Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagadka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagadka. Pokaż wszystkie posty

Lektury podróżne (I) - Alana S. Portero "Niedobry zwyczaj", Santiago Roncagliolo "Czerwony kwiecień"

Dziś pierwsza część refleksji o lekturach, po które sięgnęłam w czasie mojej wakacyjnej podróży. Tym razem udało mi się przeczytać aż trzy powieści, przyznaję, niezbyt długie, a jedną tuż przed wyjazdem. Dołączam ją jednak do tego sprawozdania, bo  w ferworze przygotowań  nie zdążyłam już o niej napisać, a i wybrałam ją już pod kątem regionu, w który się wyjeżdżałam. Bo zawsze w podróż staram się zabrać książki z miejsc, które odwiedzam albo przynajmniej jakoś im pokrewnych. Tym razem z braku laku to ten drugi przypadek. Takie pisanie po czasie obarczone jest oczywiście wadami, bo pamięć sprawia, że coś umyka, a i refleksja nie taka świeża. Z drugiej strony te niedoskonałości dobrze weryfikują lekturę, bo jeśli książka siedzi we mnie mocno mimo upływu czasu, to znaczy, że przynajmniej dla mnie była to rzecz ważna. Coś we mnie poruszyła. Mimo wszystko jeśli po wakacyjnej  podróży nie znajdowałam czasu, aby podzielić się tu refleksjami, zawsze tego żałowałam. Dość wstępu, czas przejść do rzeczy. Książki pojawią się w kolejności, w jakiej po nie sięgałam.

A więc na pierwszy ogień idzie powieść przeczytana tuż przed

wyjazdem. To "Niedobry zwyczaj" Alany S. Portero (Filtry 2025; przełożyła Agata Ostrowska). Muszę przyznać, że ta lektura pewnie by mi umknęła w powodzi tego, co się wydaje, gdyby nie audycja radiowa jej właśnie poświęcona. No i znowu szczęśliwemu przypadkowi zawdzięczam książkę ciekawą, ważną i poruszającą. Może to nie odkrycie na miarę "Drżę o ciebie matadorze" chilijskiego pisarza Pedro Lemebela, "Naszych dni wczorajszych" Natalii Ginzburg czy "Dziewczyny na via Flaminia" Alfreda Haeysa, ale naprawdę rzecz jest interesująca i poruszająca. A wspomniane w poprzednim zdaniu książki należą do kategorii odkryć, które wywarły na mnie ogromne wrażenie, a o których dowiedziałam się trochę z przypadku, bo było o nich cicho. Oczywiście jest jeszcze pokrewna kategoria  - książek bardzo ważnych, o których jest cicho, a które wybrałam świadomie, śledząc na przykład wydawnictwo. To przypadek "Imion Krymu" Anastasiji Lewkowej. Sorry za tę dygresję, ale dawno nic mnie w światku literackim tak nie zirytowało, a miałabym ochotę użyć tu słowa niecenzuralnego, jak prześlepienie przez szanowne recenzentki i szanownych recenzentów zajmujących się pisaniem o książkach zawodowo tej świetnie napisanej i super ważnej powieści. Wiem, wiem, nowości wychodzi tyle, że nikt nie jest w stanie tego ogarnąć, ale wydaje mi się, że przynajmniej ludzie zajmujący się pisaniem o literaturze z oczywistych względów powinni mieć radar nastawiony na literaturę ukraińską. Dobra, dość wzmożenia, wracam do "Niedobrego zwyczaju".

Akcja powieści osadzona jest w Madrycie w latach osiemdziesiątych w  czasach transformacji po śmierci Franco. To wtedy rozbłysła gwiazda Pedro Almodovara, to wtedy Madryt stał się miejscem, w którym to, co w sferze obyczajowej dotąd tłamszone, mogło swobodnie wybuchnąć. A przynajmniej w niektórych dzielnicach i w niektórych środowiskach. Piszę to nieprzypadkowo, bo właśnie o tym traktuje ta książka. Jest to opowieść Alex, dziewczynki uwięzionej w ciele chłopca, która wychowuje się w robotniczej dzielnicy San Blas. A tam o takich sprawach się milczy, bo nie jest tak, że ich nie ma. Powieść można zaliczyć do kategorii bildungsroman, czyli rzeczy opowiadających o dorastaniu i kształtowaniu siebie, swojej tożsamości. Tak jest i w tym przypadku. Alex, bohaterka i narratorka, opowiada swoją historię z perspektywy czasu. Zaczyna ją od momentu, kiedy była kilkuletnią dziewczynką, kończy,  kiedy po wielu perypetiach, także tragicznych, całkowicie akceptuje siebie i wreszcie wychodzi z szafy. A nie był to proces łatwy. Nie tylko ze względu na środowisko, w jakim się wychowywała, ale także z powodu  jednego tragicznego zdarzenia, które ten proces na wiele lat zahamowało. 

Co poza problemami, z jakimi musi się zmierzyć transdziewczynka i transkobieta, sprawiło, że ta powieść we mnie zostanie? No bo to akurat jest oczywiste. W końcu po to, aby poznać odmienne doświadczenia nijak nieprzystające do naszych, sięga się po takie książki. Ale czy jest coś jeszcze? Tak. Dla mnie bardzo interesujący był obraz robotniczej dzielnicy San Blas, w jakiej wychowywała się Alex, i obraz jej rodziny. Dlatego szczególnie zainteresowała mnie pierwsza część powieści, w której  narratorka portretuje swoje otoczenie - rodziców, brata, sąsiadów, a zwłaszcza sąsiadki. A jest tu kilka postaci barwnych i wzruszająco nakreślonych. Mieszkańcy tego robotniczego osiedla tworzą wspólnotę, która się wspiera. Zwłaszcza kobiety. I chociaż o wielu sprawach się milczy, o przemocy domowej, o wszelkiej maści odmieńcach takich jak Alex, to jednak ofiary tej pierwszej mogą liczyć na pomoc kobiet, a odmieńcy na cichą akceptację bez nazywania istoty rzeczy i wgłębiania się w problem. Celowo użyłam tu słowa odmieniec, bo tak są tam takie osoby postrzegane. Chociaż Alex nie odważa się mówić o swojej kondycji głośno w otoczeniu najbliższych, kryje się w szafie, to ciepło pisze o swojej rodzinie. Nawet o matce, która chyba domyśla się, że Alex nie jest takim chłopcem jak jej starszy syn, więc na wszelkie sposoby stara się podkreślać i budować w nim męskość. Bardzo zainteresowały mnie też oczywiście problemy klasowe, o jakich opowiada ta książka. Praca ojca w fabryce, działalność w związkach zawodowych, strajki, harówka matki, która dorabia sprzątaniem, trudności wynikające z biedy i pozostawienie tych ludzi na marginesie. No i jeszcze jedno, coś, na co jestem wrażliwa - piękny, oryginalny, nieprzezroczysty język, jakim ta powieść jest napisana.

Pierwszą powieścią, po którą sięgnęłam w drodze, był "Czerwony

kwiecień" Santiago Roncagliolo (ArtRage 2026; przełożył Tomasz Pindel). Od momentu, kiedy przeczytałam jego "Noc szpilek", chciałam wypożyczyć z biblioteki "Czerwony kwiecień", który ukazał się kiedyś w innym wydawnictwie i oczywiście był już niedostępny. Na szczęście zanim to zrobiłam, ArtRage, który pozostaje wierny autorkom i autorom, wznowił tę powieść peruwiańskiego pisarza. A chciałam ją przeczytać nie tylko dlatego, że podobała mi się "Noc szpilek". Oczywiście słowo podobała się w wypadku takich wstrząsających książek nie jest najlepsze. Są przynajmniej jeszcze dwa powody. Jeden to moje zainteresowanie Ameryką Łacińską, w tym Peru, a drugi to okres, o jakim ta powieść opowiada. A jest to rok 2000, kiedy właśnie zasadniczo uporano się ze Świetlistym Szlakiem, i zbliżają się kolejne wybory prezydenckie. Wystartuje w nich ponownie Alberto Fujimori, którego rządy przyczyniły się do znacznego ograniczenia działalności tej brutalnej maoistowskiej partyzantki terroryzującej  kraj w imię szlachetnych ideałów. Użyłam słowa zasadniczo, bo nie wszędzie problem został rozwiązany. Większość kraju wolna już jest od terroru, ale na prowincji, a zwłaszcza w okolicy andyjskiej miejscowości  Ayacucho wciąż jeszcze dochodzi do rozmaitych incydentów. To region, który, jak sprawdziłam, bardzo ucierpiał w tamtych czasach. 

Bohaterem "Czerwonego kwietnia" jest zastępca prokuratora okręgowego Felix Chacaltana Saldivar, który po śmierci matki i po rozwodzie wraca z Limy do rodzinnego miasta. To dziwna decyzja, bo wielu przedstawicieli aparatu władzy najchętniej by stamtąd uciekło, traktują pracę w tym miejscu jak zesłanie. Dziwny jest też główny bohater. Rozmawia ze zmarłą matką, jest służbistą, wypiera dramatyczne wspomnienia z dzieciństwa, zwierzchnicy traktują go lekceważąco. Zostaje mu przydzielona sprawa okrutnego morderstwa. Wkrótce okaże się, że dojdzie do całej serii równie makabrycznych zbrodni. Czy stoi za nimi Świetlisty Szlak? Władze za wszelką cenę wolą udawać, że tak nie jest, szczególnie, że zbliża się Wielki Tydzień, na który do miasta ściągnie tłum turystów pragnących oglądać znane w Peru obchody, no i mają odbyć się wybory, których nic nie powinno zakłócić. Felix Chacaltana Saldivar nieoczekiwanie dla siebie, wbrew woli przełożonych, którym zazwyczaj jest posłuszny, postanowi rozwikłać zagadkę tych morderstw. 

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia dotyczące tej powieści. Najpierw o tym, co mi się bardzo podobało i wciągnęło bez reszty. Oczywiście sama intryga. Trzeba przyznać, że akcja trzyma w napięciu, wszystko się wikła, następują nieoczekiwane zwroty. Im dalej w las, tym bardziej byłam ciekawa, jak to wszystko się skończy. Poza tym oczywiście interesowało mnie tło polityczne, o czym już wspominałam. Najbardziej jednak przypadło mi do gustu to, że odnajdywałam w tej powieści echa książek mojego ulubionego latynoskiego pisarza, i w ogóle jednego z najbardziej ulubionych, Mario Vargasa Llosy. Szczególnie dwóch. Nie wiem, na ile to odwołania świadome, a na ile moje luźne skojarzenia. Jedna to "Lituma w Andach". I nie chodzi tylko o to, że akcja tej powieści też nawiązuje do działalności Świetlistego Szlaku, chociaż opowiada o czasach, w których ta lewicowa partyzantka była cały czas niebezpieczna. Podobna jest atmosfera napięcia, osaczenia. Bohater znalazł się w matni tak jak Lituma i jego pomocnik pilnujący andyjskiej osady, w której mieszkają robotnicy budujący drogę. Akcja obu powieści toczy się w górach na głębokiej prowincji, w regionach, o których Lima najchętniej by zapomniała. Poczucie osamotnienia, opuszczenia, bezradności bohaterów wobec tego, co się dzieje, jest w obu powieściach dojmujące. Odnajduję  tu też jakąś dzikość wiążącą się z wierzeniami rdzennej ludności. Natomiast podobieństwo do "Pantaleona i wizytantek" dostrzegam w konstrukcji bohaterów. Obaj są służbistami, co powoduje, że powieści mają rys groteskowy. O ile pamiętam, a czytałam bardzo dawno i na pewno wkrótce zrobię to ponownie, groteski w książce Llosy jest znacznie więcej. W "Czerwonym kwietniu" robi się znacznie dramatyczniej.

Co w takim razie sprawiło, że mam mieszane uczucia? Tylko jedno - zakończenie, rozwiązanie zagadki. Wydało mi się po prostu nazbyt wydumane. Wydarzenia już tak się pokomplikowały, poobracały, że się w tym wszystkim pogubiłam. Odłożyłam powieść z poczuciem nadmiaru. Może to, kto ostatecznie stał za tymi zbrodniami, nie wydałoby mi się nieprawdopodobne, gdyby nie tyle poprzednich tropów i zwrotów akcji. Mimo to lektury nie żałuję i na pewno będę po książki Santiago Roncagliolo sięgać. W szczególności po jego reportaż o Świetlistym Szlaku, który czeka już w czytniku.

Jurica Pavičić "Czerwona woda"

Jedna z literatur, na którą od dawna nastawiony jest mój czytelniczy

radar, to literatura bałkańska. Gdy tylko dotrze do mnie wiadomość, że ukazuje się jakaś książka z tego obszaru, pilnie nadstawiam ucha i jeśli odpowiada moim czytelniczym zainteresowaniom, czytam. Tak trafiła w moje ręce "Czerwona woda" Juricy Pavičića (Noir sur Blanc 2025; przełożył Leszek Małczak). Strzał okazał się celny, bo powieść została wybrana do dyskusji przez prowadzącą, bałkanistkę, jeden z klubów książki, na który od czasu do czasu uczęszczam. 

Na początek kilka zdań o Juricy Pavičiću. Jest chorwackim powieściopisarzem, autorem opowiadań, scenariuszy filmowych i dziennikarzem. Urodził się w Splicie. I to właśnie w Dalmacji często umieszcza akcję swoich książek.

Nie inaczej jest w wypadku "Czerwonej wody". Opowiedziana historia rozgrywa się przede wszystkim w małym nadmorskim miasteczku na dalmatyńskim wybrzeżu. Miejscowość najprawdopodobniej jest fikcyjna, ale już Split, w którym też rozgrywają się niektóre wydarzenia, czy wspominany tylko Trogir to już nie wyobraźnia autora. Akcja zaczyna się pewnego letniego dnia w roku 1989, a kończy w roku 2017. Tego właśnie dnia w miasteczku organizowany jest rybacki festyn, na który wybiera się siedemnastoletnia Silva i jej brat bliźniak Mate. Dziewczyna nigdy nie wróci z zabawy. Odtąd życie rodziny Velów zostanie wywrócone do góry nogami. Sprawa staje się głośna nie tylko w miasteczku, ale rozpisują się o niej media. Co się z nią stało? Wypadek? Ucieczka? Morderstwo? Z czasem zainteresowanie opada, tylko najbliżsi nie potrafią zapomnieć. 

"Czerwona woda" na jednym z portali książkowych określana jest jako kryminał, sensacja, a nawet thriller. I rzeczywiście zagadka zaginięcia Silvy zostaje rozwiązana dopiero na końcu, chociaż przyznam, że trochę wcześniej domyśliłam się, co się stało. Mimo wszystko powieść czytałam z zainteresowaniem do samego finału. Połknąć ją można w ciągu kilku dni, a gdyby ktoś dysponował wolnym czasem, to jeszcze szybciej. Historię poznajemy z paru punktów widzenia. Każdy rozdział to perspektywa jednej osoby, członków rodziny, prowadzącego śledztwo milicjanta, tak, tak, wszak wszystko zaczyna się jeszcze w czasie, kiedy istniała socjalistyczna Jugosławia, i kilku innych osób. Ale "Czerwona woda" to coś więcej niż kryminał. Bo zagadka zaginięcia Silvy osadzona jest w burzliwych czasach, kiedy jugosłowiański świat trzęsie się w posadach i przechodzi w niebyt. Ale nie tylko wątki historyczne i transformacyjne są tu ważne.

Na pierwszy plan wybija się historia rodziny Velów. Kiedy ginie Silva, rodzinne i milicyjne śledztwo odkrywa jej tajemnice. Okazuje się, że nikt z bliskich nie miał pojęcia, jaka naprawdę była. Nawet Mate, brat bliźniak. Z kim się spotykała, czym się zajmowała, kiedy przebywała w szkolnym internacie w Splicie, jakie miała plany. To jedno. Drugi rodzinny wątek to oczywiście niemożność poradzenia sobie z traumą, co z kolei powoduje powolną dezintegrację rodziny. Najgorsza jest niepewność, brak informacji. Świadomość, że nie wiadomo, co się z nią stało. Gdyby odnaleziono ciało, gdyby było wiadomo, że nie żyje, można by było zrobić pogrzeb, pochować ją i zacząć powolny proces żałoby. Tymczasem tego wszystkiego nie da się zrobić. Pozostali członkowie rodziny, matka, ojciec i brat, zamykają się w swoim świecie, gorzknieją, odsuwają się od innych. Początkowo szukają jej wszyscy, z czasem na poszukiwania nastaje matka, zmuszając do tego syna. A to przecież jak szukanie igły w stogu siana, więc pewnie rację ma ojciec, który w pewnym momencie odpuszcza. 

Teraz ważniejsze jest, żebym został w domu. Jak zdam maturę, zacznę pracować jako kierowca ciężarówki i będę rozwoził mrożoną rybę. To dobra praca, dużo się jeździ. Po drodze będę mógł prowadzić śledztwo. Mate mówił, a Jakov milczał. Myślał tylko o tym, jak trucizna się sączy, zatruwając wszystko dookoła.

W każdym razie dzień, w którym odbył się piknik rybacki, był ostatnim normalnym dniem w życiu rodziny Velów. Jednak wtedy jeszcze tego nie wiedzieli.

Ale zaginięcie Silvy burzy nie tylko ich spokój. Na zawsze zmieni los jej chłopaka, Brany, który nigdy nie pogodzi się nie tylko z jej zniknięciem, ale także z okolicznościami, jakie do tego doprowadziły. Zniknięcie dziewczyny kładzie się także cieniem na miasteczku. Najpierw, co zrozumiałe, budzi z jednej strony strach, przerażenie, smutek, współczucie, ale także sensację. Potem, kiedy oskarżenia padają na konkretną osobę, jej los i los jej rodziny stają się nie do pozazdroszczenia. Chociaż niczego tej osobie nie udowodniono, otoczona zostaje ostracyzmem i nie ma tam życia. Każdy zwrot w sprawie, a będzie ich kilka, to jak zmącenie stojącej wody. Piekło, albo może raczej piekiełko, zaczyna się na nowo. 

Jest wreszcie tło historyczne, lekko tylko zarysowane, jakby punktami na osi czasu, jakimiś epizodami. 

Kraj opanowała polityczna gorączka. Przed kościołem, jeden po drugim, odbywały się mitingi polityczne, ludzie defilowali ze świecami i sztandarami, a Rade - właściciel kafejki Lanterna - został kandydatem na burmistrza.

Rozpada się Jugosławia, wybucha wojna, która na dalmatyńskim wybrzeżu nie jest odczuwana tak bardzo jak w głębi lądu, ale związane z nią trudności życia codziennego dają się we znaki każdemu. Miasteczko składa swoją daninę krwi, na wojnę wyruszają młodzi chłopcy, nie wszyscy z niej wrócą. 

Ustawili ich w szeregu. Trzydziestu chłopaków, kwiat rocznika 1972/1973, maturzyści, świeżo upieczeni studenci, dezerterzy z Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, marynarze, którzy dostali wezwanie do wojska między rejsami. Właściciel Lanterny coś mówił w tym swoim kanciastym nowochorwackim języku, który ledwo opanował na takie właśnie oficjalne okazje.

A potem nastają lata transformacji, rozwoju neoliberalnego kapitalizmu. I przyznam, że ten wątek, o wiele głębiej zarysowany niż ten wojenny, bardzo mnie zainteresował. Senne dotąd miasteczko staje się atrakcyjnym turystycznym kąskiem. Międzynarodowe firmy inwestujące w branżę turystyczną i nieruchomości szukają tu swoich okazji. Najlepiej kupić ziemię jak najtaniej i odsprzedać ją potem jak najdrożej, aby wystawić na niej szeregi identycznych letnich apartamentów, które na zawsze odmienią oblicze miasteczka. 

Smart Solucion Estate to firma, która prowadzi bardzo prostą działalność. Kupuje i sprzedaje ziemię: kupuje tanio, a sprzedaje drogo. Kupuje trudno dostępne zatoki, zniszczone winnice, zbocza porośnięte gęstym rozmarynem i świerkami, a sprzedaje wpisane do miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego uzbrojone, wpisane do ksiąg wieczystych działki budowlane z przeznaczeniem na działalność deweloperską i turystyczną.

A przede wszystkim nieodwracalnie zmienią jego krajobraz. Jurica Pavičić mniej zajmuje się ekonomicznym aspektem tych zmian, a bardziej właśnie krajobrazowym i społecznym. Bo propozycje kupna ziemi żerują na ludzkich kłopotach i często prowadzą do sąsiedzkich konfliktów. Interesy są też możliwe dzięki korumpowaniu polityków, miejscowych i tych wyższego szczebla.

Gorki wie, że jego firma przekupuje polityków. Prawnicy firmy składają wizyty burmistrzom i radnym wyspiarskich miejscowości i pokazują im w Power Poincie symulacje luksusów przygotowane w programach AutoCAD i Corel. Zapraszają ich na kolacje i wycieczki jachtem, a kiedy zabawa się kończy, ludzie z firmy dają im kieszonkowe, wręczają czeki opiewające na kwotę z kilkoma zerami.

Ciekawym zabiegiem, który pokazuje zmiany, jest takie punktowe pokazanie drogi pewnego człowieka, szemranego typa, który zaczyna się piąć po szczeblach kariery dzięki wojnie. Trudno go nazwać nawet bohaterem epizodycznym, po prostu mówi się o nim od czasu do czasu, bo jakoś ociera się o losy niektórych bohaterów, a potem zaczyna odgrywać znaczącą rolę w regionie. I może się stać człowiekiem niebezpiecznym, bo świetnie manipuluje tłumem, uwodzi go.

Czas płynie, świat się zmienia i tylko Silva stale wygląda tak samo na zdjęciu, które rodzina zamieściła na rozwieszanych wszędzie plakatach. Tylko umarli zastygają w czasie.

Od tego czasu minęło sześć lat, były dwie wojny. Dwa razy linia frontu przechodziła przez tę dolinę, dwa razy przechodziła z rąk do rąk, dwa razy ją zdobywano, pustoszono i niszczono. I w czasie, gdy żółte mrówki niszczyły domy czarnym mrówkom, a później czarne żółtym, ogłoszenie ze zdjęciem Silvy wisiało nietknięte, obok drzwi toalety. Gdy inni ginęli i starzeli się, Silva wciąż była młoda i uwieczniona na białej kartce.

Teraz, kiedy dzielę się refleksjami o "Czerwonej wodzie", dochodzę do wniosku, że może najlepiej byłoby ją zakwalifikować jako powieść psychologiczną. Bo właśnie portrety bohaterek i bohaterów są jej bardzo mocną stroną. Szczególnie zapadła mi w pamięć postać milicjanta zajmującego się, do czasu, sprawą zaginionej Silvy. 

A poza tym warto dodać, że powieść jest bardzo dobrze skonstruowana. Wiele tu zwrotów akcji, mylenia tropów, zaskoczeń. To oczywiście sprawia, że czyta się ją jednym tchem. Nie jest to książka wybitna, nie jest też najlepszą bałkańską powieścią, jaką czytałam, ale śmiało można po nią sięgać.

Eleanor Catton "Las Birnamski"

Po lekturze dwóch wyjątkowo przygnębiających powieści, "Końca"

Marty Hermanowicz i "Urodzin" Weroniki Murek,  potrzebowałam czegoś lżejszego. Mój wybór padł na "Las Birnamski" Eleanor Catton (Wydawnictwo Literackie 2024; przełożył Maciej Świerkocki). Od razu wyznam, że nie czytałam jej nagrodzonej Bookerem powieści "Wszystko, co lśni", bo, pamiętam, zniechęciły mnie wcale nie tak nieliczne krytyczne głosy. Zresztą w moich czytelniczych wyborach nie podążam za nagrodami. Owszem, nagroda może być, ale nie musi, zachętą do sięgnięcia po książkę. Dlaczego wobec tego jakiś czas temu kupiłam "Las Birnamski"? Bo zainteresował mnie temat. 

Muszę przyznać, że powieść spełniła powierzone jej zadania. Miałam z tej lektury przyjemność, chociaż nie od początku, no i nie do samego końca. Po odłożeniu książki przyszło też otrzeźwienie i nieco bardziej krytyczne spojrzenie. Najpierw jednak parę słów wprowadzenia. 

Akcja  rozgrywa się w roku 2017 w Nowej Zelandii. Tytułowy Las Birnamski to nazwa ekologicznej organizacji, ogrodniczego kolektywu, którego członkowie, działając na granicy prawa, zajmują jakieś opuszczone tereny i sadzą tam rośliny, a potem sprzedają swoje plony. Pomysłodawczynią, założycielką i spiritus movens tej grupy jest dwudziestokilkuletnia Mira. Pomaga jej przyjaciółka, Shelley. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy w jednym z parków narodowych dochodzi do trzęsienia ziemi w wyniku czego na pobliskiej przełęczy obsuwa się ziemia i zostaje zamknięta popularna wśród turystów droga. Burzy to plany właścicieli dużej farmy leżącej w okolicy, którzy chcieli rozparcelować ziemię i sprzedać ją deweloperowi pod budowę domów. Na razie nie ma mowy o tym interesie, bo ruch turystyczny zamarł, a zabezpieczenie osuwiska i odbudowanie drogi zajmie kilka lat. Mira dostrzega w tym szansę dla Lasu Birnamskiego, który stale jest pod kreską. A gdyby tak udało się niepostrzeżenie zająć ten duży teren i hodować tam rośliny na większą skalę? Zrobiła research - miejsce jest odludne, gospodarze rzadko odwiedzają swój dom, bo sami mieszkają w stolicy. Wyrusza na rekonesans. Nieoczekiwanie dla siebie zostaje przyłapana przez nieznajomego mężczyznę, który doleciał tam prywatnym odrzutowcem. Mężczyzna okazuje się amerykańskim miliarderem, który chce na tym terenie zbudować luksusowy bunkier na wypadek katastrofy. Wpłacił już zaliczkę za teren, co utrzymywane jest w tajemnicy. Po pierwszym spięciu zafascynowany bezczelnością Miry i kłamstwami, którymi zawsze posługuje się, kiedy zostanie przyłapana w podobnej sytuacji, nieoczekiwanie proponuje jej dil. Nie tylko pozwoli Lasowi Birnamskiemu uprawiać rośliny na terenie farmy, ale jeszcze zainwestuje w ten kolektyw ogrodniczy duże pieniądze. Takie o jakich nie śmieli nigdy marzyć. Mira wraca do domu i na zebraniu przedstawia członkom organizacji hojną propozycję. Czy zostanie przyjęta, o tym muszą zadecydować w demokratycznym głosowaniu. Postanawia zrobić wszystko, aby tak się stało, dlatego na wszelki wypadek nie mówi im wszystkiego. Jeśli komuś wydaje się, że streściłam powieść, to zapewniam, że nic takiego się nie stało. To zaledwie punkt wyjścia dla tego, co nastąpi dalej. I ja również zataiłam niektóre fakty, aby nie psuć przyjemności potencjalnym czytelniczkom i czytelnikom.

"Las Birnamski" określany jest przez wydawcę mianem psychologicznego thrillera i mogę się z tym zgodzić. Po nieco nudnawym i przegadanym początku, kiedy akcja na dobre zostaje zawiązana i rusza z kopyta, powieść rzeczywiście trzyma w napięciu. Zdarzenia obserwujemy naprzemiennie z kilku punktów widzenia - Miry, jej przyjaciółki Shelley, ich znajomego, niegdyś członka kolektywu, Tony'ego, owego miliardera Roberta Lemoine'a i małżeństwa, które jest właścicielem farmy. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej, poznajemy też stosunkowo szybko prawdziwe powody, dla których Robert Lemoine postanowił zainwestować w ogrodniczy kolektyw. A nie są to powody szlachetne. Tony, skłócony z członkami grupy, a przede wszystkim z Mirą, której zarzuca, że sprzedała ideały za pieniądze, postanawia wyświetlić sprawę. Początkowo napędza go gniew na bogaczy tego świata, którzy myślą tylko o sobie i wszystko mogą kupić, interes publiczny mając za nic, i polityków, którzy im to ułatwiają. Chce o tym napisać artykuł, marzy mu się zrobienie kariery. Kiedy jednak przybywa na miejsce, szybko odkrywa prawdę. Teraz Tony kierowany słusznym gniewem chce przy okazji wybić się materiałem śledczym. 

... i poczuł, jak przetacza się po nim walec wściekłości i rozpaczy z powodu bezwzględnego okrucieństwa późnego kapitalizmu, który nie tylko niszczy środowisko, instytucje obywatelskie, ideały intelektualne oraz polityczne, ale nawet gorzej, niszczy bowiem jego osobiste nadzieje na przyszłość - poczuł znajomy przypływ smutku i bezsilnej złości z powodu straceńczego, marnotrawnego, bezdusznego, narcystycznego i bezpłodnego egoizmu dzisiejszych czasów ...

Wszystko oczywiście się komplikuje - Tony jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, dochodzi do nieoczekiwanych wydarzeń, które mieszają szyki wszystkim, nawet amerykańskiemu miliarderowi. Ostatecznie rzecz idzie o to, czy Tony'emu uda się wyświetlić prawdę, czy wyjdzie cało z potyczki z wszechmocnym Robertem, który do swojej dyspozycji ma nie tylko bajeczne pieniądze, oddanych ludzi, ale i drony zwiadowcze, potrafi też znakomicie manipulować ludźmi i mieszać w Internecie. 

Powieść dostarcza wielu czytelniczych przyjemności, przede wszystkim oczywiście dlatego, że akcja trzyma w wielkim napięciu, a poza tym mnożą się tajemnice. Chciałam też oczywiście dowiedzieć się, jak ta historia się skończy. Muszę przyznać, że finał mnie zaskoczył, co oczywiście jest dodatkowym plusem. Wielką przyjemność sprawiały mi też opisy dzikiej przyrody, których jest tu trochę. Z radością śledziłam wędrówki Tony'ego po odludnych szlakach parku narodowego, wchodziłam w skórę Miry, która obozowała na odludziu. Jednym słowem czułam się tak, jakbym to ja tam była. Bardzo lubię takie przeżywanie powieści. 

Plusem są też oczywiście poruszane w książce problemy, ścieranie się różnych racji i poglądów. Na jakie kompromisy można iść? Czy dorosłość i skuteczne działania zawsze ich wymagają? Jak długo można być pięknoduchem żyjącym słuszną ideą, niedostrzegającym rzeczywistości? Jak daleko można się posunąć, aby przekonać innych do swoich racji? No i problemy, o których już wspominałam. Ochrona środowiska kontra wydobycie metali ziem rzadkich. Jaki koszt środowiskowy i ludzki jesteśmy gotowe i gotowi zapłacić, aby je mieć? A przecież są nam niezbędne. Zapisując te słowa w laptopie, też przecież z nich korzystam. No i jest to także opowieść o miliarderach, którzy mogą pozwolić sobie na wszystko, kupując polityków, manipulując ludźmi, mając ich za nic. Robert Lemoine to wyjątkowo bezczelny i odrażający typ.

Kolejną zaletą powieści są rozbudowane, pogłębione portrety bohaterek i bohaterów. Wnikamy w ich motywacje, poznajemy ich poglądy i relacje między nimi.

Jednak kiedy już skończyłam czytać, kiedy poznałam zakończenie i stwierdziłam, że jest zaskakujące, kiedy emocje opadły, przyszło otrzeźwienie. Otóż "Las Birnamskim" jest tylko, albo aż, znakomicie skrojoną i napisaną powieścią sensacyjną. Poruszane w książce problemy nie są przecież żadnym odkryciem, to po prostu dodatek, który nie przeszkadza czerpać przyjemności z lektury. Gdyby rzecz była na serio, powieść powinna czytelniczki i czytelników przeczołgać i zdołować. Może dlatego to zaskakujące zakończenie wydało mi się równocześnie nie pasować do całości. Jakby autorka chciała znowu dodać swojej powieści ciężaru, jaki niósł początek. Nie mam jednak pretensji do Eleanor Catton o to, że napisała thriller, bo może ktoś, kto się nad takimi problemami na co dzień nie zastanawia, zwabiony sensacyjną fabułą pomyśli sobie o tym przez chwilę. 

Orhan Pamuk "Noce zarazy"

Każda książka ma swój czas. Znalazły go wreszcie wydane ponad

dwa lata temu "Noce zarazy" Orhana Pamuka (Wydawnictwo Literackie 2023; przełożył Piotr Kawulok). Pisarz należy do grona tych autorów, których twórczość pilnie śledzę, co nie znaczy, że czytam wszystko, co napisał, i zachwycam się wszystkim. Zaczęłam od "Śniegu", który teraz po latach chętnie przeczytałabym jeszcze raz. Najbardziej utkwiły mi w pamięci dwie sagi rodzinne, "Dziwna myśl w mej głowie" i "Cevdet Bej i synowie", no i oczywiście autobiograficzny "Stambuł. Wspomnienia i miasto". Natomiast z trudem dobrnęłam do końca "Czarnej księgi", a "Muzeum niewinności" bywało nużące.

"Noce zarazy" czytałam z przyjemnością, chociaż moim zdaniem nie zaszkodziłyby tej powieści jakieś niewielkie skróty. Cóż, Orhan Pamuk ma tendencję do nadmiernego rozpisywania się, co najbardziej odczułam we wspomnianym "Muzeum niewinności".

Akcja najnowszej książki pisarza rozgrywa się w roku 1901 na fikcyjnej wyspie Minger, zwanej perłą Lewantu, leżącej na Morzu Śródziemnym, będącej częścią Imperium Osmańskiego. Zaczyna się tu szerzyć epidemia dżumy, czemu miejscowe władze starają się, póki można, przeczyć, ale sułtan wysyła na wyspę głównego inspektora sanitarnego, specjalistę od zwalczania epidemii, Bonkowskiego Paszę i jego asystenta. Co ciekawe, jest to postać historyczna, nasz człowiek w Imperium Osmańskim, tyle, że nie skończył tak tragicznie jak na kartach powieści. Bo w książce zostaje bardzo szybko uśmiercony - pada ofiarą okrutnego morderstwa. Kto go zamordował? Kto otruł jego asystenta? Te zagadki będzie próbowała rozwiązać miejscowa władza, rzucając podejrzenia na wrogów politycznych i stosując okrutne tortury, aby wymusić zeznania. Tymczasem ściągnięty w zastępstwie na wyspę lekarz epidemiolog i jego małżonka, sułtanka Pakize, też chcą dociec, kto zamordował Bonkowskiego Paszę, a potem otruł jego asystenta. Ale próbują to robić w sposób nowoczesny, czyli tak, jak rozwiązywał zagadki bohater opowiadań i powieści Artura Conan Doyle'a, Sherlock Holmes. 

Jeśli ktoś myśli, że "Noce zarazy" to powieść kryminalna, jest w błędzie. Rozwiązanie zagadki morderstwa nie stanowi tu istoty, dzieje się trochę mimochodem, a odpowiedź na pytanie, kto za tymi zbrodniami stał, wcale nie pada na końcu, jak to w klasycznym kryminale bywa, ale gdzieś po drodze. Ot, taka gra z czytelniczkami i czytelnikami, nie do końca wykorzystana, może celowo. Orhan Pamuk zastosował w powieści jeszcze jeden zabieg sprawiający, że niektórzy znawcy literatury określają tę powieść jako postmodernistyczną, a nawet jako pożegnanie z postmodernizmem. Dlaczego pożegnanie? Tego na razie nie sprawdziłam, bo nie czytam recenzji przed przelaniem swoich refleksji na blog, aby się nie sugerować. Z ciekawości sprawdzę później. Ten zabieg to ubranie opowiadanych zdarzeń w formę powieści historycznej napisanej przez zajmującą się historią Mingeru naukowczynię, która dotarła do listów sułtanki Pakize pisanych do siostry i miała opracować je naukowo. Kim jest owa naukowczyni i dlaczego wyspa jest jej tak bliska, dowiadujemy się pod koniec powieści.

"Noce zarazy" sprawiają przyjemność na trzech poziomach. Jeden, zupełnie podstawowy, to sama wyspa. Jej opisy, jej mieszkańcy, jej codzienność. Lubię zanurzać się w  powieściowy świat, lubię dzięki opisom wyobrażać sobie miejsca i toczące się w nich życie. Drugi to oczywiście akcja powieści. Jak rozwinie się epidemia? Czy uda się ją zwalczyć? Kiedy? Co się stanie z bohaterami? Jak potoczą się losy wyspy? Czytając, chciałam poznać odpowiedzi na te pytania. I wreszcie poziom trzeci, może najważniejszy, to intelektualna warstwa powieści. Wiem, brzmi to dość pretensjonalnie, ale nie jest to pierwsza powieść Orhana Pamuka, która zmusza w trakcie lektury do zadawania sobie szeregu pytań, do podążania za problemami, które podrzuca. Oczywiście każda dobra powieść jest o czymś, każda porusza jakieś problemy, ale u niego to wszystko wybija się na pierwszy plan, sprawia, że sama opowieść jest tylko pretekstem i mniej angażuje, chociaż jest ciekawa. Podobnie, o ile pamiętam, było w "Śniegu". 

O czym w takim razie są "Noce zarazy"? Pierwszy trop jest oczywisty - o pandemii.  Znajdziemy tu wszystkie zagadnienia, które tak dobrze znamy z covidowych czasów. Zaprzeczanie zarazie, lekceważenie jej, aby nie denerwować mieszkańców, potem wprowadzanie dotkliwych obostrzeń, szerzące się teorie spiskowe, podważanie wiedzy naukowej, uciekanie się do szarlatanów i przywódców religijnych, którzy wmawiają wiernym, że będzie, jak bóg chce. Jest też w powieści wiele ciekawych informacji o tym, jak niegdyś radzono sobie z zarazami. Szczególnie interesowały  mnie wiadomości o tym, jak epidemie szerzyły się wśród muzułmańskich pielgrzymów, zwłaszcza tych podróżujących z dalekich miejsc statkami, i jak próbowano sobie z tym radzić.

Ale zaraza to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pozostałe problemy to rewolucja i mechanizmy nią rządzące. Pytania o to, kiedy szlachetna idea zaczyna parszywieć, ile w przełomowych zdarzeniach przypadku, a ile planowania, jaka jest rola jednostki, ile od niej zależy. Autor próbuje uchwycić moment, kiedy patriotyzm lokalny zaczyna przeradzać się w nacjonalizm. Pokazuje, jak to wszystko obrasta z czasem mitami, legendami, a jednocześnie jak ważne są takie momenty założycielskie. 

Kolejna grupa problemów to relacje między władzą świecką, a duchownymi, wpływ religii na funkcjonowanie jednostek i społeczeństw. Wreszcie napięcia pomiędzy tradycją, a nieuniknionymi zmianami, modernizacją. Na ile takie procesy mogą być wprowadzane odgórnie, na ile są potrzebą zwykłych ludzi.

Te zagadnienia nie zostały umieszczone w próżni - bardzo ważny dla powieści jest kontekst historyczny. Moment, kiedy Imperium Osmańskie powoli się rozpada, traci kolejne terytoria. Jest zawieszone pomiędzy Wschodem, a Zachodem. Zależne od mocarstw europejskich, które wymuszają pewne zmiany, tu związane z opanowaniem epidemii, a jednocześnie nie bez znaczenia jest opór mieszkańców. No i konflikty narodowościowe podsycane i wykorzystywane przez rządzących i duchownych.

Bardzo to wszystko ciekawe i niezwykle aktualne. Nie tylko w Turcji.

Shehan Karunalitaka "Siedem księżyców Maalego Almeidy"

Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że ukazała się powieść

lankijskiego pisarza Shehana Karunalitaka "Siedem księżyców Maalego Almeidy" (Marginesy 2023; przełożył Mariusz Gądek). I wcale nie chodziło o Bookera, którego autor za swoją książkę otrzymał, ale o Sri Lankę. Od dawna bardzo chciałam przeczytać powieść, której akcja toczyłaby się właśnie tam, napisaną przez kogoś stamtąd. Wprawdzie nieco odstraszyła mnie informacja, że zdarzenia rozgrywają się w planie realistycznym i fantastycznym: na Sri Lance i w zaświatach, ale pomyślałam, że te drugie będą tylko dodatkiem, a to, co istotne, dziać się będzie na Ziemi. No i chociaż rzeczywiście tak jest, to niestety powieść mnie rozczarowała. Muszę przyznać, że nie podzielam zachwytów, które tu i ówdzie słyszę.

Ale od początku, czyli kilka zdań wprowadzenia. Kolombo rok 1990. Na Sri Lance od lat trwa wojna domowa, w którą zaangażowane są różne siły. Zasadnicza walka rozgrywa się pomiędzy Tamilskimi Tygrysami z północy, którzy dążą do utworzenia swojego państwa, a siłami rządowymi, czyli w większości Syngalezami. Kiedy północ kraju stoi w ogniu, w Kolombo życie toczy się w miarę normalnie. Jeśli ktoś nie angażuje się w politykę, może spać spokojnie, o ile nie stanie się przypadkową ofiarą zamachu terrorystycznego. Bohaterem powieści jest Maali Almeida, fotograf, hazardzista i sprzedawczyk, jak sam o sobie mówi. Od siebie dodałabym jeszcze - cynik i erotoman. Od początku wiemy, że właśnie zginął i trafił w zaświaty w miejsce zwane Pomiędzy. Ma siedem księżyców, czyli siedem dni, aby wyświetlić zagadkę swojego morderstwa. Nie pamięta momentu śmierci. Podejrzewa, że powodem zabójstwa mogły być zrobione przez niego zdjęcia, na których utrwalał wojnę, akty terroru, ich ofiary. Miał w swojej kolekcji także takie fotografie, które kompromitowały rządzących. Ale Maali Almeida nie jest szlachetną postacią. Wysługiwał się różnym stronom konfliktu, pracował dla tych, którzy dawali mu zarobić. Czasem jako fikser zagranicznych dziennikarzy, czasem jako niezależny korespondent wojenny, ale współpracował też z armią rządową, poznał różnych polityków. Mógł narazić się wielu stronom. Stopniowo poznajemy jego historię zawodową, relacje rodzinne, związki.

Co mnie rozczarowało? Przede wszystkim potwornie nudziła mnie warstwa fantastyczna, której wbrew pozorom jest całkiem sporo. Zupełnie nie interesowały mnie rozgrywki pomiędzy zmarłymi, upiorami, duchami i demonami. Ich walka o dalszą drogę Maalego Almeidy, wygłaszane przez nie mądrości. Przez dłuższy czas mieszały mi się te wszystkie pozaziemskie zjawy, na szczęście z pomocą przychodził sporządzony przez autora spis bohaterów, do którego musiałam często zerkać. Trudno mi powiedzieć, na ile te zaświaty osadzone są w hinduizmie albo w jakichś mitach. Czy w ogóle? Ani mnie to nie bawiło, a podobno powinno, ani nie przerażało. Makabryczne zjawy, które do Pomiędzy trafiają w takim stanie, w jakim skończyły życie, przypominały mi postacie z obrazów Boscha - podziwiałam wyobraźnię autora, ale nie budziły we mnie lęku. Starałam się brnąć przez te fragmenty jak najszybciej, aby razem z duchem bohatera znaleźć się w ziemskim świecie.

Niestety tu wcale nie było lepiej. W gruncie rzeczy jest to powieść kryminalna czy sensacyjna - na pierwszy plan wybija się rozwiązanie zagadki, jak zginął Maali Almeida. Chcąc ją rozwikłać, jego duch wplątuje najbliższe mu osoby w polityczną awanturę, której konsekwencje mogą okazać się dla nich tragiczne. Potem przy pomocy zjaw i upiorów próbuje je uratować. Oczywiście można stawiać pytania, czy w imię swoich interesów, w imię wyświetlenia prawdy o politykach, czego nie zrobił za życia, ma prawo kogokolwiek narażać. Można się zadumać nad tym, jak mieszkańców Kolombo niewiele obchodzą ludzkie nieszczęścia, które dzieją się tuż obok nich. Niestety moim zdaniem to wszystko nie wybrzmiewa. Podobnie jak ginie gdzieś w morzu sensacyjnych zdarzeń tło polityczne i tragedia ludzi wplątanych w wojnę domową. Jeśli ktoś jest naprawdę zainteresowany tamtą zapomnianą wojną na tej rajskiej wyspie, niech sięgnie po reportaż Frances Harrison "Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance" wydany kilka lat temu przez Czarne. A już na pewno powinien to zrobić każdy, kto tam był albo się wybiera. Mnie "Siedem księżyców Maalego Almeidy" nie przekonało.

Magdalena Parys "Książę"

Skoro powiedziało się a i b, trzeba w końcu powiedzieć c. A okazja

ku temu nadarzyła się właśnie teraz. Chodzi o Trylogię berlińską Magdaleny Parys. Jakiś czas temu przeczytałam "Tunel", potem "Magika", a teraz przyszedł czas na "Księcia" (Agora 2020). Dlaczego teraz? Bo ta  powieść doskonale rymuje się z wydarzeniami, jakie niedawno rozegrały się w Niemczech. Chodzi o udaremnioną próbę puczu zorganizowaną przez ekstremistyczną organizację, na której czele stał człowiek mianujący się księciem Heinrichem XIII. Część naszych mediów podeszła do nich lekko, bo rzeczywiście wydają się absurdalne i komiczne, ale niektórzy komentatorzy uważają, że sprawie należy się przyglądać. Kilka dni później wysłuchałam wywiadu z Magdaleną Parys na temat tych wydarzeń. Ta rozmowa plus okres świąteczny - nie było lepszego momentu, aby domknąć cykl, a właściwie to, co do tej pory wyszło, bo pisarka pracuje właśnie nad częścią kolejną.

W jaki sposób "Książę" łączy się z wydarzeniami, o których wspomniałam? Dokładnie w taki - powieść Magdaleny Parys w sensacyjnej formie opowiada o podobnych wydarzeniach. Podpalenie osiedla zamieszkanego przez imigrantów, porwanie żony polityka, okrutne zabójstwa księży. Za tym wszystkim stoi właśnie taka  ekstremistyczna organizacja, którą kieruje tytułowy Książę. 

Magdalena Parys tematem swoich książek z berlińskiego cyklu czyni jakieś ważne wydarzenia z niemieckiej przeszłości, można by rzec, że odkopuje demony przeszłości, łączy je z czasami współczesnymi, a wszystko ubiera w formę powieści sensacyjnych. Niemal od początku wiemy, kto stoi za zbrodniami, ważne jest, czy i jak uda się schwytać zbrodniarzy. W "Tunelu" autorka wracała do czasów, kiedy mur rozdzielił Berlin, a wielu zdesperowanych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy znaleźli się po niewłaściwej stronie, próbowało sforsować przeszkodę, między innymi budując tunele. "Magik" to opowieść o historii znacznie mniej znanej - ucieczkach obywateli dawnej NRD do lepszego świata przez bułgarsko-turecką albo bułgarsko-grecką granicę. 

We wszystkich trzech książkach autorka pokazuje sprawy niewygodne - pisze o zbrodniarzach wojennych robiących po wojnie  kariery w obu niemieckich państwach, albo o agentach Stasi, którzy odnaleźli się doskonale w zjednoczonej ojczyźnie. Wśród bohaterów odnajdziemy wielu o polskich korzeniach - przyjechali do Niemiec jako dzieci albo tu się urodzili w mieszanych rodzinach. Na kartach jej książek w retrospekcjach pojawia się Gdańsk, Prusy Wschodnie czy Wrocław. Nic dziwnego, bo urodzona właśnie w Gdańsku Magdalena Parys sama ma podobną przeszłość.

Mocną stroną "Księcia", podobnie jak poprzednich części cyklu, oprócz sensacyjnej akcji i wątków polityczno-historycznych, są rozbudowane portrety bohaterów. Poznajemy ich przeszłość, motywacje, nawyki, śmiesznostki, kompleksy, udręki, strachy, dowiadujemy się, jaka droga doprowadziła ich w miejsce, w którym się znaleźli. W trzeciej części pojawiają znani z "Magika" Waldemar Tchapieski, który w międzyczasie awansował na prezydenta berlińskiej policji, komisarz Thomas Kowalski, dziennikarka Dagmara Bosch, patolog doktor Krenz i technik policyjny Garbaty. O każdej z tych postaci dowiadujemy się jeszcze więcej. W życiu niektórych zaszły zmiany. Ważnym bohaterem w "Księciu" jest Paul Chagall, który pojawił się już w poprzedniej części, agent wywiadu przypominający nieco Jamesa Bonda. Podobieństwo, jak twierdzi autorka, zamierzone. A ponieważ nigdy nie złapałam bondowskiego bakcyla, to ten wątek tak poprowadzony wydał mi się naciągany. Tu poznajemy dokładnie historię Paula. Drugą sprawą, która nieco mnie irytowała, są wątki ezoteryczne i wróżbiarskie. To nie moje klimaty. Nie bardzo też rozumiałam, po co autorka wprowadza epizodyczną postać tajemniczej czarnej damy. No ale nie wykluczam, że w natłoku i w gmatwaninie zdarzeń czegoś nie zrozumiałam, coś mi umknęło.

Podobnie jak w poprzednich częściach Magdalena Parys miesza wątki, postacie i czasy, wprowadza liczne retrospekcje, budując umiejętnie napięcie. 

Rzadko sięgam po kryminały czy powieści sensacyjne, robię to tylko wtedy, kiedy zainteresuje mnie tło społeczne czy historyczne. Nie żebym nie lubiła, ale po prostu w natłoku ciekawych lektur z czegoś muszę rezygnować. Trylogię berlińską warto przeczytać właśnie z takich powodów. Ja czekam na kolejną część.

Sofi Oksanen "Psi park"

Z niecierpliwością czekałam na lekturę "Psiego parku" Sofi Oksanen

(Znak Literanova; przełożyła Katarzyna Aniszewska). Po pierwsze dlatego, że przed kilku laty bardzo podobała mi się jej powieść "Gdy zniknęły gołębie", a po drugie ze względu na pozytywne recenzje najnowszej książki tej fińskiej pisarki, której matka była Estonką. 

Na początku muszę wyznać, że powieść mocno mnie zaskoczyła. Nie wczytywałam się zbyt dokładnie w informacje podane przez wydawcę, więc spodziewałam się, że jej tematyka będzie oscylowała wokół spraw fińskich lub estońskich, jak w książce, o której wspominałam. Tymczasem nic z tego! Wprawdzie akcja częściowo toczy się w Helsinkach w roku 2016, a główna bohaterka, jednocześnie narratorka, wspomina swoje dzieciństwo spędzone w Tallinie, ale jest to książka przede wszystkim o ... Ukrainie. Jakbym czytała ukraińską powieść. Nie tego się spodziewałam. Cóż, właściwie mile mnie to zaskoczyło, jako że po ukraińską literaturę sięgam ostatnio regularnie. Pozostaje jednak wątpliwość, na ile dokładnie Sofi Oksanen zna tamtejszą rzeczywistość. Jak dokładny zrobiła research? Może jej matka miała tam krewnych? Nie jest to niemożliwe. Przyznam, że bardzo bym chciała przeczytać wywiad z pisarką dotyczący jej najnowszej powieści, no ale w sieci nic nie znalazłam.

Cóż, obraz Ukrainy, delikatnie mówiąc, nie jest w powieści lukrowany. Dziś, kiedy patrzymy na bohatersko broniących się Ukraińców, z takim poświęceniem walczących o swoją państwową niezależność, nie wracamy do problemów, jakie mieli. Tymczasem jest to opowieść o nierównościach społecznych, o beznadziejnej egzystencji na donbaskiej prowincji, o braku perspektyw, o bezprawiu, przestępczości, ukraińskich oligarchach i o ludziach, którzy w pogoni za lepszym życiem, są gotowi zrobić wiele. Zapomnieć o uczciwości, etyce, prawości.

Główna bohaterka, Olenka, która wychowała się w Tallinie, a której korzenie, jak to w ZSRR, były skomplikowane, po rozpadzie Związku Radzieckiego i odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę zostaje wyrwana z dobrze znanego sobie, bezpiecznego świata i wrzucona w realia Donbasu. Razem z rodzicami ląduje w Śnieżnem u babci ze strony ojca. Dlaczego? Bo ojciec właśnie tam dostrzegł możliwość wzbogacenia się. Na czym? Na czarnym złocie, czyli nielegalnie wydobywanym węglu, i bezpardonowym przejmowaniu akcji jakichś przedsiębiorstw. To walka bezwzględna. Można przypłacić ją życiem, jeśli zadrze się z silniejszymi i sprytniejszymi od siebie. Walka wyzbyta wszelkich hamulców. Jeśli trzeba, poświęci się własne dziecko, wyrzuci staruszkę z jej domu (cały czas zastanawiam się, czy scena opowiedziana w książce mogła rzeczywiście w tamtym miejscu i tamtych okolicznościach się wydarzyć). Oczywiście właściciele nielegalnych szybów nie przejmują się losem tych, którzy dla nich węgiel wydobywają. Nie oni narażają swoje życie. Chociaż, jak wspomniałam, oni także balansują w tym wilczym świecie na cienkiej linie.

Ale najbardziej poruszył mnie, oprócz obrazu beznadziejnego, zdegradowanego i po prostu potwornie brzydkiego świata, los dziecka, którego dorośli nie pytają o zdanie i burzą mu dotychczasowe życie, marzenia, perspektywy. Olenka nienawidzi miejsca, w którym się znalazła. Tallin nawet za czasów ZSRR był miastem, które ze względu na swoje położenie ocierało się o ten lepszy, zachodni świat. Nie do końca legalnie, ale jednak, dało się oglądać fińską telewizję. Potem perspektywy były jeszcze lepsze. Kiedy trafia do Śnieżnego w Donbasie, na początku ma jeszcze nadzieję, że rodzice zatrzymali się tam tylko na chwilę i przynajmniej ona razem z matką przeniosą się do drugiej babci, która pochodziła z Winnicy. Kiedy zrozumie, że nic takiego się nie zdarzy, zaczyna marzyć, aby za wszelką cenę wydostać się stamtąd. Swój plan będzie konsekwentnie realizować. Najpierw zapłaci frycowe - jej kariera modelki w Paryżu nie powiedzie się. Potem postara się nie popełnić tych samych błędów. I rzeczywiście stopniowo zacznie awansować w agencji, która zajmuje się szukaniem dawczyń komórek jajowych i surogatek dla mających pieniądze cudzoziemców. 

Już po wybuchu wojny słyszałam, że Ukraina była zagłębiem takiego biznesu. Opowieść o nim jeży włosy na głowie. Ponownie mam nadzieję, że autorka zrobiła porządny research i nie wyolbrzymiła  nieprawidłowości. A jest ich wiele. Wykorzystywanie dziewczyn, które chcą się wydźwignąć wyżej albo po prostu zarobić pieniądze na odrobinę lepsze życie. Żerowanie na ich osobistych lub rodzinnych dramatach. Nieliczenie się z ich zdrowiem. Oszukiwanie klientów, którzy traktują agencję jak sklep z dziećmi, a dawczynie jak niewolnice. Jeśli trzeba podrasuje się życiorys, wyrzuci fakty, które mogłyby skreślić dziewczynę w oczach wymagających klientów - zmieni miejsce zamieszkania, zawód rodziców. Dawczyni ma pochodzić z nieskażonego rejonu, odznaczać się inteligencją i urodą, prowadzić zdrowy tryb życia. Jednym słowem ma to być kandydatka, która gwarantuje, że urodzi się idealne dziecko.

Trudno czuć sympatię do bohaterów i bohaterek tej powieści. Można próbować ich zrozumieć, można im współczuć, ale ja nie potrafiłam ich polubić. Ani Olenki, ani tym bardziej Darii czy ojca narratorki. 

Powieść Sofi Oksanen ubrana jest w sensacyjną formę. Niektórzy określają ją nawet mianem thrillera. Wydarzenia poznajemy niechronologicznie, nie wiemy, dlaczego narratorka uciekła z Ukrainy i na fałszywych papierach wylądowała w Helsinkach, gdzie drżąc o swoje życie, zajmuje się sprzątaniem mieszkań i nie przypomina siebie z okresu rozkwitu kariery w agencji. Stopniowo poznajemy coraz więcej szczegółów z jej życia, aż w końcu zagadka jej ucieczki zostanie rozwiązana. Oczywiście ta sensacyjna formuła ma uatrakcyjnić powieść. Podobne chwyty stosowała autorka w powieści "Gdy zniknęły gołębie", o której wspominałam. Przyznam jednak, że to, co w założeniu miało być atrakcyjne, mnie nieco rozczarowało. Może książka jest odrobinę za długa? Szczególnie fragmenty opowiadające o pracy w agencji zaczynały mnie po pewnym czasie nużyć. Ja na pewno wyżej stawiam przywoływaną tu poprzednią powieść Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie". To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto przeczytać tej.  

Pierre Lemaitre "Lustro naszych smutków"

Cztery lata temu przeczytałam powieść "Do zobaczenia w

zaświatach" popularnego francuskiego pisarza Pierre'a Lemaitre. Autor otrzymał za nią prestiżową Nagrodę Gouncourtów. Już nieraz pisałam, że z braku czasu rzadko sięgam po kryminały lub powieści sensacyjne. Robię to tylko wtedy, kiedy od samej zagadki ważniejszy jest temat. Tak było i tym razem - Francja koniec pierwszej wojny, rzesza poległych i okaleczonych inwalidów. Niedawno przez przypadek odkryłam, że jest to pierwsza część cyklu Dzieci katastrofy. Właśnie ukazała się (a właściwie chyba została wznowiona) część trzecia "Lustro naszych smutków" (Albatros; przełożyła Joanna Polachowska), a jeszcze wcześniej druga, "Kolory ognia" w tym samym wydawnictwie i tłumaczeniu. Kupiłam obie, ale niemal od razu z powodu  tematu sięgnęłam po część trzecią. I cóż, mój zawód był ogromny. Tym większy, że "Do zobaczenia w zaświatach" bardzo mi się podobało. Nie tylko ze względu na sensacyjną akcję, ale także dzięki bogatym portretom bohaterów i szeroko zarysowanemu tłu społecznemu. Dlaczego teraz tak boleśnie się rozczarowałam i miałam poczucie traconego czasu? O tym za chwilę.

Akcja powieści toczy się od kwietnia do czerwca 1940. To moment w dziejach drugiej wojny, kiedy armia Trzeciej Rzeszy atakuje zachodnią Europę. Zajmuje Belgię i przekracza granicę francuską. We Francji pojawiają się tłumy belgijskich uchodźców, a wkrótce sami Francuzi zaczną uciekać na południe. Propaganda wojenna pręży muskuły, ale bolesna prawda szybko wychodzi na jaw. Chaos, błędy dowódców, rozbicie i rozproszenie oddziałów francuskiej armii. Drogi zaroiły się od uciekinierów, uchodźców, dezerterów i żołnierzy, którzy nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić. To dla Francuzów sprawa wstydliwa, podobnie jak to, co stało się po kapitulacji. I to właśnie ten temat sprawił, że po tę część cyklu sięgnęłam w pierwszej kolejności, zostawiając "Kolory ognia" na później. Po raz drugi zapytam, skąd więc rozczarowanie? Z kilku powodów.

Pierwszy i najważniejszy - niczego nowego się nie dowiedziałam. Czy dlatego, że wcześniej czytałam wybitne "Szkice piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego, które zaczynają się od tego samego - ucieczki z Paryża i wędrówki na południe? A może powodem jest to, że temat wojennych, nie tylko, uchodźców jest ostatnio z wiadomych przyczyn stale obecny w mediach? A może nic nie przebije "Internatu" Serhija Żadana, który w swojej wybitnej powieści opowiada o chaosie po wybuchu wojny w Donbasie w roku 2014? Czy dlatego stępiła się moja wrażliwość i nie robią na mnie większego wrażenia opisy ludzi wędrujących po drogach, dźwigających swój dobytek, chowających się w rowach przed bombardującymi samolotami? I nie wiem, dlaczego czytając te fragmenty, nie mam takiego poczucia, jakie zdarza mi się w podobnych sytuacjach, że historia znowu się powtarza. A przecież tak jest! Czy to wina moja, czy autora? A może kanty łagodzi epilog, z którego czytelnik dowiaduje się o dalszych losach bohaterów? Niby potrzebuję nadziei, ale jakoś w tym wypadku to dopowiedzenie historii głównych postaci było w moim odbiorze jakimś zgrzytem. Nie mogę jednak wykluczyć, że wielu czytelników nieznających książek, które wymieniłam, i mniej obytych z tematem, zareaguje odwrotnie i zrobi na nich duże wrażenie opis dramatu uchodźców, wojennego chaosu, a epilog pocieszy. Może poczują nieoczekiwaną aktualność tej historii.

Jest i drugi powód mojego rozczarowania. Autor, podobnie jak w pierwszej części, posłużył się dobrze znanym chwytem - śledzi losy kilku bohaterów, których historie jakoś się połączą. Nie on pierwszy, nie ostatni. Tym razem jednak jakoś bardzo szybko domyśliłam się, jaki jest związek pomiędzy nimi i w którym miejscu się ostatecznie spotkają. Intryga, zagadka, nie były aż tak fascynujące i skomplikowane jak w przypadku pierwszej części cyklu, "Do zobaczenia w zaświatach". Stąd znużenie i poczucie, że tracę czas na coś, co bardzo dobrze już znam z innych książek.

I wreszcie powód trzeci - tym razem nie potrafiłam się jakoś specjalnie przywiązać do bohaterów. Ich losy ani mnie ziębiły, ani grzały. Nie współczułam im, nie podziwiałam i niespecjalnie obchodziły mnie łajdactwa niektórych. Może największe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty opowiadające o ewakuacji więźniów, wśród których obok pospolitych przestępców byli także polityczni, dezerterzy i pacyfiści. Nie wiadomo, co z nimi zrobić, czym nakarmić, jak pilnować. Jeśli coś mną wstrząsnęło, to sposób, w jaki dowódcy potraktowali tych, którzy byli ranni albo słabi z powodu choroby.

Nie wykluczam, że ta powieść innym się spodoba, mnie rozczarowała. Przy okazji pojawił się dylemat - czy warto czytać część drugą? Skoro kupiłam, pewnie jednak kiedyś przeczytam. 

Magdalena Parys "Magik"

Jakiś czas temu pisałam o powieści Magdaleny Parys "Tunel" i już

wtedy zapowiadałam, że sięgnę po dwa kolejne tomy jej Trylogii Berlińskiej. Właśnie skończyłam czytać część drugą, "Magika" nagrodzonego Literacką Nagrodą Unii Europejskiej (Agora 2020, wydanie pierwsze 2014 Świat Książki) i połknęłam ją, podobnie jak pierwszą, jednym tchem. Oczywiście aż prosi się o słowo przyjemność, bo naprawdę trudno się od książki oderwać. Z drugiej strony trudno mówić o przyjemności, jeśli czyta się o morderstwach i nieprawościach ludzi związanych z komunistycznym reżimem. 

Zanim wprowadzę w temat, przypomnę, kim jest pisarka, bo jej biografia nie pozostaje bez wpływu na to, co pisze. Otóż Magdalena Parys urodziła się w Gdańsku i kiedy miała trzynaście lat, znalazła się w Berlinie Zachodnim. Pisze po polsku, nie tylko książki, obecna jest również w naszych mediach. Jej doświadczenia sprawiają, że akcja tworzonych przez nią powieści wprawdzie toczy się w Berlinie i dotyczy spraw niemieckich, ale krąży również wokół polskiej tematyki, a nawet szerszej. Dotyka problemów wspólnych dla historii wszystkich krajów postkomunistycznych. Dlatego wśród bohaterów jej powieści znajdziemy takich, których imiona i nazwiska brzmią mniej lub bardziej po polsku. Nie inaczej jest w "Magiku", o czym za chwilę.

Nieprzypadkowo pisałam o przyjemności czytania, bo Magdalena Parys ubrała swoją Trylogię Berlińską w konwencję powieści sensacyjnej. Trudno wobec tego nie zadawać sobie pytań, kto zabił, kto z kim walczy, kto na kogo nastaje, kto chce ukryć swoje tajemnice z przeszłości i dlaczego. Tyle tych kto, bo tłem morderstwa jest polityka, a jego korzenie sięgają lat osiemdziesiątych zeszłego wieku. Chociaż stopniowo dowiadujemy się coraz więcej, to trudno oderwać się od lektury - czytelnik jest wodzony za nos, nawet w finale następuje zwrot akcji. Autorka umiejętnie dozuje napięcie, pokazując rozwój wydarzeń z perspektywy różnych bohaterów. To pierwsza zaleta "Magika" - to bardzo ciekawa powieść sensacyjna. Ale to oczywiście nie wszystko.

Kolejną zaletą są bardzo bogate, pełnokrwiste postacie. Wszyscy główni bohaterowie powieści mają swoją historię, najczęściej dramatyczną, swoje motywacje, kompleksy i demony. Może najmniej dowiadujemy się o nadzorującym śledztwo Tschapieskim, zwanym też Buldogiem, ale już komisarza Kowalskiego, który rozwiązuje zagadkę morderstwa, poznajemy bardzo dobrze. Wiemy, dlaczego pije, dlaczego nie chce wracać do pustego, zawilgoconego mieszkania i wiele, wiele więcej. Na jedną z głównych bohaterek wyrasta Dagmara Bosh, znana telewizyjna dziennikarka, ostra jak brzytwa. Niech nas nie zmyli jej nazwisko. Naprawdę nazywa się Boszewska i jako nastolatka w wyniku splotu okoliczności znalazła się z matką w Berlinie Zachodnim. Historia dziecka, które z woli dorosłych zostaje wyrwane ze swojego środowiska i musi odnaleźć się w zupełnie obcym świecie bez znajomości języka, jest jednym z wątków powieści. To oczywiście nie wszyscy bohaterowie i nie wszystkie historie. 

Ale, jak się domyślam, nie z takich przyczyn Magdalena Parys otrzymała za swoją powieść europejską nagrodę. Powodem był temat - intrygę swojej książki osnuła autorka wokół ciągle jeszcze mało znanych faktów z lat osiemdziesiątych. Otóż wielu obywateli NRD próbowało przedostać się na Zachód, przekraczając zieloną granicę pomiędzy Bułgarią, a Turcją lub Grecją. Najczęściej nieskutecznie. Bułgarska straż graniczna ściśle współpracowała z aparatem bezpieczeństwa NRD i obchodziła się ze złapanymi uciekinierami bardzo brutalnie. Tak się składa, że nie był to temat dla mnie całkiem nowy, bo odkryłam go już wcześniej dzięki lekturze znakomitej książki Kapki Kassabovej "Granica. Na krawędzi Europy". Tamte zdarzenia mają swoje konsekwencje - autorka opowiada o uwikłaniu polityków w komunistyczne zbrodnie, o zacieraniu przez nich śladów współpracy ze Stasi. Można śmiało powiedzieć, że brudy polityki są głównym tematem tej powieści. Polityczna korupcja, polityczny marketing, populizm, walka o władzę. Wreszcie jest to też opowieść o zwalczaniu przez komunistyczne reżimy opozycjonistów. 

Ciekawa, pasjonująca lektura. 

Mario Vargas Llosa "Lituma w Andach"

Kilka miesięcy temu urządziłam sobie mały festiwal czytelniczy

powieści Mario Vargasa Llosy. Kiedy ukazała się jego najnowsza książka "Burzliwe czasy", postanowiłam przeczytać nie tylko ją, ale nadrobić najważniejsze zaległości. Dlatego kupiłam jeszcze "Rozmowę w Katedrze" i "Święto Kozła", uważane za dwie najwybitniejsze w jego dorobku, i "Litumę w Andach", mniej znaną powieść, do której zachęcił mnie opis treści. Trzy pierwsze przeczytałam niemal pod rząd, zachwyciłam się, a "Rozmowę w Katedrze" uznałam za jedną z tych książek, które zabrałabym na przysłowiową bezludną wyspę. Tymczasem "Litumę w Andach" (Znak 2009; przełożył Wojciech Charchalis)  odłożyłam na później. Aż nieoczekiwanie przyszedł idealny dla niej czas. Ponieważ ten czas miał chwilę potrwać, dokupiłam jeszcze "Dyskretnego bohatera". Obie książki okazały się idealną lekturą, adekwatną do okoliczności. Chociaż nie są to najwybitniejsze powieści w dorobku pisarza, sprawiły mi wielką przyjemność i polecam je wszystkim. Jeśli ktoś obawia się tych najlepszych, bo wymagają uważnej lektury, śmiało może zacząć właśnie od "Litumy w Andach" czy "Dyskretnego bohatera". Zawsze lubiłam twórczość Mario Vargasa Llosy, ale w tym roku stała mi się ona jeszcze bliższa. A teraz do rzeczy.

Napisałam, że powieść "Lituma w Andach" sprawiła mi wielką przyjemność, chociaż nie jest to właściwe słowo. Wątpliwość, jakiego wyrazu użyć, pojawia się zawsze, kiedy mówimy o książce, którą bardzo dobrze się czyta, ale która opowiada o trudnych, mrocznych sprawach. I tak właśnie jest w tym przypadku. Jej akcja rozgrywa się w małej wiosce w Andach, a właściwie osadzie, w której mieszkają robotnicy budujący drogę, w czasach, kiedy w Peru toczy się walka ze Świetlistym Szlakiem, maoistowską, radykalną partyzantką posługującą się terrorem i bardzo brutalnymi metodami walki. Sierżant Lituma i jego zastępca, Tomasito, znajdują się w sytuacji beznadziejnej. Sami na posterunku w wiosce zagubionej w wysokich górach, w miejscu, do którego trudno dotrzeć, zdają sobie sprawę, że w razie ataku partyzantów, nie mają żadnych szans. A to zdarzyć się może w każdej chwili. Pogłoski o brutalnych napadach i egzekucjach wykonywanych w bestialski sposób  docierają nawet tu. W dodatku w osadzie w tajemniczych okolicznościach znikają ludzie. 

Policjanci prowadzą śledztwo, ale natykają się na zmowę milczenia. Lituma czuje, że coś jest nie tak, ale nie może dotrzeć do prawdy także dlatego, że jest tu kimś obcym, nie stąd, człowiekiem z miasta. Na tym górskim odludziu czuje się trochę tak, jakby znalazł się na innej planecie. Niby wszyscy mieszkają w tym samym kraju, ale ich światy dzieli przepaść. W tej przygniatającej i beznadziejnej sytuacji jedyną rozrywką dla sierżanta są nocne zwierzenia Tomasita - opowieści o jego beznadziejnej miłości do pięknej kobiety, którą na swoją i jej zgubę wyrwał z rąk niejakiego Knura, bogatego, szemranego przedsiębiorcy. Żeby sobie dorobić do nędznej pensji policjanta, od czasu do czasu był jego ochroniarzem, a tę intratną pracę dostał dzięki protekcji swojego wpływowego ojca chrzestnego. Ponieważ Llosa czasem lubi wracać do swoich bohaterów w różnych książkach, tak jest na przykład z Litumą, mam niejasne wrażenie, ale nie pewność, że Knura, Tomasita i jego wszechmocnego ojca chrzestnego spotkałam już w "Rozmowie w Katedrze". 

Akcja powieści, jak często u Llosy, toczy się wielotorowo. Z jednej strony naprzemiennie śledzimy wątek śledztwa i miłosną historię Tomasita, z drugiej pojawiają się barwne historie zaginionych mężczyzn, równie barwne i niesamowite opowieści demonicznego i rozpustnego właściciela knajpy, jedynej rozrywki robotników, i jego równie demonicznej i rozpustnej żony, uważanej przez robotników za czarownicę. Jesteśmy też świadkami kilku brutalnych akcji przeprowadzonych przez partyzantów.  Wszystkie wątki łączą się ze sobą i służą budowaniu szerszego tła pokazującego sytuację społeczną i polityczną w Peru tamtych lat.  

Ale w tej powieści jest coś jeszcze - niesamowita atmosfera, klaustrofobiczna, tajemnicza, przerażająca. Buduje ją miejsce akcji - nieprzewidywalna przyroda, piękne, ale groźne góry i mieszkający w nich indiańscy górale, którzy wierzą w magię, czary i duchy. Te duchy mogą wejść w człowieka, mogą też żądać ofiary, która ma je przebłagać i odwrócić zły los. To nawiązanie do wierzeń wyznawanych przez rdzennych mieszkańców z czasów przedkolumbijskich. Wszystko to tworzy niesamowitą, fascynującą mieszankę. Prawda, jaką odkryje sierżant Lituma, będzie przerażająca. 

Na mnie ta powieść mocno podziałała. Mimo że od lektury upłynęło już trochę czasu, bez trudu mogę dzielić się refleksjami na jej temat, a to najlepszy dowód, że wciąż rezonuje.

"Bardzo poszukiwany człowiek"

Wakacje to w polskich kinach marny czas. Nie od dziś wiadomo, że króluje głównie rozrywkowy repertuar. Mam jednak wrażenie, że tego lata jest wyjątkowo monotonnie i nieciekawie. W dodatku z powodu wyjazdów albo zbyt długiego wybierania się przepadły mi aż trzy niewakacyjne filmy. Chwilowo mój blog powinien chyba zmienić nazwę, bo tylko czytam, a oglądam niewiele. Mam nadzieję, że zbliżająca się wielkimi krokami jesień przyniesie zmianę repertuaru. Tymczasem wybrałam się na "Bardzo poszukiwanego człowieka", szpiegowski thriller nakręcony na podstawie powieści mistrza gatunku Johna le Carre. Mam jeszcze w pamięci inną ekranizację jego prozy, znakomitego "Szpiega". Ale już wcześniejszy "Wierny ogrodnik" wydał mi się  nazbyt sentymentalny i jakoś przewidywalny. Pamiętam, że wyszłam z kina rozczarowana. Ponieważ nie czytałam ani jednej powieści le Carre (może kiedyś nadrobię ten brak), trudno mi powiedzieć, na ile to słabość scenariusza, a na ile literackiego oryginału (pewnie to pierwsze, skoro autor uważany jest za mistrza w szpiegowskiej odmianie pisarskiego fachu). "Bardzo poszukiwanego człowieka" stawiam pośrodku. Jest bez wątpienia lepszy od "Wiernego ogrodnika", ale "Szpiegowi" nie dorównuje. 

Tym razem to historia współczesna osnuta wokół walki wywiadów z islamskim terroryzmem. Gdzieś w tle pojawia się bardzo aktualne pytanie o to, czy wywiadowi wolno działać poza prawem w imię szlachetnego celu, jakim jest bezpieczny świat. Ale problem został ledwo dotknięty, a szkoda. Jakoś nie wybrzmiewa z należytą mocą. I taki właśnie jest ten film. Dość powierzchowny, nazbyt przewidywalny, a jakby tego jeszcze było mało, postacie są jednowymiarowe. Niby domyślamy się, że główny bohater, agent kontrwywiadu grany przez Philipa Seymoura Hoffmana, niejedno przeszedł i mrok ma w duszy, ale bardziej w to wierzymy niż czujemy. Dlatego jest mi w zasadzie doskonale obojętny, żadnych emocji nie rozpala. Podobnie jest z Annabel, młodą, szlachetną prawniczką czy Issą, tajemniczym przybyszem z Czeczenii. Zbyt szybko rozwiewają się wątpliwości związane z tym bohaterem, właściwie nie wiadomo na jakiej podstawie, a przecież to wokół niego osnuta została szpiegowska intryga. Trudno też zrozumieć motywy decyzji, jakie podejmuje. A już oponenci agenta granego przez Hoffmana są postaciami nakreślonymi bardzo grubą kreską. Żadnego cieniowania racji, żadnych wątpliwości, z góry wiemy, kto tu będzie dobrym, a kto złym policjantem. I jeszcze jeden kamyczek do tego ogródka. Otóż mimo że akcja filmu toczy się w Hamburgu, wszyscy bohaterowie niezależnie od tego, kim są, mówią po angielsku. Taki zabieg, stosowany przez producentów w trosce o wyższą frekwencję, powoduje, że film trąci sztucznością. Marudzę i marudzę, ale przecież nie skreślam "Bardzo poszukiwanego człowieka". To uczciwa, filmowa robota, taka na czwórkę. Ogląda się ją bardzo dobrze, w jakimś napięciu, no i dwa razy (tylko? aż?) zostałam zaskoczona. Raczej gorzki to film, ale tylko raczej, a szkoda, bo zmarnowano potencjał na bardzo mroczne kino.

"Dwa życia"

Na naszych ekranach rzadki gość, film niemiecki, ściślej niemiecko-norweski, co nie jest tu bez znaczenia, bo opowiadana historia rozgrywa się przede wszystkim na północy Norwegii w pięknych, chociaż mrocznych, bo zimowych, okolicznościach przyrody. Obraz, którego akcja toczy się tuż po powstaniu zjednoczonych Niemiec,  jest z gatunku rozliczeniowych, sięga do historii NRD a nawet czasów drugiej wojny. Tam tkwią korzenie opowiadanych zdarzeń (częściowo opartych na faktach, a może trafniej byłoby stwierdzić zainspirowanych faktami). W czasie, gdy Norwegia była okupowana przez hitlerowskie Niemcy, dzieci urodzone ze związków Norweżek z niemieckimi żołnierzami  odbierano matkom i wysyłano do sierocińców w Rzeszy. To tak zwane dzieci Lebensbornu, organizacji specjalnie do tych celów powołanej.

Główna bohaterka, Katrine, jest jednym z nich. Jej, w przeciwieństwie do wielu innych, udało się w dramatycznych okolicznościach wrócić do Norwegii a potem odnaleźć matkę (w tej roli Liv Ullmann). Wschodnia Europa się zmienia, nie ma już NRD, można odgrzebywać ciemne karty z przeszłości. Pewna norweska kancelaria prawnicza chce sprawą zainteresować europejski Trybunał Sprawiedliwości. Tak zawiązuje się akcja tego mrocznego, psychologicznego dramatu. Reżyser opowiedział historię w konwencji thrillera. Od początku widzowi towarzyszy umiejętnie dozowane napięcie potęgowane przez mroczny, surowy, zimowy norweski krajobraz. Nawet kiedy akcja na chwilę przenosi się do Niemiec, nie jest lepiej. Wszak to zaniedbane, odrapane miasta dawnego NRD. Mroczna, ciężka atmosfera wisi też nad bohaterami. Mnożą się lęki, tajemnice, na jaw wychodzą nowe fakty. Dlaczego Katrine tak bardzo przeciwna jest śledztwu? O tym opowiada ten film. I nawet kiedy widzowi wydaje się, że już wszystko zostało wyjaśnione, twórcy filmu zaskakują ponownie. Oczywiście atrakcyjny thriller to tylko sztafaż. Najważniejszy jest, a przynajmniej powinien być, dramat rodziny.

Ten film można zestawić z dwoma innymi rozliczeniowymi obrazami, które mogliśmy w Polsce zobaczyć. Głośnym i popularnym "Życiem na podsłuchu", zdobywcą Oskara, i znacznie mniej popularną i skromniej obdarzoną nagrodami "Barbarą". Z tej trójki ten najnowszy wydaje się być najmniej poruszający. Thriller przykrył dramat Katrine i jej rodziny. Gdzieś w meandrach akcji gubi się jej tragedia, a dylemat moralny, który podobno miała, prawie w ogóle nie wybrzmiał. "Dwa życia" mają skromność i mroczność "Barbary" i atrakcyjność "Życia na podsłuchu", ale brakuje im mocy tamtych filmów. Ani nie są tak melodramatyczne jak ten drugi, ani tak autentycznie przejmujące i dołujące jak ten pierwszy. Ot taki film, który można zobaczyć i poczuć się ustaysfakcjonowanym, ale jeśli się tego nie zrobi, dziury w niebie nie będzie. Spokojnie da się poczekać, aż ukaże się na DVD lub do telewizyjnej premiery. A przy tej okazji gorąco polecam wspomnianą "Barbarę". Widziałam ją ponad rok temu, a nie mogę zapomnieć ani dramatu bohaterki, ani beznadziei jej losu, ani ponurego nastroju, ani grozy tamtych czasów.

"Kobieta z piątej dzielnicy"

Obejrzałam "Kobietę z piątej dzielnicy" Pawła Pawlikowskiego, bardzo cenionego polskiego reżysera mieszkającego i pracującego w Wielkiej Brytanii. Nie widziałam jego "Lata miłości" pokazywanego kilka lat temu w Polsce, bo nie zainteresował mnie temat. Tamten film, pamiętam, bardzo chwalono, ten chyba nie zbiera najlepszych recenzji. Wybrałam się jednak zwabiona bardziej udziałem Joanny Kulig i Ethana Hawke'a niż Kristin Scott Thomas. I było tak, jak przeczuwałam: to nie jest film dla mnie. Niby realistyczny, ale to tylko sztafaż. W pozornie zwyczajnym świecie rozgrywa się dramat głównego bohatera, amerykańskiego pisarza, uniwersyteckiego wykładowcy, który rzuca swoje wygodne życie, aby we Francji walczyć o kontakt ze swoją córeczką odizolowaną od niego przez byłą żonę. Dlaczego? Tego możemy się tylko domyślać. Kto mówi prawdę: ona, obwiniając go o coś, czy on, twierdząc, że jest niewinny? Ale to nie film obyczajowy, czym może się wydawać początkowo. Nie jest to też historia mężczyzny, który miota się pomiędzy dwiema kobietami. Wszystko tak naprawdę rozgrywa się w świecie Toma. Czy jest człowiekiem chorym, czy może skrywa jakąś mroczną tajemnicę? Film składa się z samych niedopowiedzeń, im dalej, tym ich więcej. Atmosfera jest zimna, trudno o wzruszenie, chociaż temat wzruszeniom sprzyja. Szare, monochromatyczne barwy jeszcze bardziej wzmagają chłód bijący z ekranu. Chłonie się to bardziej intelektem, próbując rozwikłać podrzucane przez reżysera zagadki, niż emocjami. I tylko zakończenie porusza, przynajmniej mnie. Obraz Ethana Hawke'a ... (nie mogę przecież napisać więcej, może ktoś jednak wybierze się do kina, w końcu to film ambitny, bardzo dobrze zrobiony) mam w głowie do dziś. Ja znajduję w tej ostatniej scenie rozwiązanie zagadki, ale nie każdy musi ją tak odczytać. Czy to wystarczy, aby bronić filmu? Nie potrafię rozstrzygnąć. Pozostaję  rozdarta.

"Szpieg". Świetna filmowa ekranizacja powieści Johna le Carre.

Tego potrzebowałam! Przybita ostatnio obejrzanymi filmami a jeszcze bardziej lekturą, o której już w piątek, z radością powitałam zapowiedź "Szpiega". A ponieważ recenzje były entuzjastyczne, więc czym prędzej pobiegłam do kina i nie zawiodłam się! Książek szpiegowskich wprawdzie nie czytam, nie znam powieści Johna le Carre, na której oparto scenariusz, ale w niczym mi to nie przeszkadzało. Zajmująca akcja, umiejętnie dawkowane napięcie, świetne aktorstwo, ciekawie nakreślone postacie, stylowe, monochromatyczne zdjęcia, smutek, nostalgia, melancholia, no po prostu znakomita filmowa, rozrywkowa robota. Ale uwaga: miłośnicy pościgów, strzelaniny, galopującej akcji, pięknych wnętrz, krajobrazów i takiż kobiet, miłośnicy filmów szpiegowskich spod znaku agenta 007 (nie cierpię, w całości nie obejrzałam ani jednego) mogą poczuć się zawiedzeni. Akcja snuje się leniwie, brak atrakcji, o jakich wspomniałam przed chwilą, bohaterowie nie uganiają się za dziewczynami, nie rozbijają super szybkimi wozami, nie sączą drinków wpatrzeni w zachód słońca na pięknej plaży i tak dalej, i tak dalej. Przeciwnie, wiele czasu spędzają w obrzydliwych, zagraconych norach nad stertami papierów, podsłuchując telefoniczne rozmowy, rozmyślając, a jeśli przenoszą się gdzieś za granicę, to jest to szary, komunistyczny Budapeszt albo bałaganiarski Istambuł. A jeżeli kobieta, to żona, której zresztą nie poznamy, albo niezbyt atrakcyjne urzędniczki (no jest jeden wyjątek). Ale uważny widz dostrzeże  wiele, subtelnie pokazanych (raczej zasugerowanych), osobistych dramatów. Praca w wywiadzie to tutaj albo dość zwyczajna, nudna harówka wykonywana przy biurku w Londynie albo niebezpieczne, wyniszczające psychicznie zadania specjalne dla ludzi od czarnej roboty. No i władza, która upaja. Taki właśnie jest "Szpieg". A na deser bardzo dobre zakończenie. Polecam z czystym sumieniem!

Benjamin Tammuz "Minotaur"

O tej książce usłyszałam jakiś czas temu przypadkowo, nadal niewiele się o niej mówi czy pisze. I chociaż to powieść izraelskiego pisarza, o którym wcześniej nic nie wiedziałam, zniechęcona przypiętą jej łatką powieści szpiegowskiej, nigdy bym pewnie po nią nie sięgnęła, gdyby nie jedna informacja. Otóż podobno "Minotaurem" zachwycony był Graham Green autor jednej z moich ulubionych powieści, "Sedna sprawy". Skoro Green był takim entuzjastą, pomyślałam, muszę koniecznie przekonać się, co go tak zachwyciło. A trzeba wiedzieć, że ten, nieco już niesłusznie zapomniany, angielski pisarz stawiał swoich bohaterów przed nie lada dylematami moralnymi. To, co dziś dla nas, indywidualistów, wolnych i nowoczesnych, jest źródłem zaledwie lekkiego moralnego dyskomfortu, w powieściowym świecie Greena wystawiało postaci przez niego stworzone na moralne męki. Dlatego właśnie sięgnęłam po książkę tego, dotąd w Polsce niewydawanego, izraelskiego pisarza. Zanim jednak zacznę o niej pisać, jeszcze parę słów o autorze i wydawnictwie. Książkę wydała (2010) bardzo młoda oficyna o wdzięcznej nazwie Claroscuro (zbitka dwóch hiszpańskich słów jasno, ciemno), której zapowiedzi wydawnicze brzmią nader inetersująco. To kolejne wydawnictwo, które chce się specjalizować w literaturze mało znanej, między innymi  z obrzeży Europy czy świata (np. literatura kubańska, gruzińska czy z krajów afrykańskich). Nie będę się tu więcej na ten temat rozpisywać, kto jest zainteresowany, może przecież zajrzeć na ich stronę internetową. A autor? Zmarły w 1989 roku Benjamin Tammuz to jeden z ciekawszych, ważniejszych i najoryginalniejszych autorów literatury hebrajskiej. Tworzył powieści, opowiadania, tłumaczył, parał się też felietonistyką i krytyką literacką, pisał również o sztuce (w młodości malował i rzeźbił). Informacje te zaczerpnęłam z posłowia zamieszczonego przez tłumacza powieści, Michała Sobelmana. Po tym przydługim, ale koniecznym, wstępie czas najwyższy przyjrzeć się "Minotaurowi".

Jeśli ktoś da się zwieść reklamowym sloganom określającym tę powieść mianem szpiegowskiej, będzie mocno zawiedziony. Owszem jej bohaterem jest tajny agent Mosadu Aleksander Abramow, ale to wszystko. Na tej zasadzie można by tak samo nazwać "Zrozumieć kobietę" Amosa Oza. O czym więc jest "Minotaur"? O miłości niezwykłej, bo kochankowie w zasadzie się nie znają, dzieli ich też znaczna różnica wieku. Jest to uczucie idealne, platoniczne, nigdy nieskonsumowane, raczej idea miłości wiecznej, wielkiej i czystej niż miłość realna. Trudno to, co dzieje się między Theą a Aleksandrem, traktować w kategoriach realistycznych. On całe życie na nią czekał, wiedział, że kiedyś ją spotka i kiedy wreszcie zobaczył, od razu był pewien, że to ona. Ona mimo że nigdy go nie pozna i nie zobaczy, a właściwie nie będzie miała świadomości, że otarła się o niego kilka razy, zakocha się w nim dzięki listom, jakie będzie do niej pisał. I mimo że każde z nich prowadzi swoje niezależne życie z dala od tej drugiej osoby, ich uczucie trwa i to ono okaże się najważniejsze. Czy taka miłość to przekleństwo, które niszczy wszystko i prowadzi do zguby, czy ucieleśnienie jakiejś najpiękniejszej, najwspanialszej, najwyższej idei? Czy Thea i Aleksander spotkali się przypadkowo, czy też było to im przeznaczone i, jak w greckiej tragedii, nie mogli uciec? Na te pytania czytelnik musi sobie sam odpowiedzieć.

Ale to także powieść o osaczeniu i manipulacji. Siły są nierówne. Wszystko, co się między nimi dzieje, dzieje się za jego sprawą. To Aleksander dzięki swojej profesji wie o Thei tyle, ile zechce, to on dawkuje jej informacje o sobie, to on ją obserwuje i pokazuje jej się, kiedy ma na to ochotę, to on przyspiesza albo spowalnia rytm ich dziwnej znajomości, to on wreszcie manipuluje jej życiem i decyduje, z kim może się spotykać a z kim nie. Stawia się w pozycji boga, ale, jak się okaże, bogiem jednak nie jest. Ona może zadecydować tylko o jednym: o rozstaniu. Oczywiście to wybór pozorny: pokochała go i jest już na tę miłość skazana. 

Powieść składa się z czterech części. Oglądamy tę historię z punktu widzenia każdej z czterech zamieszanych w nią osób. Kolejne rozdziały odkrywają przed czytelnikiem coś nowego, inaczej oświetlają zdarzenia, które śledzimy. Stopniowo docieramy do prawdy, poznajemy rzeczywiste przyczyny tego, co się działo. Wszystko krok po kroku zaczyna się zazębiać i składać niczym w puzzlach, aż na końcu dowiemy się, jak było naprawdę. Co było przypadkiem, a co nie, co tylko zbiegiem okoliczności. Mnie najbardziej zainteresowały dwie ostatnie części, szczególnie czwarta, zresztą najdłuższa, opowiadająca historię  głównego bohatera, Aleksandra, i jego rodziny. Dwa pierwsze rozdziały zwięzłe i lakoniczne wydały mi się bardziej traktatem o miłości idealnej rozpisanym na listy niż historią z krwi i kości. Dopiero dalszy ciąg nabiera epickiego rozmachu (nie tak wielkiego, książka ma zaledwie dwieście stron niedużego formatu) i nadaje tej opowieści ludzki wymiar. Tu splatają się ze sobą losy bohaterów i losy narodu, ziemi, Palestyny, potem Izraela. Rodzina Abramowów przybyła do Palestyny na początku dwudziestego wieku, kiedy państwo żydowskie było jeszcze zaledwie ideą, marzeniem. Jak w pigułce poznajemy historię tych terenów: konflikt arabsko-żydowski, opór przeciwko okupującym te tereny Brytyjczykom, walkę o powstanie Izraela i osiągnięcie celu, a potem dalsze wojny i konflikty. No i przede wszystkim poznajemy Aleksandra, jego korzenie i to, co go ukształtowało. Dowiadujemy się, skąd się wzięły jego upodobanie do samotności, zamknięcie w sobie, kontemplacyjna natura, a jednocześnie praca w Mosadzie. Poznamy jego wewnętrzne pęknięcie, moralną udrękę. Ciekawe jest spojrzenie na konflikt arabsko-żydowski. Nienawidzi się Arabów traktowanych jak naród, uważa się ich za śmiertelnych wrogów, ale jednocześnie można polubić konkretnego Araba: arabską nianię, ogrodnika czy robotników pracujących w majątku ojca. Oni mają twarze, imiona, są mili, ciepli i sympatyczni. Trudno wyobrazić sobie, że czyhają gdzieś w ukryciu z nożem, aby rzucić się na bezbronnego Żyda i pomścic krzywdę swojego narodu.

Nie powiem, abym zachwyciła się tą powieścią. Mogę ją na chłodno analizować, ale emocji we mnie nie wywołuje. Wydaje mi się za bardzo wykoncypowana, za mało w niej prawdziwego życia, narracyjnego mięsa, bardziej przypomina traktat o miłości idealnej, historyczny wykład o tragicznej i skomplikowanej historii tych ziem, nawet losy bohaterów podane są raczej jak obszerne biogramy wzbogacone o analizę psychologiczną. Może taki odbiór spowodowany jest moim upodobaniem do powieści grubych, ale przecież to nie jakaś czytelnicza reguła. Cóż, jeśli chodzi o odwieczny literacki temat miłości wielkiej, idealnej, skomplikowanej i tragicznej wybieram na przykład "Sedno sprawy" Greena czy historię Tristana i Izoldy. 

Popularne posty