Jedna z literatur, na którą od dawna nastawiony jest mój czytelniczy
radar, to literatura bałkańska. Gdy tylko dotrze do mnie wiadomość, że ukazuje się jakaś książka z tego obszaru, pilnie nadstawiam ucha i jeśli odpowiada moim czytelniczym zainteresowaniom, czytam. Tak trafiła w moje ręce "Czerwona woda" Juricy Pavičića (Noir sur Blanc 2025; przełożył Leszek Małczak). Strzał okazał się celny, bo powieść została wybrana do dyskusji przez prowadzącą, bałkanistkę, jeden z klubów książki, na który od czasu do czasu uczęszczam.Na początek kilka zdań o Juricy Pavičiću. Jest chorwackim powieściopisarzem, autorem opowiadań, scenariuszy filmowych i dziennikarzem. Urodził się w Splicie. I to właśnie w Dalmacji często umieszcza akcję swoich książek.
Nie inaczej jest w wypadku "Czerwonej wody". Opowiedziana historia rozgrywa się przede wszystkim w małym nadmorskim miasteczku na dalmatyńskim wybrzeżu. Miejscowość najprawdopodobniej jest fikcyjna, ale już Split, w którym też rozgrywają się niektóre wydarzenia, czy wspominany tylko Trogir to już nie wyobraźnia autora. Akcja zaczyna się pewnego letniego dnia w roku 1989, a kończy w roku 2017. Tego właśnie dnia w miasteczku organizowany jest rybacki festyn, na który wybiera się siedemnastoletnia Silva i jej brat bliźniak Mate. Dziewczyna nigdy nie wróci z zabawy. Odtąd życie rodziny Velów zostanie wywrócone do góry nogami. Sprawa staje się głośna nie tylko w miasteczku, ale rozpisują się o niej media. Co się z nią stało? Wypadek? Ucieczka? Morderstwo? Z czasem zainteresowanie opada, tylko najbliżsi nie potrafią zapomnieć.
"Czerwona woda" na jednym z portali książkowych określana jest jako kryminał, sensacja, a nawet thriller. I rzeczywiście zagadka zaginięcia Silvy zostaje rozwiązana dopiero na końcu, chociaż przyznam, że trochę wcześniej domyśliłam się, co się stało. Mimo wszystko powieść czytałam z zainteresowaniem do samego finału. Połknąć ją można w ciągu kilku dni, a gdyby ktoś dysponował wolnym czasem, to jeszcze szybciej. Historię poznajemy z paru punktów widzenia. Każdy rozdział to perspektywa jednej osoby, członków rodziny, prowadzącego śledztwo milicjanta, tak, tak, wszak wszystko zaczyna się jeszcze w czasie, kiedy istniała socjalistyczna Jugosławia, i kilku innych osób. Ale "Czerwona woda" to coś więcej niż kryminał. Bo zagadka zaginięcia Silvy osadzona jest w burzliwych czasach, kiedy jugosłowiański świat trzęsie się w posadach i przechodzi w niebyt. Ale nie tylko wątki historyczne i transformacyjne są tu ważne.
Na pierwszy plan wybija się historia rodziny Velów. Kiedy ginie Silva, rodzinne i milicyjne śledztwo odkrywa jej tajemnice. Okazuje się, że nikt z bliskich nie miał pojęcia, jaka naprawdę była. Nawet Mate, brat bliźniak. Z kim się spotykała, czym się zajmowała, kiedy przebywała w szkolnym internacie w Splicie, jakie miała plany. To jedno. Drugi rodzinny wątek to oczywiście niemożność poradzenia sobie z traumą, co z kolei powoduje powolną dezintegrację rodziny. Najgorsza jest niepewność, brak informacji. Świadomość, że nie wiadomo, co się z nią stało. Gdyby odnaleziono ciało, gdyby było wiadomo, że nie żyje, można by było zrobić pogrzeb, pochować ją i zacząć powolny proces żałoby. Tymczasem tego wszystkiego nie da się zrobić. Pozostali członkowie rodziny, matka, ojciec i brat, zamykają się w swoim świecie, gorzknieją, odsuwają się od innych. Początkowo szukają jej wszyscy, z czasem na poszukiwania nastaje matka, zmuszając do tego syna. A to przecież jak szukanie igły w stogu siana, więc pewnie rację ma ojciec, który w pewnym momencie odpuszcza.
Teraz ważniejsze jest, żebym został w domu. Jak zdam maturę, zacznę pracować jako kierowca ciężarówki i będę rozwoził mrożoną rybę. To dobra praca, dużo się jeździ. Po drodze będę mógł prowadzić śledztwo. Mate mówił, a Jakov milczał. Myślał tylko o tym, jak trucizna się sączy, zatruwając wszystko dookoła.
W każdym razie dzień, w którym odbył się piknik rybacki, był ostatnim normalnym dniem w życiu rodziny Velów. Jednak wtedy jeszcze tego nie wiedzieli.
Ale zaginięcie Silvy burzy nie tylko ich spokój. Na zawsze zmieni los jej chłopaka, Brany, który nigdy nie pogodzi się nie tylko z jej zniknięciem, ale także z okolicznościami, jakie do tego doprowadziły. Zniknięcie dziewczyny kładzie się także cieniem na miasteczku. Najpierw, co zrozumiałe, budzi z jednej strony strach, przerażenie, smutek, współczucie, ale także sensację. Potem, kiedy oskarżenia padają na konkretną osobę, jej los i los jej rodziny stają się nie do pozazdroszczenia. Chociaż niczego tej osobie nie udowodniono, otoczona zostaje ostracyzmem i nie ma tam życia. Każdy zwrot w sprawie, a będzie ich kilka, to jak zmącenie stojącej wody. Piekło, albo może raczej piekiełko, zaczyna się na nowo.
Jest wreszcie tło historyczne, lekko tylko zarysowane, jakby punktami na osi czasu, jakimiś epizodami.
Kraj opanowała polityczna gorączka. Przed kościołem, jeden po drugim, odbywały się mitingi polityczne, ludzie defilowali ze świecami i sztandarami, a Rade - właściciel kafejki Lanterna - został kandydatem na burmistrza.
Rozpada się Jugosławia, wybucha wojna, która na dalmatyńskim wybrzeżu nie jest odczuwana tak bardzo jak w głębi lądu, ale związane z nią trudności życia codziennego dają się we znaki każdemu. Miasteczko składa swoją daninę krwi, na wojnę wyruszają młodzi chłopcy, nie wszyscy z niej wrócą.
Ustawili ich w szeregu. Trzydziestu chłopaków, kwiat rocznika 1972/1973, maturzyści, świeżo upieczeni studenci, dezerterzy z Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, marynarze, którzy dostali wezwanie do wojska między rejsami. Właściciel Lanterny coś mówił w tym swoim kanciastym nowochorwackim języku, który ledwo opanował na takie właśnie oficjalne okazje.
A potem nastają lata transformacji, rozwoju neoliberalnego kapitalizmu. I przyznam, że ten wątek, o wiele głębiej zarysowany niż ten wojenny, bardzo mnie zainteresował. Senne dotąd miasteczko staje się atrakcyjnym turystycznym kąskiem. Międzynarodowe firmy inwestujące w branżę turystyczną i nieruchomości szukają tu swoich okazji. Najlepiej kupić ziemię jak najtaniej i odsprzedać ją potem jak najdrożej, aby wystawić na niej szeregi identycznych letnich apartamentów, które na zawsze odmienią oblicze miasteczka.
Smart Solucion Estate to firma, która prowadzi bardzo prostą działalność. Kupuje i sprzedaje ziemię: kupuje tanio, a sprzedaje drogo. Kupuje trudno dostępne zatoki, zniszczone winnice, zbocza porośnięte gęstym rozmarynem i świerkami, a sprzedaje wpisane do miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego uzbrojone, wpisane do ksiąg wieczystych działki budowlane z przeznaczeniem na działalność deweloperską i turystyczną.
A przede wszystkim nieodwracalnie zmienią jego krajobraz. Jurica Pavičić mniej zajmuje się ekonomicznym aspektem tych zmian, a bardziej właśnie krajobrazowym i społecznym. Bo propozycje kupna ziemi żerują na ludzkich kłopotach i często prowadzą do sąsiedzkich konfliktów. Interesy są też możliwe dzięki korumpowaniu polityków, miejscowych i tych wyższego szczebla.
Gorki wie, że jego firma przekupuje polityków. Prawnicy firmy składają wizyty burmistrzom i radnym wyspiarskich miejscowości i pokazują im w Power Poincie symulacje luksusów przygotowane w programach AutoCAD i Corel. Zapraszają ich na kolacje i wycieczki jachtem, a kiedy zabawa się kończy, ludzie z firmy dają im kieszonkowe, wręczają czeki opiewające na kwotę z kilkoma zerami.
Ciekawym zabiegiem, który pokazuje zmiany, jest takie punktowe pokazanie drogi pewnego człowieka, szemranego typa, który zaczyna się piąć po szczeblach kariery dzięki wojnie. Trudno go nazwać nawet bohaterem epizodycznym, po prostu mówi się o nim od czasu do czasu, bo jakoś ociera się o losy niektórych bohaterów, a potem zaczyna odgrywać znaczącą rolę w regionie. I może się stać człowiekiem niebezpiecznym, bo świetnie manipuluje tłumem, uwodzi go.
Czas płynie, świat się zmienia i tylko Silva stale wygląda tak samo na zdjęciu, które rodzina zamieściła na rozwieszanych wszędzie plakatach. Tylko umarli zastygają w czasie.
Od tego czasu minęło sześć lat, były dwie wojny. Dwa razy linia frontu przechodziła przez tę dolinę, dwa razy przechodziła z rąk do rąk, dwa razy ją zdobywano, pustoszono i niszczono. I w czasie, gdy żółte mrówki niszczyły domy czarnym mrówkom, a później czarne żółtym, ogłoszenie ze zdjęciem Silvy wisiało nietknięte, obok drzwi toalety. Gdy inni ginęli i starzeli się, Silva wciąż była młoda i uwieczniona na białej kartce.
Teraz, kiedy dzielę się refleksjami o "Czerwonej wodzie", dochodzę do wniosku, że może najlepiej byłoby ją zakwalifikować jako powieść psychologiczną. Bo właśnie portrety bohaterek i bohaterów są jej bardzo mocną stroną. Szczególnie zapadła mi w pamięć postać milicjanta zajmującego się, do czasu, sprawą zaginionej Silvy.
A poza tym warto dodać, że powieść jest bardzo dobrze skonstruowana. Wiele tu zwrotów akcji, mylenia tropów, zaskoczeń. To oczywiście sprawia, że czyta się ją jednym tchem. Nie jest to książka wybitna, nie jest też najlepszą bałkańską powieścią, jaką czytałam, ale śmiało można po nią sięgać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz