Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty

Georges Perec "Rzeczy"

Jest mało prawdopodobne, abym sięgnęła po "Rzeczy" Georgesa

Pereca (Wydawnictwo Lokator 2014; przełożyła Anna Tatarkiewicz), gdyby nie głośna powieść Vincenzo Latronico "Do perfekcji", którą niedawno przeczytałam. Kto ją poznał, ten wie, jaki związek zachodzi pomiędzy tymi dwiema książkami. Otóż Vincenzo Latronico wzorował się na "Rzeczach", napisał ich współczesną wersję, co otwarcie komunikuje. Dlatego, z pewnymi oporami, postanowiłam jednak zapoznać się z pierwowzorem. Napisałam, że z pewnymi oporami, bo o Georgesie Perecu oczywiście słyszałam, a nawet widziałam spektakl na podstawie jego książki "Życie instrukcja obsługi", i jakoś nie wydawało mi się, aby był to pisarz dla mnie.  Cóż, nie przepadam za prozą eksperymentalną, a do takiej szufladki jego twórczość trafiła. 

Chociaż powieść Vincenzo Latronico nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia, czego dowodem jest moje literackie podsumowanie roku, gdzie jej nie umieściłam, to jednak kierowana ciekawością i impulsem wypożyczyłam sobie "Rzeczy" z biblioteki. A ponieważ nikt nie czekał na nie w kolejce, zwlekałam z rozpoczęciem lektury, bo inne tytuły przyzywały mnie zdecydowanie silniej. Teraz muszę jednak przyznać, że powieść przeczytałam ze sporym zainteresowaniem i może kiedyś (kiedy? kiedy?) spróbuję się zmierzyć z jakąś inną książką Georgesa Pereca. Od razu też napiszę, że pierwowzór, chociaż to debiut, jest zdecydowanie lepszy i głębszy. Cóż, od razu czuć, że ma się do czynienia z literacką klasą. 

Lata sześćdziesiąte zeszłego wieku. Sylvie i Jerôme, para dwudziestokilkulatków, mieszkają w Paryżu w skromnym mieszkanku. Przerwali studia psychologiczne, gdyż podjęcie pracy ankieterów, albo inaczej psychosocjologów, co brzmi bardziej prestiżowo, o którą stosunkowo łatwo, wydało im się bardziej atrakcyjne, bo miało przybliżyć ich do celu - osiągnięcia statusu społecznego, wspięcia się na wyższy poziom drabiny społecznej. Szybko jednak okaże się, że to pułapka, z której nie będą umieli znaleźć wyjścia. Z jednej strony dzięki takiej pracy mogą żyć dość swobodnie, nie zamykać się w kieracie pełnoetatowej harówki. 

Tak żyli oboje oraz ich przyjaciele w swych mieszkaniach ciasnych i sympatycznych, ze swymi sprawami i filmami, składkowymi przyjęciami, wielkimi projektami. Nie byli nieszczęśliwi. Pewne uroki ich życia, ulotne, pierzchliwe, opromieniały ich dni.

Z drugiej jednak strony pieniądze, jakie zarabiają, nie przybliżają ich do takiej pozycji materialnej, o jakiej marzą. Utknęli w małym paryskim mieszkanku i nic nie zapowiada, aby mogli się z niego wyrwać. 

Byli "nowymi ludźmi", młodą nieopierzoną jeszcze kadrą w pół drogi do sukcesu. Wszyscy prawie wywodzili się z małomieszczaństwa i uważali, że stare wartości już im nie wystarczają, pożądliwie, zachłannie spoglądali ku oczywistemu komfortowi, zbytkowi, ku doskonałości wielkiej burżuazji. Nie mieli przeszłości,, nie mieli tradycji. Nie oczekiwali spadku.

Cóż, chcieliby mieć ciastko i zjeść ciastko - mieć wolność i pieniądze.

... nie zaharowując się, mieli życie - tak czy owak, lepiej czy gorzej - zabezpieczone. Ale nie było to nic trwałego. 

"Mój Boże - często myśleli sobie, a czasami mówili Jerôme i Sylvie - kto nie pracuje, ten nie je, zapewne, ale kto pracuje, ten nie żyje".

Swoboda, którą się cieszą, też okazuje się pułapką - prowadzi do egzystencjalnej pustki, dlatego naiwnie tęsknią za prawdziwymi wyzwaniami, jakie Historia dała pokoleniu ich rodziców. Marząc o wielkich czynach, przechodzą obojętnie wobec wojny w Algierii. Kiedy w końcu napór wydarzeń zmusił ich do zajęcia stanowiska, zaangażują się, ale dość niemrawo i na chwilę. Zniechęci ich poczucie, że nie mają wpływu na bieg wydarzeń, i ... nadchodzące wakacje.

Pragnęliby jakiegoś dowodu, że to, co robią, jest ważne, użyteczne, niezastąpione, że ich trwożne wysiłki mają jakiś sens dla nich samych, są czymś, co jest im potrzebne, czymś, co mogłoby im pomóc w osiągnięciu samowiedzy, przeistoczeniu się, życiu. (...) Ale w przeddzień wakacji nawet zwykła czujność zdawała się tracić rację bytu.

Ratunkiem nie okaże się również praca w Tunezji w roli nauczycieli języka francuskiego, szczególnie, że nie zostaną skierowani do wymarzonego Tunisu, ale do prowincjonalnego miasteczka. Będą prowadzili samotnicze życie, nie nawiążą relacji ani z takimi jak oni ekspatami, ani tym bardziej z miejscowymi. Dzień będzie podobny do dnia. 

Wkrótce mogło im się zdawać, że ustało w nich wszelkie życie. Czas mijał w bezruchu. Nic już nie łączyło ich ze światem (...) Nie snuli już projektów, nie odczuwali niecierpliwości, nie czekali już na nic, nawet na wakacje, ciągle zbyt odległe, nawet na powrót do Francji. 

Życie ich było jak stary nawyk, jak nuda prawie pogodna; życie bez treści.

Ich problem polegał na tym, że prestiż, do jakiego dążyli, utożsamiali przede wszystkim z posiadaniem owych tytułowych rzeczy. 

Chcieliby być bogaci. Sądzili, że umieliby nimi być. 

Nie potrafili oprzeć się zewnętrznym oznakom bogactw; bogactwo kochali bardziej niż życie.

Niestety znali tylko jedną namiętność: dobrobyt, i ona wyczerpywała ich możliwości.

Chcieli używać świata, ale dookoła używanie było jednoznaczne z posiadaniem.

Nie umieli zatrzymać się w pół drogi - mieć mniej, ale żyć. Nie urodzili się w rodzinach, dzięki którym mogliby ominąć ten etap harówki, który ograbiłby ich z życia, i od razu wskoczyć do owego mieć i żyć jednocześnie. 

Umieliby korzystać z przyjemności. Chętnie przechadzaliby się bez celu, wybierali, oceniali. Kochaliby życie. Byłoby ono prawdziwą sztuką.

Jest więc to opowieść o skostniałym francuskim społeczeństwie i pokoleniu, które jeszcze nie potrafi się zbuntować. 

Kiedy indziej mieli tego dosyć. Chcieli walczyć, zdobywać swe szczęście. Ale jak walczyć? Przeciwko komu? Żyli w dziwnym, migotliwym świecie, kuszącym świecie cywilizacji handlowej, obfitości stającej się więzieniem, fascynujących zasadzek szczęścia. Skąd groziły niebezpieczeństwa? Na czym polegało zagrożenie? Przeciwko czemu? Kiedyś miliony ludzi walczyły i jeszcze walczą o chleb. Jerôme i Sylvie nie sądzili, aby można walczyć o kanapy Chesterfield.

Bunt przyjdzie później - w roku 1968. Oni chcą mieć, mieć i mieć, chociaż widzą, że to pułapka.

Tyle lat minęło, a przecież powieść nie straciła na aktualności. Nic dziwnego, że Vincenzo Latronico postanowił przepisać ją na nowo i nadać jej współczesny sztafaż. Anna i Tom są w podobnym miejscu.

Négar Djavadi "Wszystkie moje rewolucje"

Był taki czas, że miałam fazę na książki opowiadające o Iranie,

raczej nonfiki, bo na irańską prozę natrafiłam chyba tylko raz i nie do końca byłam zachwycona. A nie, przepraszam, dwa razy, bo niemal dwa lata temu przeczytałam powieść "Lalka i Marks" Maryam Madjidi, a znacznie, znacznie dawniej "Irańską historię miłosną" Shariar Mandanipou. No ale Iran nadal pozostaje w kręgu moich zainteresowań, bardzo bym chciała tam pojechać, ale na razie raczej nic z tego. Dlatego zastrzygłam uszami, kiedy usłyszałam, że wychodzi powieść "Wszystkie moje rewolucje" Négar Djavadi, irańskiej pisarki mieszkającej we Francji (Czarne 2025; przełożyła Katarzyna Marczewska).

Pisarka urodziła się w Teheranie, jej rodzice byli w opozycji do ostatniego szacha, Mohammada Rezy Pahlawiego, popieranego przez Amerykanów, odsuniętego od władzy w wyniku rewolucji, po której do Iranu wrócił z wygnania we Francji ajatollah Chomejni, szyicki przywódca duchowy. Wkrótce potem rodzina Négar Djavadi musiała uciekać z kraju. 

Piszę o tym, bo powieść częściowo oparta jest na jej przeżyciach. Podkreślam - tylko częściowo, bo wiele rodzinnych szczegółów, a przede wszystkim losy dorosłej Kimji Sadr, zarazem narratorki, zostały przez pisarkę wymyślone, o czym opowiedziała, rozmawiając z Michałem Nogasiem z radiowej Trójki. Od razu napiszę, nie owijając w bawełnę, że "Wszystkie moje rewolucje" bardzo mi się podobały i zrobiły na mnie spore wrażenie.

Kimja, siedząc w poczekalni paryskiego szpitala zajmującego się leczeniem niepłodności i czekając na zabieg, dzięki któremu będzie mogła zostać matką, wspomina historię rodziny i swoją. Przywołuje nawet pradziadka, który miał harem z pięćdziesięcioma żonami, ale najważniejsze są kolejne pokolenia - jej dziadek, dwie babcie, w tym jedna Ormianka, stryjowie (każdy oznaczony numerem), rodzice, Sara i Dariusz, oraz siostry. 

Początkowo miałam wrażenie, że autorka ucieka w konwencję trochę baśni, trochę gawędy. Zastanawiałam się, na ile opowieści o czasach, w których nie było jej jeszcze na świecie i które znała tylko z rodzinnych przekazów, są prawdopodobne. Potem jednak gdzieś  ten ton znika i historia staje się realistyczna, nawet jeśli Emma, jej ormiańska babcia, wróży z fusów po kawie i snuje fantastyczne teorie związane z narodzinami Kimji.

W powieści znajdziemy mnóstwo tematów, problemów, portretów bohaterek i bohaterów, bardzo ciekawych historii rodzinnych, nostalgicznych opisów miejsc, w którym Kimji i jej siostry spędzały dzieciństwo, obyczajowości irańskiej, choćby kwestię tego, jak inaczej wychowywano dziewczynki i chłopców, a wszystko to niezmiernie interesujące, dlatego skupię się na tym, co mnie poruszyło lub zafrapowało najbardziej.

Zacznę może niekoniecznie od sprawy pierwszoplanowej, ale dla mnie ważnej. Książka Négar Djavadi, mimo że to beletrystyka, a nie podręcznik do historii, bardzo rozjaśniła mi w głowie i poukładała historię Iranu związaną z ostatnimi latami rządów Rezy Pahlawiego, irańską rewolucją, przybyciem Chomejniego i tego, co nastąpiło potem, a co właściwie w większym lub mniejszym natężeniu trwa do dziś i na zmianę, niestety, nadal się nie zapowiada. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego szach miał opozycję i jak różna światopoglądowo była to opozycja, i dlaczego jej odłam, do którego należeli rodzice głównej bohaterki, początkowo łączył jakieś nadzieje związane z powrotem Chomejniego do kraju, a potem szybko te nadzieje legły w gruzach, co doprowadziło wielu działaczy do ucieczki z kraju. Historia kraju stała się nagle klarowna nie tylko dzięki opowieści o losach rodziców Kimji, ale również dzięki utrzymanym w nieco ironicznym tonie przypisom przygotowanym przez samą autorkę.

Najbardziej jednak poruszyła mnie opowieść o rodzicach narratorki, o ich politycznych wyborach, konsekwencjach tych wyborów i związanych z tym dylematach moralnych. Jak już wspominałam, Sara i Dariusz to opozycjoniści, ludzie odważni i bezkompromisowi. Najpierw sprzeciwiali się rządom ostatniego szacha, potem Chomejniego. Za swoją działalność byli prześladowani, aresztowani, musieli się ukrywać, zmieniać miejsce pobytu, zniszczono ich mieszkanie, a w końcu postanowili uciekać, zostawiając za sobą całe swoje dotychczasowe życie i bliskich. Początkowo mieli nadzieję, że to nie potrwa długo, że będą mogli do Iranu wrócić. Ich francuska egzystencja przez jakiś czas była naznaczona tymczasowością. Sarą kierowały także osobiste ambicje. Marzyła o tym, że i Dariusz, i ona dokonają czegoś wielkiego, pozostawią po sobie jakiś ślad, nie chciała żyć tylko codziennością. Problem w tym, że nie byli sami - mieli trzy córki, których dzieciństwo też wywrócili do góry nogami. 

W owej chwili, kiedy Sara Sadr, wkrótce trzydziestosiedmioletnia, siedziała w ciasnej kuchni, słuchając Dariusza Sadra, lat czterdzieści dziewięć, przedstawiającego problemy, które chciał poruszyć w swoim liście, ani przez sekundę nie pomyślała o córkach, lat dwanaście, dziesięć i pięć, śpiących w swoich pokojach w głębi mieszkania. Przez całe życie nigdy nie chciała przyznać, że działalność polityczna i jej ciemna strona, życie autonomiczne, były dla niej równie ważne jak własna rodzina. 

Jaki los im zgotowali? Strach, bycie świadkiem scen, których dzieci być nie powinny, zniszczenie mieszkania, ukrywanie się u sąsiadów albo u krewnych, a wreszcie trwająca kilkanaście długich dni ucieczka z kraju do Turcji. Razem z matką jechały na koniach przez góry, marznąc z zimna, brnąc przez śnieg, śpiąc w kurdyjskich chatach, bojąc się, że mogą zostać zdradzone, za przewodników mając obcych mężczyzn. Potem musiały odnaleźć się we Francji, gdzie nie miały nikogo poza rodzicami i gdzie traktowane były jak obce. 

Byliśmy tymi ludźmi, których życie wywróciły do góry nogami wojny, deportacje, przeciwności losu, pospieszne wyjazdy, śmierć

Kimji, wspominając tamte wydarzenia, z jednej strony podziwia rodziców, z drugiej ma jednak do nich żal, szczególnie do Sary. 

Czasem budziła we mnie strach. Czasem ten strach mieszał się z uwielbieniem, takim samym, jakim darzyłam Angelę Davis i Lajlę Chalid, moje bohaterki-rewolucjonistki, które wyobrażałam sobie jako pół kobiety, pół cyborgi Super Jamie.

To dlatego córki nie chciały przeczytać książki napisanej przez matkę, książki, która stała się w Iranie bestselerem, bo nie miały ochoty wracać do bolesnych wspomnień. Czy ludzie mają prawo tak bardzo angażować się politycznie, jeśli mają dzieci? Jest jeszcze jedno pytanie - czy było warto angażować się, opuszczać kraj? Jaki jest bilans zysków i strat? Na chwilę oddam głos Sarze.

Powtarzam sobie, że nie, nie możemy dłużej tu zostać, żyć na poły w ukryciu we własnym mieszkaniu, obce we własnym domu; (...) Mimo to nie posiadam się z wściekłości. Skradziono nam własny kraj: czarne połacie lasów, ryżowe pola Mazandaranu, ogromne urwiska pełne surowej, niepokojącej urody, turkusowe kopuły, jesienne słońce w Teheranie.

Dariusz i Sara to postaci tragiczne, szczególnie on. We Francji osamotniony, żyjący w poczuciu klęski, wszystkie strony irańskiego konfliktu miały mu coś za złe, o coś go oskarżały, mając za nic jego cierpienie i dokonania. Co było alternatywą? Milczenie, konformizm, życie pod butem tyranii, ale z najbliższymi.

Kolejne ciekawe zagadnienie to zderzenie fantazji i marzeń z rzeczywistością. Dziewczynki były wychowywane w kulcie Francji, uczyły się francuskiego, rodzice podsuwali im literaturę francuską. Ciężka przeprawa przez kurdyjskie góry, podróż przez Turcję, problemy ze zdobyciem dokumentów umożliwiających wjazd do Francji, to wszystko miał im osłodzić pobyt w tym wyśnionym, wyidealizowanym kraju. Otrzeźwienie przyszło bardzo szybko. Nikt tam na nich nie czekał.

Wszystkie te piękne cytaty, piękne postacie w rodzaju Hugo, Woltera, Rousseau, Sartre'a, będące ośrodkiem naszego życia, okazały się bliskowschodnią fikcją, naiwna bajeczką dla osób o romantycznych umysłach - takich jak Sara.

(...) nasza ziemia obiecana okazała się ślepym zaułkiem. Wykorzenienie sprawiło, że staliśmy się obcy nie tylko dla otoczenia, lecz także dla siebie nawzajem.

Nikogo nie interesowały sprawy Iranu, chociaż przez lata to Francja trzymała u siebie Chomejniego. Nie szła jednak za tym żadna refleksja, że może rząd francuski i jego wyborczynie oraz wyborcy są współwinni temu, co stało się w Iranie po zwycięstwie islamskiej rewolucji. 

Po niemal trzydziestu pięciu latach nadal zaskakuje mnie to samo zjawisko: szybkość, z jaką Francja wymazała z pamięci fakt, że wcześniej udzieliła schronienia Chomejniemu, i przemilczała swoją część odpowiedzialności za to, co się potem wydarzyło.

W owym czasie, na początku lat osiemdziesiątych, Francuzi nie dostrzegali właściwie żadnej różnicy pomiędzy nami a hezbollahi. Nauczyciele i uczniowie zadawali nam dziwaczne, obraźliwe pytania, które świadczyły o ich niewiedzy. Jakaś dziewczynka podczas lekcji zwróciła się do Miny z pytaniem, czy nie przeszkadza jej przychodzenie do szkoły bez hidżabu. 

Sara miała nadzieję, że jej książka, gdyby została przetłumaczona na francuski, mogłaby to zmienić, ale i ona nikogo nie interesowała. Tu wkracza szersza refleksja - to niestety normalne. Większość z nas też nie zaprząta sobie głowy tym, co się dzieje gdzieś na świecie. Nie chcemy słuchać o wojnach, nieszczęściach, katastrofach, ludziach, którzy uciekają z krajów, gdzie trudno żyć, a tym bardziej o tych, którzy robią to ze względów ekonomicznych, zobojętnieliśmy na los Ukraińców.

Wreszcie bardzo ważnym zagadnieniem poruszanym w powieści jest kwestia tożsamości, szukania siebie, swojej prawdziwej natury, borykania się z tym problemem, konsekwencji, jakie niesie konieczność milczenia, ukrywania się, udawania. Paradoksalnie Kimji, chociaż to ona najbardziej nie umiała odnaleźć się we Francji, co przypłaciła okresem buntu, ucieczek, życia na krawędzi,  właśnie w końcu dzięki temu, że tam mieszkała, mogła bez strachu być sobą. Gdyby została w Iranie, czekałby ją los stryja numer dwa. Jak widać, często jest coś za coś. Coś się traci, ale coś się zyskuje.

Anthony Passeron "Uśpione"

Po debiutancką książkę "Uśpione" (Czarne 2024; przełożył Jacek

Giszczak) francuskiego pisarza i nauczyciela sięgnęłam, bo interesuje mnie temat, no i pojawiły się pozytywne recenzje. I nie żałuję! W skondensowany, miejscami intrygujący, miejscami chłodny, a czasem we wzruszający sposób autor opowiedział nie tylko o początkach epidemii AIDS we Francji. Nie ukrywam, że to właśnie ten temat był dla mnie wabikiem, ale niespodziewanie dostałam znacznie więcej. 

Dziś  wirus HIV nie jest już postrachem, nie oznacza wyroku, bo dzięki przyjmowaniu leków może nigdy nie dojść do rozwoju śmiertelnej choroby. Ale w latach osiemdziesiątych sprawy miały się inaczej. AIDS był  tematem tabu - powszechnie uważano, że przytrafia się tylko gejom i narkomanom. Dopóki nie okazało się, że może dotknąć każdego, nie szukano lekarstwa, a przynajmniej nie robiono tego ze wsparciem rządów i dużych pieniędzy. O tym wszystkim wspaniale i dojmująco opowiedziała w swojej powieści "Wierzyliśmy jak nikt" Rebecca Makkai. Akcja jej książki rozgrywa się w Stanach. Wcześniej widziałam film "120 uderzeń serca" poruszający ten sam temat, ale na gruncie francuskim. Też wstrząsający, wywołujący gniew oraz wzruszenie i też ze wszech miar wart polecenia. Sprawdziłam, bez problemu można obejrzeć go w sieci w kilku miejscach. To ten film i ta powieść uświadomiły mi, czym była w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ta choroba. Jakie śmiertelne żniwo zbierała, jaką panikę wywoływała i jakim ostracyzmem otoczone były osoby chorujące.

"Uśpione" Anthony Passerona powstały z osobistej potrzeby. Autor opowiada o chorobie z perspektywy  rodzinnej tajemnicy stopniowo przez niego odkrywanej. To historia jego stryja, który zmarł na AIDS. Ale ta książka niesie ze sobą znacznie więcej. Jak już wspominałam, w skondensowanej formie, to ledwie dwieście stron tekstu, Anthony Passeron opowiedział nie tylko historię stryja, ale także historię rodziny, naszkicował zmianę mentalności, jaka dokonała się między pokoleniem jego dziadków, a pokoleniem jego stryja i ojca, pokazał jej przyczyny, opowiedział o upadku takich miejscowości, w jakiej się wychował, o pladze narkotyków, jej skutku, czyli AIDS, a wreszcie w fascynujący sposób przedstawił upór kilkunastu lekarzy i naukowców, którzy zrozumieli powagę choroby, doprowadzili do wykrycia jej przyczyny, a po wielu próbach i latach do wynalezienia lekarstwa, dzięki któremu dziś można zapanować nad wirusem. A to wszystko w atmosferze rywalizacji pomiędzy ekipami z Francji i Stanów. Czytając te fragmenty, trudno nie oprzeć się refleksji, ile pokory i cierpliwości muszą mieć lekarze i naukowcy badający nową chorobę i szukający lekarstwa na nią, bo przed nimi lata pracy, porażki, podążanie ścieżkami prowadzącymi w ślepe zaułki, droga, która nie musi zakończyć się sukcesem. Ten wątek śledzi się jak prawdziwą powieść sensacyjną, tym bardziej, że autor przeplata rozdziały opowiadające historię rodziny z rozdziałami poświęconymi pracy naukowców i lekarzy.

Anthony Passeron urodził się w małej miejscowości w jednej z alpejskich dolin - pomiędzy Lazurowym Wybrzeżem, a szczytami Alp, na styku Włoch i Francji. Jego dziadek był Francuzem, babcia Włoszką, która jako młoda dziewczyna w czasie drugiej wojny razem z rodzicami i rodzeństwem przyjechała do Francji w poszukiwaniu lepszego życia. Jego pradziadkowie i dziadkowie prowadzili w miasteczku masarnię. Byli powszechnie szanowani, zasłużyli sobie na to ciężką pracą. Ich życie kręciło się tylko wokół niej, od rana do wieczora, od poniedziałku do poniedziałku, z krótką przerwą na niedzielny odpoczynek. Nie opuszczali doliny, tu był ich świat, do niego sprowadzały się ich horyzonty, żyli w zamkniętym, odizolowanym przez miejsce środowisku. Podobnie wyglądała codzienność innych mieszkańców miasteczka i tych rejonów. 

Ojciec pisarza wpasował się w ten schemat. To on zaczął pracować w rodzinnej firmie, nauczył się fachu, w przyszłości miał przejąć biznes. Pozostał mu wierny, chociaż świat wokół powoli się zmieniał. Do doliny zaczęły docierać duże supermarkety, z czasem te tereny będą się wyludniać, takie drobne interesy jak ten należący do pradziadków i dziadków autora upadną, młode pokolenie wykształcone w mieście nie będzie chciało wracać do doliny i do takiego życia. Ale to nastąpi później, w czasach młodości jego ojca i stryja ten proces dopiero się zaczynał. I właśnie  stryj autora poszedł za tymi zmianami. 

Był pierwszym członkiem rodziny, który zdobył średnie wykształcenie, dzięki czemu mógł pracować w kancelarii notarialnej. Pierwszym, który wyjechał poza dolinę, najpierw do Nicei, potem z poznanymi w miasteczku turystkami do Amsterdamu. Wrócił, ale jego życie się zmieniło. W dalekim świecie spróbował narkotyków. Ale nie trzeba było wyjeżdżać tak daleko, aby ulec ułudzie, jaką ze sobą niosły. Narkotyki stały się powszechnie dostępne także w dolinie. Dzieci z dobrze sytuowanych rodzin z pokolenia stryja i ojca autora zaczęły po nie sięgać. Nie chciały żyć jak rodzice, wyrosły już w dobrobycie, jakie rodzice zapewnili im ciężką pracą, ominął je bunt 68 roku, z nudów, z chęci zmiany, z braku celu zaczęły brać. Na przykładzie swojego stryja autor opowiada o procesach, które temu towarzyszyły. O zdumieniu starszych pokoleń, o wstydzie, o zaprzeczaniu, o nieumiejętności poradzenia sobie z problemem, a wreszcie o walce o uzależnione dzieci, o ratunek dla nich. Taką przemianę przeszła babcia autora - najpierw ze wstydu udawała, że problemu nie ma, potem odważnie mierzyła się z nim i jego konsekwencją, czyli chorobą syna i jego żony. Paradoksalnie dopiero odwiedzając ich w szpitalu, mogła być sobą, przestać zaprzeczać, udawać i się wstydzić. Poczuła wspólnotę losu z rodzinami innych chorych.

Dla moich dziadków ten szpitalny oddział, tak odległy od miasteczka i od krążących tam plotek, był jak swego rodzaju nawias. Pauza, podczas której nie musieli już kłamać, ratować rodzinnej reputacji, co nie miało sensu. Choć przez całe życie chcieli uchodzić za poważanych obywateli prowincjonalnego miasteczka, tu czuli się bliscy ludziom zupełnie sobie nieznanym. Homoseksualistom, narkomanom, hemofilikom i członkom ich rodzin. Ludziom, których nigdy nie mieliby okazji spotkać. Nieznajomym, którzy przechodzili przez to samo co my. Nieznajomym, z którymi nagle zbliżyliśmy się bardziej niż z niejednym członkiem naszej rodziny. Nieznajomym, którzy byli lustrzanym odbiciem naszego nieszczęścia.

A przecież AIDS cały czas otoczony był szczególną aurą. Nawet w szpitalu, nawet na oddziale przeznaczonym dla osób dotkniętych tą chorobą.

Nawet na oddziale przeznaczonym dla pacjentów dotkniętych AIDS traktowano tę chorobę w szczególny sposób. Patrzono na nią przez pryzmat norm moralnych, dobra i zła, grzechu. Wstydliwego grzechu (...) Dobro, zło ofiary, winni - dyskusje przeniosły się nawet na łono naszej rodziny i ją podzieliły.

Babcia nie czyniła różnicy między chorobą syna, synowej i wnuczki, dziadek milczał, ulegając stereotypom związanym z AIDS, a ojciec autora  tłumiąc głęboki gniew, dokonał, jak sądzę, ostatecznego rozróżnienia między małą dziewczynką, która była ofiarą, a jej rodzicami, którzy ponosili winę. Winę za to, że narzucili jej swoją, jakże przedwczesną śmierć, że przekazali jej w spadku zepsutą krew.

Bo największa tragedia dotknęła jednak ich córkę, na którą wirus przeszedł przez matkę. Historia malej Emilie, której autor poświęca osobny rozdział, jest przejmująca. Szybko straciła rodziców, ale dziadkowie zapewnili jej szczęśliwe dzieciństwo. Chorobie nie dało się jednak zapobiec. Muszę przyznać, że chociaż książka, może z powodu lapidarnego stylu, jest dość chłodna, to czytając rozdział poświęcony kuzynce autora, mimo wszystko nie potrafiłam powstrzymać łez. 

W historii jej choroby dwie sprawy szczególnie mnie poruszyły. Pierwsza to oddanie babci, która z wielkim poświęceniem opiekowała się wnuczką, codziennie jeździła do nicejskiego szpitala, aby ją odwiedzać. To ta sama babcia, która kilkanaście lat wcześniej wypierała uzależnienie syna, a potem, kiedy zachorował, też o niego walczyła. Druga sprawa to reakcja autora i jego brata na chorobę kuzynki. Wcześniej spędzali z nią dużo czasu, razem się bawili, kiedy zachorowała, nie potrafili się z tym zmierzyć. Nie chcieli odwiedzać jej w szpitalu, nie umieli z nią rozmawiać. Byli przecież dziećmi. Anthony Passeron bardzo szczerze pisze o swoim i brata stanie ducha, który towarzyszył tamtym wydarzeniom. 

Autor odtwarza nie tylko atmosferę tamtych czasów, ale może przede wszystkim wydobywa z niepamięci swojego stryja. Stryja przemilczanego przez dziadków i rodziców. Stryja, którego kochali, ale który przyniósł im mnóstwo wstydu i trosk, który zmienił ich życie. Diagnozując sytuację, tak pisze o nim i jego żonie, a właściwie całym pokoleniu zafascynowanym narkotykami.

... uświadamiam sobie, że mogliby mieć jakieś życie poza narkotykami. Życie, w którym byliby szczęśliwi. Życie, w którym mógłbym ich poznać. Życie proste, które z pewnością nie zasługiwałoby na to, by o nim opowiadać, a jednak całe życie.

Taki paradoks.

Maryam Madjidi "Lalka i Marks"

Lektura "Lalki i Marksa" Maryam Madjidi (PIW 2018; przełożyła

Magdalena Pluta) to efekt tegorocznego Festiwalu Conrada, który jak co roku wyjął mi tydzień z życia, na co nie narzekam. Byłam na spotkaniu z tą irańską pisarką i zaciekawiła mnie na tyle, że natychmiast kupiłam jej książkę. Urodziła się w Teheranie w roku 1980, a kiedy miała sześć lat, jej rodzice z powodów politycznych zdecydowali się wyjechać do Francji. O swoich doświadczeniach migranckich opowiadała w czasie festiwalowego spotkania i o tym jest jej powieść uhonorowana w roku 2017 Nagrodą Goncourtów za debiut. 

Muszę powiedzieć, że w trakcie lektury towarzyszyły mi mieszane uczucia. O tym za chwilę, a na początek chciałabym podzielić się wątpliwościami, czy rzeczywiście tę książkę można nazwać powieścią. Wydaje mi się, że w tym wypadku trzeba mocno rozciągnąć kryteria tego epickiego gatunku. Czym więc, według mnie, jest "Lalka i Marks"? Skrzyżowaniem wspomnień i eseju.  Od razu zaznaczam, że nie traktuję tego w kategorii zarzutu. Zresztą kupując książkę i zabierając się za jej lekturę, mniej więcej tego się spodziewałam. Właściwie dopiero teraz, sprawdzając datę wydania i nazwisko tłumaczki, ze zdziwieniem stwierdziłam, że trafiła do szufladki powieść. Jeśli jednak ktoś oczekuje takich tradycyjnych, potoczystych wspomnień kipiących od rozmaitych anegdot, zawiedzie się. I to także w moim przypadku nie jest zarzutem. Bo Maryam Madjidi w "Lalce i Marksie" przeprowadza wiwisekcję kondycji imigranta. Przyglądając się sobie trochę z dystansu, analizuje swoją żmudną drogę od momentu wyjazdu z Teheranu do osiągnięcia kondycji, w jakiej się znajdowała, pisząc swoją książkę. Najpierw konfrontuje swoje teherańskie dzieciństwo z dzieciństwem spędzonym w Paryżu, potem bada proces kształtowania siebie jako osoby zawieszonej między Iranem, a Francją. Szuka odpowiedzi na pytanie - kim jestem? Ile we mnie Persjanki (takiego terminu używa), a ile Francuzki? I czy kondycja kogoś, kogo ukształtowały dwa języki i dwie kultury, kogoś, kto musiał zderzyć się z dorastaniem w nowym kraju i w nowym, zupełnie obcym, środowisku, jest godna pozazdroszczenia? Często wyobrażamy sobie, że czyjaś wielokulturowość to tylko wartość. Przyznaję, że i mnie nie było obce takie myślenie. Tymczasem Maryam Madjidi pokazuje, jakimi cierniami okupiona jest ta droga. Myślę, że inaczej mogą odczuwać to osoby, których wielokulturowość nie jest wynikiem migracji, ale faktu, że ich rodzice pochodzą z różnych krajów.

Analizując swoją drogę, najpierw pokazuje bolesne paryskie dzieciństwo. Przede wszystkim utratę wygodnego teherańskiego życia. Bo choć na te sześć lat spędzonych w Teheranie przypadł okres rewolucji po dojściu do władzy Chomeiniego, protestów, w które zaangażowani byli jej rodzice, wojny irańsko-irackiej, to w jej wspomnieniach na pierwszy plan wysuwają się dziecięce zabawy, wygodny dom, wielka rodzina, ukochana babcia, zapachy, smaki ulubionych potraw. Najbardziej dojmującym doświadczeniem tamtego okresu była konieczność dzielenia się wszystkim i oddawania zabawek biedniejszym dzieciom sąsiadów, co wymuszali na niej jej rodzice o silnie lewicowych, marksistowskich poglądach. Tymczasem w Paryżu czekały na nią kawalerka z toaletą na korytarzu na szóstym piętrze mieszczańskiej paryskiej kamienicy. To piętro dobitnie uświadamiało jej gorszy status rodziny. Aby na nie dotrzeć, mijała drzwi do zamożnych mieszkań na niższych kondygnacjach. Tam wszystko było inne, lepsze, eleganckie, a na schodach leżał dywan, którego nie było już na piętrze piątym i szóstym. Do tego dochodziły bariera języka i różnice kulturowe, które oddzielały ją od rówieśników, czyniąc dzieckiem samotnym, żyjącym w pustce. Dalej - strach przed ośmieszeniem, szkolne francuskie jedzenie, którego nie znosiła, rasistowskie docinki i fakt, że dla postronnych była po prostu imigrantką niekojarzoną z jej perską, irańską kulturą, tylko wrzuconą do jednego worka z innymi. Długo czuła się podwójna - perska w domu i francuska w szkole, przy czym ta francuskość została jej urzędowo narzucona. Zrobimy wszystko, żebyś jak najszybciej była taka jak my, wtedy będzie ci u nas dobrze. Najpierw był bunt, przejawiający się w rysowaniu koszmarnych rysunków, milczenie w szkole, a potem walka o akceptację i dorównanie do francuskich rówieśników. Aby to osiągnąć musiała zniszczyć swój perski język i posiąść nowy, francuski. Zrobiła to z wielką gorliwością.

Chcę być jak oni: zwyczajna, normalna, francuska. To tam toczy się życie. Tutaj czuć nędzę i wykluczenie. 

Owo tam to zwyczajna klasa w szkole, którą dzieliła z tym tutaj, czyli klasą wyrównawczą, do jakiej we francuskich szkołach uczęszczają przez pewien czas dzieci imigrantów. Pogardzała nimi, bo przypominali jej, że dla Francuzów jest taka sama jak oni.

Oni wyciągali do mnie lustro, w którym nie chciałam się przeglądać.

Gorzko wypowiada się o tym systemie.

Wyciera się nas, czyści, zawsze we francuskich wodach, by wyprać naszą pamięć i tożsamość, a kiedy jest już czyściutka, nieskazitelna i puściutka w środku, pora na zadośćuczynienie - spotkał cię wielki zaszczyt, jesteś już u Francuzów, spróbuj stanąć na wysokości zadania.

... akceptuję, że będziesz u mnie, ale pod warunkiem, że się postarasz być taki jak ja. Zapomnij, skąd pochodzisz, tutaj to już bez znaczenia. 

Potem we wczesnej młodości nastąpił etap, kiedy z jednej strony drażniło ją, że ludzie zwracali uwagę na jej perskość, niektórzy z zazdrością, podziwem, inni z pogardą, z drugiej sama lubiła tym grać, otaczać się romantycznym nimbem inności, tajemnicy. Jednocześnie zaczęło ją uwierać, że nakłada na siebie maskę romantycznej uchodźczyni. Nadal szukała swojej drogi, samej siebie. Ten proces zaczęła od odzyskiwania języka perskiego. Tym razem była to jej świadoma decyzja, nagle poczuła, że tego chce. Zachowała go, ale tylko w mowie, prawie w nim nie pisała i nie czytała. Językowi poświęca autorka sporo miejsca. Pisze o tym, jak w jej paryskim dzieciństwie toczyła się między nią, a rodzicami, szczególnie ojcem, walka o język. Ona chciała wyprzeć z siebie perski, bo ją odróżniał, był synonimem gorszości, oni chcieli, żeby posługiwała się nim na równi z francuskim. Jednocześnie, jak wiele imigranckich dzieci, była przewodniczką rodziców w nowym języku, bo zaczęła posługiwać się nim swobodnie, załatwiała w ich imieniu sprawy urzędowe.

Ciekawym doświadczeniem był pierwszy powrót do Iranu, kiedy miała dwadzieścia trzy lata. Zachłysnęła się swoją ojczyzną na nowo, nawet chciała zostać. Szybko jednak zrozumiała, między innymi dzięki babci, że we Francji stała się wyzwoloną kobietą i nie umiałaby już żyć w kraju dzieciństwa. Tak o tym pisze:

Omal nie straciłam głowy. Poślizgnęłam się na swojej tożsamości. Przewróciłam się.

Potem przyjeżdżała do Teheranu wielokrotnie, a po powrocie do Francji zawsze odczuwała ulgę.

Iran wyzuty z moich wyobrażeń i idealizacji, stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. Francji nigdy nie idealizowałam.

Mimo to ciągnie ją tam obowiązek, poczucie winy wobec współplemieńców, którzy muszą znosić irański reżim, tęsknota za rodziną, szczególnie starszym pokoleniem. Ma świadomość, że w czasie  kolejnej wizyty kogoś może już brakować. Maryam Madjidi na własnym przykładzie pokazuje całą paletę odczuć, jaka towarzyszy imigrantom. Wszystko to rozłożone na czynniki pierwsze, dokładnie zanalizowane jest naprawdę ciekawe. 

Ale obiecywałam, że wyjaśnię, jakie mam do książki zastrzeżenia. Najpierw o tym, co mnie drażniło. Momentami udziwniona forma - posługiwanie się językiem przypowieści. Ot, choćby utrzymana w takim tonie rozmowa narratorki z językiem irańskim spotkanym na ławce. Egzaltacja w warstwie językowej, która od czasu do czasu daje o sobie znać. Jest i rozczarowanie. To Marks w tytule. Brakuje mi opowieści o doświadczeniu rodziców, którzy w Iranie byli radykalnie lewicowi. Mało jest o tym, co się stało z tą ich lewicowością we Francji. Czy wrzuceni do jednego worka z innymi imigrantami wyzbyli się jej? Czy przestała być dla nich ważna, bo zaczęła ich określać imigranckość nie ona? O ile mnie pamięć nie myli, w czasie spotkania pisarka więcej na ten temat mówiła.

Leila Slimani "Cudzy kraj"

Leilę Slimani odkryłam dzięki ostatniemu Festiwalowi Conrada.

Była jedną z gościń, a ja uczestniczyłam w spotkaniu z nią. To marokańska pisarka. No właśnie - marokańska czy jednak francuska, skoro od czasu studiów mieszka i pracuje we Francji, pisze po francusku, za swoją drugą powieść, "Kołysanka", dostała Nagrodę Goncourtów? Te rozważania zostawiam na boku i przechodzę do powieści, którą przeczytałam. Zaczęłam od "Cudzego kraju" (Sonia Draga 2022; przełożyła Agnieszka Rasińska-Bóbr) ze względu na temat - akcja tej książki rozgrywa się w Maroku po drugiej wojnie z drobnymi wycieczkami w nieodległą przeszłość. To czas narastających niepokojów i rosnącego w siłę ruchu antykolonialnego. Mój wybór okazał się bardzo dobry. "Cudzy kraj" to powieść, która łączy w sobie trzy zalety - czyta się ją znakomicie, a jednocześnie jest to książka opowiadająca o ważnych sprawach, no i ma bohaterów z krwi i kości. Można ich lubić albo nie, ale są wyraziści, zniuansowani i niejednoznaczni.

Zacznę od tematyki. Muszę przyznać, że niewiele wiedziałam o stosunkach francusko-marokańskich. Sporo się mówi o Algierii, o tym, jak ten kraj krwawo wyzwalał się spod kolonialnego jarzma, o późniejszych niespokojnych czasach. Trochę o tym słyszałam, czytałam i widziałam przynajmniej dwa filmy. W pamięć zapadły mi  znakomici "Ludzie Boga" i kameralny "Ze mną nie zginiesz". Tymczasem nie miałam pojęcia o relacjach francusko-marokańskich, o tym, jak Maroko walczyło o swoją niezależność od Francuzów. Koniecznie muszę dodać, że formalnie Francja sprawowała tylko protektorat nad dużą częścią kraju. Tego też dowiedziałam się przy okazji książki. Może dlatego wydawało mi się, że ten proces przebiegł w miarę gładko. Okazuje się, że byłam w błędzie. Czasy, w których toczy się akcja powieści, to okres narastających niepokojów. W siłę rośnie ruch dążący do odzyskania suwerenności, dochodzi do brutalnych napadów na Francuzów. Krwawe zamieszki zdarzają się w miastach, ale niebezpiecznie robi się też na prowincji. Farmy należące do kolonizatorów są palone i grabione. Groza narasta, wielu Francuzów decyduje się na wyjazd albo szuka schronienia w spokojniejszym miejscu. 

Oczywiście nie wszystko jest takie proste. Nie ma zgody wśród samych Marokańczyków - jedni opowiadają się za niepodległością i są gotowi walczyć o nią, manifestując albo stosując terror, ale są i tacy, którym jest to obojętne. To przypadek Amina, głównego bohatera, Marokańczyka, który w czasie drugiej wojny walczył we francuskiej armii, zasłużył się, dostał jakieś odznaczenia. Potem wraca do Maroka ze swoją francuską żoną Mathilde i chce gospodarować na ziemi odziedziczonej po ojcu. Dla niego liczy się tylko praca na roli, nieważne, kto rządzi, nie miesza się do polityki. Boi się chaosu, sam czuje się zagrożony. Nie umie znaleźć wspólnego języka z bratem, który jest aktywnym działaczem terrorystycznego podziemia. 

Z ludzkiego punktu widzenia można też zrozumieć tych Francuzów, którzy urodzili się w Maroku, mieli tu ziemię, którą od lat uprawiali, i nie wyobrażali sobie życia w innym miejscu. Najczęściej jednak ci sami ludzie gardzili Marokańczykami albo w najlepszym razie traktowali ich protekcjonalnie. Trudno się dziwić, że nie byli tam mile widziani. Gniew nie wybiera, kieruje się najczęściej przeciw wszystkim, w czasach chaosu, walki nie ma miejsca na niuansowanie. 

Sytuacja Amina i jego rodziny jest jeszcze bardziej skomplikowana. Dla swoich jest podejrzany, bo ma żonę Francuzkę, jej krajanie traktują go z góry, a ich córka, która chodzi do francuskiej szkoły prowadzonej przez zakonnice, jest odrzucana przez białe koleżanki. Tym bardziej, że jej wygląd wskazuje na mieszane pochodzenie.

Ta kobieta spała w ramionach włochatego Araba, chama (...) Wszystko to było niewłaściwe, nie odpowiadało porządkowi rzeczy, taka miłość wywoływała nieład i nieszczęście. Mieszańcy zwiastują koniec świata.

Tak o Mathilde i jej mężu myśli biały lekarz, który przyjechał na farmę, kiedy kobieta zachorowała na malarię. I jeszcze jeden cytat.

Świat się zmienił, (...) wojna zburzyła wszystkie zasady, wszystkie reguły, jakby ludzi włożono do słoika i potrząśnięto nim, łącząc ciała, które zgodnie z wymogami przyzwoitości, nie powinny się stykać. 

Ale oprócz tła politycznego ogromną zaletą tej powieści są pogłębione i zniuansowane portrety bohaterów. Nie tylko tych głównych, czyli Mathilde i Amina. Niemal każda postać, która pojawia się na kartach książki, zostaje sportretowana. Dowiadujemy się czegoś nawet o bohaterach epizodycznych, a postacie drugoplanowe i pierwszoplanowe zostają scharakteryzowane bardzo dokładnie. Poznajemy nie tylko ich historię, ale także motywacje ich działań, dowiadujemy się, co czują. Tak jest z Aiszą, córką Amina i Mathilde, z siostrą Amina Salmą i innymi jego krewnymi. 

Na koniec chciałabym napisać jeszcze parę słów o głównej bohaterce, bo to postać niejednoznaczna i bardzo ciekawa. Uciekła w to małżeństwo, marząc o ciekawszym, lepszym życiu. Rzeczywistość okazała się znacznie trudniejsza, niż to sobie wyobrażała. I nie chodzi wcale o różnice kulturowe czy religię. Ciężkie warunki na farmie, zajmowanie się domem i dziećmi to wszystko sprawiało, że Mathilde była zmęczona i rozczarowana monotonią życia. Poza tym czuła się samotna, bo mąż zajęty pracą na farmie, co było jego pasją, nie zawracał sobie głowy jej problemami, nie bardzo je rozumiał. A ona pragnęła czegoś więcej, lubiła z życia robić zabawę. Jednocześnie buntowała się i z pokorą, albo może z rezygnacją, znosiła agresję ze strony męża. Poza tym tkwiła gdzieś pomiędzy różnymi światami. Jako żona Amina była odrzucana przez francuskich farmerów, a Marokańczycy także nie uważali jej za swoją. To sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej wyobcowana. Do tego dochodziły problemy materialne - Amin wszystkie pieniądze wydawał na ulepszanie farmy. Małżeństwo z Arabem i niższy status finansowy stawiały ją w gorszej pozycji w stosunku do matek koleżanek jej córki. Dlatego, kiedy po latach odwiedza Francję, najchętniej nie wróciłaby do Maroka, mimo że dzieci zostały z ojcem. Mathilde to postać niespełniona i nieszczęśliwa. Ale takich bohaterek i bohaterów jest w tej powieści więcej. Najbardziej tragiczny wydaje mi się los Salmy, siostry Amina. Ale o tym nie będę już pisała.

"Cudzy kraj" to bardzo interesująca i świetnie napisana powieść. Warto po nią sięgnąć.

Pierre Lemaitre "Lustro naszych smutków"

Cztery lata temu przeczytałam powieść "Do zobaczenia w

zaświatach" popularnego francuskiego pisarza Pierre'a Lemaitre. Autor otrzymał za nią prestiżową Nagrodę Gouncourtów. Już nieraz pisałam, że z braku czasu rzadko sięgam po kryminały lub powieści sensacyjne. Robię to tylko wtedy, kiedy od samej zagadki ważniejszy jest temat. Tak było i tym razem - Francja koniec pierwszej wojny, rzesza poległych i okaleczonych inwalidów. Niedawno przez przypadek odkryłam, że jest to pierwsza część cyklu Dzieci katastrofy. Właśnie ukazała się (a właściwie chyba została wznowiona) część trzecia "Lustro naszych smutków" (Albatros; przełożyła Joanna Polachowska), a jeszcze wcześniej druga, "Kolory ognia" w tym samym wydawnictwie i tłumaczeniu. Kupiłam obie, ale niemal od razu z powodu  tematu sięgnęłam po część trzecią. I cóż, mój zawód był ogromny. Tym większy, że "Do zobaczenia w zaświatach" bardzo mi się podobało. Nie tylko ze względu na sensacyjną akcję, ale także dzięki bogatym portretom bohaterów i szeroko zarysowanemu tłu społecznemu. Dlaczego teraz tak boleśnie się rozczarowałam i miałam poczucie traconego czasu? O tym za chwilę.

Akcja powieści toczy się od kwietnia do czerwca 1940. To moment w dziejach drugiej wojny, kiedy armia Trzeciej Rzeszy atakuje zachodnią Europę. Zajmuje Belgię i przekracza granicę francuską. We Francji pojawiają się tłumy belgijskich uchodźców, a wkrótce sami Francuzi zaczną uciekać na południe. Propaganda wojenna pręży muskuły, ale bolesna prawda szybko wychodzi na jaw. Chaos, błędy dowódców, rozbicie i rozproszenie oddziałów francuskiej armii. Drogi zaroiły się od uciekinierów, uchodźców, dezerterów i żołnierzy, którzy nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić. To dla Francuzów sprawa wstydliwa, podobnie jak to, co stało się po kapitulacji. I to właśnie ten temat sprawił, że po tę część cyklu sięgnęłam w pierwszej kolejności, zostawiając "Kolory ognia" na później. Po raz drugi zapytam, skąd więc rozczarowanie? Z kilku powodów.

Pierwszy i najważniejszy - niczego nowego się nie dowiedziałam. Czy dlatego, że wcześniej czytałam wybitne "Szkice piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego, które zaczynają się od tego samego - ucieczki z Paryża i wędrówki na południe? A może powodem jest to, że temat wojennych, nie tylko, uchodźców jest ostatnio z wiadomych przyczyn stale obecny w mediach? A może nic nie przebije "Internatu" Serhija Żadana, który w swojej wybitnej powieści opowiada o chaosie po wybuchu wojny w Donbasie w roku 2014? Czy dlatego stępiła się moja wrażliwość i nie robią na mnie większego wrażenia opisy ludzi wędrujących po drogach, dźwigających swój dobytek, chowających się w rowach przed bombardującymi samolotami? I nie wiem, dlaczego czytając te fragmenty, nie mam takiego poczucia, jakie zdarza mi się w podobnych sytuacjach, że historia znowu się powtarza. A przecież tak jest! Czy to wina moja, czy autora? A może kanty łagodzi epilog, z którego czytelnik dowiaduje się o dalszych losach bohaterów? Niby potrzebuję nadziei, ale jakoś w tym wypadku to dopowiedzenie historii głównych postaci było w moim odbiorze jakimś zgrzytem. Nie mogę jednak wykluczyć, że wielu czytelników nieznających książek, które wymieniłam, i mniej obytych z tematem, zareaguje odwrotnie i zrobi na nich duże wrażenie opis dramatu uchodźców, wojennego chaosu, a epilog pocieszy. Może poczują nieoczekiwaną aktualność tej historii.

Jest i drugi powód mojego rozczarowania. Autor, podobnie jak w pierwszej części, posłużył się dobrze znanym chwytem - śledzi losy kilku bohaterów, których historie jakoś się połączą. Nie on pierwszy, nie ostatni. Tym razem jednak jakoś bardzo szybko domyśliłam się, jaki jest związek pomiędzy nimi i w którym miejscu się ostatecznie spotkają. Intryga, zagadka, nie były aż tak fascynujące i skomplikowane jak w przypadku pierwszej części cyklu, "Do zobaczenia w zaświatach". Stąd znużenie i poczucie, że tracę czas na coś, co bardzo dobrze już znam z innych książek.

I wreszcie powód trzeci - tym razem nie potrafiłam się jakoś specjalnie przywiązać do bohaterów. Ich losy ani mnie ziębiły, ani grzały. Nie współczułam im, nie podziwiałam i niespecjalnie obchodziły mnie łajdactwa niektórych. Może największe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty opowiadające o ewakuacji więźniów, wśród których obok pospolitych przestępców byli także polityczni, dezerterzy i pacyfiści. Nie wiadomo, co z nimi zrobić, czym nakarmić, jak pilnować. Jeśli coś mną wstrząsnęło, to sposób, w jaki dowódcy potraktowali tych, którzy byli ranni albo słabi z powodu choroby.

Nie wykluczam, że ta powieść innym się spodoba, mnie rozczarowała. Przy okazji pojawił się dylemat - czy warto czytać część drugą? Skoro kupiłam, pewnie jednak kiedyś przeczytam. 

Liliana Hermetz "Rozrzucone"

Do powieści Liliany Hermetz "Rozrzucone" (Wydawnictwo

Literackie 2021) przymierzałam się, od kiedy tylko znalazła się w moim ukochanym czytniku. Nie znam dwóch wcześniejszych książek autorki, chociaż o niej wcześniej słyszałam. Trudno było zresztą nie usłyszeć, skoro za wydaną w 2015 roku "Alicyjkę" otrzymała prestiżową Nagrodę Conrada przeznaczoną dla debiutantów. Na tamtą powieść wtedy jakoś nie miałam ochoty, a i dziś, kiedy przeczytałam opis, niekoniecznie, bo coś czuję, że to nie jest rzecz dla mnie, ale zobaczymy, może z ciekawości jednak się skuszę. Tymczasem Liliana Hermetz zmieniła wydawnictwo z małego (Nisza) na duże i napisała grubą powieść (czterysta stron) bardziej dla czytelnika niż dla krytyków. Może nie powinnam wyciągać aż tak daleko idących wniosków, może jestem w błędzie, bo przecież nie znam jej dwóch poprzednich książek, ale z opisu wydają mi się właśnie takie - zachwycą się nimi krytycy, niekoniecznie publiczność. Tymczasem "Rozrzucone" nie wzbudziły takiego zachwytu recenzentów, chociaż natknęłam się też opinie pozytywne, nie znalazły się w licznych topkach sporządzanych na koniec roku. Zauważyłam je tylko w jednym zestawieniu, a zajrzałam do wielu. Tymczasem mnie ta powieść przyciągnęła, wysłuchałam jakiegoś wywiadu z autorką, uznałam, że to coś dla mnie, trochę się wahałam ze względu na ten brak entuzjazmu, w końcu jednak kupiłam, a potem stale już, już miałam się za nią zabrać, po czym sięgałam po coś innego. No ale ostatnio w tych cholernych okolicznościach  ciągnie mnie bardziej do powieści niż literatury faktu, więc wreszcie "Rozrzucone" doczekały się swojego czasu. 

Przeczytałam tę książkę z wielką przyjemnością, chociaż oczywiście nie opowiada o łatwych sprawach. Mało tego, uważam, że właśnie takie książki powinno się promować, bo w przystępny, interesujący sposób, ale jednocześnie niepozbawiony literackich walorów, opowiadają o ważnych sprawach. Dla mnie te historie nie były niczym nowym, ale jestem przekonana, że dla wielu czytelników mogą być odkryciem. Jest to historia kilku kobiet z rodzin, które wywodzą się z polsko-ukraińskiego pogranicza, rozpisana na dziesięciolecia. Akcja, prowadzona niechronologicznie, sięga czasów sprzed drugiej wojny, incydentalnie zahacza nawet o drugą połowę wieku XIX, mocnym jej punktem jest wojna, a potem czasy PRL-u i transformacji, aż po współczesność. Bohaterek jest wiele, kilka tych najważniejszych pochodzi z jednej rodziny, inne  do tej rodziny dołączyły dzięki małżeństwu, jeszcze inne krążą wokół jej orbity za sprawą życiowych komplikacji. Jednym autorka poświęca więcej miejsca, innym mniej, a niektóre pojawiają się epizodycznie. (Trochę żałuję, że tylko trzy to te najważniejsze, najlepiej sportretowane, te, z którymi obcujemy najwięcej. Chętnie przeczytałabym więcej i o Zosi, i o Anastazji, a szczególnie o Marcie.) Podobnie autorka obchodzi się z czasem, który raz zwalnia, raz przyspiesza. Z tego wszystkiego wyłania się taki życiowy fresk, powieść o ważnych sprawach z przeszłości, często rzutujących na współczesność, i o tym, jak radzić sobie z rzeczywistością, aby ocalić siebie, aby jednak mimo różnych okoliczności, raz koszmarnych, tragicznych, raz bardziej sprzyjających, umieć pogodzić się z losem i na koniec powiedzieć, że mimo wszystko bilans wychodzi dodatni. I w tym sensie jest to powieść optymistyczna, krzepiąca. Ale to pokrzepienie niełatwe, za to po prostu mądre. Moim zdaniem nie ma innego. O ile oczywiście z racji miejsca urodzenia albo innych okoliczności nie jesteś takim pechowcem, który zawsze ma pod górkę i pod wiatr. Wtedy nawet o takie pokrzepienie trudno.

Jeśli wybierasz życie, bierzesz na siebie ryzyko, że nie wszystko ci się uda. Może uda ci się praca, ale mniej rodzina,, może będziesz wiedzieć, co to ta prawdziwa miłość, a może się nie dowiesz. Możesz mieć dobre zdrowie, ale zaginie ci dziecko. Nigdy nie da się powiedzieć naprzód, jak to będzie. jakie to życie będzie. Boisz się tylko, żeby się taka wojna nie powtórzyła.  

Jak ty masz dziecko, to jest zawsze wielkie ryzyko. Nie wiesz, jakie ono będzie. nie możesz wiedzieć, czy do końca będziesz go mieć. Ono będzie żyć dla siebie tak czy tak.  

Te przenikliwe słowa, które teraz nabrały dodatkowych znaczeń, wypowiada pod koniec życia jedna z głównych bohaterek tepowieści, Irene, nazywana czasem Madame, a naprawdę Marysia. Urodzona przed wojną w małej wiosce w ukraińskiej rodzinie. Jako piętnastolatka wywieziona na roboty do Niemiec. Potem trafiła do Francji, bo nie bardzo miała do kogo wracać, więc skorzystała z tego, że zakochał się w niej młody Francuz, Alzatczyk i z nim związała swe losy. Z perspektywy polskiej rodziny osiągnęła sukces. W czasach PRL-u przysyłała paczki, ściągała licznych członków swojej rodziny do siebie do Strasburga i dawała im szansę na pracę w rodzinnej restauracji. Jej wizyty w Polsce zawsze budziły ekscytację. Była kimś, Madame z Francji, której się powiodło. Ale ten sukces był przecież względny. Okupiony ciężką harówką w rodzinnej restauracji i od początku nie wszystko układało się jak po maśle. W tym samym monologu Irene zastanawia się, jakby potoczyło się jej życie, gdyby została w Przemyślu z ojczymem i młodszym rodzeństwem. Lepiej? Gorzej? Może to właśnie wywózka, mimo okropnych przeżyć, dała jej szansę, uratowała?

Są jeszcze dwie bohaterki, które autorka wyróżnia. To Ksenia, ulubiona ciotka Irene-Marysi, też Ukrainka pochodząca z tej samej wioski. Dziwaczka, nielubiana przez otoczenie, ciężko pracująca w małym gospodarstwie, brudna, okutana w kilka warstw ubrań z obawy przed przeziębieniem, nieufna, strzegąca swoich skrzyń, jakby ukrywała w nich coś niebywale cennego. I jej będzie dany wyjazd do Irene, ale wróci do Polski jak większość z tych, których Madame ściąga do siebie, aby poprawić ich los. Trzecia główna bohaterka to przedstawicielka młodszego pokolenia, Lala, Eulalia, córka kuzyna Irene. Pochodzi z mieszanej rodziny - ze strony ojca ukraińskiej, ze strony matki polskiej. Skończy studia i wyfrunie z rodzinnych stron, ale zawsze będzie tu wracać, bo korzenie, historia rodziny są dla niej ważne. Najbardziej świadoma z nich wszystkich, a dzięki wykształceniu obeznana z procesami historycznymi i społecznymi. Być może z całej polskiej rodziny najbliższa francuskiej ciotce. Również ona potrafiła dogadać się z Ksenią i mimo jej dziwactw bardzo ją lubiła. Liliana Hermetz świetnie pokazuje wspólnotę losu kobiet. Niezależnie od statusu materialnego czy od pokolenia wszystkie harują, są wiecznie w biegu, pochłonięte tą uciążliwą codziennością, sprawami, które trzeba załatwić, pracami, które trzeba wykonać. Poznajemy ich codzienny trud w trzech rozrzuconych w powieści rozdziałach zatytułowanych Dzień z życia ...., kapitalnie napisanych.

"Rozrzucone" to opowieść o kobietach, ale także o wielu innych sprawach. Bardzo istotny jest problem tożsamości. Kim są bohaterki? Ukrainkami? Polkami? A Irene? Francuzką? Co to znaczy być Ukrainką, jeśli żyje się w Polsce? Takie pytania stawia autorka. Ale kto uważnie śledził tę notkę, domyśli się, że porusza także problemy emigracji, polskich kompleksów wobec zachodniego świata, a jednocześnie naszego poczucia wyższości. Jest też opowieść o przymusowych przesiedleniach Ukraińców po drugiej wojnie do Związku Radzieckiego. Jeśli ktoś chciałby temat zgłębić, polecam znakomitą książkę Moniki Sznajderman "Pusty las". Pojawia się też wątek pracy przymusowej w czasie drugiej wojny i eksperymentów medycznych dokonywanych na więźniach obozów pracy. No i wreszcie obraz powojennej Europy i dipisów, ludzi wyzwolonych z obozów, którzy nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić. Czasem te wiadomości historyczne pojawiają się może trochę, podkreślam trochę, w sztuczny sposób, jakby autorka koniecznie chciała przekazać czytelnikowi jak najwięcej. Jest jednak możliwe, że wielu czytelników nie zwróci na to uwagi, za to odkryje dla siebie problemy z przeszłości, o których dotąd niewiele wiedziało albo z goła nic. To wielka zaleta tej powieści. Z tego względu warto polecić ją także młodym czytelnikom.

Oprócz znakomicie nakreślonych portretów głównych bohaterek i interesująco naszkicowanych tych drugoplanowych i epizodycznych ta powieść ma jeszcze jedną ogromną wartość. To znakomity język. Autorka obdarzona jest niewątpliwie słuchem językowym. Bohaterowie mówią w różny sposób w zależności od środowiska, w jakim się wychowali, wykształcenia, a przede wszystkim narodowości. Inaczej mówi Ksenia, inaczej Irene, a jeszcze inaczej Lala. Poza tym autorce nie są obce językowe zabawy i eksperymenty. Czasem wypuszcza się w rejony, które mnie przypominają styl znakomitej powieści Zyty Rudzkiej "Krótka wymiana ognia".

Cieszę się, że w końcu sięgnęłam po "Rozrzucone" i naprawdę polecam. To powieść dla każdego - tego, kto ceni  po prostu żywioł opowieści, tego, kto lubi przywiązać się do bohaterów, tego, kto chciałby się czegoś dowiedzieć i nad czymś zastanowić, a wreszcie dla tego, kto ceni językowy kunszt. 

Edouard Louis "Koniec z Eddym"

Nie wiem, jak to się stało, że prawie zupełnie umknęło mi pojawienie się na polskim rynku wydawniczym francuskiego pisarza Edouarda Louisa. Kiedy teraz po przeczytaniu jego debiutanckiej powieści "Koniec z Eddym" (Pauza 2019; przełożyła Joanna Polachowska), która w Polsce ukazała się w drugiej kolejności, rzuciłam się, aby szukać jakichś wywiadów z autorem, okazało się, że jest ich sporo, a znakomita większość dotyczy powieści, która w Polsce ukazała się jako pierwsza, czyli "Historii przemocy". Nie powiem, żeby wtedy, w roku 2018, ten tytuł nie obił mi się o uszy, ale jakoś nie zadałam sobie trudu, aby sprawdzić, co to jest. Wstyd się przyznać, byłam przekonana, że to rzecz popularnonaukowa. Aż jakiś czas temu usłyszałam o powieści "Koniec z Eddym". Jak magnes podziałała na mnie informacja, że to beletrystyczny rewers znakomitej autobiografii francuskiego filozofa i pisarza Didiera Eribona "Powrót do Reims". Ta super ważna książka, lektura obowiązkowa, zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Dlatego natychmiast "Koniec z Eddym" kupiłam. Moment lektury też nie był przypadkowy. Otóż postanowiłam przeczytać ją w przerwie pomiędzy pierwszym, a drugim tomem neapolitańskiego cyklu Eleny Ferrante. Im większa irytacja na przegadanie i doskonałą przezroczystość stylu "Genialnej przyjaciółki" mnie ogarniała, tym bardziej chciałam sprawdzić, jak o tym podobnych problemach piszą inni.

I rzeczywiście "Koniec z Eddym" to antypody włoskiej powieści. Przede wszystkim jest to książka krótka - niecałe dwieście stron. Ja, miłośniczka grubych cegieł, po raz kolejny przekonuję się, że czasem mniej znaczy więcej. Że wszystko zależy od możliwości pisarza i nie zawsze trzeba zaczerniać tysiące stron, aby dosadnie i mocno przekazać czytelnikowi to, co ma się do powiedzenia. Że siła tkwi w języku i w emocjach. Taki właśnie jest "Koniec z Eddym", krótki, zwięzły, ale niezwykle dosadny i mocny. Często czytałam powieść Edouarda Louisa z dojmującą przykrością, ale nie potrafiłam odłożyć lektury. Kiedy skończyłam, miałam potrzebę przeczytania jakiejś rozmowy z pisarzem, drążenia tematu. No i natychmiast wpisałam "Historię przemocy" na listę książek, które chcę przeczytać, chociaż wiem, że będzie to jeszcze trudniejsza lektura. (Już przeczytałam! Wkrótce napiszę i o niej.)

"Koniec z Eddym" to ubrana w formę powieściową, dość surową, historia dzieciństwa i dorastania pisarza. Jego los był rzeczywiście dość podobny do losu Didiera Eribona. Tytułowy Eddy, jak wielu jemu podobnych, już w dniu urodzenia skazany jest na porażkę, historia jego życia została napisana w momencie, kiedy przyszedł na świat w robotniczej rodzinie w małym miasteczku w Pikardii. Ślepy przypadek sprawił, że wyciągnął złą kartę. A przecież mógł urodzić się w dobrze sytuowanej rodzinie paryskich intelektualistów, lekarzy albo prawników. Mogło być oczywiście jeszcze lepiej, gdyby był synem bogatego przemysłowca albo bankiera. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że i tak nie trafił najgorzej. Na samym dnie znalazłby się, gdyby przyszedł na świat w rodzinie z nizin społecznych w Afganistanie albo w Salwadorze czy w innym podobnym miejscu. Tym bardziej historia Eddiego powinna być nam bliska, bo toczy się tuż obok, w centrum Europy, w bogatej Francji. Właściwie współcześnie, a nie w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku.  

Na co los skazał Eddiego? Na biedę. Na chodzenie w cienkiej kurtce zimą. Na wieczory, kiedy jedyną kolacją jest mleko. Na mieszkanie w zawilgoconym domu w potwornej ciasnocie. Na przemoc w rodzinie, bo bicie i wyzywanie to jedyne metody wychowawcze, jakie znają tamtejsze rodziny. Na słuchanie kłótni, wrzasków i wyzwisk rodziców oraz starszego rodzeństwa. Na życie w środowisku, gdzie podział na świat silnych, agresywnych mężczyzn i podporządkowanych im, słabych, zaharowanych kobiet jest czymś normalnym. Na brak czułości i serdeczności. Na brak jakichkolwiek innych rozrywek poza tymi, które płyną z włączonego cały dzień telewizora albo wysiadywania z kolegami na autobusowym przystanku. Na wszechogarniający prymitywizm. Na byle jaki, prosty, wulgarny język. Na alkoholizm. Na nienawiść do muzułmanów, Arabów, kolorowych i gejów. Na patrzenie na bezsilność rodziców - na ojca, który po wypadku w fabryce, jedynym miejscu zatrudnienia w okolicy, skazany jest na wegetację, na matkę, która musi zajmować się domem i podejmować nisko płatne prace, aby zapewnić jakikolwiek byt rodzinie. Na brzydkie, zdewastowane otoczenie. Tak, los Eddiego został z góry zaprogramowany - miał skończyć najbliższą szkołę podstawową, najbliższe gimnazjum, a potem podjąć pracę w tej samej odlewni, w której pracowali niemal wszyscy mężczyźni z okolicy. Po pracy pić z kumplami, opowiadać grube dowcipy, naśmiewać się z głupich bab i z pedałów. Spotykać się z dziewczynami, uprawiać pokątny seks, zrobić jednej z nich dziecko, ożenić się. Nie wychylać nosa poza najbliższe miasteczko. I tak do końca. Dzień za dniem. Bez perspektyw.

Ale ślepy los zażartował z Eddiego w dwójnasób. Nie dość, że przyszedł na świat w robotniczej rodzinie w małym miasteczku w Pikardii, to jeszcze urodził się odmieńcem. Od początku był inny. Miękki, delikatny, nie panował nad gestykulacją. Nie chciał grać w piłkę jak wszyscy chłopcy. Miał inne zainteresowania. Obraza dla ojca, który musi mieć syna. A tu taki syn, nie syn. W dodatku, o czym przekonał się z czasem, podobali mu się chłopcy. Chociaż długo robił, co mógł, aby chodzić z dziewczyną jak wszyscy jego koledzy. Dlatego Eddy oprócz biedy, słownej i fizycznej przemocy w domu, co było codziennością jego rówieśników, codziennością, na którą nie zwracali uwagi, bo innej przecież nie znali, doświadczył przemocy w szkole ze strony rówieśników. Przemocy, której biernie się poddawał, którą znosił z pokorą, o której nikomu nie mówił. Żeby oddalić od siebie podejrzenie o bycie gejem, pedałem, ciotą, jak mówili wszyscy, przybierał maskę homofoba i  szukał kogoś, z kogo i on mógłby szydzić, kogo mógłby ustawić jeszcze niżej w hierarchii. 

A jednak na przekór wszystkiemu od czasu do czasu jednemu z takich Eddich się udaje. Uciec z Pikardii, uciec z Reims, uciec od środowiska, od kolegów. Zdobyć wykształcenie, próbować realizować swoje marzenia, rozwijać się. Niestety nie dzieje się tak w wyniku jakiejś przemyślanej strategii społecznej, która pozwalałaby uzdolnionym dzieciom piąć się w górę, a tym, którzy chcą pracować w fabryce, ktoś przecież musi, godnie żyć. Jeśli Eddiemu się udało, to zawdzięczał to swojemu talentowi, determinacji, o paradoksie,  napędzanej gniewem i nienawiścią, nielicznym dobrym ludziom, których spotkał na swojej szkolnej drodze. Aby uwolnić się od pogardy i nienawiści, musiał uciec, nie tylko od miejsca, ale i od ludzi.

Bardzo ważna książka, która pokazuje, skąd się biorą wyborcy Frontu Narodowego we Francji czy innych populistycznych ruchów w Europie i na świecie. Zostawieni sami sobie, upokorzeni, zapomniani przez państwo, niedostrzegani lub pogardzani przez tych, którzy urodzili się w pięknych dzielnicach, zdradzeni przez lewicę, podążają za tymi, którzy suflują im łatwe rozwiązania i pokazują wroga - muzułmanów, Arabów, kolorowych i gejów. Kto nie ma siły zmierzyć się z "Powrót do Reims" Didiera Eribona, książką bardziej wymagającą, powinien sięgnąć po powieść Edouarda Louisa. A najlepiej przeczytać obie.

PS. A o tetralogii Eleny Ferrante napiszę, kiedy przeczytam całość. Właśnie jestem na etapie części drugiej. 
PS2. Na etapie części drugiej byłam, kiedy pisałam tę notkę. Kilka dni temu skończyłam całość. Za jakiś czas podzielę się refleksjami.

Sabri Louatah "Dzikusy. Francuskie wesele" (tom I)

Skuszona szumem medialnym w poważnej prasie sięgnęłam po książkę francuskiego pisarza Sabriego Louataha „Dzikusy. Francuskie wesele” tom I (W.A.B. 2017; przełożyła Beata Geppert). Gdyby nie wywiad w Gazecie Wyborczej o autorze nie  wiedzielibyśmy wiele, nawet na stronie wydawnictwa nie ma żadnej (!) informacji, co uważam za skandal. Nie dowiemy się również z rzeczonej strony, ile tomów liczy całość. Dopiero w Wikipedii i wspomnianym wywiadzie znalazłam, że cztery. W tym miejscu muszę pozwolić sobie na złośliwość, na którą od dawna mam ochotę – odkąd W.A.B. stało się częścią Grupy Wydawniczej Foksal, ich strona internetowa jest po prostu beznadziejna! Ale wróćmy na chwilę do autora – Francuz kabylskiego pochodzenia, mieszka w Stanach i do Francji nie zamierza wracać, „Dzikusy” to jego debiut. Kolejną powieść pisze już po angielsku.

Kim są Kabylowie? Przyznam, że nie miałam pojęcia, ale od czegóż internet. Jest to jeden z narodów berberyjskich zamieszkujący między innymi tereny północno-wschodniej Algierii. Warto dodać, że Kabylowie nie są Arabami i uważa się ich za rasę białą. Często to blondyni o niebieskich oczach. Oczywiście dla Francuzów ten fakt nie ma znaczenia, w powszechnej świadomości są kimś gorszym, skoro pochodzą z Algierii. Wrzuca się ich do jednego worka z Arabami albo wręcz z nimi myli. O tym opowiada Louatah we wspomnianym wywiadzie, o tym jest powieść. Bo jej bohaterami są przede wszystkim właśnie Kabylowie – kabylski ród Narruszów.

Akcja pierwszego tomu rozgrywa się w ciągu jednej sobotnio-niedzielnej doby głównie w Saint-Etienne, robotniczym mieście w centralnej Francji, potem w Paryżu. Atmosfera jest niezwykle gorąca, dla rodu Narruszów podwójnie – przygotowują się do wesela jednego z kuzynów, a w niedzielę odbywa się druga tura wyborów prezydenckich. Wyborów historycznych, bo zmierzą się w nich Sarkozy i Szawisz, reprezentujący centrolewicę kandydat pochodzenia algierskiego, ściślej kabylskiego właśnie, oczywiście postać fikcyjna. Nic dziwnego, że cała Francja oszalała. W niedzielę na ulice wylegną tłumy jego zwolenników, aby na żywo albo na telebimach śledzić poczynania swojego kandydata. Do lokali wyborczych ustawią się długie kolejki. Podobno to właśnie Louatah, a nie Houellebecq, wpadł pierwszy na pomysł, aby kandydatem na prezydenta Francji uczynić muzułmanina, nierodowitego Francuza. Chociaż Szawisz muzułmaninem jest raczej z tradycji. Skończył najlepszą francuską uczelnię, jest ateistą. Czy ostatecznie wybory wygra, tego z pierwszego tomu się nie dowiemy.

Trzeba przyznać, że powieść znakomicie się czyta. Na pewno wpływ na to ma filmowa konstrukcja. Naprzemiennie śledzimy różne wątki, przyglądamy się różnym bohaterom. Nie od razu wiemy, kto jest kim, co go łączy z rodem Narruszów, ale domyślamy się, że losy wszystkich splotą się ze sobą w odpowiednim momencie. Sceny zmieniają się szybko, jak w kalejdoskopie. Napięcie podbija jeszcze to, że niemal każdy rozdział zaczyna się od podania dokładnego czasu. Od razu czujemy, że coś się musi zdarzyć. Przyjemność sprawia też podglądanie członków rodu. A rodzina to rozległa. Na jej czele stoi seniorka – babka. Potem są jej liczne dzieci i wnuki. To właśnie jeden z nich, Slim, żeni się z arabską dziewczyną, której rodzina pochodzi z Algierii. Między Kabylami i Arabami nie ma zgody. Obie nacje za sobą nie przepadają, co ma wpływ na weselną atmosferę. Każda z rodzin gardzi tą drugą. Nie podobają się stroje, muzyka, kuchnia. Rodzina panny młodej, która przygotowuje uroczystość, złośliwie sadza Narruszów przy stołach znajdujących się z boku. Dla nich to oczywiście despekt. Didżej gra tylko arabskie piosenki, zapominając o kabylskich. To też nie może się podobać.

Losy członków rodu Narruszów układają się różnie. Pokolenie rodziców wykonuje najczęściej proste prace - to kierowcy autobusów, robotnicy, opiekunki w żłobku. Nie skończyli studiów, mieszkają w gorszych dzielnicach, nie są zamożni, ale trudno ich nazwać biednymi. Wielkie znaczenie mają dla nich więzi rodzinne, trzymają się razem, ale nie są specjalnie religijni. Inaczej wygląda sytuacja ich dzieci. W tym pokoleniu są już studenci, biznesmeni, a jeden z kuzynów został aktorem – gra główną rolę w popularnym telewizyjnym serialu. Jednym z ważniejszych bohaterów jest Karim, kuzyn pana młodego. To o nim dowiadujemy się najwięcej, jego portret jest najgłębszy. Chodzi jeszcze do szkoły. Nie ma łatwego charakteru. Prowadzi jakieś podejrzane interesy, nie stroni od narkotyków, przysparza matkę o ból głowy. W gruncie rzeczy jest bardzo wrażliwym chłopakiem. Ma słuch absolutny, ale porzucił muzykę. Na jego życiu położyły się cieniem dwa zdarzenia – śmierć ojca i zawód miłosny. Zakochał się w niewłaściwej dziewczynie – z bogatego, francuskiego domu. Za wysokie progi - Karim mógł być jej kumplem, ale nie obiektem miłosnych uniesień. Przyznam, że jego portret wydał mi się dość stereotypowy, przewidywalny. I taka jest cała powieść, a właściwie pierwszy tom – sprawnie napisany, ale trudno powiedzieć, aby diagnoza francuskiego społeczeństwa była jakoś szczególnie odkrywcza. Znacznie więcej interesujących spostrzeżeń znalazłam w wywiadzie, do którego już  kilkakrotnie się odwoływałam. Zresztą autor nie ukrywa, że zależało mu na komercyjnym sukcesie. Nie należy jednak zapominać, że to dopiero część pierwsza. Może kolejne wyjdą poza stereotypy. Oczywiście czekam na ciąg dalszy. Nie ukrywam, że bardzo jestem ciekawa, co się wydarzy.

PS. Tak się dziwnie złożyło, że kiedy przeczytałam powieść, ze zdumieniem odkryłam, że w moim mieście w Muzeum Etnograficznym jest wystawa poświęcona ... Kabylom. Czym prędzej pobiegłam. Chociaż niewielka, to bardzo ciekawa.

 

Popularne posty