Mario Vargas Llosa "Pantaleon i wizytantki".

Kiedy niedawno dzieliłam się refleksjami o powieści "Czerwony kwiecień" peruwiańskiego pisarza Santiago Roncagliolo, pisałam, że dostrzegam pewne jej podobieństwo do "Pantaleona i wizytantek" Mario Vargasa Llosy (PIW 1978, są też nowsze wydania; przełożył

Carlos Marodan Casas). A że tę książkę czytałam naprawdę bardzo, bardzo dawno temu i była to pierwsza pozycja tego autora, po jaką sięgnęłam, i oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stanie się w przyszłości jednym z moich ulubionych pisarzy, zapragnęłam przeczytać ją ponownie. Odłożyłam na bok nowości, które kipią w moim czytniku, i nie namyślając się wiele, oddałam się ponownej lekturze.

Akcja książki rozgrywa się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych w Iquitos i okolicach. To peruwiańska Amazonia, miasto, do którego można się dostać tylko drogą powietrzną albo wodną. Na tych terenach rozgrywała się akcja "Zielonego domu", powieści, która trafiła do mojego prywatnego the best of Mario Vargas Llosa. Kapitan Pantaleon Pantoja pracujący w intendenturze peruwiańskiej armii, znany ze swojej pracowitości i skrupulatności, zostaje przeniesiony właśnie do Iquitos, gdzie dowództwo powierza mu ściśle tajną misję. Do tego stopnia tajną, że nie będzie mógł chodzić w mundurze, nad czym boleje, a razem z żoną i matką nie zamieszka jak zwykle w kolonii wojskowej, nad czym boleją one, tylko wynajmie sobie i rodzinie mieszkanie w mieście, a skierowani mu do pomocy żołnierze również będą występować po cywilnemu. Co to za misja? Misja, której sprzeciwia się miejscowy dowódca a zwłaszcza kapelan. Na nic jednak ich protesty i niechęć, bo to zwierzchnicy z samej Limy postanowili, że Pantaleon Pantoja w najgłębszej tajemnicy ma stworzyć ... tajną służbę wizytantek, dzięki której uda się rozwiązać palący problem gwałtów dokonywanych przez żołnierzy wypuszczanych na przepustki. Jak mówi jeden ze zwierzchników Pantaleona, powierzający mu to zadanie, Amazonia to szczególne miejsce.

- Problemem jest też sprawa rekrutów, którzy muszą żyć w tym nieprzyzwoitym upale jak cnotliwe panienki - strzela językiem Tygrys Collazos. - Odbywać służbę w puszczy [Jak nauczają geografowie, powinno być w selwie, bo w Ameryce Łacińskiej puszcza to nie puszcza, tylko selwa.], Pantoja, to odwaga, nie lada odwaga.

- W amazońskich osadach wszystkie spódniczki mają swego właściciela - gestykuluje pułkownik Lopez Lopez. - Nie ma żadnych burdelików, dziwek, niczego w tym guście.

- Cały tydzień mija w odosobnieniu, na wypełnianiu w lesie różnych zadań, a jedynym ich marzeniem jest przepustka - snuje generał Victoria. - Muszą całymi kilometrami iść do najbliższej osady. A co się dzieje, kiedy tam docierają?

- Nic a nic, z powodu cholernego braku bab - wzrusza ramionami Tygrys Collazos. - Wtedy ci, którzy sobie wcześniej nie przygadali jakiejś, tracą rozum i po byle kieliszku anyżówki rzucają się jak pumy na wszystko, co staje im na drodze.

I tak kapitan Pantaleon Pantoja, znany ze swojej pracowitości i skrupulatności, niechętnie, ale z pełnym zaangażowaniem, bo nie zwykł sprzeciwiać się przełożonym, przystępuje do tworzenia owej służby. Ponieważ sam  nigdy nie szukał podobnych rozrywek, początkowo nie bardzo wie, gdzie i jak znaleźć kandydatki na wizytantki, ale z czasem przezwycięży trudności, a stworzona przez niego służba przerośnie najśmielsze oczekiwania przełożonych.

Przystępując do lektury, trzeba mieć świadomość, że i w tej powieści Mario Vargas Llosa zastosował typowy dla siebie narracyjny trik - przeplatające się w obrębie jednego rozdziału, a tu nawet na jednej stronie, różne wątki. Trzeba się do tego przyzwyczaić i albo to polubić, albo porzucić lekturę.

- Tych głodomorów trzeba nakarmić, Pantoja - patrzy mu uroczyście w oczy Tygrys Collazos. - I tu na was kolej, tu użyjecie swojego talentu organizacyjnego.

- Panta, dlaczego jesteś taki ogłupiały i osowiały? - chowa swój bilet do torebki i pyta, gdzie jest wyjście do samolotu, Pochita. - Będziemy mieli wielką rzekę, będziemy mogli się kąpać, robić wycieczki do indiańskich osad. No już, uśmiechnij się, głuptasku. 

Tak to wygląda. Bywa, że wątki zmieniają się z dużą częstotliwością nieomal z prędkością światła. Takie fragmenty dzięki użyciu czasu teraźniejszego i nagromadzeniu kilku rozmaitych informacji pomiędzy pauzami w dialogach przypominają trochę tekst sztuki teatralnej. Ale tym razem autor pozwolił sobie na jeszcze większy eksperyment z formą. (Dziś to już żaden eksperyment.) Powieść w dużej części składa się z raportów wojskowych, listów czy cytatów z prasy. I to właśnie w tym służbistym stylu raportów, w tym podejściu Pantaleona do powierzonej mu misji dostrzegłam dalekie podobieństwo pomiędzy powieścią Mario Vargasa Llosy a wspomnianym we wstępie "Czerwonym kwietniem" Santiago Roncagliolo. 

Muszę przyznać, że czytając wspomniane raporty, ale także niektóre listy czy fragmenty artykułów prasowych, śmiałam się w głos. Po początkowym zachłyśnięciu się humorem i ironią powieści, groteskowością całej sytuacji zaczęłam się czuć z tą lekturą niewygodnie. Jak dzisiaj czytać "Pantaleona i wizytantki"? Z jednej strony mamy skupienie się nie na ofiarach gwałtów, ale na biednych żołnierzach, którzy muszą sobie przecież poużywać. Im się to po prostu należy. A ile i komu, z jaką częstotliwością, jak długo ma trwać usługa, jak uniknąć bałaganu, kiedy do jednostki przybywa konwój z wizytantkami,  to wszystko skrupulatnie opisuje i wylicza kapitan Pantaleon Pantocha w tworzonych przez siebie regulaminach i w raportach słanych do przełożonych, domagając się z czasem pozwolenia na powiększenie liczby kobiet pracujących w ten sposób na usługi wojska. Mało tego. Kiedy stworzona przez niego służba odniesie niebywały sukces, podobnych usług zaczną się też domagać cywile. Im też się przecież należy.  Cóż, dzisiaj z podobnymi oczekiwaniami spotykamy się w manosferze. I to jest ta  związana z lekturą niewygoda, o której wspomniałam. No bo z czego się śmieję? Bawiąc się, tracę z oczu problem. Nie mam pojęcia, jaka była recepcja powieści wtedy, kiedy się ukazała. Może autor rzeczywiście, jak piszą wydawcy: Pod przykrywką satyry (...) przemycił refleksje kompromitujące nie tylko armię, ale i system sprawowania władzy. Czy tylko w Peru?

Z drugiej strony dostrzegam coś jeszcze i znowu nie wiem, czy jest to zgodne z intencją pisarza. Otóż kapitan Pantaleon Pantocha wyciąga konsekwencje z tego, co robi. Bo skoro wizytantki są służbą, stają się częścią armii, więc należy się im taki sam szacunek jak żołnierzom. Jak żołnierze powinny być traktowane. I kiedy ten szacunek okazał jawnie i z wojskowymi honorami, tego przełożeni, którzy kazali utworzyć tę służbę, znieść już nie mogli. Bo jak to tak oddawać honory wojskowe dziwce? Tu hipokryzja zwierzchników ujawniła  się w całej krasie. 

Jest w tej powieści jeszcze jeden wątek. Bo równolegle ze służbą wizytantek, która rozpala emocje, pojawia się w Amazonii religijna sekta, która bardzo szybko zyskuje licznych sfanatyzowanych wyznawców. Ich działania niebezpiecznie eskalują, a wojsko, które ma zaprowadzić porządek, czuje się tak samo bezradne jak wcześniej wobec plagi gwałtów. Autor zderza ze sobą dwa fanatyzmy - religijny i fanatyzm wojskowego służbisty.

I taki to mam kłopot z powieścią jednego z moich ulubionych pisarzy. Jak czytać ją dzisiaj?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty