Nie chce być rybakiem, nie chce zginąć w morzu jak oni. Chce mówić po angielsku, wyjechać, uczyć się malować. Dlatego wzbrania się przed swoim prawdziwym irlandzkim imieniem, Seamus, wybierając jego angielską wersję, James. Tylko Jean-Pierre uparcie tak się do niego zwraca, a on go wytrwale prostuje. Ryby kontra pędzle, praca na morzu kontra sztuka. Ta metafora pojawia się w książce wielokrotnie. Dając upust wyobraźni, marząc o wielkim sukcesie, wspólnej wystawie, którą obiecał mu Loyd, dostrzega w sztuce coś, co mogłoby połączyć dwie zwaśnione strony, Anglików i Irlandczyków, malarstwo stałoby się mostem miedzy nimi. Jego matka, chociaż będzie tęsknić, godzi się na ten wyjazd, chce dla niego lepszego życia. Ale James/Seamus zdaje sobie sprawę, że jest ostatnim młodym mężczyzną na wyspie. Jak poradzą sobie kobiety, matka, babka i prababka, kiedy jego zabraknie? Kto będzie łapał króliki, łowił ryby? To źródło jedzenia i utrzymania. Czy wolno mu wyjeżdżać, iść za swoimi marzeniami?

Jesteś jedynym mężczyzną w tym domu

Nie możesz mnie zmusić, żebym został, Francis.

Nie możesz zostawić tych kobiet na pastwę losu.

Mogę robić, co chcę, Francis. Wyjechać, dokąd chcę.

Francis oparł się na krześle.

Nie, James. Nie możesz.

Postawa Jamesa rodzi jeszcze jeden konflikt. Loyd dostrzega jego talent, początkowo pozwala mu malować, ale z czasem zaczyna być zazdrosny. Bo malarstwo chłopaka jest autentyczne, wypływa z jego korzeni, zżycia z naturą, a Loyd jest gościem, nie rozumie tutejszych subtelności. Czuje się zagrożony. 

Jest jeszcze wątek feministyczny. Matka Jamesa pod wpływem Loyda zaczyna się po cichu buntować. Nie tylko zgadza się na pozowanie, ale malarstwo budzi w niej jakieś tęsknoty - za pięknem, za stanowieniem o sobie. Sprowadza sobie na wyspę album z reprodukcjami dzieł sztuki, co budzi wśród mieszkańców zdziwienie i zgorszenie. Po co jej to? Póki sypiała z Jean-Pierrem, można było przymknąć na to oko, ale pozowanie i oglądanie obrazów, to już za wiele. Powinna wyjść za mąż za brata zmarłego męża, taka jej powinność. A ona nie chce. Odkrywa nie tylko swoje ciało, jego potrzeby, ale znacznie więcej. Inne życie, inne możliwości, inny świat. Jak długo uda jej się bronić przed niechcianym zamążpójściem?

Do poruszanych przez autorkę problemów dochodzą wspaniałe opisy wyspy oddające jej klimat i atmosferę oraz wnikliwe portrety bohaterów.

Bardzo interesująca powieść. 

Laura Restrepo "Delirio"

Nie pierwszy raz wspominam tutaj o moim zainteresowaniu

Ameryką Łacińską. Oczywiste jest więc, że szukam literatury z tego obszaru świata. Jakiś czas temu wysłuchałam podcastu SWPS o trzech pisarkach kolumbijskich i o tym, jak widzą swój kraj. To Laura Restrepo, Pilar Quintana i Lorens Salazar Masso. Kilka ich książek ukazało się w Polsce, niektóre wiele lat temu! Wypisałam sobie te tytuły, które mnie zainteresowały i będę chciała przeczytać. Na razie sięgnęłam po pierwszą, druga czeka na podorędziu i w najbliższym czasie zamierzam się z nią zmierzyć. A dziś będzie o "Delirio" Laury Restrepo (Amber 2005; przełożyła Ewa Morycińska-Dzius), powieści nagrodzonej jedną z istotnych nagród literackich hiszpańskiego obszaru językowego. Blurba na okładkę napisał sam Jose Saramango. Dodam jeszcze, że Laura Restrepo wśród wymienionych przeze mnie pisarek reprezentuje najstarsze pokolenie, rocznik 1950, uważana jest za jedną z najważniejszych autorek Ameryki Łacińskiej. W Polsce ukazały się cztery jej książki. 

Muszę przyznać, że niełatwo wchodzi się w tę powieść. Przyczyn jest kilka - niewyodrębnione dialogi, narracja zmieniająca się z trzecioosobowej na pierwszoosobową czasem nawet w obrębie tego samego zdania, które, kolejna trudność, bywają długie, a dodatkowo bez przecinków w wielu miejscach i nie przypuszczam, aby było to bałaganiarstwo redakcji czy korekty. Ale największym problemem jest ciągły tekst, niepodzielony na akapity w obrębie kilkustronicowych fragmentów zastępujących rozdziały. A ponieważ czytałam tę powieść w wersji papierowej, a druk był raczej mniejszy niż większy, dochodziła dodatkowa trudność. W takich przypadkach widać wyższość czytnika, niestety książka wydana została w czasach przedebookowych, a wznawiana nie była. Pozornie niezbyt wielka objętość, 214 stron, jest w tym wypadku myląca. Kiedy jednak przyzwyczaiłam się do takiego sposobu pisania, do małej czcionki trudno przywyknąć, nie mogłam się od tej powieści oderwać. 

Jest to historia bogatej rodziny Londoño i kilku powiązanych z nią osób. Takie rodziny nazywa się czasem old money, czyli starymi pieniędzmi. Ta nazwa pada kilka razy w powieści. Chodzi o rodzinę zakorzenioną, taką, która swoje bogactwo i idący za nią autorytet, szacunek, a czasem strach zdobyła dzięki swoim przodkom i rodzinnym koligacjom w odróżnieniu od wszelkiej maści nowobogackich, których majątek jest świeżej daty. To w tej powieści ważne, bo jednym z głównych bohaterów jest przyjaciel Joaco Londoño, od szkolnych czasów,  Midas McAlister, który pochodzi z biednej dzielnicy Bogoty, wychowywał się bez ojca, matka ciężko pracowała, aby go wychować i kształcić, a on do bogactwa i pozycji doszedł samodzielnie, dzięki sprytowi, pracowitości i lewym interesom. Jest właścicielem dużego klubu fitness, ale wielkie pieniądze przynosi mu współpraca z bossem narkotykowego świata, Pablo Escobarem. Dzięki jego kontaktom zarabia też kilku jego bogatych przyjaciół, także Joaco. Chociaż Midas jest ich kompanem, stale czuje się gorszy. Starannie ukrywa swoje pochodzenie.

... wy, państwo Londoño, zawsze czuliście się najlepszymi, chcę powiedzieć, że w swoim apogeum, pańscy i swobodni, w starych sukiennych spodniach, wysokich botach do jazdy na własnych koniach i noszonych z niedbałą elegancją tweedowych marynarkach lub obszernych pulowerach robionych ręcznie z wełny surowej i pachnącej, z owiec, które, podobnie jak konie, też są waszą własnością i Midas na pewno nie ma na myśli tych ciasnych swetrów robionych przez jego własną matkę z motków zielonej i szarej wełny kupowanej w sklepiku z pasmanterią na rogu; trzeba podkreślić, że jedne od drugich dzieli przepaść. (...) jeśli nie urodzisz się z tym nigdy tego nie osiągniesz.

(Interpunkcja w cytatach oryginalna.)

Symbolem, który Midas przywołuje kilka razy, jest sukienka chrzcielna, piękna, droga i, najważniejsze, dziedziczona po przodkach. Jeśli kiedyś miałby dziecko, nawet gdyby kupiłby mu do chrztu najpiękniejszą, najdroższą sukienkę, to nie będzie to ta, w której byli chrzczeni jego ojciec, dziadek, pradziadek. Dlatego ukrywa swoje pochodzenie.

Nieszczęsna moja mama, gdyby wiedziała jakie straszne kalumnie rozpowiadam o niej, tak godnej i tak się poświęcającej, w swojej czarnej sukni, wykrzywionych pantoflach, wiecznie z różańcem w dłoni i z tymi jej wędrówkami od sklepu do sklepu byle tylko znaleźć najtańszą soczewicę i ryż, moja matka pasowała idealnie do dzielnicy, w której wszyscy byli mniej więcej podobni do siebie ...

Ale czy jest czego zazdrościć rodzinie Londoño? Midas, który dzięki przyjaźni z Joaco wiele o nich wie, w gruncie rzeczy nimi pogardza. Patrzy na nich z zewnątrz i dostrzega przemoc fizyczną i psychiczną, hierarchię, patriarchalne stosunki, maczyzm, hipokryzję, nietolerancję dla wszystkiego, co według nich nie jest normą, a przede wszystkim to, że o tym, co niewygodne, się milczy. Taką taktykę stosuje Eugenia Londoño, matka Joaco i jego dwojga rodzeństwa. Problem nie istniej, dopóki nie zostanie nazwany.

... matka podejmuje temat i po chwili wycofuje się krążąc i osładzając zdania z tym jej zadziwiającym darem zatajania prawdy tak dla niej charakterystycznym, w którym Joaco także celuje bo od dzieciństwa to trenował i proste prawdy oblane lukrem dwuznaczności stają się wygodne i cywilizowane do tego stopnia że w pewnej chwili tracą sens, aż powstają wygodne wersje historyczne i kłamstwa wysokie jak góra które ich dwoje zgodnie przetwarza na autentyczne. 

Midas nazywa to Katalog Londoño Podstawowych Fałszywych Informacji.

Jakby nic się nie wydarzyło, prawda, Eugenio?, bo w pani rodzinie, Eugenio, nigdy nic się nie wydarza, chciałby powiedzieć Midas ...

... nie rzucę pani tego w twarz bo ja też umiem grać w tę grę która się nazywa Nie myślę o tym ergo to nie istnieje, albo nie mówi się o tym a zatem to się nie wydarzyło.

Kto nie chce się podporządkować tym regułom, musi odejść. Odchodzi ciotka Sofia, siostra Eugenii, ona też potrafi na nich spojrzeć z boku, odchodzi najmłodszy z rodzeństwa, Robaczek, dręczony przez ojca, bo odstaje od normy męskości, maczyzmu. Zanim odejdzie spróbuje wyjąć z serca matki, Królowej Śniegu, symboliczny lodowy kolec, aby zdjąć z niej czar. Z Baranka, Ofiary, którymi był dotąd, przedzierzgnie się w symbolicznego ojcobójcę, ale nikogo za sobą nie porwie, ojcobójstwo się nie uda, a poniósłszy klęskę i nie chcąc dalej być ofiarą, odchodzi. Eugenia pozostanie Królową Śniegu posłuszną mężowi, a potem najstarszemu synowi, Joaco, który wpisał się w ten odwieczny schemat.

W tej rodzinie jest jeszcze jedna zbuntowana osoba, Agustina, siostra Joaco i Robaczka. To ona jest główną bohaterką tej powieści. To od jej zniknięcia wszystko się zaczyna. Jest żoną Aguilara, starszego od niej, lewicującego profesora literaturoznawstwa, który jakiś czas temu w wyniku strajków stracił pracę na uniwersytecie i zarabia jako akwizytor karmy dla psów. Dla Agustiny porzucił żonę i dzieci. Pewnego razu  kiedy wraca do domu z kilkudniowego służbowego wyjazdu, stwierdza, że zniknęła. Wkrótce zadzwoni jakiś nieznany mu mężczyzna i poprosi go, aby zabrał swoją żonę z jednego z hoteli. Co tam robiła? Z kim była? To jedna z tajemnic tej powieści. Czytelniczki i czytelnicy odkrywają prawdę stopniowo. W taki sam sposób powoli poznają historię rodziny Londoño, Midasa i Aguilara. Z puzzli składających się z fragmentów przedstawiających zdarzenia z punktu widzenia Aguilara, Midasa i Agustiny oraz z tych, które są opowieścią o jej dziadku i babci, rodzicach Eugenii i Sofii, składamy sobie całość.

Wracam do Agustiny. Jej niezgodą na rzeczywistość jest bunt, który prowadzi do szaleństwa. To tytułowe delirio. Można je traktować dosłownie - Agustina prawdopodobnie cierpi na jakąś chorobę psychiczną, którą  pewnie dziedziczy po swoim niemieckim dziadku, ojcu matki. Już jako dziewczynka odprawiała razem z bratem magiczne rytuały, które mogły być zabawą, ale mogły też zwiastować ucieczkę w jej wyimaginowany świat. Ale oczywiście aż prosi się, aby ten stan potraktować jako metaforę niezgody na zakłamaną rzeczywistość jej rodziny, a może nawet szerzej na to, co dzieje się w kraju. Bo tłem dla historii Londoñów i Midasa jest sytuacja społeczna, o tej już wspominałam, i polityczna. A wszystko sprowadza się do przemocy symbolicznej i codziennej - zamachów, porwań, rozbojów. Jeśli ktoś niewiele wie o dramatycznej i tragicznej historii Kolumbii, o wojnie domowej, która trwała w tym kraju przez pięćdziesiąt dwa lata, a zakończyła się zaledwie osiem lat temu, a i wcześniej było burzliwie, zachęcam do sięgnięcia po zbiór reportaży Macieja Wesołowskiego "Cafe Macondo". Ja przeczytałam je niedawno, była to moja, jedna z trzech, lektura podróżna, niestety nie zdążyłam o niej napisać i pewnie to już się nie uda. Kto interesuje się Ameryką Południową, powinien tę książkę poznać.

Ale można też "Delirio" potraktować jako historię wielkiej miłości. Bo takie jest uczucie Aguilara do Agustiny. Już ich pierwsze spotkanie zwiastowało burzliwą przyszłość i czytając o tym, jak przebiegało, pomyślałam sobie - chłopie, powinieneś już wtedy wziąć nogi za pas i uciekać, gdzie pieprz rośnie. Ale on uległ urokowi tej ekscentrycznej dziewczyny i zakochał się bez pamięci, a potem, mimo jej niełatwego charakteru, mimo trudów życia z osobą chorą, był z nią, a kiedy dochodziła do siebie, co następowało równie nagle jak popadnięcie w to tytułowe delirio, natychmiast zapominał o wszystkich problemach oraz uciążliwościach i znowu był niebotycznie szczęśliwy.

Bardzo ciekawa, interesująco napisana, wielowarstwowa powieść.

Katarzyna Groniec "Kundle"

Myślę, że nie tylko ja byłam bardzo zaskoczona, kiedy

dowiedziałam się, że znana piosenkarka, Katarzyna Groniec, wydała książkę. Nie, nic plotkarskiego, żaden zbiór felietonów czy innych rozważań, żaden wywiad-rzeka, ba, żadna powieść pop z kluczem środowiskowym. No bo jeśli już, to właśnie czegoś takiego spodziewalibyśmy się po celebrytce. Prawda? Tu przesadziłam, bo Katarzyna Groniec celebrytką nie jest. No to po nieco niszowej piosenkarce. Tymczasem "Kundle" (2023) ukazały się w wydawnictwie Nisza, które byle czego nie wydaje i jest tak niszowe, że nie ma nawet swojej strony, dobrze, że prowadzi media społecznościowe. Może brzmi to ironicznie, ale nie jest. Cenię sobie Niszę, dlatego obserwuję ją w socialach, aby być na bieżąco z tym, co wydaje. Ale wróćmy do "Kundli". Kolejnym zaskoczeniem były znakomite recenzje. Nie słyszałam krytycznej! A kropką nad i okazała się nominacja do prestiżowej Nagrody Literackiej Gdynia, a że to nie wypadek przy pracy, potwierdziły dwie nominacje do nagród dla debiutantów - Nagrody Gombrowicza i Nagrody Conrada. Po Gdyni pękłam i postanowiłam przeczytać. Ja również jestem pod wrażeniem!

Książka jest krótka, trochę ponad sto stron. Coś pomiędzy zbiorem opowiadań, a powieścią. Całość spięta miejscem i bohaterkami oraz bohaterami. Miejsce to miasto między Rybnikiem i Zabrzem, w pobliżu znajduje się Toszek, po niemiecku Tost, gdzie mieści się dom wariatów. Dziś oczywiście to słowo niepoprawne, ale w czasach, kiedy rozgrywają się wydarzenia, tak nazywano szpitale psychiatryczne. A bohaterki i bohaterowie? To tytułowe kundle, ludzie pogardzani, o niepewnej tożsamości, którą sami wolą ukrywać, i jednocześnie z nizin społecznych albo w jakiś sposób niedostosowani, odstający od tego, co lubimy nazywać normalnością. Mamy więc Adama, który ukrywa swoje żydowskie pochodzenie, zmienił imię i nazwisko, w głowie słyszy wielką muzykę, ale jest tylko jej nauczycielem i to on, nie potrafiąc poradzić sobie z rzeczywistością i ze wspomnieniami przeszłości, trafia od czasu do czasu do tego domu wariatów. Jest Goryl, czyli Andrzejek, chłopiec, też powszechnie uważany za wariata, albo jak dziś mówimy za dziecko z niepełnosprawnością intelektualną. Jest Fatima, jego matka, cygański podrzutek, pokochana przez Rubą Ernę, która zastąpiła jej matkę. Jest Sophie, autochtonka, kiedyś Niemka, po wojnie Polka, matka trójki dzieci, pomiatana i bita przez męża. Pracuje w szpitalnej pralni. Jest wreszcie Aszer, czyli Asia, jej córka, salowa w szpitalu wariatów. Pojawia się też trochę postaci drugoplanowych czy epizodycznych. Są sąsiadami z dzielnicy, niektórzy z familoku, w którym mieszkają. Żyją obok siebie, zmagają się z codziennością i demonami przeszłości. Starsze pokolenie, Adam, Fatima, Sophie, jest naznaczone przez wojnę. Młodsze pewnie dziedziczy traumy. Niemal za każdym stoi jakiś fascynujący życiorys, z tych ciężkich, więc na pewno nikt nie chciałby się z nimi na ich życia zamienić. Ja przyglądałam się im z sympatią i, chciałoby się powiedzieć, z czułością, gdyby to słowo nie było samo w sobie egzaltowane i już nieco zużyte.

Oczywiście w literaturze wszystko już było, nie raz stykałam się z podobnymi bohaterkami i bohaterami, dlatego ważne są forma i język. I właśnie to sprawia, że książka Katarzyny Groniec jest taka interesująca. Pisarka nie opowiada losów bohaterów po bożemu. Rozmaite teraźniejszości mieszają się z przeszłością przed i wojenną, czasem opowieść narratora albo narratorki wybiega w przyszłość, zdradzając odrobinkę z losu bohaterek i bohaterów. Innym razem ktoś pokazuje alternatywne losy postaci, spekulując nad rolą przypadku w życiu.

A gdyby Rimski-Korsakow wyjechał do Toronto, tak jak swego czasu wyjechali z Ukrainy rodzice Staryka, to jego dzieci i wnuki by żyły. Co z tego, że nie byłoby suity, nikt by nawet nie zauważył, że jej nie ma, nikt by nie odczuł pustki, bo dźwięki przecież i tak wszędzie się pałętają i każdy może je spisywać do woli, wystarczy je usłyszeć.

Autorka pewne zdarzenia, szczególnie te z przeszłości, tylko sygnalizuje, resztę możemy wyczytać między słowami. Przecież wojna i Zagłada zostały już tyle razy opowiedziane. Kręci się to wszystko niczym diabelski młyn - pewne sceny się powtarzają, teraźniejszość, przeszłość i przyszłość pojawiają się w rozmaitych konfiguracjach. Wiele tu zagadek, ze strzępów, z pojedynczych scen składałam sobie losy bohaterek i bohaterów, konfiguracje pomiędzy nimi, ich światy. Nad wszystkim unoszą się melancholia i mrok. 

Pisałam o zagadkach. Nie dotyczą one tylko losów bohaterek i bohaterów, ale także narratora/narratorki, który/która ujawnia się od czasu do czasu. Kim jest? Bogiem/boginią? Jakąś siłą czuwającą nad bohaterkami i bohaterami? Duszą świata, która wnika we wszystko?

Zgięty wpół Goryl wydaje się z wysoka maleńki jak złamana zapałka. Wiem, że kieszenie ma pełne kamyków i że najpewniej znowu szuka pustej muszli po ślimaku. Wzbijam się wyżej, ale tak naprawdę nie ja frunę teraz nad kościelną wieżą. (...) Spływam za to rzekami do mórz i oceanów, faluję wodorostami, płynę z ławicą ryb, mijam kraby i ukwiały, mijam rafy koralowe.. Ale tak naprawdę nie płynę, tylko przedzieram się przez ziemię, jak mój towarzysz kret, połykam i wydalam glebę z dżdżownicą, którą jutro Szczerbaty przetnie na pół patykiem, rozpycham się pęczniejącym ziarnem na pozór nikomu niepotrzebnej rośliny. Ale tak naprawdę jestem tym patykiem, który Szczerbaty urwał z przydrożnego krzaczka. I Szczerbatym jestem.

Jestem dla wszystkich. Odprowadzam każdą żywą istotę. I tę, co przeszła mimo, nie przeczuwając nawet mojej obecności, i tę, co mój dotyk poczuła i odtąd od czasu do czasu na piersi jej się kładę ciężarem, i tę, co całe ziemskie życie pędziła moją obecnością naznaczona. Na ludzkich umysłach jak na instrumentach muzycznych można grać wiele melodii, więc wygrywam na nich rzeczywistość, do jakiej zostali stworzeni. Rozdaję kształty, sobie kształtu nie nadając, i kolory, pozostając bielą. Upuszczam im na pożarcie idee, jak po kryjomu dziecko upuszcza chleb psu,  który pod stołem liże łydki. Rzucam w nich pomysłami (...). Śnię się ludziom i zwierzętom albo nie śnię się wcale. Nie rozniecam wojen ani nie czynię pokoju. Odprowadzam tych, którym już trzeba odejść. Niektórzy mnie przeczuwają i próbują tłumaczyć mnie sobie innym językiem, pełnym nieporozumień, zyskując miano szaleńców, proroków czy mesjaszy. A ja odprowadzam tych, którym życie po prostu wypełniło się rzeczywistością aż po brzegi i nie zmieści się już ani kropli więcej.

Trochę przypomina mi ten zabieg to, co zrobił Szczepan Twardoch w "Morfinie" i w "Królu". Przyznam, że jeśli coś wydaje mi się naddatkiem w książce Katarzyny Groniec, to właśnie to. 

Kolejną zagadką, a może bardziej pytaniem o nią, jest pojawiające się w książce pojęcie Ciszy, czasem nawet Wielkiej Ciszy, tak właśnie zapisywanej - z dużej litery. Co to za Cisza? Coś, co zapada nad losem bohaterów? Coś, co ich czci? Coś, co uspokaja, daje ukojenie? Coś, co pozwala im zniknąć? Coś, co pozwala się zadumać, stanąć na chwilę, zamyślić? Wszak mówimy, ciszej nad tą trumną, minuta ciszy, pragniemy ciszy. Ale też cisza, czyli niemówienie, zamilczanie, tabuizuje.

Cisza wypełzła z bocznych ołtarzy i sunęła po zimnej kamiennej posadzce. Oplatała ławki i kolana świętych, wpełzła na ambonę, omiotła zziębnięte aniołki i Dzieciątko Jezus, owinęła się surowym milczeniem wokół krzyża, dotarła do prezbiterium i wypełniła je szczelnie kadzidlanym zapachem. Kościół zniknął i pojawił się na nowo, huśtnął i wrócił do swojego stałego stanu zawieszenia między niebem a ziemią. 

(...) Adam usłyszał i zobaczył spod kurtki Zbyszka, pseudonim Kula, który go wygrzebał spod Ciszy i sterty liści i mocno przytulił (...). 

I potem w tym śnie zapadła Wielka Cisza. Ktoś wcisnął przycisk i od tego wciśnięcia świat zaczął się kręcić już bez głosu, a one usiadły na zydelkach, jakby się miały zabrać do obierania kartofli. Matka Boska wyciągnęła zza pazuchy dwie trochę wymięte, skręcone naprędce cigarety i obie se zakurziły. 

Celowo wydłużyłam ostatni cytat, aby pokazać, że książka bywa też dowcipna. Matka Boska paląca razem z bohaterką papierosy i udzielająca jej rad, pyszne.

No i wreszcie język. Niebanalny, ciekawy, kunsztowny, taki, który sprawia dodatkową przyjemność w trakcie lektury, pozwala się nią rozkoszować. Irytuje mnie ta egzaltacja, ale czasem trudno znaleźć lepsze słowo. Nie będzie kolejnych cytatów, próbkę pokazują te, które już się pojawiły.

Warto sięgnąć po króciutką książkę Katarzyny Groniec, warto się nią delektować, warto pochylić się nad losami bohaterek i bohaterów.

Esther Singer Kreitman "Brylanty"

Esther Singer Kreitman to literackie odkrycie, jakie uwielbiam.

Jeszcze mniej więcej rok, a może dwa lata, temu nie miałam pojęcia o jej istnieniu. A trafiłam na nią dzięki jej dwóm sławnym braciom, w których cieniu i za życia była schowana. Jeden z nich, ten najbardziej znany, to noblista Isaac Baszewis Singer, drugi, plasujący się wśród tej trójki na drugim miejscu podium, to Izrael Joszua Singer. A wszystko to dzięki niewielkiemu lubelskiemu wydawnictwu Fame Art, które opublikowało nieobecne dotąd w Polsce trzy powieści noblisty i książki jego rodzeństwa. I tak zaczęła się moja przygoda z twórczością tej utalentowanej trójki. Ponad rok temu pisałam tu o wydanej po raz pierwszy w Polsce "Rudej Kejli" Isaaca Bashevisa Singera, w czytniku czeka powieść jego brata i druga jego siostry, na liście książek, które chcę kupić albo wypożyczyć z biblioteki, są kolejne  tytuły tego utalentowanego rodzeństwa. No a kiedy to przeczytam, bóg raczy wiedzieć. Czytnik pęka w szwach, obie listy życzeń, biblioteczna i ebookowa stale się wydłużają, czasem kupuję też coś w papierze, jednym słowem życia mi pewnie starczy. 

Czas przejść do bohaterki dzisiejszej notki, czyli Esther Singer Kreitman. Wspominałam, że za życia także pozostawała w cieniu swoich znanych i utalentowanych braci. Chociaż jej matka miała wysoką pozycję w domu, wydawało się, że była kobietą postępową, to uważała, że wykształcenie jest dziewczętom niepotrzebne. Esther miała żal do rodziców, że nie pozwolili jej się uczyć, zazdrościła braciom ich wykształcenia i życia. Aby zmienić środowisko wyszła za mąż i wyjechała za mężem do Amsterdamu. Potem mieszkali w Wielkiej Brytanii. Nie było to małżeństwo szczęśliwe, chciała odejść, ale ostatecznie nie zrobiła tego. Napisała tylko trzy książki, dwie powieści i zbiór opowiadań. Jedni dziwili się, że tak mało, inni uważali, że to cud, że w ogóle udało jej się coś napisać. W twórczości Esther Singer Kreitman można odnaleźć wiele śladów jej doświadczeń, ale nie jest to proza autobiograficzna.

Czas przejść do "Brylantów" (Fame Art 2021; przełożyli Monika Polit, Zofia Zięba, Jakub Zygmunt). Akcja powieści toczy się tuż przed pierwszą wojną światową, w jej trakcie, aby finisz znaleźć już po niej. Bohaterkami i bohaterami są amsterdamscy Żydzi, z których większość, tak jak i inni mieszkańcy Amsterdamu, w czasie wojny wyjechała albo została ewakuowana do Londynu. Było to środowisko specyficzne, bo większość z nich to ludzie związani z handlem i obróbką diamentów, stąd tytuł, "Brylanty". To bogaci kupcy, stojący nieco niżej na tej drabinie maklerzy, a wreszcie szlifierze i drobni handlarze znajdujący się na samym dole tej hierarchii. Nic dziwnego, że czytając tę powieść, miałam skojarzenia z "Ziemią obiecaną" Stanisława Władysława Reymonta. (Marzę o ponownej lekturze, czytałam dwa razy) Jest tu ta sama energia, ten sam pęd za pieniędzmi, ten sam wyścig i te same marzenia biedaków, aby dostać się na sam szczyt. Bogactwo i nędza, pogarda i zazdrość, hipokryzja i lewe interesy. Już sama opowieść o tym środowisku i tej społeczności jest niezwykle ciekawa. Ile się można dowiedzieć o handlu brylantami i produkcji diamentów! Chociaż ani mnie nie stać na taką biżuterię, ani nie jest obiektem moich westchnień, to wszystko to wydało mi się bardzo interesujące.

Napisałam o bohaterkach oraz bohaterach i stało się to nie przez przypadek. Po pierwsze głównych jest kilkoro, a po drugie pisarka wspaniale portretuje całą społeczność. Esther Singer Kreitman jest mistrzynią scen zbiorowych. Przygląda się tłumowi najpierw na amsterdamskiej, a potem na londyńskiej ulicy, bywalcom szynków, przekrzykującym się maklerom i kupcom przerzucającym kupki diamentów na amsterdamskiej giełdzie, szlifierzom pracującym u głównego bohatera Gedajasza Bermana, sklepikarzom i ich klientom, krawcom szyjącym żołnierskie mundury w londyńskich szwalniach i prasującym je prasowaczom. Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo.

- Jeszcze damy nauczkę tym przeklętym szwabom! - burczał starszy mężczyzna pod srebrnym wąsem.

Przed jakąś obskurną budowlą stało kilku ludzi palących fajki. Wydmuchiwali kłęby dymu i z zacięciem dyskutowali, co jakiś czas spluwając z przyzwyczajenia w twarde od spracowania dłonie.

- My? Wcale się ich nie boimy! Co to znaczy, że jesteśmy mali i bezbronni?! - wrzasnął blondyn z dziwnym blaskiem w oczach, ciężko plaskając się w udo.

- Jeszcze im pokażemy - wygrażał bezzębny stary Flamand w brązowych aksamitnych spodniach w pasy, po czym opowiadał gniewnie, że nijak sobie nie może znaleźć miejsca. W ostatnich tygodniach jego życie wywróciło się do góry nogami. (...)

- Przeklęte szwaby, zawsze im mało! jeśli myślą, że się ich boimy, to są w wielkim błędzie - dorzucił jeszcze inny z fajczarzy.

To fragment jednej z takich zbiorowych scen. Równie dokładnie i interesująco opisuje autorka miejsca - miasto, wnętrza domów, tych bogatych i tych biednych, giełdy, szynków i wielu innych.

Bardzo interesujący jest portret społeczności żydowskiej w Amsterdamie. To Żydzi, którzy przybyli tu w dużej mierze z Europy Wschodniej, z dawnych terenów Polski. Przyjechali szukać lepszego życia, przyciągnęła ich magia diamentów, na których można było się dorobić. Niektórym się udało, większość na zawsze miała pozostać wyrobnikami, zajmować się drobnym handlem albo szukać jakiegokolwiek zajęcia. Kiedy wybuchła wojna, ci, którzy byli kiedyś obywatelami Cesarstwa Niemieckiego albo Monarchii Austro-Węgierskiej, zostali zmuszeni po do opuszczenia Belgii, co było dla nich tragedią, bo zostawiali w Amsterdamie dorobek swojego życia. 

Oprócz różnic majątkowych i klasowych są też inne. Wielu Żydów, szczególnie tych, którzy się wzbogacili, europeizuje się. To jeszcze nie jest asymilacja, jeszcze chodzą do synagogi, celebrują żydowskie święta, ale już nie żyją tak jak ich rodzice w polskim sztetlu. Inaczej się ubierają, inaczej urządzają mieszkania, inaczej wychowują dzieci, nadają im inne imiona. I właśnie w młodszym pokoleniu najbardziej widać te różnice. Kiedy do Amsterdamu przybywa w odwiedziny ojciec głównego bohatera, pobożny chasyd, wszyscy biorą go za żebraka, tak odcina się ubiorem od innych. A on przecież w podróż wybrał się w najlepszym stroju. Syn, ku jego niezadowoleniu, szybko przebiera go w jeden ze swoich garniturów, a potem sprawia mu kolejne. Starzec najbardziej dziwi się  wnuczce i dwóm wnukom. Nie tak są ubrane i nie tak zachowują się dzieci w sztetlach. Milczy, nie krytykuje, rozczarowanie skrywa głęboko. Kiedy po jego śmierci syn będzie mu chciał sprawić elegancki nagrobek, przeszuka na wszelki wypadek jego rzeczy, aby sprawdzić, czy ojciec nie zostawił ostatniej woli. Kiedy ją znajdzie, przeżyje szok, będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę. To, co przeczyta, zaneguje właściwie wszystko, co osiągnął. Szczególnie jeśli doda do tego to, jak potoczyły się losy jego dzieci.

Proszę Cię o wypełnienie mojej ostatniej woli! Opłakuję dzień, w którym zamieszkałem w twoim domu. W imię Boże, nie wystawiaj mi nagrobka za tak zarobione pieniądze.

Chaim Josef syn Rywki

Nie byłabym sobą, gdybym nie przyjrzała się, jak portretowane są kobiety. Ich los jest najgorszy, stoją najniżej w hierarchii, to często one, szczególnie te z ubogich środowisk, muszą dźwigać ciężar utrzymania domu. I chociaż matka ma w rodzinie wysoki status, chociaż dzieci deklarują przywiązanie do niej, to bywa traktowana przez męża okropnie. Berman swoją żonę, w której kiedyś był bardzo zakochany, nie tylko w myślach nazywa krową, a ona to pokornie znosi. Nawet młode dziewczyny, które chciałyby żyć inaczej, ubierają się jak gojki, są wykształcone, ostatecznie kapitulują i wychodzą za mąż za człowieka, z którym je zeswatano. Często dużo od siebie starszego. Instytucja żydowskiego swata ma się w Amsterdamie doskonale. A za prawdziwą niezależność płaci się biedą i trudami codzienności.

W powieści Esther Singer Kreitman znajdziemy też oczywiście wspaniale sportretowane bohaterki i bohaterów. Szczególnie dotyczy to członków rodziny Bermanów - ojca, bogatego kupca diamentów, człowieka niesympatycznego, apodyktycznego,   pogardliwie traktującego innych, także swoich bliskich, jego żony, płaczliwej Racheli, która niewiele ma w domu do powiedzenia i pokornie znosi swój los, za pociechę mając bogate futra, najstarszego syna, który nie chce żyć jak ojciec, ale nie wie, co ma z sobą zrobić i prowadzi próżniaczą egzystencję, od czasu do czasu postanawia usamodzielnić się, próbując pracować fizycznie, czym przynosi wstyd ojcu, wreszcie córki, która próbę życia po swojemu wśród niebieskich ptaków i rozmaitej maści artystów przypłaci gorzkimi konsekwencjami. Ale nie tylko rodzina Bermanów jest tak wnikliwie sportretowana. Są też inni.

Na koniec muszę dodać, że w wielu aspektach powieść nie straciła na aktualności, a może nawet w ostatnich latach zyskała. Niech przemówi książka.

Zaczęto więc kopać i teraz nasi czarni bracia wydobywają kamienie szlachetne, napychając kabzy bogaczom, a jednocześnie sami przymierają głodem. Tyrają w nieludzkich warunkach, kiedy zaś kończą pracę, rozbiera się ich do naga i poddaje drobiazgowej rewizji. Zagląda im się nawet do uszu, żeby sprawdzić, czy, broń Boże, nie ukryli tam jakiegoś diamentu. Ich obowiązkiem jest pracować na innych, zaharować się na śmierć albo wycieńczyć chorobą, ale nie mają prawa najeść się do syta. I nikomu nie przychodzi do głowy, że to okrutna niesprawiedliwość. Nikt nie martwi się o ubogich białych ludzi, więc kto miałby się wstawić za czarnymi?

I jeszcze taki cytat o wojnie.

Nas, tych obrabowanych, wysyłają na pola walki, żebyśmy za nich toczyli walkę. (...) Czyj to kraj? Na pewno nie nasz. Co my z niego mamy? Wszystko co mamy, to prawo do ciężkiej, wycieńczającej pracy i do głodowania. A jak nie ma roboty, zdychamy. Oni tymczasem spijają śmietankę, swoje dzieci posyłają na uniwersytety. Czemu ci hultaje nie poślą ich na fronty, na rzeź?

Może, na szczęście, szczegóły się zmieniły, ale istota tego, o czym mówią bohaterowie, nadal jest taka sama.

Monika Helfer "Hałastra"

Nie zastanawiałam się specjalnie długo nad zakupem "Hałastry"

austriackiej pisarki Moniki Helfer (Filtry 2023; przełożył Arkadiusz Żychliński). Dlaczego? Bo interesuje mnie Austria, jej stosunek do przeszłości, próba (udana) ustawienia się w roli państwa, które nie odpowiada za zbrodnie drugiej wojny. To nie my, to nasi sąsiedzi. Wydawało mi się, że autorka w książce opowiadającej o losach swoich przodków, będzie o tym pisać. Jak Martin Pollack w "Śmierci w bunkrze", w której opowiadał historię swojego ojca, zbrodniarza wojennego, i swoich dziadków, zwolenników Hitlera, i w "Kobiecie bez grobu. Historii mojej ciotki", też opowieści o przodkach. Tymczasem znowu okazało się, że nie doczytałam dokładnie i ... wprawdzie Monika Helfer rzeczywiście opowiada o swoich dziadkach, matce, ciotkach i wujkach, tyle że ... ich dzieje sięgają czasów pierwszej wojny światowej. Jak dowiedzieć się można ze strony wydawnictwa, "Hałastra" jest pierwszą częścią tryptyku rodzinnego. Jeśli Filtry zdecydują się wydać kolejne, okaże się, czy któryś z nich dotyczy tematyki, o której wspomniałam. Tymczasem przeczytałam część pierwszą i mam mieszane uczucia.

Coś mnie w tej książce uwierało, sprawiało, że długo nie potrafiłam się wciągnąć. Wydaje mi się, że były dwie przyczyny takiego stanu rzeczy. Po pierwsze autorka historię swoich dziadków, Marii i Josefa, przeplata z opowieściami o ich dorosłych już dzieciach, rozbijając w ten sposób tok zasadniczej narracji. A że "Hałastra" jest niewielkich rozmiarów, liczy niecałe dwieście stron, ich losy opowiadane są wyrywkowo, bardziej na zasadach anegdotycznych, co nie pozwalało mi zżyć się z bohaterami. Muszę przyznać, że myliły mi się imiona krewnych, a gdyby ktoś kazał mi dziś dopasować historię do  postaci, nie potrafiłabym tego zrobić. Mało tego, kiedy piszę tę notkę, nie pamiętam już chyba żadnej z opowiadanych przez autorkę anegdot. Może to moja wina, może czytałam nie dość uważnie, ale jeśli tak było, to przecież z czegoś wynikało. Drugi powód mojego braku entuzjazmu to sposób opowiadania. Bardzo zwięzły, miejscami nieco egzaltowany. Drażniły mnie rekonstruowane rozmowy, domysły, co mogli czuć bohaterowie. Niby to oczywiste, skoro autorka opowiada historię młodości swoich dziadków, ale może właśnie zwięzłość, pozbawienie tej prozy wszelkich ozdobników przy jednoczesnym konstruowaniu jej fragmentów, właśnie tych dotyczących dziadków, jak powieści powodowało, że coś mi zgrzytało, sprawiało wrażenie sztuczności, kreacji. To oczywiście moje subiektywne odczucia, w dodatku nie bardzo potrafię ubrać je w słowa.

Ale nie jest tak, że uważam czas spędzony nad "Hałastrą" za stracony. Bo w końcu coś mnie jednak w tej książce zafrapowało, poruszyło i przejęło. Dziadkowie autorki, Maria i Josef, mieszkali wraz ze swoimi dziećmi  na odludziu - gdzieś na końcu górskiej doliny za wsią. Żeby do nich dotrzeć, trzeba było wspiąć się pod górę. Nie mieli tam żadnych sąsiadów, a żeby pójść do szkoły, coś załatwić, zrobić zakupy, trzeba było zejść do wioski. Nie byli bogaci, ale jakoś sobie radzili. Dziadek robił tajemnicze interesiki. Jakie? Tego nie wiadomo. Nie przeszkadzała im samotność. Wszystko zmieniło się, kiedy wybuchła pierwsza wojna i dotarła nawet na to odludzie. Właściwie nie sama wojna, ale jej konsekwencje - Josef został powołany do wojska. Wszyscy wierzyli, że wkrótce wróci, przecież miała się szybko kończyć. Jak było, wiemy. Maria zostaje z dziećmi sama. Josef, zanim wyruszy, prosi swojego przyjaciela burmistrza, z którym robił interesiki, aby pomagał jego rodzinie i pilnował żony. Dalsza część tej historii to opowieść o opresji samotnej kobiety z dziećmi, która zdana jest na łaskę innych, szczególnie mężczyzn. A ona im się podoba. Resztę można sobie dośpiewać. Burmistrz robi się coraz bardziej napastliwy. Maria jest w pułapce - z jednej strony nie może utracić jego przychylności, od jego pomocy zależy egzystencja rodziny, z drugiej boi się go. Jej opór wcale nie jest spowodowany cnotliwością czy pruderią, ale niechęcią do niego. Jej strach, matnia, w jakiej się znalazła, sytuacja, z której, jak się wydaje, nie ma wyjścia - to wszystko opowiedziane zostało znakomicie. Aż miałam ciarki na plecach, kiedy czytałam te fragmenty.

Jest to też opowieść o wojennej biedzie, o dumie i o rodzinnych więzach. Stąd ta tytułowa hałastra - pogardzana rodzina, której członkowie potrafią dla siebie zrobić bardzo dużo, narazić siebie, aby ratować egzystencję najbliższych. To wreszcie opowieść o ostracyzmie, jakim zostaje otoczona Maria, kiedy w czasie wojny zachodzi w ciążę. Czy to dziecko jej męża, który był na urlopie? A może tajemniczego nieznajomego, który odwiedzał rodzinę? A może jeszcze kogoś? Tym dzieckiem była matka autorki. Dzieckiem nieuznawanym przez Josefa, który uwierzył plotkom. 

Smutne są losy dziadków Moniki Helfer i ich dzieci. Może żyliby w miarę szczęśliwie, życiem, jakie im odpowiadało, gdyby w ich los nie wtrąciła się Historia. Z drugiej strony jest też coś krzepiącego w tej opowieści - moc, jaką daje rodzina. To, że przetrwali, że trzymali się razem, zawdzięczają swojej determinacji, przywiązaniu i sile rodzinnych więzów.

Mimo kilku zastrzeżeń warto przeczytać. 

Izaak Baszewis Singer "Ruda Kejla"

Tym razem będzie dwa w jednym - nowość, a zarazem klasyka.

Nowość, bo powieść Izaaka Baszewisa Singera "Ruda Kejla" (Fame Art 2022; przełożył Krzysztof Modelski) ukazuje się w Polsce po raz pierwszy, w dodatku przełożona została bezpośrednio z języka  jidysz, a nie z angielskiego. Jak zauważa tłumacz w posłowiu, prawdopodobnie jest to w ogóle pierwsza książka Singera przetłumaczona w Polsce z jidysz, pozostałe przekładano z angielskiego. A dlaczego klasyka, wyjaśniać nie muszę. Przy okazji warto napisać kilka słów o wydawnictwie, o którym, przyznaję, wcześniej nie słyszałam. Zawdzięczamy mu wydanie książek siostry i brata Izaaka Baszewisa Singera, Ester Singer Kreitman i Izraela Joszuy Singera. Jego  "Towarzysza Nachmana" miałam już wcześniej w czytniku i chcę przeczytać, a dwie powieści siostry wpisałam czym prędzej na listę książek, które chcę przeczytać. Okazuje się, że to bardzo uzdolnione rodzeństwo - pisali wszyscy, nie tylko noblista Izaak Baszewis, o czym usłyszałam też niedawno. 

Muszę wyznać, ze wstydem (?), że dotąd jakoś niespecjalnie interesowałam się jego twórczością. Dawno temu przeczytałam chyba najbardziej znaną powieść Izaaka Singera "Sztukmistrz z Lublina" i wtedy nie zrobiła na mnie jakiegoś większego wrażenia, właściwie nic z tamtej lektury nie pamiętam. No ale to było naprawdę dawno temu, dziś pewnie zupełnie inaczej bym na nią spojrzała. Kupiłam też "Spuściznę" i "Dwór", ale pewnie dlatego, że mam je w wersji papierowej, a są pokaźnych rozmiarów, dotąd czekają na swój czas. Cóż, należę do tej mniej licznej grupy czytelniczek i czytelników, która pokochała ebooki. Do mojego czytnika mam stosunek bardzo osobisty. No ale do rzeczy.

"Rudą Kejlę" połknęłam jednym tchem i sprawiła mi ta powieść wielką przyjemność, chociaż, jak często bywa w wypadku lektur opowiadających o trudnych sprawach, nie jest to w tym wypadku najwłaściwsze słowo.  Z posłowia napisanego przez Krzysztofa Modelskiego możemy się dowiedzieć, że znawcy literatury jidysz zaliczają ją do kategorii szund, co po polsku tłumaczy się zazwyczaj jako szmira, tandeta, literatura brukowa. Ta terminologia może wprowadzać w błąd, bo nie chodzi tu o brak wartości literackich. Ten termin oznaczał książki, których akcja toczy się półświatku, bohaterami są różne ciemne typy prowadzące podejrzane interesy, słownictwo odbiega od eleganckiego, a ważną rolę może odgrywać wątek kryminalny. Tak właśnie jest w "Rudej Kejli". 

Akcja powieści rozpoczyna się w roku 1911 w warszawskiej dzielnicy północnej, zamieszkanej przede wszystkim przez Żydów, na biednej ulicy Krochmalnej. Główną bohaterką jest tytułowa Ruda Kejla, kobieta piękna, która parała się najstarszym zawodem świata, ale odkąd zakochała się w Jarmem i wyszła za niego za mąż, prowadzi się przykładnie. On też ma za sobą nieciekawą przeszłość - lewe interesy, kradzieże, więzienie. Teraz też próbuje żyć uczciwie. Miłość sprowadziła ich na dobrą drogę, ale codzienność nie jest prosta. Oszczędności się kończą, o pracę niełatwo. W dodatku ściga ich przeszłość. To Maks Kuśtyga, który siedział z Jarmem w jednej celi, z niejednego pieca chleb jadł i zajmował się interesami, oczywiście ciemnymi, na znacznie większą skalę. Zdobył pieniądze, ale miał lekką rękę do ich wydawania, więc musi zarobić kolejne. Najlepiej na handlu żywym towarem, czyli omamianiu młodych, ubogich dziewczyn i wywożeniu ich do brazylijskich burdeli. Pomóc mu w tym mają Ruda Kejla i Jarme. Odkąd go spotkali, nic już nie będzie takie samo. Zacznie się dla nich pasmo problemów i kłopotów. Ona broni się przed Maksem i jego pomysłami, jak może, ale Jarme jest pod jego urokiem i obaj krok po kroku wciągają ją w bagno. 

To zaledwie początek ich przygód. Słowo przygoda jest w tym wypadku i adekwatne, i nie. Bo z jednej strony rzeczywiście trudno oderwać się od tego, co się im przytrafia - umierałam z ciekawości, co zdarzy się dalej, co się z nimi stanie. Towarzyszył temu dreszcz emocji, rosło napięcie, intryga goniła intrygę, dużo tu nagłych zwrotów akcji i nieoczekiwanych zbiegów okoliczności. Z drugiej jednak strony  to historia smutna, ponura i beznadziejna, bo taki jest ich życie. Szczególnie Rudej Kejli, która tak bardzo chce się prowadzić porządnie, a stale ktoś rzuca jej kłody pod nogi. Losy bohaterów przypominają los bohatera tragedii greckiej. Jakby się nie starali, czego by nie próbowali, nie mogą uciec od przeznaczenia. Życie ściąga ich na dno, skąd próbują się wyrwać. 

Jest w tej powieści jeszcze jeden ważny bohater, być może najważniejszy, a na pewno równie istotny jak Ruda Kejla. To Bunem, najstarszy syn rabina z ulicy Krochmalnej, młodszy od Kejli. Spotkają się przypadkowo, on jej pomoże i odtąd ich drogi się splotą. Bunem jest wolnomyślicielem, spotyka się z artystami, sam próbuje malować, dużo czyta i nie są to tylko żydowskie książki religijne, ale na przykład dzieła filozofów. Wszystko to oczywiście w tajemnicy przed rodzicami. Chciałby skończyć studia. Za co? Nawet, gdyby jego ojciec, rabin, miał pieniądze, a przecież ich nie ma, to o żadnym studiowaniu syna nie chciałby słyszeć. Bunem, owszem, powinien studiować, ale Torę i inne święte księgi. Kocha się w Salci, Żydówce z wyższej niż on sfery, która jest anarchistką i rewolucjonistką. Ich związek sprowadzi na niego kolejne kłopoty.

O ile Ruda Kejla uosabia nieokiełznany żywioł, instynkt i poczciwą prostotę, o tyle Bunem zastanawia się nad światem, nad losem człowieka, czyta i rozmyśla. To, co obserwuje, nie napawa go optymizmem.

Uważał, że szaleństwem jest wydawanie dzieci na świat. który oferuje tylko ludzkie tragedie.

Znaczył niewiele więcej niż pyłek na wietrze, ale inni pokładali w nim nadzieję, wiązali z nim swą przyszłość.

... można wierzyć w Boga, a jednocześnie ignorować go w proteście przeciw temu, jak kieruje światem.

... nie zamierzał modlić się do Boga, który wiecznie milczy, puszcza płazem wszystkie ludzkie niegodziwości i nieszczęścia, których doznają stworzone przez niego istoty. Skoro milczy i robi co chce, po co zwracać się do niego z prośbami o łaskę?

Często myślał też o tym, że znajdzie w sobie tyle odwagi, żeby skończyć z sobą, z tym całym uwikłaniem, przeciwstawianiem się okrutnym prawom dyktowanym przez życie, z walką o przetrwanie i owładnięciem przez seks, z bezprawiem władzy, z szaleństwem, zbrodnią, fałszywą nadzieją tych, którzy wierzą, że da się znaleźć sposoby na okiełznanie natury przez obejście jej zasad, sił i praw.

Czytając tę powieść, wielokrotnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, jak bardzo współcześnie brzmi. Cóż, nie jest to książka optymistyczna. Opowiada o chaosie i kruchości świata, co sprawia, że życie człowieka to wieczna niepewność i strach, wieczne potyczki z przeciwnościami. W tle historii bohaterów są burzliwe wydarzenia roku 1905, niespokojne czasy, które potem nastąpiły, a pierwsza wojna światowa i rewolucja w Rosji są tuż za progiem. Ratunkiem może wydawać się wyjazd do Ameryki, gdzie można uciec od europejskich niepokojów i marzyć, że los się do człowieka uśmiechnie. Mit o pucybucie, co stał  się milionerem, który właśnie tam może się ziścić, ma się w najlepsze. I rzeczywiście niektórym się udaje. Ale tylko niektórym. Autor obala ten mit, przygląda się Ameryce bez sentymentu. Większość przybyszów z Europy wegetuje, ciężko pracując. Do tego dochodzi samotność, tęsknota za swoimi stronami, wyobcowanie, słaba znajomość angielskiego.

Ale to nie wszystko, co oferuje czytelniczkom i czytelnikom powieść Izaaka Baszewisa Singera. Jest jeszcze namiętność, rozdarcie pomiędzy dwiema kobietami, dylemat moralny - co robić, ratować siebie, nie patrząc na kłopoty, jakie sprowadzi się na najbliższych, czy myśleć o nich. Może dlatego Rudą Kejlę i Bunema ściga fatum? Może to klątwa? I znowu przypomina się antyczna tragedia. 

Kolejną zaletą tej powieści jest znakomite odtworzenie realiów, najpierw świata ubogich warszawskich Żydów, potem nowojorskich.

Bardzo dobra, ciekawa i przejmująca książka. 

Popularne posty