Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty

Szczepan Twardoch "Null"

Do twórczości Szczepana Twardocha mam stosunek mieszany. Moje

pierwsze spotkanie z jego książkami to "Morfina", którą, pamiętam, połknęłam niemal w transie. Ale już wtedy pozostałam sceptyczna. Uznałam tę powieść za postmodernistyczne czytadło dla czytelnika z ambicjami. Potem przeczytałam "Króla", bo podobnie jak w przypadku "Morfiny" dałam się złapać na temat - tu międzywojenna Warszawa, tam Warszawa i nie tylko zaraz po wybuchu drugiej wojny. No a potem podziękowałam i nie skusiłam się nawet na "Królestwo", czyli kontynuację "Króla". Zabieg z jakimś dziwnym narratorem przyglądającym się wszystkiemu z zaświatów zastosowany po raz drugi wydał mi się już nużący i manieryczny. Uznałam też, że szkoda mi czasu na ambitne czytadła. Dlatego długo broniłam się przed najnowszą powieścią Szczepana Twardocha "Null" (Marginesy 2025), chociaż oczywiście recenzje miała bardzo dobre, ale to w jego przypadku nic nadzwyczajnego. Pisarz cieszy się uznaniem zwyczajnych czytających oraz światka recenzenckiego. W końcu jednak skapitulowałam i znowu ze względu na temat - wojna w Ukrainie. Tym bardziej, że właśnie skończyłam znakomitą powieść irlandzkiego pisarza Sebastiana Barry'ego "Tak daleko od domu", której akcja toczy się na froncie pierwszej wojny światowej.

Podobnie jak przy okazji poprzednich lektur dałam się wciągnąć "Nullowi". Ucieszyło mnie, że tym razem pisarz porzucił swoje zabawy z dziwacznym narratorem, narracji w drugiej osobie nie uznałam za ekstrawagancję. Jak się później okazało, nie do końca porzucił, bo w finale okazuje się jednak, że za narracją drugoosobową coś się jednak kryje. No ale to dopiero w finale. 

Muszę przyznać, że mojej lekturze towarzyszyły wątpliwości. Bo po pierwsze zawsze jednak podejrzane wydaje mi się i jakoś niestosowne, że powieść o tematyce wagi bardzo ciężkiej czyta się jednym tchem. Nie wiem, czy tak powinno być. A po drugie miałam wrażenie, że nie dowiaduję się  niczego nowego, no może poza obrazem żołnierzy pozostających na nullu, czyli na najdalej wysuniętej linii frontu. Natomiast wszystkie dylematy moralne, wszystkie problemy towarzyszące ukraińskiej wojnie, wszystkie te dyskusje znam, bo śledzę na bieżąco to, co się dzieje. Zaraz jednak przychodziła refleksja - no dobrze, ale nie każdy to robi. Polacy, a inni Europejczycy jeszcze bardziej, są zmęczeni tą wojną, nie chcą o niej słuchać ani czytać. Może więc niepotrzebnie czepiam się najnowszej powieści Szczepana Twardocha, bo tak popularny pisarz ma szansę otworzyć im oczy, ponownie, uzmysłowić, co się tam dzieje, jakie wojna niesie dylematy i problemy. Tym bardziej, że "Null" powstał na zamówienie niemieckiego wydawcy, początkowo miał być reportażem albo esejem, ale okazało się, że autor nie czuje tej formy i  coś zaczęło mu wychodzić dopiero wtedy, kiedy wrócił do powieści. O tym wszystkim opowiadał w licznych wywiadach promujących "Nulla". Muszę jeszcze koniecznie dodać, że Szczepan Twardoch  bardzo dobrze zna problemy, o których pisze, bo wielokrotnie jeździł do Ukrainy w strefę przyfrontową jako wolontariusz przywożący sprzęt dla wojska, na co zbiera pieniądze i chwała mu za to. Spotykał się z żołnierzami, rozmawiał z nimi, ma tam znajomych, dlatego jego wiedza jest wiedzą insiderską, a do tego w stopce redakcyjnej wymienionych jest dwoje konsultantów merytorycznych. Tak więc przestaję się czepiać "Nulla", bo może spełnić ważną rolę, o ile literatura w ogóle może coś zmieniać.

Głównym bohaterem powieści jest ponad czterdziestoletni Polak, wojskowa ksywka Koń, w poprzednim życiu dobrze prosperujący historyk z Warszawy. Kiedy wybuchła wojna, najpierw jeździł do ogarniętej wojną Ukrainy jako właśnie taki wolontariusz z darami dla wojska, a potem zaciągnął się do legionu międzynarodowego, aby w końcu przejść do regularnej ukraińskiej armii, gdzie początkowo obsługiwał drony, później jednak z własnej woli, bo jako ochotnik nie-Ukrainiec nie musiał, trafił na ów tytułowy null na pozycję wysuniętą za Dniestr, skąd bardzo trudno będzie wrócić. Właściwie to misja straceńcza i nie wiadomo po co. Po to żeby odbić parę kilometrów terenu? W każdym razie jaki jest jej cel i sens, nie wiedzą zwykli żołnierze, którzy kryją się w piwnicach zburzonych domów lub w ziemnych jamach w miejscu, które kiedyś było spokojną wsią. Siedząc w takiej jamie z jeszcze jednym żołnierzem, Koń wspomina swoje dawne życie, opowiada o poznanych żołnierzach i oczywiście o dylematach oraz problemach, które nieodłącznie towarzyszą tej wojnie. Dlaczego zaciągnął się do wojska? Dlaczego dał się wywieźć za Dniepr na null? Cóż, nie zdradzę niczego, bo wytrawna czytelniczka i takiż czytelnik domyślą się, że jedną z opcji jest oczywiście jakaś mniejsza czy większa tragedia, która go spotkała w poprzednim życiu, ot, choćby zawód miłosny. Klisza klisz. Co to ostatecznie było, tego nie zdradzę. Trzeba też przyznać, że nie dowiemy się tego do końca. Bardziej domyślimy, niż zostanie nam to dosłownie powiedziane. To zaliczam na plus.

Natomiast dla mnie minusem są literackie szwy, które widać w nawiązaniach do "Iliady" oraz innych starożytnych eposów i koncepcji wiecznej chwały, jaką można tam znaleźć. Żołnierze, oczywiście nie wszyscy, tylko ochotnicy, stanęli być może przed takim dylematem, przed jakim w "Iliadzie" stanął Achilles.

Żywotność tej idei jest zaskakująca: pojawia się w "Iliadzie", gdzie Tetys, matka Achillesa, wyjawia mu, że los daje mu wybór: pozostawszy w Troi, może żyć krótko i wielkimi czynami zyskać kleos afthiton, wieczną chwałę, lub powrócić do domu i żyć długo i w niesławie i Achilles prawie wybiera ten los (...) i dopiero śmierć Patrokla wypełnia go gniewem i skłania do walki. (...) Kiedyś się tym zajmowałeś, taką refleksją, w świecie, którego już od dawna nie ma.

Ot, taki erudycyjny zabieg, aby ambitne czytelniczki i tacyż czytelnicy poczuli się lepiej. Może jednak niepotrzebnie się wyzłośliwiam.

A poza tym Szczepan Twardoch porusza w swojej powieści całe spektrum problemów, jakie niesie ta wojna i pewnie inne też. Jakie to problemy i dylematy? Że z dala od frontu życie toczy się niemal normalnie, można zjeść obiad w luksusowej włoskiej restauracji, w której kelnerka dosmaczy wykwintne danie odrobiną startych trufli. Że wojna zrównuje ludzi z różnych klas społecznych, ale nie zawsze łatwo pozbyć się pogardy wobec kogoś, z kim nie dzieli się żadnych przekonań i wartości. Że ci, którzy trafili na front jako ochotnicy, gardzą tymi, którzy trafili tam przymuszeni przez regularny pobór, a jeszcze bardziej tymi, którzy od wojny się uchylają, żyjąc wygodnie za granicą. I kto jest lepszy - wróg walczący z pobudek ideowych, które my uznajemy za błędne, czy swój, który od wojny stara się trzymać tak bardzo z daleka, jak to w wojennych warunkach możliwe? I kiedy skończyć tę wojnę? Na jakie kompromisy trzeba będzie pójść? I czy rzeczywiście trzeba będzie? A może należy walczyć do końca? Ale co jest tym końcem? No i gorzka refleksja, że kiedyś za lat powiedzmy dwieście, jeśli coś jeszcze za te dwieście lat będzie, ta wojna, na której teraz giną żołnierze i cywile, w podręcznikach historii zostanie sprowadzona do dwóch linijek. Bo taka jest kolej rzeczy, tak dzieje się z każdą wojną. Jest datą w podręczniku, z którego cierpienie ludzi, jej bezsens lub sens gdzieś z upływem stuleci wyparowały. A i jeszcze jedno, skoro głównym bohaterem jest Polak, nie mogło zabraknąć odniesień do stosunków polsko-ukraińskich z czasów drugiej wojny.

Najbardziej przejmujące są oczywiście opisy egzystencji na nullu, czekanie na śmierć. 

Plusem powieści jest odtworzenie realiów wojny, sylwetki bohaterów, nawet tych drugoplanowych, wciągające wydarzenia. Cóż, Szczepan Twardoch potrafi sprawić, że czytający zostają wciągnięci w świat jego bohaterów. Użyłam z rozmysłem tej męskiej formy, bo jest to świat męskocentryczny. Bohaterka, nie licząc epizodycznie wspominanych matki i siostry Konia, jest tylko jedna - Zuja, i nakreślona została dość przewidywalnie w przeciwieństwie do barwnych męskich postaci.

Mimo złośliwości polecam, ale prawdziwym mistrzem pozostaje dla mnie Sebastian Barry i jego powieść o wojnie "Tak daleko od domu".

Eugenia Kuzniecowa "Drabina"

"Drabina" (Znak 2024; przełożyła Iwona Boruszkowska) to druga

powieść Eugenii Kuzniecowej ukraińskiej pisarki mieszkającej w Hiszpanii. Dwa lata temu pisałam tu o debiucie autorki, "Nim dojrzeją maliny", i dzieliłam się mieszanymi uczuciami. Dlatego być może nie sięgnęłabym po jej drugą powieść, bo szkoda mi czasu na książki zwane otulającymi albo deserowymi, a do takiej kategorii zaliczam ten debiut. Postanowiłam jednak dać autorce jeszcze jedną szansę, a to ze względu na temat, jaki porusza.

Akcja "Drabiny" toczy się na południu Hiszpanii zaraz po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Do Tolika, który od kilku (kilkunastu?) lat mieszka tam i pracuje w jakiejś międzynarodowej firmie, przyjeżdżają wojenni uciekinierzy - mama, jej brat Anatolij poruszający się na wózku, nieco ekscentryczna stryjeczna babka Hryhoriwna, siostra Irusia i jej koleżanka Polina, dwie kotki i pies. Tolik, chociaż z rodziną skłócony nie był, ceni sobie swoją samotność i cieszy się właśnie kupionym domem z potencjałem. Napisałam cieszy się, ale tak naprawdę za bardzo cieszyć się nie zdążył, bo jego samotność zakłócił przyjazd krewnych. Nie zdążył nawet w domu za bardzo się rozgościć i urządzić po swojemu, dlatego na ścianach wiszą obrazy wyszywane przez dawną właścicielkę, a wszędzie stoją figurki aniołków i jezusków. Z wielkich planów zdążyła się tylko zmaterializować zielona lodówka i odkupiony od kogoś flipper.

Z jakiegoś powodu widok flippera był dla Tolika nieprzyjemny. Wraz z zieloną lodówką przypominał mu o wymarzonym życiu, które teraz wydawało się nieosiągalne. Marzenia o maszynie do lodu, własnego autorstwa designie i o domu. Tylko marzenie o domu okazało się komuś potrzebne. Ale teraz z tego domu miał ochotę uciec. 

Ten fragment znakomicie pokazuje to, co czuje Tolik. Bo z jednej strony cieszy się, że mógł pomóc, a dom jest na tyle obszerny, przecież z potencjałem, że miejsca starcza dla wszystkich, ale z drugiej strony ma dość. Dość wtrącania się, pouczania, spełniania życzeń, dość poczucia, że znowu traktowany jest jak mały chłopiec, dość swojej spolegliwości wobec matki, Hryhoriwny i wuja, dość tego, że kawę musi pić ukradkiem, bo ich zdaniem szkodzi na potencję, a przecież na pewno będzie chciał mieć dzieci. I tu zaraz włączają się najrozmaitsze wyrzuty sumienia. Że bardziej denerwują go takie drobiazgi, niż okropności wojny, że nie walczy, że zazdrości spokoju sąsiadom.

... Tolik wstydził się, że podczas tych potworności najbardziej denerwuje go rozmowa o wpływie cykorii na ewentualną płodność.

Tolik skinął głową, wiedział, że ona ma rację, ale pomyślał, że nawet nie zdążył poznać swojego nowego życia, a już je stracił, i znowu ogarnął go wstyd z powodu małostkowych zatargów.

Od pierwszych dni wojny Tolik łapał się na myśli, iż wszyscy ludzie wokół irytują go tylko dlatego, że u nich było wszystko w porządku.

Czasami nawet myślał, że pójdzie na ochotnika, ale w głębi duszy wiedział, że nie odważy się tego zrobić, więc nigdy nawet nie wspomniał o takiej możliwości.

Chcąc uniknąć spotkań na korytarzu, kupił sobie drabinę, po której wchodził wprost do swojej sypialni.

Ale nie tylko on odczuwa taki dysonans między tym, jak jest i co go denerwuje, a tym, jak być powinno. Jego bliscy również mają poczucie nieadekwatności swoich emocji i myśli.

... mama czułaby się niezręcznie i byłaby skrępowana przed setkami tysięcy innych wygnanych przez wojnę z domów ludzi, gdyby miała przyznać, że najtrudniejsze wydało jej się to miauczenie Zusi w autobusie ...

Hryhoriwna tęskniła za Władikiem. Wstydziła się swojej tęsknoty za psem w czasach, gdy umierali ludzie, czasem najbliżsi.

Cóż, życie toczy się dalej i składa się z takich drobiazgów.  Autorka bardzo dobrze oddaje tę domową atmosferę. Kilkoma kreskami, najczęściej w dialogach rysuje te przekomarzanki, pouczanki, tę gmatwaninę uczuć i emocji, nie zawsze szlachetnych, ale jakże ludzkich. Z tych samych środków korzysta, kreśląc portrety bohaterek i bohaterów. Nie jest jej obca ironia, ale jednocześnie spogląda na nich życzliwie. 

Inny problem, jaki pokazuje w "Drabinie", to stosunek ludzi Zachodu do wojny i do uciekinierów. Oczywiście współczują im, bo jakże by inaczej, ale każdy żyje swoim życiem. Kiedy szef Tolika, Bob, postanawia urządzić imprezę, na której będą zbierane pieniądze na jakiś szlachetny ukraiński cel, jaki, to się zobaczy później, wszyscy goście po przekroczeniu progu natychmiast przyjmują odpowiednio zbolałą i współczującą minę.

Widowisko było naprawdę surrealistyczne: przyjęcie, kieliszki, goście, a twarze wszystkich były smutne i pełne współczucia jak na stypie. Zbliżając się do Tolika, ludzie zaciskali usta, mówiąc: "wyrazy współczucia".

Autorka bardzo dobrze oddaje znany, niemożliwy do zlikwidowania rozdźwięk pomiędzy światem cierpiących, a światem dobrobytu i spokoju, które istnieją równolegle do siebie.

- Pieniądze będą zbierać - powiedział Tolik, nie wiedząc dokładnie, jak wytłumaczyć Anatolijowi Stiepanowyczowi, że tak jest skonstruowany współczesny świat.

- To jak Casablnca, pamiętasz? - zapytał Tolik. - Tam wszyscy piękni ludzie mieszkali, póki trwała wojna. Ale bardzo się martwili.

Ci wszyscy pełni współczucia Hiszpanie poruszają się jak słoń w składzie porcelany. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego Ukraińców oburza stawianie w roli równorzędnych ofiar wojny Rosjan, którzy nie zgadzają się z polityką Putina. Niejaki Mstisław pławi się na przyjęciu właśnie w takiej  roli, a Tolik musi ukrywać swój gniew, żeby nie zostać oskarżonym o nadmierną emocjonalność i drażliwość.

Nie jest to powieść o jakimś wielkim ciężarze. Czyta się ją przyjemnie i szybko. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Taka popliteratura opowiadająca o poważnych sprawach. Może dzięki temu więcej osób po nią sięgnie. Z dwóch powieści Eugenii Kuzniecowej ja zdecydowanie wolę tę.

Katia Petrowska "Może Estera"

Książka, o której dzisiaj, przepadła w pomroce dziejów, a ściślej

mówiąc, lat. Kto dziś pamięta, albo w ogóle wie, o książce Katii Petrowskiej "Może Estera" (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2015; przełożyła Urszula Poprawska)? A w 2016 znalazła się w półfinale Angelusa, mojej ulubionej nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej. Na tej samej liście pojawiły się wtedy między innymi "Solfatara" Macieja Hena, "Mała zagłada" Anny Janko, "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu" Renaty Lis, "Silva rerum" Kristiny Sabaliauskaite, "Tatuaż z tryzubem" Ziemowita Szczerka, "Usypiać góry. Historie z Polesia" Małgorzaty Szejnert, "Medgidia, miasto u kresu" Cristiana Teodorescu i przede wszystkim zwyciężczyni, "Księga szeptów" Varujana Vosganiana. Niektóre z nich czytałam i do dziś pamiętam, innych nie, ale znam tytuły, kojarzę ich autorki i autorów. Dlaczego o tym piszę? Bo ewidentnie książka Katii Petrowskiej nie przeszła próby czasu. Pytanie - dlaczego? Bo nie okazała się na tyle dobra czy może jest to nieodkryty diament? Tak przecież bywa - złoto można przeoczyć w świecie, gdzie nowość goni nowość. Znam takie książki, o których dowiedziałam się przypadkiem w kilka lat po ich wydaniu, a potem byłam wdzięczna losowi, że pozwolił mi je  przeczytać. Ot choćby "Nasze dni wczorajsze" Natalii Ginzburg, "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera czy "W ogrodzie bestii" Erika Larsona.  

Jak wobec tego usłyszałam o książce Katii Petrowskiej "Może Estera"? I czy było warto po nią sięgać? Zawdzięczam ją przedsięwzięciu Buch, czyli książka, propagującemu literaturę niemiecką w Polsce, a polską w Niemczech, a ściślej jego wersji podcastowej, w której usłyszałam rozmowę z Urszulą Poprawską, tłumaczką tej książki. Natalia Prüfer, najbardziej znana twarz projektu, rozmawiała z nią o tłumaczeniach z niemieckiego i jedną z książek, przy których się zatrzymały, była właśnie "Może Estera". To, co mówiły, zainteresowało mnie na tyle, że postanowiłam przeczytać. Czy było warto? Mam mieszane uczucia. Ostatecznie nie żałuję, ale na pewno nie będzie to rzecz, która zapadnie mi w pamięć jak choćby te trzy tytuły, które przed chwilą wymieniłam. Co mnie zwabiło? Dlaczego nie pałam entuzjazmem? O tym za chwilę, a najpierw parę słów o autorce.

Katia Petrowska urodziła się w roku 1970 w Kijowie, mieszka w Niemczech. Jest Żydówką, raczej rosyjską niż ukraińską, ale korzenie jej rodziny są mocno powikłane i związane z wieloma krajami, o czym za chwilę. Książka, o której dzisiaj, uznana została za najważniejszy debiut, jak rozumiem, w roku, w którym się ukazała, i otrzymała, jak podaje wydawca, prestiżową niemiecką nagrodę literacką. Jeśli dobrze pamiętam z podcastu, chociaż głowy nie dam, coś potem jeszcze napisała, ale polski internet o tym milczy. A teraz do książki.

Autorka próbuje odtworzyć losy swojej żydowskiej rodziny. W tym celu podróżuje po miejscach, z którymi byli związani jej przodkowie, wertuje archiwa, książki, dawną prasę, rozmawia z naukowcami, archiwistami i muzealnikami. Odwiedza między innymi Polskę i Austrię, bo to w Wiedniu wyśledziła pierwszego swojego protoplastę, o którym zdołała się czegoś dowiedzieć. Była w Warszawie i w Kaliszu, wróciła do miasta swojego dzieciństwa i młodości, Kijowa, wreszcie szukała śladów dziadka, jeńca wojennego, w Mauthausen, miejscu pamięci po dawnym obozie koncentracyjnym, w którym przez jakiś czas przebywał. Odnalazła w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii żyjących krewnych, o których nie miała pojęcia. Jeździ w te miejsca, aby je poczuć, zobaczyć, jak wyglądały, albo w przypadku Warszawy tylko je sobie wyobrazić. Rozumiem to. Kto nie włóczył się w tym samym celu na przykład po miejscach związanych z dzieciństwem swoim albo swoich przodków, szedł tropem znanej pisarki czy znanego pisarza czy kogoś innego z jakiegoś powodu dla nas ważnego? Ja na przykład w zeszłym roku w czasie wizyty w Gdańsku zapuściłam się do Wrzeszcza w poszukiwaniu ulicy, na której stał dom przyjaciół moich rodziców, gdzie w dzieciństwie bywałam. Po co? Coś mnie tam ciągnęło. Kiedyś obeszłam czeski Nachod, wędrując śladami mojego ukochanego pisarza Josefa Skvorecky'ego. W jednym miejscu koniecznie musiałam podejść kawałek pod górę, bo to prawdopodobnie stamtąd przychodziła jedna z bohaterek "Przypadków inżyniera ludzkich dusz". Ani nie byłam pewna, czy to rzeczywiście tam, ani to miejsce na pewno nie wyglądało już tak jak kiedyś, ani nie było widać tej góry, za którą znajdowała się jej wioska, ale i tak chciałam je poczuć. 

Dość dygresji, wracam do książki. Autorka próbuje skonfrontować rodzinne opowieści z prawdą historyczną. Uzupełnić białe plamy, zweryfikować to, co kiedyś słyszała. Czasem odkrywa fakty niewygodne, czasem okazuje się, że to, co  opowiadano sobie w rodzinie jako prawdę najprawdziwszą, okazywało się kłamstwem. 

Przeszłość zawiodła moje oczekiwania, wyśliznęła mi się z rąk i zaczęła popełniać jedno faux-pas za drugim. Protoplasta mojego rodu, który dał początek pełnej chwały opowieści o mojej rodzinie, okazał się nieślubnym dzieckiem, tego jednak nie wolno mi było napisać, poza tym Ojzel wcale wcześnie nie owdowiał. A potem jeszcze ten Adolf , wówczas imię zwyczajne, ale mnie wprawiające w stan alarmowy. Adolf potwierdził moje obawy, że nie mam żadnej władzy nad przeszłością, że ona żyje jak chce, ale nie umiera.

Gdzieś mignęło mi barwne zdanie, że wyciąga swoich przodków jak karty z talii i za nimi podąża. Ja lubię posługiwać się porównaniem do puzzli. Składa z poszczególnych kawałków obraz całości, ale w tym wypadku jest to niemożliwe. Niektóre zginęły, przepadły na zawsze i obraz musi zostać niekompletny. I tak ma szczęście, bo niektórzy jej przodkowie nie byli anonimowi. Jedni prowadzili szkoły dla głuchoniemych, właśnie w Warszawie, a potem w Kijowie, a brat jej pradziadka zrobił w latach trzydziestych w Moskwie zamach na kogoś pracującego w niemieckiej ambasadzie. Ale nawet w tym wypadku, chociaż istnieje dokumentacja  procesu, trudno poznać tego człowieka. To tylko suche dokumenty. Czym się kierował? Brał udział w jakiejś prowokacji antyniemieckiej spreparowanej przez tajniaków? Został wykorzystany? Czy może był meszuge, czyli szalony, obłąkany, jak głosi rodzinna legenda? Dlatego czasem Katia Petrowska próbuje wyobrazić sobie, dlaczego ktoś postąpił tak, a nie inaczej. Stąd tytuł, bo może Estera, jej żydowska prababka zrobiła 29 września 1941 roku, kiedy Niemcy kazali się stawić wszystkim kijowskim Żydom w określonym miejscu, a potem zgładzili ich w Babim Jarze, to, a może tamto, co ostatecznie doprowadziło ją do śmierci z rąk gestapowców. A przecież mogła nie wychodzić z domu, była stara i niedołężna, dozorca nie miał zamiaru jej wydać. Tak to się zachowało w rodzinnych przekazach. 

Niektóre historie są ciekawe, inne mniej, ale nie w tym tkwi problem. Książka Katii Petrowskiej jest może bardziej esejem niż próbą odtworzenia rodzinnej historii. Ale te podróże w czasie i w przestrzeni prowokują autorkę do rozmaitych refleksji, do zadawania sobie różnych pytań. Czasem jej rozważania były dla mnie interesujące, a czasem brnęłam przez nie znużona, innym razem miałam wrażenie, że już to znam, już to czytałam wiele razy, już w tym nie ma żadnej świeżości. 

Jak zwykle fascynowała mnie rola losu i przypadku, który jednych jej przodków ocalił z wojennej pożogi, innych doprowadził do unicestwienia. Ile wstecz trzeba się cofnąć, aby zobaczyć, gdzie jest ten moment, ten wybór, który kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt lat później sprawi, że ktoś przeżyje, a ktoś zginie? Oczywiście z polskiej gałęzi jej rodziny ocalała jedna osoba, z tej, która z Warszawy wyjechała do Kijowa, wojnę przetrwało znacznie więcej krewnych. Gdyby jednak w chwili ewakuacji z Kijowa nie zdjęto z paki ciężarówki fikusa, dzięki czemu zrobiło się tam miejsce dla małego chłopca, który kiedyś będzie jej ojcem, nie byłoby Katii Petrowskiej. Przynajmniej taki przekaz zachował się w rodzinie, co autorka kwestionuje, no bo kto zabrałby kwiat w donicy zamiast dziecka! Ale oczywiście gdyby nie przytomność umysłu jej dziadka i jego znajomości, rodzina nie wyjechałaby z Kijowa i zginęliby rozstrzelani w Babim Jarze.

Zawsze interesuje mnie zderzenie miejsca dawnej tragedii z tym, co się tam dzisiaj znajduje. Kiedy autorka opowiada o Babim Jarze, który jest zderzeniem miejsca pamięci z bujną przyrodą, miejscem rekreacji, natychmiast myślę o terenie po KL Plaszow w moim mieście, gdzie jest dokładnie tak samo. Wiedziałam o tym miejscu - co jeszcze parę lat temu, a nawet i dziś dla mieszkańców nie jest takie oczywiste - choćby dlatego, że góruje nad nim pomnik postawiony jeszcze w czasach PRL-u, a że stoi na wzgórzu, widoczny jest z daleka. Ale kiedy pierwszy raz się tam znalazłam, przez przypadek, bo nie miałam pojęcia, że ścieżka, którą schodziłam ze spacerowych terenów, tam mnie zaprowadzi, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Była piękna wiosna, zieleń aż kipiała, mijałam spacerujących ludzi, z dziećmi, z psami, a kawałek dalej natrafiłam na pierwszą tablicę informującą, że znajduję się na terenie dawnego obozu KL Plaszow. Potem były następne. I pytanie, co robić z takimi miejscami? Odebrać je ludziom? Ogrodzić i wpuszczać za biletami? Ja już na beztroski spacer bym się tam nie wybrała. Potem chciałam zwiedzić ten teren z przewodniczką czy z przewodnikiem i udało się. Ile jest takich miejsc w naszej części Europy, po których chodzimy, nie mając pojęcia, że kryją masowe groby? O tym pisał w swojej książce "Skażone krajobrazy" austriacki pisarz i dziennikarz Martin Pollack, którego twórczość uwielbiam. (Kiedy pisałam tę notkę Martin Pollack jeszcze żył, jakiś czas później zmarł. Wielka strata. Był dla mnie ważnym autorem.)

Ciekawy jest stosunek Katii Petrowskiej do swojego żydostwa. Jak je odczuwa? Jak odczuwał go jej ojciec i jego przodkowie? Przecież w Związku Radzieckim wszyscy byli Rosjanami. 

Czułam dumę z tego, że moja babcia pochodziła z Polski, był to atut w grze, w którą nikt ze mną nie grał. Niektórzy z mojej klasy nosili uderzająco polskie nazwiska jak Studziński albo Szczygielska, my jednak byliśmy radzieckimi dziećmi, wszystkie takimi samymi, z jednakową mgłą tajemnicy otaczającą historie naszych rodzin, co może właśnie stanowiło warunek naszej równości.

Kim jest dzisiaj? Kosmopolitką piszącą po niemiecku? Kwestia języka staje się w książce symboliczna, bo jej przodkowie prowadzili szkoły dla głuchoniemych sierot, ani ona, ani jej ojciec nie mówili w jidisz, ona dziś posługuje się niemieckim, kiedyś jej językiem był rosyjski.

Z perspektywy mojej kosmopolitycznej teraźniejszości myślałam, że uczyli głuchoniemych mówić we wszystkich językach świata, jakby głuchoniemota, a także sieroctwo było pustą kartką papieru - wolnością uznania za swój każdego języka i każdej historii. Nasza żydowskość pozostała dla mnie głuchoniema, a głuchoniemota czymś żydowskim. To była moja historia, moje pochodzenie, nie byłam to jednak ja. 

(...) i myślałam też o tym, że z naszym żydostwem jest jak z tymi paczkami, do których nie można już zajrzeć. Mówi się "żydowski", ale się nie wie, czym to słowo jest wypełnione. 

Bardzo długi i dość osobisty wyszedł mi ten wpis. Więc może, skoro książka sprowokowała mnie do tylu rozważań, zbyt surowo ją oceniłam?

Kateryna Babkina "A pamiętasz, mamo?"

Najnowsza powieść ukraińskiej pisarki Kateryny Babkiny "A

pamiętasz, mamo?" (Warstwy 2023; przełożył Bohdan Zadura) to jedna z pierwszych książek, zwłaszcza beletrystycznych, które zostały napisane już po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i bezpośrednio się do niej odnoszących. Wiele ukraińskich pisarek i wielu pisarzy zamilkło, potem zaczęła się pojawiać poezja, teraz błyska raczej coś z non fiction. Wydaje mi się, że nie słyszałam o żadnym innym ukraińskim tytule powieści czy zbioru opowiadań, które powstały  już po 24 lutego 2022 roku, odnosiły się do doświadczeń tego etapu wojny i zostały w Polsce wydane. 

Zanim przejdę do samej książki, kilka słów o pisarce. Jej znakomity zbiór opowiadań "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek" dostał dwa lata temu (2021) Angelusa, czyli przyznawaną we Wrocławiu literacką nagrodę dla pisarek i pisarzy z Europy Środkowej. Przyznam, że nie od razu po niego sięgnęłam, tu dała znać o sobie moja niechęć do opowiadań. Była to jedna z tych książek ukraińskich, na którą rzuciłam się w ramach zacierania białych czytelniczych plam po wybuchu wojny. Zachwyciła mnie całkowicie i odtąd postanowiłam za twórczością  Kateryny Babkiny podążać. Wcześniej ukazał się w Polsce jeszcze jeden zbiór opowiadań, tomik poezji i krótka powieść "Sonia", którą zamierzam przeczytać. Pisarka razem z Tamarą Dudą ("Córeczka") i Hałyną Kruk (zbiór opowiadań "Ktokolwiek, tylko nie ja" - czytałam, nie napisałam, warto sięgnąć) była gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada, a ja oczywiście nie mogłam ominąć ich bardzo ciekawej dyskusji. Tyle tytułem wstępu, a teraz czas przejść do książki.

"A pamiętasz, mamo?" to pozycja krótka, niecałe dwieście stron - autorka najwyraźniej lubi kondensować treść, bo jej poprzednie książki też nie grzeszą objętością. To powieść napisana w formie listów do mamy. Pisze je nastoletnia dziewczyna, raczej licealistka, która w jakiś czas po wybuchu wojny trafia ze swoją kilkumiesięczną przyrodnią siostrą, Iwanką, do ojca od dawna mieszkającego w Wiedniu. Po rozwodzie rodziców miała z nim wielokrotnie kontakt, odwiedzała go, spędzała z nim wakacje. Niemniej jednak nie dzielili codzienności, a ich więź nie była bardzo głęboka. Więcej w niej tego, co daje rodzic widujący swoje dziecko głównie z doskoku, czyli rozpieszczania, prezentów, wspólnych podróży. 

Ojciec narratorki jest człowiekiem, który w Wiedeń już wrósł, dobrze mu się powodzi, a posiadanie pieniędzy najwyraźniej ma dla niego znaczenie - narratorka lubi ironicznie podkreślać, że kupując coś dla niej czy dla Iwanki, wybrał oczywiście najdroższy model. Mieszka w dobrej dzielnicy w dużym mieszkaniu, wiele potrafi załatwić, jest zaradny. Żyje życiem singla, chociaż na horyzoncie majaczy jego partnerka, pewnie już któraś z kolei. Jego pobieżna charakterystyka może zniechęcać, ale ja czuję do niego sympatię. Mnie kojarzy się raczej z takim niebieskim ptakiem, może trochę Piotrusiem Panem niż z nowobogackim. Jako że znakomicie ogarnia rzeczywistość, kiedy trafia razem ze swoją córką do punktu pomocy uchodźcom ukraińskim, w którym ona od czasu do czasu pomaga, natychmiast dostrzega wszystkie jego słabe punkty i bezinteresownie angażuje się w ich naprawienie. 

Teraz, kiedy znaleźli się w tych nieoczekiwanych dla siebie okolicznościach i nie wiadomo, jak długo to potrwa, muszą budować swoją więź na nowo, a jest to tym trudniejsze, że przecież narratorka to wojenna uchodźczyni. Została wyrwana ze swojego dobrego, też zamożnego, życia (właśnie miała z matką, Iwanką i ojczymem Orestem lecieć na Malediwy, gdy wybuchła wojna), w dodatku przywiozła ze sobą niemowlę, o którego istnieniu jej ojciec nie miał pojęcia. Była żona nie musiała mu się przecież spowiadać ze swojego nowego życia, kontaktowali się tylko w sprawach wspólnej córki. Kto ma się Iwanką teraz zajmować? Nieoczekiwane tragiczne zdarzenia zaskoczyły wszystkich, wszystkim zburzyły codzienność. Jemu wygodną rutynę, narratorce wywróciły świat. Jak się mają w tym odnaleźć? Co tak naprawdę przeżyła? Na pewno doświadczenie drogi spod Kijowa do Lwowa, potem do granicy austriackiej, gdzie odebrał ją ojciec. 

Nie wiem, czy jestem taka jak on, ale wtedy na granicy przez chwilę czułam, że toczymy ze sobą pojedynek jak równy z równym. Co prawda ja miałam zajęte ręce, za to on w ogóle nie był przygotowany na taką sytuację, bo przecież na coś takiego nie da się przygotować.

Nikt teraz nie wie, jak z wami postępować. Ani specjaliści, ani zwykli ludzie, ani ci, którzy was kochają. Jak postępować z tym, co przeżyliście, co widzieliście, i z tym, co myślicie. Z tym, co, gdzie i jak was złamało. I bez tego nie wiadomo, jak robić z nastolatkami, ale co robić z wami - nikt nie ma najmniejszego pojęcia.

Każdy list zaczyna się od tytułowej frazy: A pamiętasz, mamo? Potem następują albo wspomnienia przedwojennego życia, albo opowieści o tym, co dzieje się z narratorką w Wiedniu. Listy są pisane w lekkim tonie, początkowo odniosłam wrażenie, jakby narratorkę niewiele  z tego, co się stało, dotknęło. Gdyby nie kontekst znany od początku, można by pomyśleć, że nastolatka z zamożnego domu, której niczego nie brakowało ani nie brakuje, zamieszkała na jakiś czas z ojcem i relacjonuje mamie swój pobyt u niego. Coś niepokojącego do tej miłej, beztroskiej narracji mogłaby wprowadzać swoją obecnością Iwanka, niemowlę skądinąd wyjątkowo grzeczne, nienastręczające wielu problemów. No bo jak to? Matka wysłała kilkumiesięczne dziecko ze starszą siostrą do jej ojca? Dlaczego niby nastolatka miałaby się nim zajmować? Ale z drugiego listu dowiadujemy się, co i jak, więc się nie dziwimy. Potem zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego narratorka zwracając się do mamy: A pamiętasz, mamo? opowiada jej o tym, co dzieje się w Wiedniu. Jak mama może to pamiętać, skoro jej tam nie ma? Z czasem śladów wojennych przeżyć uchodźczyń i uchodźców dostajemy coraz więcej. Narratorka chodzi najpierw sama, potem z ojcem, pomagać w punkcie z darami, o czym już wspominałam, no i przede wszystkim pojawia się Dawid. Kilka lat starszy, minęli się gdzieś w tłumie we Lwowie, potem na granicy austriackiej. Później wpadają na siebie w Wiedniu. Dawid jest dziwny, pojawia się i znika, milczy. Milczenie i dziwne zachowanie to wynik tego, co przeżył w czasie wojny. Jego historia, opowiedziana krótko, bez patosu, bez epatowania okrucieństwem, jest naprawdę tragiczna. Jeśli przyzwyczailiśmy się do tej wojny, to właśnie ona pozwala na nowo uświadomić sobie, ile nieszczęść się za nią kryje. 

Wielką zasługa Kateryny Babkiny polega właśnie na tym, że nie epatuje okrucieństwem i nie dostarcza łatwych wzruszeń. To raczej nie jest książka, nad którą się płacze. Z każdym kolejnym listem zdajemy sobie jednak sprawę, że coś tu nie gra. Że narratorka to nie  beztroska nastolatka, która nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i spędza miły czas z ojcem w Wiedniu, a  ewentualne niedogodności wynikają tylko z tego, że ma pod opieką malutką siostrę. Zresztą ojciec szybko zatrudnia do pomocy przy Iwance sympatyczną Ukrainkę, Wirę. W końcu zaczynamy rozumieć, że ta beztroska, ten okrężny sposób pisania jest efektem wyparcia tego, co się zdarzyło, traumy, jaką bohaterka przeżywa. Wreszcie, znowu w sposób lakoniczny, bez epatowania nieszczęściem i okrucieństwem wojny, dowiemy się, co ją spotkało.

Jest więc ta powieść pisanym na gorąco świadectwem pierwszych miesięcy po inwazji. Doświadczeniem świeżym, także dla autorki. Jak oddać ten czas? Jak pisać o ludziach, zwłaszcza o dzieciach, ich matkach, osobach starszych, które zostały nagle wyrwane ze swojego świata? Musiały nagle porzucić wszystko i ruszyć w nieznane. Na jak długo? Jest to zarazem doświadczenie uniwersalne, bo przecież nie pierwszy raz, i niestety nie ostatni, ludzie zostają postawieni w takiej sytuacji. Powieść przypomina, że są takie zdarzenia i sprawy, na które nie mamy żadnego wpływu, które naprawdę nie od nas zależą i dlatego zadawanie sobie pytania: dlaczego? nie ma sensu.

I wiesz, co jej powiedziałam? Że w takim razie świat to kompletny chaos, a ona przyznała mi rację. I dodała, że negować tego w ogóle nie ma sensu, ale można nauczyć się nie cierpieć z tego powodu.  I że to, oczywiście, nie dotyczy nauki czy jakichś strategicznych decyzji, ale na co dzień lepiej zapomnieć o pytaniach "Dlaczego coś się stało?" ...

Mimo wrażenia lekkości stwarzanego przez bohaterkę książka Kateryny Babkiny pozostała we mnie i, jak to się ostatnio często mówi, nadal we mnie pracuje, nadal coś mi robi.

Eugenia Kuzniecowa "Nim dojrzeją maliny"

Dawno już nie czytałam jakiejś książki ukraińskiej pisarki albo

pisarza. A mam ich jeszcze kilka - i w czytniku, i papierowe. Pilnie też śledzę to, co wychodzi. Dlatego sięgnęłam po rzecz stosunkowo świeżą, sprzed kilku miesięcy, powieść Eugenii Kuzniecowej "Nim dojrzeją maliny" (Znak 2023; przełożyła Iwona Boruszkowska). Zanim ją kupiłam, wysłuchałam podcastowej rozmowy na jej temat, zerknęłam, bardzo pobieżnie, na recenzje zawodowców, których zdanie jakoś tam biorę pod uwagę, wybierając lekturę. Same pochwały. Jeden z nich ogłosił ją nawet książką tygodnia. I stało się tak, jak czasem w podobnych sytuacjach bywa - rozczarowanie. Może nie jakieś wielkie, ale jednak. Bo trudno powiedzieć, aby powieść Eugenii Kuzniecowej mi się nie podobała, ale spodziewałam się jednak czegoś o większym ciężarze. Cóż, chyba byłam nie dość czujna, bo słuchając rozmowy o tej książce, miałam jednak wrażenie, że tłumaczka za wszelką cenę próbuje słuchaczki i słuchaczy przekonać, że pod pozornie lekką formą kryje się coś jeszcze. Jakby koniecznie chciała udowodnić, że warto. 

Podobno wśród miłośniczek literatury funkcjonuje termin  książka otulająca. Podobno wiele z nich takich właśnie potrzebuje. Jak rozumiem, chodzi o przyjemność z lektury bez większego wysiłku. Jeden z moich ulubionych radiowych dziennikarzy mówił kiedyś o książkach deserowych. O ile pamiętam, mniej więcej to samo miał na myśli. I moim zdaniem właśnie do powieści Eugenii Kuzniecowej "Nim dojrzeją maliny" oba te określenia pasują znakomicie. Jeśli więc ktoś ma ochotę oderwać się od codzienności, dać się unieść lekturze i mieć pewność, że problemy bohaterek znajdą szczęśliwy finał, to niech śmiało po tę książkę sięga. Ja jednak liczyłam na odrobinę więcej. Trochę szkoda mi czasu na takie lektury. Czasem myślę, że może to błąd, może warto dać sobie więcej luzu. No a teraz pora na konkrety.

Akcja powieści rozgrywa się współcześnie, ale jeszcze przed wojną, chyba nawet przed tą pierwszą o Donbas, w czasie dwóch miesięcy letnich wakacji na ukraińskiej wsi nie tak odległej od dużego miasta. Kijowa? Nazwa, o ile nie zawodzi mnie pamięć, nie pada. Do domu ponad  dziewięćdziesięcioletniej Teodory przyjeżdżają jej wnuczki, dwie siostry - Mijka i Lilka. Spędziły w nim niejedno lato swojego dzieciństwa, teraz, jak łatwo się domyślić, uciekają tu przed swoimi problemami. Bo ... życie nie zawsze trzeba przeżyć, czasami trzeba się przed nim ukryć. 

Pierwsza ma dylemat - którego faceta wybrać. Tego poukładanego, ale nudnego, czy jego przeciwieństwo. Muszę przyznać, że jej hamletyzowanie nieco mnie irytowało. Może dlatego, że problemy bohaterek przedstawione są dość powierzchownie, raczej bliżej im do literackich klisz niż do psychologicznej głębi. Z kolei Lilka ma przeprowadzić się z mężem i dziećmi do Australii. Bardzo tego nie chce, ale nie widzi wyjścia. Mądra, a jakże by inaczej, babcia radzi jej, że musi tak postąpić, aby to ostatecznie mąż był przekonany, że nie ma co na drugi koniec świata jechać. Obie siostry są oczywiście samodzielne, niezależne, wykonują jakieś wolne zawody, jedna fotografuje, druga podobno coś pisze, mają za sobą liczne związki formalne i nieformalne, Lilka ma dwóch synów z różnych związków, ale oczywiście marzą o miłości i rodzinnym ciepełku. 

Babcia Teodora mimo swojego wieku jest rzecz jasna całkiem żwawa i mądra życiowym doświadczeniem. Kiedyś porzuciła wielkomiejskie mieszkanie rodziców, aby pójść za miłością swojego życia. Wspólnie wybudowali dom otoczony wielkim ogrodem. Nie zawsze było łatwo, bo dziadek Miji i Lilki spełniał swoje szalone marzenia, co nie zawsze podobało się jego żonie, ale oczywiście jest kobietą spełnioną i pogodzoną z życiem. Jej problemy, jak wszystkie w tej powieści, podane zostają w lekkiej formie, nie dotykają, nie rozwalają. Ot, były, są, będą, bo takie jest życie, ale wszystko ostatecznie skończy się dobrze. Och, jakby się chciało, żeby w realu też wszystko znajdowało szczęśliwe rozwiązanie.

Jest jeszcze kuzynka Mijki i Lilki, Marta, która wraca nieoczekiwanie z Indii, gdzie pracując w jakiejś zachodniej firmie, robiła karierę i pieniądze, i jak się okazuje, jest w ciąży. Czeka na dwóch synów, nie chce zdradzić, kto jest ojcem dziecka, ciąża pokrzyżowała jej życiowe plany. Oczywiście mądra babcia patrzy na wszystko ze spokojem, nie wtrąca się, nie krytykuje, swoje wie i jest przekonana, że wszystko się ułoży. Jednym słowem dom kobiet. A to nie wszystkie, bo wkrótce zjawiają się kolejne. Oczywiście wzajemnie się wspierają. Wiadomo. 

I tak leniwie toczy się lato. Czas mija  na rozkminianiu dylematów, załatwianiu większych i mniejszych prac związanych z domem i ogrodem. Dziewczyny a to zajmą się koniecznymi naprawami, a to posadzą mnóstwo dyń, które chcą sprzedać mieszkańcom bogatego Zachodu za ciężkie euro (jakoś nie skumałam, niby dlaczego taki interes ma się udać), a to zrobią porządki w zdziczałym sadzie dziadka, czasem trzeba pojechać z kimś do lekarza. Jednym słowem klimat nieco baśniowy, co podkreśla jeszcze zakończenie swoją formą przypominające mi to z filmu "Cztery wesela i pogrzeb". Ten zabieg trochę bierze w ironiczny nawias całą opowieść.

To, co mi się w powieści Eugenii Kuzniecowej podobało, to wykreowane miejsce - stary dom, wielki zdziczały ogród, w którym można się zgubić, roślinność, która wdziera się wszędzie. Ciepło upalnego lata, podmuchy przyjemnego wiatru, słońce i cień, jaki dają stara weranda i drzewa. Dynie, maliny i inne owoce. Pyszne jedzenie. To wszystko opisane jest bardzo sensualnie i zmysłowo. Miejsce trochę sielskie, trochę przerażające, bardzo zapuszczone, bo babcia Teodora nie ma już przecież siły wokół tego wszystkiego chodzić. Oddała więc dom i ogród w posiadanie naturze. Rodzinne gniazdo, schronienie, czas wakacji, które pamięta się do końca życia. Co się z nim stanie? Wszyscy wiedzą, że życie babci zmierza do kresu, ona też zdaje sobie z tego sprawę. Kto przejmie po niej schedę? Czy uda się uratować ten azyl, który nie zawsze i nie dla każdego był rajem? Tak zapamięta je najmłodsze pokolenie. 

Czyta się tę powieść bardzo dobrze, bezproblemowo. Miejsce nieco niczym z dramatów Czechowa, ale bohaterkom daleko do jego postaci. Nie ma w nich tego tragicznego rysu, a w powieści tej nieznośnej ciężkości bytu, z którym zmagają się bohaterki i bohaterowie Czechowa. Kto chce odpocząć, kto szuka lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej, niech śmiało sięga.

Sofi Oksanen "Psi park"

Z niecierpliwością czekałam na lekturę "Psiego parku" Sofi Oksanen

(Znak Literanova; przełożyła Katarzyna Aniszewska). Po pierwsze dlatego, że przed kilku laty bardzo podobała mi się jej powieść "Gdy zniknęły gołębie", a po drugie ze względu na pozytywne recenzje najnowszej książki tej fińskiej pisarki, której matka była Estonką. 

Na początku muszę wyznać, że powieść mocno mnie zaskoczyła. Nie wczytywałam się zbyt dokładnie w informacje podane przez wydawcę, więc spodziewałam się, że jej tematyka będzie oscylowała wokół spraw fińskich lub estońskich, jak w książce, o której wspominałam. Tymczasem nic z tego! Wprawdzie akcja częściowo toczy się w Helsinkach w roku 2016, a główna bohaterka, jednocześnie narratorka, wspomina swoje dzieciństwo spędzone w Tallinie, ale jest to książka przede wszystkim o ... Ukrainie. Jakbym czytała ukraińską powieść. Nie tego się spodziewałam. Cóż, właściwie mile mnie to zaskoczyło, jako że po ukraińską literaturę sięgam ostatnio regularnie. Pozostaje jednak wątpliwość, na ile dokładnie Sofi Oksanen zna tamtejszą rzeczywistość. Jak dokładny zrobiła research? Może jej matka miała tam krewnych? Nie jest to niemożliwe. Przyznam, że bardzo bym chciała przeczytać wywiad z pisarką dotyczący jej najnowszej powieści, no ale w sieci nic nie znalazłam.

Cóż, obraz Ukrainy, delikatnie mówiąc, nie jest w powieści lukrowany. Dziś, kiedy patrzymy na bohatersko broniących się Ukraińców, z takim poświęceniem walczących o swoją państwową niezależność, nie wracamy do problemów, jakie mieli. Tymczasem jest to opowieść o nierównościach społecznych, o beznadziejnej egzystencji na donbaskiej prowincji, o braku perspektyw, o bezprawiu, przestępczości, ukraińskich oligarchach i o ludziach, którzy w pogoni za lepszym życiem, są gotowi zrobić wiele. Zapomnieć o uczciwości, etyce, prawości.

Główna bohaterka, Olenka, która wychowała się w Tallinie, a której korzenie, jak to w ZSRR, były skomplikowane, po rozpadzie Związku Radzieckiego i odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę zostaje wyrwana z dobrze znanego sobie, bezpiecznego świata i wrzucona w realia Donbasu. Razem z rodzicami ląduje w Śnieżnem u babci ze strony ojca. Dlaczego? Bo ojciec właśnie tam dostrzegł możliwość wzbogacenia się. Na czym? Na czarnym złocie, czyli nielegalnie wydobywanym węglu, i bezpardonowym przejmowaniu akcji jakichś przedsiębiorstw. To walka bezwzględna. Można przypłacić ją życiem, jeśli zadrze się z silniejszymi i sprytniejszymi od siebie. Walka wyzbyta wszelkich hamulców. Jeśli trzeba, poświęci się własne dziecko, wyrzuci staruszkę z jej domu (cały czas zastanawiam się, czy scena opowiedziana w książce mogła rzeczywiście w tamtym miejscu i tamtych okolicznościach się wydarzyć). Oczywiście właściciele nielegalnych szybów nie przejmują się losem tych, którzy dla nich węgiel wydobywają. Nie oni narażają swoje życie. Chociaż, jak wspomniałam, oni także balansują w tym wilczym świecie na cienkiej linie.

Ale najbardziej poruszył mnie, oprócz obrazu beznadziejnego, zdegradowanego i po prostu potwornie brzydkiego świata, los dziecka, którego dorośli nie pytają o zdanie i burzą mu dotychczasowe życie, marzenia, perspektywy. Olenka nienawidzi miejsca, w którym się znalazła. Tallin nawet za czasów ZSRR był miastem, które ze względu na swoje położenie ocierało się o ten lepszy, zachodni świat. Nie do końca legalnie, ale jednak, dało się oglądać fińską telewizję. Potem perspektywy były jeszcze lepsze. Kiedy trafia do Śnieżnego w Donbasie, na początku ma jeszcze nadzieję, że rodzice zatrzymali się tam tylko na chwilę i przynajmniej ona razem z matką przeniosą się do drugiej babci, która pochodziła z Winnicy. Kiedy zrozumie, że nic takiego się nie zdarzy, zaczyna marzyć, aby za wszelką cenę wydostać się stamtąd. Swój plan będzie konsekwentnie realizować. Najpierw zapłaci frycowe - jej kariera modelki w Paryżu nie powiedzie się. Potem postara się nie popełnić tych samych błędów. I rzeczywiście stopniowo zacznie awansować w agencji, która zajmuje się szukaniem dawczyń komórek jajowych i surogatek dla mających pieniądze cudzoziemców. 

Już po wybuchu wojny słyszałam, że Ukraina była zagłębiem takiego biznesu. Opowieść o nim jeży włosy na głowie. Ponownie mam nadzieję, że autorka zrobiła porządny research i nie wyolbrzymiła  nieprawidłowości. A jest ich wiele. Wykorzystywanie dziewczyn, które chcą się wydźwignąć wyżej albo po prostu zarobić pieniądze na odrobinę lepsze życie. Żerowanie na ich osobistych lub rodzinnych dramatach. Nieliczenie się z ich zdrowiem. Oszukiwanie klientów, którzy traktują agencję jak sklep z dziećmi, a dawczynie jak niewolnice. Jeśli trzeba podrasuje się życiorys, wyrzuci fakty, które mogłyby skreślić dziewczynę w oczach wymagających klientów - zmieni miejsce zamieszkania, zawód rodziców. Dawczyni ma pochodzić z nieskażonego rejonu, odznaczać się inteligencją i urodą, prowadzić zdrowy tryb życia. Jednym słowem ma to być kandydatka, która gwarantuje, że urodzi się idealne dziecko.

Trudno czuć sympatię do bohaterów i bohaterek tej powieści. Można próbować ich zrozumieć, można im współczuć, ale ja nie potrafiłam ich polubić. Ani Olenki, ani tym bardziej Darii czy ojca narratorki. 

Powieść Sofi Oksanen ubrana jest w sensacyjną formę. Niektórzy określają ją nawet mianem thrillera. Wydarzenia poznajemy niechronologicznie, nie wiemy, dlaczego narratorka uciekła z Ukrainy i na fałszywych papierach wylądowała w Helsinkach, gdzie drżąc o swoje życie, zajmuje się sprzątaniem mieszkań i nie przypomina siebie z okresu rozkwitu kariery w agencji. Stopniowo poznajemy coraz więcej szczegółów z jej życia, aż w końcu zagadka jej ucieczki zostanie rozwiązana. Oczywiście ta sensacyjna formuła ma uatrakcyjnić powieść. Podobne chwyty stosowała autorka w powieści "Gdy zniknęły gołębie", o której wspominałam. Przyznam jednak, że to, co w założeniu miało być atrakcyjne, mnie nieco rozczarowało. Może książka jest odrobinę za długa? Szczególnie fragmenty opowiadające o pracy w agencji zaczynały mnie po pewnym czasie nużyć. Ja na pewno wyżej stawiam przywoływaną tu poprzednią powieść Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie". To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto przeczytać tej.  

Tania Malarczuk "Zapomnienie"

Kolejna ukraińska książka, o której piszę. I wcale nie ostatnia - kilka

tytułów czeka jeszcze na lekturę, a przecież stale wychodzą nowe. Tym razem to powieść Tani Malarczuk "Zapomnienie" (Warstwy 2019; przełożył Marcin Gaczkowski).

Jest to historia, która powinna nam być bliska. Dlaczego? Bo jej głównym bohaterem jest Wiaczesław Lipiński, który przyszedł na świat w roku 1882 w polskiej ziemiańskiej rodzinie mającej swój majątek na Wołyniu w Zaturcach w okolicach Łucka. Na chrzcie nadano mu imię Wacław, a on jako student zdecydował, że czuje się Ukraińcem, co wywołało skandal wśród najbliższych i  znajomych. Takie sytuacje zdarzały się na terenach, gdzie mieszały się narodowości. Mój kolega historyk, kiedy opowiedziałam mu bohaterze tej powieści, natychmiast sypnął dość znanymi nazwiskami. Teraz, kiedy piszę te słowa, przyszła mi do głowy pewna refleksja - dlaczego oburzano się na Lipińskiego, a przyjmowano za naturalne procesy odwrotne, bo przecież i takie były. Wystarczy przywołać najbardziej znane przykłady - Radziwiłłów czy Wiśniowieckich.  Od razu wyjaśniam, że Lipiński nie jest bohaterem wymyślonym. Informacje o nim można bez trudu znaleźć w sieci. Konia z rzędem takiemu szaraczkowi jak ja, który wcześniej o tej postaci słyszał. Ja dowiedziałam się o nim, kiedy usłyszałam o książce i postanowiłam ją przeczytać. Ciekawa jestem, na ile Wiaczesław Lipiński znany jest w Ukrainie. Przyznam, że nie od razu zdecydowałam się na lekturę, bo temat w pierwszej chwili wydał mi się nieciekawy. Byłam w błędzie. A haczyk złapałam, kiedy dowiedziałam się, że Tania Malarczuk będzie gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada.

Powieść ma właściwie dwoje bohaterów - wspomnianego już Wiaczesława Lipińskiego i narratorkę - pisarkę, która z powodu nagłych napadów lęku  przestaje wychodzić z mieszkania. 

I oto w jednej z chwil cierpienia bezdennej marności zaczęłam nagle myśleć o czasie jako o tym, co spaja nieskończony różaniec niedorzecznych zdarzeń. Doszłam do wniosku, że tylko w konsekwencji tych zdarzeń jakikolwiek sens istnieje i że nie Bóg, nie miłość, nie piękno, nie potęga rozumu określają ten świat, a wyłącznie czas, upływ czasu i mgnienie ludzkiego życia.

Dlatego zaczęła maniakalnie studiować stare ukraińskie gazety. W jednej z nich, wydawanej w Stanach Swobodzie,  znalazła informację o śmierci Wiaczesława Lipińskiego. Nie miała pojęcia, kim był, ale uznała, że kimś ważnym, skoro redakcja poinformowała o tym na pierwszej stronie! Odtąd zaczęła się jej fascynacja Lipińskim. 

Rozdziały powieści opatrzone tytułem i datą układają się w rodzaj kalendarium z życia ich obojga. Większość poświęcona jest Wiaczesławowi Lipińskiemu. I tak pisarka pogrążona w kryzysie i niemocy odnajduje sens, odgrzebując z mroków niepamięci człowieka, który nieoczekiwanie stał się jej bliski. 

Co w nim takiego fascynującego? Wiele. Już sama zmiana narodowej tożsamości z polskiej na ukraińską wymagała hartu ducha i odwagi. Lipiński wywołał skandal nie tylko wśród rodziny czy znajomych, ale również w czasie studiów w Krakowie, kiedy zabierał głos w dyskusjach o sprawie ukraińskiej. Ponieważ uważany był za Polaka, jego poglądy spotykały się wśród naszych rodaków z krytyką, uważano je za haniebne. On jednak uparcie trwał przy swoim i z czasem stał się cenionym i niezwykle ważnym ukraińskim socjologiem, publicystą, historykiem, a wreszcie politykiem. Nic dziwnego, że kiedy w wyniku wielkich zmian  zachodzących w Europie po pierwszej wojnie państwa takie jak Ukraina znalazły się w tym krótkim okienku dziejowym, kiedy mogły zyskać niepodległość, został ambasadorem jednego z krótkotrwałych ukraińskich rządów w Austro-Węgrzech. Nie trwało to długo. Jak wiemy, w tamtym czasie marzenia Ukraińców o wolności nie spełniły się. 

Lipiński to postać tragiczna. Nic mu się nie udało. Małżeństwo szybko okazało się porażką, córki prawie nie widywał, stracił, jak wielu Polaków i Ukraińców, majątek, który dostał od bogatego wuja. Wreszcie z jego marzeń o niepodległej Ukrainie nic nie wyszło. Niemal całe życie zmagał się z poważnymi chorobami. Ostatnie lata (zmarł w roku 1931) spędził w skromnym domku w austriackiej Styrii w towarzystwie służącej i wiernego sekretarza. Utrzymywał się ze skromnych sum przysyłanych mu regularnie przez brata. Osamotniony, oskarżany przez dawnych politycznych przyjaciół o sprzeniewierzenie pieniędzy, wytrwale pracował nad kolejnymi artykułami czy książkami. Idea, jaką wyznawał, aby niepodległa Ukraina była domem dla wszystkich zamieszkujących ją narodów, poniosła klęskę. Do głosu doszedł ukraiński nacjonalizm, od którego się odżegnywał. Po śmierci został zapomniany.

Ale książka Tani Malarczuk to także bardzo ciekawa historia budzenia się ukraińskiej świadomości narodowej, starań o niepodległość, walk rozmaitych politycznych stronnictw i idei, upadek nadziei, a wreszcie historia emigrantów, którzy uciekli z terenów wcielonych do ZSRR. Emigrantów, którzy stracili wszystko, klepali biedę i ... pogrążali się w animozjach, sporach i kłótniach. Skąd my to znamy! Naprawdę wiele się z niej dowiedziałam. Wprawdzie dobrych kilka lat temu czytałam książkę brytyjskiej dziennikarki i historyczki Ann Reid "Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015", ale naprawdę niewiele z niej pamiętam. Cóż, gdybym miała czas, chętnie bym do niej wróciła.

Pozostaje na koniec zadać pytanie - czy oba wątki łączy coś poza tym, że narratorka zafascynowana jest Lipińskim? Tak. To historia Ukrainy. Wspominając babcię Sonię i dziadka Bączyka, bohaterka trochę opowiada o losach tych, którzy nie wyjechali. Pojawiają się wspomnienia Hołodomoru, kolektywizacji, wojny, czasów powojennych. Przetrwali ci, którzy byli twardzi, jak babcia Sonia, prosta, wiejska kobieta, albo ci, którzy umieli sprytnie manewrować pomiędzy meandrami Historii. Można to nazwać oportunizmem, ale ocalili życie. To przypadek dziadka Bączyka, który śmiechem przykrywał świadomość swoich kompromisów z losem. Dzięki temu, że oni przetrwali, na świecie pojawiła się narratorka. A przecież tak niewiele brakowało, aby jej nie było. Ceną za życie była utrata zbiorowej pamięci. Nie pierwszy raz wraca ten wątek w ukraińskiej literaturze. Z podobnym problemem mierzyła się rodzina Ciłyków w powieści Wiktorii Amieliny "Dom dla Doma", o której niedawno pisałam.  

Zaczęłam płakać, wciąż powtarzając sobie, że łzy są gniewem adresowanym do kogoś innego. Ale kto to był? (...) Partyjni, którzy wydawali rozporządzenia zgodnie z kursem na likwidację szkodliwej historii, na lobotomię pamięci? Czy może moi dziadkowie i babcie, pradziadkowie i prababcie, którzy okazali się zbyt słabi, aby przeciwstawić się lobotomii? Kto winien? Na kogo się złościć? 

Warto sięgnąć po tę ciekawą, ale smutną książkę. 

Wiktoria Amelina "Dom dla Doma"

Wracam do literatury ukraińskiej. Książek z tej działki, które czekają

na swoją kolej, mam w zapasie kilka, stale też śledzę to, co wychodzi. Dziś będzie o powieści Wiktorii Ameliny "Dom dla Doma" (Warstwy 2020; przełożyła Katarzyna Kotyńska). Jeszcze przed wakacjami brałam udział w wieczorze poświęconym literaturze ukraińskiej prowadzonym przez Katarzynę Kotyńską, tłumaczkę tej właśnie powieści i wielu innych, ukrainistkę, literaturoznawczynię. Na spotkaniu gościem specjalnym była autorka powieści. Gdyby nie ten bezpośredni kontakt, gdyby nie czytanie fragmentów, pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi, a to dlatego, że narratorem jest ... pies, ten tytułowy Dom, dziwny, niezbyt urodziwy pudel. Takie chwyty kojarzą mi się jednoznacznie z literaturą dla dzieci, więc nie była to dobra rekomendacja. Ale słowa tłumaczki sprawiły, że nabrałam ochoty na lekturę i nie żałuję.

Uczynienie narratorem psa sprawia, że opowieść o rodzinie Ciłyków nabiera dziwnej lekkości. Z oczywistych względów jest tu wiele niedopowiedzeń zaostrzających tylko ciekawość czytelnika, bo przecież pies wszystkiego nie wie, mimo że jest niemym świadkiem wielu rozmów, a niektórzy członkowie rodziny tylko jemu zwierzają się ze swoich trosk i sekretów, wiedząc, że nikomu ich nie zdradzi. No ale przecież nie o psie jest powieść Wiktorii Ameliny. To historia wspomnianej już wielopokoleniowej rodziny Ciłyków, którą los jeszcze w czasach Związku Radzieckiego rzucił do Lwowa. Wcześniej mieszkali w różnych miejscach, a to dlatego, że senior rodu, Pułkownik, był lotnikiem. Uwielbiał latać i dlatego do tamtych czasów wciąż tęskni. Chciałby przynajmniej jeszcze raz wzbić się w powietrze i próbuje w osobliwy sposób swoje marzenie zrealizować. Kiedy ich poznajemy, na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, mieszkają w lwowskiej kamienicy w dwupokojowym mieszkaniu. Pułkownik, jego żona, nazywana Babcią Marusią, ich dwie dorosłe córki z wnuczkami, Mama Ola z niewidomą Marusią i Mama Tamara z Maszą. Jednym słowem dom kobiet. A kamienica nie jest zwyczajna - to właśnie w niej, właśnie w tym mieszkaniu mieszkał przed wojną pewien sławny polski pisarz. Ściślej rzecz biorąc, sławny stał się dużo po wojnie. Jego nazwisko nigdzie nie pada, ale czytelnik domyśla się, o kogo chodzi. Dlatego od czasu do czasu ktoś koniecznie chce obejrzeć mieszkanie Ciłyków, a nawet oferuje za nie spore pieniądze, ale oni konsekwentnie odmawiają, trochę chyba nie dowierzając w realność takiej hojnej propozycji. 

Mimo licznych problemów, które ich nękają, bije od nich ciepło. Jest im ze sobą dobrze, chociaż tłoczą się w dwóch pokojach, liczą każdy grosz, Ola i Tamara samotnie wychowują swoje dzieci, mała Marusia nie widzi, a jej mama marzy o wysłaniu córki do Niemiec na operację, a jakby tego było mało, z czasem pojawiają się i inne problemy. Być może brzmi to cukierkowo i kojarzy się z literaturą lekkiego kalibru, ale zapewniam, że wcale tak nie jest. Na tym polega urok tej książki, iż w sposób przyjemny, pochłaniający czytelnika bez reszty opowiada o sprawach poważnych. O całym tym skomplikowanym ukraińskim losie. 

Bo kim są Ciłykowie? Dawniej nie musieli zadawać sobie tego pytania. Mieszkali w Związku Radzieckim i tyle. Ale odkąd Ukraina odzyskała niepodległość, muszą. Jedna rodzina, a w dokumentach mają wpisane różne narodowości. Kim na przykład jest urodzona w Baku Babcia Marusia? Niewiele wie o historii swoich rodziców. Jej matka przybyła tam z daleka, wędrowała wzdłuż rzeki. Kim była? Brzmi baśniowo, ale tak właśnie w tej powieści bywa. Niedopowiedzenia mieszają się z konkretem, twardą rzeczywistością. Nieprzypadkowo mała Marusia wierzy, że w tajemniczej, ciężkiej skrzyni stojącej w mieszkaniu znajdują się piękne suknie balowe. Marzy, aby znaleźć do niej zaginiony klucz. W jego poszukiwaniu odbędzie wiele zakazanych wędrówek po mieście, za przewodnika mając swojego ukochanego psa, który do tej roli nadaje się średnio. Rozwiązanie okaże się zaskakujące, prozaiczne, a jednak przejmujące.  

To, co kiedyś było proste, nagle się skomplikowało.  Na przykład historia. Ola, która uczy jej w szkole, zupełnie nie potrafi sobie z nią poradzić. No bo to, czego dowiedziała się w czasie studiów, odeszło do lamusa. Ale czym to zastąpić? Nie wie. Nikt jej nie powiedział. Przeszłość z jednej strony jest przez Ciłyków idealizowana, z drugiej to właśnie w niej kryją się rodzinne tajemnice, o których się milczy. Są rodziną trochę bez przeszłości, a trochę z przeszłością zamilczaną. O pewnych sprawach po prostu się nie rozmawia. Nie mają rodzinnych pamiątek, a te, które za takie uchodzą, wpadły w ich ręce przypadkowo wraz z kolejnymi przeprowadzkami. Nie znają historii rodu, nie potrafiliby stworzyć porządnego drzewa genealogicznego. Posklejani z różnych kawałków, nie wiedzą kim są. Uczą się dopiero swojej ukraińskości, początkowo nią zadziwieni, stopniowo coraz bardziej do niej przywykają. Dlatego nie znają historii miasta, w którym zamieszkali. Muszą się go dopiero nauczyć. Takich jak oni jest wielu. Pewnie dlatego Ola z  łatwością dorabia niezwykłe historie do starych, często bezwartościowych przedmiotów, które sprzedaje w antykwariacie, gdzie z czasem zacznie pracować. Pewnie dlatego klienci dają się na nie nabrać. Bo czym jest prawda? Gdzie jej szukać w tym płynnym świecie, w którym wszystko się zmienia, kotłuje, buzuje? To kolejne wielkie pytanie.

Podążając za losami Ciłyków, poznajemy ukraińską historię - tę świeżą i tę dawniejszą. Z czasem odkryjemy też rozwiązanie rodzinnych tajemnic. Czy okażą się takie straszne, jak może się wydawać? Mnie ta książka pochłonęła bez reszty i sprawiła dużą przyjemność. Łączy w sobie potoczystą opowieść, lekkość osiągniętą dzięki psiemu narratorowi i perspektywie niewidomej dziewczynki z poważnymi tematami. A na koniec dwa cytaty.

Kiedy jedno pokolenie milczy, następne zacznie w końcu zmyślać - a ci, którzy przyjdą później, mogą już nawet nie dostrzec różnicy między prawdą i kłamstwem. 

Tato, a gdzie są nasze rzeczy? Dlaczego ta broszka z granatem z lat sześćdziesiątych to najstarsze, co mamy? Bo przecież cudza srebrna łyżka i ikona cioci Dusi się nie liczą. Ani niemieckie okulary, które rozmazują świat ... Gdzie się podziały wszystkie nasze rzeczy?  

Margaryta Jakowenko "Przemieszczenie"

Od jakiegoś czasu ArtRage, serwis oferujący różnego rodzaju

kulturę, który jeszcze do niedawna sprzedawał książki (i nie tylko) w pakietach w cenie co łaska (nigdy nie udało mi się rozkminić, jak to działa), wypączkował, na moje nieszczęście, w ambitne wydawnictwo. Z tym nieszczęściem to trochę żart, a trochę serio. Bo pojawiło się kolejne interesujące źródło książek. A ja znowu wzdycham - kiedy to wszystko czytać! A wydają w jakimś szalonym tempie! "Przemieszczenie" Margaryty Jakowenko (ArtRage 2022; przełożyła Agata Ostrowska) to ich druga powieść, którą przeczytałam, trzecia czeka w czytniku.

"Przemieszczenie" to literacki debiut Margaryty Jakowenko, hiszpańskiej pisarki ukraińskiego pochodzenia. Łatwo się domyślić, że opowiedziana na kartach tej książki historia Darii Kowalenko Petrowej wiele czerpie z doświadczeń samej autorki. Wszystko zaczyna się w pod koniec lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy to najpierw do Hiszpanii wyjeżdża tata Darii, a kończy dwadzieścia lat później, gdy jako dorosła kobieta otrzymuje z rąk znudzonej, nieczułej urzędniczki hiszpańskie obywatelstwo. Czy kobieta nią gardzi, czy tak się jej tylko wydaje? Jest to więc opowieść o tym, co robi z dzieckiem migracja. Ile rozumie? Co czuje? Jak sobie radzi? W tle dostajemy też historię jej rodziców. Bo głos w tej powieści należy do dorosłej Darii, która w momencie życiowego kryzysu w sposób niechronologiczny wspomina swoją przeszłość, najbardziej skupiając się na tym, co działo się od chwili, kiedy wraz z mamą w zimowy grudniowy wieczór wsiadły w swoim rodzinnym Mariupolu do nocnego pociągu, który zawiózł je do Kijowa, skąd samolotem poleciały do dalekiej słonecznej Murcji.

Ta historia bardziej skłania do refleksji niż wzrusza. Przynajmniej ze mną tak było. To nie zarzut, ale stwierdzenie faktu. Bo ta króciutka powieść, którą można przeczytać w ciągu jednego popołudnia, jest warta lektury. Tym bardziej, że w głowie cały czas dźwięczą wydarzenia sprzed kilku tygodni i miesięcy. Bo trudno uciec od smutnej refleksji, że Darii i jej rodzicom się udało. Co by z nimi było dziś, gdyby jej ojciec, inżynier, który od miesięcy nie otrzymywał pensji, w akcie desperacji nie postanowił wyjechać gdziekolwiek na Zachód, aby zarobić większe pieniądze na samochód, na mieszkanie, na życie. Przetrwaliby oblężenie Mariupola? A może udałoby się im wyjechać z miasta, kiedy jeszcze było to możliwe? Czy siedzieliby w podziemnych korytarzach Azowstalu? Zginęliby w zbombardowanym teatrze? Byłaby to całkiem inna historia. Takie powieści ukraińskie pisarki i ukraińscy pisarze napiszą pewnie za jakiś czas. Tymczasem dorosła Daria w roku 2020, kiedy kończy się powieść, nie wie, co zdarzy się za dwa lata.

Daria wcale nie chce, aby jej tata wyjeżdżał. Będzie płakać w poduszkę, kiedy podsłucha kłótnię rodziców. Potem, kiedy okaże się, że wyjazd nie jest tylko na jakiś czas, ale i one muszą dołączyć, buntuje się także mama, pielęgniarka. Ale co może zrobić? Wybiera rodzinę. Dorośli mają wybór, dziecko żadnego. Daria zostaje oderwana od przyjaciół, dziadków, szkoły i rzucona w obcy świat. Odtąd żyje ciągle pod presją - musi być najlepsza, bo rodzice rzucili wszystko, zdecydowali się na degradację swojej pozycji, aby ona miała kiedyś lepiej. Więc zaciska zęby i odtąd zawsze będzie najlepsza - w szkołach i na studiach, a potem w pracy. Nie skarży się, nie chce ranić rodziców, przecież oni też nie mają lekko. Ojciec już nigdy nie będzie inżynierem, a mama pielęgniarką. Wykonują byle jakie prace, harują nawet w weekendy, żeby ona już tak nie musiała. Daria zdaje sobie sprawę z degradacji ich statusu społecznego. Zdarza się jej słyszeć pogardliwe uwagi na temat mamy, która sprząta wakacyjne apartamenty, o paradoksie, wynajmowane przez bogatych Rosjan. Zazdrości dzieciom, po które do szkoły przychodzą rodzice. Ona musi wracać do domu sama. Tam czeka na nią obiad, który podgrzeje sobie w mikrofalówce. Je go w ciszy obcego mieszkania. Wokół morze i słońce, a ona tęskni za dziadkami, zimnem, za starym mieszkaniem. To nostalgia - usłyszy od mamy. Dorośli też ją odczuwają. W tym są równi z dziećmi, tak samo jak one bezbronni. I nie ma na nią leku, nikt nie może im pomóc. Dorosła Daria spróbuje jakoś ją zaleczyć, ale zrozumie, że to niemożliwe. Trzeba się z sobą pogodzić i spróbować jakiejś innej drogi.

Przymus osiągnięcia sukcesu, udawanie, że wszystko jest w porządku, milczenie mają swoją cenę. Płaci ją dorosła Daria. Chociaż  rodzice są pewnie przekonani, że osiągnęła sukces, nie jest szczęśliwa. Nawet teraz nie potrafi im o tym powiedzieć. A może zwłaszcza teraz? Chorują jej ciało i dusza, odczuwa ogromne znużenie. Znużenie odczuwała też matka - ciężką, byle jaką pracą. Ale czy to jedyny powód? 

Podejrzewam, że przepłakiwała też noce w tamtym mieszkaniu (...) z telewizorem, w którym nikt nie mówił w jej języku. Że oddałaby wszystko, żeby posłuchać czegokolwiek, co mogłaby zrozumieć. W tamtym mieszkaniu, w którym zaczynała się godzić z myślą, że już nigdy nie wróci do zawodu pielęgniarki, choć ma zaledwie dwadzieścia siedem lat. (...) Że poza tymi ścianami nie ma niczego. Że jedyne osoby, które zna w tym zakątku świata, to jej mąż i córka, że poza tym mieszkaniem, nie ma się gdzie podziać. Nie miała z kim pójść na herbatę, komu ponarzekać (...). A do tego powinna się czuć szczęściarą. Choć z oczu płynęły jej łzy, powinna się cieszyć, że tu jest. Sądzę, że ona też nauczyła się sama pocieszać. (...) Odinoczestwo to po rosyjsku samotność.

A ojciec? Czy jemu było dobrze? Czy po latach dorośli uznaliby swoje decyzje za słuszne? A gdyby wiedzieli, co się dzieje z ich córką? Czy wybraliby taką samą drogę? To pewnie jedna z tych sytuacji, z których nie ma dobrego wyjścia. Zostać źle, wyjechać też nie najlepiej. Może dopiero dzieci Darii, jeśli będzie je miała, będą żyć jak inni? 

Kiedy złożona niemocą przypomina sobie różne zdarzenia z dzieciństwa, które ułożyły się w drogę, jaka doprowadziła ją do takiego stanu, nie potrafi się oprzeć refleksji, jak niesprawiedliwy jest los.

... to wszystko, cała ta migracja, było tylko po to, żeby zapewnić im życie, które Carlos odziedziczył w chwili narodzin.

Carlos to jej partner, z którym właśnie się rozstała. Pewnie także dlatego, że nawet nie próbował zrozumieć jej doświadczenia. 

Wielostopniowa samotność, w nowym kraju, w środowisku i w rodzinie, robienie dobrej miny do złej gry, niemożność bycia zrozumianym, odcięcie od języka, co tworzy dodatkową barierę, to ich los. Czy byłoby im łatwiej, gdyby ze sobą rozmawiali? Gdyby powiedzieli sobie, co czują, jak im ciężko? Ale oni  skazują siebie na grę w udawanie, że wszytko okej. Na pewno nie jest to doświadczenie wszystkich emigrantów zarobkowych, ale pewnie wielu.  

Czytając to gorzkie imigranckie świadectwo, nie mogłam oprzeć się jeszcze jednej refleksji, trochę obok tej książki, a trochę jednak w związku z nią. Jak to jest, że teraz Ukraińcy tak zaciekle walczą o kraj, który nie był miejscem dobrym do życia? Z którego musieli wyjeżdżać, szukając lepszej przyszłości? A jednak walczą z takim hartem ducha. Bo przecież  w "Przemieszczeniu", i w innych ukraińskich książkach, które, nie tylko ostatnio, czytałam, obraz Ukrainy, oględnie mówiąc, nie jest przyjazny. Że nie wspomnę o wydanym kilka lat temu zbiorze reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje".

Tamara Duda "Córeczka"

Tamara Duda, ukraińska dziennikarka i tłumaczka, swoją

debiutancką powieścią "Córeczka" (KEW 2022; przełożył Marcin Gaczkowski) przebojem zdobyła polski rynek wydawniczy. No może tę bańkę, której częścią jestem. Gdzie się nie obejrzę, znakomite recenzje, polecała tę książkę, na spotkaniu, na którym byłam, sama Oksana Zabużko. Na fali mojego literackiego ukraińskiego wzmożenia nie mogłam jej ominąć. Po lekturze dołączam się do chóru zachwyconych.

"Córeczka" jest opowieścią o Donbasie, Doniecku, ale także o kobiecej sile i o mocy przyjaźni, takiej, co to jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. No i jest to też historia wojny. Bo zasadnicza akcja tej powieści toczy się właśnie w Doniecku i okolicach od jesieni 2013 do sierpnia 2014 roku. Historia przyspiesza, kiedy ówczesny prezydent Ukrainy, Wiktor Janukowycz, nie podpisał umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Ukraińcy manifestują swój gniew, zaczyna się zwycięska choć okupiona krwią rewolucja. Ale nie w Doniecku. Tu protesty są mniej liczne, a popierani przez Rosję separatyści chcą oderwać Donbas od Ukrainy. Wybucha wojna, a jej kolejną odsłonę obserwujemy dziś. 

Ale zanim rozgorzał konflikt, który zburzył świat mieszkańców Donbasu i Ukrainy, narratorka, nazywana córeczką, z powodzeniem prowadziła w Doniecku   firmę produkującą szklane lampy i żyrandole o niesamowitych, fantastycznych kształtach i barwach. Zaczęło się od niewielkiej manufaktury, skończyło na warsztacie zatrudniającym kilkanaście osób i zamówieniach wartych bardzo duże pieniądze. Już wtedy narratorka dała się poznać jako osoba nie tylko utalentowana, to ona projektowała i wytapiała szkło, ale także samodzielna, energiczna, obrotna. Stworzyła zespół ludzi składający się z samych mężczyzn, którymi dowodziła. Ale ich relacje z służbowych bardzo szybko przekształciły się w przyjacielskie. Była to przyjaźń wierna i silna, sprawdzona w trudnych sytuacjach. Dla niej i dla nich nie było rzeczy niemożliwych. Kiedy wybuchnie wojna, zakład przestanie istnieć, ale nie ich drużyna. Stworzą grupę wolontariuszy, która będzie dokonywać cudów, aby pomagać ukraińskim żołnierzom walczącym z separatystami. W jaki sposób? Zaczęło się od gotowania, a potem było zbieranie pieniędzy, kupowanie kamizelek kuloodpornych, noktowizorów i innego sprzętu potrzebnego na wojnie. Wszystko na sporą skalę. A warto pamiętać, że tamta armia ukraińska to nie ta, która walczy dzisiaj. Brakowało dosłownie wszystkiego.

"Córeczka" to świetny przykład powieści, która łączy w sobie czytelniczą atrakcyjność z głęboką problematyką, dlatego czyta się ją znakomicie. Ale mieszanina szybkiej akcji, niesamowitych przygód i humoru z wydarzeniami niebezpiecznymi, tragicznymi pozwala na refleksję, zamyślenie, a przede wszystkim wczucie się sytuację mieszkańców Doniecka i Donbasu, szczególnie tych, dla których ta bratobójcza wojna i groźba rozkawałkowania Ukrainy jest prawdziwym nieszczęściem. Autorce znakomicie udało się pogodzić konwencję powieści przygodowej z opowieścią o przełomowym okresie w historii niepodległej Ukrainy i o wojnie. Teraz dygresja. Ostatnio pisałam o powieści indonezyjskiego pisarza Eki Kurniawana "Piękno to bolesna rana" i narzekałam, że konwencja realizmu magicznego i baśni złagodziła kanty, spłaszczyła problemy i sprawiła, że nad nieszczęściami bohaterów przeszłam bez współczucia i bólu. Okazuje się, że połączenie lekkiego z poważnym jest możliwe i powieść na tym nie traci. To właśnie przykład "Córeczki". 

Skoro porównuję, to muszę wspomnieć o wybitnym "Internacie" Serhija Żadana. Tamta powieść dotyka przecież tego samego czasu - początków wojny w Donbasie. Główny bohater został nią zaskoczony, wcześniej nie był w centrum wydarzeń, stał z boku. Nieoczekiwanie musiał się skonfrontować z grozą wydarzeń, wziąć odpowiedzialność za kogoś, wreszcie dorosnąć. Żadan znakomicie oddaje chaos początku wojny, dezorientację ludzi, którym nagle wali się świat. Tamara Duda tworzy szerszą perspektywę. Od niepokoju, nieśmiałych protestów, manifestacji atakowanych przez separatystów do wybuchu wojny. Pokazuje stopniową dezorganizację życia - braki prądu, wody, żywności, eksodus mieszkańców, ostrzeliwanie dzielnic znajdujących się na obrzeżach. Wyludnia się blok, w którym mieszka narratorka i jej babcia. Sąsiedzi wyjeżdżają, zostawiają im klucze, proszą o podlewanie kwiatków, zapalanie świateł, opiekę nad pozostawionymi kotami. Obserwujemy, w jakim tempie opuszczone domy są rozkradane i dewastowane. Ujawniają się też różnice między ludźmi - nie wiadomo, komu można ufać. Sąsiedzi, którzy kiedyś żyli zgodnie, teraz stają się wrogami. Jedni są za Ukrainą, inni za separatystami. Autorka pisze o więzieniu, torturach i wszystkich okropnościach wojny. Gdyby wyrzucić z tej powieści pewne fragmenty umiejscawiające wydarzenia w tamtym konkretnym czasie, można by pomyśleć, że jej akcja toczy się dziś. Wszystko się powtarza. Także paradoks polegający na tym, że są miejsca, w których toczy się zwyczajne życie. Nie tylko w Dnieprze, do którego bohaterowie często jeżdżą, ale także w donbaskich wsiach i małych miasteczkach, no i w centrum Doniecka. Kiedy na osiedlu, gdzie mieszka narratorka, brakuje wszystkiego i przed artyleryjskimi pociskami trzeba chować się w piwnicach, w centrum ta groza jest niemal nieodczuwalna. Można odnieść wrażenie, że to inny świat. Ale tragedia, nieoczekiwany ostrzał może zdarzyć się w każdej chwili. 

Inna niż u Żadana jest też główna bohaterka i jej przyjaciele. Oni od początku nie mają wątpliwości nie tylko, po której stronie się opowiedzieć, ale także, że trzeba się włączyć w nurt wydarzeń, robić coś, działać. To historia silnych, przebojowych kobiet, bo jest jeszcze Tania, które doskonale dogadują się z takimi samymi mężczyznami. Kobiet gotowych nieść pomoc tym, którzy jej właśnie potrzebują, bez wahania, bez oglądania się na możliwe konsekwencje, na niebezpieczeństwo. Czy się boją? Oczywiście, przecież trudno się nie bać, kiedy ryzykuje się życiem. Ale prą do przodu, działają, a kiedy jakieś sprawy mniej istotne też domagają się uwagi, narratorka lubi powtarzać, że pomyśli o tym jutro albo kiedyś. 

Bardzo, bardzo dobra powieść. 

Jurij Wynnyczuk "Tango śmierci"

Odkrywania literatury ukraińskiej ciąg dalszy. Tym razem "Tango

śmierci" Jurija Wynnyczuka (KEW 2018; przełożył Bohdan Zadura), książka, która w roku 2019 znalazła się w ścisłym finale Angelusa, nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej. Naprawdę nie wiem, jak wpadłam na tę powieść, bo na pewno nie zapamiętałam jej z tamtej nominacji. A przecież musiałam usłyszeć o niej niedawno, bo to całkiem świeży zakup na fali mojego ukraińskiego wzmożenia. Autora kojarzyłam już wcześniej, bo mniej więcej rok temu chwalono inną jego powieść - "Lutecję". Wtedy mimo bardzo dobrych recenzji nie skusiłam się na nią, bo uznałam, że to nie jest ten typ literatury, który lubię. Dziś, po lekturze "Tanga śmierci", postanowiłam ją przeczytać, mimo że moje upodobania lekturowe nie uległy zmianie. Cóż, zdarzają się wyjątki. Na koniec wstępu kilka słów o autorze. Jurij Wynnyczuk to jeden z bardziej znanych pisarzy ukraińskich, przekładany na wiele języków. Urodzony w roku 1952 poeta, prozaik, tłumacz, dziennikarz. Mieszka we Lwowie, co jest nie bez znaczenia w kontekście powieści, o której dzisiaj.

Muszę przyznać, że mój odbiór "Tanga śmierci" zmieniał się w trakcie lektury. Falował od przyjemności czytania przez lekką irytację do pełnej akceptacji. Zaraz wyjaśnię, skąd wzięła się irytacja. Ale od początku. "Tango śmierci" to opowieść o Lwowie i jego mieszkańcach - tych współczesnych, ale przede wszystkim przedwojennych. Polakach, Ukraińcach, Żydach, a nawet Niemcach, bo miasto było kiedyś kulturowym tyglem. Tu wyznanie - nie mam jakiegoś wielkiego sentymentu do Lwowa. Wprawdzie rodzina mojego ojca wywodziła się ze wschodu, ale z Wołynia. Nie nasiąkłam lwowskimi wspomnieniami, już prędzej wileńskimi, bo z Wilnem w młodości związany był mój dziadek, ale też bez przesady. Nigdy też we Lwowie nie byłam. Nie żebym nie chciała, ale zawsze odkładałam ten wyjazd na później, no a teraz, kiedy po lekturze nabrałam wielkiej ochoty, nie wiadomo, kiedy taka podróż będzie znowu możliwa. Kiedy czytałam "Tango śmierci", bardzo żałowałam, że nie znam miasta, bo to taka powieść, która osadzona jest w jego topografii. Kto był, ten bez trudu może przywołać obrazy tych miejsc, może czytać z planem Lwowa w ręce. Ja uwielbiam takie sytuacje i żałuję, że ta przyjemność została mi odebrana, a właściwie sama ją sobie odebrałam.

Akcja powieści toczy się na dwóch planach czasowych - historycznym i współczesnym. Ten pierwszy obejmuje lata międzywojnia i wojny, kiedy najpierw Lwów był polski, a potem przechodził z rąk radzieckich do niemieckich. Tu bohaterów jest czterech - przyjaciele, urodzeni w latach dwudziestych, Ukrainiec Orest, Polak Jasio, Żyd Josiek i Niemiec Wolf. Pierwsze skrzypce gra Orest, to z jego notatek poznajemy ich historię. Bardzo ważną postacią jest też Josiek, skrzypek. Współczesność to historia zapalonego naukowca orientalisty, profesora Jarosza. Jego pasją są martwe języki, a szczególnie język arkamski, którym mówił w starożytności nieistniejący już lud Arkanum. I język, i posługujący się nim ludzie zostały na potrzeby powieści wymyślone. Zdarzenia z obu planów czasowych ściśle się ze sobą łączą. Po pierwsze dzięki rękopisowi Oresta, który w pewnym momencie wpada w ręce Jarosza, a po drugie dzięki pewnej tajemniczej melodii - owego tytułowego tanga śmierci. Miało ono moc niezwykłą, ten, komu grano ją, gdy umierał, stawał się poniekąd nieśmiertelny - odradzał się w kolejnych pokoleniach, nie zdając sobie z tego sprawy. I znowu dopiero moc usłyszanej melodii tanga mogła mu świadomość przeszłości przywrócić.

I tu muszę wyjaśnić, dlaczego w pewnym momencie zaczęłam żałować, że na "Tango śmierci" się skusiłam. Nie raz dawałam w tych notkach wyraz mojej niechęci do wszelkiej maści fantastyki. A tu wątek fantastyczny staje się bardzo silny. Wszystko, co łączy się z odtwarzaniem melodii tego jedynego w swoim rodzaju tanga, poszukiwaniem wiadomości na jego temat, a wreszcie użyciem jego mocy, pisane jest w porządku fantastycznym. Jakoś jednak przestało mi to doskwierać, bo przyjemność z lektury była, do czasu, o czym za chwilę, ogromna. Kilkudniowa wyprawa Oresta w głąb biblioteki Ossolineum, która okazuje się biblioteką niezwykłą, bo żywą na wiele sposobów, opowiedziana została pysznie. Obraz jego wędrówki był tak sugestywnie przedstawiony, że odcisnął się w mojej wyobraźni bardzo silnie. Kiedyś przeżyłam coś podobnego, czytając pierwszą część "Władcy pierścieni" Tolkiena. (Odpadłam w połowie drugiej i lektury nigdy nie skończyłam, chociaż pierwsza sprawiła mi wielką przyjemność.)

Powieść Jurija Wynnyczuka to zabawa wieloma konwencjami. Znajdziemy tu wątek sensacyjny, moim zdaniem jakoś pod koniec puszczony, historie łotrzykowskie, znakomite, barwne opowieści w iście hrabalowskim stylu. Są tu nawiązania do popkultury, Dan Brown czy Borghese i Umberto Eco. Uczciwie przyznaję, że te trzy aluzje wymieniam za recenzentami - Dana Browna nigdy nie czytałam, czego nie żałuję, niestety to samo muszę napisać o Borghesie i  Umberto Eco, czego trochę się wstydzę. 

Ale "Tango śmierci" to nie tylko powieść zabawna, pełna barwnych typów, trzymająca w napięciu za sprawą tajemnicy. Tak jest rzeczywiście do pewnego momentu. Przedwojenny Lwów jawi się niczym mityczna rajska kraina, gdzie wszyscy żyją w zgodzie i radości. A dzieje się tak, ponieważ poznajemy go z perspektywy Oresta, młodego chłopaka niestroniącego od wszelkich drak i kłopotów. Dlatego  wierzymy, że może nie dostrzegać konfliktu polsko-ukraińskiego czy polskiego antysemityzmu, który w latach trzydziestych rozbujany był już na dobre. Ale ta sielanka trwa do czasu i wtedy tonacja się zmienia. Cezurę stanowi oczywiście wybuch wojny, która zmiotła tamten arkadyjski świat. Najpierw Rosjanie, potem Niemcy. A swoją drogą czytając o radzieckiej okupacji Lwowa, trudno uciec od wrażenia, jak wszystko się powtarza. Grabieże, krępowanie rąk drutem i strzelanie w tył głowy - to dzieje się teraz w Ukrainie niemal na naszych oczach. Niby coś tam na temat okupacyjnej historii Lwowa wiedziałam, ale na pewno nie aż tyle, a poza tym zebrane razem robi duże wrażenie. Ale jak to bywa, przeszłość nieznana jest także współczesnym mieszkańcom miasta. Dla Jarosza jest ona tak tajemnicza jak owo starożytne Arkanum dla zwykłych śmiertelników. Nieoczekiwanie dla siebie odkrywa ją za pośrednictwem notatek Oresta i historii tanga śmierci. 

Bardzo ciekawa książka, która sprawi przyjemność i tym, którzy w literaturze szukają czegoś więcej, i tym, którzy po prostu łakną rozrywki i przyjemności płynącej z lektury. 

Popularne posty