Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starość. Pokaż wszystkie posty

Weronika Murek "Urodziny"

Zachęcona dobrymi recenzjami i tematem postanowiłam przeczytać

"Urodziny" Weroniki Murek (Czarne 2025). Chociaż nie jest to do końca typ książki, jaki lubię, o czym wiedziałam, jestem na tak.

Bohaterką powieści jest starzejąca się, a może po prostu dojrzała, aktorka, Jaga Babażyna. Ile może mieć lat? To nigdzie nie zostało powiedziane. Czy mieści się w przedziale pięćdziesiąt - sześćdziesiąt? Tak mi się wydaje. No i jeszcze coś, na co nie sposób nie zwrócić uwagi - zestawienie takiego imienia z takim nazwiskiem nie może być przecież przypadkowe. Skojarzenie jest natychmiastowe - to Baba Jaga. Dlaczego tak? Tu pewnie interpretacje mogą być różne. O mojej za chwilę. "Urodziny" pisane są w dwóch porządkach - realistycznym i surrealistycznym. I to właśnie ten drugi element powodował, że potrzebowałam dodatkowego impulsu, aby po tę powieść sięgnąć. Cóż, nie raz, nie dwa pisałam tu, że najbliżej mi do prozy do bólu realistycznej.

Zacznę od tego, co w powieści trzyma się ziemi i co mnie  do niej przyciągnęło. Jak już napisałam, Jaga Babażyna jest dojrzałą aktorką. Najlepsze lata w swoim zawodzie ma w tym momencie za sobą. Oczywiście wszystko może się odwrócić, w życiu tak przecież bywa, ale to już snucie ciągów dalszych. Ma etat w teatrze, ale to nie wystarcza na utrzymanie, tym bardziej że nie gra głównych ról. Aby jakoś się utrzymać, łapie rozmaite zlecenia. A to słuchowisko radiowe, a to minimalna rólka w filmie, taka bez znaczenia, którą można dowolnie ociosać, a to czytanie czegoś. Jaga gna od zlecenia do zlecenia i jest potwornie zmęczona. 

Zmęczenie jest wyrazem kluczem w tej powieści - przewija się wielokrotnie. Bo zmęczeni są też inni, nawet ci, którzy w tym momencie płyną na fali. Jak młoda aktorka Anna Maria, która wprawdzie gra główne role i patrzy na Jagę z góry, ale ma małe dziecko, co nie zawsze daje się pogodzić. Zmęczone są też wszystkie osoby pracujące w tej branży, najczęściej kobiety. Kostiumografki, charakteryzatorki, producentki. Poza tym wszyscy są zmęczeni. Takie zdanie pada w pewnym momencie. Przyczyną jest nie tylko łapanie wielu zleceń, ale także często byle jakie warunki pracy. Tu nikt nikogo nie szanuje, no chyba że jest się gwiazdą pierwszej wielkości. Kto stoi tylko odrobinę wyżej w tej hierarchii, patrzy z góry na tego pod sobą. Tu człowiek człowiekowi wilkiem, bo przecież może mu podebrać zlecenie. Skreślenie kogoś z planu zdjęciowego w ostatniej chwili już po ubraniu kostiumu i zrobieniu charakteryzacji, proszę bardzo. Odwołanie nagrania, dlaczego nie. W przyczepie, w której pracują charakteryzatorki i kostiumografki, jest zimno i co chwilę gaśnie światło. Kto by się tym przejmował. Aktorki i aktorzy przebierają się na wolnym powietrzu za byle jakim parawanem. Trudno, cóż poradzić na to, że tego dnia za wiele osób jest na planie. 

Czuje na sobie wzrok pozostałych. Przecież jest aktorką, jej ciało jest narzędziem, należy do wszystkich. Jej koledzy to profesjonaliści: wepchnięci między wieszaki, pochyleni lub kucający przed lustrem (...) Warunki są trudne, ale tak to czasem wygląda i nie ma co się dziwić.

A jeśli ktoś tak jak Jaga przechodzi właśnie kryzys, jest w gorszej formie psychicznej czy fizycznej, nie ma co liczyć na współczucie, a jeśli już to udawane. Taka kulawa kaczka tylko spowalnia pracę, psuje efekt, zapomina tekstu. A przecież trzeba biec dalej, na plan filmowy, do studia nagrań, do radia. 

W tym zawodzie przebija się tylko kilka osób, pozostali to ludzkie ostrużyny, to, co zostaje, kiedy człowiek przetraci całą energię i trzyma się jedynie nadziei na Wielką Zmianę. Niech Jaga na siebie spojrzy; w jej wieku sukces jeszcze mniej prawdopodobny, a przede wszystkim jest zbędny. Niech Jaga spojrzy na siebie; nawet gdyby jej się udało, nie przyniosłaby nikomu korzyści, zwłaszcza reklamodawcom; prawdopodobnie nie jest nawet aktywna w mediach społecznościowych. Przejebała życie na mrzonki, to smutne.

Kryzys to drugi temat tej powieści. W takiej sytuacji jest właśnie Jaga. Niedawno  wyszła ze szpitala, wcześniej opuścił ją mąż, a na dodatek wokół niej dzieje się coś dziwnego. To wszystko sprawia, że trudno skupić się na pracy, której przecież tak potrzebuje. Milcząco znosi kolejne upokorzenia, bo przecież gdyby się odwinęła, mogłaby stracić te resztki, które jeszcze ma. Wszak pańska łaska na pstrym koniu jeździ. Nie ma co liczyć na dawne znajome i dawnych znajomych. Nikt nie pomoże. Ale trzeba udawać, nie można opuścić gardy.

Młody pyta, co Jaga teraz robi, a ona powtarza, wylicza projekty. Audiobook okazuje się dużym projektem multimedialnym, granie ogonów w bajce dla dzieci - wielkim nowatorskim wyzwaniem. Czechow, Montessori, Szekspir, duże nazwiska, wielkie nazwiska. (...) Nie zapyta, czy tamten nie ma czegoś dla niej, ale da do zrozumienia, że jest kobietą o wielkich siłach i apetycie. Stawia na nieustanny rozwój.

Jaga jest przeraźliwie samotna. Wiek też nie gra na jej korzyść, to dodatkowe obciążenie - jej problemy wszyscy traktują z pobłażaniem albo wręcz ze zniecierpliwieniem. Czy stąd to mające się kojarzyć z Babą Jagą imię i nazwisko? Wszak bohaterka baśni o Jasiu i Małgosi budzi jak najgorsze skojarzenia. W czytelniczej wyobraźni jest stara, brzydka i zła. Jaga nie buntuje się, nie ma pretensji do losu. Może dlatego, że nie jest pierwsza ani ostatnia w tej sztafecie. Taki zawód, raz na wozie, raz pod wozem, a kobietom w jej wieku tym bardziej nie jest łatwo. Ona też kiedyś odnosiła sukcesy, dla niej też kiedyś ten zawód był czymś więcej niż tylko źródłem zarobkowania. Przynosił satysfakcję. Dlatego ze spokojem zabarwionym smutkiem obserwuje tych, którzy ją wyprzedzili. 

... Jaga ją rozumie. Jej interes wobec przyszłości jest większy - jest młodsza i spędzi w niej więcej czasu.

Tyle warstwa realistyczna. Ale jest przecież jeszcze ta druga. Bo pod jej domem zjawiają się niespodziewani goście. Jakaś rodzina - rodzice i dwoje dzieci. Kim są? Czego chcą? Czy są niebezpieczni? Dlaczego Jagę prześladują? Dlaczego widzi ich, a szczególnie dzieci, już nie tylko pod domem? Czy są prawdziwi, czy to wytwór jej wyobraźni? Jak się ich pozbyć? Są jak lalki-marionetki, od których Jaga zaczynała swoją aktorską drogę. Czy przypominają jej młodość? Czy może są tęsknotą za dziećmi, z których świadomie zrezygnowała dla aktorskiej kariery? Czy boją się jak Jaś i Małgosia Baby Jagi, czy to ona się ich boi? Kto kogo pokona? Odwrotnie niż w baśni to one wprosiły się do jej domu, to one ją nachodzą. 

To smutna powieść. O przegranym życiu. 

Kobieta budzi się, a jej przebudzenie nikomu nie jest potrzebne.

Pedro Lemebel "Drżę o ciebie matadorze"

O powieści nieżyjącego już chilijskiego pisarza, artysty, dziennikarza

i aktywisty "Drżę o ciebie matadorze" (Clarooscuro 2020; przełożył Tomasz Pindel) dużo się mówiło, kiedy wyszła. (Uwaga! Konieczne wyjaśnienie - brak przecinka w tytule to celowy zabieg!) Miałam nawet ochotę ją przeczytać, ale wydawnictwo z niewiadomych dla mnie przyczyn nie wydaje ebooków. No ale teraz postanowiłam jednak wypożyczyć ją z biblioteki, bo fascynuje mnie proza latynoamerykańska, a chilijska ostatnio szczególnie. Niedawno wieszałam tu psy na wydanej rok temu powieści "Chilijski poeta" Alejandro Zambry, tym razem jednak zwycięstwo, kciuk w górę. Powieść, która łączy w sobie to, co uwielbiam - niezwykłą kunsztowność języka (Brawa dla tłumacza!), wagę poruszanych problemów, wzruszenia losami bohaterów i jakby tego wszystkiego było jeszcze mało - subtelność. Nic tu nie jest łopatologiczne.

Pisząc o "Chilijskim poecie", zżymałam się, bo miałam nadzieję na szersze tło społeczne i polityczne, tymczasem tyle tam tego było, co na lekarstwo. Zupełnie inaczej jest w powieści, o której piszę dzisiaj. Jej akcja toczy się w Santiago w roku 1986. Dyktatura Pinocheta trwa w najlepsze, ale opozycja i część Chilijczyków, którzy mają dość, burzą się. W centrum miasta co jakiś czas dochodzi do manifestacji. Matki, babcie, siostry znikniętych stoją pod katedrą, trzymając ich zdjęcia i domagając się informacji o tym, co się z nimi stało, czytaj, gdzie są ich ciała, bo, że się odnajdą, raczej żadna z nich już nie wierzy. 

Kiedy znalazła się przy katedrze, ujrzała grupę kobiet, które gromadziły się przed schodami z fotografiami swoich zaginionych bliskich. SPRAWIEDLIWOŚCI-ŻĄDAMY SPRAWIEDLIWOŚCI. ZABRALI-ICH-I-NIGDY-WIĘCEJ-ICH-NIE-ZOBACZYLIŚMY. NIECH-NAM-TERAZ-POWIEDZĄ-GDZIE-ONI-SĄ. Takie hasła wykrzykiwały te panie, matki, babcie, siostry tych wszystkich ludzi, których twarze spoglądały z wyblakłych portretów przypiętych do piersi protestujących.

Rozrzucane są ulotki, także o treści kpiącej z dyktatora. Policja rozgania manifestantów, pałuje, rozpyla gaz łzawiący, aresztuje. W takich niespokojnych dniach busy, wożące mieszkańców stolicy z centrum do odległych dzielnic, bywają zatrzymywane, a ich pasażerowie sprawdzani. Jest wrzesień, zbliża się rocznica obalenia Allende i dojścia do władzy junty. Pinochet i generałowie szykują się do uroczystych obchodów, a opozycjoniści z Patriotycznego Frontu Manuela Rodrigueza jak co roku chcą je zakłócić.

Ale "Drżę o ciebie matadorze" to powieść nie tylko polityczna. To przede wszystkim fantastyczny portret podstarzałego geja i jego relacji z młodym studentem, który zamieszkał w wynajmowanym przez niego domu. I tu koniecznie muszę coś wyjaśnić - otóż słowo gej jest tu nie na miejscu. Bo Ciotuchna z Naprzeciwka, jak jest nazywany/nazywana, to gej przegięty. Lubi ubierać się w damskie ciuchy, używa żeńskich końcówek i zaimków, jest nadekspresyjny, delikatny, uczuciowy, uwielbia miłosne ballady i tanga, ich teksty zna na pamięć, utrzymuje się z haftowania obrusów dla bogatych kobiet, często żon generałów z junty Pinocheta. A tego fachu nauczyła go kiedyś Żaba, również przegięty gej. Ale otoczenie widzi w nim mężczyznę, dziwaka, a ten kto rozpozna jego prawdziwą naturę, obrzuci niewybrednym epitetem. Jak wobec tego go nazywać? Tak jak on/ona sama. Zacytuję fragment z dołączonej do powieści noty konsultanta języka środowiskowego dla polskiego wydania, Michała Mędrzaka. 

Tłumaczenie języka "kobiecych" gejów, mówiących o sobie, zdawałoby się brutalnie, "cioty, ciotencje, cioturzyce, pedały, pedalice, pedryle" (...), stanowi spore wyzwanie. Trudno rozeznać się w gąszczu obelg, by nie przeoczyć języka, z pomocą którego podstarzała ciota buduje swój osobisty system immunologiczny. Obelga wcześniej wymierzona samej sobie w twarz nie boli tak bardzo, gdy później wycedzi ją z nienawiścią ktoś obcy. Pozwoli znieść podwójne odrzucenie: alienację z otaczającego świata heteronormatywnego, pomnożoną przez wyobcowanie ze świata homoseksualnego (...)

I taka właśnie jest Ciotuchna z Naprzeciwka. Ma za sobą ciężkie życie, pochodzi z nizin społecznych, z prowincji, w Santiago długo utrzymywała się, sprzedając swoje ciało na ulicy. Dopiero przygarnięta przez starszą od siebie Żabę, którą traktuje jak przyjaciółkę i matkę, stanęła na nogi. Kiedy czytałam powieść Pedro Lemebela, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że sposobem mówienia i trochę życia, ale także twardością, odpornością na ciosy losu przypomina mi Werę, bohaterkę książki Zyty Rudzkiej "Ten się śmieje, kto ma zęby"

W takiej minikiecce obcisłej i z tymi balonami cyców, co jej prawie wypadały górą, i jeszcze te długie jedwabiste włosy, które ciągle gładziła, drwiąc z tych jej trzech kłaków na krzyż na starej łysiejącej głowie. Jasne, koleżanka z uczelni, studentki wcale nie wyglądają tak... tak... prowokująco... tak... ładnie... Mamrotała półgłosem, przeglądając się w łazienkowym lustrze, odbijającym smutną maskę przebrzmiałego księżyca.

Poznanie Carlosa zmieni jej życie. Bo Ciotuchna z Naprzeciwka zakocha się w nim. Nie, nie spojleruję - taka informacja zamieszczona jest w opisie książki. Bo nie fakty są tu najważniejsze, ale to, w jak wspaniały, subtelny sposób została przedstawiona ich relacja. Carlos nie jest gejem, ale po pewnym czasie zdaje sobie sprawę z uczuć Ciotuchny z Naprzeciwka. Odtąd toczy się między nimi subtelna gra i zabawa.

Niech pani skosztuje, księżniczko, mówił Carlos, odkorkowując butelkę, przekona się pani, że ów rewolucyjny napitek niweluje klasy społeczne. Chce mnie pan upić, woźnico, i potem czynić ze mną, co się panu zachce?, wykrzyknęła, wychylając kieliszek. Sama pani widzi, teraz jesteśmy sobie równi, droga księżniczko.

Niestety dla niej ta subtelna zabawa jest podszyta cierpieniem. Bo doskonale zdaje sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, że Carlos nie dla niej. Cierpi, ale większym nieszczęściem byłoby go nie widzieć. chociaż wie, że rozstanie jest nieuchronne. 

Za każdym razem, kiedy Carlos gdzieś przepadał, niezmierzona otchłań wchłaniała ów pejzaż, i znów myślała, że on taki młody, a ona taka stara, on taki śliczny, a ona powycierana przez lata. Tam młody mężczyzna tak subtelnie męski, a tu ona taka gejspaczona, przeciotowana aż do szpiku kości, że nawet powietrze wokół niej rzedło zniewieściale. I cóż na to poradzić, skoro konała dla niego jak jedwabny arkusik zawilgocony jego tchnieniem. I cóż poradzić, skoro jej życie zawsze rozświetlane było przez to, co zakazane, przez roztańczony tangiem knebel niemożliwości.

Naprawdę wzruszająca jest ta historia, być może, ostatniej miłości podstarzałej Ciotuchny z Naprzeciwka. Co by wybrała, gdyby za pomocą czarodziejskiej różdżki mogła wcześniej mieć wgląd w swój los - poznanie Carlosa i nieszczęśliwą miłość do niego albo nie spotkanie go nigdy i ustabilizowane życie bez tego, być może ostatniego, wielkiego porywu serca? 

Ale Carlos nie tylko budzi ją z letargu uczuciowego niczym książę księżniczkę. Dzięki niemu Ciotuchna z Naprzeciwka nagle zaczyna dostrzegać, co dzieje się wokół niej. To przecież nie jest tak, żeby nie zdawała sobie wcześniej sprawy, kto rządzi i jak te rządy wyglądają. Ale jak większość pozostawała bierna - wolała nie widzieć, broń boże nie znaleźć się na ulicy w czasie manifestacji, nie miała problemu ze zleceniami od żon generałów, pokornie godziła się, że traktowały ją z góry, kazały czekać w kuchni w towarzystwie służącej, dopóki nie skończą pogaduszek z przyjaciółkami. Teraz przestaje się bać, zaczyna się buntować, potrafi głośno powiedzieć, co myśli. 

Warto jeszcze dodać, że powieść prowadzona jest dwutorowo - zasadniczy wątek to historia Ciotuchny z Naprzeciwka przeplatana fragmentami, w których śledzimy scenki z życia Pinocheta i jego żony. Im bliżej końca, tym te zmiany perspektywy są częstsze, co dodatkowo buduje napięcie. Dlaczego? Tego zdradzić nie mogę. Żona generała przedstawiona jest groteskowo, bez przerwy gada, poucza, krytykuje, utyskuje, mąż ma tej paplaniny serdecznie dość. On pokazany jest groteskowo-strasznie jako bezwzględny okrutnik, sadysta, który odważny jest tylko dlatego, że odgradza go od świata tłum ochroniarzy i generałów. Nie wiem, na ile ich portrety to kreacja Pedro Lemebela, a na ile oparte są na dokumentach czy relacjach tych, którzy ich znali. Aha, żeby nie było wątpliwości, jakie mam zdanie o Pinochecie, który z niewiadomych dla mnie powodów w naszym kraju ma też zwolenników - nie mam wątpliwości, że to czarny bohater na kartach historii, który wyjątkowo brutalnie, bezwzględnie i okrutnie rozprawiał się ze zwolennikami Salvadora Allende i opozycjonistami.

Znakomita powieść, a czytanie jej to językowa rozkosz. 

Zyta Rudzka "Ten się śmieje, kto ma zęby"

Najnowsza powieść Zyty Rudzkiej "Ten się śmieje, kto ma zęby"

(W.A.B. 2022) pojawiła się niemal we wszystkich topkach, jakie powstają pod koniec roku. Oczywiście tych, które czytałam, a bardzo lubię takie zestawienia. Ponieważ kilka lat temu zachwyciłam się przedostatnią książką autorki, "Krótka wymiana ognia", więc stało się dla mnie oczywiste, że muszę sięgnąć także po tę najnowszą w dodatku tak bardzo wychwalaną. Recenzenci zwracają uwagę na jej niezwykły język, więc tym bardziej nie mogłam się doczekać lektury. Dobrze pamiętałam mistrzostwo stylu "Krótkiej wymiany ognia", które wyniosło opowiadaną historię na wyżyny. Bo przecież może najważniejsze jest właśnie to, jak się opowiada. Język potrafi sprawić, że najbanalniejsza opowieść stanie się wybitna. Wszak wszystko już było. Ale do rzeczy. "Ten się śmieje, kto ma zęby" to rzeczywiście powieść bardzo dobra, ja jednak wyżej stawiam "Krótką wymianę ognia". Już wyjaśniam dlaczego. 

Po pierwsze język. Jest rzeczywiście znakomity. To monolog bohaterki, Wery, świeżej wdowy po Dżokeju, fryzjerki męskiej, kobiety, która w młodości przybyła do miasta ze wsi, nie ma żadnego wykształcenia, nawet dyplom zaświadczający o fryzjerskim fachu kupiła na bazarze. Opowiada mieszaniną gwary, języka potocznego, mówi barwnie, soczyście, dosadnie, ironicznie i ze swadą, nie stroni od wulgaryzmów i dosłowności. Ma do siebie dystans. Wypisałam sobie mnóstwo celnych, pysznych cytatów, przytoczę tu kilka, aby pokazać, na czym polega językowe mistrzostwo Zyty Rudzkiej.

Nie utknę we wdowie. / Usługi dla ludności zmarłej. / Wzajemność uczucie nieproste. / I boga się nie boję. Nawet jak bóg istnieje, bo się nie upieram w sprawie bezbożności całego kosmosu. Jakby bóg mi się trafił, stracha nie mam. / Jakbym miała koniak, to po co mi mąż? / ... na miłość szło. / Są takie, co oblewają się wdowieństwem jak wrzątkiem. Ja do nich nie należę. / Po to ślubu nie braliśmy, żeby się dwa razy w tygodniu żegnać na zawsze. / Nie miał talentu do życia. Umieranie lepiej mu szło. / ... szybko uśmiech schowała, śmierć dżokeja stała przy nas. / Jak ktoś nie ma talentu do życia, w sprawie śmierci nie umie się zachować. / Hardo na mnie patrzyła. Wdowiła się. / ... była ubrana w czerni wygórowanej cenowo.

Gdyby ta powieść została zekranizowana i zdobyła widownię, jestem pewna, że te i inne powiedzonka weszłyby w językowy krwioobieg. No ale niestety literatura nie ma takiej siły przebicia, jaką miewa kino. Dlaczego wobec tego narzekam? Bo język "Krótkiej wymiany ognia" był jeszcze wspanialszy, po prostu brawurowy. Tu mamy opowieść stylistycznie jednolitą, tam języków było wiele - od fragmentów poetyckich, przez fragmenty kolokwialne, językowe kalki, po język sceniczny. Nie będę się powtarzać, kto ciekaw, niech zajrzy do tego, co pisałam, link podałam we wstępie. A jeszcze lepiej sięgnąć do źródła, czyli do tamtej powieści. 

Po drugie bohaterka. Doskonale rozumiem, co w niej może zachwycać. Wera łamie wszelkie tabu. Chociaż po stracie zakładu fryzjerskiego, co stało się z powodu przetargu ogłoszonego przez miasto na zajmowany przez nią lokal, nie pomogła pikieta urządzona w jej obronie przez miejskich aktywistów, znalazła się w trudnej, ba, beznadziejnej, sytuacji materialnej, nie poddaje się. Od tamtego czasu utrzymuje się z handlowania na bazarze - sprzedaje wszystko, na co może znaleźć się kupiec. Meble, naczynia, ubrania. Rzeczy zgromadzone w jasnym czasie, jak mówi. Mimo to nie uważa się za przegraną, nie narzeka, z ufnością i ciekawością patrzy w przyszłość. Nawet teraz, kiedy została wdową i kiedy nie tylko z tego powodu jest bardzo samotna. Nie zamierza się samotności i  wdowieństwu  poddawać, we wdowieństwo owijać. Może nawet odetchnęła z ulgą - Dżokej swoją śmiercią uwolnił ją od siebie. Chce go jednak godnie pochować, dlatego za wszelką cenę musi zdobyć dla niego porządne, koniecznie białe, buty do trumny. Ale to nie wszystko. 

Wera bezpruderyjnie opowiada o swoich seksualnych potrzebach. O Dżokeju, kochanku i kochankach. Tak, kochankach. Trudno powiedzieć, w jakim dokładnie jest wieku, na pewno bliżej jej do starości niż do młodości, a jednak nadal seks ją kręci i nie zamierza ze swoich  potrzeb rezygnować. Nie jest też żadną pięknością, żadną smukłą laską. Przeciwnie - jak sama mówi ma cyc i tyłek jak globus. A jednak coś do niej ciągnie mężczyzn i kobiety. Może zwłaszcza kobiety.  Swoje w życiu przeżyła, ale nie rozpamiętuje, jest energiczna, witalna, silna i kuta na cztery łapy. Stanowi przeciwieństwo  wszystkich tych mimozowatych, złamanych, rozkminiających swoje niepowodzenia bohaterek, które rozpleniły się w literaturze najnowszej. Czy witalność i pęd do życia bierze się z jej prostoty? 

Doceniam to wszystko i rozumiem, problem w tym, że jakoś nie potrafię jej polubić. Inaczej było z Romą, bohaterką "Krótkiej wymiany ognia", którą z Werą łączył wiek i seksualne potrzeby, ale wiele je też dzieliło. Roma czuła się staro, czuła się przegrana, czego nie można powiedzieć o Werze. Ona swój wiek i wygląd ma za nic.

A w tle jej historii są rozmaite plagi naszego świata. Bezwzględny kapitalizm, który wysysa ludzi, aby wyeksploatowanych wymienić na młode wilki, przemijanie, nierówności społeczne, melancholia. Wielu tu przegranych bohaterów, właśnie bohaterów. Bo w tej powieści to mężczyźni są słabi, nie wytrzymują konfrontacji z nowoczesnym, kapitalistycznym światem, a kobiety silne.

To naprawdę bardzo dobra powieść. A że trochę marudzę? Myślę, że te dochodzące zewsząd zachwyty zanadto napompowały moje oczekiwania. Stąd leciutkie rozczarowanie. Zaznaczam - leciutkie.

Waldemar Bawołek "Pomarli"

Moja przygoda z twórczością Waldemara Bawołka zaczęła się

stosunkowo niedawno od powieści "Echo słońca". I chociaż jest to literatura osobliwa, osobna, niekoniecznie łatwa w odbiorze, czasem zachwycająca, momentami nużąca albo irytująca, to  wiedziałam, że będę do niej wracać. No i po kilku miesiącach wróciłam - przeczytałam "Pomarłych" (Czarne 2020), zbiór opowiadań, za które autor w ubiegłym roku nominowany był do Nike, a  otrzymał  Nagrodę Literacką Gdynia.

Historie snute w tej książce związane są ściśle z jego rodzinnymi Ciężkowicami, w których mieszka od urodzenia. Tak zresztą jest najczęściej - Bawołek, dla którego pisanie jest namiętnością i koniecznością, obficie czerpie ze swojego życia, filtrując je przez swoją wyobraźnię. W tym miejscu powinnam napisać kilka zdań o autorze, który jest równie osobny i osobliwy jak jego twórczość, ale zrobiłam to już przy okazji notki o "Echu słońca", więc odsyłam tam albo do innego źródła. 

Jak wskazuje tytuł, są to opowieści o ludziach, którzy zmarli - krewnych, sąsiadach, szkolnych kolegach. To rodzaj osobliwych epitafiów, bo narrator, Waldemar (a jakże!), wprawdzie ich upamiętnia, ale nie wysławia. Pokazuje takich, jakimi byli, a raczej jakich ich zapamiętał. Nie waha się pisać źle, niepochlebnie. Nie ma w prozie Bawołka tej czułości dla bohaterów, jaką często spotykamy w literaturze portretującej prowincję. Zdecydowanie nie zawsze da się ich lubić. Bywa, że upamiętniany nie pojawia się na pierwszej stronie poświęconego mu rozdziału, ale dopiero na którejś z kolei. Niekoniecznie jest też najważniejszym bohaterem opowiadania. Bo tak naprawdę bohaterem tej książki jest narrator. Tak przynajmniej ja ją odbieram.

W "Pomarłych" jeszcze bardziej niż w "Echu słońca" miesza się przeszłość z teraźniejszością, fragmenty realistyczne z onirycznymi.   

Czas przestał dla mnie istnieć albo bez przerwy zmienia się, meandruje, zapętla. 

Nie wiem, na którym piętrze czasu się znalazłem...

Jego dawne zęby sztucznej szczęki nakładają się na te nowe, uwalniają ponadczasowe wspomnienia. (...) Chciałby pociągnąć nasze umysły wstecz. Tylko że ja dopiero wracam z przeszłości i inne przede mną wydarzenie z pamięcią w tle. 

Przedzieram się delikatnie przez naskórek myśli i wrażeń, wnikam w głębsze tkanki, dotykam zmysłów. Tworzę unikatową strukturę, pełną pułapek niedomówień i słów niepamięci. Ukryte są w niej zamierzchłe gesty, znaczące spojrzenia, liczne oddechy.

Bywa, że jest to jazda bez trzymanki - swobodnie przeskakują czas i zdarzenia, musimy podążać za strumieniem wyobraźni narratora, można się w tym pogubić. Ale jest w tej tak wymyślonej prozie  coś, co mnie przyciąga. Po chwilowym znużeniu zachwycam się pięknem języka, wyobraźnią albo sięgam po długopis, aby zapisać jakąś myśl, która mnie poruszyła. Najczęściej przejmującą. Bo "Pomarli", podobnie jak "Echo słońca", nie są pogodną lekturą. Nad narratorem i innymi bohaterami ciążą przemijanie, utracone złudzenia, niezrealizowane marzenia, przygniatająca codzienność, starość i jej przyjaciółka samotność, a wreszcie widmo śmierci. 

Spotkanie z samym sobą (...) beztrosko myślącym, że życie to droga bez końca, a zachowanie młodości to cel sam w sobie ...

Co jest ratunkiem? Życie we wspomnieniach, wracanie w przeszłość, zatracenie się w niej? A może odwrotnie?

... zawsze to samo. Beż pamięci dokądś wędrować, szukać wiatru w polu, błądzić, by o wszystkim zapomnieć, by nie myśleć.

A może osobność?

Pokonuję lęk przed wszelkim upodobnianiem się do innych, gdyż lęk przed wszelką różnicą jest mi obojętny. 

Przed moimi oczami sprawy codziennego życia schodzą na dalszy plan, są nieważne. Jak to wytłumaczyć? Może własnym wewnętrznym światem? Więc starasz się, jak możesz, żeby odejść od powszedniości, żeby wszystko było wyjątkowe. I ty jesteś wyjątkowy, dla siebie ...

Może dlatego ta codzienność, z której pisarz czerpie garściami, zostaje tak silnie przetworzona, wstrząśnięta i wymieszana, aż w końcu przemienia się w senne marzenie.

Filmowe remanenty - "Vortex", "Simona"

Dziś będzie o dwóch filmach, czyli jednej zaległości (w pisaniu) i jednej nowości. Pierwszy to "Vortex", drugi dokument "Simona".

Jeśli ktoś ma w sobie przestrzeń na obejrzenie filmu trudnego o sprawach granicznych, beznadziejnych, ale niestety nieuniknionych, niech wybierze się na "Vortex" Gaspara Noe'go. To historia małżeństwa, dwojga starych ludzi, którzy zmagają się ze swoimi chorobami. Ona lekarka psychiatra, on znawca kina, autor licznych książek i artykułów z tej dziedziny. Z dnia na dzień stają się coraz bardziej niedołężni. On jeszcze jakoś sobie radzi - wychodzi z domu, pisze kolejną książkę, kocha i tęskni, próbuje ogarniać domowe sprawy, opiekuje się żoną chorującą na chorobę Alzheimera. Mają syna, który jakoś próbuje im pomagać, ale sam ma poważne problemy z sobą, z żoną, samotnie wychowuje kilkuletniego synka. Tyle krótkie wprowadzenie. Poza tym niewiele się dzieje, widz obserwuje ich coraz bardziej beznadziejną codzienność. Przyznam, że do jakiegoś momentu oglądałam ten film chłodnym okiem, analizując to, co widzę na ekranie. Drażnił mnie też pewien formalny zabieg zastosowany przez reżysera. Nie będę go zdradzać, chociaż ja, idąc do kina, wiedziałam o nim, no ale może nie wszyscy słyszeli, więc zmilczę. Ale w pewnym momencie coś zaskoczyło i film zaczął działać. Przyznam, że gdybym oglądała "Vortex" w samotności, to rozryczałabym się na cały regulator, ale w sali kinowej próbowałam powstrzymać upust nagromadzonych uczuć. I nie chodzi tu o łatwe, tanie wzruszenia, ale o potrącenie strun powiązanych z moimi doświadczeniami. Wiem, że ten film działa tak na wielu. Przecież większość z nas stanie przed takimi problemem - jak poradzić sobie z opieką nad starzejącymi się, coraz mniej samodzielnymi, schorowanymi rodzicami. W Polsce to hardkor i jeśli nie masz worka pieniędzy (albo oni nie mają), to nie zazdroszczę. Drugi miecz wiszący nad każdym, to wizja własnej starości, ewentualnej niedołężności, unieruchamiającej choroby, a wreszcie śmierci, która w takiej sytuacji może być już tylko wybawieniem. Współuczestniczenie w życiu bohaterów zmagających się z codziennością, obserwacja ich wysiłków, nieradzenia sobie z bałaganem, z zagraconym mieszkaniem i innymi sprawami, a jednocześnie uporczywej walki o zachowanie autonomii, próby życia jak dawniej (to szczególnie dotyczy jego) mocno porusza. Ale porusza też to, iż jesteśmy świadkami przemijania i świadomość tego, że nasz rodzinny mikrokosmos również się kiedyś skończy. Na mnie ostatnie sceny, szczegółów nie zdradzę, zrobiły piorunujące wrażenie. No i jeszcze jedno, na co niewielu zwraca uwagę. To los  małego Kikiego. Co czeka to dziecko, które nie bardzo może liczyć na ojca, a zupełnie nie na matkę i dziadków?

Drugi film, "Simonę", dokument Natalii Korynckiej-Gruz o Simonie Kossak, mogę za to polecić z czystym sumieniem każdemu. Nie tylko polecić, ale gorąco namawiać do obejrzenia. Znakomity film, który ogląda się z zapartym tchem niczym trzymającą w napięciu fabułę. A jego bohaterka była postacią niezwykłą. Dzisiaj to, czym się zajmowała, jej miłość do zwierząt, troska o świat przyrody jest super aktualne. Opowieść o niej poznajemy dzięki wnuczce jej siostry, Idzie Matysek, która stała się spadkobierczynią ciotecznej babki i  fotografika Lecha Wilczka, partnera Simony. Towarzyszymy jej, gdy gromadzi zdjęcia, filmy i inne materiały, ogląda je, a my wraz z nią, rozmawia z mamą, Joanną, siostrzenicą Simony, która była jej oczkiem w głowie. Poza tym słuchamy innych, którzy Simonę znali, głównie jej współpracowników czy sąsiadów z Białowieży. Podziwiamy zdjęcia zrobione jej przez Lecha Wilczka, odbywamy drogę do Dziedzinki. Poznajemy rodzinne tajemnice, między innymi konflikt z siostrą Glorią, malarką, matką Joanny, babcią Idy. Film nie jest pomnikiem wystawionym Simonie, wielokrotnie mowa o jej niełatwym charakterze, bezkompromisowości, ale to wszystko nie umniejsza jej niezwykłości. Drugim bohaterem jest Puszcza Białowieska, no i zwierzęta. Piękne zdjęcia, znakomita ścieżka dźwiękowa wymyślona przez Aleksandra Gruza to dodatkowe zalety. Jednym słowem seans obowiązkowy. Ja przywołałam z pamięci kilka dni spędzonych wraz z grupą znajomych w Białowieży tego pamiętnego lata, które było antraktem i wytchnieniem między dwoma lockdownami. Wybrałyśmy się, same kobiety, aby zobaczyć Dziedzinkę. A można to zrobić tylko z zewnątrz. Dzień był burzowy, na leśnej drodze atakowały nas stada muszek i komarów, ale warto było. W filmie widzimy, jak Ida Matysek patrzy na ten opuszczony dom zza płotu, przeglądając umieszczone na specjalnym pulpicie zdjęcia Dziedzinki, Simony i zwierząt, które z nią mieszkały, jedyny ślad, który przywołuje jej obecność w tym miejscu. Też tak stałyśmy, przeglądając ten niewielki album, wpatrując się w pustkę po dawnych gospodarzach Dziedzinki. 




 

Wiktor Paskow "Ballada o lutniku"

Uwielbiam takie sytuacje - odkrycie fantastycznej książki, niszowej,

zupełnie niewypromowanej, o której raczej cicho. Jednocześnie tej radości towarzyszy smutna refleksja, którą nieraz dzieliłam się na tych łamach, że gdyby nie przypadek, to przegapiłabym coś niezwykle ciekawego i wartościowego. No może tym razem nie był to taki zupełny przypadek, bo o powieści nieżyjącego już bułgarskiego pisarza Wiktora Paskowa "Ballada o lutniku" (Wydawnictwo Poznańskie 2020; przełożyła Mariola Mikołajczak) dowiedziałam się dzięki radiowemu klubowi książki Poczytalni z TOK FM. O ile dobrze pamiętam, "Ballada o lutniku" znalazła się na pierwszym miejscu ich rocznego zestawienia. Ale nie przypominam sobie, aby w innym miejscu mówiono o powieści Paskowa. Długo się zbierałam, w końcu kupiłam i połknęłam w dwa popołudnia. Nie jest to rzecz długa, a czyta się bardzo potoczyście (wiem, wiem, powinno być dobrze, ale tak jest ładniej), więc nie ma co się tłumaczyć brakiem czasu.

Zanim przejdę do konkretów jeszcze jedno wyznanie. Naprawdę sporadycznie zdarza mi się wzruszyć do łez nad książką. W kinie płaczę, co staram się skrzętnie ukryć, kiedy czytam, czasem ściska mnie za gardło, ale łzy to rzadkość. Tym razem po prostu się rozryczałam i nie mogłam się nadziwić, dlaczego aż tak. Ta powieść poruszyła we mnie jakieś skrzętnie ukryte struny. Płakałam nie tylko nad losem bohatera. 

A teraz do rzeczy. Akcja "Ballady o lutniku" toczy się w Sofii w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku. Narratorem jest Wiktor, młody mężczyzna, który wspomina czasy swojego wczesnego dzieciństwa. Jego ojciec był muzykiem pochodzącym z muzycznej rodziny, grał w filharmonii, matka, o ziemiańskich korzeniach, dla małżeństwa musiała się ich wyrzec, bo jej bliscy nie zaakceptowali miłości do klepiącego biedę chłopaka, w dodatku Wołocha. Mezalians był podwójny - majątkowy i klasowy. Mieszkają w marnej dzielnicy w czynszowej kamienicy, którą zasiedlają tacy jak oni biedacy. Ludzie prości albo zdegradowani przez ustrój, a bieda i warunki, w jakich żyją, degraduje jeszcze bardziej. Alkohol, awantury, choroby, załamania psychiczne są tu na porządku dziennym. Ale Wiktor nie wspomina ich źle, raczej z czułością. To biedni, nie tylko w znaczeniu materialnym, ludzie. Naszkicowani zaledwie kilkunastoma zdaniami, ale to wystarczy, aby wyobrazić sobie to barwne ludzkie panoptikum.  Chociaż nie jest to powieść polityczna, to przecież gdzieś w tle mamy świadomość czasów, w jakich żyli. Wspomnienia Wiktora podporządkowane zasadzie realizmu od czasu do czasu zostają przełamane fantastycznymi scenami wykreowanymi przez dziecięcą wyobraźnię. W jego fantazjach wszystko może się zdarzyć - źli ludzie zostaną ukarani, ojciec stanie się mocarzem, dobro zatriumfuje.

Liczenie się z każdym groszem, konieczność dorabiania chałupniczą pracą, jakiej się nie znosi, ciasnota, uciążliwi sąsiedzi sprawiają, że gorące uczucie gdzieś wyparowało. Jest codzienna udręka. Ojca ratuje sztuka, matka chwyta się swoich idei fiks. Najpierw to marzenie, że mały Wiktor zacznie grać na skrzypcach, zostanie okrzyknięty cudownym dzieckiem i w ten sposób ona zatriumfuje nad swoją rodziną. Jest i drugie marzenie - kredens. Współczesnemu czytelnikowi trudno w pierwszej chwili zrozumieć, dlaczego matka Wiktora zatruwa życie mężowi wyrzutami, że nie stać ich na jego kupno. Dopiero uwaga narratora, że nikt w ich kamienicy, a może i dzielnicy, takiego mebla nie miał, pozwala wczuć się w jej sytuację. Kredens staje się tu symbolem lepszego życia i dawnego świata, tego, z jakiego się wywodziła. Kariera syna i posiadanie kredensu mają być lekiem na beznadzieję, na brzydotę i nędzę świata, na podłe czasy. Z kolei dla ojca sprostanie marzeniom żony staje się wyzwaniem - potwierdzeniem jego męskości, tego, że sprawdza się jako głowa rodziny, że jej nie zawiódł, że dobrze zrobiła, wychodząc za niego za mąż mimo takiej ceny.

Ale to nie historia matki spowodowała mój płacz. To wszystko, o czym dotąd napisałam - barwni mieszkańcy kamienicy, historia rodzinna - jest bardzo ważne, ale prawdziwym bohaterem tej opowieści jest ów tytułowy lutnik, zgięty w pół, niemal pochylony do ziemi staruszek Georg Henig, który niegdyś, w innym świecie, przybył razem ze swoją żoną Bożenką z Czech do Sofii, aby tu wspomagać rozwijające się życie muzyczne. Przywiózł ze sobą skrzynię z cudownymi narzędziami, które potrafiły z odpowiedniego drewna, także znajdującego się w tej skrzyni, wyczarować wspaniałe skrzypce. Wkrótce stał się filarem bułgarskiego życia muzycznego, wykształcił swoich następców, ale tylko on jeden miał to coś, czego inni nie mieli, posiadł tajemnicę, jakiej inni nie posiedli. Dlatego jego skrzypce były najlepsze. W czasach, kiedy poznał go mały Wiktor, jego talent i umiejętności mają jeszcze znaczenie dla nielicznych. Jego uczniowie marzą tylko o tym, aby przekazał im swoje wspaniałe narzędzia, reszta ich nie obchodzi. Georg Henig mieszka w tej samej ubogiej dzielnicy, w zawilgoconej suterenie, za sąsiadów mając parę, która czyha na jego mieszkanie i jest gotowa posunąć się do każdej podłości, aby je zdobyć. Dla niego jednak to wszystko nie ma znaczenia. Żyje swoją pracą, muzyką i przeszłością. Rozmawia z cieniami swoich bliskich, którzy już od dawna są w lepszym świecie i czekają na niego. Ale on nie może do nich pójść, bo ma jeszcze jedno zadanie do wykonania.

Wątek Georga Heniga, podobnie zresztą jak cała powieść, prowadzony jest na dwóch nutach. Z jednej strony jest to historia bardzo realistyczna. Opisy samotności, opuszczenia, potwornej, ubogiej starości są bardzo realistyczne i dlatego niezwykle dotkliwe. Czytając, czułam smród zapuszczonej piwnicy i starego, niemytego, niemal zagłodzonego ciała, ale czułam też żal i głębokie współczucie. I po raz kolejny trudno mi było oprzeć się refleksji nad okrutnym przemijaniem, nad tym, że nic w życiu nie trwa wiecznie, że nie ocalą nas niegdysiejsze powodzenie i sukcesy. Na koniec i tak możemy zostać samotni, chorzy i biedni. Budzić odrazę i obrzydzenie. Ale jest i druga nuta - poetycka, mistyczna (w potocznym znaczeniu tego słowa). Tak widzi swojego przyjaciela Wiktor, ale taki jest też Georg Henig, bo mistycznie traktuje swoje narzędzia, drewno, z którego powstają instrumenty, bo rozmawia z cieniami swoich bliskich, bo wierzy w siłę muzyki, sztuki, która ocala w każdych warunkach.

Ta smutna, nostalgiczna powieść ma jednak także optymistyczną nutę. Daje wiarę w ludzi. Bo Georg Henig napotyka na swojej drodze osoby złe i bezduszne, ale także po prostu zwyczajnie dobre, które nie potrafią obojętnie przejść obok jego samotności, biedy, bezradności i choroby. Są gotowe mu pomóc, chociaż same nie mają wiele. Są gotowe poruszyć niebo i ziemię, aby go ratować. Czy to się uda? Nie chcę zdradzać wszystkiego. 

I już na koniec chciałabym zwrócić uwagę na bardzo ciekawe posłowie tłumaczki, która opowiada o Wiktorze Paskowie i kreśli tło historyczne. Okazuje się, że opowieść o lutniku ma swoje mocne umocowanie w historii Bułgarii. I jeszcze jedna refleksja wzmocniona lekturą, którą właśnie skończyłam ("Granica" Kapki Kassabovej) - jak niewiele wiemy o tym kraju! Przynajmniej ja, ale myślę, że nie jestem jedyna. A "Balladę o lutniku" Wiktora Paskowa trzeba przeczytać koniecznie!     

Jessica Bruder "Nomadland. W pogoni za pracą"

Kiedy tylko w zapowiedziach wydawniczych zobaczyłam reportaż

amerykańskiej dziennikarki Jessici Bruder "Nomadland. W pogoni za pracą" (Czarne 2020; przełożyła Martyna Tomczak), wiedziałam, że muszę go przeczytać. Jest znakomitym uzupełnieniem książki "Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast" Matthew Desmonda. Obie pozycje to lektury obowiązkowe, bo pozwalają lepiej zrozumieć to, co dzieje się w Stanach. Dlaczego wyborcy w kraju uchodzącym za ostoję demokracji i światowe imperium, wybrali sobie na prezydenta kogoś takiego jak Trump i mimo kompromitującego stylu, w jakim odchodzi, nadal rzesza jego zwolenników przy nim trwa?

Jessica Bruder opowiada o zjawisku, o jakim w zasadzie nie miałam pojęcia, a już na pewno nie o jego skali. To historia ludzi, którzy dom zamienili na kamper i podróżują po kraju w poszukiwaniu dorywczej pracy. Być może brzmi to romantycznie i wielu z tych współczesnych amerykańskich nomadów dorabia do swojej decyzji taką otoczkę i wychwala wolność, jaką im ona przyniosła, ale najczęściej ich codzienność romantyczna bywa tylko czasami, kiedy na przykład spotykają się na organizowanych przez siebie zjazdach albo przez chwilę wieczorem, gdy, powiedzmy, podziwiają zachód słońca w jakimś ładnym miejscu, w którym zatrzymali się swoim kamperem. Codzienność niesie mnóstwo problemów, a przyszłość rysuje się mocno niepewnie. Ale moim zdaniem najgorszy chyba jest jednak brak perspektywy na zmianę sytuacji. Oni nie mają przed sobą innej drogi!

Wprowadzając w tematykę książki Jessici Bruder, celowo trochę upiększyłam rzeczywistość, a właściwie nie napisałam o kilku istotnych szczegółach. Po pierwsze w zdecydowanej większości przypadków ci ludzie nie dokonali takiego wyboru, bo taki mieli kaprys, ale zrobili to dlatego, że nie mieli innego wyjścia. Sytuacja ekonomiczna sprawiła, że nie byli w stanie utrzymać domu, nie stać ich było na wynajęcie mieszkania i przenosiny do domu na kółkach stały się koniecznością. Inną alternatywą być może była ulica, czyli bezdomność. Co ciekawe, oni sami nie nazywają siebie bezdomnymi, ale bezmiejscowymi. Po drugie napisałam, że zamienili dom na kamper. Tak, ale tylko nieliczni, ci, których na kamper i jego utrzymanie stać. Pozostali muszą zadowolić się przyczepą kempingową albo jakimkolwiek pojazdem, który da się przystosować do zamieszkania. Niektórzy zaczynali swoje życie nomady po prostu w swoim samochodzie albo nawet w namiocie. Po trzecie większość z nich to ... emeryci. Ludzie po sześćdziesiątce albo nawet po siedemdziesiątce. Co ich czeka, kiedy nie starczy im sił, aby pracować? Kiedy zachorują? Dlaczego znaleźli się w takiej sytuacji? Po kryzysie z 2008 roku oszczędności wyparowały, a emerytury mają tak marne, że nie tylko nie stać ich na utrzymanie domu, ale zmuszeni są do pracy i właśnie w poszukiwaniu tej pracy przemierzają Stany. Niektórym powinęła się noga i w takiej sytuacji znaleźli się na przykład w wyniku rozwodu. Zdarzają się wśród nomadów pary, a także, na szczęście rzadko, rodziny z dziećmi albo matka z dzieckiem. Jeśli, czytelniku tej notki, myślisz, że w takiej sytuacji znaleźli się ludzie, którzy wykonywali jakieś niskopłatne prace, to jesteś w błędzie. Oczywiście są i tacy, ale wielu z nich było dyrektorami, inżynierami, nauczycielami, jednym słowem pracowali w zawodach, które powinny zapewnić stabilną przyszłość. Wreszcie po czwarte praca, jaką wykonują. Najczęściej zajęcie znajdują w magazynach Amazona, w rolnictwie, na przykład przy zbiorach buraka cukrowego, albo w sezonie na kempingach w licznych amerykańskich parkach narodowych. Robota jest ciężka, nawet niewyobrażalnie ciężka, a zarobki nie takie znowu rewelacyjne. Zjawisko jest na tyle powszechne, że w Stanach odbywają się specjalne targi, na których takie firmy poszukują sezonowych pracowników. Amazon tworzy nawet specjalne parkingi, gdzie mogą się zatrzymać swoim domem na kółkach.

Jessica Bruder, aby zgłębić temat, przez trzy lata towarzyszyła bohaterom tej książki w ich koczowniczym życiu. Sama zamieszkała w przyczepie i przez jakiś czas zatrudniała się do takich sezonowych prac. Na własnej skórze poznała trudności, jakie niesie mieszkanie w kamperze. Rzeczywiście niektóre trudno sobie wyobrazić. Na przykład, gdzie zatrzymać się na noc, jeśli jest się w trasie? Na kempingu, powiesz czytelniku tej notki. Nie, bo po pierwsze ich nie stać, a po drugie kempingi są przecież tylko w miejscach turystycznych. Parkować nocą trzeba więc nielegalnie, ryzykując mandat, a czasem jakąś niebezpieczną sytuację. Coraz trudniej być nomadą, bo stany albo miasta utrudniają im coraz bardziej życie. Inne kłopoty? Dbanie o higienę, awarie, choroby, zimno, kiedy spada temperatura, i wiele innych spodziewanych i niespodziewanych zdarzeń. Czy jest coś optymistycznego w tej sytuacji? Tak - nomadzi tworzą społeczność, która sobie pomaga. Zawierają przyjaźnie, czasem podróżują w grupach, umawiają się na wspólną pracę i wspólne biwakowanie. I wtedy mogą na siebie liczyć, jeśli zdarzy się coś przykrego. Życie ułatwia im oczywiście internet, gdzie znajdują porady, wskazówki, ostrzeżenia, strony i fora dla takich jak oni.

To oczywiście nie wszystko. Jessica Bruder, podobnie jak Matthew Desmond, łączy opowieść o konkretnych ludziach z podbudową teoretyczną - socjologiczną, ekonomiczną i historyczną (Zjawisko nie jest w Stanach nowe - po raz pierwszy pojawiło się w czasie wielkiego kryzysu w latach trzydziestych zeszłego wieku.) Znakomita, bardzo ciekawa książka. Kolejna, która dekonstruuje amerykański mit. Mit kraju, gdzie, jeśli tylko mocno chcesz, osiągniesz wszystko. Gdzie sam sobie jesteś sterem, żeglarzem, okrętem i uwielbiasz ten stan, bo wolność i indywidualizm cenisz sobie ponad wszystko. Gdzie droga od pucybuta do milionera jest możliwa.

A na koniec jeszcze cytaty, które gorzko komentują problem. Pierwszy pochodzi z "Rzeźni numer pięć" Kurta Vonneguta, a wrzuciły go na swój Facebook dwie bohaterki książki.

Ameryka jest najbogatszym krajem na Ziemi, ale jej obywatele to przeważnie ludzie biedni i tych biednych Amerykanów uczy się nienawiści do samych siebie. (...) Każdy inny naród ma w swoich tradycjach ludowych bohaterów, którzy byli biedni, ale niezwykle mądrzy i dzielni i dlatego bardziej godni szacunku niż możni i bogacze. W Ameryce biedacy nie mają takich opowieści. Zamiast tego szydzą z siebie i gloryfikują bogaczy. 

Drugi, też z Facebooka, zamieszczony po śmierci jednej z nomadek.

Wreszcie uwolniłaś się od długów i znalazłaś swój wieczny dom! Już nigdy nie będziesz marzła na pustyni ani w Kansas. Żadnych więcej ciasnych przestrzeni. 

"Słodki koniec dnia"

Lubię filmy Jacka Borcucha, nie nakręcił ich zresztą wiele, bo późno zaczął swoją reżyserską drogę, wcześniej był aktorem. Jego najbardziej rozpoznawalna i znana rola to Stefan w niezapomnianym "Długu" Krzysztofa Krauzego. O najnowszym filmie reżysera, "Słodkim końcu dnia", stało się głośno, kiedy Krystyna Janda, która gra tu polską poetkę, laureatkę Nagrody Nobla mieszkającą w Toskanii, została w Sundance uhonorowana za swoją rolę. Przypieczętowaniem sukcesu była wygrana na krakowskim festiwalu Mastercard Off Camera w konkursie polskich filmów fabularnych. Nic dziwnego, że na "Słodki koniec dnia" czekałam z lekką niecierpliwością, tym bardziej, że ostatnio miałam za sobą okres kinowej posuchy, czego najlepszym dowodem jest zdecydowana przewaga na moim blogu w ostatnim okresie notek o książkach. Dlatego po obejrzeniu "Dzikiej gruszy" Ceylana  wybrałam się niemal natychmiast na "Słodki koniec dnia".

Jak już wspomniałam, jest to opowieść o Marii Linde, polskiej poetce od stanu wojennego mieszkającej w Toskanii. Tu wyszła za mąż, tu urodziła córkę (w tej roli Kasia Smutniak), tu żyje w okolicach Volterry w pięknym toskańskim domu. Zwieńczeniem jej kariery jest Nagroda Nobla, którą chyba nie tak dawno dostała. W europejskim środowisku artystycznym i intelektualnym jest autorytetem, zna ją też dobrze lokalna społeczność, dlatego burmistrz Volterry uhonorował Marię nagrodą. Przy Noblu to nic, ale ona to wyróżnienie też sobie ceni, bo jest stąd, bo wrosła w to miejsce, zna tu wielu ludzi nie tylko z elity, ale także tych przeciętnych, prostych - sprzedawców, policjantów, listonosza, właścicieli osterii czy tratorii.  

Ale bardzo istotnym tematem filmu Borcucha są też zmiany i lęki, jakie budzi napływ imigrantów do Włoch i do Europy. Jakby zniewalające piękno i urok Toskanii zostały zabrudzone przez obecność intruzów. Widać ich także w okolicy Volterry, także dlatego, że znajduje się tu obóz, w którym czekają na wyrok - zostaną w europejskim raju czy grozi im deportacja. Niektórzy są tu już od dłuższego czasu, zadomowili się, mają swoje lokalne biznesy, nieodwracalnie zmieniają krajobraz miasteczka. No bo kiedyś osterie prowadzili Włosi, a teraz z powodzeniem robi to przybysz z Egiptu. Niby wszyscy go lubią, cenią za kuchnię, za pracowitość, solidność, ale to jego najłatwiej oskarżyć, kiedy stanie się coś niepokojącego. 

Maria to kobieta niezależna, bezkompromisowa, nie liczy się z opinią otoczenia, jasno wypowiada swoje zdanie, nie kłamie, ma odwagę mówić prawdę. Jest młoda duchem, być może młodsza od córki, którą szokuje swoim postępowaniem i opiniami, ale odczuwa starzejące się ciało, chociaż przecież wygląda bardzo dobrze i nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyśli o niej jako o starej kobiecie. Kiedy jednak w czasie uroczystości z okazji przyznania jej  nagrody przez burmistrza w swojej mowie wypowie niezwykle kontrowersyjną opinię, a będzie to w momencie bardzo szczególnym, z osoby uwielbianej i honorowanej stanie się wrogiem ludu. Widz zostaje postawiony w niewygodnej sytuacji - jak się odnieść do słów Marii? Niby miała być to intelektualna prowokacja, której zadaniem było zmuszenie zadowolonych z siebie Europejczyków do myślenia, ale takie słowa nie pozostają bez echa. Wywołują reakcje i reperkusje, których pewnie Maria nie chciała. Czy przewidziała? 

Mnie to  jej jedno kontrowersyjne, prowokacyjne zdanie natychmiast zrymowało się z reportażem Niklasa Orreniusa "Strzały w Kopenhadze". Właściwie oceniając ten gest Marii, mogłabym powtórzyć niektóre moje opinie dotyczące postawy bohatera książki, szwedzkiego artysty Larsa Vilksa. Dlatego celowo użyłam też określenia wróg ludu, które pada w reportażu Orreniusa. Co nie oznacza, że pochwalam to, co przytrafiło się jej na końcu. Przeciwnie, jeśli coś budzi moją grozę, to jest to wykrzywiona nienawiścią twarz komisarza policji, który tak niedawno zachwycał się Marią. Czy ją lubię? Tak, bo lubię takie wyzwolone, zbuntowane bohaterki. Ale nie lubię tego jednego zdania - jest zbyt wykoncypowane i nie bardzo rozumiem, jak miałoby odnieść taki skutek, jakiego oczekiwałaby Maria.

Czas na konkluzję. "Słodki koniec dnia" bardzo dobrze się ogląda, choćby ze względu na piękne otoczenie i pięknych ludzi. Z zainteresowaniem śledziłam historię bohaterów, z przyjemnością patrzyłam na Krystynę Jandę i Kasię Smutniak, słuchałam ich słownych potyczek. Ale ... ale jest to film chłodny, nie wiem, czy zgodnie, czy wbrew intencjom twórców. Nie przeżywałam, no może odrobinę, raczej rozmyślałam. To stwierdzenie faktu, nie zarzut. Obejrzeć trzeba. 

PS. Już po napisaniu tej notki, rozmawiałam z moją przyjaciółką, która uznała "Słodki koniec dnia" za bardzo interesujący, ale zupełnie inaczej go odebrała. Chociaż się z nią nie zgadzam, chcę przytoczyć jej opinię. Dla niej jest to historia zapatrzonej w siebie celebrytki, która zupełnie nie liczy się z otoczeniem i nie zastanawia się ani nad konsekwencjami tego, co robi i mówi, ani czy swoim postępowaniem kogoś zrani albo dotknie.

Bernard MacLaverty "Przed końcem zimy"

Jakoś tak się składa, że najczęściej na książki-niespodzianki trafiam z nasłuchu radiowego lub z telewizyjnego. Najrzadziej kieruję się recenzjami prasowymi. Ukułam nawet na własny użytek taką złotą myśl - albo czytam książki, albo o książkach. Dlatego ani nie kupuję, ani nie mam cyfrowej prenumeraty prasy zajmującej się literaturą. Człowiekowi pracującemu na wszystko czasu nie wystarczy. Tym razem jednak było inaczej. Po powieść irlandzkiego, podobno wybitnego, pisarza, Bernarda MacLaverty'ego, "Przed końcem zimy" (Agora 2019; przełożył Jarek Westermark) sięgnęłam po zerknięciu na recenzję Jerzego Jarniewicza, który książkę wychwalał. A ponieważ zainteresował mnie temat, postanowiłam przeczytać. I ... zachwyciłam się. Jestem pełna podziwu dla kunsztu autora, który w tak niewielkiej powieści, potrafił tyle zmieścić! Mało tego - jego książka wcale nie jest ascetyczna językowo. Przeciwnie, znajdziemy tu bogate opisy miejsc i stanów wewnętrznych. Co najdziwniejsze mimo niewielkich rozmiarów i bogactwa poruszanych problemów nie miałam wrażenia sztuczności. Nie szeleściło papierem, literackie szwy były starannie ukryte. I jakby tego było mało, powieść połyka się jednym tchem. Warto poświęcić dla niej weekend, warto się rozsmakować.

Zasadnicza część historii rozgrywa się współcześnie w ciągu kilku styczniowych dni, które Stella i Gerry, irlandzkie małżeństwo z wieloletnim stażem, spędzają w Amsterdamie. Zrobili sobie krótkie wakacje. Zimą? Tak, zimą. Oboje pochodzą z Irlandii Północnej, od lat mieszkają jednak w Glasgow. Ona była nauczycielką angielskiego, on architektem, dziś są już od dawna na emeryturze. Mają jednego, bardzo dorosłego, syna, który razem z żoną i kilkuletnim synkiem mieszka w Kanadzie. Prowadzą nieco nudny, uregulowany tryb życia. On zdecydowanie za często sięga po alkohol, ale pije elegancko (czytaj - na oko nie wygląda jak alkoholik). Ona jest znużona matkowaniem mu. Nudne? Przeciwnie. Fascynujące! 

Już same spacery po Amsterdamie i z konieczności pobieżne zwiedzanie miasta są opisane w sposób bardzo sensualny. Niemal czujemy zimno styczniowych, krótkich dni, drżymy osaczeni wilgocią wiszącą w powietrzu, pada drobny deszcz, czasem wychodzi słońce. Wędrujemy wzdłuż kanałów, trafiamy do zabudowań, w których niegdyś mieszkała wspólnota beginek, jeśli jesteśmy czuli na słowo, zachwycamy się spokojem, ciszą i architekturą tego miejsca. Potem dom Anny Frank i zupełnie inne wrażenia, inne refleksje. Albo dzielnica Czerwonych Latarni, którą wspólnie przemierzają małżonkowie. Oboje czują się nieco niezręcznie, on chyba bardziej, to był jej pomysł. Ta sama restauracja każdego wieczora, jakieś puby, gwarne, zatłoczone, odpoczynek w kawiarni nad filiżanką kawy. I pokój hotelowy.

Pozornie niewiele się dzieje. Ale pobyt w nostalgicznym, melancholijnym Amsterdamie skłania do wspomnień. Często odległych. Nie tylko tych miłych, związanych z domem rodzinnym, z początkiem ich znajomości. Są i wspomnienia tragiczne - pokłosie trwającego latami konfliktu w Irlandii Północnej. Byli świadkami zamachów bombowych, strzelanin, ona, praktykująca katoliczka, odczuwała na własnej skórze dyskryminację. To wszystko nakreślone jest delikatnie, cienką kreską, często tylko zasygnalizowane. Czy dlatego wyjechali do Szkocji? Czy może on pognał za zawodowymi wyzwaniami? Czy przegoniło ich stamtąd wspomnienie pewnego tragicznego, traumatycznego zdarzenia, którego nie mogę zdradzić?
Kolejny temat to wiara. Ona, jak wspomniałam, praktykująca katoliczka. Religia, duchowość są dla niej bardzo ważne. Konstytuują ją. On ateista. Potrafi kpić z jej wiary, szczególnie, kiedy za dużo wypije. Wbrew temu, co może się wydawać, Gerry nie jest potworem, przeciwnie, budzi sympatię, może nawet większą niż chłodna, spokojna, zdystansowana Stella? Dlaczego pije? Sam nie bardzo wie. Czy alkohol zagłusza pustkę? Czy tłumi żal z powodu zawodowego niespełnienia? Czy odwrotnie - nie osiągnął sukcesu, bo za dużo pił?
Ale w czasie pobytu w Amsterdamie rozgrywa się między nimi cichy dramat. Stella odczuwa pustkę pogłębioną przez nieobecność w jej  życiu syna i wnuka. Dlatego chce coś zmienić, chce nadać głęboki sens swojemu istnieniu, chce być pożyteczna, żyć jeszcze bardziej religijnie, duchowo. Podjęła pewną decyzję. Nie widzi w swoim dalszym życiu miejsca dla swojego męża. Szczególnie, że Gerry za dużo pije. Już nie chce go niańczyć. A on się boi, że zostanie sam. Jednak nie rozpacza, czeka. Ale i jej przyjdzie przeżyć wielkie rozczarowanie. Poczucie pustki jeszcze się pogłębi. Splot gwałtownych, ale skrywanych, uczuć. Lęku, znudzenia, rozczarowania, tęsknoty, samotności i miłości. Bo przecież nie można powiedzieć, że się nienawidzą, że są nieszczęśliwym małżeństwem. Przeciwnie, wydaje się, że mimo wszystko łączy ich uczucie i przyjaźń. Ten krótki trochę udany, ale i pełen rozczarowań, wypad do Amsterdamu może nieoczekiwanie stanowić nowy początek. Czy tak się stanie? Nie wiadomo. Czy będzie jak zwykle?

No i jeszcze jeden temat, od którego trudno w tym wypadku uciec. To starość. Chociaż pobyt w Amsterdamie sprzyja miłości fizycznej, to doskonale zdają sobie sprawę z upływu lat. Oboje w zaciszu łazienki przyglądają się zmarszczkom, obwisłym fałdom skóry, która dawno straciła jędrność. Mają swoje dolegliwości, zażywają lekarstwa. To wszystko jest uciążliwe, ale da się z tym żyć. Nie marudzą, pozwalają sobie przez godzinę dziennie, ale nie więcej, rozprawiać o swoich przypadłościach. 

Wspaniała, melancholijna powieść. To taki rodzaj książki, której istoty i piękna nie odda żadne pisanie, żadne gadanie. Bo wszystko tkwi w języku, w klimacie, w niedopowiedzeniach, w subtelnościach. Tak się nią zachwyciłam, sprawiła mi taką przyjemność, że natychmiast sprawdziłam, czy w Polsce wyszło coś jeszcze Bernarda MacLaverty'ego. Niestety tylko jedna rzecz, "Cal", już niedostępna. Pozostaje mieć nadzieję, że Agora pójdzie za ciosem i wyda inne powieści autora "Przed końcem zimy".

Philip Roth "Teatr Sabata"

Już od dawna czas był najwyższy, aby sięgnąć po kolejną powieść mojego ukochanego Philipa Rotha. Przygodę z jego twórczością rozpoczęłam późno, ale natychmiast poczułam, że to mój pisarz. Odtąd regularnie nadrabiam zaległości. Nie wszystko, co przeczytałam, zachwyciło mnie w równym stopniu, ale trudno, aby tak płodny prozaik za każdym razem tworzył powieść wybitną. Na razie najwyżej na mojej prywatnej liście rankingowej, a przeczytałam dwanaście powieści Rotha, plasują się "Duch wychodzi" i "Wzburzenie", potem amerykańska trylogia, czyli "Amerykańska sielanka", "Wyszłam za komunistę" i "Ludzka skaza", no i "Kompleks Portnoy'a" oraz "Nemezis".  Zdecydowanie nie podobała mi się tylko jedna - "Upokorzenie". Pozwalam sobie na takie zwięzłe podsumowanie, bo i okazja jest szczególna - Philip Roth umarł niedawno (Powinno być - kilka miesięcy temu. Ten wpis powstał w czerwcu), a smutny dzień jego śmierci zbiegł się z dniem radosnym - właśnie wtedy Olga Tokarczuk dostała Bookera za "Biegunów". Tak to się plecie. Roth nie żyje i nigdy już nie dostanie Nobla. Odkąd zaczęłam czytać jego książki, co roku spodziewałam się, że to właśnie on albo drugi mój ukochany, Amos Oz (Też już niestety nic nie napisze. Pożegnalny wpis tutaj.), dostąpi tego zaszczytu. Niestety nic z tego. Z Noblem czy bez obaj i tak są wielcy. Nie ukrywam, że to właśnie wiadomość o śmierci Philipa Rotha kazała mi sięgnąć po kolejną jego powieść. Chociaż na mojej półce książek oczekujących leży pięć kolejnych, to kupiłam inną - "Teatr Sabata". Chyba dlatego, że w materiałach, jakie ukazały się po śmierci pisarza, znalazłam informację, że była to jego ulubiona powieść, bardzo dla niego ważna - darzył ją szczególnym uczuciem.
Jej bohaterem jest ponad sześćdziesięcioletni Morris Sabat, nazywany też Mickey'em, dziwkarz, uwodziciel, zboczeniec, wykorzystujący kobiety, burzący obyczaje, wciągający w matnię młodzież, żonobójca. To jego słowa, tak, trochę ironicznie, widzi siebie w momencie wielkiego rozgoryczenia, takie słowa każe sobie wyryć na nagrobku, kiedy umrze. Jeśli był zboczeńcem, to tylko w potocznym, obraźliwym znaczeniu tego słowa, żony nie zabił, pozostałe epitety są prawdziwe. Tak, całe jego życie od czasów wczesnej młodości, od kiedy jako bardzo młody człowiek zaczął pracować na statkach, obracało się wokół seksu. Prawdopodobnie przez psychologa lub psychiatrę zostałby sklasyfikowany jako seksoholik. On tak o sobie nie myśli. Seks, kolejne erotyczne przygody są dla Sabata z jednej strony przejawem niczym nieskrępowanej wolności, przekraczaniem granic - żyję, jak chcę i co mi zrobicie, z drugiej ucieczką. Ucieczką od świata i od śmierci, która w jego życiu pojawiła się bardzo wcześnie, do której w swoich wspomnieniach obsesyjnie wraca. To śmierć kilka lat starszego, ukochanego brata będącego jego autorytetem i przewodnikiem po świecie. Zginął w czasie drugiej wojny, zestrzelony przez Japończyków. Jego strata zburzyła życie całej rodziny, przecięła beztroskie dzieciństwo Sabata. Ze śmiercią i utratą zmierzy się jeszcze kilkakrotnie w swoim życiu. Niemal zawsze będzie to przeżywać równie mocno. 
To pesymistyczna powieść, powieść o nieudanym życiu, o klęsce. Klęski nie tylko Sabata dotyczą. Zresztą, czy on tak ocenia swoje życie, wcale nie jestem pewna. Owszem, robi to w chwili słabości, zwierzając się przyjacielowi niewidzianemu od bardzo wielu lat, od czasu, kiedy uciekł z Nowego Jorku i zagrzebał się na prowincji. Czy chce wzbudzić litość, aby znaleźć pomoc, czy naprawdę tak czuje? Z jednej strony użala się nad sobą, przedstawiając swoje życie jako pasmo klęsk i niepowodzeń, z drugiej natychmiast zaczyna poszukiwania, jest gotów wdać się w kolejny romans, rzucić się w nową przygodę. Ta perspektywa czyni go innym człowiekiem, daje mu kopa, pozwala znowu uciec. Tyle że Sabat już nie bardzo ma gdzie uciekać, nie jest młody, ma sześćdziesiąt cztery lata, dziś to nic, ale akcja powieści toczy się na początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, w dodatku cierpi na artretyzm. Zaniedbał się, wygląda jak starzec z długą, siwą brodą. Ile kobiet jeszcze uwiedzie? Ile razy się zakocha?
To kolejna powieść Rotha o starości. Jak zawsze przejmująca. Bo w starości, jeśli trafnie odczytuję myśl Rotha wyrażoną nie tylko w tej książce, nie strach przed śmiercią jest najgorszy, tylko zderzenie pragnień, które nadal są żywotne, z niemożnością ich zrealizowania, odstawienie na boczny tor, nuda, trwanie. Sabat jeszcze walczy, ale jego o wiele lat starszy kuzyn, który dożył setki, ma już przed sobą tylko nudę i trwanie. Nawet wspominać mu trudno, bo niewiele pamięta. Scena, kiedy główny bohater dość nieoczekiwanie odwiedza swojego dawno niewidzianego krewniaka, jest jedną z najbardziej przejmujących w całej powieści. Stary, samotny człowiek, który przeżył wszystkich, swoją żonę, swoje kochanki, swoje dzieci, swoich przyjaciół i znajomych. Sam w zapuszczonym domu niemal tak wiekowym jak on.
Ale bohaterkami "Teatru Sabata" są także kobiety. Jego zaginiona pierwsza żona i druga, alkoholiczka. Obie niepotrafiące się odnaleźć w życiu, skazane na klęskę, bo nie umieją odciąć się od przeszłości. Tak jak Sabata na zawsze naznaczyła śmierć brata, tak na ich losie cieniem położyły się relacje z ojcem i rozpad małżeństwa rodziców. Tylko Drenka, Chorwatka, jego kochanka, potrafiła się jakoś dogadać z losem. Może dlatego, że podobnie jak Sabat przekraczała granice, ucieka w seks, w eksperymenty. To daje jej napęd i wigor, ale nie jest ratunkiem przed ostatecznym.
Nie zapiszę "Teatru Sabata" na listę moich ulubionych powieści Philipa Rotha, może dlatego, że trudno mi polubić głównego bohatera, ale w żadnym razie nie żałuję, że ją przeczytałam.

Magdalena Grochowska "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu"

Ostatnio pisałam o powieści Manueli Gretkowskiej "Poetka i książę", której bohaterami byli Agnieszka Osiecka i Jerzy Giedroyc, założyciel i redaktor paryskiej Kultury. Nie ma sensu w tym miejscu pisać o tej pozycji więcej, kto ciekaw, a nie słyszał, może przeczytać mój poprzedni wpis, który jej właśnie dotyczy. Lektura książki Gretkowskiej miała taki dobry skutek, że wstyd mi się zrobiło, iż właściwie niewiele wiem o Giedroyciu i jego środowisku. Na szczęście gdzieś w zakamarkach pamięci kołatała się myśl, że chyba kilka lat temu ukazała się biografia Redaktora. Poszukałam i okazało się, że miałam rację. A że szczęście, tak jak pech, lubi chodzić parami, kupiłam ebook po bardzo korzystnej cenie i natychmiast po odłożeniu "Poetki i księcia" zabrałam się za książkę Magdaleny Grochowskiej "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" (Wielka Litera 2014).

Od razu złożę dwa oświadczenia. Pierwsze - mimo niesprzyjających warunków (sporo pracy, dwa towarzysko zarwane weekendy), czytałam kiedy i gdzie się dało, bo tak ciekawa to lektura. Drugie - nie jest to oczywiście rzecz dla każdego. Książka Grochowskiej to coś więcej niż tylko biografia jednego człowieka. To również portret całego środowiska związanego z paryską Kulturą, kawał polskiej i nieco europejskiej historii, ale przede wszystkim prezentacja poglądów i sporów politycznych oraz światopoglądowych, jakie Jerzy Giedroyc i jego współpracownicy toczyli z emigracją londyńską, z różnymi środowiskami w kraju, a wreszcie pomiędzy sobą. Kilka przykładów - stosunek do pisarzy i ludzi kultury w kraju na przykład do Iwaszkiewicza, do polskiego kościoła, do kolejnych polskich przełomów, rola emigracji. Rozumiem doskonale, że kogoś może to zwyczajnie nie interesować albo znużyć. 

Kim są bohaterowie tej książki? To oprócz postaci najważniejszej, Jerzego Giedroycia, pozostali mieszkańcy Maison-Lafitte potocznie zwanego w książce Lafitem, czyli Zofia i Zygmunt Hertzowie, Józef Czapski i jego siostra Maria oraz najważniejsi współpracownicy - Juliusz Mieroszewski, Jerzy Stempowski, Konstanty Jeleński, Andrzej Bobkowski i Gustaw Herling-Grudziński. A poza tym przewijają się Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, Marek Hłasko, Leszek Kołakowski, Aleksander Smolar, Adam Michnik, żeby wymienić tylko najbardziej znanych, bo przecież pisarzy, publicystów, naukowców i polityków, którzy otarli się o to środowisko, jest u Grochowskiej znacznie więcej. Książka zaopatrzona jest w notki biograficzne najważniejszych z nich, szkoda, że nie ma indeksu, przynajmniej w wersji elektronicznej, oraz w dokładne kalendarium. Każdy mieszkaniec Lafitu i każdy z najważniejszych współpracowników Kultury doczekał się w tej książce osobnej opowieści. Już tylko te historie są ciekawe i dla takiego czytelnika jak ja, który coś tam wiedział, ale w sumie niewiele, odkrywcze.

Życie jak w zakonie - praca, praca, praca. Czapski, który czuł się wykorzystywany i niedoceniany. Zygmunt Hertz tęskniący od czasu do czasu za inną egzystencją. W pewnym sensie poświęcił się dla żony, która nie wyobrażała sobie, jak Giedroyc poradzi sobie bez niej. Mroki życia w kołchozie, jakim dla jego stałych mieszkańców było Maison-Laffit. Henryk Giedroyc, młodszy brat Redaktora, uciekł stamtąd do Paryża. Smutne życie Stempowskiego, barwne Jeleńskiego, Mieroszewski, no i Herling-Grudziński. Byli w różnym wieku, ale Grochowska pokazuje, jak ocierali się o siebie, jak się mijali, przypadkiem spotykali w przedwojennej Warszawie, aż w końcu losy większości z nich splotły się w czasie wojny w Armii Andersa, chociaż nie wszyscy przeszli cały jej szlak. Giedroyc zaczął od Bukaresztu, gdzie pracował w polskiej ambasadzie u boku Rogera Raczyńskiego, potem, kiedy na Bliskim Wschodzie wstąpił już do wojska, zajmował się głównie pracą oświatową i kulturalną.

Nie sposób w takiej notce opowiedzieć o wszystkim, bo, jak pisze Grochowska, Maison-Laffite i paryska Kultura jest jak labirynt - każda kolejna odnoga to nowy, fascynujący temat zasługujący na osobną rozprawę. Na koniec autorka wymienia zagadnienia, których nie poruszyła. Wobec ogromu materiału i wrażeń krótko wspomnę o tym, co poruszyło mnie i zainteresowało w szczególny sposób, co było odkrywcze i ciekawe. Nastroje w przedwojennej Europie, dość powszechne przyzwolenie dla ruchów faszystowskich - Nałkowska w czasie swojej podróży do Włoch zachwycała się porządkami zaprowadzonymi przez Mussoliniego. Nawet Giedroyc i jego warszawskie środowisko uważało, że najlepszym rozwiązaniem kwestii żydowskiej byłaby emigracja Żydów do Palestyny. Niechęć, a nawet wrogość, francuskich lewicowych elit do polskiej emigracji i Lafitu. Sprawa Miłosza - jego decyzja pozostania na Zachodzie, strach i ostracyzm, jaki jej towarzyszył. Konflikt ideowy między środowiskiem paryskiej Kultury, a emigracją londyńską. Ci drudzy odsądzali tych pierwszych od czci i wiary. Z wzajemnością. Wreszcie zawikłana historia i konflikt między Giedroyciem, a Herlingiem-Grudzińskim, który ostatecznie doprowadził do ich zerwania. Ale może najbardziej uderza trafność wielu sądów, bo nie wszystkich, z niektórych po jakimś czasie się wycofywał, Giedroycia o polskim społeczeństwie i kościele. O tym, że w dużej części jest endeckie, nacjonalistyczne, a kościół zaściankowy, zamknięty, antysemicki, koniunkturalny, dbający o swój interes. Książka została wydana w roku 2014, dziś ta diagnoza, z konieczności sprowadzona przeze mnie do minimum, jest jeszcze bardziej aktualna. Niestety. No i profetyzm (?) Redaktora, wiara w wolną Polskę, Ukrainę, Litwę i Białoruś. Przez wszystkie długie lata. Jego wizja polityki wschodniej.

I na sam koniec jeszcze coś - przemijanie, starość, śmierć. Odchodzili po kolei, niekoniecznie według starszeństwa, chorowali i cierpieli, nielicznym dane było umrzeć we śnie ze starości, zostawiali po sobie pustkę, niezabliźnione miejsce. Niby taka kolej rzeczy, niby można te wszystkie fakty sprawdzić, ale zrobiło mi się jakoś smutno i melancholijnie. Może dlatego, że listopad, może dlatego, że byłam na uroczystości rodzinnej, na której też coraz więcej pustych miejsc.

Filmowe remanenty - wokół "53-ech wojen" i "Dziedziczki"

Dawno nie byłam w kinie. To efekt dwóch towarzysko zarwanych weekendów i intensywnego czasu w pracy. Wiele chyba nie straciłam, może obejrzałabym "Jeszcze dzień życia", ale ponieważ recenzje były różne, postanowiłam się w tej sytuacji jakoś specjalnie nie spinać i przeznaczyć wolne chwile na lekturę.

Najbardziej żałuję, że z wyżej wymienionych powodów nie udało mi się napisać o "53-ech wojnach" Ewy Bukowskiej, które obejrzałam już jakiś czas temu. Dlatego dziś kilka refleksji bardziej wokół niż o filmie inspirowanym historią Grażyny i Wojciecha Jagielskich, opartym ne jej książce "Miłość z kamienia". Przejmujący, poruszający, mroczny, bardzo intensywny obraz popadania w depresję spowodowaną panicznym strachem o męża, reportera wojennego, i destrukcji rodziny. Opowieść o cenie, jaką płaci się za miłość i pasję. I ważne pytania. Czego możemy wymagać od partnera? Czy jest możliwy kompromis? Czy człowiek z taką pasją powinien zakładać rodzinę? Bohater filmu wielokrotnie podkreśla, że najbliżsi są dla niego biletem powrotnym. Nic mu się stać nie może, bo oni czekają. To jego perspektywa. A jej? Ona umiera z niepokoju. Strach narasta, aż w końcu nie radzi sobie z rzeczywistością. Obsesyjnie czeka na telefon, nie zajmuje się dziećmi, które też płacą cenę, szczególnie starszy syn, bo przejmuje rolę głowy rodziny, na ile oczywiście jest w stanie. Poruszającym dopełnieniem filmu był dla mnie wywiad z Grażyną Jagielską, jaki przy okazji ukazał się w Wysokich Obcasach (chyba w wersji Ekstra, ja czytałam go w internecie). Cenę za pracę męża płaci do dziś, być może już nigdy nie będzie całkiem zdrowa. To po pierwsze. A po drugie wyraźnie mówi, że ratunkiem dla niej byłoby postawienie wyraźnego zakazu zaraz na początku jego drogi dziennikarskiej. tymczasem ona w geście protestu rozbiła tylko talerz. Wtedy mógł się jeszcze zająć inną działką, nie musiał jeździć na wojny, był początkującym dziennikarzem, bakcyl reportera dopiero zaczął w nim kiełkować. I tu rodzą się refleksje. Bo rzeczywiście to uratowałoby Grażynę Jagielską przed syndromem stresu bojowego, którego się nabawiła z powodu pracy męża, ale nas, czytelników, pozbawiłoby znakomitych książek Wojciecha Jagielskiego. Nie powstałaby "Modlitwa o deszcz" czy "Wszystkie wojny Lary". Ale może napisałby inne książki? Diabelskie dylematy. Warto poszukać tego wywiadu, tak jak warto obejrzeć film Ewy Bukowskiej. Także dla znakomitej roli Magdaleny Popławskiej. Tyle wokół "53-ech wojen".

A teraz o "Dziedziczkach", które obejrzałam z poślizgiem z powodu zawirowań z czasem (wolnym oczywiście). Warto zobaczyć ten paragwajski film, którego reżyser, debiutant, Marcelo Martinessi zdobył w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię i nagrodę FIPRESCI. Na tym samym festiwalu nagrodzona została także Ana Brun grająca główną rolę, Cheli. Od razu zaznaczę, że na pewno nie jest to film dla masowej widowni. Niewiele się dzieje, wszystko toczy się niespiesznie, gdzieś pomiędzy słowami, w gestach, spojrzeniach. Kamera skupia się na szczegółach wydobywanych z cieni i półcieni, a nawet z mroku. Nie ma tu szerokich planów, wszystko rozgrywane jest w zbliżeniach, a dodatkową trudnością jest półmrok często panujący w pomieszczeniach. Widzimy tyle, ile widzą bohaterki, kiedy wątłe światło wydobywa z cienia jakieś szczegóły - tacę z filiżankami i napojami, obraz na sztalugach, jakiś cenny mebel, pomarszczone twarze bohaterek, odłażącą ze ściany tapetę. Przyznam, że początkowo taki sposób filmowania bardzo utrudniał mi oglądanie filmu. Więcej, irytował. Dawało to mniej więcej taki efekt jak widziane na marnej jakości telewizorze sceny dziejące się nocą czy w ciemnym pomieszczeniu. Ale z czasem przyzwyczaiłam się chyba albo mroku było mniej. "Dziedziczki" to opowieść o dwóch starzejących się, mieszkających razem kobietach, Cheli i Chiquicie, które z powodu problemów finansowych zmuszone są sprzedawać cenne rodzinne meble, naczynia, obrazy i pamiątki. Stare, zaniedbane, niegdyś zamożne mieszkanie, powoli pustoszeje. Chela przypłaca tę sytuację depresją, energiczna i bardzo praktyczna Chiquita radzi sobie znacznie lepiej. Nawet kiedy za długi trafia do więzienia, przyjmuje ten fakt jak kolejne zadanie do wykonania. Ale jest to też film o, może nie tyle toksycznym, ile nadopiekuńczym związku i o budzeniu się z letargu. Uwaga! Teraz będzie spojler, w kwadratowym nawiasie i mniejszą czcionką! [Chiquita z troski o swoją partnerkę usuwa jej spod nóg wszelkie przeszkody. Dba o wszystkie wygody, wie, kiedy podać lekarstwa, jakie napoje lubi pić, sama prowadzi negocjacje z potencjalnymi kupcami, sama decyduje, co sprzedać, nie chce narażać na jeszcze większy stres. Chela jest jak dziecko albo może jak rozkapryszona dziedziczka? Nie wiemy, co jest przyczyną, a co skutkiem. Czy stała się taka bezwolna, bo zdominowała ją Chiqiuta? Czy może jest odwrotnie? Od dzieciństwa przyzwyczajona do wygód, pozwala układać sobie życie. Dopiero kiedy zabraknie Chiquity, powoli budzi się do życia. Na oczach widza rozgrywa się dramat. Starzejąca się kobieta stopniowo zaczyna interesować się sporo młodszą od siebie Angy. Wysłuchuje jej opowieści i zwierzeń, chce być jak najbliżej, zaczyna zwracać uwagę na swój wygląd, jest zazdrosna o jej dość powikłane życie osobiste. Pewnie zdaje sobie sprawę, że nie ma szans na związek między nimi, tym bardziej, iż wszystko wskazuje na to, że Angy jest heteroseksualna. Ale na uczucie nie ma mocnych. Być może też ta sytuacja pozwala jej uwolnić się od nadopiekuńczej Chiquity. Dlatego jej powrót z więzienia zamiast radością jest dla Cheli katastrofą. Jeszcze większą planowana sprzedaż samochodu, który stał się dla niej synonimem wolności. Przejmujący jest ten dramat starzejącej się kobiety nieszczęśliwie zakochanej w innej, dużo młodszej od siebie.] Wszystko rozegrane zostało bardzo subtelnie. Widz musi się domyślać, spekulować, śledzić grymasy twarzy, gesty, drobiazgi. Ciekawa jest jest też warstwa społeczna filmu, dla widza z Ameryki Południowej pewnie oczywista, dla widza z Europy niekoniecznie. Różnice społeczne - bogate kobiety, upadłe dziedziczki starych fortun i służące, dziewczyny z prowincji, analfabetki. Przestępczość - to dlatego Chela może dorabiać, wożąc samochodem swoje bogate znajome, które boją się korzystać z usług taksówkarzy. I wszechobecny strach, z którym wszyscy nauczyli się jakoś żyć. Bardzo ciekawy film.

Popularne posty