Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

Eleanor Catton "Las Birnamski"

Po lekturze dwóch wyjątkowo przygnębiających powieści, "Końca"

Marty Hermanowicz i "Urodzin" Weroniki Murek,  potrzebowałam czegoś lżejszego. Mój wybór padł na "Las Birnamski" Eleanor Catton (Wydawnictwo Literackie 2024; przełożył Maciej Świerkocki). Od razu wyznam, że nie czytałam jej nagrodzonej Bookerem powieści "Wszystko, co lśni", bo, pamiętam, zniechęciły mnie wcale nie tak nieliczne krytyczne głosy. Zresztą w moich czytelniczych wyborach nie podążam za nagrodami. Owszem, nagroda może być, ale nie musi, zachętą do sięgnięcia po książkę. Dlaczego wobec tego jakiś czas temu kupiłam "Las Birnamski"? Bo zainteresował mnie temat. 

Muszę przyznać, że powieść spełniła powierzone jej zadaniaMiałam z tej lektury przyjemność, chociaż nie od początku, no i nie do samego końca. Po odłożeniu książki przyszło też otrzeźwienie i nieco bardziej krytyczne spojrzenie. Najpierw jednak parę słów wprowadzenia. 

Akcja  rozgrywa się w roku 2017 w Nowej Zelandii. Tytułowy Las Birnamski to nazwa ekologicznej organizacji, ogrodniczego kolektywu, którego członkowie, działając na granicy prawa, zajmują jakieś opuszczone tereny i sadzą tam rośliny, a potem sprzedają swoje plony. Pomysłodawczynią, założycielką i spiritus movens tej grupy jest dwudziestokilkuletnia Mira. Pomaga jej przyjaciółka, Shelley. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy w jednym z parków narodowych dochodzi do trzęsienia ziemi w wyniku czego na pobliskiej przełęczy obsuwa się ziemia i zostaje zamknięta popularna wśród turystów droga. Burzy to plany właścicieli dużej farmy leżącej w okolicy, którzy chcieli rozparcelować ziemię i sprzedać ją deweloperowi pod budowę domów. Na razie nie ma mowy o tym interesie, bo ruch turystyczny zamarł, a zabezpieczenie osuwiska i odbudowanie drogi zajmie kilka lat. Mira dostrzega w tym szansę dla Lasu Birnamskiego, który stale jest pod kreską. A gdyby tak udało się niepostrzeżenie zająć ten duży teren i hodować tam rośliny na większą skalę? Zrobiła research - miejsce jest odludne, gospodarze rzadko odwiedzają swój dom, bo sami mieszkają w stolicy. Wyrusza na rekonesans. Nieoczekiwanie dla siebie zostaje przyłapana przez nieznajomego mężczyznę, który doleciał tam prywatnym odrzutowcem. Mężczyzna okazuje się amerykańskim miliarderem, który chce na tym terenie zbudować luksusowy bunkier na wypadek katastrofy. Wpłacił już zaliczkę za teren, co utrzymywane jest w tajemnicy. Po pierwszym spięciu zafascynowany bezczelnością Miry i kłamstwami, którymi zawsze posługuje się, kiedy zostanie przyłapana w podobnej sytuacji, nieoczekiwanie proponuje jej dil. Nie tylko pozwoli Lasowi Birnamskiemu uprawiać rośliny na terenie farmy, ale jeszcze zainwestuje w ten kolektyw ogrodniczy duże pieniądze. Takie o jakich nie śmieli nigdy marzyć. Mira wraca do domu i na zebraniu przedstawia członkom organizacji hojną propozycję. Czy zostanie przyjęta, o tym muszą zadecydować w demokratycznym głosowaniu. Postanawia zrobić wszystko, aby tak się stało, dlatego na wszelki wypadek nie mówi im wszystkiego. Jeśli komuś wydaje się, że streściłam powieść, to zapewniam, że nic takiego się nie stało. To zaledwie punkt wyjścia dla tego, co nastąpi dalej. I ja również zataiłam niektóre fakty, aby nie psuć przyjemności potencjalnym czytelniczkom i czytelnikom.

"Las Birnamski" określany jest przez wydawcę mianem psychologicznego thrillera i mogę się z tym zgodzić. Po nieco nudnawym i przegadanym początku, kiedy akcja na dobre zostaje zawiązana i rusza z kopyta, powieść rzeczywiście trzyma w napięciu. Zdarzenia obserwujemy naprzemiennie z kilku punktów widzenia - Miry, jej przyjaciółki Shelley, ich znajomego, niegdyś członka kolektywu, Tony'ego, owego miliardera Roberta Lemoine'a i małżeństwa, które jest właścicielem farmy. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej, poznajemy też stosunkowo szybko prawdziwe powody, dla których Robert Lemoine postanowił zainwestować w ogrodniczy kolektyw. A nie są to powody szlachetne. Tony, skłócony z członkami grupy, a przede wszystkim z Mirą, której zarzuca, że sprzedała ideały za pieniądze, postanawia wyświetlić sprawę. Początkowo napędza go gniew na bogaczy tego świata, którzy myślą tylko o sobie i wszystko mogą kupić, interes publiczny mając za nic, i polityków, którzy im to ułatwiają. Chce o tym napisać artykuł, marzy mu się zrobienie kariery. Kiedy jednak przybywa na miejsce, szybko odkrywa prawdę. Teraz Tony kierowany słusznym gniewem chce przy okazji wybić się materiałem śledczym. 

... i poczuł, jak przetacza się po nim walec wściekłości i rozpaczy z powodu bezwzględnego okrucieństwa późnego kapitalizmu, który nie tylko niszczy środowisko, instytucje obywatelskie, ideały intelektualne oraz polityczne, ale nawet gorzej, niszczy bowiem jego osobiste nadzieje na przyszłość - poczuł znajomy przypływ smutku i bezsilnej złości z powodu straceńczego, marnotrawnego, bezdusznego, narcystycznego i bezpłodnego egoizmu dzisiejszych czasów ...

Wszystko oczywiście się komplikuje - Tony jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, dochodzi do nieoczekiwanych wydarzeń, które mieszają szyki wszystkim, nawet amerykańskiemu miliarderowi. Ostatecznie rzecz idzie o to, czy Tony'emu uda się wyświetlić prawdę, czy wyjdzie cało z potyczki z wszechmocnym Robertem, który do swojej dyspozycji ma nie tylko bajeczne pieniądze, oddanych ludzi, ale i drony zwiadowcze, potrafi też znakomicie manipulować ludźmi i mieszać w Internecie. 

Powieść dostarcza wielu czytelniczych przyjemności, przede wszystkim oczywiście dlatego, że akcja trzyma w wielkim napięciu, a poza tym mnożą się tajemnice. Chciałam też oczywiście dowiedzieć się, jak ta historia się skończy. Muszę przyznać, że finał mnie zaskoczył, co oczywiście jest dodatkowym plusem. Wielką przyjemność sprawiały mi też opisy dzikiej przyrody, których jest tu trochę. Z radością śledziłam wędrówki Tony'ego po odludnych szlakach parku narodowego, wchodziłam w skórę Miry, która obozowała na odludziu. Jednym słowem czułam się tak, jakbym to ja tam była. Bardzo lubię takie przeżywanie powieści. 

Plusem są też oczywiście poruszane w książce problemy, ścieranie się różnych racji i poglądów. Na jakie kompromisy można iść? Czy dorosłość i skuteczne działania zawsze ich wymagają? Jak długo można być pięknoduchem żyjącym słuszną ideą, niedostrzegającym rzeczywistości? Jak daleko można się posunąć, aby przekonać innych do swoich racji? No i problemy, o których już wspominałam. Ochrona środowiska kontra wydobycie metali ziem rzadkich. Jaki koszt środowiskowy i ludzki jesteśmy gotowe i gotowi zapłacić, aby je mieć? A przecież są nam niezbędne. Zapisując te słowa w laptopie, też przecież z nich korzystam. No i jest to także opowieść o miliarderach, którzy mogą pozwolić sobie na wszystko, kupując polityków, manipulując ludźmi, mając ich za nic. Robert Lemoine to wyjątkowo bezczelny i odrażający typ.

Kolejną zaletą powieści są rozbudowane, pogłębione portrety bohaterek i bohaterów. Wnikamy w ich motywacje, poznajemy ich poglądy i relacje między nimi.

Jednak kiedy już skończyłam czytać, kiedy poznałam zakończenie i stwierdziłam, że jest zaskakujące, kiedy emocje opadły, przyszło otrzeźwienie. Otóż "Las Birnamskim" jest tylko, albo aż, znakomicie skrojoną i napisaną powieścią sensacyjną. Poruszane w książce problemy nie są przecież żadnym odkryciem, to po prostu dodatek, który nie przeszkadza czerpać przyjemności z lektury. Gdyby rzecz była na serio, powieść powinna czytelniczki i czytelników przeczołgać i zdołować. Może dlatego to zaskakujące zakończenie wydało mi się równocześnie nie pasować do całości. Jakby autorka chciała znowu dodać swojej powieści ciężaru, jaki niósł początek. Nie mam jednak pretensji do Eleanor Catton o to, że napisała thriller, bo może ktoś, kto się nad takimi problemami na co dzień nie zastanawia, zwabiony sensacyjną fabułą pomyśli sobie o tym przez chwilę. 

"Bardzo poszukiwany człowiek"

Wakacje to w polskich kinach marny czas. Nie od dziś wiadomo, że króluje głównie rozrywkowy repertuar. Mam jednak wrażenie, że tego lata jest wyjątkowo monotonnie i nieciekawie. W dodatku z powodu wyjazdów albo zbyt długiego wybierania się przepadły mi aż trzy niewakacyjne filmy. Chwilowo mój blog powinien chyba zmienić nazwę, bo tylko czytam, a oglądam niewiele. Mam nadzieję, że zbliżająca się wielkimi krokami jesień przyniesie zmianę repertuaru. Tymczasem wybrałam się na "Bardzo poszukiwanego człowieka", szpiegowski thriller nakręcony na podstawie powieści mistrza gatunku Johna le Carre. Mam jeszcze w pamięci inną ekranizację jego prozy, znakomitego "Szpiega". Ale już wcześniejszy "Wierny ogrodnik" wydał mi się  nazbyt sentymentalny i jakoś przewidywalny. Pamiętam, że wyszłam z kina rozczarowana. Ponieważ nie czytałam ani jednej powieści le Carre (może kiedyś nadrobię ten brak), trudno mi powiedzieć, na ile to słabość scenariusza, a na ile literackiego oryginału (pewnie to pierwsze, skoro autor uważany jest za mistrza w szpiegowskiej odmianie pisarskiego fachu). "Bardzo poszukiwanego człowieka" stawiam pośrodku. Jest bez wątpienia lepszy od "Wiernego ogrodnika", ale "Szpiegowi" nie dorównuje. 

Tym razem to historia współczesna osnuta wokół walki wywiadów z islamskim terroryzmem. Gdzieś w tle pojawia się bardzo aktualne pytanie o to, czy wywiadowi wolno działać poza prawem w imię szlachetnego celu, jakim jest bezpieczny świat. Ale problem został ledwo dotknięty, a szkoda. Jakoś nie wybrzmiewa z należytą mocą. I taki właśnie jest ten film. Dość powierzchowny, nazbyt przewidywalny, a jakby tego jeszcze było mało, postacie są jednowymiarowe. Niby domyślamy się, że główny bohater, agent kontrwywiadu grany przez Philipa Seymoura Hoffmana, niejedno przeszedł i mrok ma w duszy, ale bardziej w to wierzymy niż czujemy. Dlatego jest mi w zasadzie doskonale obojętny, żadnych emocji nie rozpala. Podobnie jest z Annabel, młodą, szlachetną prawniczką czy Issą, tajemniczym przybyszem z Czeczenii. Zbyt szybko rozwiewają się wątpliwości związane z tym bohaterem, właściwie nie wiadomo na jakiej podstawie, a przecież to wokół niego osnuta została szpiegowska intryga. Trudno też zrozumieć motywy decyzji, jakie podejmuje. A już oponenci agenta granego przez Hoffmana są postaciami nakreślonymi bardzo grubą kreską. Żadnego cieniowania racji, żadnych wątpliwości, z góry wiemy, kto tu będzie dobrym, a kto złym policjantem. I jeszcze jeden kamyczek do tego ogródka. Otóż mimo że akcja filmu toczy się w Hamburgu, wszyscy bohaterowie niezależnie od tego, kim są, mówią po angielsku. Taki zabieg, stosowany przez producentów w trosce o wyższą frekwencję, powoduje, że film trąci sztucznością. Marudzę i marudzę, ale przecież nie skreślam "Bardzo poszukiwanego człowieka". To uczciwa, filmowa robota, taka na czwórkę. Ogląda się ją bardzo dobrze, w jakimś napięciu, no i dwa razy (tylko? aż?) zostałam zaskoczona. Raczej gorzki to film, ale tylko raczej, a szkoda, bo zmarnowano potencjał na bardzo mroczne kino.

"Dwa życia"

Na naszych ekranach rzadki gość, film niemiecki, ściślej niemiecko-norweski, co nie jest tu bez znaczenia, bo opowiadana historia rozgrywa się przede wszystkim na północy Norwegii w pięknych, chociaż mrocznych, bo zimowych, okolicznościach przyrody. Obraz, którego akcja toczy się tuż po powstaniu zjednoczonych Niemiec,  jest z gatunku rozliczeniowych, sięga do historii NRD a nawet czasów drugiej wojny. Tam tkwią korzenie opowiadanych zdarzeń (częściowo opartych na faktach, a może trafniej byłoby stwierdzić zainspirowanych faktami). W czasie, gdy Norwegia była okupowana przez hitlerowskie Niemcy, dzieci urodzone ze związków Norweżek z niemieckimi żołnierzami  odbierano matkom i wysyłano do sierocińców w Rzeszy. To tak zwane dzieci Lebensbornu, organizacji specjalnie do tych celów powołanej.

Główna bohaterka, Katrine, jest jednym z nich. Jej, w przeciwieństwie do wielu innych, udało się w dramatycznych okolicznościach wrócić do Norwegii a potem odnaleźć matkę (w tej roli Liv Ullmann). Wschodnia Europa się zmienia, nie ma już NRD, można odgrzebywać ciemne karty z przeszłości. Pewna norweska kancelaria prawnicza chce sprawą zainteresować europejski Trybunał Sprawiedliwości. Tak zawiązuje się akcja tego mrocznego, psychologicznego dramatu. Reżyser opowiedział historię w konwencji thrillera. Od początku widzowi towarzyszy umiejętnie dozowane napięcie potęgowane przez mroczny, surowy, zimowy norweski krajobraz. Nawet kiedy akcja na chwilę przenosi się do Niemiec, nie jest lepiej. Wszak to zaniedbane, odrapane miasta dawnego NRD. Mroczna, ciężka atmosfera wisi też nad bohaterami. Mnożą się lęki, tajemnice, na jaw wychodzą nowe fakty. Dlaczego Katrine tak bardzo przeciwna jest śledztwu? O tym opowiada ten film. I nawet kiedy widzowi wydaje się, że już wszystko zostało wyjaśnione, twórcy filmu zaskakują ponownie. Oczywiście atrakcyjny thriller to tylko sztafaż. Najważniejszy jest, a przynajmniej powinien być, dramat rodziny.

Ten film można zestawić z dwoma innymi rozliczeniowymi obrazami, które mogliśmy w Polsce zobaczyć. Głośnym i popularnym "Życiem na podsłuchu", zdobywcą Oskara, i znacznie mniej popularną i skromniej obdarzoną nagrodami "Barbarą". Z tej trójki ten najnowszy wydaje się być najmniej poruszający. Thriller przykrył dramat Katrine i jej rodziny. Gdzieś w meandrach akcji gubi się jej tragedia, a dylemat moralny, który podobno miała, prawie w ogóle nie wybrzmiał. "Dwa życia" mają skromność i mroczność "Barbary" i atrakcyjność "Życia na podsłuchu", ale brakuje im mocy tamtych filmów. Ani nie są tak melodramatyczne jak ten drugi, ani tak autentycznie przejmujące i dołujące jak ten pierwszy. Ot taki film, który można zobaczyć i poczuć się ustaysfakcjonowanym, ale jeśli się tego nie zrobi, dziury w niebie nie będzie. Spokojnie da się poczekać, aż ukaże się na DVD lub do telewizyjnej premiery. A przy tej okazji gorąco polecam wspomnianą "Barbarę". Widziałam ją ponad rok temu, a nie mogę zapomnieć ani dramatu bohaterki, ani beznadziei jej losu, ani ponurego nastroju, ani grozy tamtych czasów.

Pedro Almodovar "Skóra, w ktorej żyję"

Jak zapowiadałam w poprzedniej notce, czym prędzej poszłam na najnowszego Almodovara. To jeden z moich ulubionych reżyserów. Takich, co to ich filmy mogę oglądać po kilka razy. Poprzedni, "Przerwane objęcia", bardzo mnie rozczarował. Mało w nim było prawdziwego Almodovara, pozostał czysty melodramat, a nie tego od hiszpańskiego reżysera oczekuję. Dlatego na "Skórę, w której żyję" szłam trochę z duszą na ramieniu. Na szczęście reżyser wrócił do formy. W filmie odnalazłam wszystko to, co tak u niego lubię, tylko humoru właściwie nie ma. Tym razem jest na serio w almodovarowskim sosie. Trochę jednak pomarudzę. Chyba po prostu przyzwyczaiłam się do stylu ekscentryka z Madrytu i coś, co kiedyś było świeże, zaskakujące i olśniewające, dziś już zadziwić nie może. Pozostaje sprawnie zrobiony film, który świetnie się ogląda i kilka modnych tematów, nie tak znowu głęboko i odkrywczo potraktowanych. Raczej bardzo dobra rozrywka niż przeżycie. Ale zobaczyć oczywiście trzeba, a dla widzów zaczynających swoją przygodę z Almodovarem być może będzie to coś więcej. Tak jak dla mnie kiedyś. Tym razem celowo nie zdradzę nic z treści, bo w wypadku tego filmu im mniej się wie, tym przyjemniej się ogląda. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Słyszałam głosy, że to zupełnie inny Almodovar. Inny? Ja odnalazłam w tym filmie ulubione motywy, wątki i chwyty hiszpańskiego reżysera. Jest problem płci, pytanie o to, co właściwie ją determinuje, co znaczy być kobietą czy mężczyzną. Jest motyw matki i syna. Pojawia się wielka, szalona miłość, tym razem nie tylko w wersji damsko- męskiej, ale też ojca do córki. Są tajemnice, sięganie w przeszłość bohaterów, dziwne postacie, wielki, tajemniczy dom, ogrywanie gatunkowej konwencji (tu thriller), nasycone barwy, kicz, przebrania. Ja odnajduję tu nawet echa dawnych scen. Kiedy Zeca, syn Marilii, rzuca się na Verę, myląc ją ze swoją dawną kochanką, staje mi przed oczami przekomiczna scena gwałtu z "Kiki" (Mam nadzieję, że pamięć mnie nie zawodzi. Ale wykluczyć, że pomyliłam tytuły, nie mogę.). Tyle, że to, co oglądamy na ekranie tym razem, wcale nie jest śmieszne, raczej smutne czy tragiczne. Mnie ten film trochę przypomina wspomnianą już "Kikę". Wielki, kryjący tajemnicę dom, jego właściciel, chirurg plastyk i jednocześnie naukowiec Robert Ledgard (tam był pisarz). Karnawałowy kostium Zeci czy druga skóra Very mogą być dalekim echem dziwacznej kamery, którą dźwiga na głowie jedna z bohaterek "Kiki". Wreszcie zbrodnia. Ale może to tylko takie moje impresje i luźne skojarzenia, może gdybym obejrzała "Kikę" po raz kolejny (na pewno kiedyś to zrobię), podobieństwa okazałyby się tylko czczą imaginacją. To, co odróżnia najnowszy film Almodovara od poprzednich, to ton serio i porzucenie ulubionego przez niego melodramatu na rzecz thrillera.

Reżyser kreuje postać mrocznego, złowrogiego Roberta Legranda, chirurga plastycznego, który w zaciszu swojego wielkiego, pustego, pilnie strzeżonego domu przeprowadza niedozwolone eksperymenty: hoduje ludzką skórę odporną na ogień czy ukąszenia owadów. Nie to chyba jest jednak najgorsze. Korzystając ze swojego wynalazku i talentu chirurga, stwarza nowego człowieka. Mszcząc się na gwałcicielu swej ukochanej córki (gwałt tragicznie odcisnął się na jej losie), porywa go, więzi, aby stopniowo zmienić w niezwykle piękną  kobietę o idealnej, gładkiej skórze. Tak idealną, że aż w swym pięknie nierzeczywistą. Kobietę-miraż, kobietę-marzenie. Aluzje do Frankensteina czy Pigmaliona są tu oczywiste. Czy równie uprawnione jest porównywanie go do Boga-stwórcy? Chyba jednak nie do końca. Wszak intencje Roberta nie są czyste. O ile  praca nad doskonałą, ludzką skórą to wynik tragicznego wypadku jego żony, i w tym sensie jest szlachetna, bo może być ratunkiem dla wielu okaleczonych, o tyle zmiana płci, a właściwie stworzenie kobiety, Very, to efekt zemsty. O szlachetności nie ma co mówić. Nie jest też jasne, co Robert zamierzał zrobić z Verą, zanim nie uległ jej doskonałemu czarowi i  nie zakochał się w niej. Być może, nie wiedział. Zabić? To sugeruje mu Marilia. Więc jeśli już Bóg, to raczej ten starotestamentowy, groźny i okrutny, a nie miłosierny, jakim chcemy Go widzieć dziś. Produkt Roberta okazuje się też niedoskonały i to na kilku poziomach. Vera jest piękna, ma ponętne, idealne ciało, ale nie potrafi przeżywać cielesnych rozkoszy. Udając miłość, pożądanie i ekstazę, cierpi z bólu i prawdopodobnie obrzydzenia. Wszak naprawdę pozostała nadal mężczyzną, dawnym Vincetem uwięzionym w kobiecym ciele. I na tym polega kolejna porażka almodovarowskiego Frankensteina. Jego twór nadal pozostaje mężczyzną, Vincetem, który nie zapomniał nie tylko o swojej płciowej tożsamości, ale i o przeszłości. Dlatego zrobi wszystko, aby wrócić do matki (znowu matka i syn). Ta więź okazuje się najsilniejsza. Vera to też swoista femme fatale. Swoista, bo naprawdę pozostaje mężczyzną. Musi uwieść Roberta, aby uciec. Będzie udawać i cierpieć, żeby zdobyć upragnioną wolność. I to kolejna porażka mściwego demiurga. Stworzona przez niego piękność jest nie tylko niedoskonała, ale zaczyna żyć własnym życiem i nie podporządkowuje się jego woli. Almodovar stawia w swoim filmie pytanie o granice medycznych i genetycznych eksperymentów, które mogą się wymknąć spod kontroli, nie udać czy służyć niecnym celom. Wraca też do jednego ze swoich ulubionych tematów: płci, płciowej tożsamości. Na ile nasza fizyczność determinuje płeć? Kiedy jesteśmy kobietą? Kiedy mężczyzną? Kiedy granica się zaciera? Kim będzie Vera, w której ciele uwięziony został Vincent? Jak będzie żyć? Zyska czy straci na tej przemianie? Jak zareagują na to jej matka i przyjaciele? Rozpoznają? Zaakceptują? Warto zauważyć, że reżyser pokazuje sytuację odwrotną niż ma to miejsce zazwyczaj. Nikt tu nie został wyzwolony od brzemienia nieakceptowanej płci, przeciwnie: Vincent dostał nową  wbrew swojej woli. Jest ofiarą medycznej zbrodni, medycznego gwałtu. I nie ma znaczenia, że to kara. Ale czy rzeczywiście kara? Raczej zemsta, o czym już wspominałam.

Można też po obejrzeniu tego filmu stawiać sobie pytania o winę i karę. Czy odurzony prochami Vincent odpowiada za to, co zrobił? Jak twierdzi, i pewnie mówi prawdę, niczego nie pamięta. Ale zło się stało. Jest winien. Czy ma sens kara wymierzana po latach? Kiedy jest już innym człowiekiem? I czy kara może być zemstą?

Takie refleksje hulają w mojej głowie po obejrzeniu najnowszego filmu Pedro Almodovara.   

   

"Do szpiku kości". Film, który nie zachwyca, chociaż powinien.

Właściwie nie wybierałam się na ten film, ale po raz kolejny poszłam do kina zachęcona entuzjastycznymi głosami rozmówców z Tygodnika Kulturalnego (mój ulubiony program w TVP Kultura; polecam miłośnikom filmu, książki, teatru, muzyki, sztuk plastycznych). Powinnam, jak w thrillerze, budować napięcie, ale napiszę od razu: nie żałuję, doceniam, ale entuzjazmu nie podzielam. Ten film na pewno spodoba się tym, którzy lubią braci Coen, szczególnie takie ich obrazy jak "To nie jest kraj dla starych ludzi" czy "Fargo". Trochę podobne klimaty. Jest to opowieść o siedemnastoletniej Ree, która opiekuje się chorą psychicznie matką i dwójką młodszego rodzeństwa. Musi w ciągu kilku dni odnaleźć swojego ojca, producenta narkotyków (jak go inaczej nazwać?), który w ramach kaucji zastawił dom i ziemię. Jeśli Jessup nie stawi się na rozprawie, rodzina straci wszystko. To punkt wyjścia. Świat, w którym obraca się dziewczyna, jest naprawdę przerażający, brudny i zły. To nie piękna, zasobna Ameryka z hollywoodzkich produkcji, to kino niezależne. Film jest mroczny, świetnie zagrany, trzyma w napięciu, stopniowo odsłaniając kolejne tajemnice bohaterów. Mnie jednak pozostawił raczej obojętną. Dlaczego? O tym w drugiej części, którą, jak zwykle, powinni przeczytać ci, którzy widzieli.

Kiedy po wyjściu z kina, zastanawiałam się, dlaczego nie zachwyca, skoro powinien, doszłam do wniosku, że ja po prostu nie wierzę w świat wykreowany na ekranie. Wykreowany napisało mi się przypadkowo, ale po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że to bardzo dobre słowo. Tak, to, co oglądam, zostało wymyślone i dlatego wydaje mi się nieprawdziwe, a jeśli tak jest, nie umiem się przejąć i wzruszyć losem bohaterki. Czuję, że reżyserka bierze mnie na litość: mam żałować, współczuć, być wstrząśnięta i wreszcie podziwiać Ree, która sama w tym strasznym świecie staje przeciw wszystkim, aby odnaleźć ojca, najpierw żywego, potem martwego, i ocalić matkę, rodzeństwo i siebie. Kiedy na chłodno analizuję, dostrzegam to wszystko i przejmuję się, i podziwiam, ale w środku pozostaję zimna jak sopel lodu. Gdy jakiś czas temu oglądałam belgijski film "Boso, ale na rowerze" (pisałam tu o nim), który też portretował środowisko prymitywnych, brzydkich, wulgarnych ludzi, czułam przynajmniej obrzydzenie i złość. Ale tamten świat był prawdziwy: z łatwością mogłam wyobrazić sobie podobny gdzieś w Polsce. Ten jest tak odległy, że wydaje mi się wykoncypowany. Ale może nie mam racji?

Jest jeszcze jeden powód mojego rozczarowania. Cały czas oczekiwałam czegoś więcej. Odkrycia jakiejś tajemnicy, wstrząsu, głębszego sensu, iluminacji. Tymczasem film okazał się dość zwodniczy. Dostałam po prostu thriller z ambicjami, zrobiony trochę w konwencji brudnego westernu. Tyle, co jest zaletą, że główny bohater nietypowy. To nie mężczyzna, ale siedemnastolatka, która wyrusza na poszukiwania ojca-drania. Nieustraszona, dobra, delikatna i piękna jak anioł Ree sama przeciw wszystkim: złym i wyjątkowo szpetnym. To już wszystko? Tylko tyle? Pomyślałam, kiedy seans się skończył. Jeszcze jedno dzieło, które jest trochę sztuką dla sztuki.

Po tych wynurzeniach pora na konkrety. Jak pisałam we wstępie, doceniam ten film i nie żałuję, że go zobaczyłam. Dlaczego? Jest świetnie zrobiony. Potrafię zachwycić się filmową robotą. Wszystko przeprowadzono tu szalenie konsekwentnie. Świat pokazany na ekranie jest brzydki: rozwalające się drewniane domki, masy żelastwa pozostawionego gdzieś w obejściach czy na poboczach drogi, bezlistne drzewa, zszarzała trawa (pora roku została pewnie wybrana specjalnie, bo wiosną czy latem wyglądałoby to trochę lepiej). Tylko samochody, którymi jeżdżą bohaterowie, wydają się porządne, ale może to  złudzenie i nie przypominają rzęchów, bo są wielkie i białe. Do otoczenia dostosowali się ludzie: brzydcy, zniszczeni przez narkotyki, pomarszczeni i przede wszystkim źli. Wszystko fotografowane jest w szarych, przytlumionach barwach, co buduje atmosferę. Podobnie muzyka  potęguje wrażenie zagrożenia.

Oglądamy zamknięty, odizolowany świat, trochę jak z seraialu "Miasteczko Twin Peaks" Lyncha. Pokazana społeczność skrywa tajemnice i kieruje się prawem zemsty. Wielu mieszkańców trudni się pokątną produkcją narkotyków, wielu ćpa. Kiedy Ree postanawia odnaleźć ojca, zaczyna tłuc głową w mur. Nikt nie chce jej pomóc, nawet krewni (na więzy krwi dziewczyna powołuje się kilkakrotnie), wszyscy udają, że nic nie wiedzą, jeszcze inni ostrzegają ją, aby pod żadnym pozorem nie pytała niektórych. Są tu tacy, którzy budzą paniczny lęk. Ale zdeterminowana, zawzięta Ree nie zważa na niebezpieczeństwo. Jest uparta i cierpliwa, idzie tam, gdzie nie powinna, nie słucha ostrzeżeń. Płaci wysoką cenę: zostaje brutalnie pobita, a nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby z odsieczą nie przybył jej wuj, brat Jessupa. Scena przypomina egzekucję. Gdzieś w zamkniętej szopie otoczona zaciętym, żądnym zemsty tłumkiem, pokrwawiona, przerażona, zwijająca się z bólu, niepewna tego, co się może wydarzyć. Ma przerażać, być okrutna, ale jest w niej coś teatralnego, sztucznego, co osłabia emocje. Podobnie pozostawia mnie obojętną inna, w zamierzeniu wstrząsająca, scena na jeziorze, kiedy Ree musi odciąć dłonie zamordowanego, zatopionego w jeziorze ojca, aby w ten sposób udowodnić policji, że mężczyzna nie żyje.

Dziewczyna stopniowo odkrywa tajemnicę, dowiaduje się coraz więcej, a prawda nie jest przyjemna. Jak sama mówi, nie umie sobie poradzić z tym, że ojciec, aby uniknąć dziesięcioletniej odsiadki, zdradził i zaczął sypać. Jej egzystencjalny ból też pozostawia mnie nieczułą. Na tym właśnie polega mój problem z tym filmem: doskonale wiem, kiedy powinnam być przerażona, kiedy powinnam współodczuwać z bohaterką, a pozostaję nieporuszona.

Ree poznaje prawdę, i w konsekwencji ratuje rodzinę, dzięki pomocy tych, którzy początkowo milczeli i byli nieczuli na jej prośby. Zaczynają jej pomagać, trochę nie wiadomo dlaczego. Może robi im się żal dziewczyny? Może porusza ich jej determinacja i zawziętość? Nagle przychodzą i oferują pomoc, zdradzając stopniowo coraz więcej. O ile mogę zrozumieć to, że swoją postawę zmienia przyjaciółka czy wuj, w którym górę biorą więzy krwi, o tyle nie bardzo wiem, dlaczego ludzie, którzy wcześniej jej omal nie zabili, nagle postanawiają wskazać miejsce, gdzie ukryto ciało jej ojca. Czy miało tu jakieś znaczenie to, że wuj wziął ją pod swoje skrzydła? Coraz wiecej zastrzeżeń, coraz wiecej niejasności. Podobnie niezrozumiałe jest dla mnie zakończenie. Co oznaczają słowa wuja? Czy to przyznanie się do winy? Na to wskazywałoby jego zachowanie: zostawia dzieciom bandżo (?), na którym przed chwilą grał, i odjeżdża. A może jedzie pomścić zabitego brata?

Na pewno bardzo ciekawa i świetnie zagrana jest główna bohaterka. Ma siedemnaście lat, ale musi dźwigać problemy dorosłych. Sama opiekuje się chorą, katatoniczną matką i dwójką małego rodzeństwa. Spadają na nią codziennne obowiązki i trud zdobywania pieniędzy na podstawowe potrzeby. Właściwie z czego żyje? Skąd ma choć trochę pieniędzy? Gdyby nie pomoc sąsiadów, byłoby kiepsko. Musi posługiwać się bronią, która służy do polowania na przykład na wiewiórki (okropna scena, a jeszcze gorsza obdzierania ze skóry) albo do obrony przed intruzami. Zastanawiałam się, jaka przyszłość czeka ją i jej rodzeństwo, nawet jeśli ocali dom. Dlaczego żadne instytucje nie pomagają tej rodzinie? Dlaczego nie interesuje się nimi choćby szkoła, do której chodzą młodsze dzieci? Czy to nie kolejne emocjonalne oszustwo? Mamy się litować nad tragicznym i beznadziejnym losem Ree i jej rodzeństwa, kiedy być może jakieś rozwiązanie jednak istnieje? Przecież to Ameryka, nie Rosja, gdzie bezdomne dzieci mieszkają na dworcach czy w kanałach ciepłowniczych. A może się mylę? Może taka sytuacja jest możliwa i w bogatej Ameryce? Czepiam się, chociaż to nie kino społeczne?

Kończę już, bo im dłużej piszę, tym więcej wad i niekonsekwencji odkrywam. Pozostanę więc przy stwierdzeniu, że w trakcie seansu dałam się uwieść filmowej atmosferze, aczkolwiek pozostawałam raczej chłodna i nie do końca poruszona losami bohaterki. Ale może to tylko moja przypadłość. Cóż, "Do szpiku kości" nie zachwyca, chociaż podobno zachwycać powinien.

Popularne posty