Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty

Anne Enright "Strzyżyk woleoczko"

"Strzyżyk woleoczko" Anne Enright (Filtry 2024; przełożyli Piotr

Siemion i Kaja Gucio) to kolejna powieść irlandzka, po którą sięgnęłam. Ze zdumieniem stwierdziłam, że w Polsce ukazały się wcześniej dwie inne powieści tej autorki, i to jedna w dużym renomowanym wydawnictwie, ale przeszły bez echa albo ja nie zwróciłam na nie uwagi. No ale o "Strzyżyku woleoczko" nie sposób było nie usłyszeć, bo jak to zwykle bywa przy promocji książki, rozmowy z samą pisarką albo z kimś innym o jej powieści w podcastowym uniwersum wyskakiwały dosłownie zewsząd. A że i ja uległam modzie na literaturę irlandzką, więc dałam się skusić. Cóż, tym razem jednak pozostałam wobec tej książki obojętna. Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobała, nudziła, że miałam ochotę ją rzucić. Nie, nic z tego, ale spośród irlandzkich powieści przeczytanych w ostatnich latach ta zainteresowała mnie zdecydowanie najmniej. W dużej mierze wydała mi się wtórna. Minęło kilka dni od jej lektury, a ja już mam niewiele do powiedzenia na jej temat.

To historia dwóch kobiet - Carmel i jej, wychowywanej samotnie, córki, Nell. Philip, ojciec tej pierwszej i dziadek drugiej, był znanym irlandzkim poetą, pisał słodkie wiersze opiewające piękno natury - o ptakach i roślinach. Tymczasem zupełnie nie sprawdził się jako mąż i ojciec - porzucił chorą żonę i nastoletnie córki. Obiecywał i nie dotrzymywał obietnic. Żył sobie beztrosko jakby nigdy nic się nie wydarzyło. 

Kolejna kartka przyszła później tego samego roku. Przedstawiała biały wiatrak ze szkieletowym żaglem i napisem "Mykonos" pod spodem. Pocztówka została zaadresowana do nich wszystkich i zawierała odpowiedź na pytanie, którego żadna z nich nie zadała: "Każdego dnia czuję się tu coraz lepiej, dzwony rozbrzmiewają nad wodą, a na dachu małej kawiarenki rosną winorośle i zrzucają listki. Winogrona! Hep!" Wiadomość została zilustrowana wesołym obrazkiem przedstawiającym przechylony kieliszek martini z oliwką. "Na zawsze Wasz tatko". Żadna z nich nie ucieszyła się z tej wiadomości.

Historię tych kobiet i całej rodziny poznajemy z perspektywy raz jednej, raz drugiej, przy czym Nell jest narratorką rozdziałów, w których opowiada o sobie.

Czy fakt, że Carmel miała problem z ułożeniem sobie relacji z mężczyznami, był wynikiem tego, że ojciec ją opuścił, a wcześniej patrzyła na niezbyt udany związek rodziców i przemoc w domu? 

Nie wstydziły się natomiast krzyków i ciosów, pomyślała Carmel, bo te zdarzały się tylko za zamkniętymi drzwiami. Ten mężczyzna przewyższał ją dwukrotnie rozmiarami i był jej ojcem, więc grzbiet jego dłoni był nieprzewidywalny niczym pogoda, po prostu nie należało wchodzić mu w drogę. Jeśli zatem ci się to nie udawało, to sama się prosiłaś.

Czy Nell, która popełnia jeszcze większy błąd, robi to dlatego, że jest obciążona problemami rodzinnymi? To właśnie historia tej ostatniej, a ściślej opowieść o przemocowym związku, w który wchodzi, wydała mi się wtórna. O wiele ciekawiej i głębiej zrobiła to moim zdaniem Megan Nolan w "Aktach desperacji". Czy ich kłopoty i nieumiejętność ułożenia sobie życia wynikają z tego, jakie dziedzictwo dźwigał Philip? A był to bagaż przemocy, której doświadczał w dzieciństwie spędzonym na wsi. Niejednokrotnie również na nią patrzył. Jest w powieści okrutna scena - jego ojciec z zimną krwią, z zawziętością morduje borsuka, który w pewien sposób towarzyszył rodzinie, bo zadomowił się w ich ogrodzie. Miał nawet swoje imię. Jakim człowiekiem stanie się ktoś, kto w dzieciństwie jest świadkiem takiej sceny i na co dzień obcuje z przemocą? Czy jego słodkie wiersze, których bohaterką jest przyroda, to ucieczka od doświadczeń dzieciństwa? A może wyparcie?

Innym problemem poruszanym w powieści jest praca Nell w infosferze, byle jaka, śmieciowa, wykonywana dla kogoś za marne pieniądze, praca, która może daje jakąś swobodę, bo nie trzeba przychodzić do biura, ale żadnej satysfakcji.

... gdybym miała coś, co kiedyś nazywano "pracą" (...) Byłam rzeczą do wyrzucenia, nie tylko dla niego, ale dla ludzi, którzy mi płacili, i - no wiecie - infosfery, państwa narodowego, koncernów, które warzyły dla mnie alkohol. Dla influencerki Meg i jej sześciu różnokolorowych krzeseł.

Takie problemy zawsze mnie interesują, ale tym razem jakoś pozostałam obojętna. Nell, żeby poskładać swoje życie, które się rozpadło, ucieka w podróż. Zaczyna zgłębiać historię rodzinną, szuka śladów dziadka, którego nie poznała i, o paradoksie, znajduje je właśnie w infosferze. Jakiś stary wywiad z czasów, kiedy mieszkał w Stanach. Nieoczekiwanie stwierdza, że: 

Więź między nami to coś więcej niż łańcuch DNA, to rzucona z przeszłości lina, gruba, poskręcana, pełna krwi.

Ten sam wywiad na Carmel robi zupełnie inne wrażenie. Przypomina jej, jakim żałosnym pajacem był jej ojciec. Wnuczce, która dziadka nie znała, łatwiej pogodzić się z rodzinną przeszłością niż córce ponoszącej konsekwencje jego zachowania.

To tyle. Nie żałuję lektury, ale zachwytu nie było.


Rosa Liksom "Pułkownikowa"

Sama już nie pamiętam, jak doszło do tego, że postanowiłam

przeczytać "Pułkownikową" fińskiej pisarki Rosy Liksom (Marpress 2023; przełożył Artur Bobotek). Muszę przyznać, że to, chyba, druga fińska książka, po którą sięgnęłam. Tytułu poprzedniej nie pamiętam, widocznie nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Czy o niej pisałam? Nie mam pojęcia.

Dawno już nie czytałam powieści, której bohaterowie byliby tak dalece mi obcy, ba, odstręczający. Ale o tym za chwilę. Na razie parę zdań wprowadzenia. "Pułkownikowa" to, poza krótkim początkiem i takim zakończeniem, monolog tytułowej bohaterki, jej wspomnienia. Dlatego składnia przypomina miejscami składnię języka mówionego, stąd język kolokwialny, prosty, a miejscami dosadny, szczególnie, kiedy Pułkownikowa opowiada o swoim życiu erotycznym, a było ważnym elementem jej egzystencji. Główna bohaterka to postać autentyczna, urodzona w 1913 roku Annikki Kariniemi, popularna w Finlandii w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych pisarka. W powieści przewija się zresztą wiele autentycznych postaci, często takich, które niechlubnie zapisały się na kartach dziejów. 

Wielką zaletą tej książki jest zwięzły wykład historii Finlandii dwudziestego wieku. Oczywiście nie jest to wykład w dosłownym sensie tego słowa, ale śledząc losy bohaterki, można się bardzo dużo na ten temat dowiedzieć. A ponieważ na końcu zamieszczony jest słowniczek najważniejszych pojęć, postaci i zdarzeń historycznych, tym łatwiej to zrobić. Jeśli się gubiłam, o co było nietrudno, bez trudu mogłam znaleźć hasło dotyczące na przykład wojny zimowej, wojny kontynuacyjnej, wojny lapońskiej czy wyzwoleńczej. A wszystkie one rozegrały się w pierwszej połowie zeszłego wieku, począwszy od roku 1918. Muszę przyznać, że niewiele na temat historii Finlandii wiedziałam. Właściwie tyle, że Finowie walczyli w czasie drugiej wojny ze Związkiem Radzieckim, że niepodległość, świeżej daty, obronili, ale kosztem pewnych ograniczeń, które nazywa się finlandyzacją. Reszta kryła się we mgle niewiedzy, co ze wstydem przyznaję. Dlatego czytając niektóre fragmenty, otwierałam oczy ze zdumienia.

Czas  przejść do bohaterki, tytułowej Pułkownikowej. 

Pamiętałam słowa ojca, że wszystko, co dobre, pochodzi z Niemiec - religia od Lutra, kawa od od Pauliga, a ja dodałam, że nacjonalizm od  Führera. Odwróciłam się od fińskich faszystów upieczonych z kiepskich półproduktów i zaczęłam z coraz większym zapałem przypatrywać się Niemcom. Na początku zimy przyjechała do mnie do wiejskiego domu Rebeka. Zabarykadowałyśmy się w południowym pokoju na strychu. Czytałyśmy sobie na głos "Mein Kampf" Führera i byłyśmy podniecone jak małe dzieciaki.

Nienawidziłyśmy demokracji, liberalizmu, Ruskich i komunistów, niepokoiłyśmy się o losy naszej ukochanej ojczyzny będącej w szponach kryzysu gospodarczego i marzyłyśmy o nacjonalistycznym, idealnym państwie, w którym jest tylko jedna partia, jeden przywódca i jeden naród.

Takie poglądy głosi Pułkownikowa w młodości, takich poglądów nie wstydzi się po latach, kiedy wspomina swoje życie. Nie jest odosobniona. Podobnie myślała część fińskiego społeczeństwa. Nazistą był również Pułkownik, najpierw jej kochanek, potem przez lata narzeczony, a wreszcie mąż, starszy od niej o ponad dwadzieścia lat. W przyszłości sytuacja się odwróci i to ona będzie starsza od swojego trzeciego męża dokładnie o tyle samo lat. Czas wojny w jej wspomnieniach, co szokuje, to dla niej czas przygody, zabawy i spotykania czarujących żołnierzy niemieckich. O okrucieństwach, których była świadkiem, opowiada rzadko, krótko, nie rozwodząc się nad nimi, jakby mimochodem. Za to wiele miejsca zajmują w jej wspomnieniach podróże odbywane z Pułkownikiem w towarzystwie wysoko postawionych oficerów niemieckich po wojennej Finlandii czy do okupowanej Polski, przyjęcia, w których uczestniczyli Niemcy czy sport uprawiany w ich towarzystwie.

Mieszkańcy Rovaniemi mogli prawie codziennie przyglądać się wspaniałym paradom i przemarszom. Kiedy defilada się kończyła, żołnierze wypuszczali w niebo ogromną ilość kolorowych baloników, a dzieciaki z okolic za nimi biegały. Niemcy podbili ich małe, niewinne i czyste serduszka.

Mnie też nienieccy żołnierze nauczyli jeździć. Spędzaliśmy na stoku wiele dni w tygodniu i cieszyliśmy się życiem. Żołnierze to takie beztroskie dzieciaki. 

Nigdy nie żyłam bardziej niż wtedy. Pośród wojennej zawieruchy ukazywała się w pełnej krasie zabawowa strona charakteru Pułkownika. 

Trudno polubić osobę o takich poglądach, która w taki sposób wspomina wojnę. Ale Pułkownikowa ma też drugą ciemną stronę, której nie rozumiem i nie potrafię zaakceptować. To jej ślepa miłość do Pułkownika. Mimo że dość szybko zdaje sobie sprawę z jego okrucieństwa w stosunku do innych osób, nie tylko kobiet, z wielu przekroczeń, które dziś nazywamy po imieniu - to przestępstwa, z jego niewierności, to przechodzi nad tym do porządku dziennego. Cieszy się życiem u jego boku. A potem, po ślubie, kiedy staje się ofiarą jego sadystycznej natury, nie odchodzi od niego. Przyjmuje jego przeprosiny i trwa przy nim. Czytając te bardzo mocne opisy przemocy, próbowałam zrozumieć, dlaczego nie ucieka, dlaczego się nie ratuje. Długo myślałam, że nie mogła znaleźć nigdzie pomocy, że była sama ze swoim nieszczęściem, bo ci, którzy wiedzieli, co się dzieje za drzwiami ich domu, milczeli, a jednego z lekarzy, wstrząśniętego jej widokiem, stać było tylko na radę, aby osłaniała głowę. Potem jednak okazało się, że mogła liczyć na siostrę. Dlaczego nie uciekła do niej wcześniej? 

Często po tym, kiedy mnie pobił, płakaliśmy razem jak małe dzieci. Płakaliśmy z powodu tej strasznej pułapki, w której się znaleźliśmy, i modliliśmy się, żeby to cierpienie było wciąż tak samo dotkliwie bolesne. On na swój dziwaczny, chory sposób mnie kochał i dlatego nie chciałam, a może nie umiałam od niego odejść. Gdy człowiek znajdzie miłość, choćby i chorą, to ma wszystko.

Dziękuję za takie wszystko. Jest jednak w Pułkownikowej rys tragiczny. Być może nabyła syndromu ofiary, bo w dzieciństwie została skrzywdzona, co potem wyparła. Jeżeli jest coś jasnego w tej postaci, to jej umiłowanie przyrody, szczególnie lapońskiej.

... teraz naprzeciwko kwitną wierzbówki, równie piękne i bujne jak ja. W środku lata kołyszą się w jednym rytmie ze słonecznym niebem, malują całe podwórze głębokimi kolorami - fioletowym, śnieżnobiałym, żółtawym i amarantowym. Moimi towarzyszami są zorza polarna i deski w podłodze, które skrzypią, gdy stąpają po nich moje zwierzaki. Z podwórza patrzę na niebo, aż po sam jego skraj, a tam pędza razem ze mną stada ptaków, chmury i wiatr. 

Jeśli miałabym tę powieść jakoś podsumować, to nasuwają mi się dwa słowa - dziwna i zaskakująca.

György Dragomán "Biały król"

Dziś będzie o książce zapomnianej, bo wydanej w Polsce prawie

dwadzieścia lat temu. Seria, w której się ukazała, też należy już  do przeszłości. To "Biały król" György'ego Dragomána (Czarne 2007; przełożyła Elżbieta Cygielska) z porzuconej przez wydawnictwo serii Inna Europa, Inna Literatura. Obiecałam sobie, że poszperam w tym cyklu, bo można tam znaleźć prawdziwe perełki. Ot, choćby niedawno czytałam "Pływaka" Zsuzsy Bánk

A jak wpadłam na "Białego króla"? Od dawna miałam ochotę wybrać się na spotkanie Klubu Książki Środkowoeuropejskiej, ale zawsze coś mi nie pasowało. Kiedy przeczytałam listę tytułów na kolejny sezon, zainteresował mnie właśnie ten - uznałam, że to coś dla mnie.

Najpierw kilka słów o autorze. György Dragomán jest Węgrem urodzonym i wychowanym w Rumunii. Kiedy miał piętnaście lat, a był to rok 1988, jego rodzina przeniosła się na Węgry, gdzie (chyba) do dzisiaj mieszka. Wydał trzy książki. Dwa lata temu w innym wydawnictwie ukazała się jego powieść "Stos", którą mam w czytniku, ale zabierając się za "Białego króla", oczywiście nie skojarzyłam autora. Jest też tłumaczem.

"Biały król" to zbiór opowiadań, połączonych osobą narratora i innych postaci, o dzieciństwie spędzonym w komunistycznym kraju nigdzie w książce nienazwanym. Są jednak dwa tropy, chociaż wzajemnie sprzeczne. Jeden wskazuje bezpośrednio na Rumunię - ojciec narratora zostaje aresztowany i zesłany do obozu pracy przy budowie kanału Dunaj-Morze Czarne. Wiadomo, że ten rumuński kanał został wybudowany rękoma więźniów politycznych. Z drugiej jednak strony w pewnym momencie wspomniana jest wojna domowa. To z kolei wskazywałoby na rok 1956 na Węgrzech. Wprawdzie takie pojęcie też pojawia się w najnowszej historii Rumunii, ale dotyczy roku 1989, a uważne czytelniczki i tacy czytelnicy nie przeoczą informacji, że akcja toczy się w roku 1986, bo w jednym z rozdziałów mowa jest o zatajonym przez władzę wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Wprawdzie miejsce nie zostaje nazwane wprost, ale skojarzenie jest jednoznaczne. Czy autor celowo myli tropy, nie pisze konkretnie, chcąc stworzyć obraz uniwersalny? Czy może pojęcie wojna domowa to inwencja tłumaczki, wobec tego oczywistym jest, że miejsce akcji to Rumunia? 

Jeśli ktoś spodziewa się obrazu sielskiego dzieciństwa, bardzo się myli. To, co najbardziej zwróciło moją uwagę, to wszechobecna przemoc. Zaczyna się od opresji władzy wobec obywateli. Jak już wspomniałam, ojciec narratora za podpisanie jakiejś petycji zostaje aresztowany i zesłany do obozu pracy na budowę kanału Dunaj-Morze Czarne. Ani kilkunastoletni syn, ani jego matka, ani  ojciec, który był pierwszym sekretarzem partii w mieście i ma znajomości w kręgach władzy, nie mają od niego żadnych wiadomości. A wieści z tych obozów dochodzą straszne - to praca ponad siły. Czy żyje? Kiedy zostanie zwolniony? Nie sposób się dowiedzieć. Kiedy matka narratora spróbuje uzyskać jakieś informacje o mężu dzięki koneksjom teścia, który nie utrzymuje z nią kontaktów, i spotka się z jego znajomym nazywanym w książce ambasadorem, też zostanie przez niego potraktowana brutalnie. Bicie i fizyczne znęcanie się jest powszechnie stosowaną karą przez nauczycieli w szkole, ale też przez innych dorosłych wobec dzieci. I nikogo to nie dziwi. 

... Żelazna Pięść mnie nie uderzył, zgasił papierosa, potem palec wskazujący przyłożył do ust i syknął - pssst! Zamilkłem jednak dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem, że drugą rękę wkłada do kieszeni, wiedziałem, że zaraz wyjmie kastet i będzie po mnie, dobrze, jeśli skończy się na szpitalu ...

Okrutni wobec siebie są też koledzy narratora. To nie zwykłe bójki, to przemoc, która może doprowadzić do śmierci, a w wyniku jednej z zabaw, chociaż tę bitwę o piłkę i boisko trudno tak nazwać, o mało nie doszło do groźnego pożaru. Okrutni wobec siebie są także dorośli. Kiedy w sklepie skończą się pomarańcze, wybucha niezwykła agresja, która przeradza się w bijatykę, demolowanie sklepu, kradzieże i próbę linczu na bogu ducha winnej ekspedientce. Najbardziej jednak chyba przejmująca jest scena, kiedy w czasie nauki strzelania dziadek na oczach wnuka zabija kota. Ale wszechobecna jest też przemoc psychiczna. Dziadkowie narratora żyją jak pies z kotem, robotnicy kładący rury na boisku żartują sobie w okrutny sposób z narratora, twierdząc, że jego ojciec pracuje na tej budowie, a nie wrócił do domu, bo twarz ma pokrytą strasznymi bliznami po przejściu ciężkiej choroby, której nabawił się na budowie kanału. Takich przykładów jest o wiele więcej. Przemoc w tym strasznym świecie została znormalizowana i nikogo nie dziwi, nikt przeciwko niej nie protestuje i nie buntuje się. Przeciwnie, każdy przyjmuje ją jako coś zwyczajnego. 

Znormalizowane zostały też rozmaite oszustwa i kanty. Przynajmniej dwa razy dochodzi do sytuacji, że w zawodach szkolnych drużyn z góry wiadomo, która zwycięży. Nie ma się po co starać. Przeciwnie, najlepiej byłoby tak grać, aby nie zająć pierwszego miejsca. W razie czego wynik i tak zostanie sfałszowany.

... patrzyłem na usta komendantki i jak w zwolnionym tempie widziałem, że formułuje słowa, głos jednak do mnie nie docierał, tylko z ruchu warg odczytałem więc sześćdziesiąt trzy punkty, chciałem krzyknąć, że to nieprawda. To oszustwo, zdobyłem przecież komplet punktów ...

Bywa, że przerażenie miesza się z humorem. Trudno się nie uśmiechnąć, kiedy czyta się groteskowe opisy awantur czy bijatyk albo scenę, kiedy uczniowski wybryk może przerodzić się w akt sabotażu, jeśli tak zdecyduje nauczyciel.

... potem Żelazna Pięść schował wentyl, odwrócił się do mnie tyłem i udawał, że wygląda przez okno, następnie powiedział, że chyba wiem, co zrobiłem, że to nie był uczniowski kawał, tylko akcja sabotażowa, antypaństwowy sabotaż, i jak będzie chciał, to nie dość, że wyrzucą mnie ze szkoły, ale jeszcze trafię do domu poprawczego ...

Ale zaraz śmiech więźnie w krtani, bo jesteśmy świadkami jakiegoś pandemonium.

Drugim dojmującym wrażeniem z lektury jest samotność narratora. Pozornie wiedzie chłopackie życie. Spotkania z kolegami, gra w piłkę, jakieś zabawy, jakieś draki, ale głęboko odczuwa utratę ojca. Jego zdjęcie nosi w kieszeni, martwi się brakiem wiadomości. Nie znajduje jednak oparcia u dorosłych. Matka pochłonięta jest swoją rozpaczą i niemocą. W dodatku straciła pracę, bo jest przecież żoną wroga politycznego, więc dochodzi jeszcze jedna troska. Nie ma więc głowy, aby zajmować się uczuciami syna. Odnosiłam wrażenie, że czasem to on wchodził w rolę dorosłego, wyczuwając nastroje matki. Pocieszenia narrator nie znajdzie też u dziadków, których odwiedza bardzo rzadko. Zresztą o jakiej bliskości może być mowa, skoro do dziadka zwraca się towarzyszu sekretarzu. Towarzyszami są tu zresztą wszyscy, nauczyciele w szkole, trener w klubie, niemal każdy dorosły.

Straszny to świat, w którym królują przemoc, hipokryzja, strach i samotność. Świat, w którym lepiej udawać, że o pewnych sprawach się nie wie.

... wiedziałem, że są sprawy, o których nawet rozmawiać jest niebezpiecznie, na przykład, co się dokładnie działo podczas wojny domowej albo kto za ile potrafi załatwić mięso lub kawę, albo kogo i czym można przekupić, albo dlaczego pieprzonym zdrajcą ojczyzny jest pierwszy sekretarz partii i naczelny dowódca sił zbrojnych, albo kogo z naszych znajomych zabrali, czy też u kogo i dlaczego odbyła się rewizja.

Cieszę się, że odkryłam "Białego króla", chociaż gorzka to lektura.

Louise Kennedy "Nasze winy"

Jakiś czas temu, przy okazji pisania o dwóch znakomitych

powieściach, Sebastiana Barry'ego "Czas starego boga" i Megan Nolan "Zwykłe ludzkie ułomności", deklarowałam moje zainteresowanie literaturą irlandzką. Dziś będzie o kolejnym tytule z serii irlandzkiej, a w czytniku czekają kolejne! Ta książka, też powieść, to "Nasze winy" Louise Kennedy (Wydawnictwo Poznańskie 2023; przełożyła Kaja Gucio), jej literacki debiut. Recenzje miała raczej przychylne, ale koleżanka, w której gust czytelniczy wierzę, powiedziała, że to książka z gatunku tych, które dobrze się  czyta, ale nie ważą zbyt wiele. Z tym większą ciekawością zabrałam się do lektury.

Jaki werdykt? Nie jest to powieść interesująca językowo czy formalnie, ale znakomicie oddaje realia Irlandii Północnej w czasie Kłopotów, czyli trwającego latami, krwawego, naznaczonego terrorem konfliktu między zwolennikami niepodległości Irlandii Północnej czy też przyłączenia jej do Irlandii, a tymi, którzy opowiadali się za status quo. Najczęściej tych pierwszych utożsamia się z katolikami, tych drugich z protestantami, co nie do końca jest prawdą. Rzeczywistość była i jest bardziej skomplikowana. Kto chce poczytać o Kłopotach i porozumieniach wielkopiątkowych, które zakończyły wojnę domową, niech sięgnie po znakomity reportaż Patricka Raddena Keefe'a "Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej". Czyta się jak powieść sensacyjną.

Akcja "Naszych win" rozgrywa się w roku 1975 w Irlandii Północnej w miasteczku na obrzeżach Belfastu, a może w jednej z jego peryferyjnych dzielnic. Główną bohaterką jest Cushla, dwudziestoczteroletnia nauczycielka. Mieszka z razem z owdowiałą matką, która ma poważny problem z alkoholem. Jest katoliczką, pracuje w szkole katolickiej, kilka wieczorów w tygodniu pomaga bratu w rodzinnym pubie, do którego przychodzą katolicy, protestanci, a czasem żołnierze brytyjscy. Dlatego o polityce się w nim raczej nie rozmawia, aby utrzymać klientów. Właśnie tam poznaje znanego protestanckiego adwokata broniącego w procesach politycznych członków IRA. Michael, bo tak ma na imię, jest nie tylko dużo od niej starszy, bliżej mu do wieku jej rodziców niż do niej, ale na dodatek żonaty, chociaż, trzeba przyznać, niezbyt szczęśliwie. Bardzo szybko nawiązuje się między nimi romans. I w taki sposób Cushla staje się podwójnie, a może nawet potrójnie, wyobcowana.

Pierwsze wyobcowanie ma źródło w wierze i dotyczy nie tylko jej, ale całej katolickiej społeczności. Chociaż Cushla nie jest jakoś specjalnie gorliwa religijnie, wystarczy, że identyfikuje się jako katoliczka, aby w Irlandii Północnej  czuła się gorsza. Tu górą są protestanci i lojaliści (zwolennicy pozostania w monarchii brytyjskiej). Irolka, fenianka, katolka, pyrojad to zestaw przezwisk, jakimi obrzuca się katoliczki i katolików, republikanki i republikanów. 

Powinnam była mu powiedzieć, żeby się od...lił, a nie siedzieć jak grzeczna mała tubylczyni i pozwalać, żeby mnie dalej upokarzał. Chcę tylko przeżyć choćby jeden dzień bez przypomnienia, że chodzę do niewłaściwego kościoła.

Porządna protestancka whiskey. Porządni ulsterscy prtotestole. Kiedy coś było czyste i schludne, kiedy było takie, jakie powinno być, opisywano to jako protestanckie. Mawiali tak nawet katolicy. Cushla wpatrywała się w plecy pani Coyle, pragnąc, by kobieta odwróciła się i dała jej znak, owszem, ja też to słyszałam, wiem, co o nas myślą. Ale ona tego nie zrobiła. Jedyna Irolka poza Cushlą, która mogła dzisiejszego wieczoru przekroczyć próg tego domu, już nią gardziła. 

Jeśli się nie wychyla, nie opowiada politycznie, może przetrwać, chyba, że stanie się przypadkową ofiarą zamachu, a te są na porządku dziennym. Autorka znakomicie oddaje atmosferę ciągłego zagrożenia, wzajemnej nienawiści, strachu, bezradności, bo jeśli ktoś identyfikuje się z Kościołem katolickim, raczej nie może liczyć na gorliwość policji, kiedy stanie się obiektem prześladowania ze strony protestantów. Ale tu nic nie jest proste. Konflikty mogą też przebiegać wewnątrz grupy. Dotyczy to małżeństw mieszanych albo osób takich jak Michael, które próbują przekraczać granice, patrzeć na rzeczywistość irlandzką obiektywnie. Wtedy narażasz się obu stronom. I policja też nie będzie reagować. Narazić się możesz zwyczajnym ludzkim gestem, chęcią pomocy poszkodowanym, jeśli nigdzie nie pasują. Tak dzieje się z Cushlą, która powodowana ludzkim odruchem pomaga rodzinie swojego ucznia prześladowanej przez obie strony konfliktu. Wystarczy, że matka jest protestantką, a już są wszędzie obcy. Ostracyzm dotknie nie tylko Cushlę, ale całą jej rodzinę.

Kolejny powód wyobcowania bohaterki wiąże się z jej zakazaną miłością. To jasne, że muszą się ukrywać. Nie dość, że Michael ma żonę, to jeszcze na dodatek jest protestantem. Są zdani na ukradkowe spotkania, takież telefony, narażeni na to, że ktoś ich zobaczy razem. Jak zawsze w takiej sytuacji, to kobieta ponosi większe koszty i to kobieta jest zależna od mężczyzny. Musi się dostosować do jego wolnego czasu. Czeka na telefon, umiera z tęsknoty, kiedy przez jakiś czas nie daje znaku życia, obiecuje sobie, że nie będzie gotowa na każde jego gwizdnięcie, po czym rzuca wszystko, kłamie, byle tylko się z nim chociaż na chwilę zobaczyć. Beznadziejnie zakochana kobieta.

Gdyby tu nie przyszła, siedziałaby w domu z matką, ale Michael miał mnóstwo możliwości do wyboru. Miał przyjaciół, pieniądze. Rodzinę.

Jest jeszcze jeden powód wyobcowania. Michael wprowadza Cushlę do swojego towarzystwa - uczą się irlandzkiego, a ona ma im udzielać lekcji. Są starsi od niej, mają zawodową pozycję, to dziennikarze, artyści, należą do lepszej sfery, stoi za nimi tradycja ich rodzin, no i są protestantami. Cushla czuje się wśród nich obco, uczy w szkole, pochodzi ze zwyczajnej rodziny, no i jest katoliczką. Poza tym oni świetnie się znają, łączy ich przyjaźń, przeszłość, praca, zainteresowania. Ona wtargnęła do ich świata, jest intruzką. Ma wrażenie, że nią gardzą, że prowokują, że wyszydzają, czuje na sobie ich pogardliwe, karcące spojrzenia, no i oczywiście, na pewno uważają, iż Michael źle wybrał. Tak naprawdę znają go lepiej niż ona, wiedzą o nim to, o czym ona nie ma pojęcia. Nie tyle gorszy ich sam romans, ile jej osoba. Dlaczego w takim razie przychodzi na te spotkania? Bo to jedna z niewielu możliwości widywania go. No i on o to prosi, więc nie potrafi odmówić. Zresztą ona też czuje się od niego gorsza. Starszy, lepiej wykształcony, o ugruntowanej pozycji zawodowej, bardziej doświadczony. A ona? Kim jest ona? Młodą nauczycielką z katolickiej szkoły spędzającą wieczory z matką alkoholiczką, której musi pilnować. Autorka bardzo dobrze oddała wszelkie niuanse takiego związku. Cushla, która potrafi być zdecydowana w innych sprawach, wie, czego chce, co powinna, potrafi się nie ugiąć pod presją otoczenia, w relacji z Michaelem staje się bezbronna.

Na mnie powieść Louise Kennedy zrobiła wrażenie. Nie jest arcydziełem języka i formy, ale opowiada o czymś ważnym, potrafi przykuć uwagę i poruszyć.

Laura Restrepo "Delirio"

Nie pierwszy raz wspominam tutaj o moim zainteresowaniu

Ameryką Łacińską. Oczywiste jest więc, że szukam literatury z tego obszaru świata. Jakiś czas temu wysłuchałam podcastu SWPS o trzech pisarkach kolumbijskich i o tym, jak widzą swój kraj. To Laura Restrepo, Pilar Quintana i Lorens Salazar Masso. Kilka ich książek ukazało się w Polsce, niektóre wiele lat temu! Wypisałam sobie te tytuły, które mnie zainteresowały i będę chciała przeczytać. Na razie sięgnęłam po pierwszą, druga czeka na podorędziu i w najbliższym czasie zamierzam się z nią zmierzyć. A dziś będzie o "Delirio" Laury Restrepo (Amber 2005; przełożyła Ewa Morycińska-Dzius), powieści nagrodzonej jedną z istotnych nagród literackich hiszpańskiego obszaru językowego. Blurba na okładkę napisał sam Jose Saramango. Dodam jeszcze, że Laura Restrepo wśród wymienionych przeze mnie pisarek reprezentuje najstarsze pokolenie, rocznik 1950, uważana jest za jedną z najważniejszych autorek Ameryki Łacińskiej. W Polsce ukazały się cztery jej książki. 

Muszę przyznać, że niełatwo wchodzi się w tę powieść. Przyczyn jest kilka - niewyodrębnione dialogi, narracja zmieniająca się z trzecioosobowej na pierwszoosobową czasem nawet w obrębie tego samego zdania, które, kolejna trudność, bywają długie, a dodatkowo bez przecinków w wielu miejscach i nie przypuszczam, aby było to bałaganiarstwo redakcji czy korekty. Ale największym problemem jest ciągły tekst, niepodzielony na akapity w obrębie kilkustronicowych fragmentów zastępujących rozdziały. A ponieważ czytałam tę powieść w wersji papierowej, a druk był raczej mniejszy niż większy, dochodziła dodatkowa trudność. W takich przypadkach widać wyższość czytnika, niestety książka wydana została w czasach przedebookowych, a wznawiana nie była. Pozornie niezbyt wielka objętość, 214 stron, jest w tym wypadku myląca. Kiedy jednak przyzwyczaiłam się do takiego sposobu pisania, do małej czcionki trudno przywyknąć, nie mogłam się od tej powieści oderwać. 

Jest to historia bogatej rodziny Londoño i kilku powiązanych z nią osób. Takie rodziny nazywa się czasem old money, czyli starymi pieniędzmi. Ta nazwa pada kilka razy w powieści. Chodzi o rodzinę zakorzenioną, taką, która swoje bogactwo i idący za nią autorytet, szacunek, a czasem strach zdobyła dzięki swoim przodkom i rodzinnym koligacjom w odróżnieniu od wszelkiej maści nowobogackich, których majątek jest świeżej daty. To w tej powieści ważne, bo jednym z głównych bohaterów jest przyjaciel Joaco Londoño, od szkolnych czasów,  Midas McAlister, który pochodzi z biednej dzielnicy Bogoty, wychowywał się bez ojca, matka ciężko pracowała, aby go wychować i kształcić, a on do bogactwa i pozycji doszedł samodzielnie, dzięki sprytowi, pracowitości i lewym interesom. Jest właścicielem dużego klubu fitness, ale wielkie pieniądze przynosi mu współpraca z bossem narkotykowego świata, Pablo Escobarem. Dzięki jego kontaktom zarabia też kilku jego bogatych przyjaciół, także Joaco. Chociaż Midas jest ich kompanem, stale czuje się gorszy. Starannie ukrywa swoje pochodzenie.

... wy, państwo Londoño, zawsze czuliście się najlepszymi, chcę powiedzieć, że w swoim apogeum, pańscy i swobodni, w starych sukiennych spodniach, wysokich botach do jazdy na własnych koniach i noszonych z niedbałą elegancją tweedowych marynarkach lub obszernych pulowerach robionych ręcznie z wełny surowej i pachnącej, z owiec, które, podobnie jak konie, też są waszą własnością i Midas na pewno nie ma na myśli tych ciasnych swetrów robionych przez jego własną matkę z motków zielonej i szarej wełny kupowanej w sklepiku z pasmanterią na rogu; trzeba podkreślić, że jedne od drugich dzieli przepaść. (...) jeśli nie urodzisz się z tym nigdy tego nie osiągniesz.

(Interpunkcja w cytatach oryginalna.)

Symbolem, który Midas przywołuje kilka razy, jest sukienka chrzcielna, piękna, droga i, najważniejsze, dziedziczona po przodkach. Jeśli kiedyś miałby dziecko, nawet gdyby kupiłby mu do chrztu najpiękniejszą, najdroższą sukienkę, to nie będzie to ta, w której byli chrzczeni jego ojciec, dziadek, pradziadek. Dlatego ukrywa swoje pochodzenie.

Nieszczęsna moja mama, gdyby wiedziała jakie straszne kalumnie rozpowiadam o niej, tak godnej i tak się poświęcającej, w swojej czarnej sukni, wykrzywionych pantoflach, wiecznie z różańcem w dłoni i z tymi jej wędrówkami od sklepu do sklepu byle tylko znaleźć najtańszą soczewicę i ryż, moja matka pasowała idealnie do dzielnicy, w której wszyscy byli mniej więcej podobni do siebie ...

Ale czy jest czego zazdrościć rodzinie Londoño? Midas, który dzięki przyjaźni z Joaco wiele o nich wie, w gruncie rzeczy nimi pogardza. Patrzy na nich z zewnątrz i dostrzega przemoc fizyczną i psychiczną, hierarchię, patriarchalne stosunki, maczyzm, hipokryzję, nietolerancję dla wszystkiego, co według nich nie jest normą, a przede wszystkim to, że o tym, co niewygodne, się milczy. Taką taktykę stosuje Eugenia Londoño, matka Joaco i jego dwojga rodzeństwa. Problem nie istniej, dopóki nie zostanie nazwany.

... matka podejmuje temat i po chwili wycofuje się krążąc i osładzając zdania z tym jej zadziwiającym darem zatajania prawdy tak dla niej charakterystycznym, w którym Joaco także celuje bo od dzieciństwa to trenował i proste prawdy oblane lukrem dwuznaczności stają się wygodne i cywilizowane do tego stopnia że w pewnej chwili tracą sens, aż powstają wygodne wersje historyczne i kłamstwa wysokie jak góra które ich dwoje zgodnie przetwarza na autentyczne. 

Midas nazywa to Katalog Londoño Podstawowych Fałszywych Informacji.

Jakby nic się nie wydarzyło, prawda, Eugenio?, bo w pani rodzinie, Eugenio, nigdy nic się nie wydarza, chciałby powiedzieć Midas ...

... nie rzucę pani tego w twarz bo ja też umiem grać w tę grę która się nazywa Nie myślę o tym ergo to nie istnieje, albo nie mówi się o tym a zatem to się nie wydarzyło.

Kto nie chce się podporządkować tym regułom, musi odejść. Odchodzi ciotka Sofia, siostra Eugenii, ona też potrafi na nich spojrzeć z boku, odchodzi najmłodszy z rodzeństwa, Robaczek, dręczony przez ojca, bo odstaje od normy męskości, maczyzmu. Zanim odejdzie spróbuje wyjąć z serca matki, Królowej Śniegu, symboliczny lodowy kolec, aby zdjąć z niej czar. Z Baranka, Ofiary, którymi był dotąd, przedzierzgnie się w symbolicznego ojcobójcę, ale nikogo za sobą nie porwie, ojcobójstwo się nie uda, a poniósłszy klęskę i nie chcąc dalej być ofiarą, odchodzi. Eugenia pozostanie Królową Śniegu posłuszną mężowi, a potem najstarszemu synowi, Joaco, który wpisał się w ten odwieczny schemat.

W tej rodzinie jest jeszcze jedna zbuntowana osoba, Agustina, siostra Joaco i Robaczka. To ona jest główną bohaterką tej powieści. To od jej zniknięcia wszystko się zaczyna. Jest żoną Aguilara, starszego od niej, lewicującego profesora literaturoznawstwa, który jakiś czas temu w wyniku strajków stracił pracę na uniwersytecie i zarabia jako akwizytor karmy dla psów. Dla Agustiny porzucił żonę i dzieci. Pewnego razu  kiedy wraca do domu z kilkudniowego służbowego wyjazdu, stwierdza, że zniknęła. Wkrótce zadzwoni jakiś nieznany mu mężczyzna i poprosi go, aby zabrał swoją żonę z jednego z hoteli. Co tam robiła? Z kim była? To jedna z tajemnic tej powieści. Czytelniczki i czytelnicy odkrywają prawdę stopniowo. W taki sam sposób powoli poznają historię rodziny Londoño, Midasa i Aguilara. Z puzzli składających się z fragmentów przedstawiających zdarzenia z punktu widzenia Aguilara, Midasa i Agustiny oraz z tych, które są opowieścią o jej dziadku i babci, rodzicach Eugenii i Sofii, składamy sobie całość.

Wracam do Agustiny. Jej niezgodą na rzeczywistość jest bunt, który prowadzi do szaleństwa. To tytułowe delirio. Można je traktować dosłownie - Agustina prawdopodobnie cierpi na jakąś chorobę psychiczną, którą  pewnie dziedziczy po swoim niemieckim dziadku, ojcu matki. Już jako dziewczynka odprawiała razem z bratem magiczne rytuały, które mogły być zabawą, ale mogły też zwiastować ucieczkę w jej wyimaginowany świat. Ale oczywiście aż prosi się, aby ten stan potraktować jako metaforę niezgody na zakłamaną rzeczywistość jej rodziny, a może nawet szerzej na to, co dzieje się w kraju. Bo tłem dla historii Londoñów i Midasa jest sytuacja społeczna, o tej już wspominałam, i polityczna. A wszystko sprowadza się do przemocy symbolicznej i codziennej - zamachów, porwań, rozbojów. Jeśli ktoś niewiele wie o dramatycznej i tragicznej historii Kolumbii, o wojnie domowej, która trwała w tym kraju przez pięćdziesiąt dwa lata, a zakończyła się zaledwie osiem lat temu, a i wcześniej było burzliwie, zachęcam do sięgnięcia po zbiór reportaży Macieja Wesołowskiego "Cafe Macondo". Ja przeczytałam je niedawno, była to moja, jedna z trzech, lektura podróżna, niestety nie zdążyłam o niej napisać i pewnie to już się nie uda. Kto interesuje się Ameryką Południową, powinien tę książkę poznać.

Ale można też "Delirio" potraktować jako historię wielkiej miłości. Bo takie jest uczucie Aguilara do Agustiny. Już ich pierwsze spotkanie zwiastowało burzliwą przyszłość i czytając o tym, jak przebiegało, pomyślałam sobie - chłopie, powinieneś już wtedy wziąć nogi za pas i uciekać, gdzie pieprz rośnie. Ale on uległ urokowi tej ekscentrycznej dziewczyny i zakochał się bez pamięci, a potem, mimo jej niełatwego charakteru, mimo trudów życia z osobą chorą, był z nią, a kiedy dochodziła do siebie, co następowało równie nagle jak popadnięcie w to tytułowe delirio, natychmiast zapominał o wszystkich problemach oraz uciążliwościach i znowu był niebotycznie szczęśliwy.

Bardzo ciekawa, interesująco napisana, wielowarstwowa powieść.

Katarzyna Groniec "Kundle"

Myślę, że nie tylko ja byłam bardzo zaskoczona, kiedy

dowiedziałam się, że znana piosenkarka, Katarzyna Groniec, wydała książkę. Nie, nic plotkarskiego, żaden zbiór felietonów czy innych rozważań, żaden wywiad-rzeka, ba, żadna powieść pop z kluczem środowiskowym. No bo jeśli już, to właśnie czegoś takiego spodziewalibyśmy się po celebrytce. Prawda? Tu przesadziłam, bo Katarzyna Groniec celebrytką nie jest. No to po nieco niszowej piosenkarce. Tymczasem "Kundle" (2023) ukazały się w wydawnictwie Nisza, które byle czego nie wydaje i jest tak niszowe, że nie ma nawet swojej strony, dobrze, że prowadzi media społecznościowe. Może brzmi to ironicznie, ale nie jest. Cenię sobie Niszę, dlatego obserwuję ją w socialach, aby być na bieżąco z tym, co wydaje. Ale wróćmy do "Kundli". Kolejnym zaskoczeniem były znakomite recenzje. Nie słyszałam krytycznej! A kropką nad i okazała się nominacja do prestiżowej Nagrody Literackiej Gdynia, a że to nie wypadek przy pracy, potwierdziły dwie nominacje do nagród dla debiutantów - Nagrody Gombrowicza i Nagrody Conrada. Po Gdyni pękłam i postanowiłam przeczytać. Ja również jestem pod wrażeniem!

Książka jest krótka, trochę ponad sto stron. Coś pomiędzy zbiorem opowiadań, a powieścią. Całość spięta miejscem i bohaterkami oraz bohaterami. Miejsce to miasto między Rybnikiem i Zabrzem, w pobliżu znajduje się Toszek, po niemiecku Tost, gdzie mieści się dom wariatów. Dziś oczywiście to słowo niepoprawne, ale w czasach, kiedy rozgrywają się wydarzenia, tak nazywano szpitale psychiatryczne. A bohaterki i bohaterowie? To tytułowe kundle, ludzie pogardzani, o niepewnej tożsamości, którą sami wolą ukrywać, i jednocześnie z nizin społecznych albo w jakiś sposób niedostosowani, odstający od tego, co lubimy nazywać normalnością. Mamy więc Adama, który ukrywa swoje żydowskie pochodzenie, zmienił imię i nazwisko, w głowie słyszy wielką muzykę, ale jest tylko jej nauczycielem i to on, nie potrafiąc poradzić sobie z rzeczywistością i ze wspomnieniami przeszłości, trafia od czasu do czasu do tego domu wariatów. Jest Goryl, czyli Andrzejek, chłopiec, też powszechnie uważany za wariata, albo jak dziś mówimy za dziecko z niepełnosprawnością intelektualną. Jest Fatima, jego matka, cygański podrzutek, pokochana przez Rubą Ernę, która zastąpiła jej matkę. Jest Sophie, autochtonka, kiedyś Niemka, po wojnie Polka, matka trójki dzieci, pomiatana i bita przez męża. Pracuje w szpitalnej pralni. Jest wreszcie Aszer, czyli Asia, jej córka, salowa w szpitalu wariatów. Pojawia się też trochę postaci drugoplanowych czy epizodycznych. Są sąsiadami z dzielnicy, niektórzy z familoku, w którym mieszkają. Żyją obok siebie, zmagają się z codziennością i demonami przeszłości. Starsze pokolenie, Adam, Fatima, Sophie, jest naznaczone przez wojnę. Młodsze pewnie dziedziczy traumy. Niemal za każdym stoi jakiś fascynujący życiorys, z tych ciężkich, więc na pewno nikt nie chciałby się z nimi na ich życia zamienić. Ja przyglądałam się im z sympatią i, chciałoby się powiedzieć, z czułością, gdyby to słowo nie było samo w sobie egzaltowane i już nieco zużyte.

Oczywiście w literaturze wszystko już było, nie raz stykałam się z podobnymi bohaterkami i bohaterami, dlatego ważne są forma i język. I właśnie to sprawia, że książka Katarzyny Groniec jest taka interesująca. Pisarka nie opowiada losów bohaterów po bożemu. Rozmaite teraźniejszości mieszają się z przeszłością przed i wojenną, czasem opowieść narratora albo narratorki wybiega w przyszłość, zdradzając odrobinkę z losu bohaterek i bohaterów. Innym razem ktoś pokazuje alternatywne losy postaci, spekulując nad rolą przypadku w życiu.

A gdyby Rimski-Korsakow wyjechał do Toronto, tak jak swego czasu wyjechali z Ukrainy rodzice Staryka, to jego dzieci i wnuki by żyły. Co z tego, że nie byłoby suity, nikt by nawet nie zauważył, że jej nie ma, nikt by nie odczuł pustki, bo dźwięki przecież i tak wszędzie się pałętają i każdy może je spisywać do woli, wystarczy je usłyszeć.

Autorka pewne zdarzenia, szczególnie te z przeszłości, tylko sygnalizuje, resztę możemy wyczytać między słowami. Przecież wojna i Zagłada zostały już tyle razy opowiedziane. Kręci się to wszystko niczym diabelski młyn - pewne sceny się powtarzają, teraźniejszość, przeszłość i przyszłość pojawiają się w rozmaitych konfiguracjach. Wiele tu zagadek, ze strzępów, z pojedynczych scen składałam sobie losy bohaterek i bohaterów, konfiguracje pomiędzy nimi, ich światy. Nad wszystkim unoszą się melancholia i mrok. 

Pisałam o zagadkach. Nie dotyczą one tylko losów bohaterek i bohaterów, ale także narratora/narratorki, który/która ujawnia się od czasu do czasu. Kim jest? Bogiem/boginią? Jakąś siłą czuwającą nad bohaterkami i bohaterami? Duszą świata, która wnika we wszystko?

Zgięty wpół Goryl wydaje się z wysoka maleńki jak złamana zapałka. Wiem, że kieszenie ma pełne kamyków i że najpewniej znowu szuka pustej muszli po ślimaku. Wzbijam się wyżej, ale tak naprawdę nie ja frunę teraz nad kościelną wieżą. (...) Spływam za to rzekami do mórz i oceanów, faluję wodorostami, płynę z ławicą ryb, mijam kraby i ukwiały, mijam rafy koralowe.. Ale tak naprawdę nie płynę, tylko przedzieram się przez ziemię, jak mój towarzysz kret, połykam i wydalam glebę z dżdżownicą, którą jutro Szczerbaty przetnie na pół patykiem, rozpycham się pęczniejącym ziarnem na pozór nikomu niepotrzebnej rośliny. Ale tak naprawdę jestem tym patykiem, który Szczerbaty urwał z przydrożnego krzaczka. I Szczerbatym jestem.

Jestem dla wszystkich. Odprowadzam każdą żywą istotę. I tę, co przeszła mimo, nie przeczuwając nawet mojej obecności, i tę, co mój dotyk poczuła i odtąd od czasu do czasu na piersi jej się kładę ciężarem, i tę, co całe ziemskie życie pędziła moją obecnością naznaczona. Na ludzkich umysłach jak na instrumentach muzycznych można grać wiele melodii, więc wygrywam na nich rzeczywistość, do jakiej zostali stworzeni. Rozdaję kształty, sobie kształtu nie nadając, i kolory, pozostając bielą. Upuszczam im na pożarcie idee, jak po kryjomu dziecko upuszcza chleb psu,  który pod stołem liże łydki. Rzucam w nich pomysłami (...). Śnię się ludziom i zwierzętom albo nie śnię się wcale. Nie rozniecam wojen ani nie czynię pokoju. Odprowadzam tych, którym już trzeba odejść. Niektórzy mnie przeczuwają i próbują tłumaczyć mnie sobie innym językiem, pełnym nieporozumień, zyskując miano szaleńców, proroków czy mesjaszy. A ja odprowadzam tych, którym życie po prostu wypełniło się rzeczywistością aż po brzegi i nie zmieści się już ani kropli więcej.

Trochę przypomina mi ten zabieg to, co zrobił Szczepan Twardoch w "Morfinie" i w "Królu". Przyznam, że jeśli coś wydaje mi się naddatkiem w książce Katarzyny Groniec, to właśnie to. 

Kolejną zagadką, a może bardziej pytaniem o nią, jest pojawiające się w książce pojęcie Ciszy, czasem nawet Wielkiej Ciszy, tak właśnie zapisywanej - z dużej litery. Co to za Cisza? Coś, co zapada nad losem bohaterów? Coś, co ich czci? Coś, co uspokaja, daje ukojenie? Coś, co pozwala im zniknąć? Coś, co pozwala się zadumać, stanąć na chwilę, zamyślić? Wszak mówimy, ciszej nad tą trumną, minuta ciszy, pragniemy ciszy. Ale też cisza, czyli niemówienie, zamilczanie, tabuizuje.

Cisza wypełzła z bocznych ołtarzy i sunęła po zimnej kamiennej posadzce. Oplatała ławki i kolana świętych, wpełzła na ambonę, omiotła zziębnięte aniołki i Dzieciątko Jezus, owinęła się surowym milczeniem wokół krzyża, dotarła do prezbiterium i wypełniła je szczelnie kadzidlanym zapachem. Kościół zniknął i pojawił się na nowo, huśtnął i wrócił do swojego stałego stanu zawieszenia między niebem a ziemią. 

(...) Adam usłyszał i zobaczył spod kurtki Zbyszka, pseudonim Kula, który go wygrzebał spod Ciszy i sterty liści i mocno przytulił (...). 

I potem w tym śnie zapadła Wielka Cisza. Ktoś wcisnął przycisk i od tego wciśnięcia świat zaczął się kręcić już bez głosu, a one usiadły na zydelkach, jakby się miały zabrać do obierania kartofli. Matka Boska wyciągnęła zza pazuchy dwie trochę wymięte, skręcone naprędce cigarety i obie se zakurziły. 

Celowo wydłużyłam ostatni cytat, aby pokazać, że książka bywa też dowcipna. Matka Boska paląca razem z bohaterką papierosy i udzielająca jej rad, pyszne.

No i wreszcie język. Niebanalny, ciekawy, kunsztowny, taki, który sprawia dodatkową przyjemność w trakcie lektury, pozwala się nią rozkoszować. Irytuje mnie ta egzaltacja, ale czasem trudno znaleźć lepsze słowo. Nie będzie kolejnych cytatów, próbkę pokazują te, które już się pojawiły.

Warto sięgnąć po króciutką książkę Katarzyny Groniec, warto się nią delektować, warto pochylić się nad losami bohaterek i bohaterów.

Santiago Roncagliolo "Noc szpilek"

Ponieważ mój czytelniczy radar w sposób szczególny nastawiony

jest na Amerykę Łacińską, co oczywiście nie oznacza, że z automatu czytam wszystko, co stamtąd do nas przychodzi, nie ominęłam powieści peruwiańskiego pisarza Santiago Roncagliolo "Noc szpilek" (ArtRage 2024; przełożył Tomasz Pindel). To już trzecia książka tego autora wydana w Polsce, aż dziwne, że wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi. Po lekturze jestem pewna, że sięgnę po "Czerwony kwiecień". Już sobie namierzyłam w bibliotece. Z tego prosty wniosek, że "Noc szpilek" spełniła pokładane w niej oczekiwania.

Jest to tego typu powieść, którą z jednej strony znakomicie się czyta, nie można się od niej oderwać - po nudnym jak flaki z olejem "Indian tangu" Anandy Devi, na które pomstowałam tydzień temu, to była prawdziwa ulga. Z drugiej strony trudno powiedzieć, aby lektura sprawiała przyjemność, bo ciężar gatunkowy tego, o czym autor pisze, czasem trudno udźwignąć. Jest to opowieść czterech dorosłych facetów, którzy w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku spotkali się w jednej z męskich szkół katolickich w Limie. Raczej nie cieszyli się uznaniem i szacunkiem kolegów, uważani byli za mięczaków i ofermy. Kiedy nagle dochodzi do konfliktu między nimi, a surową i nielubianą nauczycielką, panną Pilgrin, nieoczekiwanie stają się bohaterami rówieśników. Każdy z nich ma jakiś powód, aby się na niej odegrać. To, co zaczęło się od szkolnego wygłupu nastolatków, nieposłuszeństwa i buntu, nieoczekiwanie wymknęło się spod kontroli. Carlosa, Manu, Moco i Beto z jednej strony na zawsze połączyły tamte wydarzenia, z drugiej zrobili wszystko, aby wspomnienia o nich stłumić i wyprzeć, aby żyć tak, jakby tamto się nie zdarzyło. Po latach szczerze o tym opowiadają przed kamerami. Kto kręci ten dokument? reportaż? Dlaczego zdecydowali się przerwać milczenie, chociaż to dla nich trudny, bolesny i niewygodny temat? Tego dowiadujemy się na końcu. Każdy z nich przedstawia swoją wersję historii, każdy trochę inaczej pamięta tamte zdarzenia, a już na pewno trochę inaczej je interpretuje. Dzięki temu, że ich opowieści prowadzone są naprzemiennie i stale zmienia się perspektywa, akcja jest bardzo dynamiczna. Z jednej strony chciałam wiedzieć, co dalej, z drugiej przerażało mnie to, co czytałam.

Bo wszystko jest tu przerażające. Szkoła, do której chodzą chłopcy. Z jednej strony surowe zasady, katolicki dryl, z drugiej bezduszność. Wszystko oczywiście w imię dobra uczniów. A pod powierzchnią aż kipi od nastoletniego testosteronu. Nikt z tymi chłopakami nie chce i nie umie rozmawiać o ich problemach. Królują zakazy i kary. Trudno też polubić pannę Pilgrin, która wiedzie chyba prym wśród surowych nauczycieli. Wydaje się być niewzruszona i odporna na niewybredne wygłupy nastoletnich uczniów, a karanie ich sprawia jej przyjemność. Przynajmniej takie wrażenie odniosłam. Dopiero kiedy potem poznałam ją bliżej, jej tragiczną osobistą historię, kiedy obserwowałam to, co się jej przydarza, odnalazłam w niej ludzkie rysy. Z jednej strony współczułam, z drugiej podziwiałam jej wolę walki i zimną krew, którą starała się zachować. Jaka by nie była, nie powinno było ją spotkać to, co spotkało. 

Przerażające jest oczywiście to, co robią Carlos, Manu, Moco i Beto. Jednak kiedy poznajemy ich relacje rodzinne i kraj, w którym żyją, rozumiemy, że to okoliczności łagodzące - w sądzie wykorzystałby je każdy adwokat, gdyby do rozprawy doszło.  Chociaż trzech z nich pochodzi z dobrych rodzin i mieszka w dobrej dzielnicy, trudno te rodziny uznać za szczęśliwe. Dziś nazwalibyśmy je dysfunkcyjnymi. Jeszcze gorzej wyglądają relacje rodzinne czwartego. Przede wszystkim w ich domach panuje kult macho i jeśli z jakiegoś powodu tego silnego faceta zabraknie, syn czuje się nieszczęśliwy. Matka zajęta swoimi problemami nie potrafi z nim rozmawiać albo próbuje go chronić przed trudną dla niego wiedzą. Jeszcze gorzej jest, kiedy to matki zabraknie, a ojciec na oczach syna z powodu żalu i alkoholu staje się wrakiem. Wtedy nastoletni syn musi wejść w rolę macho. Skąd czerpie wzorce? Z filmów, które stają się dla niego jedyną rozrywką, wytchnieniem, niosą na chwilę zapomnienie. Miłość do kina okazuje się zgubna, bo mądrości stamtąd wyniesione nie bardzo sprawdzają się w prawdziwym życiu. Jednak nawet jeśli ten silny ojciec w domu jest, niewiele to zmienia, bo syna kształtuje na swoje podobieństwo i nie dopuszcza myśli, że może być wrażliwy, delikatny, że może nie ma w nim tego machystowskiego pierwiastka. 

Carlos, Manu, Moco i Beto są w gruncie rzeczy przeraźliwie samotni. Mają dużo swobody, ale to wynika z tego, że dorośli się zajęci swoimi sprawami albo chcą mieć święty spokój. Dopóki nie wzywa się ich do szkoły, wszystko jest w porządku. Ale nawet na pretensje nauczycieli rodzice reagują różnie. Bywa, że je lekceważą, szczególnie ojcowie, bo przecież nastolatek musi się wyszumieć, a ja byłem kiedyś taki jak mój syn. O swoich nastoletnich problemach nie mogą szczerze porozmawiać ani w domu, ani w szkole, ani między sobą. Bo przed sobą też grają, też starają się założyć maski cynicznych macho. Każdy kto się choć trochę odróżnia od powszechnego wzorca, musi to za wszelką cenę ukryć i tym większego cynika i twardziela zgrywa.

Przerażający jest też kraj i czasy, w których żyją. To Peru lat dziewięćdziesiątych. Świeża w pamięci jest wojna z Ekwadorem, jeszcze dogorywa Świetlisty Szlak. Limą wstrząsają ataki terrorystyczne, zabójstwa nie tylko na tle politycznym, często zdarzają się wyłączenia prądu spowodowane wysadzaniem infrastruktury energetycznej. Są dzielnice, do których lepiej się nie zapuszczać. Każdy zna granice, których nie powinien przekraczać. Większość tych zbrodni pozostaje bezkarna, a sprawcy niewykryci. W takim świecie, gdzie przemoc jest codziennością, gdzie można zginąć na ulicy, obojętnieje się na zło i śmierć. Bardzo łatwo stanąć po tej drugiej stronie.

Juan Gabriel Vasquez "Kształt ruin"

Długo zastanawiałam się, czy sięgnąć po powieść kolumbijskiego

pisarza Juana Gabriela Vasqueza "Kształt ruin" (Echa 2020; przełożyła Katarzyna Okrasko). Z jednej strony literatura latynoska, a ściślej kolumbijska, i znakomite recenzje, z drugiej coś w przeglądanych pobieżnie recenzjach sprawiało, że nie mogłam się zdecydować. W końcu jednak postanowiłam przeczytać. Co było tym ostatecznym impulsem, już sama nie pamiętam. Chyba obietnica, że dowiem się czegoś o trudnej kolumbijskiej przeszłości. 

Cóż, to już trzecia książka w ostatnim czasie, która mnie rozczarowała! Dwie pierwsze to "Psi park" Sofi Oksanen i "Sofia albo początek wszystkich historii" Rafika Schami'ego. Były partie, od których nie mogłam się oderwać, ale inne mnie nudziły. Drażniła  też sama forma - książka sprawiająca wrażenie literatury non-fiction, okazuje się jednak w końcu literacką kreacją. Autor, który siebie zrobił jednym z bohaterów tej opowieści, a osią akcji uczynił dwa ważne momenty z kolumbijskiej historii, zaznacza jednak na końcu, że prawdziwe postacie, zdarzenia czy dokumenty zostały poddane beletrystycznej obróbce, a czytelnik, który chciałby doszukiwać się podobieństwa do rzeczywistości, robi to na własną odpowiedzialność. Nic nie poradzę na to, że chciałabym jednak wiedzieć trochę więcej o tym, co jest prawdą, a co zmyśleniem. 

Oczywiście łatwo sprawdzić, że Rafael Uribe Uribe i Jorge Eliecer Gaitan to  kolumbijscy politycy, którzy zostali zamordowani w Bogocie przez swoich przeciwników. Pierwszy w roku 1914, drugi w roku 1948. Po śmierci Gaitana wybuchły kilkudniowe krwawe zamieszki, w czasie których z rąk wojska zginęły setki jego zwolenników i przypadkowych ludzi. To też prawda. Te dni zyskały nawet specjalną nazwę bogotazo. Ale ile jest prawdy w opowieści o śledztwie i procesie po zabójstwie Rafaela Uribe Uribe? A czaszka tego pierwszego roztrzaskana maczetami zabójców i fragment kręgów kręgosłupa tego drugiego ze śladem po kuli traktowane przez dwóch bohaterów tej powieści jak relikwie to fantazja autora czy rzeczywiście można je gdzieś oglądać? A Anzola, który na prośbę rodziny Uribe Uribe zgodził się prowadzić prywatne śledztwo, aby wyświetlić prawdę o zabójstwie, istniał czy nie? W necie go nie znalazłam, więc chyba jednak nie. Z drugiej strony autor zręcznie podsuwa tropy sugerujące, że to postać prawdziwa. Więc może jednak istniał? Dla kolumbijskiego czytelnika to wszystko pewnie jest jasne, dla polskiego nie. 

Sprawy nie ułatwia fakt, że akcja osnuta jest wokół teorii spiskowych. Owładnięty jest nimi jeden z głównych bohaterów, Carballo, który święcie wierzy, że za morderstwem Gaitana stał jeszcze ktoś, nie tylko ten, który strzelał, a potem został zlinczowany przez rozwścieczony tłum. Wyświetleniu tej sprawy poświęcił całe swoje dorosłe życie. Dlaczego tak się stało, tego czytelnik dowiaduje się w ostatnim rozdziale. Po stronie zdrowego rozsądku stoi narrator, czyli pisarz Vasquez. Kolejne pytanie - ile w nim prawdziwego Vasqueza? Według wielu literaturoznawców nie powinno to czytelniczek i czytelników obchodzić. Narrator uważa Carballa za żałosnego maniaka i kwestionuje tezy, w które on święcie wierzy. W tej sytuacji czułam się trochę bezradna i mój zdrowy rozsądek kazał mi stanąć po stronie narratora. A może o to właśnie chodziło? Aby postawić czytelnika w takiej niewygodnej, ambiwalentnej sytuacji?

Książkowa historia ma kształt opowieści o tym, jak doszło do jej powstania. Dlaczego Vasquez mimo wielu wątpliwości zdecydował się w końcu opisać historię Carballa, a co za tym idzie historię zamachu na obu polityków, Uribe Uribe i Gaitana. Narracja przyjmuje formę niechronologiczną, wiele tu retrospekcji i obszernych dygresji. I tu tkwi mój problem z "Kształtem ruin" - opowieść bardzo długo się rozkręca i w wielu partiach jest strasznie szczególarska, co było powodem mojego znużenia i zmęczenia, o którym już wspominałam. Lubię długie powieści, ale moim zdaniem tej skróty dobrze by zrobiły. Były jednak takie fragmenty, od których nie mogłam się oderwać, o czym też już pisałam.

Co jeszcze zainteresowało mnie w "Kształcie ruin"? Historia. Opowieści o obu politykach, ich zwolennikach i przeciwnikach. Historia charakterystyczna dla Ameryki Łacińskiej - broniący swoich przywilejów bogaci kontra biedni, którzy chcieliby poprawić swój los, prawica kontra lewica, konserwatyści kontra liberałowie, a w tle Kościół. Te podziały nakręcają spiralę przemocy, która powtarza się co jakiś czas i trwała w Kolumbii do niedawna. Niewykluczone jednak, że to tylko krótka przerwa i znowu wybuchnie. Vasquez wspomina czasy swoich studiów, kiedy to bomby wybuchające na ulicach były codziennością. Zainteresowało mnie jeszcze to, co tak mocno wybrzmiewa pod koniec powieści - jest mnóstwo historii nieopowiedzianych i nigdy się o nich nie dowiemy. Przepadły. Nasz obraz świata kształtują te opowiedziane. Co o tym decyduje? Przypadek? Celowy wybór? Kto go dokonuje? Zwycięzcy? Wypływają te z większą siłą przebicia? Vasquez uważa, że świat to chaos i suma przypadków, a my jesteśmy tylko pionkami na szachownicy Historii. Carballo, że ktoś zawsze pociąga za sznurki. To pomaga mu uporządkować sobie rzeczywistość, poczuć ulgę w tym świecie nie do zniesienia.  

Nie wiem, czy sięgnę po najnowszą książkę Vasqueza, która niedawno się ukazała. Z jednej strony znowu kusi mnie temat i tło historyczne, z drugiej obawiam się podobnych pułapek. Najbardziej jednak chciałabym przeczytać wydany kilka lat temu "Hałas spadających rzeczy", ale powieść wydaje się nie do zdobycia.

Fernanda Melchor "Czas huraganów"

"Czas huraganów" (Mova 2021; przełożyła Katarzyna Sosnowska)

meksykańskiej pisarki Fernandy Melchor długo czekał na liście książek, które chcę przeczytać. Nie pamiętam już nawet, dlaczego tam się znalazł. Pewnie między innymi dlatego, że to powieść meksykańska. W końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć, kiedy nazwisko pisarki wspomniała sama Mariana Enriquez podczas tegorocznego Festiwalu Conrada. Muszę przyznać, że już dawno nie czytałam tak dołującej książki. Nic, żadnego światełka w tunelu. Ale jeżeli ktoś ma w sobie przestrzeń na taką lekturę, to mimo tego warto po nią sięgnąć.

Akcja powieści rozgrywa się w wymyślonym miasteczku La Matosa i jego okolicach. Podobno te miejsca przypominają meksykański stan Veracruz. Wszystko zaczyna się od morderstwa miejscowej wiedźmy, której zwłoki znaleziono w rzece. Dla jednych była postrachem, innym, najczęściej kobietom, pomagała. Wysłuchiwała lamentów, leczyła, usuwała niechciane płody. Podobno była bogata, ale nikt nie wiedział, gdzie trzyma pieniądze. Z upływem lat coraz bardziej izolowała się od ludzi, dziwaczała. Odwiedzali ją miejscowi chłopcy. Podobno odbywały się tam orgie. Strach, plotki, niedomówienia podsycały wyobraźnię mieszkańców La Matosy. 

Chociaż wszyscy zastanawiają się, kto zabił, to "Czas huraganów" nie jest kryminałem. Dość szybko dowiadujemy się, dlaczego doszło do morderstwa i kto okazał się sprawcą. Z czasem poznajemy nowe informacje dotyczące okoliczności i motywów zbrodni. Nie to jest jednak najważniejsze. Ta powieść to obraz miejscowej społeczności, a może lepiej byłoby napisać - prowincjonalnej. Obraz świata, w którym przemoc jest normą. Przemoc mężczyzn wobec kobiet, dorosłych wobec dzieci, aparatu państwa wobec obywateli. Jeśli do tego dodamy biedę, brak jakichkolwiek perspektyw, uprzedzenia wobec każdego, kto odstaje, nietolerancję, to obraz robi się jeszcze ciemniejszy. 

Właściwie wszyscy bohaterowie tej powieści żyją w sytuacji bez wyjścia, w pułapce. Ich dzieciństwo to koszmar, a potem wcale nie jest lepiej. Najczęściej wychowują się w rozbitych rodzinach - bez ojców, a nieraz także bez matek, które szukając lepszego życia, uprawiają najstarszy zawód świata. Albo skazane są na byle jaką, ciężką pracę w fabryce. Najgorzej mają dziewczyny, zwłaszcza te najstarsze z rodzeństwa. To na ich barkach spoczywa opieka nad młodszymi dziećmi i pomoc matce albo babci. Są udręczone pracą, pomiatane, wyzywane i bardzo samotne. Mają wielkie poczucie niesprawiedliwości, ale nic z tym nie mogą zrobić. Frustracja przeradza się w nienawiść. Los chłopaków jest lepszy, ale tylko pozornie. Wychowywani przez kobiety szukają towarzystwa kolegów. Piją, odurzają się, trudnią się drobną przestępczością, mogą oberwać w bijatyce czy porachunkach gangów. No i marny ich los, jeśli odstają od innych. Mają być macho. Jeśli nie są tacy jak inni, muszą się dobrze maskować, a to rodzi udrękę i frustrację. Dlatego marzą o ucieczce, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobią. Naiwnie wierzą, że zaczepią się gdzieś w jakiejś knajpie. Byle dalej. Ale taka ucieczka rzadko się udaje. Są ofiarami patriarchalnej, maczystowskiej wizji świata.

Historię tego, co się wydarzyło w miasteczku, poznajemy z różnych punktów widzenia, w każdym rozdziale dowiadując się coraz więcej. Zmienia się też język opowieści, ale zawsze pozostaje potoczny, oddaje sposób myślenia i mówienia bohaterów. To wielka zaleta tej książki i oczywiście tłumaczki. Na początku słuchamy tego, co ludzie gadają. To sfera domysłów, plotek, pomówień, podszyta lękiem i nienawiścią. W kolejnych rozdziałach poznajemy perspektywę bohaterów w różnym stopniu zamieszanych w sprawę morderstwa. Słuchając tych opowieści, poznajemy ich losy, tajemnice i najmroczniejsze sekrety. Jakbyśmy schodzili do piekła, coraz głębiej i głębiej, aby dotknąć jądra ciemności. Najbardziej przejmujące są historie dwóch młodych kobiet, właściwie jeszcze dziewczyn. Ale historie chłopaków, chociaż odrażające, też budzą współczucie. Przychodząc na świat w takim miejscu, od razu są skazani. Na przemoc, cierpienie, klęskę. Nie mogą być inni, skoro wszyscy są zdeprawowani. Nawet stróże prawa, którzy mają szukać winnych i strzec porządku, a sami sieją przemoc. Gdyby nawet zamieszani w zbrodnię bohaterowie chcieli odpokutować winy i sami zgłosić się na policję, nie zrobią tego, bo doskonale wiedzą, że stróże prawa, którym wcale nie zależy na sprawiedliwości, tylko na kasie, zgotują im piekło, a więzienie, gdzie w końcu trafią, to kolejna czarna otchłań.

Bardzo dobra powieść, ale niezwykle mroczna. Chyba najgorszy jest brak nadziei.

Sylwia Chutnik "Cwaniary"

"Cwaniary" (Znak Literanova 2020; wydanie pierwsze 2012)  to

pierwsza książka Sylwii Chutnik, jaką przeczytałam. Wyznając to, może powinnam zaczerwienić się po uszy, ale jak mantrę powtarzam - nie da się czytać wszystkiego. Od jakiegoś czasu przymierzałam się właśnie do tej lektury i w końcu ziściło się. Aby usprawiedliwić swoje zaniechanie, dodam, że wprawdzie nie znam prozatorskiej twórczości Sylwii Chutnik, ale nie oznacza to, że nie znam samej autorki. Lubię jej felietony, śledzę wypowiedzi, wywiady, wiem, jakie tematy porusza w swoich książkach, lubiłam współprowadzony przez nią literacki program telewizyjny sprzed kilku (kilkunastu?) lat. Bohaterkami jej twórczości są kobiety i ... Warszawa. W "Cwaniarach" znajdziemy jedno i drugie.

To utrzymana w konwencji literatury popularnej opowieść o mścicielkach z warszawskiego Mokotowa, które wymierzają sprawiedliwość facetom krzywdzącym kobiety. Halina, młoda wdowa w zaawansowanej ciąży, jej przyjaciółka Celina, Stefa, matka dwójki dzieci, ofiara przemocy domowej, Bronka, jeżdżąca drogim samochodem, sprawnie poruszająca się na obcasach kobieta zawodowego sukcesu. Życie ich nie oszczędzało i nie oszczędza. Źle ulokowane uczucia, przemoc, strata, choroba, bieda - to  doświadczenie cwaniar. Oczywiście nie każdą z nich dotknęły wszystkie nieszczęścia z całej zaprezentowanej wyżej palety - jedną spotkało to, inną tamto. Razem tworzą nieustraszony kwartet, gang mścicielek z Mokotowa. W dzień wiodą przykładne życie, wieczorem wyruszają na łowy. Nie są bohaterkami bez skazy - sprawiedliwość wymierzają często w bardzo brutalny sposób, bywa, że przy okazji nie pogardzą jakimś łupem.

Skojarzenia z "Obiecującą młodą kobietą", filmem, który uwielbiam, narzucają się same. Ale "Cwaniary" były oczywiście pierwsze. Jeśli już przywołałam ten film, dodam, że jego bohaterka działa w sposób bardziej wyrafinowany i przewrotny. Oglądając go, czułam energię płynącą z ekranu i dziką satysfakcję. W powieści Sylwii Chutnik tego mi brakowało. To oczywiście moje subiektywne odczucia. Niewykluczone, że dziesięć lat temu, kiedy książka się ukazała, inaczej bym zareagowała.

Ale autorka oprócz wątku feministycznego wprowadza jeszcze inny, bardzo ważny - to dzika reprywatyzacja, czyszczenie kamienic  i inne warszawskie, nie tylko, mieszkaniowe, plagi nadal niestety nie do końca rozwiązane. Wprost nawiązuje do sprawy morderstwa Jolanty Brzeskiej, nie wymieniając tylko jej imienia i nazwiska. 

Wspominałam, że "Cwaniary" garściami czerpią z literatury i kultury popularnej. Mamy tu i konwencję powieści przygodowej, i sensacyjnej, i przerysowanie charakterystyczne dla groteski. Autorka robi też wyraźne aluzje do "Złego". Zresztą trudno nie zauważyć podobieństwa mścicielek z Mokotowa do pogromcy zła z powieści Tyrmanda. Jest to oczywiste nawet, jeśli ktoś jej nie zna. (No nie znam, nie znam. Ale mam w czytniku i w końcu przeczytam.) Wystarczy być obytym z literaturą. No i fascynacja Warszawą. Był jej piewcą Tyrmand, jest piewczynią stolicy Chutnik. Poza tym znajdziemy w książce liczne cytaty z warszawskich podwórkowych ballad, a znawcy komiksu będą mieli dodatkową zabawę, odnajdując aluzje do dzieł tego gatunku. Tu jednak mądrzyć się nie zamierzam, bo komiks jest mi zupełnie obcy.

Jednocześnie autorka kilkakrotnie łamie konwencję, szczególnie powieści przygodowej, wprowadzając w niektórych dramatycznych momentach ton bardzo poważny. A już zupełnym odstępstwem od reguł jest zaskakujące zakończenie. I być może tu tkwi problem - ta dychotomia, która pojawia się z czasem, w miarę rozwoju akcji, sprawiła, że nie do końca potrafiłam wejść w tę książkę. To rozbicie chyba mi przeszkadzało. Doceniam pomysł, doceniam zabawę, doceniam opisy Warszawy, a przede wszystkim doceniam język, o którym dotąd nie wspomniałam, ale nie potrafię do końca "Cwaniar" kupić. Czy sięgnę po inną powieść Sylwii Chutnik, nie umiem powiedzieć. Za to mam ochotę na jej książkę o Warszawie, "Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954-1955".

Wiktoria Bieżuńska "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę"

Właściwie wszystko przemawiało za tym, żebym nie czytała

powieści Wiktorii Bieżuńskiej "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę" (Cyranka 2022). Po pierwsze debiut, a już wielokrotnie pisałam, że wolę poczekać na drugą książkę, bo pierwsza, jak to pierwsza, bywa obciążona wadami. Po drugie główną bohaterką i narratorką jest dziewczynka chodząca do drugiej klasy szkoły podstawowej, a ja wolę jednak czytać o dorosłych bohaterkach i bohaterach. No ale od tych reguł bywają wyjątki i czasem jednak dam się skusić. A dzieje się tak zwykle wtedy, kiedy książka robi się głośna i wzbudza zachwyt. Ale oprócz tego zawsze potrzebny jest jakiś impuls, to coś, co ostatecznie mnie przekona. Tak było i tym razem. Wspaniały, dojrzały debiut - dało się słyszeć zewsząd. Ostatecznie złamałam się po wysłuchaniu wywiadu z autorką, a to coś, co mnie przekonało, to oryginalny język powieści.

I rzeczywiście - jeśli ktoś jest czuły na język, jeśli przyjemność sprawia mu językowe bogactwo, nasycenie metaforami, porównaniami i innymi sposobami poetyckiego obrazowania, to lektura powieści Wiktorii Bieżuńskiej naprawdę może sprawić wielką przyjemność. Autorce udało się połączyć coś, co z pozoru wydaje się sprzeczne. Bo z jednej strony język, jakim się posługuje, robi wrażenie bardzo skondensowanego, może dlatego, że dialogi najczęściej są wplecione w narrację, a z drugiej jest niezwykle kunsztowny i bogaty. Ale to jeszcze nie wszystko, bo kiedy trzeba, pojawiają się słowa dalekie od wykwintności, niewybredne kolokwializmy, a nawet przekleństwa. Podziwiałam poetycką wyobraźnię autorki. Nie mogę się powstrzymać, aby nie przywołać kilku krótkich cytatów, które szczególnie mnie zachwyciły.

Gdy matka płacze, ktoś wyciąga ze świata nitkę i wszystko zaczyna się pruć.

... do łazienki wślizgują się kuzynki, rozsypując swoją obecność jak brokat ...

Wiem, że gdy wróci matka, nada zdarzeniom właściwy bieg.

... próbka Chin uwolniona z opakowania firmy Knorr.

A to tylko przykłady. Proza Wiktorii Bieżuńskiej jest nasycona takimi sformułowaniami.

Ale powieść to nie tylko zgrabnie połączone słowa. To także bohaterowie i ich świat. I tu już nie potrafię się tak zachwycić. Nie oznacza to jednak, że książka mi się nie podobała i żałuję lektury. Po prostu zostawiła mnie obojętną - cały swój zachwyt przelałam na język, losy bohaterów nie poruszyły mnie jakoś szczególnie, a przecież powinny! Dopiero zakończenie przełamało moją nieczułość. Doskonale też zdaję sobie sprawę, dlaczego tak się stało. Otóż Wiktoria Bieżuńska wpisuje się swoim debiutem w dość licznie reprezentowany ostatnio nurt książek o dziecku, którego dzieciństwo dalekie jest od mitu szczęśliwego i sielskiego. Przyczyną jest najczęściej bieda albo alkoholizm. Nie wykluczam, że gdybym nie przeczytała wcześniej "Kości, które nosisz w kieszeni" Łukasza Barysa (też prozatorski debiut) i "Mireczka. Patoopowieści o moim ojcu" Aleksandry Zbroi (debiut non fiction), to historia bohaterki "Przechodząc przez próg, zagwiżdżę" zrobiłaby na mnie znacznie większe wrażenie. Ale kolejność była odwrotna i to tamte książki mną wstrząsnęły. Tym razem dominowało poczucie, że przecież już to wiem, już o tym czytałam i to całkiem niedawno. Do tego dochodzą duże oczekiwania rozbudzone znakomitymi recenzjami.

Bohaterka tej powieści wychowuje się w rodzinie, w której ojciec pije. Niejednokrotnie jest świadkiem jego upodlenia. Wstydzi się za niego, czuje obrzydzenie. Matka próbuje od niego odejść, ale w jego obronie staje jej matka, babcia Natalia, która uważa, że rodzina to rodzina. Nie jest w swoich poczynaniach bardzo nachalna, ale konsekwentnie sabotuje działania córki. A to opierze i nakarmi zięcia, a to go przenocuje, a to da do zrozumienia, że chciałaby już zostać sama w swoim mieszkaniu. Zawsze znajdzie dla  niego jakieś usprawiedliwienie. Poza tym rodzina bohaterki jest całkiem przeciętna. Ani bogaci, ani biedni. Matka pracuje w sklepie, ojciec miał kiedyś jakieś ambicje, ładnie rysował, zostały po jego pasji zeszyty z rysunkami, które przechowuje babcia Rozalia, jego matka, ślepo zapatrzona w syna. Bohaterka uczy się grać na fortepianie, chodzi do szkoły muzycznej. A więc żadna patologia. A jednak sposób, w jaki w chwilach złości rodzice zwracają się do siebie i do dziecka może szokować. Wulgarny, knajacki język, szarpanie, bicie pasem jako środek wychowawczy. Nie można powiedzieć, że dziewczynka jest niekochana, a przecież nie tak powinno wyglądać dzieciństwo. 

Poza tym bohaterka jest pionkiem w rozgrywce między dorosłymi. Próbują przeciągnąć ją na swoją stronę, traktują jako źródło informacji. Nic też od niej nie zależy. To oni decydują o wszystkim. O odwiedzinach u babci, której prawie nie zna, o tym, co będzie nosiła i po kim,  o kroju sukienki komunijnej, o nauce gry na fortepianie, o tym, czy przeczyta książki, które przyniosła z biblioteki, wreszcie o tym, gdzie i z kim będzie mieszkać. Nie ma też prawa do prywatności, wszystko jest publiczne, na widoku rodziny. Kiedy przypadkowo zostanie poparzona gorącą kawą i siedzi w wannie z zimną wodą, nie tylko kuzynki, ale i kuzyni mogą bezkarnie wejść do łazienki i oglądać bąble tworzące się na jej udach, przy okazji komentując jej dziecięcy wygląd. Ten brak sprawczości i podmiotowości manifestuje się brakiem imienia. Czytelnik nie wie, jak narratorka ma na imię, a doskonale zna imiona pozostałych bohaterów. Mama to Krysia, ojciec Tadek, są jeszcze ciotki i wujkowie, kuzynki i kuzyni, oni też mają imiona. A przecież ona nie jest marionetką, jest osobą, wnikliwie obserwuje świat, podobnie jak bohaterka przywołanej przeze mnie powieści Łukasza Barysa. Myśli, czuje, wyciąga wnioski, nie zawsze wszystko rozumie, ale jest przecież dzieckiem. Snując moje refleksje, doszłam do wniosku, że może  powinnam spojrzeć na tę książkę  trochę inaczej, nie tylko jak na kolejną historię toksycznej, dysfunkcjonalnej rodziny, ale jak na wołanie o traktowanie dziecka w sposób podmiotowy. Wtedy debiut  Wiktorii Bieżuńskiej zaczyna mi się jawić zgoła inaczej. Daje szerszą perspektywę. 

Mimo moich wątpliwości warto sięgnąć po tę książkę, nie tylko po to, aby zachwycić się językiem.   

Henry Roth "Nazwij to snem"

Uwielbiam takie odkrycia - przywrócona klasyka, odkopana z

mroków niepamięci albo ukazująca się po raz pierwszy. Tym właśnie jest "Nazwij to snem", wydana niedawno powieść właściwie nieznanego w Polsce amerykańskiego pisarza Henry'ego Rotha (Książkowe Klimaty 2022; przełożył Wacław Niepokólczycki), który zmarł w roku 1995. Napisałam właściwie nieznanego, bo książka wyszła po raz pierwszy w tym samym tłumaczeniu w roku 1975. Dziś dostajemy ją ponownie dzięki Książkowym Klimatom i Art Rage, które chyba (?) jest współwydawcą. Znowu niepewność, bo jeśli ktoś o Art Rage nie słyszał i nie wejdzie na ich stronę, to nie znajdzie tej informacji. Ja też nie miałabym pojęcia o ich udziale w wydaniu powieści Rotha, gdybym nie wysłuchała podcastowej rozmowy z Michałem Michalskim, redaktorem prowadzącym, inicjującym i dyrektorem. Mało tego, to właśnie ten bardzo ciekawy wywiad zachęcił mnie do sięgnięcia po "Nazwij to snem". I jeszcze jedna zagadka - nie jest dla mnie jasne, ile książek napisał Henry Roth. Dwie czy kilka? Na stronie Książkowych Klimatów można znaleźć informację, że pod koniec życia zaczął cykl sześciu powieści, ale nie skończył. W innym miejscu mowa o jednej. Tylko ten koniec życia się zgadza. Niejasności jest jeszcze więcej - kiedy zaczynam szukać, co rusz natykam się na sprzeczne informacje o autorze i jego twórczości. Zostawmy to jednak, zawierzmy wydawcy i przejdźmy do książki, bo przecież to o niej ma być ta notka.

"Nazwij to snem" na pewno warto przeczytać, właściwie powinnam napisać koniecznie należy, ale tych konieczności jest tak wiele, że już nie śmiem czegokolwiek komukolwiek narzucać. Ale od razu uprzedzam, że nie jest to powieść łatwa ani ze względu na formę, ani zwłaszcza ze względu na treść.  Język jest gęsty, dialogów mało, zdarzają się fragmenty oniryczne, a już szczególnym wyzwaniem jest zakończenie - z jednej strony fascynujące, trzymające w napięciu, ale jednocześnie napisane z różnych perspektyw, które zmieniają się dosłownie w pół zdania. Taki sposób pisania przypomina filmowy montaż - przerzucanie się z miejsca na miejsce, od bohatera do bohatera. Tu przeprowadzone jest po mistrzowsku. Kiedy doszłam do tych fragmentów, wiedziałam, że nie oderwę się, dopóki nie dojdę do końca. 

Ale prawdziwą trudność może stanowić treść. Przyznam, że gdybym wiedziała, jakie wyzwanie mnie czeka, być może nigdy nie zdecydowałabym się  po powieść Henry'ego Rotha sięgnąć. Dlaczego? Bo głównym bohaterem jest głęboko nieszczęśliwe dziecko. A nieszczęście dziecka, zwłaszcza małego, to coś, co w literaturze i w życiu znoszę z trudem. Ten bohater to kilkuletni Dawid - zagubiony w świecie, przestraszony, pełen prawdziwych i wyimaginowanych lęków, osamotniony, wychowujący się w dysfunkcyjnej rodzinie (to oczywiście dzisiejsza perspektywa i język), w dodatku mający duży talent do pakowania się w kłopoty. A to zrobi coś głupiego, pragnąc przypodobać się kolegom, a to wymyśli jakąś niestworzoną historię inspirowaną strzępkami zasłyszanych od matki i ciotki opowieści, a to będzie się bronił przed agresywnym kolegą, a ten sprytnie winę przerzuci na niego. A że jest dzieckiem niezwykle wrażliwym, potem w dwójnasób przeżywa swoje niepowodzenia, bojąc się konsekwencji. Trudno się tym lękom oprzeć, bo świat, w jakim wychowuje się Dawid, jest pełen przemocy. Okrutne są wobec siebie dzieci i okrutni potrafią być dorośli. A chłopiec to wymarzona ofiara. 

Właściwie jedyną osobą, na którą może liczyć i która broni go zawsze niczym lwica, jest matka. Sympatią obdarza go też ciotka, osoba ekscentryczna, o bardzo niewyparzonym języku, awanturnica, która budzi mieszane uczucia. Aż trudno zrozumieć, że to siostra matki Dawida, tak bardzo są różne. Więź matki i syna jest niezwykle silna, ojciec zarzuca jej nadopiekuńczość. I pewnie tak jest. Trudno się jednak dziwić, że broni Dawida przed jego gwałtownymi wybuchami. Ojciec jest człowiekiem oschłym i skłonnym do agresji, a do syna ma stosunek dwuznaczny, żeby nie powiedzieć niechętny. Nie tak go sobie wyobrażał, nie wyrośnie z niego prawdziwy mężczyzna. Jest wrażliwy, nieporadny, uczepiony maminej spódnicy. Jakby nie jego syn. Dodatkową trudnością jest wyobcowanie ze świata, w jakim chłopiec żyje. Bo rodzina Dawida to żydowscy emigranci z Galicji, którzy szczęścia szukają w Nowym Jorku. Chłopiec przypływa tu z matką w roku 1911. Ma wtedy sześć lat. Urodził się, kiedy ojciec był już w Ameryce i harował, aby sprowadzić żonę i syna, którego nie zna. Dlatego cała rodzina Dawida to matka, ojciec i ciotka. Pozostali mieszkają w Europie. Czy byliby jakąś pociechą dla chłopca? Czy stanowiliby jakieś oparcie? Niekoniecznie. Strzępki opowieści o rodzinie, jakie poznajemy z rozmów matki i jej siostry, nie brzmią zachęcająco. Jedyną ciepłą i mądrą osobą wydaje się prababka chłopca, ale ona zmarła przed jego urodzeniem.

Ponieważ wszystkie zdarzenia poznajemy z perspektywy Dawida, chociaż narracja jest trzecioosobowa, trudno nie przeżywać jego lęków, niepokojów, porażek, strachu przed rówieśnikami i ojcem. Głęboko wnikamy w jego świat, co sprawia, że lektura staje się emocjonalnie jeszcze trudniejsza. Czytając, czułam to, co on, niemal fizycznie odbierałam razy, jakie dostawał od doprowadzonego do furii ojca.

Chociaż to Dawid jest głównym bohaterem powieści, to portrety dorosłych i środowiska, w którym żyją, są bardzo interesujące, mimo że poznajemy je trochę mimochodem. Z jednej strony oschły, przemocowy, zamknięty w sobie, niesympatyczny, ale ciężko harujący na utrzymanie rodziny ojciec,  z drugiej mądra, cierpliwa, ciepła matka, która tradycyjnie zajmuje się domem. Nie są udanym małżeństwem. Bardziej domyślamy się, niż wiemy, że nieobce są jej porywy serca do innych mężczyzn. Z czasem poznajemy też jej bolesną przeszłość. Jaką perspektywę ma żydowska kobieta, emigrantka słabo znająca angielski? Skazana jest na trwanie przy mężu. Nawet jeśli go nie kocha, nawet jeśli się go boi. Pozostaje jej tylko bronić Dawida ze wszystkich sił. Pewnie dlatego jej więź z synem jest tak silna. W tym tradycyjnym świecie, w którym nie może o sobie decydować i się usamodzielnić, bo to pewnie skazałoby ją i dziecko na nędzę, tylko jego ma do kochania, tylko z nim może stworzyć prawdziwą, bliską więź. To świat pełen przemocy, która, jak wspominałam, czyha zewsząd. Ma miejsce w rodzinie, wśród rówieśników, nawet w chederze, do którego zostaje zapisany Dawid. I to jest ten świat tradycji i wartości, do jakiego wzdychają niektórzy? Tego by chcieli? Takiej rodziny? A przecież nie tylko rodzina Dawida jest w tej powieści dysfunkcyjna. Właściwie wszystkie, które poznajemy, są właśnie takie.  Ale prawdziwy dramat rozegra się nieoczekiwanie w ostatniej części powieści. Doprowadzi do niego szereg zbiegów okoliczności. Akcja robi nieoczekiwaną woltę, przyspiesza, aż do wyciszonego finału.

To nie jedyne zalety tej książki. Równie ciekawy jest obraz emigranckiego Nowego Jorku. Zetknięcie świata Żydów ze światem gojów przybyłych z różnych stron Europy. Warto znaleźć w sobie siłę na tę niełatwą, ale fascynującą lekturę.    

Popularne posty