Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty

Monika Helfer "Hałastra"

Nie zastanawiałam się specjalnie długo nad zakupem "Hałastry"

austriackiej pisarki Moniki Helfer (Filtry 2023; przełożył Arkadiusz Żychliński). Dlaczego? Bo interesuje mnie Austria, jej stosunek do przeszłości, próba (udana) ustawienia się w roli państwa, które nie odpowiada za zbrodnie drugiej wojny. To nie my, to nasi sąsiedzi. Wydawało mi się, że autorka w książce opowiadającej o losach swoich przodków, będzie o tym pisać. Jak Martin Pollack w "Śmierci w bunkrze", w której opowiadał historię swojego ojca, zbrodniarza wojennego, i swoich dziadków, zwolenników Hitlera, i w "Kobiecie bez grobu. Historii mojej ciotki", też opowieści o przodkach. Tymczasem znowu okazało się, że nie doczytałam dokładnie i ... wprawdzie Monika Helfer rzeczywiście opowiada o swoich dziadkach, matce, ciotkach i wujkach, tyle że ... ich dzieje sięgają czasów pierwszej wojny światowej. Jak dowiedzieć się można ze strony wydawnictwa, "Hałastra" jest pierwszą częścią tryptyku rodzinnego. Jeśli Filtry zdecydują się wydać kolejne, okaże się, czy któryś z nich dotyczy tematyki, o której wspomniałam. Tymczasem przeczytałam część pierwszą i mam mieszane uczucia.

Coś mnie w tej książce uwierało, sprawiało, że długo nie potrafiłam się wciągnąć. Wydaje mi się, że były dwie przyczyny takiego stanu rzeczy. Po pierwsze autorka historię swoich dziadków, Marii i Josefa, przeplata z opowieściami o ich dorosłych już dzieciach, rozbijając w ten sposób tok zasadniczej narracji. A że "Hałastra" jest niewielkich rozmiarów, liczy niecałe dwieście stron, ich losy opowiadane są wyrywkowo, bardziej na zasadach anegdotycznych, co nie pozwalało mi zżyć się z bohaterami. Muszę przyznać, że myliły mi się imiona krewnych, a gdyby ktoś kazał mi dziś dopasować historię do  postaci, nie potrafiłabym tego zrobić. Mało tego, kiedy piszę tę notkę, nie pamiętam już chyba żadnej z opowiadanych przez autorkę anegdot. Może to moja wina, może czytałam nie dość uważnie, ale jeśli tak było, to przecież z czegoś wynikało. Drugi powód mojego braku entuzjazmu to sposób opowiadania. Bardzo zwięzły, miejscami nieco egzaltowany. Drażniły mnie rekonstruowane rozmowy, domysły, co mogli czuć bohaterowie. Niby to oczywiste, skoro autorka opowiada historię młodości swoich dziadków, ale może właśnie zwięzłość, pozbawienie tej prozy wszelkich ozdobników przy jednoczesnym konstruowaniu jej fragmentów, właśnie tych dotyczących dziadków, jak powieści powodowało, że coś mi zgrzytało, sprawiało wrażenie sztuczności, kreacji. To oczywiście moje subiektywne odczucia, w dodatku nie bardzo potrafię ubrać je w słowa.

Ale nie jest tak, że uważam czas spędzony nad "Hałastrą" za stracony. Bo w końcu coś mnie jednak w tej książce zafrapowało, poruszyło i przejęło. Dziadkowie autorki, Maria i Josef, mieszkali wraz ze swoimi dziećmi  na odludziu - gdzieś na końcu górskiej doliny za wsią. Żeby do nich dotrzeć, trzeba było wspiąć się pod górę. Nie mieli tam żadnych sąsiadów, a żeby pójść do szkoły, coś załatwić, zrobić zakupy, trzeba było zejść do wioski. Nie byli bogaci, ale jakoś sobie radzili. Dziadek robił tajemnicze interesiki. Jakie? Tego nie wiadomo. Nie przeszkadzała im samotność. Wszystko zmieniło się, kiedy wybuchła pierwsza wojna i dotarła nawet na to odludzie. Właściwie nie sama wojna, ale jej konsekwencje - Josef został powołany do wojska. Wszyscy wierzyli, że wkrótce wróci, przecież miała się szybko kończyć. Jak było, wiemy. Maria zostaje z dziećmi sama. Josef, zanim wyruszy, prosi swojego przyjaciela burmistrza, z którym robił interesiki, aby pomagał jego rodzinie i pilnował żony. Dalsza część tej historii to opowieść o opresji samotnej kobiety z dziećmi, która zdana jest na łaskę innych, szczególnie mężczyzn. A ona im się podoba. Resztę można sobie dośpiewać. Burmistrz robi się coraz bardziej napastliwy. Maria jest w pułapce - z jednej strony nie może utracić jego przychylności, od jego pomocy zależy egzystencja rodziny, z drugiej boi się go. Jej opór wcale nie jest spowodowany cnotliwością czy pruderią, ale niechęcią do niego. Jej strach, matnia, w jakiej się znalazła, sytuacja, z której, jak się wydaje, nie ma wyjścia - to wszystko opowiedziane zostało znakomicie. Aż miałam ciarki na plecach, kiedy czytałam te fragmenty.

Jest to też opowieść o wojennej biedzie, o dumie i o rodzinnych więzach. Stąd ta tytułowa hałastra - pogardzana rodzina, której członkowie potrafią dla siebie zrobić bardzo dużo, narazić siebie, aby ratować egzystencję najbliższych. To wreszcie opowieść o ostracyzmie, jakim zostaje otoczona Maria, kiedy w czasie wojny zachodzi w ciążę. Czy to dziecko jej męża, który był na urlopie? A może tajemniczego nieznajomego, który odwiedzał rodzinę? A może jeszcze kogoś? Tym dzieckiem była matka autorki. Dzieckiem nieuznawanym przez Josefa, który uwierzył plotkom. 

Smutne są losy dziadków Moniki Helfer i ich dzieci. Może żyliby w miarę szczęśliwie, życiem, jakie im odpowiadało, gdyby w ich los nie wtrąciła się Historia. Z drugiej strony jest też coś krzepiącego w tej opowieści - moc, jaką daje rodzina. To, że przetrwali, że trzymali się razem, zawdzięczają swojej determinacji, przywiązaniu i sile rodzinnych więzów.

Mimo kilku zastrzeżeń warto przeczytać. 

Piotr Siemion "Bella, ciao"

Powieść Piotra Siemiona "Bella, ciao" (Filtry 2022) szła jak burza

przez  światek czytających, a kulminacja następuje teraz - pojawia się w różnych podsumowaniach, których wysyp następuje wraz z kończącym się rokiem. Przyznam, że nie zamierzałam po nią sięgać, bo ani nie znam żadnej z wcześniejszych książek autora (cóż to za argument), ani niespecjalnie interesowała mnie tematyka, a może bardziej gatunek - dystopia, postapo, mniejsza o nazwę, wiadomo, w czym rzecz. Ale jakąż perswazyjną moc może mieć rozmowa z autorem odsłuchana w jednym z podcastów! To nie jest oczywiście tak, że sięgam po każdą książkę, o jakiej opowiada pisarz, ale czasem się zdarza. Tak było w tym wypadku. Nagle poczułam, że chcę tę powieść przeczytać, choćby z czystej ciekawości, czy rzeczywiście taka znakomita.

To awanturnicza historia osadzona w postapokaliptycznym świecie. Świecie nienazwanym dokładnie, przypominającym trochę ten po drugiej wojnie, ale nie jeden do jednego. Są Polacy, są Niemcy, są Rosjanie, są nowe granice, nowe nazwy starych miast, niedokładnie jeszcze wiadomo jakie, są przesiedleńcy, czasem nazywani bieżeńcami, uciekinierzy, jest nowa, ludowa, władza, i są jej przeciwnicy. Jest wreszcie zniszczony, zrujnowany świat. Po lasach błąkają się dzikie niemieckie dzieci, ocaleńcy z zagłady miasteczka, jej jedyni świadkowie. Wojna już się skończyła, ale to nie oznacza końca horroru. Nie wiadomo, komu można zaufać, człowiek człowiekowi wilkiem. Niebezpieczni są rosyjscy żołnierze, zwani tutaj jegrami, którzy wracają na wschód do siebie, grabiąc miasteczka, w których zatrzymuje się wiozący ich pociąg, i oczywiście traktując napotkane kobiety jak wojenny łup. Postój oznacza pohulankę, jak mówi ich dowódca, zachęcając do nieskrępowanej zabawy. Bezwzględni wobec swoich wrogów są przedstawiciele ludowej władzy, którzy jakoś próbują ogarnąć ten apokaliptyczny chaos, ale naprawdę są wobec niego bezradni. Z napotkanymi po drodze przeciwnikami nie patyczkuje się siedmioosobowa drużyna, która przemierza ten świat pod wodzą pułkownika Tyńskiego. Zbieranina, każdy z innej parafii, wśród nich jedna dziewczyna, Spinka. Nie mniej bezwzględna niż oni, a może nawet bardziej. Na rozkaz pułkownika, z którym łączy ją dziwna trochę miłosna, trochę nienawistna, trochę ojcowska relacja, zabija bez skrupułów. Czy przypomina wojowniczkę z komiksu albo gry komputerowej? Może. Przyznam, że słaba jestem w tego typu popkulturowych tropach. Idą na północny zachód, nad morze, gdzie mają jakąś tajemniczą misję do spełnienia. Jaką? Wie tylko pułkownik. Kim są? Partyzantami? Żołnierzami wyklętymi? Na pewno ludźmi, którzy stracili wszystko i nie mają dokąd wracać.

Idzie ich siedmioro, przez kraj bez map, przez bezmiar. Wokół mają bezpański świat - skrwawione prześcieradło ziemi, całun o świcie. Nie królestwo zgody, lecz zdeptane boisko milenium. Nowa ziemia wyłania się przed nimi z niebieskiego oparu (...) Są przemytnikami, co ze starej ziemi unieśli jedynie szelest krwi, spółgłoski pospolitej mowy polskiej, rozwiewane po niebie przedzimia.

Ten cytat nie tylko wprowadza w klimat powieści, wyznacza ramy tego postapokaliptycznego świata, daje także próbkę językowej wirtuozerii autora. Ale jeśli ktoś, kto czyta te słowa, obawia się, że zwiastuje nadęte nudziarstwo, przerost formy nad treścią, to pragnę zapewnić, że jest w błędzie. Bo ten kunsztowny język znakomicie łączy się z trzymającą w napięciu akcją. Bohaterowie mają do wykonania zadanie, muszą przedostać się na wyższy lewel, a za każdym rogiem, a właściwie krzakiem, czyha na nich przeciwnik. Albo oni, albo on. Nieprzypadkowo użyłam tu słowa lewel, bo wędrówka tych siedmiorga zabijaków przypomina akcję komputerowej gry. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo, muszę wyznać, że nigdy nie złapałam bakcyla - nie gram. 

Tu zrobię skok w bok w kierunku znakomitego "Internatu" Serhija Żadana, którego kompozycję również przyrównywano do gry. Skojarzenie powieści  Siemiona z powieścią  Żadana przyszło mi na myśl w czasie pisania. I tu muszę przyznać, że "Internat" to jednak książka o niebo lepsza, po prostu wybitna. Pisana na serio, osadzona w konkretnym czasie i miejscu. Jej bohater, człowiek przeciętny, ceniący święty spokój, rośnie w ciągu tych kilku dni. Zyskuje sprawczość, świadomość, staje się za kogoś odpowiedzialny. A ja mu kibicowałam, tak bardzo nie chciałam, aby zginął! Głęboko, z trzewi współczułam też tym wszystkim ludziom zaskoczonym przez wojnę, zdezorientowanym, zrozpaczonym, których spotyka w czasie swojej wędrówki-misji. Powieść Siemiona nie ma tej powagi, jest przesycona ironią. Chociaż odpowiada mi jej klimat, chociaż nie mogłam się od niej oderwać, to nie potrafiłam na serio przejąć się losami głównych bohaterów, którzy poza pułkownikiem i Spinką przypominają figury w grze.  Jeśli kogoś było mi żal to Naty, tego bezimiennego tłumu zgromadzonego na dworcu kolejowym, szwedzkiego lekarza, chociaż to w gruncie rzeczy niezły drań, dzikiego dziecka z lasu. A tych siedmioro traktowałam tak, jak traktuje się postaci z powieści przygodowej. Chociaż trzeba przyznać, że autor łamie jej schemat, ale w jaki sposób, tego nie mogę zdradzić.

Mimo przygodowej konwencji "Bella, ciao" jest według mnie powieścią pesymistyczną. W tym zniszczonym, ogarniętym chaosem świecie nie ma nadziei, nie ma żadnej stałej, nie ma punktu zaczepienia. Nie wiadomo, co dalej, a może wiadomo - wielkie nic, wieczna płynność i chaos. Nawet jeśli pojawiają się przebłyski nadziei, też nie chcę zdradzać jakie, to i tak raczej nic z tego. Gdzieś za morzem jest wprawdzie nietknięty wojną świat, ale pilnie strzeżony. Nikt tu nie jest jednoznacznie dobry. No może Nata, niemiecka dziewczyna, która w nieoczekiwany sposób dołącza do tych siedmiorga. Trzeba jednak przyznać, że bywa też odwrotnie - ci źli noszą w sobie jakiś zalążek dobra, czasem nawet więcej niż zalążek. To wojna sprawiła, że stali się bezwzględni, niewrażliwi, że gwałcą, kradną, zabijają.

W słowie odautorskim Piotr Siemion wymienia nazwiska pisarzy, którzy go świadomie lub nieświadomie zainspirowali. Lista jest dość spora i godna. Same tuzy. Przyznam, że mnie onieśmieliła, bo nijak nie widzę tych literackich nawiązań i aluzji, no może poza jedną. To rosyjscy żołnierze, jeden kanalia, drugi jednak w głębi duszy porządny człowiek unurzany w bagnie wojny. Trochę jak u Mickiewicza w "Panu Tadeuszu". Czy moje rozpoznanie jest trafne? Czytając powieść, miałam za to inne skojarzenie. Chodzi o stodołę z Jedwabnego. W powieści Siemiona jest scena, która stanowi jej odwrotność. Wprawdzie nie ma stodoły, tylko hala dworcowa, nie ma Żydów, są Niemcy i Polacy, których chcą w akcie zemsty spalić Rosjanie. Aby ich ocalić, na moment zjednoczą się skonfliktowani ze sobą Polacy, odwieczni wrogowie. Jakby autor chciał zmazać tamtą jedwabieńską winę - o ile to dobry trop. Czy im się uda? No i co dalej? Co stanie się z tymi ludźmi, jeśli ich nawet ocalą? Jaka przyszłość ich czeka w tym zrujnowanym świecie?

"Bella, ciao" jest rzeczywiście powieścią bardzo dobrą, która jakoś się  we mnie osadziła, ale czy aż tak znakomitą, jak zewsząd słyszę? Może zgodziłabym się z tym stwierdzeniem, gdybym potrafiła odczytać te wszystkie literackie powinowactwa, które autor w niej zaszył. Ponieważ nie potrafię, to czegoś mi jednak brakuje. Ale polecam.

Sofi Oksanen "Psi park"

Z niecierpliwością czekałam na lekturę "Psiego parku" Sofi Oksanen

(Znak Literanova; przełożyła Katarzyna Aniszewska). Po pierwsze dlatego, że przed kilku laty bardzo podobała mi się jej powieść "Gdy zniknęły gołębie", a po drugie ze względu na pozytywne recenzje najnowszej książki tej fińskiej pisarki, której matka była Estonką. 

Na początku muszę wyznać, że powieść mocno mnie zaskoczyła. Nie wczytywałam się zbyt dokładnie w informacje podane przez wydawcę, więc spodziewałam się, że jej tematyka będzie oscylowała wokół spraw fińskich lub estońskich, jak w książce, o której wspominałam. Tymczasem nic z tego! Wprawdzie akcja częściowo toczy się w Helsinkach w roku 2016, a główna bohaterka, jednocześnie narratorka, wspomina swoje dzieciństwo spędzone w Tallinie, ale jest to książka przede wszystkim o ... Ukrainie. Jakbym czytała ukraińską powieść. Nie tego się spodziewałam. Cóż, właściwie mile mnie to zaskoczyło, jako że po ukraińską literaturę sięgam ostatnio regularnie. Pozostaje jednak wątpliwość, na ile dokładnie Sofi Oksanen zna tamtejszą rzeczywistość. Jak dokładny zrobiła research? Może jej matka miała tam krewnych? Nie jest to niemożliwe. Przyznam, że bardzo bym chciała przeczytać wywiad z pisarką dotyczący jej najnowszej powieści, no ale w sieci nic nie znalazłam.

Cóż, obraz Ukrainy, delikatnie mówiąc, nie jest w powieści lukrowany. Dziś, kiedy patrzymy na bohatersko broniących się Ukraińców, z takim poświęceniem walczących o swoją państwową niezależność, nie wracamy do problemów, jakie mieli. Tymczasem jest to opowieść o nierównościach społecznych, o beznadziejnej egzystencji na donbaskiej prowincji, o braku perspektyw, o bezprawiu, przestępczości, ukraińskich oligarchach i o ludziach, którzy w pogoni za lepszym życiem, są gotowi zrobić wiele. Zapomnieć o uczciwości, etyce, prawości.

Główna bohaterka, Olenka, która wychowała się w Tallinie, a której korzenie, jak to w ZSRR, były skomplikowane, po rozpadzie Związku Radzieckiego i odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę zostaje wyrwana z dobrze znanego sobie, bezpiecznego świata i wrzucona w realia Donbasu. Razem z rodzicami ląduje w Śnieżnem u babci ze strony ojca. Dlaczego? Bo ojciec właśnie tam dostrzegł możliwość wzbogacenia się. Na czym? Na czarnym złocie, czyli nielegalnie wydobywanym węglu, i bezpardonowym przejmowaniu akcji jakichś przedsiębiorstw. To walka bezwzględna. Można przypłacić ją życiem, jeśli zadrze się z silniejszymi i sprytniejszymi od siebie. Walka wyzbyta wszelkich hamulców. Jeśli trzeba, poświęci się własne dziecko, wyrzuci staruszkę z jej domu (cały czas zastanawiam się, czy scena opowiedziana w książce mogła rzeczywiście w tamtym miejscu i tamtych okolicznościach się wydarzyć). Oczywiście właściciele nielegalnych szybów nie przejmują się losem tych, którzy dla nich węgiel wydobywają. Nie oni narażają swoje życie. Chociaż, jak wspomniałam, oni także balansują w tym wilczym świecie na cienkiej linie.

Ale najbardziej poruszył mnie, oprócz obrazu beznadziejnego, zdegradowanego i po prostu potwornie brzydkiego świata, los dziecka, którego dorośli nie pytają o zdanie i burzą mu dotychczasowe życie, marzenia, perspektywy. Olenka nienawidzi miejsca, w którym się znalazła. Tallin nawet za czasów ZSRR był miastem, które ze względu na swoje położenie ocierało się o ten lepszy, zachodni świat. Nie do końca legalnie, ale jednak, dało się oglądać fińską telewizję. Potem perspektywy były jeszcze lepsze. Kiedy trafia do Śnieżnego w Donbasie, na początku ma jeszcze nadzieję, że rodzice zatrzymali się tam tylko na chwilę i przynajmniej ona razem z matką przeniosą się do drugiej babci, która pochodziła z Winnicy. Kiedy zrozumie, że nic takiego się nie zdarzy, zaczyna marzyć, aby za wszelką cenę wydostać się stamtąd. Swój plan będzie konsekwentnie realizować. Najpierw zapłaci frycowe - jej kariera modelki w Paryżu nie powiedzie się. Potem postara się nie popełnić tych samych błędów. I rzeczywiście stopniowo zacznie awansować w agencji, która zajmuje się szukaniem dawczyń komórek jajowych i surogatek dla mających pieniądze cudzoziemców. 

Już po wybuchu wojny słyszałam, że Ukraina była zagłębiem takiego biznesu. Opowieść o nim jeży włosy na głowie. Ponownie mam nadzieję, że autorka zrobiła porządny research i nie wyolbrzymiła  nieprawidłowości. A jest ich wiele. Wykorzystywanie dziewczyn, które chcą się wydźwignąć wyżej albo po prostu zarobić pieniądze na odrobinę lepsze życie. Żerowanie na ich osobistych lub rodzinnych dramatach. Nieliczenie się z ich zdrowiem. Oszukiwanie klientów, którzy traktują agencję jak sklep z dziećmi, a dawczynie jak niewolnice. Jeśli trzeba podrasuje się życiorys, wyrzuci fakty, które mogłyby skreślić dziewczynę w oczach wymagających klientów - zmieni miejsce zamieszkania, zawód rodziców. Dawczyni ma pochodzić z nieskażonego rejonu, odznaczać się inteligencją i urodą, prowadzić zdrowy tryb życia. Jednym słowem ma to być kandydatka, która gwarantuje, że urodzi się idealne dziecko.

Trudno czuć sympatię do bohaterów i bohaterek tej powieści. Można próbować ich zrozumieć, można im współczuć, ale ja nie potrafiłam ich polubić. Ani Olenki, ani tym bardziej Darii czy ojca narratorki. 

Powieść Sofi Oksanen ubrana jest w sensacyjną formę. Niektórzy określają ją nawet mianem thrillera. Wydarzenia poznajemy niechronologicznie, nie wiemy, dlaczego narratorka uciekła z Ukrainy i na fałszywych papierach wylądowała w Helsinkach, gdzie drżąc o swoje życie, zajmuje się sprzątaniem mieszkań i nie przypomina siebie z okresu rozkwitu kariery w agencji. Stopniowo poznajemy coraz więcej szczegółów z jej życia, aż w końcu zagadka jej ucieczki zostanie rozwiązana. Oczywiście ta sensacyjna formuła ma uatrakcyjnić powieść. Podobne chwyty stosowała autorka w powieści "Gdy zniknęły gołębie", o której wspominałam. Przyznam jednak, że to, co w założeniu miało być atrakcyjne, mnie nieco rozczarowało. Może książka jest odrobinę za długa? Szczególnie fragmenty opowiadające o pracy w agencji zaczynały mnie po pewnym czasie nużyć. Ja na pewno wyżej stawiam przywoływaną tu poprzednią powieść Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie". To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto przeczytać tej.  

Oscar Martinez "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą"

Każda książka ma swój czas. "La Bestia. O ludziach, którzy nikogo

nie obchodzą" (Post Factum 2019; przełożył Tomasz Pindel) przeleżała w moim czytniku ponad dwa lata. Z nowości stała się zaległością, a potem było jak zwykle - co jakiś czas przypominałam sobie o niej, ale zawsze pojawiały się pilniejsze lektury albo nie miałam nastroju na ten reportaż opowiadający o przerażających sprawach. No cóż, teraz kończyłam ją w momencie wybitnie niesprzyjającym. A przypomniałam sobie o niej, kiedy czytałam książkę "Archiwum zagubionych dzieci" Valerii Luiselli. Dlaczego? Bo obie dotykają podobnego tematu. Powieść opowiada między innymi o dzieciach z Ameryki Środkowej, które bez dorosłych przemierzają Meksyk, aby spróbować dostać się do wymarzonego amerykańskiego raju, gdzie mieszkają już ich rodzice albo przynajmniej jedno z nich. Reportaż Oscara Martineza pokazuje problem szerzej - to historie dorosłych emigrantów z tej samej części kontynentu, którzy również wędrują przez Meksyk w tym samym celu. Książka powstawała pod koniec pierwszej dekady naszego wieku, w Polsce została wydana dziesięć lat później. Zastanawiałam się, czy od tamtej pory coś się zmieniło. Czy jest lepiej? Ze wstępu, który napisał autor do polskiego wydania, wynika, że nie.   

Martinez przez trzy lata aktywnie zbierał materiały do swojej książki. Aktywnie oznacza w tym wypadku, że nie tylko spotykał się z uciekinierami, z ludźmi, którzy im pomagają, przedstawicielami lokalnych władz, policjantami, a wreszcie tymi, którzy robią biznes na ludzkim nieszczęściu, ale także przemierzał tę samą trasę, którą przemierzają oni. Wędrował z nimi przez dzikie ostępy, unikając posterunków policji, wskakiwał na pociąg - osławioną Bestię, jechał na jej dachu, a potem szukał miejsc, w których można przekroczyć mur oddzielający Meksyk od Stanów. Nie posmakował tylko tej ostatniej próby - przejścia na drugą stronę granicy i ryzykownego ostatniego etapu wędrówki najczęściej przez pustynię strzeżoną na okrągło przez amerykańską straż graniczną wspomaganą najnowszymi wynalazkami techniki wykrywającymi każdy ruch.

Droga, jaką przebywają przez Meksyk migranci z najniebezpieczniejszych krajów kontynentu amerykańskiego, a może i świata, z Hondurasu, Salwadoru, Gwatemali i Nikaragui, to droga przez mękę, a na jej końcu sukces jest bardzo niepewny. Przekroczenie muru, który w tamtych czasach nie w każdym miejscu był murem w dosłownym sensie tego słowa, bardziej zaporą, jest niemal niemożliwe. Ale nawet jeśli się uda, to nie oznacza jeszcze sukcesu. Bo potem trzeba wędrować kilka dni przez pustynię albo kamieniste wzgórza, a u celu można zostać złapanym na szosie, kiedy czeka się na umówioną podwózkę. Niektórzy próbują drogi wpław przez rzekę - słynną Rio Bravo. Tam przecież nie ma muru. Są za to śmiertelnie niebezpieczne wiry i amerykańscy pogranicznicy czający się w krzakach na drugim  brzegu. A ponieważ w Stanach ci, którym się ta sztuka w końcu udała,  i tak przebywają nielegalnie, stale narażeni są na to, że wpadną i zostaną deportowani. W czasie swoich peregrynacji Martinez rozmawia także z takimi, których to spotkało. Ale zanim dotrą do upragnionej granicy, zanim ich marzenia rozbiją się w proch w zetknięciu z murem, to oczywiście dotyczy nowicjuszy, czeka ich gehenna. Wędrują najczęściej w kilkuosobowych grupach, sami albo płacą przewodnikom, coyotes i pollero. Część drogi przebywają pieszo, część busami, potem najczęściej decydują się na podróż na dachu osławionej Bestii, czyli pociągu towarowego przemierzającego Meksyk. Na każdym etapie tej drogi narażeni są na liczne niebezpieczeństwa - napady, kradzieże, porwania dla okupu, oszustwa nieuczciwych przewodników, a kobiety oczywiście dodatkowo na gwałty i uprowadzenie do burdelu. Ruszając, muszą to ryzyko wkalkulować. Dodatkowe zagrożenie stanowi oczywiście policja, która może deportować do granicy. Śmiertelnym niebezpieczeństwem jest też podróż Bestią. Można wpaść pod jej koła, wskakując na wagon, usnąć na dachu i stoczyć się na ziemię, zmarznąć na kość nocą albo prażyć się w upale w dzień, wreszcie zostać napadniętym. Zatrzymania pociągu i okradanie podróżnych na gapę to chleb powszedni. A na końcu, jeśli się uda, i tak czeka rozczarowanie, o czym już wspominałam. To wszystko przypomina jakąś upiorną grę. Większość przebywa tę straszną drogę wielokrotnie. Dlaczego? Bo tam, skąd uciekają jest jeszcze gorzej. Tam nie da się żyć. Tu przytoczę przywołane we wstępie przez autora słowa jednego z księży  prowadzących schronisko dla migrantów: Skoro są gotowi przechodzić przez to wszystko, to jak wygląda to, przed czym uciekają?

Ale nie zawsze tak było. Jeszcze w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych zeszłego wieku droga przez Meksyk nie roiła się od niebezpieczeństw. Bez trudu dało się ją przebyć, a potem przekroczyć amerykańską granicę. Problem zaczął się wtedy, kiedy głowę podniosły narkotykowe kartele. To one konkurują z migrantami o przejście przez granicę, a jakby mało miały pieniędzy, zarabiają i na nich. To dla narkotykowych bossów pracują drobni przestępcy napadający na wędrowców. To oni korumpują policję, która działa z nimi ręka w rękę. To ze strachu przed nimi panuje zmowa milczenia. To im opłacają się coyotes i pollero. To oni sprawili, że panuje bezprawie. To z ich powodu powstał mur, a amerykańska straż graniczna uzbroiła się po zęby i strzeże granicy.

Oscar Martinez opowiada o problemie, ale towarzyszy też ludziom, którzy są w drodze. Rozmawia z nimi w schroniskach, odbywa  jakiś etap podróży, a po rozstaniu dzwoni, dopytując, co się z nimi dzieje. Często po jakimś czasie słyszy głuchą ciszę w telefonie. Co robią? Gdzie są? Czy żyją?

Wojna za naszą granicą sprawiła, że zapomnieliśmy o innych stronach świata, gdzie też cierpią ludzie. Autor pisze, że ta wędrówka ludów z Ameryki Środkowej do Stanów to jedno z najbardziej masowych zjawisk migracyjnych świata. Co roku próbuje tej sztuki około dwieście tysięcy zdesperowanych ludzi. Pamiętajmy i o nich.  

Popularne posty