O powieści "Imiona Krymu" Anastasiji Lewkowej (KEW 2025;
przełożyła Joanna Majewska-Grabowska), mieszkającej we Lwowie ukraińskiej pisarki, redaktorki, menadżerki kultury, usłyszałam, bo śledzę to, co wydaje Kolegium Europy Wschodniej. Ukraina, a w dodatku Krym, jasne było, że muszę przeczytać. Trochę poczekałam, bo niby premiera pod koniec 2025 roku, ale tak naprawdę książka była dostępna dopiero jakiś czas potem, a ebook jeszcze później. Bardzo chciałam się jak najszybciej za nią zabrać, ale że powieść raczej z tych obszerniejszych, poczekałam na wolne, czytaj święta, aby zanurzyć się w niej tak na raz, głęboko. I rzeczywiście udało się, połknęłam ją w niecałe cztery dni.Zupełnie nie rozumiem, dlaczego o tej powieści tak niewiele się mówi. Jest przecież nie tylko bardzo interesująca, ale może przede wszystkim niezwykle ważna, o czym za chwilę. Bardzo często się zdarza, że wywiad z autorem czy z autorką goni wywiad, a do tego spotkanie, jakaś rozmowa o książce, a to wszystko dostępne dzięki podcastom. Bywa, że po którymś razie odpuszczam, chociaż książką jestem zainteresowana, no bo ile można słuchać o tym samym. A tym razem niewiele. Raptem jedna rozmowa poświęcona "Imionom Krymu". Naprawdę nie rozumiem, jak to działa. A właściwie rozumiem - promocja, promocja, promocja, pieniądze, pieniądze, pieniądze, nadmiar, nadmiar, nadmiar. No ale literatury ukraińskiej nie ukazuje się w Polsce aż tak dużo, aby nie można wychwycić tego, co naprawdę ważne. A już o Krymie pewnie w ogóle.
Akcja "Imion Krymu" rozgrywa się od początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku do aneksji półwyspu w roku 2014. Potem jest jeszcze posłowie, a właściwie epilog, z którego dowiadujemy się, jak potoczyły się losy bohaterek i bohaterów po wybuchu wojny w roku 2022. Główną bohaterką, i narratorką jednocześnie, jest dziewczyna, a potem młoda kobieta, która pochodzi z rodziny rosyjskiej. Wychowała się w Bakczysaraju, potem będzie studiować w Symferopolu, gdzie zamieszka. Jej imię poznamy dopiero w jednej z końcowych scen powieści, więc nie będę go tutaj zdradzać. Kilkakrotnie natomiast pada w książce jej nazwisko, Utajewa, bo tak bardzo często zwracają się do niej nawet znajomi. Także ukochany, Wład, nie używa jej imienia. Kiedy akcja powieści się rozpoczyna, narratorka chodzi do przedszkola, gdzie zaprzyjaźnia się z Aliją, Tatarką Krymską. Uwielbia chodzić do niej w odwiedziny, gdzie spotyka jej licznych krewnych. Bardzo szybko łapie język Tatarów Krymskich, a ta przyjaźń, chociaż przerwana na czas szkoły podstawowej i odnowiona później, będzie miała bardzo wielki wpływ na losy narratorki. Jest jeszcze trzecia bohaterka, Alona, Ukrainka, która potem wyjedzie z Krymu i z Ukrainy, będzie studiować i pracować w Niemczech. To oczywiście nie wszyscy bohaterowie i bohaterki. Krymscy Tatarzy, Ukraińcy, Rosjanie, ludzie o mieszanej tożsamości. Nie będę się tu rozwodziła nad akcją powieści, bo chociaż jest bardzo interesująca i sprawia, że się zanurzyłam w świat przedstawiony na kartach powieści, weszłam w niego głęboko, to przecież nie z tego powodu ta powieść jest tak ważna.
Jej znaczenie polega na tym, że pokazuje czytelniczkom i czytelnikom Krym. Nie ten pocztówkowy, turystyczny, chociaż i to w powieści kusi, ale ten prawdziwy, w całym jego skomplikowaniu. Jak wynika z informacji od tłumaczki, pokazuje go nie tylko zagranicznym czytelniczkom i czytelnikom, ale i ... ukraińskim. Pewnie z tego powodu powieść stała się w Ukrainie bestselerem. Bo cóż ja wiedziałam o Krymie? Że piękny, bo góry i morze. Że Tatarzy Krymscy. Że wiele interesujących zabytków. Że zachwycał się nim Mickiewicz. Że kiedyś został podbity przez imperium rosyjskie, potem ofiarowany Ukrainie, a wreszcie zaanektowany przez Rosję w roku 2014. Zawsze chciałam tam pojechać, nie zdążyłam, a teraz, wiadomo. Wątpię, czy za mojego życia wizyta tam będzie możliwa. A nawet jeśli półwysep wróci do Ukrainy, to nie będzie to już to samo miejsce odmalowane na kartach powieści. I właśnie prawdę o Krymie odsłania książka Anastasiji Lewkowej.
A prawda to skomplikowana. To miejsce, gdzie zmieszały się różne etnosy. Tatarzy Krymscy, jego rdzenni mieszkańcy, deportowani w czasach stalinowskich, pozbawieni wszystkiego, musieli sobie układać życie w głębi Rosji, ale zawsze chcieli wrócić. Kiedy w latach osiemdziesiątych stało się to wreszcie możliwe, wcale nie było takie łatwe. Nie tylko dlatego, że ich domy albo zostały zburzone, rozgrabione, albo mieszkał już w nich ktoś inny, ale także dlatego, że najmłodsze pokolenie, urodzone już na zesłaniu, często było rozczarowane tym, co zastało na miejscu. Bo przecież od rodziców i dziadków słyszeli, jak tam wspaniale, jak pięknie, że ziemia przodków. Tymczasem oni jej nie znali, wrośli w inne miejsce, a konfrontacja tego, co wyobrażone, z tym, co zastane, wypadała często na niekorzyść tego pierwszego. To przypadek ojca Aliji. Ba, powrót oznaczał też najczęściej degradację materialną i zawodową. Dopiero stopniowo Tatarzy Krymscy musieli odtwarzać swój świat, budować swoje życie na nowo. Jak zawsze pojawiają się problemy - jak zachować tożsamość, także językową, a jednocześnie nie zamknąć się w getcie i w skansenie. To dotyczy zwłaszcza młodego pokolenia. Tym bardziej nie jest to łatwe, bo to grupa przez wielu pogardzana, słabo znana, postrzegana stereotypowo, bardzo łatwo wzbudzić wobec niej jakieś pierwotne lęki. Czy oni w ogóle mają jakąś literaturę? Ktoś zadaje takie pytanie głównej bohaterce, która dzięki przyjaźni z Aliją staje się miłośniczką ich kultury.
Przecież były demonstracje, w Symferopolu pod Radą Ministrów domagali się oddania domów. Potem zrozumieli, że domów nikt im nie zamierza zwracać i w ogóle nikt tu na nich nie czeka, to zaczęli się budować ... Nie wiadomo, skąd biorą na to pieniądze, ale niech im tam! Żeby tylko nie odbierali ludziom domów.
Co się śmiejesz? Jedna kobieta w szpitalu opowiadała, że do jej siostry przyszedł chłopczyk z sąsiedztwa, Tatar, i zapowiedział: " Babo Walu, wam poderżniemy gardło bezboleśnie".
- Tatarzy Krymscy wam nie dokuczają?
O mój splot słoneczny rozbryzguje się fala, ale udając spokój, odpowiadam:
- Oj, nie, a jak mieliby nam dokuczać?
- Bardzo się martwimy, żeby Krymu przez nich nie zabrali Turcy.
Druga grupa to Rosjanie, którzy osiedlali się na półwyspie od czasów podboju przez imperium rosyjskie, a potem w czasach stalinowskich. Także ludzie radzieccy, często mieszanej narodowości, ale zradziecczeni, wychowani na rosyjskiej kulturze, władający językiem rosyjskim. To bardzo liczna grupa. I wreszcie Ukraińcy, też najczęściej mówiący po rosyjsku, przywiązani do rosyjskiej literatury, bo też nie urodzili się na Krymie, przybyli tu ich rodzice w czasach ZSRR. Zwabieni pracą, ale najczęściej zmuszeni nakazem. Takich Ukraińców mieszkających z dziada pradziada na Krymie było najmniej.
... Ukraińcy z Krymu rzeczywiście nie dawali stabilnego oparcia: nigdy z nimi nie rozmawiałam. Z tymi, którzy faktycznie rozmawialiby po ukraińsku. Nigdy nie rozmawiałam z Ukraińcami-Krymczanami. W dodatku ukraińskojęzycznymi - żeby te trzy cechy zbiegły się w jednym człowieku. Ołena Wasyliwna nie pochodzi z Krymu; Achtem - Tatar Krymski; Alona - Ukrainka z Krymu, ale mówi po rosyjsku.
Kiedy Ukraina staje się niepodległa, problemy wcale nie znikają. Ci, którzy utożsamiają się z nowym państwem, czują się przez nie zostawieni sami sobie, opuszczeni. Ani Tatarzy Krymscy, ani Ukraińcy nie czują wsparcia, sami muszą walczyć o naukę języka tatarskiego czy ukraińskiego, poznawanie literatury i kultury.
- Ale Ukraina niespecjalnie dba o język - zauważyłam.
- Dlatego zdecydowałaś się przejąć obowiązki państwa - żartobliwie podsumował wujek Bekir.
Wcześniej większość Tatarów Krymskich uważała Rosję za zło i zagrożenie, a Ukrainę utożsamiała z dobrem i bezpieczeństwem, tyle że władza trafiła się nietęga, poradziecka i prorosyjska. Teraz przyszła władza rzekomo nieporadziecka i nieprorosyjska, a nadal lekceważy ich potrzeby ... Co mają myśleć o takim państwie?
Kwestia języka jest tu bardzo ważna. Bo nawet ci, którzy czują się Ukraińcami albo utożsamiają się z państwem ukraińskim, mówią między sobą po rosyjsku. Ukraiński uchodzi za język gorszy, język wsi.
- Skoro są tacy ludzie, to dlaczego na ulicach nikt nie rozmawia po ukraińsku? - Wika wątpiła w prawdziwość słów Oli.
- A dlatego, że ktoś od razu do nich się przyczepi, złaja tym swoim: "co za chachłacki język" - twardo zripostowała Ola.
To samo dotyczy Tatarów Krymskich. A dla Rosjan język ukraiński staje się opresją.
- Doigrali się swoimi rewolucjami i tym swoim Juszczenką - zżymała się wykładowczyni retoryki, przerażona wizją obowiązkowego posługiwania się ukraińskim w piśmie i w mowie.
Są wreszcie tacy, którzy chociaż nie czują się jakoś bardzo Ukraińcami, wolą mieszkać w Ukrainie niż w Rosji. Ale wielu myśli inaczej, tęskni za czasami Związku Radzieckiego, często je idealizując. To przypadek matki Alony, która chociaż jest Ukrainką, w chwili próby zdecydowanie opowiada się za Rosją. Co ciekawe, tacy ludzie wyzywali Ukraińców od banderowców i faszystów, a wrogie nastroje nasiliły się od wybuchu Majdanu.
I właśnie to pozostawienie Krymu przez Ukrainę samemu sobie, to nieinteresowanie się nim chyba było dla mnie największym odkryciem i zaskoczeniem. Nie miałam świadomości, że Krym stał się ważny dopiero wtedy, kiedy został utracony, bo odtąd była to kwestia godności. Kiedy narratorka jeździ do Kijowa, a robi to często, bo jej ukochany, Wład, tam mieszka, spotyka się z niezrozumieniem. Ludzie, z którymi rozmawia, postrzegają Krym stereotypowo, niewiele wiedzą o nim i jego mieszkańcach.
Podczas pierwszych przyjazdów Włada okazało się, że przez Krym rozumie morze, góry i piasek, ale nie ziemię. Chyba nie podejrzewał, że mamy tu parlament, rząd, uniwersytety, jakieś gazety i kanały telewizyjne, jakieś jeszcze narodowości, inne języki, ludzkie historie i wir życia. Myślał, że na Krym składają się plaże między górami a morzem i Rosjanie, a właściwie sowietikusy, obsługujący letników.
- Krym to jakieś nieporozumienie, narzucona enklawa, żeby wciągnąć Ukrainę w bagno, przepraszam do Rosji. Donbas też, ale tam przynajmniej kiedyś żyli Ukraińcy, a na Krymie nawet stopy nie postawili - mówił Roman.
Obruszyłam się.
- Coo? A kozackie osady w Chanacie Krymskim?
Dlatego trudno się dziwić, że zapomniani, pozostawieni sami sobie, pogardzani, nierozumiani Krymczanie w godzinie próby w dużej części opowiadają się za Rosją.
Kolejny ważny problem poruszany w powieści, to kwestia tożsamości. Główna bohaterka pochodzi z rosyjskiej rodziny, wychowała się na rosyjskiej literaturze, wśród Rosjan, Tatarów Krymskich i Ukraińców. Najpierw wciąga ją świat tych drugich, dopiero potem dzięki nowej ukraińskiej nauczycielce poznaje język ukraiński, ukraińską kulturę i literaturę. Jak potoczyłyby się jej losy, gdyby nie to spotkanie? Kim by była?
... co by było, gdybym półtora roku temu odmówiła wzięcia udziału w olimpiadzie z ukraińskiego, nie rozmawiała z Oleną Wasyliwną, nie trafiła do Yaslar? Gdybym nie poznała Achtema, nie czytała książek w jego domu, nie odnowiła przyjaźni z Alije, nie słuchała przemyśleń wujka Berika? Czy byłabym szczęśliwa? Może byłabym spokojniejsza. (...) Wiedza pomnaża ból, jak mówi Olena Wasyliwna. Wiem, więc cierpię. Chcę się sprzeczać, udowadniać, cierpię przez to, w jak nieodpowiedniej rodzinie wyrosłam i z kim się teraz przyjaźnię, kogo lubię, komu ufam.
Jako neofitka rzuca się na nowy język i nową kulturę, staje w ich obronie, ale jednocześnie nie chce się wyrzec Dostojewskiego, Tołstoja czy Gogola. Dręczy ją pytanie, czy to dobrze?
Skandując: "Ukraina! Ponad wszystko!", żądałam od siebie szczerej odpowiedzi: czy ja też przedkładam Ukrainę ponad wszystko? I odpowiadałam: nie. Po co w takim razie się angażuję? Po co mi ukraiński, po co całe moje życie, od kiedy skończyłam czternaście lat? Po to - wyjaśniałam sobie - że ponad wszystko cenię wolność i możliwości.
I pewnie nie musiałaby odcinać rosyjskiej części swojej tożsamości, gdyby nie aneksja Krymu, a potem wojna. Narratorka ma jeszcze jeden problem - to przeszłość jej dziadka, którego bardzo kochała. Pracował w KGB. Co tam robił? Tego się nigdy nie dowiedziała. Nie miała też odwagi powiedzieć swojej przyjaciółce, kim był. Może prześladował jej przodków? To rozdarcie powodowało poczucie winy.
Muszę przyznać, że było w tej powieści kilka takich momentów, które mnie wzruszyły. Nie ma co ściemniać, po prostu się rozpłakałam. To oczywiście ostatnie partie książki, już po aneksji Krymu. Wyjazdy wielu bohaterów, którzy albo nie chcą mieszkać w Rosji, albo muszą uciekać przed represjami. Zostawiają za sobą wszystko. Domy, mieszkania, przyjaciół, pracę, rodziców. Czy kiedyś będą mogli wrócić? Czy zobaczą się jeszcze ze swoimi bliskimi? Czy odwiedzą Bakczysaraj, Symferopol, pojadą nad morze? Nie wygląda, aby w jakiejś wyobrażalnej przyszłości było to możliwe. Wielu z nich ma dylemat - zostać, dostosować się, jakoś żyć czy jednak wyjechać? Przecież tak są do Krymu przywiązani, nie wyobrażają sobie życia gdzieś indziej. Niestety niektórzy szybko zrozumieją, że pozostanie oznacza aresztowanie albo propozycję współpracy. No i bardzo poruszył mnie obraz zmian, jakie w szybkim czasie po aneksji zaczęły zachodzić na Krymie. Jak okupanci rugowali wszystko, co ukraińskie i tatarskie, jak zaczęli przywłaszczać sobie albo niszczyć zabytki, dziedzictwo, a nawet ingerować w krajobraz, który był też częścią tożsamości Krymczan. Bardzo to smutne. Bardzo smutna powieść. No i natychmiast uruchomiła się we mnie świadomość, ilu jest ludzi na świecie, którzy zmuszeni sytuacją wyjeżdżają w nieznane, zostawiając wszystko za sobą, i ile jest takich miejsc, których dziedzictwo, przeszłość są systematycznie zacierane.
Cała książka jest bardzo ciekawa, ale chyba najważniejszy jest ostatni rozdział - opowieść o tych kilku miesiącach, kiedy na Krymie pojawiły się zielone ludziki, do momentu, kiedy półwysep został zaanektowany przez Rosję. W miejsce kilku wdrukowanych nam w pamięć haseł, zielone ludziki, manifestacje, prześladowania, referendum, mamy insajderski wgląd w ten burzliwy, zakończony klęską czas. Możemy go sobie wyobrazić.
Co ciekawe, Anastasija Lewkowa nie mieszkała na Krymie, była tam przed aneksją chyba tylko dwa razy, za to przez wiele lat przeprowadzała liczne wywiady z mieszkańcami półwyspu, robiła dokładny risercz i tak powstała ta powieść.
Naprawdę lektura konieczna!!! Zdecydowanie zasługująca na rozpropagowanie!!!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz