Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty

Aleksandar Tišma "Kapo"

Powody sięgnięcia po "Kapo" Aleksandara Tišmy (ArtRage 2025;

przełożyła Magdalena Petryńska) były dwa. Pierwszy to moje zainteresowanie literaturami niszowymi, do których zaliczam także książki z kręgu Bałkanów. Drugie to oczywiście wydawnictwo - ArtRage, którego ofertę pilnie śledzę, co nie oznacza, że wszystko kupuję. "Kapo" stanowi trzeci tom Trylogii żydowskiej. Pierwszy, "Księga Blama", ukazał się w Polsce w roku 1978, drugi jak dotąd nie wyszedł, o trzecim właśnie piszę. Powieści nie stanowią całości, łączy je tylko tematyka. Zanim podzielę się refleksjami o książce, najpierw kilka słów o pisarzu.

Urodził się w roku 1924 roku w miasteczku na pograniczu węgiersko-serbskim w rodzinie mieszanej - jego ojciec był Serbem, matka węgierskojęzyczną Żydówką. Potem związany był z Nowym Sadem, gdzie umarł w roku 2003. Znał kilka języków, a co paradoksalne, początkowo serbskim nie władał najlepiej, chociaż to w tym języku zdecydował się ostatecznie tworzyć. Jedna z jego powieści została nawet odrzucona właśnie z tego powodu. Przerobił ją i dopiero wtedy mogła się ukazać. Pisać chciał zawsze, prowadził dziennik, który również został wydany i uznawany jest za wybitny. Był też dziennikarzem. W latach 1993-96 mieszkał we Francji, bo nie zgadzał się z reżimowymi serbskimi rządami.

Muszę przyznać, że "Kapo" nie jest łatwą lekturą. Z jednej strony miałam poczucie, że właśnie czekałam na taką powieść, bardzo ważną, znakomitą, a przy tym stawiającą jakiś opór. Bo ostatnio trafiały mi się powieści albo bardzo dobre, ale łatwe w lekturze, ot choćby "Amerikaana" Chimamandy Ngozi Adichie czy "Rzeka Czerwona" Louise Erdrich, albo może i wybitne, ale tak erudycyjne, operujące symboliką i poetyką groteski, że bardzo się męczyłam w trakcie czytania. To przypadek "Siedmiu dni u Silbersteinów" Etienne'a Leroux. Z drugiej jednak strony gdybym wiedziała, co mnie czeka, nie wiem, czy znalazłabym w sobie teraz przestrzeń na tę powieść. Mam w czytniku przynajmniej dwie takie pozycje o podobnej tematyce, które na tę przestrzeń od kilku lat czekają. 

"Kapo" to historia Vilko Lamiana, jugosłowiańskiego Żyda, który przetrwał chorwacki obóz zagłady Jasenovac, a potem Auschwitz za straszną cenę bycia kapo. Po ponad czterdziestu latach postanawia odnaleźć Helenę Lifkę, Żydówkę spotkaną w Auschwitz, która wprawdzie zawdzięcza mu życie, czego prawdopodobnie nie była świadoma, ale którą, podobnie jak kilka, a może kilkanaście kobiet, wykorzystywał  seksualnie, mając nad nimi  władzę i oferując w zamian parę kęsów chleba z masłem i szynką oraz kilka łyków ciepłego mleka. Kiedy mu się znudziły, sięgał po kolejne, nie interesując się ich losem. Chociaż już samo to jest ohydne, to przecież ma na sumieniu o wiele gorsze czyny. I zdaje sobie z tego sprawę.

"Kapo" to znakomite studium człowieka, który właściwie całe życie musi udawać, że jest kimś innym, ukrywać tajemnicę swojego żydostwa i walczyć o przetrwanie. Może tylko we wczesnym dzieciństwie, bawiąc się na podwórku z dziećmi sąsiadów, też Żydów, był beztroski i szczęśliwy. Ale już wtedy zaczął powoli rozumieć, że być Żydem to coś, czego najlepiej się wyprzeć. Tę świadomość nabył nie tylko obserwując otoczenie, ale także dzięki rodzicom, którzy chcąc go ocalić od żydowskiego losu, nie tylko go ochrzcili, ale także kultywowali w domu święta chrześcijańskie, a nie żydowskie. Potem stosował mimikrę w czasie studiów w Zagrzebiu, tak lawirując, aby przypadkiem nikt nie dowiedział się, kim naprawdę jest i nie zdemaskował go. Już wtedy strach był jego towarzyszem, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Ten kamuflaż nie uchronił go jednak przed najgorszym. A w obozach postanowił zrobić wszystko, aby przeżyć. To wszystko oznaczało nadużycie władzy kapo [co] było mu tak samo potrzebne jak jedzenie i odzież. To bardzo eufemistyczne stwierdzenie. 

Przeżył dlatego, że ich zabijał, swoim milczeniem, swoją zgodą, ale to samo robiliby oni, gdyby byli na jego miejscu. Wszyscy przestrzegali przepisów, bo to był warunek, aby dotrwać do następnej chwili, a każdy chciał do tej chwili dotrwać, każdy kapo, każdy więzień, każdy z nowego transportu, każdy Niemiec.

Po wojnie zadawał sobie pytanie - czy mógł ocaleć, zachowując godność.

... mogłem nie bić, nie zabijać, mogłem być po stronie cierpienia i cierpieć, potępiać tych, którzy cierpienia zadawali, a nie dołączyć do nich, mogłem wytrzymać lata męki z wiarą, że nie jest ważne, czy ja będę tym ziarnkiem, które przypadkiem przetrwa, mogłem nie połakomić się na sytość, a w sytości na ciała, które w tej zgniliźnie lśniły perłowym blaskiem rozkoszy.  

Być może błąd popełnili jego rodzice, wierząc, że chrzest jest jego polisą na życie. I on w to uwierzył, dlatego nie próbował się ratować, kupując sobie fałszywą tożsamość.

I tak został pozbawiony jedynej broni ludzi ze swojej grupy - oszustwa, ponieważ ojciec wierzył, że przez chrzest już uzbroił go przeciw wszelkiemu złu ...

Ale jego cierpienie nie skończyło się wraz z wojną. Chociaż zatarł za sobą wszystkie ślady, żył w strachu, że zostanie zdemaskowany i postawiony przed sądem. 

... kim jest Vilko Lamian, znany im jako milkliwy, skromny mieszkaniec swojej ulicy, jako gorliwy urzędnik w hipotece, samotny spacerowicz i turysta wędrujący po okolicznych górach w niedziele i święta, a naprawdę bydlę, monstrum, oprawca, hitlerowski kapo, wróg nad wrogami, zdrajca nad zdrajcami, ukryty w swojej jamie, w swoim barłogu, pod maską spokojnego obywatela, który się do niczego nie miesza.

Ale jeszcze gorsze były obozowe obrazy, które do niego wracały, szczególnie od momentu, kiedy za sprawą przypadkowo znalezionej węgierskiej gazety uświadomił sobie, że Helena Lifka może żyć. Nie potrafi się od nich uwolnić, popada w paranoję, a fakt, że jest samotnikiem i nie ma się przed kim otworzyć, ten stan nie do zniesienia pogłębia. Ale czy o takich sprawach można komuś opowiedzieć? Czy potrafiłby otworzyć się przed kimś?

Muszę znaleźć kogoś, przed kim uklęknę i wszystko wytłumaczę, muszę kogoś znaleźć, myślał ze smutkiem ...

Jedynie on nie miał do kogo powiedzieć ostatnich słów, bo wyszedł z obozu, bo mentalnie był w obozie dla jednego człowieka, w obozie dla siebie samego.

Strach, poczucie winy, trauma, powracające okrutne obrazy  to wszystko sprawiało, że rzeczywiście stworzył sobie swój prywatny obóz jednego człowieka, w którym żył latami. Mimo że akcja powieści toczy się na południu Europy, czytając, miałam wrażenie, że tam stale jest ponuro, pada, niebo zasłaniają chmury, a wokół panuje szarość i brzydota. Vilko często przebywa w zamkniętych, klaustrofobicznych pomieszczeniach. Te zabiegi potęgują jeszcze sytuację nie do wytrzymania, w jakiej się znalazł.

Vilko Lamian, do którego jesteśmy dopuszczeni tak blisko, budzi mieszane uczucia. Bo nigdy, nawet przed wojną, nie był sympatycznym człowiekiem. A właściwie może mógłby nim być, gdyby nie musiał wiecznie udawać. Strach powodował, że stał się samotnikiem, żył na pół gwizdka. Podobnie było po wojnie. Ze strachu tracił okazję na przyjaźń i na bliskość z kobietą. Trudno też nie czuć obrzydzenia dla jego postawy w obozie. Trudno taką postawę zaakceptować. Z drugiej jednak strony chociaż jest osobą odpychającą, także ze względów charakterologicznych, to nie potrafiłam mu nie współczuć. Jego strach, trauma, gonitwa okrutnych wspomnień są tak znakomicie oddane, że dotykają także tego, kto jego historię czyta. Być może, wspominając przeszłość, żyjąc w wiecznym strachu, z poczuciem winy, także wobec rodziców, których nie spróbował nawet odszukać w Jasenovacu, tłumacząc swoją postawę tym, że chciał im oszczędzić dodatkowego cierpienia, nie mając się przed kim otworzyć, sam wymierzył sobie największą karę.

Chyba nie muszę już tłumaczyć, dlaczego to powieść przytłaczająca. Przez obozowe sceny, które co jakiś czas wspomina narrator, trudno przebrnąć. Nie jest to pierwsza książka o tej tematyce, jaką przeczytałam, dzięki takim lekturom mam już grubą skórę, a jednak, nie było łatwo. Dodatkową trudnością jest też sposób opowiadania. Zacierająca się rzeczywistość - obrazy z przeszłości, które stale nakładają się na to, co bohater przeżywa po wojnie, szczególnie wtedy, kiedy szuka Heleny. Brak dialogów, długie zdania.

Na pewno nie jest to lektura dla każdego. Trzeba w sobie znaleźć siłę na czytanie tej powieści. Ale bez wątpienia jest to książka bardzo dobra.  No dobrze, niech będzie, wybitna. Bronię się przed takimi słowami, bo są dziś zdecydowanie zbyt często używane.

Anna Burns "Mleczarz"

Kolejna powieść irlandzka i wcale nie ostatnia, bo w moim czytniku

czeka kilka innych. To głośny "Mleczarz" Anny Burns (ArtRage 2024; przełożyła Aga Zano), książka nagrodzona Bookerem w roku 2018 dociera do nas z opóźnieniem. Przyznam, że chociaż wysłuchałam kilku wywiadów z autorką, które przeprowadzono z okazji polskiej premiery, to lektura okazała się dla mnie wielkim zaskoczeniem. Spodziewałam się kolejnej powieści o irlandzkich Kłopotach, no i oczywiście to wszystko w "Mleczarzu" jest, ale nie spodziewałam się sposobu, w jaki została napisana. Raczej myślałam, że będzie to coś w stylu "Naszych win" Louise Kennedy. Tymczasem wielka niespodzianka, o czym za chwilę.

Akcja powieści rozgrywa się w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, raczej u ich schyłku,  w mieście, które nie zostało nazwane, domyślamy się, że to Irlandia Północna, może Belfast. Główną bohaterką, zarazem narratorką, jest osiemnastoletnia dziewczyna, też bezimienna, którą wyróżnia fakt, że chodząc ulicami miasta, czyta książki. Okazuje się, czego nie jest długo świadoma, że takim swoim zachowaniem wszystkich drażni i wpisuje się w krąg kilku miejscowych dziwaczek i dziwaków. Wśród nich był na przykład mężczyzna, który nikogo nie kochał, kobieta, która truła ludzi czy chłopak, który bał się bomby atomowej. Jeśli w tym miejscu komuś coś już świta a propos sposobu pisania, to być może ma rację, ale o tym za chwilę. W pewnym momencie bohaterkę zaczyna osaczać starszy od niej o wiele lat mężczyzna, tytułowy Mleczarz. Zjawia się obok niej niespodziewanie, zagaduje, ale nie dotyka. Ona zaczyna się go bać. Staje się to przyczyną licznych plotek. Wszyscy są przekonani, że dziewczyna jest kochanką Mleczarza. Sytuację komplikuje fakt, że mężczyzna podobno jest członkiem paramilitarnych, czyli nienazwanej tu wprost IRA.

Powieść Anny Burns znakomicie oddaje gęstą atmosferę Irlandii Północnej czasu Kłopotów. To swoista matnia i pole minowe dla zwykłych mieszkańców, którzy chcieliby mieć jak najmniej wspólnego z polityką i żyć normalnym życiem. Zewsząd czyha niebezpieczeństwo, narazić się można każdemu i wszystkim. Łatwo rzucić oskarżenie o współpracę z opozycją albo, jeszcze gorzej, o brak współpracy, albo o bycie donosicielem. 

Były pobicia, piętnowanie, obtaczanie w smole i pierzu, zniknięcia, śliwy pod oczami, potłuczeni ludzie chodzący po ulicy bez palców, które to palce z całą pewnością jeszcze dzień wcześniej mieli przytwierdzone do ciała.

Nie ma rodziny, która nie straciłaby kogoś z powodu konfliktu - a to ktoś był przypadkową ofiarą zamachu, a to zginął z rąk opozycjonistów, a to z rąk policji czy wojska, a w najlepszym razie musiał uciekać za granicę. To wszystko rodzi zobojętnienie na przemoc.

Co do zabójstw - były codziennością, czyli nie należało się nad nimi rozwodzić.

W takim świecie, nawet jakby się bardzo chciało, nie można nie mieć poglądów politycznych. Trzeba umieć się poruszać w tych skomplikowanych układach - ta strona ulicy, tamta strona ulicy, ci zza wody, tamten kraj. To świat zamknięty dosłownie i w przenośni - zamkniętość była wszędzie. Jedyny sposób, żeby nie zwariować, to być głuchym na rzeczywistość w takim stopniu, jak to tylko możliwe, udawać, że jej nie ma. Chronić się pod maską uprzejmości, nie poruszać tematów politycznych, jak najmniej pytać, jak najmniej wiedzieć.

... siedź cicho, kupuj stare książki, czytaj stare książki, rozważaj całkiem serio ideę zwojów i glinianych tabliczek. Taka byłam w wieku osiemnastu lat.

... jakoś trwać pod zwałami traumy i mroku.

To dlatego bohaterka chodząc ulicami, czyta. To jej ucieczka, azyl, ochrona przed rzeczywistością nie do wytrzymania. 

Wydaje mi się, iż zabieg polegający na tym, że żadne miejsce, żaden człowiek nie zostaje tu nazwany - nie ma nazw miejscowości, krajów, ulic, nie ma imion i nazwisk, nawet w rodzinie i wśród bliskich używa się określeń typu pierwsza siostra, drugi brat, trzeci szwagier, najstarsza najmłodsza siostrzyczka, nie-do-końca-chłopak - to metafora tego, aby jak najmniej wiedzieć. Nieufność ze sfery politycznej przenika życie prywatne.  

Takim ludziom jak bohaterka i krąg znajomych, w którym się obraca, a więc tym, którzy popierają opozycję, coraz trudniej patrzeć na to, co się dzieje, bo powoli tracą zaufanie do tych, którzy walczą w ich imieniu. Szlachetne idee z czasem się wyradzają. Nie chodzi już tylko o wolność, niepodległość, ale o zwykłe interesy.

... typ idealisty wyzionął ducha, a do typu, który nadszedł po nim, bardziej skłaniającego się ku gangsterce niż partyzantce, ludzie mieli już coraz większe zastrzeżenia.

Oto prosty człowiek, próbujący żyć jakoś życiem cywila tak przeciętnie, jak tylko pozwalały na to problemy polityczne, został nagle wpędzony w stan dyskomfortu: stracił przeświadczenie o moralnej stosowności środków, którymi nasi strażnicy honoru posługiwali się w walce za sprawę.

Mam wrażenie, że Anna Burns w "Mleczarzu" pokazuje świat, który powoli zaczyna się zmieniać, a zmiana nie dotyczy tylko spojrzenia na opozycję i tego, co się z nią dzieje, ale także dochodzenia do głosu kobiet, powolnego wyzwalania się z opresji patriarchatu, a w sferze osobistej przyznawania się do prawdziwych uczuć, które dotąd były tłumione i zastępowane rozsądkiem. 

Ta książka jest bardzo gęsta, wiele w niej wątków i poruszanych problemów, jest to też przecież opowieść o miłości zakończonej rozczarowaniem i fiaskiem. Nie sposób napisać o wszystkim.

No i wreszcie na koniec wracam do tego, co sygnalizowałam we wstępie, a co dotyczy sposobu, w jaki Anna Burns opowiada to wszystko. Otóż autorka bardzo często posługuje się groteską, przerysowaniem, doprowadza jakąś sytuację do absurdu. I w tym mroku są to momenty po prostu śmieszne. Czy takim sposobem opowiadania o tych mrocznych czasach rozbraja grozę czy może używając groteski, pokazuje absurdalność tamtej sytuacji? Na takie spojrzenie można sobie pozwolić oczywiście z perspektywy czasu. 

Kiedy wreszcie wyszłam, na dworze aż się roiło od dziewczynek: owstążkowanych, zajedwabionych, naatłasowanych, uobcasowionych, drapiąco podhalkowanych i podobieranych w pary lub tylko udających, że mają parę. Wszystkie tańcowały zapamiętale i od czasu do czasu przewracały się na asfalt.

Kłopot w tym, że mamie deptały już po piętach trzy inne domniemane dziewczyny rannego opozycjonisty, wszystkie z tej samej okolicy i wszystkie w średnim wieku. A za nimi sunęły jeszcze cztery. Policjantom skończyły się kanciapy, dokąd mogliby wciągnąć potencjalne agentki i donosicielki, co sprawiało, że kobiety należało przewozić do policyjnych baraków, które - wskutek ciągłego pęcznienia oddziałów pań w średnim wieku - nie pozwalały przeprowadzić całej operacji tak sprytnie i dyskretnie, jak życzyliby sobie funkcjonariusze. (...) Wreszcie mundurowi zaczęli bezradnie drapać się po głowach. "Ile on ich ma? Co to za lowelas bez precedensu? Kiedy ten nasz Valentino miałby czas na jakieś akty terroryzmu, jak miałby jeszcze między te romanse wcisnąć jakąś działalność opozycyjną?" 

Chociaż za groteską nie przepadam, tu mi zupełnie nie przeszkadzała. Przeciwnie, przyjemnie zaskoczyła i sprawiła, że "Mleczarz" nie był kolejną opowieścią o Kłopotach. No i jak zawsze muszę podkreślić znakomity przekład Agi Zano, co świetnie widać w powyższych cytatach.

Bardzo dobra powieść o tamtych tragicznych czasach.

Leila Slimani "Cudzy kraj"

Leilę Slimani odkryłam dzięki ostatniemu Festiwalowi Conrada.

Była jedną z gościń, a ja uczestniczyłam w spotkaniu z nią. To marokańska pisarka. No właśnie - marokańska czy jednak francuska, skoro od czasu studiów mieszka i pracuje we Francji, pisze po francusku, za swoją drugą powieść, "Kołysanka", dostała Nagrodę Goncourtów? Te rozważania zostawiam na boku i przechodzę do powieści, którą przeczytałam. Zaczęłam od "Cudzego kraju" (Sonia Draga 2022; przełożyła Agnieszka Rasińska-Bóbr) ze względu na temat - akcja tej książki rozgrywa się w Maroku po drugiej wojnie z drobnymi wycieczkami w nieodległą przeszłość. To czas narastających niepokojów i rosnącego w siłę ruchu antykolonialnego. Mój wybór okazał się bardzo dobry. "Cudzy kraj" to powieść, która łączy w sobie trzy zalety - czyta się ją znakomicie, a jednocześnie jest to książka opowiadająca o ważnych sprawach, no i ma bohaterów z krwi i kości. Można ich lubić albo nie, ale są wyraziści, zniuansowani i niejednoznaczni.

Zacznę od tematyki. Muszę przyznać, że niewiele wiedziałam o stosunkach francusko-marokańskich. Sporo się mówi o Algierii, o tym, jak ten kraj krwawo wyzwalał się spod kolonialnego jarzma, o późniejszych niespokojnych czasach. Trochę o tym słyszałam, czytałam i widziałam przynajmniej dwa filmy. W pamięć zapadły mi  znakomici "Ludzie Boga" i kameralny "Ze mną nie zginiesz". Tymczasem nie miałam pojęcia o relacjach francusko-marokańskich, o tym, jak Maroko walczyło o swoją niezależność od Francuzów. Koniecznie muszę dodać, że formalnie Francja sprawowała tylko protektorat nad dużą częścią kraju. Tego też dowiedziałam się przy okazji książki. Może dlatego wydawało mi się, że ten proces przebiegł w miarę gładko. Okazuje się, że byłam w błędzie. Czasy, w których toczy się akcja powieści, to okres narastających niepokojów. W siłę rośnie ruch dążący do odzyskania suwerenności, dochodzi do brutalnych napadów na Francuzów. Krwawe zamieszki zdarzają się w miastach, ale niebezpiecznie robi się też na prowincji. Farmy należące do kolonizatorów są palone i grabione. Groza narasta, wielu Francuzów decyduje się na wyjazd albo szuka schronienia w spokojniejszym miejscu. 

Oczywiście nie wszystko jest takie proste. Nie ma zgody wśród samych Marokańczyków - jedni opowiadają się za niepodległością i są gotowi walczyć o nią, manifestując albo stosując terror, ale są i tacy, którym jest to obojętne. To przypadek Amina, głównego bohatera, Marokańczyka, który w czasie drugiej wojny walczył we francuskiej armii, zasłużył się, dostał jakieś odznaczenia. Potem wraca do Maroka ze swoją francuską żoną Mathilde i chce gospodarować na ziemi odziedziczonej po ojcu. Dla niego liczy się tylko praca na roli, nieważne, kto rządzi, nie miesza się do polityki. Boi się chaosu, sam czuje się zagrożony. Nie umie znaleźć wspólnego języka z bratem, który jest aktywnym działaczem terrorystycznego podziemia. 

Z ludzkiego punktu widzenia można też zrozumieć tych Francuzów, którzy urodzili się w Maroku, mieli tu ziemię, którą od lat uprawiali, i nie wyobrażali sobie życia w innym miejscu. Najczęściej jednak ci sami ludzie gardzili Marokańczykami albo w najlepszym razie traktowali ich protekcjonalnie. Trudno się dziwić, że nie byli tam mile widziani. Gniew nie wybiera, kieruje się najczęściej przeciw wszystkim, w czasach chaosu, walki nie ma miejsca na niuansowanie. 

Sytuacja Amina i jego rodziny jest jeszcze bardziej skomplikowana. Dla swoich jest podejrzany, bo ma żonę Francuzkę, jej krajanie traktują go z góry, a ich córka, która chodzi do francuskiej szkoły prowadzonej przez zakonnice, jest odrzucana przez białe koleżanki. Tym bardziej, że jej wygląd wskazuje na mieszane pochodzenie.

Ta kobieta spała w ramionach włochatego Araba, chama (...) Wszystko to było niewłaściwe, nie odpowiadało porządkowi rzeczy, taka miłość wywoływała nieład i nieszczęście. Mieszańcy zwiastują koniec świata.

Tak o Mathilde i jej mężu myśli biały lekarz, który przyjechał na farmę, kiedy kobieta zachorowała na malarię. I jeszcze jeden cytat.

Świat się zmienił, (...) wojna zburzyła wszystkie zasady, wszystkie reguły, jakby ludzi włożono do słoika i potrząśnięto nim, łącząc ciała, które zgodnie z wymogami przyzwoitości, nie powinny się stykać. 

Ale oprócz tła politycznego ogromną zaletą tej powieści są pogłębione i zniuansowane portrety bohaterów. Nie tylko tych głównych, czyli Mathilde i Amina. Niemal każda postać, która pojawia się na kartach książki, zostaje sportretowana. Dowiadujemy się czegoś nawet o bohaterach epizodycznych, a postacie drugoplanowe i pierwszoplanowe zostają scharakteryzowane bardzo dokładnie. Poznajemy nie tylko ich historię, ale także motywacje ich działań, dowiadujemy się, co czują. Tak jest z Aiszą, córką Amina i Mathilde, z siostrą Amina Salmą i innymi jego krewnymi. 

Na koniec chciałabym napisać jeszcze parę słów o głównej bohaterce, bo to postać niejednoznaczna i bardzo ciekawa. Uciekła w to małżeństwo, marząc o ciekawszym, lepszym życiu. Rzeczywistość okazała się znacznie trudniejsza, niż to sobie wyobrażała. I nie chodzi wcale o różnice kulturowe czy religię. Ciężkie warunki na farmie, zajmowanie się domem i dziećmi to wszystko sprawiało, że Mathilde była zmęczona i rozczarowana monotonią życia. Poza tym czuła się samotna, bo mąż zajęty pracą na farmie, co było jego pasją, nie zawracał sobie głowy jej problemami, nie bardzo je rozumiał. A ona pragnęła czegoś więcej, lubiła z życia robić zabawę. Jednocześnie buntowała się i z pokorą, albo może z rezygnacją, znosiła agresję ze strony męża. Poza tym tkwiła gdzieś pomiędzy różnymi światami. Jako żona Amina była odrzucana przez francuskich farmerów, a Marokańczycy także nie uważali jej za swoją. To sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej wyobcowana. Do tego dochodziły problemy materialne - Amin wszystkie pieniądze wydawał na ulepszanie farmy. Małżeństwo z Arabem i niższy status finansowy stawiały ją w gorszej pozycji w stosunku do matek koleżanek jej córki. Dlatego, kiedy po latach odwiedza Francję, najchętniej nie wróciłaby do Maroka, mimo że dzieci zostały z ojcem. Mathilde to postać niespełniona i nieszczęśliwa. Ale takich bohaterek i bohaterów jest w tej powieści więcej. Najbardziej tragiczny wydaje mi się los Salmy, siostry Amina. Ale o tym nie będę już pisała.

"Cudzy kraj" to bardzo interesująca i świetnie napisana powieść. Warto po nią sięgnąć.

Sofi Oksanen "Psi park"

Z niecierpliwością czekałam na lekturę "Psiego parku" Sofi Oksanen

(Znak Literanova; przełożyła Katarzyna Aniszewska). Po pierwsze dlatego, że przed kilku laty bardzo podobała mi się jej powieść "Gdy zniknęły gołębie", a po drugie ze względu na pozytywne recenzje najnowszej książki tej fińskiej pisarki, której matka była Estonką. 

Na początku muszę wyznać, że powieść mocno mnie zaskoczyła. Nie wczytywałam się zbyt dokładnie w informacje podane przez wydawcę, więc spodziewałam się, że jej tematyka będzie oscylowała wokół spraw fińskich lub estońskich, jak w książce, o której wspominałam. Tymczasem nic z tego! Wprawdzie akcja częściowo toczy się w Helsinkach w roku 2016, a główna bohaterka, jednocześnie narratorka, wspomina swoje dzieciństwo spędzone w Tallinie, ale jest to książka przede wszystkim o ... Ukrainie. Jakbym czytała ukraińską powieść. Nie tego się spodziewałam. Cóż, właściwie mile mnie to zaskoczyło, jako że po ukraińską literaturę sięgam ostatnio regularnie. Pozostaje jednak wątpliwość, na ile dokładnie Sofi Oksanen zna tamtejszą rzeczywistość. Jak dokładny zrobiła research? Może jej matka miała tam krewnych? Nie jest to niemożliwe. Przyznam, że bardzo bym chciała przeczytać wywiad z pisarką dotyczący jej najnowszej powieści, no ale w sieci nic nie znalazłam.

Cóż, obraz Ukrainy, delikatnie mówiąc, nie jest w powieści lukrowany. Dziś, kiedy patrzymy na bohatersko broniących się Ukraińców, z takim poświęceniem walczących o swoją państwową niezależność, nie wracamy do problemów, jakie mieli. Tymczasem jest to opowieść o nierównościach społecznych, o beznadziejnej egzystencji na donbaskiej prowincji, o braku perspektyw, o bezprawiu, przestępczości, ukraińskich oligarchach i o ludziach, którzy w pogoni za lepszym życiem, są gotowi zrobić wiele. Zapomnieć o uczciwości, etyce, prawości.

Główna bohaterka, Olenka, która wychowała się w Tallinie, a której korzenie, jak to w ZSRR, były skomplikowane, po rozpadzie Związku Radzieckiego i odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę zostaje wyrwana z dobrze znanego sobie, bezpiecznego świata i wrzucona w realia Donbasu. Razem z rodzicami ląduje w Śnieżnem u babci ze strony ojca. Dlaczego? Bo ojciec właśnie tam dostrzegł możliwość wzbogacenia się. Na czym? Na czarnym złocie, czyli nielegalnie wydobywanym węglu, i bezpardonowym przejmowaniu akcji jakichś przedsiębiorstw. To walka bezwzględna. Można przypłacić ją życiem, jeśli zadrze się z silniejszymi i sprytniejszymi od siebie. Walka wyzbyta wszelkich hamulców. Jeśli trzeba, poświęci się własne dziecko, wyrzuci staruszkę z jej domu (cały czas zastanawiam się, czy scena opowiedziana w książce mogła rzeczywiście w tamtym miejscu i tamtych okolicznościach się wydarzyć). Oczywiście właściciele nielegalnych szybów nie przejmują się losem tych, którzy dla nich węgiel wydobywają. Nie oni narażają swoje życie. Chociaż, jak wspomniałam, oni także balansują w tym wilczym świecie na cienkiej linie.

Ale najbardziej poruszył mnie, oprócz obrazu beznadziejnego, zdegradowanego i po prostu potwornie brzydkiego świata, los dziecka, którego dorośli nie pytają o zdanie i burzą mu dotychczasowe życie, marzenia, perspektywy. Olenka nienawidzi miejsca, w którym się znalazła. Tallin nawet za czasów ZSRR był miastem, które ze względu na swoje położenie ocierało się o ten lepszy, zachodni świat. Nie do końca legalnie, ale jednak, dało się oglądać fińską telewizję. Potem perspektywy były jeszcze lepsze. Kiedy trafia do Śnieżnego w Donbasie, na początku ma jeszcze nadzieję, że rodzice zatrzymali się tam tylko na chwilę i przynajmniej ona razem z matką przeniosą się do drugiej babci, która pochodziła z Winnicy. Kiedy zrozumie, że nic takiego się nie zdarzy, zaczyna marzyć, aby za wszelką cenę wydostać się stamtąd. Swój plan będzie konsekwentnie realizować. Najpierw zapłaci frycowe - jej kariera modelki w Paryżu nie powiedzie się. Potem postara się nie popełnić tych samych błędów. I rzeczywiście stopniowo zacznie awansować w agencji, która zajmuje się szukaniem dawczyń komórek jajowych i surogatek dla mających pieniądze cudzoziemców. 

Już po wybuchu wojny słyszałam, że Ukraina była zagłębiem takiego biznesu. Opowieść o nim jeży włosy na głowie. Ponownie mam nadzieję, że autorka zrobiła porządny research i nie wyolbrzymiła  nieprawidłowości. A jest ich wiele. Wykorzystywanie dziewczyn, które chcą się wydźwignąć wyżej albo po prostu zarobić pieniądze na odrobinę lepsze życie. Żerowanie na ich osobistych lub rodzinnych dramatach. Nieliczenie się z ich zdrowiem. Oszukiwanie klientów, którzy traktują agencję jak sklep z dziećmi, a dawczynie jak niewolnice. Jeśli trzeba podrasuje się życiorys, wyrzuci fakty, które mogłyby skreślić dziewczynę w oczach wymagających klientów - zmieni miejsce zamieszkania, zawód rodziców. Dawczyni ma pochodzić z nieskażonego rejonu, odznaczać się inteligencją i urodą, prowadzić zdrowy tryb życia. Jednym słowem ma to być kandydatka, która gwarantuje, że urodzi się idealne dziecko.

Trudno czuć sympatię do bohaterów i bohaterek tej powieści. Można próbować ich zrozumieć, można im współczuć, ale ja nie potrafiłam ich polubić. Ani Olenki, ani tym bardziej Darii czy ojca narratorki. 

Powieść Sofi Oksanen ubrana jest w sensacyjną formę. Niektórzy określają ją nawet mianem thrillera. Wydarzenia poznajemy niechronologicznie, nie wiemy, dlaczego narratorka uciekła z Ukrainy i na fałszywych papierach wylądowała w Helsinkach, gdzie drżąc o swoje życie, zajmuje się sprzątaniem mieszkań i nie przypomina siebie z okresu rozkwitu kariery w agencji. Stopniowo poznajemy coraz więcej szczegółów z jej życia, aż w końcu zagadka jej ucieczki zostanie rozwiązana. Oczywiście ta sensacyjna formuła ma uatrakcyjnić powieść. Podobne chwyty stosowała autorka w powieści "Gdy zniknęły gołębie", o której wspominałam. Przyznam jednak, że to, co w założeniu miało być atrakcyjne, mnie nieco rozczarowało. Może książka jest odrobinę za długa? Szczególnie fragmenty opowiadające o pracy w agencji zaczynały mnie po pewnym czasie nużyć. Ja na pewno wyżej stawiam przywoływaną tu poprzednią powieść Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie". To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto przeczytać tej.  

Letnie remanenty filmowe (V) - "Sons of Denmark", "Fanny i Aleksander"

Wakacje się skończyły, skończył się letni festiwal filmowy w moim ulubionym kinie, więc to już ostatni, nieco spóźniony, odcinek letnich remanentów filmowych. Tym razem będzie o duńskim filmie "Sons of Denmark" i po raz trzeci o czymś klasycznym - "Fanny i Aleksander" Bergmana. To jeden z tych filmów, które mogę oglądać w nieskończoność. 


Duński "Sons of Denmark" to obok "Kafarnaum" najmocniejszy, najmroczniejszy film tego lata, zrobił na mnie duże wrażenie. Niestety w Polsce nie był pokazywany. Można go było zobaczyć na krakowskim festiwalu Mastercard Off Camera, gdzie w konkursie głównym otrzymał nagrodę. Szkoda, że nie wszedł do dystrybucji, bo to historia o jednym z większych problemów naszych czasów - stosunku do imigrantów, kłopotach z integracją, nietolerancji. Konsekwencją tego są rosnące po obu stronach ekstremizmy. To political fiction. W Danii po zamachu terrorystycznym zaognia się sytuacja. Radykalizują się grupy muzułmańskich imigrantów prześladowane po tej tragedii, radykalizuje się społeczeństwo. Po obu stronach narasta strach. Na tej fali coraz większą popularność zdobywa ultranacjonalistyczny polityk, głoszący radykalne antyimigranckie hasła, powiązany z młodzieżową bojówką Sons of Denmark. Film nakręcony jest w konwencji politycznego thrillera, ma mroczną atmosferę, trzyma w napięciu, działa na emocje. Zaletą jest też nieoczekiwany zwrot - w pewnym momencie głównym bohaterem okazuje się nie ten, o kim myśleliśmy. I chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się pomyśleć, że to, co w finale zrobił ten człowiek, było dla niego jedynym wyjściem. Jak nigdy potrafiłam zrozumieć jego bezradność, bezsilność, jego tragedię. Bardzo dobry film, szkoda, że nie trafił kin. 


I coś zupełnie innego - "Fanny i Aleksander" Bergmana. Nie powiem, abym znała jakoś świetnie twórczość szwedzkiego reżysera, ale "Fanny i Aleksandra" uwielbiam. Widziałam go wcześniej na pewno dwa razy, a wydaje mi się, że chyba więcej. Ale za każdym razem odkrywam coś nowego. Dla tych, którzy nie znają, krótka informacja na temat fabuły. Początek dwudziestego wieku. Historia wielopokoleniowej bogatej mieszczańskiej rodziny. Momentami witalna, kipiąca energią (część pierwsza i ostatnia), momentami bardzo dramatyczna, smutna, ascetyczna (środek). Bardzo ważnym bohaterem tej opowieści są dzieci, przede wszystkim tytułowy Aleksander - wrażliwy, trochę wycofany, wnikliwie przyglądający się światu kilkunastoletni chłopiec. Bergman oparł scenariusz na historii swojej rodziny. W filmie realizm miesza się ze scenami fantastycznymi, chociaż te drugie oczywiście nie dominują. Na co zwróciłam uwagę, po raz kolejny oglądając ten film? Na piękne zdjęcia. Teraz uderzyło mnie, że są tu kadry nawiązujące do malarstwa, nie umiem powiedzieć, czy do konkretnych obrazów, być może tak. Szczególnie utkwił mi w pamięci obraz matki tulącej skatowanego syna. Pieta przeniesiona z płócien starych mistrzów. Kolejne spostrzeżenie - jak ważną rolę pełnią w tej rodzinie silne, mądre kobiety, seniorka rodu i jej synowa. Jest to też pochwała codziennych przyjemności i artystów, którzy takich radości i wzruszeń dostarczają. Cieszmy się, bo życie przemija, bo nie wiadomo, co się zdarzy. I o tym też jest film Bergmana. Dużo tu smutków i tragedii. Bohaterów nie omija samotność, utrata, cierpienie i świadomość upływającego czasu. Dzieciństwo w filmie Bergmana bywa radosne, ale bywa też tragiczne, a taki los gotują dzieciom dorośli. Pamięć tych zdarzeń będą prawdopodobnie dźwigać całe życie. I jeszcze jedno - zachwyt jak egalitarna i tolerancyjna była ta rodzina - na przykład w czasie ważnych uroczystości i świąt służba siadała do stołu razem z państwem. Wspaniały, genialny film. Mam nadzieję, że obejrzałam go nie po raz ostatni.

Ulrich Alexander Boschwitz "Podróżny"

Już nie pamiętam, jak dowiedziałam się o powieści "Podróżny" niemieckiego pisarza Ulricha Alexandra Boschwitza (Znak 2019; przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska). Połączenie dwóch informacji, że książka jest bardzo dobra oraz jakiego tematu dotyczy, sprawiło, że wiedziałam, iż to lektura obowiązkowa. Już sama historia autora i powieści zasługuje na uwagę. Ulrich Alexander Boschwitz razem ze swoją matką uciekł w roku 1935 z hitlerowskich Niemiec. Mieszkał w Belgii, Luksemburgu, studiował w Paryżu, potem osiadł w Anglii. Cały czas pisał. Już przed wojną na emigracji wydał kilka książek. Dalsze losy autora są bardzo smutne. Po wybuchu wojny, tak jak inni Niemcy mieszkający w Wielkiej Brytanii, internowany na wyspie Man, potem wysłany razem z podobnymi mu nieszczęśnikami statkiem, gdzie panowały koszmarne warunki, a załoga znęcała się nad pasażerami, do obozu internowania w Australii. Kiedy wreszcie wydawało się, że może los się do niego uśmiechnął, zginął w roku 1942 na pokładzie kolejnego statku trafionego niemiecką torpedą. Miał 27 lat. 

Wydawało się, że "Podróżny" na zawsze zostanie zapomniany, kiedy cudownym zrządzeniem losu jego rękopis trafił do niemieckiego wydawcy, który między innymi specjalizuje w odkrywaniu zapomnianych książek. Dzięki temu w roku 2017 po raz pierwszy ukazał się w Niemczech. Powieść powstała w ciągu kilku miesięcy roku 1938 bezpośrednio po nocy kryształowej oraz pogromach Żydów w III Rzeszy i nawiązuje do tych tragicznych zdarzeń. Jej bohaterem jest bogaty kupiec Otto Silbermann. Z dnia na dzień staje się nikim, łowną zwierzyną, człowiekiem trędowatym. Od takich jak on, Żydów, wolą trzymać się z daleka nawet ci, którzy im współczują i nie zgadzają się z polityką i poglądami Hitlera. Wolą odwracać wzrok, udawać, że nie widzą, w najlepszym razie porozmawiają, wyrażą swój żal, oburzą się, zatroskają o jego przyszłość. Z tym chodziłeś do szkoły, z tamtym uczyłeś się fachu albo siedziałeś przy piwie. A teraz? A teraz jesteś dla nich morowym powietrzem. Łatwo potępić, ale kiedy rzetelnie spróbujemy zastanowić się nad pytaniem, co zrobilibyśmy w podobnej sytuacji, najuczciwszą odpowiedzią będzie - nie wiem. Nawet Silbermann zachowuje się podobnie wobec innych Żydów. On ma dobry wygląd, dlatego jest mu łatwiej, ale jak ognia unika towarzystwa ludzi o semickich rysach. Pan mnie kompromituje - powie do swojego znajomego, starego człowieka, który został sam i nie ma środków do życia. Oczywiście czuje się głupio, wyrzuca to sobie, ale strach jest większy. (...) między mną, a tymi innymi nie ma żadnej różnicy. Tymi innymi są w tym kontekście ci, którzy odwracają się od Żydów. Tak o sobie myśli Silbermann.

Otto Silbermann musi uciekać z własnego wygodnego mieszkania w Berlinie, odwraca się od niego wspólnik w interesach, człowiek, którego dotąd uważał za swojego przyjaciela, traci niemal cały majątek. Niepokoi się o los żony, która wprawdzie nie jest Żydówką, ale została sama w mieszkaniu, kiedy dobijali się do niego wściekli bojówkarze. Co zrobić? Nawet nie bardzo może zatrzymać się w hotelu czy pensjonacie. Dlaczego? Bo jest Żydem. Ma wprawdzie, jak wspomniałam, dobry wygląd, ale zdradza go nazwisko. Do tego dochodzi strach, że go znajdą, dopadną, pobiją, aresztują, a Silbermann boi się bólu. A kto się nie boi? Co mu pozostaje? Przemierza Niemcy wzdłuż i wszerz pociągami, w nich czuje się najbezpieczniej. Groza narasta, pętla coraz bardziej się zaciska, sytuacja bez wyjścia, matnia. Próby ratunku zawodzą. Czytelnik współodczuwa z Silbermannem, a przecież nie jest on jakimś specjalnie sympatycznym bohaterem. Na tym polega też między innymi mistrzostwo tej powieści. 

Bohater żałuje, że nie posłuchał rad syna studiującego w Paryżu i nie wyjechał z kraju, kiedy było to jeszcze możliwe. Teraz zdobycie wizy jakiegokolwiek państwa graniczy z cudem. Wszyscy nie mogą przyjechać do Belgii! - usłyszy w pewnym momencie. Słowa te zostaną wypowiedziane grzecznie, uprzejmie, nawet ze współczuciem. Ale współczucie Silbermannowi nie wystarczy. Dlaczego nie starał się o wizę wcześniej, kiedy jej otrzymanie było jeszcze możliwe? Dlaczego wcześniej nie zlikwidował swoich interesów i nie próbował ułożyć sobie życia gdzieś indziej? Znowu oddam mu głos: Kto by pomyślał, że do czegoś takiego dojdzie? W środku Europy - w dwudziestym wieku! Te słowa napisał Boschwitz w roku 1938. Prawda, że brzmi znajomo? Nie pierwszy raz czytam coś, co jakoś rymuje się z naszymi czasami. A w ostatnim czasie zdarza mi się to po raz trzeci. Na koniec jeszcze jeden cytat. To głos znajomego Silbermanna, starszego człowieka znajdującego się w podobnym położeniu: (...) jak to dobrze, że jestem stary. Współczuję dzisiejszym młodym ludziom (...).

Namawiam do lektury "Podróżnika". Nie jest to wprawdzie powieść przyjemna, ale bardzo ważna i przejmująca.

"The Square"

Wiedziałam, że "The Square" Rubena Ostlunda zdobył Złotą Palmę w Cannes i że zyskał też uznanie krytyków, co nie zawsze idzie w parze, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Co prawda Ostlund nakręcił wcześniej "Turystę", ale temat jego najnowszego filmu - granice we współczesnej sztuce - wydał mi się nie do końca interesujący. Potrafię długie godziny spędzić w galerii, oglądając obrazy, ale, wyznaję szczerze, rzadko zdarza mi się odwiedzać muzea sztuki współczesnej. Nie mam do niej klucza, nie rozumiem, nikt nigdy nie nauczył mnie jej odbioru. Cóż, nie jestem w tym odosobniona. To dlatego nieco sceptycznie podchodziłam do najnowszego filmu Ostlunda. Tymczasem okazało się, że niesłusznie. Po pierwsze problem granic we współczesnej sztuce jest tylko jednym z wielu. To przede wszystkim obraz współczesnego, rozwarstwionego społeczeństwa, w którym jedni nie mają zaufania do drugich, a nawet się ich boją. To właśnie zaufanie jest jednym z głównych tematów filmu. Innym jest rozmijanie się idei z życiem. Łatwo pewne idee propagować, trudniej praktykować. Film zmusza do myślenia, daje pole do dyskusji na wiele tematów, stawia ważne pytania - o granice prowokacji w sztuce, o wolność słowa, o polityczną poprawność. Odpowiedzi nie zawsze są łatwe. Ale poza tym "The Square" znakomicie się ogląda, bo jest świetnie zrobiony. Akcja zbudowana została wokół licznych, zaskakujących zbiegów okoliczności. Głównym bohaterem jest Christian, dyrektor muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie, któremu przydarza się ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń, a w tym samym czasie w galerii trwają przygotowania do wystawy argentyńskiej artystki. Jej tematem jest zaufanie. "The Square" to jednak nie kino akcji. Przestrzegam też tych, którzy zwabieni reklamą, uwierzą, że idą na komedię. Na pewno nie ma tu prostego dowcipu, za to ci, którzy lubią ironię, będą usatysfakcjonowani. I pewnie nie jest to kino dla masowej widowni, chociaż właściwie dlaczego nie? Ja wyszłam zachwycona. A kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

 

Oglądając „The Square”, doszłam do wniosku, że bohaterów filmu stale coś wybija z rutyny codziennych zdarzeń. Jakby los dał im szansę, aby spojrzeli na świat inaczej, aby zatrzymali się na chwilę. Najpierw Christian, który jak co dzień zmierza do pracy, staje się świadkiem zaskakującego zdarzenia – młoda kobieta histerycznie woła o pomoc, bo atakuje ją wściekły facet, chyba jej znajomy. Nikt oprócz jednego mężczyzny, a potem Christiana, nie reaguje, wszyscy przechodzą obojętnie, najwyżej oglądają się za siebie. Potem okaże się, że to pułapka, bohater został okradziony. To zdarzenie wywoła lawinę kolejnych, równie zaskakujących i niezwykłych. Bo oto Christian za namową niefrasobliwego kolegi zabawi się w poszukiwacza sprawiedliwości. Szacowny, wymuskany dyrektor galerii skrada się jak jakiś gangster po piętrach bloku w dzielnicy Sztokholmu, do której nigdy się nie zapuszcza, i wrzuca do skrzynek list, który ma sprowokować i skruszyć złodzieja. O dziwo udaje mu się w ten niezwykły sposób odzyskać skradzione przedmioty. Ale ta zabawna, szalona akcja ma swoje koszty. Rykoszetem obrywa niewinny chłopak, którego rodzice są przekonani, że to on ukradł portfel i telefon. On również postanawia walczyć o siebie. Jednak Christian go zlekceważy. Dlaczego? Czy tak trudno byłoby mu się zdobyć na drobny gest i wyjaśnić sytuację jego rodzicom? Przecież ten dzieciak ma rację! Ale jest ciemny, na pewno pochodzi z rodziny imigranckiej, mieszka w gorszej albo wręcz złej dzielnicy, dlatego Christian go lekceważy. Gdyby minął go na ulicy, z pewnością nie zwróciłby na niego uwagi. Tak jak obojętnie mija żebraków i bezdomnych. Są dla niego przezroczyści Wypracował już sobie stanowczą, ale grzeczną odpowiedź, oczywiście odmowną, popartą odpowiednim gestem. Nie różni się w swojej reakcji niczym od tej części społeczeństwa, która tak jak on chadza do pracy elegancko, modnie, nienagannie ubrana, kontempluje sztukę w galeriach, robi drogie zakupy. Odgrodzeni murem zamożności, obojętności nie dostrzegają, że istnieje inny świat. A właściwie dostrzegają, ale na poziomie deklaratywnym. Z uwagą pochylą się nad wystawą argentyńskiej artystki, nad jej kwadratem, w którym wszyscy są równi, w którym wszyscy mają takie same prawa. Tak wiele może się tam zdarzyć, jak zapewniają artystka i organizatorzy wystawy. Może ktoś poprosi o pomoc i na pewno ją otrzyma, może ktoś zechce podzielić się swoim smutkiem i na pewno zostanie wysłuchany, może ktoś zostawi tam swój portfel i na pewno nikt go nie ukradnie. Takie rzeczy możliwe są tylko w czasie artystycznego performancu, na życie to się nie przekłada.

Kiedy Christian zrozumie swoje zaniechanie, będzie już za późno. Nie zdoła niczego wytłumaczyć rodzicom skrzywdzonego chłopca, przepadnie szansa na przełamanie lodów. Oglądane z lotu ptaka klatki schodowe domu, w którym mieszka Christian, i bloku, w którym mieszka skrzywdzony chłopak, niewiele się różnią – spiralne schody prowadzą w dół. W rzeczywistości dzieli je wszystko– wystarczy zmienić perspektywę, aby zobaczyć różnicę. Ale przecież jej wybór zależy od nas. I jeszcze jedno - naprawdę łatwo znaleźć się po drugiej stronie. Przekonał się o tym Christian dwukrotnie - po raz pierwszy, kiedy to on prosił o pomoc i natknął się na mur obojętności. Po raz drugi, kiedy szukając wyrzuconego listu, rozrywał worki ze śmieciami. I znowu kamera z lotu ptaka pokazuje niecodzienny obraz – mężczyzna w eleganckim garniturze miota się na śmietnisku. Jego nieskazitelnie biała koszula szybko traci swój blask. Ta scena ma w sobie moc symbolu. Co jeszcze znaczy? Że nasz miły, przyjemny, wygodny świat się kończy? To wydaje mi się zbyt oczywiste.

Z problemem społecznych podziałów, znieczulicy łączy się kolejny – zaufanie. O tym jest wystawa argentyńskiej artystki. Czy ufasz ludziom? Dlaczego Christian wrzucał do skrzynki listy, oskarżając każdego, zamiast chodzić od mieszkania do mieszkania i rozmawiać? Bo nie ufał mieszkańcom bloku znajdującego się w gorszej dzielnicy Sztokholmu, bał się ich. Z drugiej strony zaufanie nie zawsze popłaca, przecież został okradziony, kiedy uwierzył, że ktoś rzeczywiście potrzebuje pomocy, że ktoś pomaga. Zaufanie jest leitmotivem filmu. Ufać musimy sobie na co dzień, w drobnych i większych sprawach. Ufać muszą sobie dziewczyny z zespołu, w którym występuje jedna z córek Christiana. Wykonując skomplikowane akrobacje, wierzą, że partnerki nie zawiodą. Szefowa galerii ufa Christianowi, że należycie będzie wypełniał swoje obowiązki. Widzowie zgromadzeni na artystycznym performancie ufają artyście, że nie przekroczy pewnych granic. Christian musiał zaufać nieznanemu mężczyźnie, żebrakowi, że nie ukradnie jego reklamówek z zakupami. Raz się udaje, raz nie, ale bez zaufania trudno żyć.

Kolejnym problemem poruszanym w filmie są granice wolności w sztuce i granice wolności słowa. Czy artyście wolno wszystko? Eleganccy bywalcy muzeum są pewnie przekonani, że tak, ale nie było im do śmiechu, kiedy artysta zaczął ich prowokować, przekraczać kolejne granice, obrażać, zagrażać ich poczuciu bezpieczeństwa. Nie bardzo wiedzieli, jak się zachować. W końcu to wyreżyserowany performance, wszystko ma być pod kontrolą, przyszli do galerii, dlatego długo są bierni, udają, że nie widzą, że świetnie się bawią albo spuszczają głowy w niemym geście bezradności. Kiedy w końcu zareagują, okaże się, że niewiele trzeba, aby z ludzi wyszły bestie. Artysta symbolizujący dzikość jest interesujący jako obiekt artystyczny, kiedy staje się dziki naprawdę, budzi przerażenie. To podobna sytuacja jak z kwadratem, w którym wszyscy są równi. Deklaracje nie mają się nijak do życia.

A granice wolności słowa? Czy muzeum ma prawo reklamować swoją wystawę prowokacyjnym filmem? I czy ten film przekracza rzeczywiście jakieś granice? Jak mówią jego autorzy – co trzeba pokazać, aby przykuć naszą uwagę? I czy nasze deklaratywne przejęcie się śmiercią dziecka na ekranie przełoży się jakoś na życie? Czy coś zmieniła w nas i w politykach decydujących o losach świata fala oburzenia i współczucia, kiedy obejrzeliśmy zdjęcie martwego chłopca wyrzuconego przez morze? Czy postanowiliśmy pomagać uchodźcom? Przyjąć ich? Jak długo pamiętaliśmy o tym zdjęciu? Jak długo opłakiwaliśmy to dziecko?

Film prowokuje jeszcze wiele innych pytań. Czy wydawanie ogromnych sum na muzeum, które na co dzień świeci pustkami, ma sens? Czy nie lepiej by było, gdyby bogaci sponsorzy przeznaczyli te pieniądze na biednych tego świata? Na ludzi wyrzuconych poza nawias? Ale z drugiej strony bez sztuki nie da się żyć! Jest potrzebna jak powietrze. Tylko czy kwadrat, w którym wszyscy są równi, i kopce żwiru to rzeczywiście sztuka? Czy taka sztuka warta jest wielkich pieniędzy? Ale kto ma prawo decydować, jaka sztuka jest ich warta? Stąd tylko krok do wykluczania, zakazywania, wskazywania palcem, dzielenia sztuki na tę słuszną i niesłuszną. A to już pachnie cenzurą.

Chociaż film mocno podszyty jest ironią i posługuje się kpiarskim tonem, to prowokuje do myślenia. Nie tylko o tym, o czym pisałam. Takich zmuszających do namysłu zdarzeń jest tu wiele, choćby spotkanie z artystą, które nieoczekiwanie zakłócone zostaje przez mężczyznę chorego na chorobę Tourette'a. Czy ma prawo uczestniczyć w tym spotkaniu, skoro przeszkadza i obraża? Ale przecież on nie panuje nad tym, co mówi. A jednak nie pozwala się skupić. Co zrobić? Jak rozstrzygnąć ten problem? Przecież, jak mówi prowadząca spotkanie, wszyscy są tu mile widziani. Naprawdę?

 

"Ostatnia rodzina"

Prawdopodobnie tylko jakieś niezwykle poważne okoliczności mogły sprawić, że prawdziwy kinomaniak nie obejrzał jeszcze "Ostatniej rodziny" Jana P.Matuszyńskiego. Mnie w każdym razie nic nie było w stanie powstrzymać przed wizytą w kinie. Prawdę mówiąc, złośliwy los na szczęście nie rzucił mi pod nogi żadnych kłód. Mam też wrażenie, że nie istnieje chyba taka osoba, która nie wiedziałaby, jakim filmem jest "Ostatnia rodzina", ale może to tylko skrzywienie kogoś, kto bez kina nie wyobraża sobie życia. Dlatego wydaje mi się, że każdy słyszał o nagrodach w Gdyni (Złote Lwy, laury dla Aleksnadry Koniecznej i Andrzeja Seweryna) i nagrodzie dla tego ostatniego w Locarno. Nie ma też chyba nikogo, kto nie wiedziałby, że jest to opowieść o rodzinie Beksińskich. Od razu muszę wyznać, że należę do tej grupy widzów, którzy wiedzieli o nich bardziej z kulturalnego nasłuchu, a nie dlatego, że się nimi prawdziwie interesowali. Nie byłam też fanką Tomka Beksińskiego, nie słuchałam jego audycji, a jako że Bondów nie oglądam w ogóle, "Monty Pythona" trochę, to i z jego tłumaczeniami zetknęłam się o tyle o ile. Dlatego nigdy nie przeczytałam książki Grzebałkowskiej, dlatego mój odbiór filmu pozbawiony jest osobistych emocji. Idąc do kina, nie miałam żadnych wyobrażeń i żadnych oczekiwań dotyczących kreacji bohaterów. Jestem pełna podziwu nie tylko dla Aleksandry Koniecznej, Andrzeja Seweryna, ale też dla Dawida Ogrodnika, chociaż słyszę, że przeszarżował. Film jest rzeczywiście znakomicie zrobiony i mimo że rozpisany na kilka ról, mimo że gadany, mimo że akcja toczy się głównie we wnętrzach, to powinien spodobać się masowej widowni. Dlatego pewnie nie muszę zachęcać, aby "Ostatnią rodzinę" obejrzeć, a kto widział, może przeczytać garść moich filmowych i okołofilmowych refleksji. Zapraszam.

Zacznę od refleksji ogólnej. Nie pierwszy raz mierzę się z  następującym dylematem - jak pisać o filmie, który wchodzi na ekrany z takim przytupem. Niełatwe to zadanie. Trudno nie otrzeć się o wywiady z reżyserem, z aktorami, strzępy refleksji, omówień czy recenzji (piszę strzępy, bo konsekwentnie trzymam się zasady, żeby recenzji w całości wcześniej nie czytać). A ponieważ "Ostatnia rodzina" weszła do kin tydzień po zakończeniu Gdyni, więc naturalne jest, że komuś kto jak ja śledził pilnie festiwal, wydaje się, że o filmie wie wszystko i nie patrzy na niego okiem świeżym, niezmąconym szumem informacyjnym. Tym bardziej to skomplikowane, że obraz Jana P. Matuszyńskiego prawie nie budzi kontrowersji. Niektórzy uważają, że to dzieło wybitne. Z powodów, które wyłożyłam, trudno mi oddzielić to, co moje, od tego, co słyszałam. Trudno nie mieć wrażenia, że się jakąś opinię za kimś powtarza. Mimo wszystko skoro piszę, muszę spróbować.

Wiem już z wywiadów, jakich udzielał reżyser, że chciał się przyjrzeć rodzinie i stworzyć film uniwersalny. Dlatego nie ma co marudzić, że nie jest to portret artysty. Że mało na ekranie  twórczości Zdzisława Beksińskiego, że właściwie nie wiadomo, dlaczego tak obsesyjnie wszystko fotografował, a potem filmował. Czy to wynikało z fascynacji techniką, czy z artystycznych założeń, czy z czegoś jeszcze innego? Dopiero z reportażu Wojciecha Tochmana "Leży we mnie martwy anioł", który przeczytałam po obejrzeniu filmu, dowiedziałam się, że to obsesyjne utrwalanie rzeczywistości wynikało z obawy, że nic po nim nie zostanie. Dlatego zgodnie z intencjami reżysera spojrzę na film jak na portret rodziny. Na koniec tego akapitu dwie dygresje, a ponieważ wyszły długie, dla ułatwienia umieszczam je w kwadratowym nawiasie. Kto nie chce czytać, niech ominie. [Pierwsza - nie mogę wykluczyć, że w filmie padają słowa, które to wyjaśniają, a ja je przeoczyłam. Świadomość, że trudno wyłapać wszystko, co ważne, trudno nie uronić jakiegoś istotnego dla interpretacji filmu zdania, towarzyszy mi zawsze, przeszkadza i drażni. Zastanawiam się, jak ta sztuka udaje się zawodowym recenzentom. I refleksja druga - okazuje się, że reportaż Tochmana, zamieszczony w znakomitym zbiorze "Bóg zapłać", czytałam już wcześniej. Do dziś pamiętam z niego inne teksty, a tego akurat nie.]

Kiedy myślę o filmie Matuszyńskiego tak, jak chciał, to od razu przypomina mi się inny polski znakomity obraz o rodzinie, też nagrodzony w Gdyni Złotymi Lwami i laurami dla aktorek, "Plac Zbawiciela" Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze. Nie zamierzam tu dokonywać wyboru, zastanawiać się, który lepszy. To filmy zupełnie różnie zrobione. Dlaczego więc je zestawiam? Bo oba jednak wiele łączy - wiwisekcja rodziny, znakomite aktorstwo, znakomita reżyseria. A  jednak to  "Plac Zbawiciela" wbił mnie w fotel (bardzo lubię to wyświechtane określenie, więc go sobie użyję). I to jest właśnie mój kłopot z "Ostatnią rodziną". Bo chociaż filmowe obrazy i sceny wciąż mam pod powiekami, bo chociaż zachwyciłam się genialnym aktorstwem Koniecznej, Seweryna i Ogrodnika, bo chociaż doceniam i całkowicie akceptuję realizacyjne założenie - operowanie długimi ujęciami, co sprawia, że stajemy się obserwatorami, podglądaczami rodziny Beksińskich, chociaż doceniam znakomite dialogi, chociaż film mnie pochłonął, zamknął w swoim intensywnym świecie, chociaż oglądałam go z ogromnym zainteresowaniem, to jednak robiłam to chłodnym okiem. Byłam tylko obserwatorem. Nie wzruszyłam się, nie złościłam, nie przeżywałam, nie wyszłam z roli widza podziwiającego doskonałe filmowe dzieło. Ale nie chcę marudzić. Doceniam przyjemność, jaką dawało mi rozsmakowanie się w szczegółach, niuansach, podziwianie aktorskiej gry i słuchanie czasem dowcipnych, czasem ironicznych, czasem poważnych rozmów.

Na tym chyba skończę. Bo oczywiście mogłabym teraz przyjrzeć się bohaterom i relacjom między nimi. Mogłabym napisać, że Zdzisław pokazany jest w sposób ciepły, zwyczajny. Mimo że artysta, mimo że ironiczny, mimo że operuje specyficznym humorem, to jednocześnie pomaga żonie w opiece nad schorowaną matką. Mogłabym napisać, że Zofia to matka Polka, cicha, nadopiekuńcza, ukradkiem łykająca tabletki mające ukoić nerwy, a jednak mówi o tym, co czuje. Mogłabym zastanawiać się nad Tomkiem, nad jego światem, stosunkiem do kobiet i miłości, obsesją śmierci, dociekać przyczyn, dlaczego taki był (nadopiekuńcza matka, brak barier, ojciec - kumpel, ale jednocześnie tłumiący uczucia i gesty czułości). Mogłabym poddać pod moralny osąd stosunek Zdzisława do samobójczych prób syna (ale jakie mam prawo?), mogłabym rozważać jego wizję małżeństwa, różnicę między tym, jak to widzi on, a jak Zofia. Mogłabym napisać, że mimo tego widać głęboką więź między nimi. I jeszcze o strachu o Tomka i o śmierci, która stale gdzieś krąży. Ale dokładniej zagłębiać się w te rozważania nie będę, bo wydaje mi się to tak oczywiste, tak widoczne i łatwe do odczytania, że pisząc o tym, miałabym wrażenie, iż wyważam otwarte drzwi.

Więc na tym skończę, a kiedy po opublikowanie tej notki  przeczytam recenzję Tadeusza Sobolewskiego, którą sobie odłożyłam, na pewno zwątpię w siebie, bo okaże się, że nie dostrzegłam w "Ostatniej rodzinie" całej głębi i wielu interpretacyjnych możliwości. Okaże się, jaka jestem niewrażliwa i jak płytko odbieram film. I jeśli, czytelniku tej notki, dopatrujesz się w moich słowach ironii, to bardzo się mylisz. A zdanie Tadeusza Sobolewskiego bardzo sobie cenię i podziwiam jego przenikliwość, chociaż czasem się z nim nie zgadzam.



"Blokada"

To nie jest miły film na lato. Z jego ciężkiej, dusznej, klaustrofobicznej atmosfery trudno się po seansie otrząsnąć. Nie ogląda go się łatwo, bo bardzo szybko orientujemy się, że nie wiadomo, co przydarza się bohaterom naprawdę, a co jest tylko projekcją ich lęków. Wszystko rozgrywa się na pograniczu jawy, snu i chorej od strachu wyobraźni, czasem nieoczekiwanie pojawiają się tony groteskowe. Tak jest do ostatniej sceny. Właściwie, gdybym wcześniej o tym wszystkim wiedziała, pewnie nie wybrałabym się do kina, bo to nie do końca moja bajka. A jednak nie żałuję. Mimo drobnych zastrzeżeń, film jest trochę za długi i w pewnym momencie zaczyna nużyć powtarzalnością, uważam, że należy "Blokadę" obejrzeć. Przygnębiający nastrój potęguje scenografia. Akcja toczy się na obrzeżach wielkiego miasta, często nocą. Gdzieś w tle majaczą wielkie, szklane wieżowce przywołujące na myśl inne życie, ale tu straszą dziurawe ulice, byle jakie, bałaganiarskie domy, sterty śmieci, gruzu, odpadków, połacie wolnej, ale raczej odpychającej niż miłej przestrzeni. To Stambuł. Chociaż to film turecki wyrastający z tamtych niepokojów, to jest też zarazem bardzo uniwersalny. Przywodzi na myśl jakiś apokaliptyczny świat, wizję nieodległej przyszłości. A w planie realnym to opowieść o Kadirze, który dwa lata przed zakończeniem dwudziestoletniej odsiadki, zostaje zwolniony z więzienia pod warunkiem współpracy z policją. Ma być wykorzystany w tajnej akcji. Jak już wspomniałam, warto "Blokadę" obejrzeć, mimo że jest filmem ciężkim, przygnębiającym, mrocznym i niełatwym. A kto już w kinie był, może przeczytać ciąg dalszy.

Ten film nieustannie balansuje na granicy realnego i onirycznego, tureckiego i uniwersalnego. Z jednej strony bohaterowie bardzo silnie umocowani zostali w realistycznym świecie. Kadir wraca do swojej dzielnicy, do brata i przyjaciół. Próbuje zorganizować sobie życie na nowo - urządza użyczone przez przyjaciół mieszkanie, spotyka się z bratem, martwi się o niego, pracuje, pisze raporty, chodzi na spotkania z tajniakami. Podobnie rzecz się ma z innymi bohaterami. Ahmeta, brata Kadira, rzuciła żona. Samotność stara się zagłuszyć, przygarniając psa. I tu już wkraczamy w świat, którego nie jesteśmy pewni. Często przyjdzie nam się gubić, nie zawsze wiadomo, co jest jawą, a co śni się bohaterom albo jest projekcją ich lęków, a może nawet obłędu. Czasami reżyser wyprowadza nas na manowce - dopiero po chwili orientujemy się, że scena z pozoru realistyczna to tylko senny majak. Pytań jest wiele. Dlaczego Ahmet przebudowuje swoje mieszkanie? Czy robi to, aby ukrywać psa, czy szykuje tajną skrytkę dla ludzi? Za co siedział w więzieniu Kadir? Czy za sprawy polityczne? Kim są bohaterowie - Turkami czy może Kurdami? W jakiej akcji bierze udział Kadir? Czy jest ofiarą tajnych służb? Czy po prostu wypełnia zadanie tak, jak potrafi? A może sprytnie wodzi policję za nos?  Jakich dźwięków dochodzących z mieszkania przyjaciół nasłuchuje? Czy to dźwięki miłosnej rozkoszy? A może awantury? Albo odgłosy tajnych spotkań? Co stało się z Meral, którą wywoził z dzielnicy? I wreszcie scena ostatnia. Czy rozgrywa się w wyobraźni bohatera? Jest świadectwem jego poczucia winy wobec przyjaciół i brata?

Atmosfera gęstnieje i robi się coraz mroczniejsza. Nikt tu nikomu nie ufa. Brat boi się brata. Sąsiad sąsiada. Stale, jak mantra, wracają pewne sceny. Kadir kilkakrotnie kładzie się na podłodze, aby podsłuchiwać przyjaciół. Spełnia powierzone mu zadanie? Robi to powodowany ciekawością? Ekscytacją? Zazdrością? Wielokrotnie dobija się do domu brata. Nasłuchuje. Gubi się w domysłach. (Czy to nie echa dość powszechnej wśród Turków wiary w istnienie jakiegoś głębokiego państwa?) A za drzwiami chowa się przestraszony Ahmet, który chroni przygarniętego psa. A jego lęk o psa? Czy to paranoja przestraszonego, nieufającemu nikomu człowieka, czy uzasadniona obawa? Nie znam na tyle realiów tureckich, aby jednoznacznie rozstrzygnąć te wątpliwości. Czy rzeczywiście Ahmet nie mógłby zachować zwierzaka? Te nieporozumienia, wzajemne podejrzenia doprowadzą w końcu do tragedii. I znowu reżyser sprowadza nas na ziemię, z onirycznego świata wracamy do realnego.

Atmosferę obłędu i dokonującej się na naszych oczach apokalipsy potęguje sceneria. Okropne, brudne, zabłocone, byle jakie obrzeża wielkiego miasta. Chociaż to Turcja, chyba ani razu na ekranie nie pojawiło się słońce. Jest szaro, pochmurno, czasem pada śnieg. Wiele scen rozgrywa się nocą albo w jakichś zrujnowanych, opuszczonych pomieszczeniach. Płoną śmietniki, wybuchają bomby, słychać policyjne syreny, ulice co rusz przecinają policyjne blokady, ludzie są kontrolowani i zatrzymywani, z telewizora dobiegają komunikaty o kolejnych terrorystycznych zamachach. Które zagrożenie jest prawdziwe, a które wyimaginowane? Czy śmietniki podpalili chuligani? A może to akt terroru? A może ta scena rozgrywa się tylko w obłąkanej wyobraźni Kadira? Paranoi ulegają nie tylko bohaterowie, ale i władze. Nakręca się spirala podejrzeń, strachu, zagrożenia, nieufności i podejrzliwości. Nawet prace wykonywane przez Kadira i Ahmeta, są okropne. Jeden zbiera i segreguje śmieci, drugi odławia bezpańskie psy, które są plagą Stambułu. Ahmet z jednej strony przygarnia psa, z drugiej potrafi być dla niego okrutny. Oglądamy jakiś potworny świat, gdzie wszystkie wartości zostały zachwiane. Kontrastuje z tym spokojna, szlachetna twarz Kadira. Naiwnego? Gamoniowatego? Dobrego? Przebiegłego?

Niby to Turcja i Stambuł, ale dzięki licznym niedopowiedzeniom historia staje się uniwersalna. Mogłaby równie dobrze rozgrywać się na obrzeżach innego wielkiego miasta, gdzieś w Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie, w Azji, a może nawet w Europie. Film staje się metaforą ogarniętego szaleństwem podejrzliwości i strachu świata. Ale czasem, bardzo dyskretnie, reżyser łamie ton opowieści groteską. Tajne służby bywają głupie (Jak mogą wobec tego zapobiec terrorystycznym atakom?), groźny przestępca okazuje się zaszczutym, niewinnym człowiekiem, gdzieś w tle telewizja podgrzewa podejrzenia, że zabijane bezpańskie psy są nielegalnie sprzedawane na mięso, a szef myli sprawy i pracowników, ale od czego ma usłużnego sekretarza.

Miron Białoszewski "Pamiętnik z powstania warszawskiego"

Od kilku lat, kiedy tylko w okolicach pierwszego sierpnia media wybuchają coroczną,

rytualną dyskusją na temat powstania warszawskiego, mam ochotę wrócić do lektury "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego. Po raz pierwszy przeczytałam go dawno temu i w jakimś sensie była to dla mnie książka inicjacyjna. Chyba wtedy zrozumiałam, czym jest wojna i po raz pierwszy zadałam sobie pytanie, które dziś przy okazji rozmaitych lektur towarzyszy mi często: jak da się przeżyć coś tak niewyobrażalnego? Jaką siłę trzeba w sobie mieć, żeby nie zwariować, przebrnąć a potem jeszcze żyć? Niektóre obrazy z Białoszewskiego majaczyły mi w głowie do dziś, tak silne wywarły na mnie wrażenie. Ciekawa byłam ponownego zetknięcia z książką. No i wreszcie w tym roku postanowiłam, że już muszę koniecznie. Może dlatego, że kilka miesięcy temu odnalazłam nieco sfatygowany rodzinny egzemplarz, który gdzieś się zawieruszył. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Sięgnęłam po Białoszewskiego kilka dni temu, kiedy medialna wrzawa ucichła, a nowa związana z premierą filmu Komasy jeszcze na dobre nie wybuchła. Ja skorzystałam ze starego wydania PIW-owskiego z roku 1976, bo takie leży na mojej półce i jestem sentymentalnie do niego przywiązana, ale kto nie ma, a zdecyduje się przeczytać, niech sięgnie po świeżo wydaną przez PIW wersję bez skreśleń.

"Pamiętnik z powstania warszawskiego" Białoszewskiego to cywilne świadectwo tamtych dni. Urodzony w 1922 roku autor w powstaniu udziału nie brał. Napisałam te słowa i zadumałam się nad nimi. Na pewno nie brał udziału? Czy to możliwe wtedy w Warszawie? Nie walczył, nie był powstańcem, ale przecież powstanie go dotyczyło jak tysięcy mieszkańców miasta. Budował barykady, odgruzowywał zasypanych w piwnicach ludzi, gasił pożary, przenosił żywność dla powstańców. Ale przede wszystkim próbował jak inni jakoś przeżyć. A więc siedział w piwnicach, nasłuchując spadających z nieba bomb, pocisków wyrzucanych przez miotacze ognia i inne potworne wojenne machiny siejące spustoszenie i śmierć, zdobywał żywność, chodził po wodę, ale też cieszył się ze spotkań z dawno niewidzianymi znajomymi, próbował pisać. Białoszewski napisał swoją książkę po dwudziestu trzech latach od tamtych wydarzeń. Wcześniej nie potrafił, chociaż bardzo chciał. Miał czterdzieści pięć lat, kiedy wyznał na pierwszej stronie:

"... leżę na tapczanie cały, żywy, wolny, w dobrym stanie i humorze, (...) Warszawa znów ma milion trzysta tysięcy mieszkańców."

Jego pamiętnik to jednocześnie świadectwo powstania i świadectwo zmagań z pamięcią, czego na kartach książki stale jesteśmy świadkami. Białoszewski stara się opowiadać chronologicznie, ale wielokrotnie zderza się z figlami, jakie płata pamięć. Wydawało mu się, że czegoś był pewny, ale w miarę odtwarzania zdarzeń, okazuje się, że to nie ten dzień, że coś musiało zdarzyć się wcześniej albo później. Najczęściej jego niepewność dotyczy czasu, ale niekiedy miejsca lub na przykład tego, czy rzeczywiście z piwnicznego okienka na Miodowej mógł widzieć księżyc w pełni.

Chociaż "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest niewielkich rozmiarów (trochę ponad dwieście stron), to opowieść bywa bardzo drobiazgowa. Wraz z autorem zanurzamy się w piekło powstania. Białoszewski szczegółowo opisuje ryzykowne wędrówki pośród ruin, barykad, przez podwórka, piwnice, biegiem, w huku wybuchających bomb, a wszystko po to, by znaleźć znośną piwnicę, w której można by się schronić (zmieniał miejsce cztery razy). Ponownie wielkie wrażenie zrobiły na mnie opowieści o piwnicznym życiu. Nasłuchiwanie bomb, odliczanie do wybuchu, strach, czy trafi właśnie tu, szukanie najbezpieczniejszych miejsc (pod filarami, tak im się wtedy wydawało), wieczny huk, osypujący się tynk, modlitwy, ale też spacery (po piwnicach), życie towarzyskie, gotowanie, zdobywanie jedzenia i wody, drobne utarczki, ale najczęściej wielka życzliwość i wzajemne pomaganie sobie, powstańcze znajomości, radość i nadzieja na rychłe zwycięstwo, a potem na pomoc, wreszcie zobojętnienie i pogodzenie się ze śmiercią, która mogła przyjść w każdej chwili. Pisze o głodzie zaglądającym w oczy i doskwierającym braku wody. Szczegółowo opowiada o ewakuacji kanałami ze Starówki, co robi wielkie wrażenie, i o zdziwieniu, że Śródmieście wygląda jeszcze prawie normalnie. Kiedy tam trafił, początkowo jeszcze można  było mieszkać w mieszkaniach. Ale i to trwało krótko. No i przede wszystkim opisuje zagładę miasta. Morze gruzów, pożary, zbombardowane, płonące kościoły, klasztory, pałace. Było i nie ma, bezpowrotnie. Jeszcze raz oddam mu głos:

" ... i nagle nie ma miasta, nie ma domów, no ... rozpacz... (...) Po wszystkim. Dwieście tysięcy ludzi leży pod gruzami. Razem z Warszawą." 

"Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest tym, czego domagają się, z każdym rokiem głośniej, uczestnicy dyskusji wokół powstania: kroniką ginącego miasta, głosem oddanym cywilom i hołdem dla nich, pewnie mimowolnym, bo przecież obcy jest Białoszewskiemu patos, heroiczny czy martyrologiczny ton. Zawsze się dziwię, że się o nim tak mało mówi. Chociaż autor nie pisze o epizodach najdrastyczniejszych, wspomina je tylko tak, jak wspomina się o czymś, co zna się z drugiej ręki (czasem w zaskakująco lekkim tonie), to i tak jego książka przeraża, bo pozwala zanurzyć się w powstanie, poznać je od podszewki. A przecież było jeszcze straszniej. Od niedawna mówi się o masakrze na Woli. W zeszłym roku czytałam w prasie wstrząsającą relację kobiety, która cudem ocalała, a tuż przed lekturą Białoszewskiego słuchałam w radiu fragmentu świeżo wydanej książki o powstaniu autorstwa kanadyjskiej historyczki Aleksandry Richie. Trafiłam na opowieść o bestialskich gwałtach na kobietach i dziewczynkach przetrzymywanych przez Niemców na Zieleniaku. Opis był tak drastyczny, że miałam ochotę zatkać uszy. Dlatego tak się zdziwiłam, kiedy Białoszewski kwituje ten epizod jednym zdaniem. Nie był tam przecież, tylko słyszał. Jak o tym opowiadać? Człowiek staje bezradny wobec ogromu zła i bestialstwa. Co innego książka historyczna.

Na koniec, krótko, bo się rozpisałam, muszę jednak wspomnieć o mistrzostwie Białoszewskiego. W końcu to literatura. Mistrzostwo przejawia się w zmyśle obserwacji, drobnych scenkach, opowieściach o ludziach, często w tonie plotkarskim, komentarzach, zdziwieniach i oczywiście w języku. Genialnie potocznym, mówionym i myślanym, żywym, pełnym słowotwórczej inwencji. Właściwie zastanawiam się, czy powinnam o tym pisać. Przecież każdy powinien przynajmniej słyszeć o tym ze szkoły. Mimo wszystko nie oprę się, aby jeszcze raz nie oddać głosu autorowi:

"Niepokój się zaczął, to trzeba było spokoju. Śpiewanie. Błaganie. Stanie. Już bez ciskań się. Różańce. Zacierki. Jedzenie pod framugą, bo się brało ze sobą." Albo: "Więc gdzieś tam w okolicy tego poplątania była odnoga w betonie, wszystko w betonie, szaro, twardo, sucho, szorstko, z tym że, jak w pralni harmider, latania, bety." Albo tak: "Po stoku na śmietnik, w dziurę w murze. Podwóruchno. Wlecenie na balkonik. Czyjeś mieszkanie. Wlecenie przez długą dechę w okno czyjegoś mieszkania. Tam siedzą. Baby. Ludzie. Dziura. Wlezienie w ciemno w leżących."

Wystarczy.

Chociaż może to niezbyt stosowne stwierdzenie w kontekście tematu, ale trzeba to powiedzieć: "Pamiętnik z powstania warszawskiego" to obok wstrząsającego świadectwa zagłady miasta i codziennego heroizmu, językowa i literacka uczta. Taki paradoks.

"Jack Strong"

Pewnie powinnam zacząć od tego, że historia pułkownika Kuklińskiego jakoś dotąd mnie specjalnie nie zajmowała. Oczywiście miałam jakie takie pojęcie, o co chodziło, ale nie rozpalał mnie dylemat: bohater czy zdrajca? Może dlatego na najnowszy film Pasikowskiego nie czekałam z wypiekami na twarzy. Chciałam go obejrzeć, ale nie aż tak bardzo, jak to nieraz mi się zdarza, więc najpierw wybrałam się na "Wielkie piękno" Sorrentiniego, którego byłam bardzo ciekawa (ale o tym we środę). A przed wyprawą na "Jacka Stronga" przeczytałam wywiad z profesorem Paczkowskim o sprawie Kuklińskiego, żeby nie oglądać filmu bez historycznego podkładu. Warto to zrobić, ale dziury w niebie nie będzie, jeśli sięgnie się po jakieś materiały po seansie. A teraz wreszcie czas na werdykt. Cóż, wrażenia po obejrzeniu "Wielkiego piękna" dość szybko po wyjściu z kina gdzieś się ulotniły, a film Pasikowskiego mam wciąż przed oczami.

To bardzo sugestywne, trzymające w napięciu kino gatunkowe. Reżyser pozostał wierny sobie i, tak jak w przypadku "Pokłosia", zrobił film dla masowej widowni. Mimo że historię znałam i doskonale wiedziałam, jak się skończy, cały czas śledziłam ją z wielkim zainteresowaniem. Już pierwsza scena wprowadza nastrój zagrożenia. Odtąd wiemy, co stanie się z Kuklińskim, jeśli zostanie zdekonspirowany. Rozumiemy, dlaczego tak bardzo się boi, a my boimy się razem z nim. Wiemy, jakie ryzyko podjął. Wybór gatunku, szpiegowski thriller, ma oczywiście konsekwencje. Pasikowski nie rozważa w swoim filmie dylematu: zdrajca czy bohater. Stawia konsekwentnie na jedną kartę: bohater. Może czasem robi to mało finezyjnie, jakby chciał, aby widz nie miał żadnych wątpliwości, że Kukliński to kryształowa szlachetność. Film bardzo wiernie odtwarza całą historię. Zaczyna od pokazania, jak rodzi się decyzja o współpracy a potem skupia się na konsekwencjach. Ryzyko, strach, ogromna samotność, narażanie nie tylko siebie, ale i rodziny. Prowadzenie podwójnego życia ma swoją cenę, co na ekranie doskonale widać. Aby usprawiedliwić decyzję Kuklińskiego, Pasikowski bardzo mocno akcentuje to, jakimi pionkami w wielkiej politycznej grze byli żołnierze. I ci szeregowi, i ci pracujący w sztabie generalnym, i wreszcie sama wierchuszka. Żeby godzić się na to, trzeba było albo bardzo wierzyć w komunistyczną ideologię, albo nie myśleć, albo być cynikiem wyzutym z wrażliwości. Rosjanie są tu pokazani jako demoniczne zło, potwory (czasem niemal dosłownie). Wiem, że niektórzy ten brak zniuansowania (źli Rosjanie, dobrzy Amerykanie) mają reżyserowi za złe. Mnie to jakoś specjalnie nie przeszkadza. W konwencji się mieści. Drażni mnie za to coś innego, oprócz wspomnianej już łopatologii, nadmierny patos. Na szczęście nie ma go zbyt wiele, pojawia się głównie w zakończeniu. 

"Jack Strong" to naprawdę dobre sensacyjne kino, z kilkoma świetnymi rolami (Dorociński jak zwykle nie zawodzi). A przy okazji film zmusza do zainteresowania się tematem. To niewątpliwie jeszcze jedna zaleta.

Anna Bikont "My z Jedwabnego"

Właśnie ukazało się drugie wydanie reportażu Anny Bikont "My z Jedwabnego" (Czarne 2012). Przyznam się, że kiedy książka wyszła po raz pierwszy, jakoś nie zdecydowałam się, aby ją kupić i przeczytać. Owszem sprawa Jedwabnego, o której przecież nie sposób było w tamtym czasie nie usłyszeć, jakoś mnie obeszła, przeraziła, chyba jednak nie aż tak, aby sięgnąć po ten opasły reportaż (prawdę mówiąc, nie miałam pojęcia, że to takie tomisko). Od tej pory jednak wiele się zmieniło i w naszej zbiorowej świadomości, i we mnie. Jak daleko odeszliśmy od czasów, kiedy "Sąsiedzi" Grossa wywołali narodową burzę, uświadamia książka Bikont, która wzięła się właśnie z tamtej awantury. Po raz pierwszy zapragnęłam ją przeczytać, kiedy prawie dwa lata temu obejrzałam "Naszą klasę" Tadeusza Słobodzianka, spektakl warszawskiego Teatru na Woli. Ale wtedy reportaż Bikont był już nie do zdobycia: nakład wyczerpany, na allegro też niedostępna. Potem w powodzi innych lektur jakoś zapomniałam i przestałam szukać, aż tu nieoczekiwanie, chyba zimą, zobaczyłam ją wśród zapowiedzi wydawnictwa Czarne. No i wreszcie zmaterializowała się, kupiłam i od razu przeczytałam. Nietrudno zgadnąć, że nie jest to lektura przyjemna. Tego zresztą świadoma była sama autorka i ci wszyscy bliscy jej znajomi, którym dawała do przeczytania ukończony już maszynopis (oczywiście słowo maszynopis należy traktować metaforycznie). "Kto to przeczyta? Kto w ogóle będzie w stanie to przeczytać?" usłyszała od Marka Edelmana. Nie należy jednak przesadzać. Kto przyjął niełatwą prawdę o tym, co zdarzyło się w Jedwabnem i innych miejscach, kto śledził dyskusję na temat tak zwanej trzeciej fali Holokaustu na ziemiach polskich, kto czytał cokolwiek na temat Zagłady, ten udźwignie książkę Anny Bikont. Oczywiście miłe to nie będzie.

Aby zwierzyć się z tego, co najbardziej poruszyło mnie w czasie lektury, najpierw muszę napisać kilka zdań na temat kompozycji reportażu. Kiedy kupowałam książkę Bikont, byłam przekonana, że jest to reporterska rekonstrukcja tamtych wydarzeń, rozmowy z żyjącymi jeszcze świadkami, może jakieś dokumenty. Oczywiście to wszystko tam znajdziemy. Ale oprócz rozdziałów dotyczących mordu w Jedwabnem i Radziłowie, gdzie kilka dni wcześniej zdarzyło się to samo, są tu monologi Krzysztofa Godlewskiego, byłego burmistrza Jedwabnego, i Leszka Dziedzica, jednego z nielicznych mieszkańców miasteczka, który nie tylko przyjął przykrą prawdę o tamtych zdarzeniach, ale też odważył się współpracować z reporterką przy zbieraniu materiałów do książki, oraz rozmowa z Radosławem Ignatiewem, prokuratorem z białostockiego oddziału IPN-u, który prowadził śledztwo w sprawie jedwabieńskiego mordu. To jednak nie wszystko. Otóż równie ważną częścią książki jest dziennik autorki dokumentujący reporterską pracę nad jej powstawaniem. Zaczyna się 28 sierpnia 2000 roku, kończy 10 lipca 2004. Znajdziemy tam nie tylko zapisy rozmów z ludźmi w jakikolwiek sposób zaangażowanymi w sprawę (słowo zaangażowani rozumiem bardzo szeroko; będą to nie tylko świadkowie czy ci, którzy coś na ten temat wiedzieli, ale także ci, którzy na przykład pomagali do nich dotrzeć, i wielu innych), świadectwo mozolnego zbierania materiałów, detektywistycznej często pracy nad odtwarzaniem zdarzeń (nie należy zapominać, że śledztwo reporterskie toczyło się równolegle z tym ipeenowskim), zapis lektur dotyczących tematu (także bieżącej dyskusji w prasie, co świetnie pokazuje ówczesny stan świadomości dotyczący stosunków polsko-żydowskich; to właśnie te fragmenty uświadamiają, jaką drogę przeszliśmy), ale także refleksje reporterki związane z jej pracą. Są to refleksje bardzo emocjonalne i osobiste, można śmiało powiedzieć, że Anna Bikont jest jedną z bohaterek książki. Przyznam, że ta jej obecność czasem wydawała mi się nadmierna, raził ekshibicjonizm, chociaż rozumiem, dlaczego taki model reportażu wybrała. Była zresztą tego świadoma. Jedna z ostatnich notatek w jej dzienniku, to krytyczne uwagi historyka, Dariusza Stoli, który jej to wytknął.

Początkowo te fragmenty, a przegradzają one kolejne rozdziały, nieco mnie nużyły, wydawały się nieistotne. Szybko jednak zmieniłam zdanie. Bez nich byłby to zupełnie inny reportaż! Bo oprócz warstwy historycznej dotyczącej zbrodni w Jedwabnem i Radziłowie, warstwy starającej się na zimno wskazać społeczne przyczyny, które sprawiły, że była w ogóle możliwa, równie ważna jest warstwa współczesna. I to ona jest tak niezwykle zdumiewająca i bolesna! Wydaje się wręcz nieprawdopodobna, a jednak jest prawdziwa. Czytając o tym, jak mieszkańcy Jedwabnego i okolic zaprzeczają prawdzie, nie chcą zmierzyć  się z przeszłością, zastraszają tych nielicznych, którzy znajdują w sobie odwagę, aby otwarcie mówić o tym, co się zdarzyło, milczą, pozwalając na to, aby prym wodzili ci, którzy zakłamują historię, a robią to wyjątkowo agresywnie i nienawistnie, otwierałam oczy ze zdumienia. Nie mogłam uwierzyć, że ci, którzy w czasie wojny ukrywali ocalałych z pogromu Żydów, dziś wolą się do tego nie przyznawać. Książka Bikont jest przerażającą opowieścią o zamkniętym środowisku (powinnam napisać prowincjonalnym, małomiasteczkowym, ale ważę słowa, aby nikogo nie urazić, wszak prowincja i małe miasteczka są różne), które przez lata skrywa tajemnicę o zbrodni, a kiedy prawda o tym, że sąsiedzi w okrutny sposób wymordowali sąsiadów, wychodzi na jaw, zrobi wszystko, aby jej zaprzeczyć i zniszczyć każdego, kto własne gniazdo ośmieli się kalać. To opowieść o układach i zależnościach, jakie w takim zamkniętym środowisku panują. Łatwo potępić tych wszystkich, którzy myślą podobnie jak Krzysztof Godlewski czy Leszek Dziedzic, ale milczą ze strachu. Trzeba jednak zadać sobie niewygodne pytanie, jak my zachowalibyśmy się na ich miejscu. Czy starczyłoby nam odwagi, aby głośno mówić o prawdzie, aby wziąć udział w obchodach upamiętniających tragedię, aby sprzątać żydowski kirkut, aby zapalać świeczki czy kłaść kamyki na mogiłach. Jednym słowem, aby stanąć samemu przeciwko wszystkim i żyć dalej w tym środowisku. Tym bardziej podziwiam Godlewskiego, Dziedzica, Jana i Pelagię Cytrynowiczów czy Jana Skrodzkiego. Ten ostatni co prawda w Jedwabnem nie mieszka, ale stamtąd się wywodzi i miał odwagę zmierzyć się z okrutną prawdą, że jego ojciec brał udział w zbrodni. Potem wytrwale pomagał Annie Bikont docierać do świadków tamtych zdarzeń. Dwaj pierwsi, Godlewski i Dziedzic, zapłacili za swoją odwagę wysoką cenę: nie mogąc poradzić sobie z ostracyzmem środowiska, wybrali emigrację. Kiedy czyta się to wszystko, przestaje dziwić, że Antonina Wyrzykowska, która wraz z mężem przechowała siedmioro ocalałych z zagłady Żydów, niechętnie wraca do tamtych zdarzeń, że Marianna Ramotowska (czyli Rachela Finkelsztejn, którą ocalił Stanisław Ramotowski, jej przyszły mąż) jak ognia unika rozmów o przeszłości, podobnie reaguje Helena Chrzanowska, która również przetrwała między innymi dlatego, że została ochrzczona. Trudno uwierzyć, ale te kobiety do końca swojego życia nosiły w sobie strach. Strach, że zostaną rozpoznane i skrzywdzone. Nieważne, że, jak mówi przywoływany już przeze mnie historyk Dariusz Stola, ich lęki to "teatr wyobraźni", dla nich były to lęki prawdziwe. Trauma czasów wojny i tuż powojennych (to osobny niezwykle ciekawy i równie przerażający temat książki) zaważyła na ich życiu.

Wiem, że zaledwie zasygnalizowałam tylko niektóre problemy, których dotyka reportaż Anny Bikont. Nie sposób napisać o wszystkim: o przyczynach, o sprawcach, którzy byli często jednocześnie mordercami i bohaterami podziemia, o niechlubnej roli kościoła, o tym, dlaczego właśnie na tamtych terenach doszło do tylu pogromów (Jedwabne i Radziłów to niestety nie jedyne miejscowości), o okrucieństwie samej zbrodni (trudno przebrnąć przez te opisy, chociaż trzeba przyznać, że autorka nie epatuje nimi nadmiernie), o czasach tuż powojennych, o tych, którzy zginęli i tych, którzy ratowali. A to przecież nie wszystko. Dlatego na koniec wymienię trzy rozdziały, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Kolejność taka jak w książce.

Niezwykła, nieprawdopodobna opowieść ocalonego z pogromu Awigdora Kochawa o tym, jak potem udając goja, ocalił swoje życie. Gotowy materiał na przygodowy, wyciskający łzy film.

Monolog byłego już burmistrza Jedwabnego, który dzięki swojej odwadze i determinacji doprowadził do upamiętnienia zamordowanych i zorganizowania pierwszych obchodów rocznicy zbrodni. Jest to świadectwo człowieka, który początkowo nie interesował się przeszłością, nie chciał przyjąć prawdy o zbrodni, zachowywał się kunktatorsko, aż wreszcie znalazł w sobie siłę, aby w imię prawdy stanąć niczym samotny szeryf przeciwko wszystkim. Świadectwo niezwykłej przemiany.

Wreszcie rozdział o Antoninie Wyrzykowskiej, która ukrywała u siebie siedmioro Żydów. Jest to jednocześnie opowieść o tych, którzy się ukrywali. Historia, która swoją grozą przypomina tę opowiedzianą przez Agnieszkę Holland w jej ostatnim filmie "W ciemności". Tu jest to ciemność i obrzydliwość dwóch zmyślnie skonstruowanych ziemianek.

Popularne posty