Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jugosławia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jugosławia. Pokaż wszystkie posty

Jurica Pavičić "Czerwona woda"

Jedna z literatur, na którą od dawna nastawiony jest mój czytelniczy

radar, to literatura bałkańska. Gdy tylko dotrze do mnie wiadomość, że ukazuje się jakaś książka z tego obszaru, pilnie nadstawiam ucha i jeśli odpowiada moim czytelniczym zainteresowaniom, czytam. Tak trafiła w moje ręce "Czerwona woda" Juricy Pavičića (Noir sur Blanc 2025; przełożył Leszek Małczak). Strzał okazał się celny, bo powieść została wybrana do dyskusji przez prowadzącą, bałkanistkę, jeden z klubów książki, na który od czasu do czasu uczęszczam. 

Na początek kilka zdań o Juricy Pavičiću. Jest chorwackim powieściopisarzem, autorem opowiadań, scenariuszy filmowych i dziennikarzem. Urodził się w Splicie. I to właśnie w Dalmacji często umieszcza akcję swoich książek.

Nie inaczej jest w wypadku "Czerwonej wody". Opowiedziana historia rozgrywa się przede wszystkim w małym nadmorskim miasteczku na dalmatyńskim wybrzeżu. Miejscowość najprawdopodobniej jest fikcyjna, ale już Split, w którym też rozgrywają się niektóre wydarzenia, czy wspominany tylko Trogir to już nie wyobraźnia autora. Akcja zaczyna się pewnego letniego dnia w roku 1989, a kończy w roku 2017. Tego właśnie dnia w miasteczku organizowany jest rybacki festyn, na który wybiera się siedemnastoletnia Silva i jej brat bliźniak Mate. Dziewczyna nigdy nie wróci z zabawy. Odtąd życie rodziny Velów zostanie wywrócone do góry nogami. Sprawa staje się głośna nie tylko w miasteczku, ale rozpisują się o niej media. Co się z nią stało? Wypadek? Ucieczka? Morderstwo? Z czasem zainteresowanie opada, tylko najbliżsi nie potrafią zapomnieć. 

"Czerwona woda" na jednym z portali książkowych określana jest jako kryminał, sensacja, a nawet thriller. I rzeczywiście zagadka zaginięcia Silvy zostaje rozwiązana dopiero na końcu, chociaż przyznam, że trochę wcześniej domyśliłam się, co się stało. Mimo wszystko powieść czytałam z zainteresowaniem do samego finału. Połknąć ją można w ciągu kilku dni, a gdyby ktoś dysponował wolnym czasem, to jeszcze szybciej. Historię poznajemy z paru punktów widzenia. Każdy rozdział to perspektywa jednej osoby, członków rodziny, prowadzącego śledztwo milicjanta, tak, tak, wszak wszystko zaczyna się jeszcze w czasie, kiedy istniała socjalistyczna Jugosławia, i kilku innych osób. Ale "Czerwona woda" to coś więcej niż kryminał. Bo zagadka zaginięcia Silvy osadzona jest w burzliwych czasach, kiedy jugosłowiański świat trzęsie się w posadach i przechodzi w niebyt. Ale nie tylko wątki historyczne i transformacyjne są tu ważne.

Na pierwszy plan wybija się historia rodziny Velów. Kiedy ginie Silva, rodzinne i milicyjne śledztwo odkrywa jej tajemnice. Okazuje się, że nikt z bliskich nie miał pojęcia, jaka naprawdę była. Nawet Mate, brat bliźniak. Z kim się spotykała, czym się zajmowała, kiedy przebywała w szkolnym internacie w Splicie, jakie miała plany. To jedno. Drugi rodzinny wątek to oczywiście niemożność poradzenia sobie z traumą, co z kolei powoduje powolną dezintegrację rodziny. Najgorsza jest niepewność, brak informacji. Świadomość, że nie wiadomo, co się z nią stało. Gdyby odnaleziono ciało, gdyby było wiadomo, że nie żyje, można by było zrobić pogrzeb, pochować ją i zacząć powolny proces żałoby. Tymczasem tego wszystkiego nie da się zrobić. Pozostali członkowie rodziny, matka, ojciec i brat, zamykają się w swoim świecie, gorzknieją, odsuwają się od innych. Początkowo szukają jej wszyscy, z czasem na poszukiwania nastaje matka, zmuszając do tego syna. A to przecież jak szukanie igły w stogu siana, więc pewnie rację ma ojciec, który w pewnym momencie odpuszcza. 

Teraz ważniejsze jest, żebym został w domu. Jak zdam maturę, zacznę pracować jako kierowca ciężarówki i będę rozwoził mrożoną rybę. To dobra praca, dużo się jeździ. Po drodze będę mógł prowadzić śledztwo. Mate mówił, a Jakov milczał. Myślał tylko o tym, jak trucizna się sączy, zatruwając wszystko dookoła.

W każdym razie dzień, w którym odbył się piknik rybacki, był ostatnim normalnym dniem w życiu rodziny Velów. Jednak wtedy jeszcze tego nie wiedzieli.

Ale zaginięcie Silvy burzy nie tylko ich spokój. Na zawsze zmieni los jej chłopaka, Brany, który nigdy nie pogodzi się nie tylko z jej zniknięciem, ale także z okolicznościami, jakie do tego doprowadziły. Zniknięcie dziewczyny kładzie się także cieniem na miasteczku. Najpierw, co zrozumiałe, budzi z jednej strony strach, przerażenie, smutek, współczucie, ale także sensację. Potem, kiedy oskarżenia padają na konkretną osobę, jej los i los jej rodziny stają się nie do pozazdroszczenia. Chociaż niczego tej osobie nie udowodniono, otoczona zostaje ostracyzmem i nie ma tam życia. Każdy zwrot w sprawie, a będzie ich kilka, to jak zmącenie stojącej wody. Piekło, albo może raczej piekiełko, zaczyna się na nowo. 

Jest wreszcie tło historyczne, lekko tylko zarysowane, jakby punktami na osi czasu, jakimiś epizodami. 

Kraj opanowała polityczna gorączka. Przed kościołem, jeden po drugim, odbywały się mitingi polityczne, ludzie defilowali ze świecami i sztandarami, a Rade - właściciel kafejki Lanterna - został kandydatem na burmistrza.

Rozpada się Jugosławia, wybucha wojna, która na dalmatyńskim wybrzeżu nie jest odczuwana tak bardzo jak w głębi lądu, ale związane z nią trudności życia codziennego dają się we znaki każdemu. Miasteczko składa swoją daninę krwi, na wojnę wyruszają młodzi chłopcy, nie wszyscy z niej wrócą. 

Ustawili ich w szeregu. Trzydziestu chłopaków, kwiat rocznika 1972/1973, maturzyści, świeżo upieczeni studenci, dezerterzy z Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, marynarze, którzy dostali wezwanie do wojska między rejsami. Właściciel Lanterny coś mówił w tym swoim kanciastym nowochorwackim języku, który ledwo opanował na takie właśnie oficjalne okazje.

A potem nastają lata transformacji, rozwoju neoliberalnego kapitalizmu. I przyznam, że ten wątek, o wiele głębiej zarysowany niż ten wojenny, bardzo mnie zainteresował. Senne dotąd miasteczko staje się atrakcyjnym turystycznym kąskiem. Międzynarodowe firmy inwestujące w branżę turystyczną i nieruchomości szukają tu swoich okazji. Najlepiej kupić ziemię jak najtaniej i odsprzedać ją potem jak najdrożej, aby wystawić na niej szeregi identycznych letnich apartamentów, które na zawsze odmienią oblicze miasteczka. 

Smart Solucion Estate to firma, która prowadzi bardzo prostą działalność. Kupuje i sprzedaje ziemię: kupuje tanio, a sprzedaje drogo. Kupuje trudno dostępne zatoki, zniszczone winnice, zbocza porośnięte gęstym rozmarynem i świerkami, a sprzedaje wpisane do miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego uzbrojone, wpisane do ksiąg wieczystych działki budowlane z przeznaczeniem na działalność deweloperską i turystyczną.

A przede wszystkim nieodwracalnie zmienią jego krajobraz. Jurica Pavičić mniej zajmuje się ekonomicznym aspektem tych zmian, a bardziej właśnie krajobrazowym i społecznym. Bo propozycje kupna ziemi żerują na ludzkich kłopotach i często prowadzą do sąsiedzkich konfliktów. Interesy są też możliwe dzięki korumpowaniu polityków, miejscowych i tych wyższego szczebla.

Gorki wie, że jego firma przekupuje polityków. Prawnicy firmy składają wizyty burmistrzom i radnym wyspiarskich miejscowości i pokazują im w Power Poincie symulacje luksusów przygotowane w programach AutoCAD i Corel. Zapraszają ich na kolacje i wycieczki jachtem, a kiedy zabawa się kończy, ludzie z firmy dają im kieszonkowe, wręczają czeki opiewające na kwotę z kilkoma zerami.

Ciekawym zabiegiem, który pokazuje zmiany, jest takie punktowe pokazanie drogi pewnego człowieka, szemranego typa, który zaczyna się piąć po szczeblach kariery dzięki wojnie. Trudno go nazwać nawet bohaterem epizodycznym, po prostu mówi się o nim od czasu do czasu, bo jakoś ociera się o losy niektórych bohaterów, a potem zaczyna odgrywać znaczącą rolę w regionie. I może się stać człowiekiem niebezpiecznym, bo świetnie manipuluje tłumem, uwodzi go.

Czas płynie, świat się zmienia i tylko Silva stale wygląda tak samo na zdjęciu, które rodzina zamieściła na rozwieszanych wszędzie plakatach. Tylko umarli zastygają w czasie.

Od tego czasu minęło sześć lat, były dwie wojny. Dwa razy linia frontu przechodziła przez tę dolinę, dwa razy przechodziła z rąk do rąk, dwa razy ją zdobywano, pustoszono i niszczono. I w czasie, gdy żółte mrówki niszczyły domy czarnym mrówkom, a później czarne żółtym, ogłoszenie ze zdjęciem Silvy wisiało nietknięte, obok drzwi toalety. Gdy inni ginęli i starzeli się, Silva wciąż była młoda i uwieczniona na białej kartce.

Teraz, kiedy dzielę się refleksjami o "Czerwonej wodzie", dochodzę do wniosku, że może najlepiej byłoby ją zakwalifikować jako powieść psychologiczną. Bo właśnie portrety bohaterek i bohaterów są jej bardzo mocną stroną. Szczególnie zapadła mi w pamięć postać milicjanta zajmującego się, do czasu, sprawą zaginionej Silvy. 

A poza tym warto dodać, że powieść jest bardzo dobrze skonstruowana. Wiele tu zwrotów akcji, mylenia tropów, zaskoczeń. To oczywiście sprawia, że czyta się ją jednym tchem. Nie jest to książka wybitna, nie jest też najlepszą bałkańską powieścią, jaką czytałam, ale śmiało można po nią sięgać.

Darko Cvijetić "Winda Schindlera", "Czemu na podłodze śpisz?"

Dziś będzie o dwóch książkach chorwackiego (?), serbskiego (?) pisarza i człowieka teatru, Darko Cvijetića, który mieszka w Prijedorze, mieście w Republice Serbskiej w Bośni i Hercegowinie. Bardziej skomplikować już się pewnie nie da. W wypadku pisarzy pochodzących z byłej Jugosławii zazwyczaj mam problem, jak zdefiniować ich narodowość, bo najczęściej pochodzą z mieszanych rodzin. Matka Darko Cvijetića była Chorwatką, ojciec Serbem. On sam, urodzony w roku 1968, czuł się Jugosłowianinem. Do wybuchu wojny jego pochodzenie nie miało znaczenia, podobnie jak pochodzenie jego przyjaciół i sąsiadów. Dziś mówi i pisze po chorwacku, ale nadal uważa się za Jugosłowianina, dlatego w serbskim Prijedorze czuje się wyobcowany. Niewątpliwie także przyczynia się do tego jego twórczość. Bo  nie waha się pisać o latach bratobójczej wojny po rozpadzie Jugosławii, która najkrwawsze żniwo zebrała właśnie w Bośni i Hercegowinie. Nie opowiada się po żadnej ze stron, pokazuje okrucieństwo wszystkich, a jego twórczości patronuje pytanie i zdziwienie - jak to możliwe, że w jednej chwili sąsiad bez wahania stawał przeciwko sąsiadowi tylko dlatego, że byli innej narodowości. Coś, co w czasach Jugosławii nikomu nie przeszkadzało, nagle sprawiło, że ludzie rzucili się sobie do gardeł. 

O tym pisze w swojej trylogii - nagrodzonej Angelusem "Windzie Schindlera" (Noir sur Blanc 2024; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić), wydanej  w roku 2025 w tym samym wydawnictwie i w tym samym tłumaczeniu książce "Czemu na podłodze śpisz?", a naprawdę niebawem, bo już w tym miesiącu, ukaże się część trzecia, "To za dużo dla mnie". Nie mogę się doczekać!

Zebrałam te dwie książki razem trochę przez przypadek, ale myślę, że dobrze się stało, bo obie poruszają ten sam temat. "Windę Schindlera" przeczytałam dawno, ale wtedy zabrakło mi czasu, aby o niej napisać. Pewnie by tak zostało, gdyby nie klub książki, na którym miała być omawiana, a ja koniecznie chciałam się wybrać. Musiałam więc przeczytać ją jeszcze raz, na co wystarczy jedno popołudnie, a nawet jeden wieczór. A ponieważ miałam już drugą część trylogii, od razu i po nią sięgnęłam.

"Winda Schindlera" to opowieść o mieszkańcach wieżowca w

Prijedorze, który zbudowano w roku 1975 i do którego wprowadziła się rodzina Cvijetićów. Pisarz mieszka w nim do dziś i zarzeka się, że nie zamierza opuścić miasta i bloku. Wtedy na każdym piętrze mieszkały rodziny o różnym pochodzeniu, często zresztą mieszanym. W tamtych czasach nie miało to znaczenia. Dzieci bawiły się razem, między wieloma dorosłymi nawiązywały się przyjacielskie więzi. Wszystko zmieniło się, kiedy wybuchła wojna. Wiele rodzin zniknęło, na ich miejsce wprowadzali się nowi - serbscy uchodźcy z Chorwacji. Wielu mężczyzn trafiło do obozów koncentracyjnych, gdzie więziono Chorwatów i muzułmańskich mieszkańców Bośni albo tych niebędących Serbami. Wielu zginęło zastrzelonych przez sąsiadów, którzy nagle zaczęli strzec rasowej czystości. 

Piłkarz Goran, jak tylko zaczęła się wojna, został policjantem. Zasępiony, uzbrojony po zęby, zupełnie inny człowiek, bezczelny, agresywny, groźny i raptus. "Nie do poznania" mówili sąsiedzi, patrząc na siebie. Katował ludzi w obozach, katował mieszkańców naszego wieżowca, a sąsiad Joso zeznał, że katował go w obozie Omarska, bo Joso miał syna, który był lepszym zawodnikiem od Gorana Zeca.

Autor nie opowiada o tym wszystkim chronologicznie. Na książkę składają się krótkie rozdziały, z których każdy jest osobną opowieścią, czasem wręcz anegdotą. Charakterystyczne są bardzo częste pointy, którymi kończy się wiele z nich. Mieszają się czasy i bohaterowie. Tak przecież pracuje nasza pamięć. A ta książka ma ocalić  pamięć o mieszkańcach wieżowca, dlatego przynajmniej dwukrotnie powtarza się elegijne wyliczanie ich imion - chorwackich, serbskich, muzułmańskich. 

Dzieci, ich imiona: Toni, Darko, Nikola, Saladin, Amir, Dejan, Suphan, Żelijko, Żelimir, Semira, Denis, Berka, Vera, Mate ...

I tak dalej, i tak dalej. Wiele tu takich powtórzeń - jak mantra pojawia się informacja o tej tytułowej windzie znanej światowej marki. Windzie, która była w czasach, kiedy blok wybudowano, symbolem nowoczesności, zachodniego świata, podobnie jak sam wieżowiec. To wszystko nie uchroniło mieszkańców przed wybuchem jakiegoś pierwotnego, dzikiego okrucieństwa. Nowoczesność, zachodnie aspiracje okazały się tylko pozłotkiem. Jak mantra wracają też niektóre historie. Zabawne, jak opowieść o Ticie zrobionym przez dzieci z kartonu, który rozmókł i zgnił, a potem jeszcze raz się odrodził niczym feniks z popiołów. To pewnie też symbol, może nostalgii za Jugosławią, która w pokoleniu autora nadal jest żywa.

Gdzie są wszystkie te kolumny uśmiechniętych ludzi, którzy śpieszą rano, kupują gazety, papierosy, taszczą kanapki? Rozpadło się wszystko jak kartonowy Tito z ogrodu Taiba (...) Nie ma już żadnych robotników. Są tylko Serbowie, Chorwaci, Boszniacy i reszta. Nie ma robotników, powtarzam. Robotnicy utonęli w swoich nacjach i pozostali z płucami wypełnionymi wodą na dnie.

Ale są też historie tragiczne, które też mają znaczyć. Taka jest opowieść o Stojance, dziewczynce z serbskiej rodziny, która stała się jedną z ofiar tej wojny. Bezsensowną i wyjątkowo tragiczną. Ślad po tej historii jest w wieżowcu do dziś. 

Autor przede wszystkim czuje się poetą, co w obu książkach widać na poziomie języka, ale także metaforycznych zdarzeń. Stąd obok powtórzeń stanowiących swoiste refreny także historie równoległe, zazwyczaj o przeciwstawnym wydźwięku. 

Jest to wreszcie opowieść o tym, co dzieje się po wojnie. Jeśli się zostało, trzeba jakoś żyć. Wieżowiec opustoszał, na każdym piętrze są mieszkania, których nikt nie zajmuje. 

... to była "wertykalna wieś" - jak z uporem maniaka nazywał budynek  Caka listonosz. Dzisiaj wertykalna wieś pustoszeje i tylko wspólne poczucie winy zostało po wypłynięciu na powierzchnię ogromu zła. 

Bywa, że kaci mieszkają obok ofiar. Tak dzieje się po każdym bratobójczym konflikcie - tak było w Irlandii Północnej po zakończeniu Kłopotów, tak było w Rwandzie. Pewnie nie da się inaczej. Są też tacy, a właściwie takie, które potrafią wrócić do tego, co było przed wojną. Wybaczyć, zapomnieć i wspólnie oglądać angielski serial "Morderstwa w Midsomer". 

"Widzisz, moja Supha, taka mała miejscowość to Midsomer, a patrz tylko jak się zabijają, biedna ziemia, co ich nosi", mówi Milosava, maczając kostkę cukru w filiżance z kawą.

Może łatwiej im się pojednać, bo zostały same? A może łatwiej przychodzi to kobietom?

W drugiej części trylogii, "Czemu na podłodze śpisz?", Darko

Cvijetć pisze o historii swojej rodziny. Głównie tej wojennej z lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, ale sięga też do czasów drugiej wojny, opowiada też o tym, jak potoczyły się losy bohaterów po zakończeniu konfliktu. Punktem odniesienia jest oczywiście ten sam wieżowiec. Książka skonstruowana jest w podobny sposób jak "Winda Schindlera". Znajdziemy tu takie same krótkie rozdziały, mieszanie czasów i bohaterów, powtórzenia, najczęstszym jest to symboliczne tytułowe pytanie kierowane do różnych osób, metaforyczne analogie widoczne w ludzkich losach, no i język, który odwołuje się do poezji jeszcze bardziej niż w części pierwszej trylogii. Jest też jedna różnica - w każdym rozdziale jest pierwszoosobowa narracja, ale prowadzona z perspektywy różnych bohaterów.

Muszę powiedzieć, że "Czemu na podłodze śpisz?" zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie niż "Winda Schindlera". Jest to chyba jedna z mocniejszych książek o wojnie, jakie czytałam. I nie chodzi wcale o okrucieństwo, chociaż kilka wstrząsających scen tu znajdziemy. Jej siła rażenia polega na pokazaniu, jak wojna i Historia zmieniają ludzkie życie, jak przypadkiem można znaleźć się w jej centrum, stać się ofiarą i katem, jak ze spirali przypadków, splotów okoliczności rodzi się okrucieństwo, z którego trudno się wydostać, jak naznacza dalsze życie, bo nie sposób o tym, czego się doświadczyło i co się robiło, zapomnieć. 

Wzięliśmy ich do niewoli pod wsią Vozucia. Jego i jeszcze dwóch. A ponieważ w akcji zginął Kepa, Miki dwóch od razu zabił, nawet sekundę się nie zastanawiał.

Wiem, wiem, może się wydawać, że to nic odkrywczego, a jednak. Osią opowieści jest historia starszego brata autora, który tuż przed wojną idzie odsłużyć wojsko w jugosłowiańskiej, jeszcze, armii i trafia razem z takimi młodymi chłopakami jak on do koszar w Sarajewie. Ojciec jest z niego dumny, rodzice przyjeżdżają na przysięgę, on zakochuje się w muzułmance. I nagle wybucha wojna, a ci młodzi żołnierze znajdują się w samym centrum konfliktu. Są otoczeni, strzelają do nich. 

Otoczą koszary i młodzi żołnierze, na ogół dziewiętnastoletni smarkacze, z kilkoma oficerami, pozostaną całkowicie odizolowani.

Giną ich przyjaciele, sami ledwo uchodzą z życiem. Nagle dowiadują się, kim są - nie Jugosłowianinami, ale Serbami, Chorwatami, Boszniakami. 

I kim ja jestem, tato? Jugosłowianinem, prawda, że Jugosłowianinem? Jak mam być jednym, a nie drugim. Ale, no proszę, ledwo wyszliśmy z koszar - a już mówią, że teraz jesteśmy Serbami. Jesteś Jugosłowianinem, przysięgasz, że oddasz życie za Jugosławię, a potem po dziesięciu kilometrach stajesz się Serbem. I co mam z tym począć? I gdzie ta moja jugosłowiańskość przepadła?

Kiedy patrzą, w jak okrutnych okolicznościach giną ich koledzy z oddziału, rodzi się w nich zło, chęć zemsty. Oprócz brata autora jest tu inna tragiczna postać - to ich dowódca, Chorwat, który doskonale zdaje sobie sprawę, w jak beznadziejnej sytuacji znaleźli się ci młodzi, niewinni chłopcy, którzy mieli po prostu odsłużyć wojsko i wrócić do domów. Chroni ich, jak może, ale sam jest bezsilny. W końcu odsyła do domu.

Na próżno się bronił, na próżno tłumaczył, że z młodym wojskiem przeszedł przez całe to piekło. Nikogo już nie było, kto by za nim zaświadczył, nikt nie chciał się wstawić za Chorwatem. Miał zginąć. To była czysta kalkulacja, ale wbrew planom pozostał żywy, i teraz mógł być już tylko winny.

Tu nie ma bohaterów. Wszyscy są jednocześnie ofiarami i katami, wojna odziera ich z niewinności. To jak w greckiej tragedii. Autor nie oszczędza nikogo. Także samego siebie. Przez trzy dni był strażnikiem w jednym z obozów koncentracyjnych w pobliżu Prijedoru. Siedzieli w nim także jego wujkowie, bracia jego matki. Sam nikogo nie skrzywdził, ale nieświadomie przyczynił się do tego, że zrobili to inni strażnicy. 

Ludzie za drutami wyglądali jak upiory, poruszali się jak obłąkani, jak schwytana zwierzyna. Czy ja jestem strażnikiem obozowym? To słowo nie docierało do mojej świadomości, tylko jego zgrzyt, jego termodynamika pozbawiona sensu. Czy znałem tych zamkniętych ludzi? Rodzonego wujka i ludzi z pobliskiego miasta Kozarac i z muzułmańskich wsi wokół Prijedoru?

Z wojny nie wychodzi się niewinnym.

Nie odezwiesz się już nigdy, ja to wiem, wiem. Bo i po co, i do kogo - przecież myśmy strzelali do ciebie, ty strzelałeś do nas.

Czasem trudno ten ciężar znieść. Przyjaciel jego brata już po wszystkim popełnia samobójstwo. 

No i jeszcze jedno - wojna się powtarza. Darko Cvijetć nie przez przypadek sięga do tragicznej historii swojej rodziny z czasów drugiej wojny. 

Tak jak tytułowa winda Schindlera jest metaforą, tak metaforyczne jest tytułowe pytanie - czemu na podłodze śpisz? Kiedy się śpi na podłodze? Kiedy nie można spać w łóżku. Dlaczego? Bo świat wywrócił się do góry nogami, bo tego łóżka nie ma, bo człowiek się boi, bo jest naznaczony traumą i nie potrafi spać w łóżku, żyć normalnie. 

Bardzo dobre książki, chociaż na pewno wymagające znalezienia w sobie przestrzeni na lekturę. Szczególnie ta druga. 

Rade Jarak "Jugosłowiańskie puzzle"

Literackie upodobania potrafią zwieść na manowce. Tak było tym
razem. Moja słabość do literatury bałkańskiej i sag rodzinnych zaprowadziła mnie do powieści chorwackiego pisarza Rade Jaraka "Jugosłowiańskie puzzle" (Wydawnictwo Akademickie SEDNO 2022; przełożył Maciej Czerwiński). 
Już nie pamiętam, jak się o niej dowiedziałam. Trochę przeleżała w czytniku, aż bez specjalnego powodu przyszła jej kolej, kiedy szukałam następnej lektury. I niestety tym razem rozczarowanie. Nie mogę powiedzieć, abym się nad nią męczyła, przeciwnie, czytało się dobrze i szybko, ale jest to tego typu powieść, której równie dobrze mogłabym nie przeczytać. Ani grzeje, ani ziębi.

Nieprzypadkowo w tytule pojawia się słowo puzzle, bo właśnie taka jest struktura tej książki. Historię rodziny Romiciów z Dubrownika, która zaczyna się jeszcze przed drugą wojną, a kończy w roku 2012, poznajemy niechronologicznie, bez żadnego porządku, podążając za różnymi bohaterami, a wszystko w krótkich rozdziałach. Najczęściej jest to ów brakujący kawałek rodzinnej historii, a z rzadka tło do obrazka - ot choćby obserwacja ptaków albo roślin w ogrodzie. Narracja na ogół trzecioosobowa, niekiedy przechodzi w pierwszoosobową, a czas przeszły miesza się z teraźniejszym.  Dlaczego tak? Jaka reguła tym rządzi? Nie odgadłam, ale może to kwestia braku spostrzegawczości czy nieuważnej lektury. 

Z takich puzzli mamy sobie stworzyć losy rodziny Romiciów zamieszkujących od kilku pokoleń rodzinny dom w Dubrowniku. A wszystko to na tle jugosłowiańskiej tragicznej historii - drugiej wojny, politycznych odwetów w czasach komunistycznych, a wreszcie dramatu po rozpadzie Jugosławii. Jeśli jednak ktoś obawia się makabrycznych obrazów, to spieszę uspokoić, że ich tu nie znajdzie. Chociaż dwaj bracia z najstarszego pokolenia związani z komunistyczną partyzantką Tity będą brali udział w wojnie, jeden zostanie na niej okaleczony, to wrócą z niej żywi i będą robić karierę w jugosłowiańskiej partii. Co nie znaczy, że śmierci w powieści nie ma. Przeciwnie, miałabym ochotę napisać, że trup ściele się gęsto, choć to nie kryminał ani powieść sensacyjna. 

Nad Romiciami ciąży fatum - masowo popełniają samobójstwa, giną w tragicznych okolicznościach, umierają na raka, męcząc się okrutnie, a nawet znikają. Dotyczy to także postaci luźno związanych z rodziną. Właściwie chyba nikt nie umiera tam banalnie - ze starości, na serce czy z innej podobnej przyczyny. Dopiero najmłodsze pokolenie, brat i siostra, wymyka się tej klątwie i zamierza żyć. Szczególnie ona. Bo czy on i jego żona źle nie skończą, za to nie dałabym głowy. Natomiast Milena chce nie tylko żyć, ale również rozkoszować się życiem. Dlatego ucieka daleko, bo aż na Madagskar, z mężczyzną, który jest jej w zasadzie obojętny, ale umożliwia właśnie taką  egzystencję.

Musiałam uciec daleko. Nie mogłam już znieść ojczyzny, Chorwatów i Serbów, ich niekończącej się wojny, kłótni, przepychanek. Mój ojciec jest Serbem, a matka Chorwatką. Co mam zrobić? Mam pójść w ślady mojej rodziny i targnąć się na swoje życie? O, nie. (...) Mam już wszystkiego dość. Scenariusz, który napisało życie, który dziedziczę, jest przeklęty. Już nie mogłam tego wszystkiego zdzierżyć. Powojenna mentalność zabiła całą moją rodzinę. Dziki kapitalizm.

Wprawdzie żyjąc na Madagaskarze, bez specjalnych wyrzutów sumienia korzysta z tego dzikiego kapitalizmu, co umożliwia jej biały przywilej, ale przynajmniej zdaje sobie z tego sprawę. Cóż zrobić, tak jest świat urządzony. Uciekając przed jednym złem, akceptuje inne.

Nienawidzę sama siebie, gdy patrzę na biedę, która mnie otacza. Ale co mam zrobić? Póki istnieje, istnieje. Próbuję być obojętna.

Czy zatem to rodzinne fatum związane jest z konkretnym miejscem w Europie, z Bałkanami? Tak zdaje się sugerować Milena. Ale czy rzeczywiście? Czy wszyscy samobójcy z tej rodziny targnęli się na swoje życie, bo byli chorzy z nienawiści do swoich współbraci, chorzy na swoją ojczyznę, a może na bałkańskość? Przecież nie. Prędzej na samotność, brak poczucia sensu, rozczarowanie. Smutek niczym mgła spowija bohaterki i bohaterów.

Tak chyba wygląda życie. Wszystko przychodzi i mija.

Naturą materii jest to, że przemija. Życie to tylko proces umierania. Straszne, kiedy się to zrozumie. My wszyscy, którzy przyszliśmy na ten świat w wymiarze materialnym, przyszliśmy po to, by umrzeć. To jedyna rzecz, którą musimy zrobić. W międzyczasie może uda nam się jeździć konno, wyjeżdżać na drogie wakacje i wychodzić na obiady rodzinne, może uda nam się kupić nowy dom, ale śmierć wyznacza kres. Czeka na nas może już za następnym rogiem. Rozkład.

A teraz czas najwyższy napisać, jaki mam problem z tą powieścią. Rzecz w tym, że taki sposób pisania, pokawałkowany, a na dodatek chłodny, spowodował, że nie potrafiłam się przywiązać do bohaterek i bohaterów, przejąć ich losami. Są mi  obojętni. Przecież już o tym wszystkim czytałam, mam za sobą sporo literatury z tego regionu. Aby nie mieć poczucia jałowości, muszę albo obcować z bohaterkami i bohaterami z krwi i kości, albo z językową finezją, albo zostać zaskoczona jeszcze w jakiś inny sposób. Samo mieszanie czasów, postaci i wątków, jak się okazuje, nie wystarcza. Irytująca bywa też deklaratywność niektórych fragmentów, szczególnie wtedy, kiedy ktoś wypowiada się w swoim imieniu. Przykład powyżej.

A dlaczego puzzle? Czy tylko dlatego, że składamy sobie historię Romiciów fragment po fragmencie? Może także dlatego, że wszystko się powtarza i który kawałek byśmy nie wyciągnęli, zawsze będzie przyjemność i ból, szczęście i nieszczęście?

Wszystko się kręci, znika i mnoży w odmętach losu, w ciągach przypadkowości, przyjemności i bólu, szczęścia i nieszczęścia. W nieprzewidywalności. To jest życie.

Przewidywalne i nieprzewidywalne zarazem.

Dawid Grosman "Gdyby Nina wiedziała"

Dawid Grosman należy do tych pisarzy, którego książkom bacznie

się przyglądam, odkąd kilka lat temu zachwyciłam się jego powieścią "Tam, gdzie kończy się kraj". Potem sięgnęłam po "Wchodzi koń do baru". Muszę się też przyznać do jednej spektakularnej porażki - nie udało mi się przebrnąć przez "Bądź mi nożem", właściwie nie wyszłam poza początek. Teraz jednak jestem świeżo po lekturze powieści "Gdyby Nina wiedziała" (Znak Literanova 2021; przełożyła Magdalena Sommer). Kiedy ją czytałam, długo miałam mieszane uczucia, w pewnym momencie moje wątpliwości sięgnęły zenitu i byłam pewna, że podzielę się tu krytycznymi refleksjami. Szkoda, bo zawsze przykro rozczarować się książką pisarza, którego się ceni. Cóż zrobić - nie będę udawać, że zachwyca, skoro nie zachwyca. I wtedy nagle splot powieściowych wydarzeń sprawił, że wszystkie zarzuty stały się nieistotne. Jedna scena i to, co nastąpiło po niej, już do końca, unieważniły moje rozczarowanie. Dlatego mimo pewnych zarzutów, o których za chwilę, cieszę się bardzo, że przeczytałam najnowszą powieść Dawida Grosmana. 

"Gdyby Nina wiedziała" to historia trzech pokoleń kobiet z jednej rodziny, historia wielkich miłości i wreszcie historia dziedziczonej traumy. Ale uwaga, tym razem nie jest to trauma Holocaustu, chociaż najstarsza z bohaterek ma za sobą doświadczenie drugiej wojny. To Wera, Żydówka, która przybyła do Izraela w latach sześćdziesiątych  z Jugosławii, wdowa z kilkunastoletnią córką Niną. I, jak wspomniałam, nie była ofiarą Holocaustu, ale polityki prowadzonej przez Josipa Broz Titę. W czasie wojny ona i jej ukochany mąż, Serb, Milosz byli związani z antyhitlerowską partyzantką. Potem jednak on został oskarżony o szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego i trafił do więzienia. Nie był jedyny. Chociaż odżegnywał się od stalinizmu stał się ofiarą polityki Tity, który chciał się  uniezależnić od ZSRR i wszędzie wietrzył wrogów szpiegujących na rzecz sowieckiej Rosji i Stalina. Takich więźniów były tysiące. Zsyłano ich do obozów reedukacyjnych. Jeden z nich znajdował się na Nagiej Wyspie (Goli Otok). Metody w nich stosowane niczym nie różniły się od tych z radzieckich łagrów czy hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Milosz nie zdążył tam trafić. To Wera zapłaciła ogromną cenę za swoją miłość do męża - zesłano ją na Goli Otok i spędziła tam ponad dwa lata. W Belgradzie została jej sześcioletnia córka Nina. Ten czas bez matki odcisnął się traumą na jej życiu. Jako dorosła kobieta będzie stale uciekać - od Wery, od miłości, jaką obdarzył ją Rafi, a wreszcie od swojej córki Gili. I to właśnie dorosła Gili stara się zrekonstruować i uporządkować historię babci i matki. Odkryć tajemnicę Wery, która po przyjeździe do Izraela w kibucu poznała ojca Rafiego, też wdowca, i związała z nim swój los. Była bardzo dobrą żoną, opiekunką pasierba, świetną babcią dla Gili i dla przyszywanych wnucząt. Ciepłą, zaradną, silną kobietą. Ale skrywała mroczną tajemnicę. Historia Wery jest inspirowana biografią Evy Panić. W jakim stopniu nie wiem. Książka Grosmana to wersja sfabularyzowana.

W tę opowieść nie od razu łatwo wejść. Narracja rwie się, przeskakuje, nie jest prowadzona chronologicznie. Ale oczywiście to żadna przeszkoda, po krótkim czasie czytało mi się dość gładko. Trudno było mi się od książki oderwać. Co w takim razie sprawiło, że czułam się nią jednak rozczarowana? To historia miłości Wery i Milosza. Miłości wielkiej i idealnej. Ulukrowanej i ucukrowanej. Pokrytej patosem i egzaltacją. Teraz myślę, że przecież patrzymy na nią oczami Wery. To ona tak mówi o swoim ukochanym i łączącym ich uczuciu. Że było szalone, widzimy. Ale czy Milosz był rzeczywiście takim mdłym ideałem, jak przedstawia go ona, nigdy nie dowiedzą się jej bliscy, Nina, Rafi i Gili, a z nimi czytelniczki i czytelnicy. Tylko oprócz Wery tylko Nina go znała, ale kiedy zniknął z jej życia, miała zaledwie sześć lat. Ile pamiętała? W oczach kilkuletniego dziecka każda w miarę normalna rodzina będzie idealna. Irytowały mnie też opowieści o tym, jak Rafi i Wera, a potem już tylko on, szukali Niny, która uciekła z kibucu. Opowiedziane zostały w taki sposób, że ich historia wydała mi się przesadzona, po prostu niemożliwa. W wielu momentach ta powieść odbiega od realistycznej konwencji. Wydarzenia wydają się nieco nieprawdopodobne. Taka jest też po części historia Niny. Nie do końca potrafiłam się nią przejąć. Oczywiście rozumiałam, dlaczego ucieka, dlaczego jest taką niespokojną duszą, rozumiałam jej traumę, ale właśnie rozumiałam, nie współodczuwałam. Może też dlatego, że Nina wymyka się czytelnikowi? Wbrew tytułowi to Wera jest główną bohaterką, ją poznajemy najlepiej, jej córka jest nieuchwytnym cieniem, powidokiem

Co w takim razie sprawiło, że raptem te zarzuty stały się nieistotne, a powieść zaczęła we mnie rezonować? To moment, kiedy poznajemy tajemnicę Wery. Dramatyczny wybór, przed którym stanęła. No właśnie - czy rzeczywiście aż tak dramatyczny? Czy był to taki wybór, jakiego musiała dokonać tytułowa bohaterka powieści Williama Styrona "Wybór Zofii"? W dosłownym sensie oczywiście nie. A w symbolicznym? Przecież kiedy spoglądamy na jej decyzję tak, jak robi to Gili, wiemy, że mogła uratować siebie i swoją córkę. Koszt, jeśli patrzeć chłodno, nie był wygórowany. Jednak wyżej postawiła miłość do Milosza. I chociaż myśląc trzeźwo, a jednocześnie stereotypowo i poprawnie, uważamy, że Wera powinna wybrać Ninę, to przecież zdaję sobie doskonale sprawę, że różnie bywa - szaleńczo zakochana kobieta potrafi poświęcić dziecko dla miłości. A z drugiej strony trudno przejść obojętnie obok losu opuszczonej Niny, która nagle traci oboje rodziców. Małe, skrzywdzone dziecko. Pamięć tej utraty i żal do matki położą się cieniem na jej życiu. Ta część powieści, kiedy po dziewięćdziesiątych urodzinach Wery, Nina, Gili, Rafi i ona wyruszają do Jugosławii, aby dotrzeć na Goli Otok, aby spróbować zmierzyć się z traumą i skleić rodzinę, była dla mnie najciekawsza. Gmatwanina emocji, walka z pamięcią i z naturą, która nie sprzyja tej wyprawie, to wszystko sprawiło, że trudno było mi się od tej książki oderwać. Była w tej opowieści prawda, chociaż znowu można by się przyczepić, że dziewięćdziesięcioletnia kobieta nie podołałaby trudom takiej podróży.

Chociaż wiele w tej historii momentów strasznych, szczególnie opowieść o pobycie Wery w obozie na Golim Otoku, chociaż jest to opowieść o traumie, która odbija się na drugim i trzecim pokoleniu, to jednak ostatecznie dochodzi do katharsis i odnajdujemy w losach bohaterów światło.  

Goran Vojnović "Figa"

Jeśli powiedziało się a, trzeba powiedzieć b. Dlatego kiedy

odkryłam, że wyszła kolejna powieść słoweńskiego pisarza Gorana Vojnovicia "Figa" (Wydawnictwo Akademickie SEDNO 2020; przełożyła Joanna Pomorska), wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Poprzednia, "Moja Jugosławia", nagrodzona w ubiegłym roku Angelusem, zrobiła na mnie duże wrażenie. Po obie warto sięgnąć.

Nie znam pierwszej wydanej w Polsce przed dziesięciu laty powieści  Vojnovicia "Czefurzy raus", ale mogę powiedzieć, że "Moją Jugosławię" i "Figę" wiele łączy. Informacja o "Czefurach" wskazuje, że i z nią jest podobnie. Ten słoweński pisarz ma bez wątpienia swój charakter pisma. Należy do tych twórców, którzy piszą stale tę samą książkę - dotyczy to i tematyki, i języka. Oczywiście trudno powiedzieć, czy tak będzie dalej. Akcja jego powieści rozgrywa się w lublańskiej dzielnicy Fużiny zamieszkiwanej przez Czefurów, ludzi o mieszanych korzeniach, najczęściej przybyłych do Słowenii z południa dawnej Jugosławii. Charakterystyczne dla Vojnovicia jest wplatanie wątków historycznych, retrospekcje, ale i silne osadzenie we współczesności - dylematy pokolenia trzydziestolatków. Bohaterem i jednocześnie narratorem tych powieści jest niepogodzony ze światem młody mężczyzna, dręczony demonami przeszłości, niepotrafiący ułożyć sobie życia osobistego.

Wszystkie te wątki znajdziemy w "Fidze". Jej narrator to Jadran, którego śmierć ukochanego dziadka prowokuje do odtwarzania w pamięci losów rodziny. Mieszają się czasy, mieszają się historie. Co jest prawdą, a co tylko domysłem? Ile wie Jadran naprawdę? Czytelnik poznaje losy trzech pokoleń - dziadków, Jany i Aleksandra, rodziców, Vesny i Safeta, wreszcie samego Jadrana i jego żony Anji. Nie sposób uciec od problemu tożsamości narodowej. Kim jest Jadran? Jego ojciec to Bośniak, a matka? Jej pochodzenie jest mocno poplątane. Kiedyś mieszkali po prostu w Jugosławii, ale jej rozpad wszystko skomplikował. Dom rodzinny dziadków w małej istryjskiej wiosce znalazł się w Chorwacji, a oni, mimo że mieli też mieszkanie w Lublanie, postanowili nie przenosić się do Słowenii. Do Bośni wrócił Safet. Musiał? Chciał? Utrata ojca i męża to kolejny motyw znany z "Mojej Jugosławii", ale inaczej tu rozegrany, bo inaczej reagują bohaterowie. Vesna jest kobietą silną i chociaż najpierw i ją ogarnia rozpacz, potem bardziej czuje gniew i otrząsa się ze straty. Gniew czuje też Jadran. Czy dlatego, że nie potrafi wybaczyć ojcu? A może matce, bo pozwoliła się w symboliczny sposób zhańbić mężowi? Kiedy Jadran odwiedza Safeta w jego rodzinnej wiosce, szybko orientuje się, że ten świat jest mu zupełnie obcy. Nagle wstydzi się dawno niewidzianego ojca, którego zupełnie nie poznaje, bo teraz przypomina tych wszystkich zmęczonych Bośniaków z autobusu, jakim jechał z Lublany. Gdzie się podział dawny Safet? Witalny, głośny, rubaszny, pewny siebie, skłonny do zwady. Dlatego Jadran chce jak najszybciej wrócić do domu. Na pewno, czytelniczko i czytelniku tej notki, znasz to poczucie bycia nie na miejscu, nie u siebie i pragnienie, żeby to wszystko już się skończyło. 

W każdym pokoleniu powtarza się ta sama historia - zdrada mężczyzn, których potem dręczy poczucie winy. Nie chodzi o zdradę z inną kobietą, ale o porzucenie. Na życiu dziadków cieniem kładzie się służbowy wyjazd Aleksandra do Egiptu na cały rok. Potem już nic nie będzie takie jak dawniej. Jadran też zdradza. Swoje młodzieńcze ideały. A poza tym gniew, który czuje, każe mu stale rozpamiętywać przeszłość, co odsuwa go od Anji. Czy można losami poprzednich pokoleń tłumaczyć swoje niepowodzenia i niedopasowanie do świata? Jadran jest rozdarty między miłością, a pragnieniem wolności. Jak chyba wszyscy mężczyźni w tej rodzinie. Z jednej strony potrzebuje miłości, z drugiej czuje się przez nią spętany. Tęskni za wolnością, ale Wolność to złudzenie wszystkich złudzeń, to tylko inne imię samotności. Nawet teraz kiedy siedzę pod figą, opieram głowę o jej pień i nie czuję ciężaru życia, nie jestem wolny. Tylko opuszczony. I sam. Bo jak powiedział wcześniej - zrozumiał to, co powtarzał mu dziadek - Nie musisz być sam, żebyś był samotny. I na tym właśnie polega dramat bohaterów.

Bardzo ciekawa książka. A to nie wszystkie poruszane wątki. Jest też o starości, chorobie, odpowiedzialności, poczuciu obowiązku. No i dużo inspiracji do rozmyślań.

Goran Vojnović "Moja Jugosławia"

O książce słoweńskiego filmowca i pisarza Gorana Vojnovicia "Moja
Jugosławia" (Wydawnictwo Akademickie Sedno 2019; przełożyła Joanna Pomorska) usłyszałam wiele miesięcy temu w audycji radiowej. Musiałam jednak słuchać bardzo nieuważnie, skoro, wstyd przyznać, nie zorientowałam się nawet, że to powieść. Przypomniałam sobie o niej, kiedy znalazła się na długiej liście nominowanych do Angelusa, a kiedy weszła do ścisłego finału, zastrzygłam uszami. A potem, znowu w radiu, wysłuchałam bardzo ciekawej rozmowy
z profesorem Maciejem Czerwińskim o książce, jej autorze i o Słowenii. Już wtedy wiedziałam, że muszę ją przeczytać. A kiedy w końcu jakoś tak zupełnie niezauważenie, bez echa, to właśnie Goran Vojnović dostał Angelusa, prawie natychmiast rzuciłam się do lektury. W końcu pokonał samego Serhija Żadana i jego fenomenalny "Internat". Od razu bez owijania w bawełnę napiszę, że chociaż moim zdaniem to właśnie powieść Żadana powinna wygrać w tym pojedynku (pozostałych finalistek nie znam), to jednak "Moja Jugosławia" jest rzeczywiście książką bardzo dobrą, poruszającą i ważną. Szkoda, że tak niewiele się o niej mówiło, naprawdę zasługuje na uwagę. Niestety obawiam się, że Angelus niewiele tu pomoże, bo chyba nie ma takiego przełożenia na wzrost popularności autora i książki jak choćby nagroda Nike. Ale może się mylę. Oby.
 
Zaczyna się dość niefrasobliwie, nie od razu mnie porwało, ale szybko zaczęłam się wciągać, aż wreszcie nie mogłam się oderwać, a potem czytałam ze ściśniętym gardłem. Akcja rozgrywa się na dwóch planach czasowych - na przemian w roku 1991, kiedy w krwawej wojnie domowej rozpada się Jugosławia, i mniej więcej siedemnaście lat później (o ile dobrze policzyłam). Narratorem jest zbliżający się do trzydziestki Vladan, syn Serba i Słowenki, któremu w 1991 roku rozpadła się nie tylko jego Jugosławia, ale także rodzina, a właściwie życie. Śmiało można powiedzieć, że nigdy nie podźwignął się po tamtej stracie. Po latach niezabliźniona rana zaczęła krwawić na nowo, kiedy w internecie odkrył, że jego ojciec, oficer Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, nie tylko żyje (Vladan był przekonany, że zginął w czasie wojny), ale jest poszukiwany jako zbrodniarz wojenny. Za wszelką cenę postanawia go odnaleźć. Świadomość, że ktoś, kogo opłakał, kogo pamięta jako swojego ukochanego tatę, okazał się zbrodniarzem, który z zimną krwią spacyfikował chorwacką wioskę, mordując kobiety, dzieci i starców, nie pozwala mu normalnie żyć. Jak to się mieści w jednym człowieku? Dręczy go to pytanie i sprzeczne uczucia. Czy może spróbować czyn ojca zrozumieć? Jakoś usprawiedliwić? Czy próbując to zrobić, stanie się współodpowiedzialny? Czy powinien tylko potępić i swoją nienawiść wykrzyczeć mu w twarz, jeśli uda mu się go odnaleźć? Czy ma przyjąć za dobrą monetę wyjaśnienie, że ojciec był tylko trybikiem w machinie wojny, polityki, nienawiści i krwawej drugowojennej przeszłości? Że to wina przeklętego losu i przeklętego fatum?  
 
Vladan opuszcza Lublanę, w której zamieszkał z matką, kiedy rozpadł się ich świat, i wyrusza swoim starym samochodem do Serbii, aby spróbować odnaleźć ojca i skonfrontować się z tymi wszystkimi uczuciami i rozterkami. Desperacko chce go odnaleźć, a jednocześnie bardzo boi się tego spotkania. Zmartwychwstanie ojca i odwiedziny miejsc, w których był jako jedenastolatek, przywołują wspomnienia z dzieciństwa. Te szczęśliwe, z czasów, kiedy z rodzicami mieszkał w Puli, gdzie miał kolegów z podwórka i ze szkoły, gdzie beztrosko kąpał się w ciepłym morzu, gdzie razem z ojcem chodził na występy do Areny, gdzie był jego szczęśliwy świat. I te nieszczęśliwe, kiedy wszystko się rozpadło w dniu, w którym ojciec nagle dostał przeniesienie do Belgradu. W ciągu jednego paru godzin musieli się spakować, opuścić mieszkanie, zamieszkać w belgradzkim hotelu wraz z takimi nieszczęśnikami jak oni. Potem było jeszcze gorzej - ojciec wyruszył w teren, jak eufemistycznie on i matka nazywali front.
 
Powieść Gorana Vojnovicia skupia się na kilku równorzędnych tematach. O wojnie już pisałam. Kolejnym jest przekleństwo pamięci i idącej za nią zemsty, z której narody zamieszkujące dawną Jugosławię nie potrafią się wyrwać. Niech przemówią cytaty. W gruncie rzeczy nie oni zabijali - zabijały groby ich ojców i matek, braci i sióstr, w ich imieniu robili to, co robili. Gwałcili, palili, mordowali. Bo w imieniu grobów wszystko jest święte ... i wszystko potrzebne. I cytat drugi. Przeklęte są te opowieści ... powinno się zabronić ich powtarzania, a tych, którzy to robią, powinno się zastrzelić, bo zatruwają nimi własne dzieci i wnuki, bo je zarzynają. I jeszcze jeden, króciutki. Ludzie pamiętają (...) to jest ich największe przekleństwo. Ofiarą tego przekleństwa pamięci jest między innymi ojciec Vladana. Nie tylko pamięci, także armii, która stała się dla niego remedium na metafizyczną pustkę.
 
Inny temat, niezwykle przejmujący, to dezintegracja rodziny i potworna samotność, która stanie się udziałem jedenastoletniego chłopca, jego matki i pewnie ojca. Tego ostatniego możemy się tylko domyślać. Matka, która kiedyś zerwała więzi z rodzicami, uciekając z patriarchalnej rodziny, nie radzi sobie w momencie, gdy po raz kolejny rozpada się jej świat. Wtedy, przed laty, dokonała świadomego wyboru, którego konsekwencją był nowy, wspaniały początek. Teraz zdecydowano za nią i w tamtej chwili ani nie potrafi, ani nie ma możliwości, żeby zaczynać jeszcze raz. Męczy ją tymczasowość i niepewność, co będzie dalej. Męczy ją milczenie męża dźwięczące w słuchawce telefonu. Nie znajduje siły, aby zająć się swoim jedenastoletnim synem, który nagle stracił wszystko. Ona całe dnie wędruje po Belgradzie, on spędza samotne godziny w obskurnym hotelowym pokoju. W Lublanie, gdzie ostatecznie zamieszkają, wcale nie będzie lepiej. Matka i syn będą wiedli osobne życia w ciasnym mieszkanku. Dla chłopca wszystko będzie tu nowe i obce. Nawet, a może zwłaszcza, język. Samotność i poczucie wykorzenienia nie miną nigdy. Vladan nie nauczy się kochać, nie nauczy się prosić o czyjąś uwagę i obecność. Przejmujące są jego wspomnienia. Ale nawet jeśli początkowo obwiniałam jego matkę, że właściwie porzuciła syna, kiedy w końcu poznałam jej perspektywę, nie potrafiłam jej potępić.
 
Wreszcie temat ostatni, ale przecież równie ważny. To problem tożsamości, który pojawia się nagle wraz z rozpadem Jugosławii. Dawniej, to znaczy wtedy, kiedy Vladan był dzieckiem, nie miało znaczenia, kto był kim. Jego ojciec to Serb, matka Słowenka, mieszkali w chorwackiej Puli mocno naznaczonej wpływami włoskimi. Aż tu nagle staje się ważne, kto mówi jakim językiem. Nagle imiona i nazwiska wyznaczają tożsamość. O tym wszystkim Vladan jeszcze niedawno nie miał pojęcia. Teraz przechodzi błyskawiczną edukację, którą prowadzi jego kolega ze szkolnej ławki. Za tym idzie pogarda podsycana stereotypami, czasem nienawiść, tak rodzi się nacjonalizm. Kim jest Vladan? Urodzony i wychowany w Puli? Z ojca Serba, z matki Słowenki?
 
Chociaż z powieści bije dojmujący smutek, to jest tu wiele scen pogodnych i zabawnych, sporo trafnych, ironicznych obserwacji obyczajowych. Mnie szczególnie podobał się epizod rozgrywający się w Nowym Sadzie, gdzie matka i syn przez jakiś czas zatrzymali się u kuzyna ojca. Opisy jego rodziny i najbliższych sąsiadów są naprawdę pyszne. Ale w kolejnym rozdziale zostają skontrowane opowieścią o starym, owdowiałym człowieku, który został sam w mieszkaniu i nie radzi sobie z codziennością. Dojmujące jest poczucie pustki, rozpadu, upływu bezlitosnego czasu, który wszystko obraca w niwecz. Przejmująca książka.

Popularne posty