Tommi Kinnunen "Powiedziała, że nie żałuje"

O powieści fińskiego pisarza Tommiego Kinnunena "Powiedziała, że

nie żałuje" (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożył Sebastian Musielak) słyszałam, kiedy się ukazała i sporo się o niej mówiło przy okazji promocji. Nawet zastanawiałam się, czy jej nie kupić, ale widocznie aż tak bardzo o tym nie marzyłam, skoro tkwiła sobie na liście alertów cenowych  mimo pojawiającej się od czasu do czasu atrakcyjnej ceny. Raz nawet z niej wypadła w ramach czyszczenia owej listy, ale po przeczytaniu "Pułkownikowej" Rosy Liksom wróciła, bo postanowiłam ją jednak przeczytać. Dlaczego? Bo wydała mi się znakomitym uzupełnieniem tamtej powieści - akcja obu toczy się w czasie drugiej wojny i tuż po niej w Finlandii. To takie książki, które otwierają oczy na coś, o czym się nie miało pojęcia. Pisząc o "Pułkownikowej", przyznałam się, że niewiele na temat historii Finlandii wiedziałam, ot tyle, że w czasie drugiej wojny Finom udało się odeprzeć atak armii radzieckiej, a potem utrzymać niepodległość, ale za cenę czegoś, co określa się terminem finlandyzacja. Jednym słowem i w dużym uproszczeniu znajdowali się gdzieś pomiędzy państwami bloku wschodniego, a krajami Zachodu. Teraz, przystępując do lektury książki Tommiego Kikunnena, byłam już oczywiście mądrzejsza.

Akcja powieści osnuta jest wokół ostatniego epizodu drugiej wojny na terenie Finlandii. Po zawarciu pokoju z ZSRR Finowie zerwali sojusz z III Rzeszą i doszło do wojny nazywanej lapońską. Armia niemiecka wycofała się do Norwegii z północnych terytoriów kraju, na których wcześniej stacjonowała po zawarciu paktu z neutralną Finlandią. Niemcy stosowali taktykę spalonej ziemi. Opuszczone przez Finów miasta i wioski systematycznie podpalano, mosty na rzekach burzono, minowano drogi i porty. Jak to w takich sytuacjach bywa, odwrócenie sojuszy powoduje też rozmaite niewygodne problemy. Nagle ci wszyscy, którzy dotąd popierali Niemców, stają się kolaborantami i zdrajcami. Mniejsza o polityczne tuzy, ale jak ma się w tym odnaleźć zwykły szary człowiek, który niespecjalnie zastanawiał się nad tym, co się dzieje? Nie wiedział albo wolał nie wiedzieć, co robią naziści. Bardziej lub mniej ochoczo wchodził w kontakty z niemieckimi żołnierzami. Znakomicie pokazuje to wspomniana już "Pułkownikowa".

Bohaterkami powieści Tommiego Kikunnena są właśnie takie kobiety. Jest ich pięć. Z różnych powodów zabrały się  do Norwegii z niemiecką armią, aby tam pracować na jej rzecz. Jedna była pielęgniarką i nie chciała zostawić chorego, którym się opiekowała, inna praczką, główna bohaterka, Irene, pracowała w kantynie, a jeszcze inna zajmowała się tym samym, co wcześniej - była pracownicą seksualną, chociaż przyznam, że to poprawnościowe określenie w kontekście powieści nie bardzo pasuje. Najchętniej użyłabym tego przaśnego i mocnego słowa. Takich kobiet jak one, a pewnie i mężczyzn, były setki albo i tysiące. Dlaczego to zrobiły? Jedne być może z powodów ideologicznych, inne, bo związały się z jakimś niemieckim żołnierzem, jeszcze inne, bo chciały zarobić, pewnie były i takie, które bały się poniewierki i nędzy związanej z ewakuacją na południe Finlandii i ucieczka z niemiecką armią wydała im się opcją bezpieczniejszą. Kiedy naziści ostatecznie przegrali, zostały na lodzie. Nielicznym, najczęściej tym, które były w ciąży z niemieckimi żołnierzami, pozwolono ewakuować się drogą morską razem z armią. Inna sprawa, czy dopłynęły, bo wiele statków zostało zatopionych. A jeśli, to i tak ich los mógł być marny. Pozostałe zostały zamknięte w norweskich obozach, gdzie na początek  ogolono im głowy jako widomy znak hańby. Potem miały zostać przewiezione do Finlandii, gdzie czekały na nie takie same obozy i przesłuchania. Tym pięciu kobietom, bohaterkom powieści, udało się uniknąć tego losu - odzyskały paszporty, przekroczyły granicę z Finlandią, do czego zresztą dokumenty nie były im potrzebne, bo nikt jej nie pilnował, i wyruszyły pieszo do domu. 

Szły przez pustkowie. Rzadko spotykały ludzi, bo tylko nielicznym pozwolono już wrócić do zgliszcz swoich domów. Spały najczęściej pod gołym niebem, za posłanie mając gałęzie, wydzielały sobie skromne racje jedzenia, dźwigały walizki, stopy miały całe w pęcherzach. Ogolone głowy, widomy znak ich hańby, ukrywały pod chustkami zrobionymi z sukienki. Przeprawiały się przez rzeki, musiały uważać na miny. Marzły i mokły. Szły tak przez wiele tygodni, nie bardzo wiedząc, co zastaną na miejscu i jak wytłumaczą najbliższym fakt, że wyruszyły z niemiecką armią. Im bliżej domu, tym bardziej przypominały ludzkie wraki.

Tommi Kinnunen oddaje w swojej powieści głos kobietom, o których dotąd milczano.  A dlaczego milczano? O tym mówi jedna z bohaterek.

Irene wiedziała, że nie będzie mogła nigdy opowiedzieć o tej wędrówce. Nie będzie mogła nikomu opisać, jak długo trwała ani jak strasznie była mozolna, nie będzie mogła wspomnieć o swoich towarzyszkach ani nawet próbować się dowiedzieć, co się stało z Aili albo z Siiri. Będzie musiała do końca życia milczeć ...

Autor porusza w swojej powieści trzy zasadnicze problemy. Pierwszy dotyczy tego, jak inaczej za kolaborację z Niemcami oceniano kobiety i mężczyzn. 

Finowie, którzy walczyli u boku armii niemieckiej, mają swoje towarzystwo pamięci, natomiast z pracujących dla tej samej armii Finek zrobiono po wojnie albo kurwy, albo nastolatki, którym miłość uderzyła do głowy. Dlaczego czyny mężczyzn usprawiedliwia się rozkazami z góry, a kobiety obarcza się odpowiedzialnością indywidualną? (To ze wstępu autora.)

Żołnierze nie rozumieli strachu, który ściskał serca pozostających na lądzie. Oni nie musieli się bać, bo za nich zawsze ktoś odpowiada, a kobiety są na wojnie zdane na siebie, polują na nie wszyscy.

Mężczyźni mogli wspominać w kantynie poległych towarzyszy broni, kobietom jednak nie wolno było zbyt długo opłakiwać zaginionych koleżanek. Wracający z frontu żołnierze potrzebowali ich radości, a nie smutku.

Drugi, ten najbardziej delikatny, to problem winy tych kobiet. Z jednej strony im współczujemy, z drugiej zdajemy sobie sprawę, że współpracowały z Niemcami, a wcale przecież nie musiały tego robić. Żadna z nich nie została przez niemieckich żołnierzy zabrana do Norwegii siłą. Oczywiście nie one dokonywały zbrodni, ale spały ze zbrodniarzami, gotowały dla nich, sprzątały ich kwatery, obsługiwały w kantynie. Widziały, jak żołnierze podpalają wioski mijane po drodze. Im dłużej idą, tym lepiej rozumieją, że to, co zrobiły, nie było niewinne. 

Irene zrozumiała, że chociaż sama nikogo nie skrzywdziła, to jednak miała w tym swój udział. Tak jak pozostałe, i ona słyszała, co wyprawiali niemieccy żołnierze, potem jeszcze widziała to i owo, a jednak milczała. (...) Łatwo było udawać niewiniątko, kiedy człowiek myślał, że stoi po stronie zwycięzców, i wiedział, że w imię prawdy trzeba by się pożegnać z wieloma rzeczami.

Teraz już strach przed śmiercią nie ściskał jej za gardło - jego miejsce zajął strach przed życiem.

Czy z perspektywy czasu żałowały, że pracowały dla Niemców? Czy nadal uważały, że wszystko, co robiły, było słuszne, czy jednak wiedząc, jak to się skończyło, zaczynały mieć pewne wątpliwości? A co ich kraj sądził o swoim udziale w tej wojnie?

Jest i kwestia trzecia, najbardziej optymistyczna. Otóż wspólna wędrówka zmienia te kobiety. Stają się silne i chcą same stanowić o sobie, żadna z nich nie pragnie powrotu do życia, jakie prowadziła wcześniej. 

Po powrocie do domu Siiri nie zamierzała odpowiadać za nic, za co nie pociągano do odpowiedzialności mężczyzn.

To wszystko nie oznacza, że stworzyły wspólnotę. Chociaż dużo ze sobą rozmawiały, chociaż się sobie zwierzały, chociaż się wspierały, mają świadomość, że nie będą szukały kontaktu ze sobą. Dlaczego? Może dlatego, że spotkanie przypomniałoby im o współwinie?

A wreszcie jest też w powieści moment, który karze się zastanowić nad dylematami etycznymi. Najstarsza z nich i najmniej winna, pielęgniarka, jest najsłabszym ogniwem tej drużyny. Ma problemy ze stawami, idzie najwolniej, trudno jej dźwigać walizkę. Może nie powinna z nimi wyruszyć, tylko zostać z innymi kobietami w chacie pogranicznika? Jak długo mogą jej pomagać? Co zrobić, kiedy opóźnia marsz? A kiedy nie ma już siły? Nie mogę oczywiście zdradzać szczegółów i napisać, jak jej towarzyszki rozwiązały ten dylemat. W każdym razie to moim zdaniem najbardziej tragiczna bohaterka.

I na koniec moja ulubiona refleksja, coś, co nigdy nie daje mi spokoju.

Świat został pomyślany tak dziwacznie, że gdy na jednym brzegu rzeki życie toczy się jak dawniej, drugi zostaje doszczętnie zniszczony.

Bardzo ciekawa powieść. Warto jej lekturę uzupełnić "Pułkownikową" Rosy Liksom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty