Zyta Rudzka "Tylko durnie żyją do końca"

Nie ukrywam, że moja znajomość z twórczością Zyty Rudzkiej

datuje się dopiero od powieści "Krótka wymiana ognia" i odtąd trwa. Pewnie nie jestem wyjątkiem. Wydaje mi się, że właśnie wtedy zaczął się renesans tej pisarki i od tamtego czasu każda jej nowa książka wywołuje szum, najczęściej zbiera pozytywne recenzje i nominacje do rozmaitych nagród, a w końcu i same nagrody. Jednym słowem pisarka weszła do literackiego mainstreamu, oczywiście nie jest to ten sam mainstream, w którym możemy umieścić produkcję Remigiusza Mroza. A przecież debiutowała w roku 1989, wydała kilka powieści, chyba jednak wtedy była autorką niszową, potem pisała dla teatru i dopiero wspomniana już "Krótka wymiana ognia" wyniosła ją na szczyty. 

Kiedy Zyta Rudzka opublikowała nową powieść pod ekscytującym tytułem, co stało się jej specjalnością, "Tylko durnie żyją do końca" (W.A.B. 2025), było oczywiste, że ją kupię i prędzej lub później przeczytam. Teraz nadarzył się idealny moment, bo na spotkaniu klubu czytelniczego, na które od czasu do czasu uczęszczam, będzie omawiana właśnie ta książka. 

Zanim podzielę się refleksjami na jej temat, najpierw wrócę do dwóch poprzednich powieści. Co mi z nich zostało? Z pierwszej olśnienie fenomenalnym językiem, ale już samą historię, poruszane problemy pamiętam słabo. Inaczej jest z kolejną powieścią, "Ten się śmieje, kto ma zęby", tu język też oczywiście był majstersztykiem, ale nie zaskoczył, no bo tego właśnie się spodziewałam, natomiast sama bohaterka, Wera, jej historia we mnie zostały. Z ciekawości zerknęłam do moich refleksji na temat obu tytułów. Wynika z nich, że wyżej oceniłam pierwszy, nad drugim nieco marudziłam, doceniając jednak kunszt i wagę tematu. Cóż, to żadne odkrycie, że czas weryfikuje opinie. 

No a teraz po tych przydługich, jak często, dygresjach, przyszedł moment, aby podzielić się refleksją o najnowszej powieści, "Tylko durnie żyją do końca". Wygląda na to, że przynajmniej w tym momencie, bezpośrednio po lekturze, ta książka spośród tych trzech wzbudziła we mnie najmniej emocji, ale nie wykluczam, że czas znowu zweryfikuje moją opinię. Może po raz kolejny obraz bezkompromisowej, oryginalnej bohaterki, jej sposób na życie pozostanie na długo w mojej pamięci. Zobaczymy. 

Zacznę znowu od języka, który rzecz jasna naszpikowany jest ekwilibrystycznymi sztuczkami, ale albo jest tych łamańców i celnych powiedzonek mniej, albo tak mi się tylko wydaje, bo już wiem, czego powinnam oczekiwać i ten charakterystyczny styl Zyty Rudzkiej po prostu mi się opatrzył, przyjmuję go jako coś oczywistego. Najlepszy dowód, że nie zaznaczyłam sobie żadnego cytatu, którym chciałabym się podzielić, pisząc o tej kwestii. Kiedy zerkam do moich refleksji o jej dwóch poprzednich książkach, widzę, że zagadnieniu języka poświęciłam tam sporo miejsca. W notce o powieści "Ten się śmieje, kto ma zęby" znajduje się spory akapit składający się z olśniewających cytatów.

No a teraz bohaterka. Jest nią Lida, kobieta dojrzała, nauczycielka wychowania fizycznego, która żyje po swojemu. Powiedzieć tak, to nic nie powiedzieć, że zacytuję klasyka. Ona żyje bardzo, bardzo po swojemu. Nie ogląda się na innych, za nic ma opinię środowiska, potrafi prowokować. Pochodzi z Warszawy, jej rodzice byli wziętymi adwokatami, a ona poszła swoją drogą. Nie tylko nie wybrała ich ścieżki kariery, ale wyjechała na wieś i to taką zwyczajną, niewyróżniającą się pięknym krajobrazem. Przyciągnęła ją tam rzeka, w której codziennie pływa, nago. Śmiga też na motorze po leśnych ostępach. Wbrew opinii ojca, ale dzięki jego pieniądzom, kupiła tam opuszczony dom, w nienajlepszym stanie, na odludziu, gdzie mieszka z Rochem i Ziutem, których tam poznała (To tak skończyłaś, córeczko, z pajacem [Ziut] i moczymordą [Roch].), i licznymi zwierzętami. Jednym z nich jest Elvis, prosiak. Żyją, jak mają ochotę. Roch, geodeta, pędzi bimber z pigwy, którym często raczą się wieczorami. Chcą pić, to piją, chcą po domu chodzić nago, to chodzą. 

Leżę w trawie, patrzę na pigwy. (...) Niczego mi nie brak. Cała nasza trójka miała plan, aby żyć bez planu, i ten plan w stu procentach wykonujemy.

Te słowa wypowiada wprawdzie Roch, ale i Lida, i Ziut, trzeci z tego trójkąta, na pewno się pod nimi podpisują. 

Co ciekawe, nie widać, aby ich sposób życia kogokolwiek gorszył. Ani ojca, który od czasu do czasu odwiedza Lidę i jej partnerów, zawsze nieoczekiwanie. Ani mieszkańców wsi. Ani dyrektora szkoły, nauczycielek i nauczycieli. Mało tego, wygląda na to, że Lida czasem otwiera coś w innych. Kiedy jedna ze starszych mieszkanek wsi prosi ją o lekcje pływania, po jakimś czasie również wchodzi do rzeki nago. Jej więzi z ojcem (Kiedy wyjeżdżasz? Zapytałam. Zaśmiał się sztucznie albo odkrztusił ślinę. Oddalam pytanie, powiedział. A ja je ponawiam. Jutro jadę do sklepu, podrzucę cię.), a przede wszystkim z dorosłą córką mieszkającą w Warszawie, są dość luźne. Najważniejsi dla niej są kochankowie, zwierzęta i rzeka. Ojciec podsumuje to tak:

Na tym świecie jeszcze tylko psy i pijaki trzymają się razem. Taka sielanka i wspólnota, wymamrotał.

Jak w poprzednich powieściach tak i w tej Zyta Rudzka nie ucieka od biologii. Fizyczność to dla Lidy coś bardzo ważnego. Nadal jest sprawna, szczupła, obdarzona dużym biustem. Ona powiedziałaby, że cycem. Stąd skojarzenia z Dolly Parton. Za to jej partnerzy albo się starzeją, albo słaba forma fizyczna wynika z przebytej choroby. Lida dostrzega to, ale myśli o nich z czułością, chociaż nie dorównują jej sprawnością. To ona, kobieta jest tu górą. To niedoskonałe męskie ciała wystawione są na widok czytelniczek i czytelników, wystawione na ich osąd.

Gdzieś w tle pojawiają się jakieś problemy. Stosunek do zwierząt - zdarza się, że  ktoś podrzuca Lidzie zwierzęta, żywe albo martwe, bo wiadomo, że je przygarnie albo pochowa. Ksiądz, który dzierży rząd dusz, doprowadzając tym niektóre z tych dusz do tragedii. Hipokryzja dyrektora, jej szkolnych koleżanek i kolegów. A i dalsi krewni przedstawieni są ironicznie.

Niby wszystko się zgadza, niby wszystko gra, problem w tym, że los Lidy ani mnie ziębi, ani grzeje, a już na pewno nie gorszy. Jeśli Zyta Rudzka chciała sprowokować, powołując do życia taką bohaterkę, to ja sprowokowana się nie czuję. Zresztą dziś o prowokację trudno.

Kiran Desai "Samotność Sonii i Sunny'ego"

Indie to jeden z tych literackich kierunków, który pilnie śledzę.

Dlatego było jasne, że sięgnę po najnowszą powieść Kiran Desai, indyjskiej pisarki mieszkającej w Stanach, "Samotność Sonii i Sunny'ego" (Wydawnictwo Literackie 2026; przełożył Jerzy Kozłowski). To tym bardziej oczywiste, że czytałam jej "Brzemię rzeczy utraconych", za którą dostała Bookera. Do dziś o tamtej powieści nie zapomniałam. Sięgnęłabym także po "Zadymę w dzikim sadzie", gdyby nie zniechęcił mnie jeden lekko nieprawdopodobny element znajdujący się w jej opisie. Mimo wszystko postanowiłam przejść nad nim do porządku i umieściłam ją na wirtualnym regale bibliotecznym, co oznacza, że będę chciała ją przeczytać. A przy okazji odkryłam, że matką Kiran Desai jest również pisarka, Anita Desai, więc natychmiast rzuciłam się, aby sprawdzić, czy jakaś jej powieść w Polsce się ukazała. I bingo! Jest jedna, "Czas postu, czas uczty", i to nawet w wersji ebookowej po bardzo przyjemnej cenie. Zdziwiło mnie to, bo wydana w roku 2004. No a lektury "Samotności Sonii i Sunny'ego" nie mogłam się już doczekać, ale potrzebowałam odpowiedniego momentu, bo powieść ma ponad osiemset stron. Na szczęście trafił się taki czas i oto piszę. Pewnie nie muszę dodawać, że jej lektura sprawiła mi ogromną przyjemność.

O czym jest ta powieść? W wielkim skrócie to historia dwóch rodzin mieszkających w Indiach, a przede wszystkim Sonii i Sunny'ego, przedstawicieli najmłodszego pokolenia każdej z nich. Ale poznajemy też bardzo dobrze starszych członków rodziny, dziadków Sonii, jej odesłaną do domu po nieudanym małżeństwie ciotkę i przede wszystkim rodziców. Ojciec Sunny'ego nie żyje, ale matka, Babita, jest jedną z ważniejszych bohaterek. Dowiemy się też co nieco o jej szwagrach, z którymi prowadzi spór o dom. Do tego dochodzi liczna domowa służba, postacie z drugiego planu, ale nadające powieści kolorytu. Jest jeszcze przyjaciel Sunny'ego, Satja. 

Sonia i Sunny studiują w Stanach i tam chcą zostać. To marzenie ich rodzin, które od początku wychowywały swoje dzieci w duchu zachodnim. Oboje są zwesternizowani, a Sunny do tego stopnia, że słabo mówi w hindi, jego językiem jest angielski. Wyobrażenia rodziców o życiu dzieci w raju, bo tak jawią się im Stany, daleko odbiegają od ich codzienności. 

Sunny po studiach mieszka wprawdzie w Nowym Jorku, pracuje w dużej gazecie, ale trudno go nazwać dziennikarzem, wykonuje podrzędną pracę i marzy, żeby się wybić, chociaż brakuje mu pomysłu na siebie. Ma amerykańską dziewczynę, o czym boi się powiedzieć matce, a nie wie, że spełniłby jej marzenie. Bo ona, kobieta mająca wielkie mniemanie o sobie, która zobaczyła trochę świata, najchętniej zamieszkałaby też w Ameryce. Tym bardziej, że w Delhi czuje się samotna. Z rodziną nieżyjącego męża jest w sporze, przyjaciółki się rozjechały, jej cały świat to zarządzanie służbą. 

Sonia kończy studia i szuka sposobu, aby zostać w Stanach. Nie jest to łatwe, musiałaby znaleźć sponsora, kogoś, kto da jej legalną pracę, co umożliwi przedłużenie pobytu i staranie się o zieloną kartę, której posiadaczem staje się w pewnym momencie Sunny.

W czasie jednej z rozmów telefonicznych rodzice Sonii orientują się, że ich córka czuje się w Stanach bardzo samotna i postanawiają ją wyswatać. A kto byłby najlepszym kandydatem? Mieszkający tam wnuk pułkownika, znajomego dziadków Sonii, czyli, czego łatwo się domyślić, Sunny. I tak machina zostaje wprawiona w ruch. Jego krewni nie są zachwyceni tym pomysłem, bo czują się lepsi od jej rodziny, jednak aby nikogo nie urazić, matka przekazuje tę wiadomość synowi. Ale zanim dojdzie do spotkania i coś między nimi zaiskrzy, upłynie wiele czasu, bo Sunny ma tę amerykańską dziewczynę, a Sonia w międzyczasie zakochuje się w dużo starszym od siebie, bogatym, ekscentrycznym, tajemniczym malarzu i całkowicie się mu podporządkowuje.

To zaledwie zarys wielowątkowej rozbudowanej akcji powieści. Bo chociaż Sonia i Sunny są tu najważniejsi, to niebagatelną rolę odgrywają też jej rodzice, jego matka, a nawet jego przyjaciel. Płynie czas, śledząc losy bohaterów przenosimy się z miejsca na miejsce. Czego tu nie ma - Delhi, Allahabad, Goa, himalajski region Indii, różne miejsca w Stanach, a nawet Meksyk i Wenecja.

Na co w takim razie w tej mnogości zdarzeń, bohaterek i bohaterów, problemów zwróciłam szczególną uwagę?

Przede wszystkim ogromną przyjemność sprawiło mi czytanie tych fragmentów, których akcja rozgrywa się w Indiach. Obserwacja życia domowego bohaterek i bohaterów, ich relacji z służbą. Autorka patrzy na nich z sympatią, a jednocześnie nie oszczędza. Kłuje ostrzem ironii. Pokazuje ich poczucie wyższości, naiwność, życie marzeniami i wyobrażeniami, pewną niepraktyczność wynikającą z tego, że nieźle się im powodzi, co wpędza ich czasem w poważne kłopoty. To ludzie w dużej mierze zwesternizowani, noszący w sobie zupełnie nieprawdziwy obraz mitycznego Zachodu. Wszystko co europejskie,  szczególnie amerykańskie, jest lepsze. 

Wśród młodych Hindusów, którzy osiedlili się na stałe w Ameryce, fundowanie rodzicom rejsu na Alaskę bylo czymś w rodzaju chwilowej mody, sposobem, by pozwolić im doświadczyć przez tydzień tego, czym obdarzyli swoje dzieci na całe życie - rozkoszy, jaką daje możność udawania, że nie jest się Hindusem i że Indie nie istnieją. Gdzieżby indziej mogli oglądać tylu białych ludzi i podziwiać tyle pustych białych pejzaży, by dojść do takiego przekonania? Najdziwniejsze było to (...), że to dążenie do ucieczki przed Indiami wydawało się patriotyczne: jeśli jesteś godnym Hindusem, stajesz się Amerykaninem.

A jednocześnie bardzo mocno zanurzeni są w indyjskiej rzeczywistości. To stanie w rozkroku pomiędzy Indiami a Zachodem pogłębia się z każdym pokoleniem, powodując coraz większe problemy. Ojciec Sonii, Papcio, nie czuje więzi ze swoją matką, Ba, bo nauka w angielskiej szkole skutecznie go wykorzeniła.

Nigdy nie przesiadywali razem na allahabadzkiej werandzie, nie rozmawiali o niczym innym niż posiłki i pogoda. Co więcej, nie mieli języka, którym mogliby się porozumiewać, bo on nie mówił biegle po gudźaracku, a ona po angielsku, a papciowy hindi nie był na tyle dobry, by mógł się zmierzyć z jakąkolwiek złożonością. Gdy wracał na ferie z Doon School, miał wrażenie, jak gdyby był gościem z wyższych sfer, a matka niewykształconą wieśniaczką z części kraju, której nigdy nie widział.

Z kolei Sonia i Sunny nie czują się dobrze ani w swoim ojczystym kraju, ani w Stanach, w których studiują i mieszkają. Chcą być jak Amerykanie, odciąć się od swoich rodaków, których tu w Ameryce się wstydzą i unikają. 

Zgrabnie doprowadził do ust trójkąt frittaty i przeżuwał mocno z zamkniętymi ustami, by umieścić siebie w odpowiednio kulturalnej odległości od rodaków, by dowieść dobrymi manierami przy stole, znajomością hiszpańskich potraw i zrozumieniem dla podróżujących kobiet, że nie jest taki jak ci mężczyźni spotykani na każdym rogu w Indiach, gapiący się pożądliwie, zwierzęco, jak gdyby nie byli ludźmi, na kobiety, których nie uważali za istoty ludzkie.

Stąd dojmujące poczucie osamotnienia. Dotyka ono także innych imigrantów. Satji, przyjaciel Sunny'ego, zdecyduje się na aranżowane małżeństwo, bo chce mieć żonę Hinduskę.

Sunny, ja chcę po prostu wrócić wieczorem do domu, pogadać w kuchni z kimś, kogo rozumiem i kto rozumie mnie ...

Sunny, który przez pewien czas jest w związku z Amerykanką, napotyka problemy, których stara się nie dostrzegać. Wierzy, że uda się pokonać różnice kulturowe. Dzięki temu związkowi czuje się lepszy, bardziej amerykański. Tak naprawdę oboje wiele przed sobą ukrywają i wstydzą się swoich rodzin. On zaborczej, zadzierającej nosa matki, ona konserwatywnych republikańskich rodziców mieszkających w Kansas pośrodku niczego.

Ulla wcześniej prosiła Sunny'ego, żeby nie wypowiadał żadnych pozytywnych uwag o socjalizmie, Jimmym Carterze ani nawet Billu Clintonie. Nie powienien wychwalać służby zdrowia na Kubie czy w Szwecji. Nie powinien wyrażać zdziwienia tym, że kobiety głosują na republikanów. Nie powinien poruszać - w żadnym wypadku - tematu broni palnej. Zawczasu poinformowała rodziców, żeby nie ujawniali, że są właścicielami pięciu sztuk broni palnej zamkniętych na klucz w piwnicy. Że sama Ulla w dzieciństwie polowała na dzikie indyki i była lepszym strzelcem niż ojciec. Zabroniła im zadawać pytań o to, czy krowy są święte i czy Hindusi wciąż mieszkają w lepiankach.

Rodziny Sonii i Sunny'ego nie zdają sobie sprawy, z czym ich dzieci się mierzą. Kiedy Babita odwiedzi syna, nie będzie mogła zrozumieć, dlaczego mieszka w dzielnicy, w której żyją tylko imigranci, zwłaszcza kolorowi. Inaczej wyobrażała sobie jego życie na tym uwielbianym Zachodzie. Ona, czująca się kimś wyjątkowym nawet w Indiach, z pogardą i zgrozą będzie patrzyła nie tylko na sąsiadów syna, ale na wszystkich kolorowych.

Uważała, że czarnoskórzy stoją niżej w hierarchii niż brązowoskórzy. (...) ... gdy na jarmarku ulicznym z okazji Cinco de Mayo kilka razy szturchnięto Babitę spoconym łokciem, i wykrzyknęła: "Wyobrażasz sobie, co by się stało, gdyby to towarzycho tutaj dorwało się do władzy?". Komentarz ten ujawniał, że jej zdaniem brązowoskóra ludność latynoska też stoi niżej w hierarchii niż brązowoskórzy Hindusi.

Jednocześnie Babita zda sobie sprawę, że wychowywanie dzieci na obywateli świata, westernizowanie ich za wszelka cenę to pułapka. Bo kiedy już ułożą sobie życie w tej mitycznej Ameryce czy na innym Zachodzie, zapominają o rodzicach, nie czują się zobowiązani do opiekowania się nimi. Rwą się wielopokoleniowe tradycyjne więzi w indyjskich rodzinach. Dlatego czuje się samotna. A Sunny rzeczywiście się od niej oddala i opędza. Wstydzi się jej poglądów wyrażanych bez zahamowania, jej poczucia wyższości i zachowania.

Powiedziała: "Ci Chińczycy tak śmiesznie biegają. O, patrz, jak ta Chinka zasuwa do autobusu". I potwornie się pokłócili. (...) Ale w ten właśnie sposób Babita podtrzymywała w sobie poczucie wyższości w wielkim świecie. Sunny przyswoił sobie odwrotną sztuczkę: podtrzymywał swoje poczucie wyższości, wypowiadając potworne rzeczy o białych. Babita uważała w duchu, że to niezbędny kompromis, gdy się wyjeżdża na Zachód. Nie możesz być sobą - Wielkim, Złym, Wolnym Sobą - a z drugiej strony czekają cię przyjemności nie do pogardzenia, na przykład grillowany łosoś we francuskim bistro o egzotycznej jesiennej porze.

To właśnie zderzenie świata Indii ze światem Zachodu, wzajemne przyglądanie się, ten splot poczucia wyższości i winy, pogardy i poprawności politycznej są wielkim tematem tej powieści. Bo autorka nie oszczędza też białych Amerykanów czy szerzej białych ludzi Zachodu. Im też się dostaje.

W skrytości ducha [Sunny] uważał, że ta kobieta ma nie lada tupet, skoro opuściła swoje nowojorskie mieszkanie - niewątpliwie wyposażone w  kuchenkę, mikrofalę, toster, lodówkę, blender, ekspres do kawy, suszarkę do włosów, odkurzacz, telewizor, komputer, sprzęt grający, grzejnik, wentylator, klimatyzację, bojler, piec, a pewnie też i rower lub samochód - i namawiała Hinduski do gotowania ryżu w tekturowym pudełku przykrytym srebrnym papierem odblaskowym, ażeby zapobiec wycinaniu lasów i zmianom klimatycznym.

Kraje, które zezwalają na imigrację tych, którzy mają dość pieniędzy, by sobie kupić do niej prawo, przyjmują przestępców z całego świata. Co prowadzi do pytania: dlaczego Nową Zelandię lub Kanadę ma się uważać za kraje bez skazy, podczas gdy dotkniętych biedą policjantów, urzędników i bandytów porzuconych krajów - Indii, Chin, Brazylii - uważa się za skorumpowanych, bo biorą łapówki, by zapomnieć, że widzieli to, co widzieli, że słyszeli to, co słyszeli, że czuli nosem to, co wywęszyli?

Powiedział:

- Pociąg, który się spóźnia i psuje w uroczy sposób jest włoski. Pociąg, który się psuje w sposób nieuroczy, jest indyjski. Lenistwo w Indiach jest w najwyższym stopniu irytujące i wywołuje niechęć. We Włoszech świadczy o umiejętności korzystania z  przyjemności życia. W tratorii blask świec tworzy romantyczną atmosferę. W Indiach równa się awarii prądu i wystawia romantyzm na próbę.

Niby to wszystko bardzo indyjskie, a przecież w tych wszystkich mechanizmach, o których pisze w swojej powieści Kiran Desai, możemy odnaleźć też swoje odbicie. Czyż i my mieszkając na Zachodzie lub go odwiedzając, nie unikaliśmy naszych rodaków? Czy się ich nie wstydziliśmy? Czy i my nie zadzieramy nosa? Czy nie mitologizowaliśmy Zachodu, a zwłaszcza Ameryki? Czy będąc tam, nie chcieliśmy być jak oni? Czy i w nas nie miesza się poczucie wyższości ze wstydem, że jednak nie dorastamy?

Ale to nie wszystko, co oferuje nam ta monumentalna powieść. Pobrzmiewają tu także echa dramatycznych wydarzeń z najnowszej historii Indii spowodowanych konfliktami między hindusami a muzułmanami, dające o sobie znać do dziś skutki podziału na Indie, Pakistan i Bangladesz. Mocno wybrzmiewają klasowe podziały i wynikające z tego problemy.

Nie ma gorszej trwogi niż uświadomienie sobie słabości chlebodawcy, na którego siłę się zdajesz, bo sam jesteś bezsilny. 

Bardzo ważnym tematem jest też opowieść o różnych drogach, jakimi podążają dzisiaj Hinduski. Jedne żyją życiem tradycyjnym, całkowicie podporządkowane mężczyznom i rodzinom - tu szczególnie przejmujący jest los ciotki Sonii - inne miotają się, szukając samodzielności, bo albo są do niej zmuszone jak samotna Babita, albo mają już dość nieudanego małżeństwa i decydują się odejść od męża jak matka Sonii. Jeszcze inaczej szukają swojej drogi te najmłodsze, zwesternizowane, ale okazuje się, że ani wykształcenie, ani Ameryka nie chronią przed toksycznym związkiem, z którego zakochanej kobiecie bardzo trudno się wyrwać. Na tym nie koniec, bo znajdziemy w tej powieści o wiele więcej. 

No i przede wszystkim jest opowieść - bardzo ciekawa, wielowątkowa historia.

Lektury podróżne (III) - epilog - John Treherne "Zbrodnia w raju. W poszukiwaniu utopii na Galapagos"

Dziś epilog cyklu podróżnego - "Zbrodnia w raju. W poszukiwaniu

utopii na Galapagos" (Czarne 2024; przełożył Adam Czech). Tytuł na pewno obił mi się o uszy, a właściwie wpadł mi w oczy, bo systematycznie sprawdzam nowości Czarnego, więc musiałam zobaczyć go na stronie. Wtedy jednak nie zwróciłam na niego uwagi, ale w czasie moich peregrynacji  koleżanka powiedziała mi o tej książce, więc po powrocie natychmiast się za nią zabrałam, traktując jako znakomite uzupełnienie wyjazdu.

To zapomniana historia na nowo ożywiona przez Johna Treherne w jego książce, która w oryginale ukazała się w roku 1983. Ale  w latach trzydziestych, kiedy ten dramat się rozegrał, rozgrzewała światową prasę do czerwoności. 

Nieżyjący już autor był angielskim entomologiem, wielokrotnie odwiedzał archipelag wysp Galapagos, aby prowadzić tam badania naukowe. To wtedy dowiedział się o tajemniczych zdarzeniach na jednej z wysp, Floreanie, i postanowił napisać książkę, aby rozwikłać zagadkę  zniknięcia dwóch osób i śmierci kolejnych trzech. Tego celu nie osiągnął, bo zbyt wiele czasu upłynęło od tamtych wydarzeń. Jak pisze w posłowiu: Okazało się jednak, że kluczowe dowody są fragmentaryczne i wzajemnie sprzeczne. Tajemnica pozostała tajemnicą. Trudno jednak oprzeć się pokusie stworzenia satysfakcjonującej hipotezy. I właśnie we wspomnianym posłowiu pozwala sobie na snucie hipotez dotyczących tego, co stało się z dwojgiem zaginionych, w jakich okolicznościach zginęło tych dwóch, których ciała odnaleziono, i dlaczego umarł ten trzeci. Jak było naprawdę, tego nigdy się nie dowiemy, ale hipotezy autora wydają się przekonujące. Zresztą, czy musimy wiedzieć wszystko? Czyż takie nierozwikłane zagadki nie dostarczają nam  przyjemnego i ekscytującego dreszczu emocji?

O czym w takim razie opowiada ta książka i czy warto ją przeczytać? Może nie jest to lektura konieczna, ale na pewno z przyjemnością sięgną po nią miłośnicy spraw niewyjaśnionych, dziwacznych, zaskakujących historii i ci, których zainteresuje życie pionierów na na niezamieszkanej, nieprzyjaznej człowiekowi wyspie gdzieś na końcu świata. Dlaczego wyjechali tam z dalekiej Europy? Jak to jest być takim Robinsonem z wyboru? Jak zorganizowali sobie życie? No i koniecznie powinni poznać ją ci szczęściarze, którzy na Galapagos byli lub się tam wybiorą.

Floreana, na której rozegrała się ta historia, to jedna z czterech zamieszkanych wysp  archipelagu Galapagos. Ma najmniej mieszkańców i ponieważ jest słabo skomunikowana z pozostałymi trzema, najrzadziej docierają tam turyści. W roku 1929, kiedy przybyła tam ekscentryczna niemiecka para, lekarz i filozof, miłośnik Nietschego, Friedrich Ritter i zapatrzona w niego kochanka Dore Strauch, na stałe nie mieszkał tam już nikt. Wcześniej wyspa była odwiedzana przez piratów, wielorybników, osadzano tam więźniów, a od czasu do czasu ktoś próbował zostać na niej na stałe, ale bez sukcesu. Kilka lat przed przybyciem Friedricha i Dore mieszkało tam dwudziestu dwóch Norwegów znęconych wizją majątku, jaki rzekomo można tu było zbić na polowaniu, rybołówstwie i rolnictwie. Po roku większość z nich opuściła wyspę, tuż przed przybyciem nowych osadników zdezerterowało trzech ostatnich. Pozostał po nich w pobliżu jednej z zatok drewniany dom pokryty blachą falistą.

Opuszczony norweski dom stanowił symbol ludzkiej klęski, co nie mogło ujść uwadze obdarzonej bogatą wyobraźnią Dore Strauch, gdy postawiła swoją nogę na tym skrawku lądu.

Po jakimś czasie wyspa skusiła inną niemiecką parę, małżeństwo Margret i Heinza Wittmerów, które przybyło tu wraz z jego kilkunastoletnim synem z pierwszego związku, a jakby tego było mało, kobieta była w ciąży. Jaką determinację, odwagę i ... jaki brak wyobraźni trzeba było mieć, aby w takiej sytuacji rzucić wszystko i ruszyć w nieznane. I być może nie doszłoby do żadnych nieszczęśliwych zdarzeń, gdyby jakiś czas potem na Floreanę nie przybyła baronessa Eloise Wagner de Bosquet wraz z dwoma młodszymi kochankami, którzy zaczną między sobą rywalizować o tę despotyczną, ekscentryczną i niebezpieczną kobietę zatruwającą pobyt na wyspie obu parom.

Co przygnało na koniec świata tych ludzi?

Wybór Galapagos był wyjątkowo odpowiedni dla doktora Rittera i jego wyznawczyni. Ich mroczny, nietzcheański romantyzm nie pasowałby do scenerii tropikalnej wyspy ze stereotypowych wyobrażeń: palmy, owoce i miękki złocisty piasek. O ileż bardziej adekwatnym wyborem dla bohaterskiego nadczłowieka był odległy archipelag Galapagos ze specyficzną fauną, zamglonym krajobrazem wulkanicznym i skojarzeniami z Charlsem Darwinem. Związki z tymi wyspami miał nawet pierwowzór ulubionego bohatera Friedricha z dzieciństwa, Robinson Crusoe (którego imię Ritter połączy ze swoim, tytułując się "Robinsonem z Galapagos").

Ta para snuła romantyczną wizję ucieczki od cywilizacji. Natomiast Wittmerowie zdecydowali się na wyjazd z powodu  bytowych kłopotów i mieli nadzieję, że klimat Galapagos będzie sprzyjał chorowitemu synowi Heinza. Oni, najbardziej solidni i pragmatyczni, zostali na Floreanie na zawsze, a jak wynika z moich poszukiwań internetowych, ich potomkowie mieszkają tam do dziś i zajmują się biznesem turystycznym. A baronessa? Przypłynęła zwabiona medialną sławą swoich poprzedników, chciała się tam osiedlić, zbudować hotel dla bogatych amerykańskich turystów i wyobraziła sobie, że zostanie  władczynią wyspy. Uprzykrzała życie wszystkim, także swoim kochankom, intrygowała, była łasa na sławę i zazdrosna o wszystko.

Oprócz samej podlanej tajemnicą historii, portretów barwnych, chociaż w większości niesympatycznych, bohaterek i bohaterów najbardziej zainteresowały mnie te fragmenty, które opowiadały o niewyobrażalnych trudach życia na bezludnej Floreanie. O zaczynaniu wszystkiego od nowa w nieznanym górzystym, pokrytym zaschniętą lawą terenie, gdzie wprawdzie roślinność mnoży się bujnie, ale założonemu warzywnikowi zagrażają dzikie zwierzęta, a o wodę trudno. Jak zbudować jakieś schronienie? Co jeść? Jak urodzić dziecko w takich warunkach? Jak je potem wychować? A co jeśli ktoś zachoruje? Skojarzenia z Robinsonem Crusoe naprawdę nie są tu nadużyciem. Niech o ogromie wyzwań zaświadczą cytaty.

Wszystko to [przywieziony z Europy dobytek] trzeba było przenieść przez przez poszarpane połacie zastygłej lawy, gdzie pojedyncze potknięcie mogło skończyć się złamaniem kostki albo bolesnym zranieniem, następnie zaś przez plątaninę drzew i kaktusów, które stanowiły zagrożenie dla twarzy i oczu. (...) Przez kolejne dwa tygodnie karawana złożona z Friedricha, Dore i konia [jedynego, którego udało im się złapać] codziennie przenosiła masę sprzętu z Zatoki Pocztowej do Friedo [Tak nazwali miejsce, w którym postanowili się osiedlić.]. Noce o tej porze roku były chłodne i deszczowe, jednak każdego ranka równikowe słońce przeganiało chmury oraz mgłę i atakowało bezlitośnie. (...) Regularnie była [Dore] u granic swoich możliwości i z płaczem błagała Friedricha o pomoc. Ten jednak ignorował jej prośby. Zostawiał ją na ziemi przygniecioną ciężarem, łkającą i wyczerpaną.

Regularne marsze przez poszarpane lawowe zbocza zdarły ich europejskie buty do cna. To samo spotkało drewniane chodaki wykonane dla Dore przez Friedricha. Do ran na stopach doszła jeszcze opuchlizna spowodowana przez pchły piaskowe, które wnikają głęboko w skórę zazwyczaj w okolicach palców u stóp. 

Z podobnymi trudami mierzyli się też Wittmerowie. Mieszkańcy wyspy, a szczególnie Ritter i baronessa stali się kimś w rodzaju współczesnych celebrytów. Rozpisywała się o nich prasa, na Floreanę zawijali rozmaici żeglarze, aby ich poznać i zobaczyć, jak żyją. Oboje byli zazdrośni o swoją sławę. Kilka lat później, kiedy doszło do tragedii, prasa tym bardziej będzie miała używanie.

Przeczytałam tę książkę z przyjemnością i dużym zainteresowaniem. Mojej lekturze towarzyszyło nieustanne zdumienie determinacją, siłą woli i pewnie brakiem wyobraźni mieszkańców Floreany.

PS. Już po napisaniu tej notki odnalazłam w internecie raczej wiarygodną informację, że kilka lat temu Paweł Pawlikowski chciał nakręcić film o tamtych zdarzeniach. Przyznam, że o tym nie słyszałam. Ciekawa jestem, czy nie zrezygnował z pomysłu. Póki co zamiast opowieści o pionierach z Floreany dostaliśmy znakomitą "Ojczyznę".

Lektury podróżne (II) - Lorena Salazar Masso "Rana pełna ryb", Caro De Robertis "Perła"

Dziś druga i ostatnia część moich refleksji o książkach czytanych w podróży. Poprzednio pisałam o "Niedobrym zwyczaju" Alany S. Portero i "Czerwonym kwietniu" Santiago Roncagliolo.

Kolejną powieścią, jaką udało mi się przeczytać, jest "Rana pełna

ryb" kolumbijskiej pisarki Loreny Salazar Masso (Mova 2022; przełożyła Katarzyna Sosnowska). O tej książce usłyszałam kilka lat temu w podcaście, w którym ekspertka od Ameryki Łacińskiej, Doma Matejko, opowiadała o twórczości trzech kolumbijskich pisarek. A że ten zakątek świata bardzo mnie interesuje, co jakiś czas sięgam po jedną z omawianych wtedy pozycji. Ta jest trzecia, wcześniej przeczytałam "Otchłanie" Pilar Quintany i "Delirio" Laury Restrepo. Kolejne czekają w czytniku i w bibliotece. Muszę od razu napisać, że "Rana pełna ryb" zrobiła na mnie duże wrażenie i okazała się obok "Niedobrego zwyczaju" najciekawszą z tegorocznych podróżnych lektur. Jakież było moje zdumienie, kiedy z posłowia tłumaczki dowiedziałam się, że była pracą zaliczeniową na studiach kreatywnego pisania. Dopiero wykładowcy zachęcili jej autorkę, aby spróbowała poszukać wydawcy. 

Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku dni w roku 2002. Główna bohaterka i narratorka płynie ze swoim przybranym synem rzeką Atrato z miejscowości, w której mieszkają, do osady Bellavista. Droga mogłaby im zająć kilka godzin, gdyby stać ich było na bilety na szybki statek, ale ponieważ tak nie jest, skazani są na niewygody podróży łodzią, która tę trasę pokonuje znacznie wolniej. Tu koniecznie muszę dodać, że są to tereny słabo zurbanizowane, biedne, do których trudno się dostać, a najwygodniejszą drogą jest właśnie ta rzeka. Tak zresztą było w tym regionie zawsze. No i trzeba też wiedzieć, że w roku 2002 w Kolumbii wojna domowa trwała w najlepsze, a właśnie takie regiony jak ten, trudno dostępne, dzikie, były szczególnie nękane przez organizacje partyzanckie walczące z rządem. Tu łatwo było się ukryć, łatwo też było, często siłą, pozyskać nowych kandydatów na partyzantów. Miejscowa ludność daremnie prosiła władzę o pomoc, ale zostawiono ich samym sobie. Ślady nawiązujące do czającego się niebezpieczeństwa zorientowana w najnowszej historii Kolumbii czytelniczka lub takiż czytelnik odnajdą w powieści. A to łódź zwalnia, a sterniczka prosi wszystkich o ciszę i nieoglądanie się za inną łodzią, która właśnie ich mija. A to w jednej z osad, w której się zatrzymają, zostało spalonych kilka domów. A to jakiś mężczyzna pokazuje chłopcu broń, a potem znika spłoszony. A to jakaś matka skarży się, że  jej synowie zostali zabrani przez partyzantów. No i książka bezpośrednio nawiązuje do jednego ze zdarzeń, jakie rozegrały się w tym rejonie. Wszystkich interesujących się Kolumbią i jej problemami odsyłam do bardzo interesującej książki "Cafe Macondo. Reportaże z Kolumbii" Macieja Wesołowskiego, jednej z moich lektur podróżnych sprzed kilku lat, o której niestety z braku czasu nie napisałam.

Dlaczego wobec tego bohaterka wybiera się z kilkuletnim chłopcem w tak trudną i niebezpieczną podróż? Bo spełnia życzenie matki swojego przybranego syna, która chce go zobaczyć.  Kiedyś zjawiła się u swojej dalekiej znajomej z niemowlęciem, które jej zostawiła, właściwie stawiając przed faktem dokonanym, bo nie stać jej było na kolejne dziecko. Teraz narratorka boi się, że rodzona matka zechce odzyskać swojego syna.

To bardzo poruszająca, pięknie napisana powieść. Chociaż niewielkich rozmiarów sporo mówi o Kolumbii. Znajdziemy tu i opisy przyrody, bujnej selwy porastającej brzegi rzeki, i historie ludzi spotkanych na łodzi albo w osadach, w których się zatrzymają. Najczęściej ich losy są smutne. Poznamy też historię głównej bohaterki, która wspomina niektóre epizody ze swojego dzieciństwa. Jest też o różnicach klasowych i rasowych. Ale przede wszystkim to piękna opowieść o miłości matki i syna. O więzi, która się między nimi nawiązała. O trosce i staraniu o dziecko, któremu mimo skromnych możliwości chce się zapewnić jak najlepsze życie. Wzruszający jest też obraz czarnoskórego chłopca, który został przybranym dzieckiem białej kobiety.

Ta powieść na pewno zostanie w mojej pamięci.

Ostatnią podróżną lekturą jest "Perła" argentyńskiej pisarki Caro

De Robertis (Albatros 2025; przełożyła Izabela Matuszewska). Jak się o tej powieści dowiedziałam, nie pamiętam. Z pewnością musiałam o niej usłyszeć w jakimś podcaście, sama bym raczej jej nie odgrzebała w morzu wydawanych tytułów, tym bardziej że rzadko zdarza mi się sięgać po książki Albatrosa. Jeśli w ogóle. Prawdopodobnie zostałam zachęcona do lektury, a że temat bardzo mnie interesuje, więc zdecydowałam się nawet na kupno. Jakiż to temat? Opowieść nawiązuje do tragicznego okresu w historii Argentyny - dyktatury wojskowej junty w latach 1976- 1983. Nie jest to pierwsza powieść, jaką na ten temat przeczytałam. Kilka lat temu pisałam tu o wstrząsającej książce "Dwa razy czerwiec" Martina Kohana. Oczywiście trochę też o tym wiedziałam dzięki reportażom nieocenionego Artura Domosławskiego. Specjalnością junty były okrutne tortury więźniów politycznych, zrzucanie ich do oceanu z helikopterów albo masowe egzekucje, odbieranie niemowląt i małych dzieci więzionym matkom i oddawanie ich na wychowanie ideologicznie zdrowym rodzinom. Mówi się o tych ludziach zniknięci (desaparecidos). Do dziś rodziny poszukują swoich znikniętych dzieci lub wnucząt. I jeszcze jeden bulwersujący fakt - kiedy krwawy terror miał się w Argentynie znakomicie, odbyły się tam mistrzostwa świata w piłce nożnej. Nikogo jakoś ten dysonans nie ruszał. O tym jest właśnie powieść Martina Kohana.

Akcja "Perły" toczy się już kilkanaście lat po upadku dyktatury. Główną bohaterką i narratorką wielu fragmentów jest Perla Correa, studentka psychologii, która wychowuje się  w zamożnej dzielnicy w rodzinie emerytowanego oficera marynarki wojennej. Dziewczyna jest bardzo przywiązana do swoich rodziców, zwłaszcza do ojca. A i on darzy ją wielką miłością. Wątpliwości pojawiają się, kiedy poznaje i zakochuje się z wzajemnością w starszym o kilku lat dziennikarzu zaangażowanym politycznie po przeciwnej stronie barykady. Gabriel zajmuje się w swojej pracy zbrodniami wojskowej junty. To, co opowiada Perli, stoi w sprzeczności z tym, jak mówią jej o tamtych czasach rodzice. Dlatego dziewczyna ukrywa przed nimi swój związek. Kiedyś jednak stanie pewnie przed dylematem - Gabriel i skonfrontowanie się z przeszłością rodziny czy całkowita lojalność wobec rodziców i rozstanie z ukochanym.

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia wobec tej powieści. Na pewno do plusów zaliczam temat. Może nie dowiedziałam się wiele nowego, ale nigdy nie zawadzi sobie przypomnieć. Od razu ostrzegam, że sporo tu okrutnych, wstrząsających scen. Autorka nie oszczędza czytających. Ciekawie pokazana jest relacja córki i ojca. Odwieczny dylemat - jak pogodzić dwa oblicza tego samego człowieka? Kochającego, czułego, troskliwego, ubóstwianego ojca i fanatycznego zwolennika wojskowej junty. Bardzo ciekawa jest też sama historia. Jak się to wszystko skończy? Na co zdecyduje się Perla?

Co w takim razie budzi moje wątpliwości? Przede wszystkim elementy realizmu magicznego, jakie znajdują się w powieści. Nieraz już dawałam tutaj wyraz moim upodobaniom - realizm, realizm, realizm. To jest to, co najbardziej w literaturze lubię. Więc kiedy od razu na początku pojawił się taki właśnie element, najpierw mnie zmroziło, a potem pomyślałam sobie - trudno, potraktuj to jako metaforę. W gruncie rzeczy ta powieść jest przecież do bólu prawdziwa. Jeszcze bardziej jednak irytowały mnie fragmenty mocno egzaltowanej narracji pisanej z perspektywy jednego z bohaterów, takie emocjonalne pustosłowie. 

Mimo wszystko nie żałuję lektury. Jeśli ktoś interesuje się Ameryką Łacińską albo chciałby się zainteresować, to warto sięgnąć po każdą ze wspomnianych tutaj książek.

Lektury podróżne (I) - Alana S. Portero "Niedobry zwyczaj", Santiago Roncagliolo "Czerwony kwiecień"

Dziś pierwsza część refleksji o lekturach, po które sięgnęłam w czasie mojej wakacyjnej podróży. Tym razem udało mi się przeczytać aż trzy powieści, przyznaję, niezbyt długie, a jedną tuż przed wyjazdem. Dołączam ją jednak do tego sprawozdania, bo  w ferworze przygotowań  nie zdążyłam już o niej napisać, a i wybrałam ją już pod kątem regionu, w który się wyjeżdżałam. Bo zawsze w podróż staram się zabrać książki z miejsc, które odwiedzam albo przynajmniej jakoś im pokrewnych. Tym razem z braku laku to ten drugi przypadek. Takie pisanie po czasie obarczone jest oczywiście wadami, bo pamięć sprawia, że coś umyka, a i refleksja nie taka świeża. Z drugiej strony te niedoskonałości dobrze weryfikują lekturę, bo jeśli książka siedzi we mnie mocno mimo upływu czasu, to znaczy, że przynajmniej dla mnie była to rzecz ważna. Coś we mnie poruszyła. Mimo wszystko jeśli po wakacyjnej  podróży nie znajdowałam czasu, aby podzielić się tu refleksjami, zawsze tego żałowałam. Dość wstępu, czas przejść do rzeczy. Książki pojawią się w kolejności, w jakiej po nie sięgałam.

A więc na pierwszy ogień idzie powieść przeczytana tuż przed

wyjazdem. To "Niedobry zwyczaj" Alany S. Portero (Filtry 2025; przełożyła Agata Ostrowska). Muszę przyznać, że ta lektura pewnie by mi umknęła w powodzi tego, co się wydaje, gdyby nie audycja radiowa jej właśnie poświęcona. No i znowu szczęśliwemu przypadkowi zawdzięczam książkę ciekawą, ważną i poruszającą. Może to nie odkrycie na miarę "Drżę o ciebie matadorze" chilijskiego pisarza Pedro Lemebela, "Naszych dni wczorajszych" Natalii Ginzburg czy "Dziewczyny na via Flaminia" Alfreda Haeysa, ale naprawdę rzecz jest interesująca i poruszająca. A wspomniane w poprzednim zdaniu książki należą do kategorii odkryć, które wywarły na mnie ogromne wrażenie, a o których dowiedziałam się trochę z przypadku, bo było o nich cicho. Oczywiście jest jeszcze pokrewna kategoria  - książek bardzo ważnych, o których jest cicho, a które wybrałam świadomie, śledząc na przykład wydawnictwo. To przypadek "Imion Krymu" Anastasiji Lewkowej. Sorry za tę dygresję, ale dawno nic mnie w światku literackim tak nie zirytowało, a miałabym ochotę użyć tu słowa niecenzuralnego, jak prześlepienie przez szanowne recenzentki i szanownych recenzentów zajmujących się pisaniem o książkach zawodowo tej świetnie napisanej i super ważnej powieści. Wiem, wiem, nowości wychodzi tyle, że nikt nie jest w stanie tego ogarnąć, ale wydaje mi się, że przynajmniej ludzie zajmujący się pisaniem o literaturze z oczywistych względów powinni mieć radar nastawiony na literaturę ukraińską. Dobra, dość wzmożenia, wracam do "Niedobrego zwyczaju".

Akcja powieści osadzona jest w Madrycie w latach osiemdziesiątych w  czasach transformacji po śmierci Franco. To wtedy rozbłysła gwiazda Pedro Almodovara, to wtedy Madryt stał się miejscem, w którym to, co w sferze obyczajowej dotąd tłamszone, mogło swobodnie wybuchnąć. A przynajmniej w niektórych dzielnicach i w niektórych środowiskach. Piszę to nieprzypadkowo, bo właśnie o tym traktuje ta książka. Jest to opowieść Alex, dziewczynki uwięzionej w ciele chłopca, która wychowuje się w robotniczej dzielnicy San Blas. A tam o takich sprawach się milczy, bo nie jest tak, że ich nie ma. Powieść można zaliczyć do kategorii bildungsroman, czyli rzeczy opowiadających o dorastaniu i kształtowaniu siebie, swojej tożsamości. Tak jest i w tym przypadku. Alex, bohaterka i narratorka, opowiada swoją historię z perspektywy czasu. Zaczyna ją od momentu, kiedy była kilkuletnią dziewczynką, kończy,  kiedy po wielu perypetiach, także tragicznych, całkowicie akceptuje siebie i wreszcie wychodzi z szafy. A nie był to proces łatwy. Nie tylko ze względu na środowisko, w jakim się wychowywała, ale także z powodu  jednego tragicznego zdarzenia, które ten proces na wiele lat zahamowało. 

Co poza problemami, z jakimi musi się zmierzyć transdziewczynka i transkobieta, sprawiło, że ta powieść we mnie zostanie? No bo to akurat jest oczywiste. W końcu po to, aby poznać odmienne doświadczenia nijak nieprzystające do naszych, sięga się po takie książki. Ale czy jest coś jeszcze? Tak. Dla mnie bardzo interesujący był obraz robotniczej dzielnicy San Blas, w jakiej wychowywała się Alex, i obraz jej rodziny. Dlatego szczególnie zainteresowała mnie pierwsza część powieści, w której  narratorka portretuje swoje otoczenie - rodziców, brata, sąsiadów, a zwłaszcza sąsiadki. A jest tu kilka postaci barwnych i wzruszająco nakreślonych. Mieszkańcy tego robotniczego osiedla tworzą wspólnotę, która się wspiera. Zwłaszcza kobiety. I chociaż o wielu sprawach się milczy, o przemocy domowej, o wszelkiej maści odmieńcach takich jak Alex, to jednak ofiary tej pierwszej mogą liczyć na pomoc kobiet, a odmieńcy na cichą akceptację bez nazywania istoty rzeczy i wgłębiania się w problem. Celowo użyłam tu słowa odmieniec, bo tak są tam takie osoby postrzegane. Chociaż Alex nie odważa się mówić o swojej kondycji głośno w otoczeniu najbliższych, kryje się w szafie, to ciepło pisze o swojej rodzinie. Nawet o matce, która chyba domyśla się, że Alex nie jest takim chłopcem jak jej starszy syn, więc na wszelkie sposoby stara się podkreślać i budować w nim męskość. Bardzo zainteresowały mnie też oczywiście problemy klasowe, o jakich opowiada ta książka. Praca ojca w fabryce, działalność w związkach zawodowych, strajki, harówka matki, która dorabia sprzątaniem, trudności wynikające z biedy i pozostawienie tych ludzi na marginesie. No i jeszcze jedno, coś, na co jestem wrażliwa - piękny, oryginalny, nieprzezroczysty język, jakim ta powieść jest napisana.

Pierwszą powieścią, po którą sięgnęłam w drodze, był "Czerwony

kwiecień" Santiago Roncagliolo (ArtRage 2026; przełożył Tomasz Pindel). Od momentu, kiedy przeczytałam jego "Noc szpilek", chciałam wypożyczyć z biblioteki "Czerwony kwiecień", który ukazał się kiedyś w innym wydawnictwie i oczywiście był już niedostępny. Na szczęście zanim to zrobiłam, ArtRage, który pozostaje wierny autorkom i autorom, wznowił tę powieść peruwiańskiego pisarza. A chciałam ją przeczytać nie tylko dlatego, że podobała mi się "Noc szpilek". Oczywiście słowo podobała się w wypadku takich wstrząsających książek nie jest najlepsze. Są przynajmniej jeszcze dwa powody. Jeden to moje zainteresowanie Ameryką Łacińską, w tym Peru, a drugi to okres, o jakim ta powieść opowiada. A jest to rok 2000, kiedy właśnie zasadniczo uporano się ze Świetlistym Szlakiem, i zbliżają się kolejne wybory prezydenckie. Wystartuje w nich ponownie Alberto Fujimori, którego rządy przyczyniły się do znacznego ograniczenia działalności tej brutalnej maoistowskiej partyzantki terroryzującej  kraj w imię szlachetnych ideałów. Użyłam słowa zasadniczo, bo nie wszędzie problem został rozwiązany. Większość kraju wolna już jest od terroru, ale na prowincji, a zwłaszcza w okolicy andyjskiej miejscowości  Ayacucho wciąż jeszcze dochodzi do rozmaitych incydentów. To region, który, jak sprawdziłam, bardzo ucierpiał w tamtych czasach. 

Bohaterem "Czerwonego kwietnia" jest zastępca prokuratora okręgowego Felix Chacaltana Saldivar, który po śmierci matki i po rozwodzie wraca z Limy do rodzinnego miasta. To dziwna decyzja, bo wielu przedstawicieli aparatu władzy najchętniej by stamtąd uciekło, traktują pracę w tym miejscu jak zesłanie. Dziwny jest też główny bohater. Rozmawia ze zmarłą matką, jest służbistą, wypiera dramatyczne wspomnienia z dzieciństwa, zwierzchnicy traktują go lekceważąco. Zostaje mu przydzielona sprawa okrutnego morderstwa. Wkrótce okaże się, że dojdzie do całej serii równie makabrycznych zbrodni. Czy stoi za nimi Świetlisty Szlak? Władze za wszelką cenę wolą udawać, że tak nie jest, szczególnie, że zbliża się Wielki Tydzień, na który do miasta ściągnie tłum turystów pragnących oglądać znane w Peru obchody, no i mają odbyć się wybory, których nic nie powinno zakłócić. Felix Chacaltana Saldivar nieoczekiwanie dla siebie, wbrew woli przełożonych, którym zazwyczaj jest posłuszny, postanowi rozwikłać zagadkę tych morderstw. 

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia dotyczące tej powieści. Najpierw o tym, co mi się bardzo podobało i wciągnęło bez reszty. Oczywiście sama intryga. Trzeba przyznać, że akcja trzyma w napięciu, wszystko się wikła, następują nieoczekiwane zwroty. Im dalej w las, tym bardziej byłam ciekawa, jak to wszystko się skończy. Poza tym oczywiście interesowało mnie tło polityczne, o czym już wspominałam. Najbardziej jednak przypadło mi do gustu to, że odnajdywałam w tej powieści echa książek mojego ulubionego latynoskiego pisarza, i w ogóle jednego z najbardziej ulubionych, Mario Vargasa Llosy. Szczególnie dwóch. Nie wiem, na ile to odwołania świadome, a na ile moje luźne skojarzenia. Jedna to "Lituma w Andach". I nie chodzi tylko o to, że akcja tej powieści też nawiązuje do działalności Świetlistego Szlaku, chociaż opowiada o czasach, w których ta lewicowa partyzantka była cały czas niebezpieczna. Podobna jest atmosfera napięcia, osaczenia. Bohater znalazł się w matni tak jak Lituma i jego pomocnik pilnujący andyjskiej osady, w której mieszkają robotnicy budujący drogę. Akcja obu powieści toczy się w górach na głębokiej prowincji, w regionach, o których Lima najchętniej by zapomniała. Poczucie osamotnienia, opuszczenia, bezradności bohaterów wobec tego, co się dzieje, jest w obu powieściach dojmujące. Odnajduję  tu też jakąś dzikość wiążącą się z wierzeniami rdzennej ludności. Natomiast podobieństwo do "Pantaleona i wizytantek" dostrzegam w konstrukcji bohaterów. Obaj są służbistami, co powoduje, że powieści mają rys groteskowy. O ile pamiętam, a czytałam bardzo dawno i na pewno wkrótce zrobię to ponownie, groteski w książce Llosy jest znacznie więcej. W "Czerwonym kwietniu" robi się znacznie dramatyczniej.

Co w takim razie sprawiło, że mam mieszane uczucia? Tylko jedno - zakończenie, rozwiązanie zagadki. Wydało mi się po prostu nazbyt wydumane. Wydarzenia już tak się pokomplikowały, poobracały, że się w tym wszystkim pogubiłam. Odłożyłam powieść z poczuciem nadmiaru. Może to, kto ostatecznie stał za tymi zbrodniami, nie wydałoby mi się nieprawdopodobne, gdyby nie tyle poprzednich tropów i zwrotów akcji. Mimo to lektury nie żałuję i na pewno będę po książki Santiago Roncagliolo sięgać. W szczególności po jego reportaż o Świetlistym Szlaku, który czeka już w czytniku.

Popularne posty