Magdalena Parys "Magik"

Jakiś czas temu pisałam o powieści Magdaleny Parys "Tunel" i już

wtedy zapowiadałam, że sięgnę po dwa kolejne tomy jej Trylogii Berlińskiej. Właśnie skończyłam czytać część drugą, "Magika" nagrodzonego Literacką Nagrodą Unii Europejskiej (Agora 2020, wydanie pierwsze 2014 Świat Książki) i połknęłam ją, podobnie jak pierwszą, jednym tchem. Oczywiście aż prosi się o słowo przyjemność, bo naprawdę trudno się od książki oderwać. Z drugiej strony trudno mówić o przyjemności, jeśli czyta się o morderstwach i nieprawościach ludzi związanych z komunistycznym reżimem. 

Zanim wprowadzę w temat, przypomnę, kim jest pisarka, bo jej biografia nie pozostaje bez wpływu na to, co pisze. Otóż Magdalena Parys urodziła się w Gdańsku i kiedy miała trzynaście lat, znalazła się w Berlinie Zachodnim. Pisze po polsku, nie tylko książki, obecna jest również w naszych mediach. Jej doświadczenia sprawiają, że akcja tworzonych przez nią powieści wprawdzie toczy się w Berlinie i dotyczy spraw niemieckich, ale krąży również wokół polskiej tematyki, a nawet szerszej. Dotyka problemów wspólnych dla historii wszystkich krajów postkomunistycznych. Dlatego wśród bohaterów jej powieści znajdziemy takich, których imiona i nazwiska brzmią mniej lub bardziej po polsku. Nie inaczej jest w "Magiku", o czym za chwilę.

Nieprzypadkowo pisałam o przyjemności czytania, bo Magdalena Parys ubrała swoją Trylogię Berlińską w konwencję powieści sensacyjnej. Trudno wobec tego nie zadawać sobie pytań, kto zabił, kto z kim walczy, kto na kogo nastaje, kto chce ukryć swoje tajemnice z przeszłości i dlaczego. Tyle tych kto, bo tłem morderstwa jest polityka, a jego korzenie sięgają lat osiemdziesiątych zeszłego wieku. Chociaż stopniowo dowiadujemy się coraz więcej, to trudno oderwać się od lektury - czytelnik jest wodzony za nos, nawet w finale następuje zwrot akcji. Autorka umiejętnie dozuje napięcie, pokazując rozwój wydarzeń z perspektywy różnych bohaterów. To pierwsza zaleta "Magika" - to bardzo ciekawa powieść sensacyjna. Ale to oczywiście nie wszystko.

Kolejną zaletą są bardzo bogate, pełnokrwiste postacie. Wszyscy główni bohaterowie powieści mają swoją historię, najczęściej dramatyczną, swoje motywacje, kompleksy i demony. Może najmniej dowiadujemy się o nadzorującym śledztwo Tschapieskim, zwanym też Buldogiem, ale już komisarza Kowalskiego, który rozwiązuje zagadkę morderstwa, poznajemy bardzo dobrze. Wiemy, dlaczego pije, dlaczego nie chce wracać do pustego, zawilgoconego mieszkania i wiele, wiele więcej. Na jedną z głównych bohaterek wyrasta Dagmara Bosh, znana telewizyjna dziennikarka, ostra jak brzytwa. Niech nas nie zmyli jej nazwisko. Naprawdę nazywa się Boszewska i jako nastolatka w wyniku splotu okoliczności znalazła się z matką w Berlinie Zachodnim. Historia dziecka, które z woli dorosłych zostaje wyrwane ze swojego środowiska i musi odnaleźć się w zupełnie obcym świecie bez znajomości języka, jest jednym z wątków powieści. To oczywiście nie wszyscy bohaterowie i nie wszystkie historie. 

Ale, jak się domyślam, nie z takich przyczyn Magdalena Parys otrzymała za swoją powieść europejską nagrodę. Powodem był temat - intrygę swojej książki osnuła autorka wokół ciągle jeszcze mało znanych faktów z lat osiemdziesiątych. Otóż wielu obywateli NRD próbowało przedostać się na Zachód, przekraczając zieloną granicę pomiędzy Bułgarią, a Turcją lub Grecją. Najczęściej nieskutecznie. Bułgarska straż graniczna ściśle współpracowała z aparatem bezpieczeństwa NRD i obchodziła się ze złapanymi uciekinierami bardzo brutalnie. Tak się składa, że nie był to temat dla mnie całkiem nowy, bo odkryłam go już wcześniej dzięki lekturze znakomitej książki Kapki Kassabovej "Granica. Na krawędzi Europy". Tamte zdarzenia mają swoje konsekwencje - autorka opowiada o uwikłaniu polityków w komunistyczne zbrodnie, o zacieraniu przez nich śladów współpracy ze Stasi. Można śmiało powiedzieć, że brudy polityki są głównym tematem tej powieści. Polityczna korupcja, polityczny marketing, populizm, walka o władzę. Wreszcie jest to też opowieść o zwalczaniu przez komunistyczne reżimy opozycjonistów. 

Ciekawa, pasjonująca lektura. 

Jurij Wynnyczuk "Tango śmierci"

Odkrywania literatury ukraińskiej ciąg dalszy. Tym razem "Tango

śmierci" Jurija Wynnyczuka (KEW 2018; przełożył Bohdan Zadura), książka, która w roku 2019 znalazła się w ścisłym finale Angelusa, nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej. Naprawdę nie wiem, jak wpadłam na tę powieść, bo na pewno nie zapamiętałam jej z tamtej nominacji. A przecież musiałam usłyszeć o niej niedawno, bo to całkiem świeży zakup na fali mojego ukraińskiego wzmożenia. Autora kojarzyłam już wcześniej, bo mniej więcej rok temu chwalono inną jego powieść - "Lutecję". Wtedy mimo bardzo dobrych recenzji nie skusiłam się na nią, bo uznałam, że to nie jest ten typ literatury, który lubię. Dziś, po lekturze "Tanga śmierci", postanowiłam ją przeczytać, mimo że moje upodobania lekturowe nie uległy zmianie. Cóż, zdarzają się wyjątki. Na koniec wstępu kilka słów o autorze. Jurij Wynnyczuk to jeden z bardziej znanych pisarzy ukraińskich, przekładany na wiele języków. Urodzony w roku 1952 poeta, prozaik, tłumacz, dziennikarz. Mieszka we Lwowie, co jest nie bez znaczenia w kontekście powieści, o której dzisiaj.

Muszę przyznać, że mój odbiór "Tanga śmierci" zmieniał się w trakcie lektury. Falował od przyjemności czytania przez lekką irytację do pełnej akceptacji. Zaraz wyjaśnię, skąd wzięła się irytacja. Ale od początku. "Tango śmierci" to opowieść o Lwowie i jego mieszkańcach - tych współczesnych, ale przede wszystkim przedwojennych. Polakach, Ukraińcach, Żydach, a nawet Niemcach, bo miasto było kiedyś kulturowym tyglem. Tu wyznanie - nie mam jakiegoś wielkiego sentymentu do Lwowa. Wprawdzie rodzina mojego ojca wywodziła się ze wschodu, ale z Wołynia. Nie nasiąkłam lwowskimi wspomnieniami, już prędzej wileńskimi, bo z Wilnem w młodości związany był mój dziadek, ale też bez przesady. Nigdy też we Lwowie nie byłam. Nie żebym nie chciała, ale zawsze odkładałam ten wyjazd na później, no a teraz, kiedy po lekturze nabrałam wielkiej ochoty, nie wiadomo, kiedy taka podróż będzie znowu możliwa. Kiedy czytałam "Tango śmierci", bardzo żałowałam, że nie znam miasta, bo to taka powieść, która osadzona jest w jego topografii. Kto był, ten bez trudu może przywołać obrazy tych miejsc, może czytać z planem Lwowa w ręce. Ja uwielbiam takie sytuacje i żałuję, że ta przyjemność została mi odebrana, a właściwie sama ją sobie odebrałam.

Akcja powieści toczy się na dwóch planach czasowych - historycznym i współczesnym. Ten pierwszy obejmuje lata międzywojnia i wojny, kiedy najpierw Lwów był polski, a potem przechodził z rąk radzieckich do niemieckich. Tu bohaterów jest czterech - przyjaciele, urodzeni w latach dwudziestych, Ukrainiec Orest, Polak Jasio, Żyd Josiek i Niemiec Wolf. Pierwsze skrzypce gra Orest, to z jego notatek poznajemy ich historię. Bardzo ważną postacią jest też Josiek, skrzypek. Współczesność to historia zapalonego naukowca orientalisty, profesora Jarosza. Jego pasją są martwe języki, a szczególnie język arkamski, którym mówił w starożytności nieistniejący już lud Arkanum. I język, i posługujący się nim ludzie zostały na potrzeby powieści wymyślone. Zdarzenia z obu planów czasowych ściśle się ze sobą łączą. Po pierwsze dzięki rękopisowi Oresta, który w pewnym momencie wpada w ręce Jarosza, a po drugie dzięki pewnej tajemniczej melodii - owego tytułowego tanga śmierci. Miało ono moc niezwykłą, ten, komu grano ją, gdy umierał, stawał się poniekąd nieśmiertelny - odradzał się w kolejnych pokoleniach, nie zdając sobie z tego sprawy. I znowu dopiero moc usłyszanej melodii tanga mogła mu świadomość przeszłości przywrócić.

I tu muszę wyjaśnić, dlaczego w pewnym momencie zaczęłam żałować, że na "Tango śmierci" się skusiłam. Nie raz dawałam w tych notkach wyraz mojej niechęci do wszelkiej maści fantastyki. A tu wątek fantastyczny staje się bardzo silny. Wszystko, co łączy się z odtwarzaniem melodii tego jedynego w swoim rodzaju tanga, poszukiwaniem wiadomości na jego temat, a wreszcie użyciem jego mocy, pisane jest w porządku fantastycznym. Jakoś jednak przestało mi to doskwierać, bo przyjemność z lektury była, do czasu, o czym za chwilę, ogromna. Kilkudniowa wyprawa Oresta w głąb biblioteki Ossolineum, która okazuje się biblioteką niezwykłą, bo żywą na wiele sposobów, opowiedziana została pysznie. Obraz jego wędrówki był tak sugestywnie przedstawiony, że odcisnął się w mojej wyobraźni bardzo silnie. Kiedyś przeżyłam coś podobnego, czytając pierwszą część "Władcy pierścieni" Tolkiena. (Odpadłam w połowie drugiej i lektury nigdy nie skończyłam, chociaż pierwsza sprawiła mi wielką przyjemność.)

Powieść Jurija Wynnyczuka to zabawa wieloma konwencjami. Znajdziemy tu wątek sensacyjny, moim zdaniem jakoś pod koniec puszczony, historie łotrzykowskie, znakomite, barwne opowieści w iście hrabalowskim stylu. Są tu nawiązania do popkultury, Dan Brown czy Borghese i Umberto Eco. Uczciwie przyznaję, że te trzy aluzje wymieniam za recenzentami - Dana Browna nigdy nie czytałam, czego nie żałuję, niestety to samo muszę napisać o Borghesie i  Umberto Eco, czego trochę się wstydzę. 

Ale "Tango śmierci" to nie tylko powieść zabawna, pełna barwnych typów, trzymająca w napięciu za sprawą tajemnicy. Tak jest rzeczywiście do pewnego momentu. Przedwojenny Lwów jawi się niczym mityczna rajska kraina, gdzie wszyscy żyją w zgodzie i radości. A dzieje się tak, ponieważ poznajemy go z perspektywy Oresta, młodego chłopaka niestroniącego od wszelkich drak i kłopotów. Dlatego  wierzymy, że może nie dostrzegać konfliktu polsko-ukraińskiego czy polskiego antysemityzmu, który w latach trzydziestych rozbujany był już na dobre. Ale ta sielanka trwa do czasu i wtedy tonacja się zmienia. Cezurę stanowi oczywiście wybuch wojny, która zmiotła tamten arkadyjski świat. Najpierw Rosjanie, potem Niemcy. A swoją drogą czytając o radzieckiej okupacji Lwowa, trudno uciec od wrażenia, jak wszystko się powtarza. Grabieże, krępowanie rąk drutem i strzelanie w tył głowy - to dzieje się teraz w Ukrainie niemal na naszych oczach. Niby coś tam na temat okupacyjnej historii Lwowa wiedziałam, ale na pewno nie aż tyle, a poza tym zebrane razem robi duże wrażenie. Ale jak to bywa, przeszłość nieznana jest także współczesnym mieszkańcom miasta. Dla Jarosza jest ona tak tajemnicza jak owo starożytne Arkanum dla zwykłych śmiertelników. Nieoczekiwanie dla siebie odkrywa ją za pośrednictwem notatek Oresta i historii tanga śmierci. 

Bardzo ciekawa książka, która sprawi przyjemność i tym, którzy w literaturze szukają czegoś więcej, i tym, którzy po prostu łakną rozrywki i przyjemności płynącej z lektury. 

Artem Czech "Punkt zerowy"

Po „Dzielnicy D ” natychmiast zabrałam się za wcześniejszą książkę
ukraińskiego pisarza Artema Czecha - „Punkt zerowy” (Warsztaty Kultury 2019; przełożył Marek S. Zadura). Ten tytuł znany jest znacznie lepiej, bo w roku 2020 znalazł się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. To trochę reportaż, trochę esej, trochę zapiski prowadzone przez ponad rok spędzony przez autora w ukraińskim wojsku, do którego został powołany. Od wiosny 2015 roku do lata 2016. Przypominam, że wtedy już od roku trwała wojna w Donbasie. W krótkich rozdziałach Artem Czech relacjonuje ten czas, pisze o miejscach, w których przebywa, o spotkanych ludziach, no i snuje refleksje, rozmyśla nad sytuacją swoją i innych żołnierzy dzielących z nim los. Dlaczego nie sięgnęłam po „Punkt zerowy” wtedy, kiedy znalazł się w finale prestiżowej nagrody? Pewnie odstraszył mnie temat - być może po lekturze znakomitego „Internatu” Serhija Żadana nie chciałam wracać do wojennej problematyki. A może chodziło o to, że to także książka o wojsku? A to mnie śmiertelnie nudzi. Tak czy inaczej przeczytałam „Punkt zerowy” dopiero teraz.

Zacznę od refleksji, do których skłoniły mnie porównania do przywołanego przed chwilą „Internatu”. Żadan w swojej powieści opowiada o wybuchu wojny w Donbasie, o jej pierwszych godzinach i dniach. Przedstawia przede wszystkim wojenny chaos i zdezorientowanych cywilów, którym nagle zawalił się świat. Opowiada o ludziach, których wojna zastała czasem gdzieś w drodze, którym przerwała codzienność. Pisze o bezradności, nieumiejętności, co zrozumiałe, odnalezienia się w nowej sytuacji i o strachu. Tymczasem Artem Czech znalazł się na froncie rok później, kiedy konflikt wszedł w fazę zamrożoną, w jakiej trwał przez kolejne lata aż do 24 lutego. Wszyscy przez te miesiące zdołali się do niego jakoś przyzwyczaić. Mieszkańcy nieogarniętej wojną większej części Ukrainy i mieszkańcy terenów przyfrontowych. Także sami żołnierze.

Gdzieś tam na obszarze krajowym wojna przyhamowała swoje istnienie. Wojna przestała być w modzie. Patriotyzm już dawno jeśli nie wywietrzał jak zapach perfum sprzed tygodnia, to co najmniej się skomercjalizował. O patriotyzmie mówi  tylko prezydent. Cała reszta milczy. Nawet nie chodzi na pogrzeby poległych. Umieranie też nie jest modne. Zwłaszcza na wojnie. 
 
Wojny łatwo nie zauważyć. Jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało... Wojny nie ma w tych tradycyjnych obszarach, w których przywykliśmy ją postrzegać. Naszych miast nie bombardują, naszych żon nie gwałcą, nasze dzieci nie idą do partyzantki do lasu. Dlatego wojny u nas nie ma. Ona jest tam, gdzie nas nie ma . Większości  z nas. Ale nie wszystkich. („Wojna – nie jest modna”)
 
Po przeszkoleniu dziesięć miesięcy autor spędził na linii frontu niedaleko miejscowości Popasna. W dniach, kiedy piszę tę notkę, często słychać tę nazwę w wiadomościach, dziś toczą się tam intensywne walki. W tamtym czasie żołnierze mieszkali w ziemiankach, a obie strony ostrzeliwały się wzajemnie z różną intensywnością. Nie było wielu ofiar. Jeśli się dobrze zapłaciło, można było  z Popasnej wrócić na linię frontu taksówką. A w samej Popasnej toczyło się jakieś życie. Działały sklepy, nawet kawiarnie, cukiernie, w których żołnierze kupowali urodzinowe torciki (takiego słowa używa autor – nie torty, ale torciki), ludzie mieszkali w domach, w których część okien pozabijano dyktą, w niektórych blokach wyższe piętra straszyły szczerbami, ale życie toczyło się swoim ustalonym trybem. Nie tak jak przed wojną, ale jakoś. Na front od czasu do czasu przyjeżdżali wolontariusze z darami. Kiedy Artem Czech siedział w okopach, jego żona, poetka Iryna Cyłyk, wydała książkę i wyruszyła na spotkania z czytelnikami. Także do Donbasu. Z dala od linii frontu życie toczyło się normalnie. Gdy Artem Czech dostał przepustkę, aby się tam z nią spotkać, mieszkali w dobrym hotelu, rano schodzili na śniadanie. A na samym froncie? Niewiele się działo, czekanie i w dużej mierze nuda. Chociaż brzmi to nieprawdopodobnie, zwłaszcza dziś, do wojny można się przyzwyczaić, po prostu staje się nudna. („Tacy ludzie, tacy monumentalni”)

Ale oczywiście to nie jest tak, że życie na froncie nie przynosi kosztów. Przynosi i to olbrzymie. Artem Czech pisze o poczuciu nieprzystawalności i nierzeczywistości spowodowanym nagłym wyrwaniem z poprzedniego życia i kontrastem między tym, co robił jeszcze niedawno, a co robi na froncie. Jak pisze: Tutaj bardzo wiele rzeczy traci sens. Ścieżki rowerowe, wizy do Europy, babeczki jedzone w ulubionej kawiarni. To wszystko, o co zabiegał w poprzednim życiu. O linii frontu, gdzie przebywa, mówi, że jest tam jak w średniowieczu. („Doskakaliśmy się”) Poza tym trudno będąc tam, nie myśleć o śmierci. Chociaż wojna toczy się niemrawo, to jednak można zginąć. Czy się boi? Raczej następuje proces racjonalizacji i pogodzenia się z tym, że i jemu może przytrafić się coś złego. Im bliżej do terminu demobilizacji, tym większe poczucie, że jednak się uda. Pojawiają się wreszcie pytania: po co tu jest, czy warto, czy to ma sens? Czy jest wściekły, że musi siedzieć w okopach, czy przyjmuje to jako swoją powinność? Oczywiście to drugie. Ktoś musi, żeby nie puścić ich dalej. To niemal wierny cytat. Ale to wszystko jest płynne. Bo kiedy trafia na przepustkę do tamtego dawnego świata, po kilku dniach to świat wojny wydaje się odległy i dziwny. 
 
No tak, wiem, żołnierze są po to, żeby cierpieć niewygody i w miarę możliwości bronić ojczyzny. (…) Dlatego teraz taplasz się w błocie, sadzy i oleju napędowym, dzielisz dach ziemianki z drobnymi gryzoniami, śpisz z otwartymi oczami i wierzysz w niewidzialne szczęście, żeby potem z czystym sumieniem i w wolnym od zgnilizny państwie jechać na nowiuteńkim niebieskim cruiserze prościuteńko do Europy. („Doskakaliśmy się”)
 
Na pewno wielu osobom towarzyszy pytanie, czy wypada, kiedy trwa wojna w Ukrainie, cieszyć się przyjemnościami życia. Też miewam wyrzuty sumienia, ale ktoś mądry, nie pamiętam już kto, powiedział (?), napisał (?), że w końcu Ukraińcy biją się o to, aby móc jeździć tymi ścieżkami rowerowymi i chodzić na ulubione babeczki do modnej kijowskiej kawiarni.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. Obraz ukraińskiej armii, jaki wyłania się z książki Artema Czecha, jest oględnie pisząc, niezbyt pochlebny. Bałagan, sprzeczne rozkazy, bieda, kradzieże, alkohol, kontrabanda i inne podobne zjawiska. Gdybym czytała „Punkt zerowy”, zanim wybuchła wojna, byłabym pełna obaw, co do jej losów. A przecież rzeczywistość okazała się nieoczekiwanie dla wszystkich zupełnie inna. Armia radzi sobie bardzo dobrze, coraz śmielej mówi się o tym, że i bitwa o Donbas może zostać wygrana. (Teraz już wiadomo, że raczej żadnej bitwy nie będzie.) Co się stało? Czy w ciągu tych kilku lat zaszła taka zmiana, czy nie było aż tak źle, jak widział to autor? No i Ukraińcy nie mają wątpliwości, że muszą walczyć. Zadaję sobie jeszcze jedno pytanie: jeśli ta wojna jednak nie skończy się szybko, będzie trwała latami, czy znowu przejdzie w taką fazę pełzającą i będzie wyglądała tak, jak opisał to Artem Czech w swojej książce?

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że „Punkt zerowy” warto przeczytać.

Artem Czech "Dzielnica D"

Przyznaję, że i ja uległam fali wzmożonego zainteresowania

literaturą ukraińską. Na swoje usprawiedliwienie, że dopiero teraz, mogę dodać, iż wcześniej też zdarzało mi się czytać książki pisarzy z Ukrainy. Przede wszystkim już siedem lat temu odkryłam prozę Serhija Żadana i zakochałam się w niej po uszy. Zaczęło się od "Mezopotamii", natychmiast sięgnęłam po powieść "Wołoszyłowgrad", no a kilka lat temu zachwycałam się "Internatem", opowieścią o wybuchu wojny w Donbasie. Wszystkie trzy tytuły cały czas są dostępne! A niedawno wydawnictwo Czarne poinformowało, że wznowi wcześniejsze książki Żadana, dwa zbiory opowiadań i jedną powieść. Już nie mogę się doczekać! Jeszcze wcześniej przeczytałam znakomitą powieść Oksany Zabużko "Muzeum porzuconych sekretów", a ostatnio sięgnęłam po jej pierwszą głośną książkę "Badania terenowe nad ukraińskim seksem". Niewiele? Tak, ale wśród moich znajomych, oczytanych humanistów, nikt nie znał nawet tych nazwisk! Ja potrafię wymienić jeszcze kilka innych, o których słyszałam, zanim zaczęła się ta bestialska wojna, bo się nimi interesowałam, ale z różnych przyczyn nie sięgnęłam po ich książki. To choćby uważany za jednego z najwybitniejszych ukraińskich pisarzy Jurij Andruchowycz (Kilka razy przymierzałam się do lektury jego powieści, ale obawiałam się ich nadmiernej groteskowości, może niesłusznie.), Natalka Śniadanko czy Kateryna Babkina (Jej książkę "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek", nagrodzoną w zeszłym roku Angelusem, mam w planach.). Niestety w Polsce poza wyjątkami literaturę ukraińską wydają małe, niszowe wydawnictwa znane nielicznym - lubelskie Warsztaty Kultury (prawdziwa kopalnia), Warstwy czy KEW (Kolegium Europy Wschodniej). Kończę ten długi wstęp, ale tym razem uważam, bardzo potrzebny, i przechodzę do ukraińskiej książki, o której dzisiaj.

Otóż bliska mi osoba poleciła mi dwa tytuły Artema Czecha. O "Punkcie zerowym" słyszałam i pewnie bym przeczytała, gdyby dostępny był ebook, bo znalazł się w 2020 roku w ścisłym finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, o "Dzielnicy D" nie miałam pojęcia. Natychmiast postanowiłam nadrobić zaległości, kupiłam obie książki, chociaż papierowe. (Cóż, nie raz na tych łamach deklarowałam się jako wielbicielka ebooków, która swój ukochany czytnik traktuje jak najbliższego przyjaciela.) Jak postanowiłam, tak zrobiłam i w trzy dni połknęłam "Dzielnicę D" (Warsztaty Kultury 2020; przełożył Marek S. Zadura), a teraz, kiedy przygotowuję tę notkę do publikacji, mam już także "Punkt zerowy" za sobą, o czym za tydzień. 

Najpierw kilka słów o autorze. Czech to pseudonim Artema Czerednyka (Pisownię nazwiska podaję za wydawnictwem, w internecie można się także spotkać z wersją Cherednyk.), co ciekawe wywodzący się z czasów jego dzieciństwa, kiedy to po wizycie w Pradze tak się nią zachwycił, że opowieściami o niej zadręczał kolegów z podwórka. Urodzony w roku 1985 w Czerkasach, skończył socjologię w Kijowie. Jego dorobek mimo młodego wieku jest bardzo bogaty. Od maja 2015 roku do lipca 2016 jako żołnierz spędził kilka miesięcy na linii frontu w Donbasie. Pokłosiem tych doświadczeń jest właśnie "Punkt zerowy". Roczny pobyt w wojsku, na wojnie, przerwał pisanie "Dzielnicy D", którą dokończył po powrocie do domu. Teraz też jest w wojsku.

"Dzielnica D" to niby zbiór opowiadań, ale śmiało można traktować ją jak powieść, bo łączą ją w całość postacie, które są głównymi bohaterami poszczególnych rozdziałów, a potem przewijają się w innych, tytułowa dzielnica D w Czerkasach składająca się z wybudowanych w latach sześćdziesiątych czteropiętrowych bloków w miejsce wyburzonych domków, a właściwie dwa jej ostatnie bloki,  wreszcie sam narrator, alter ego autora, który opowiada o mieszkańcach dzielnicy, o sobie i swoich związkach z nimi. Sporo też można się dowiedzieć o jego rodzinie. Mieszają się czasy, mieszają się ludzie - nie jest to opowieść chronologiczna, punktem wyjścia zawsze jest człowiek. Bywa, że trudno się zorientować, które zdarzenia miały miejsce, kiedy Ukraina odzyskała niepodległość, a które gdy była jedną z radzieckich republik. 

Te dwa bloki, o których opowiada narrator, to ludzki tygiel.  Ich starsi mieszkańcy, z pokolenia dziadków, najczęściej przybywali do Czerkasów z różnych stron Związku Radzieckiego, często z małych wiosek, bo tu przyciągał ich rozwijający się przemysł, nieodwracalnie zmieniając tkankę miasta. Pokolenie rodziców i wnuków, najczęściej, było już urodzone tu. Ci starsi w Czerkasach znaleźli swój port docelowy, ci młodsi marzyli, aby z miasta uciec. Niektórym się udawało, znikali, a słuch po nich zaginął, inni na zawsze tu utkwili, pogrążając się w marazmie. Wszyscy szukali szczęścia, ale większość z nich go nie znalazła, chociaż dla tych przyjezdnych Czerkasy były pierwszym krokiem ku niemu. Albo nie próbowali, a tylko o nim mówili, albo coś podcięło im skrzydła, wyrywali się do wielkiego świata, aby wrócić i zostać w Czerkasach na zawsze. Tak, gdybym miała znaleźć jakiś wspólny mianownik dla większości bohaterów tej książki, będzie nim właśnie to - zawiedzione nadzieje, niespełnienie, rozczarowania. I nieważne, z jakich rodzin pochodzili, proletariackich, inteligenckich czy tych, które przybyły tu ze wsi. Artem Czech opowiada o nich z dwóch perspektyw - dziecka i nastolatka oraz człowieka dorosłego, któremu udało się uciec do Kijowa, skończyć studia. Mimo wszystko co jakiś czas wraca, spotyka się z dawnymi przyjaciółmi, zamieni kilka słów z sąsiadami, wspomni tych, którzy zniknęli. Co się z nimi stało? Umarli, wyjechali? Najczęściej nie wiadomo, są tylko opowieści, różne wersje ich życiorysów. 

Chociaż uciekł, sam używa takiego słowa w prologu, zmienił środowisko, to o swoich dawnych kolegach, przyjaciołach, dziewczynach, w których się kochał, sąsiadach opowiada z czułością i zrozumieniem dla ich losów. Mimo że  dużo w ich życiu przemocy, alkoholu, szemranych interesów, biedy, chorób, samotności, zawiedzionych miłości, zdrad. Nie są to życia piękne, szlachetne, raczej takie, jakich nie życzylibyśmy sobie dla siebie i dla naszych dzieci. A jednak nie ma tu pogardy. Może dlatego, że i narrator mógł powielić ich los? A może dlatego, że w dzieciństwie wszystko wydawało się prostsze? Jak pisze, bał się tylko ciemności. A może wreszcie dlatego, że tamten świat go ukształtował? Dziś jednocześnie kocha swoje dzieciństwo i boi się go. Gdybym tylko bał się ciemnych pokoi, z pewnością byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Cóż, nie tak łatwo o szczęście. Nieważne, gdzie się znajdziemy, co zrobimy, czy uciekniemy, czy zostaniemy. Zresztą to tylko iluzja, że można uciec. 

Narrator nie oszczędza siebie tamtego. Chociaż urodzony w inteligenckiej rodzinie i od dzieciństwa zapisywany na rozmaite zajęcia dodatkowe, co nie było dane jego kumplom z podwórka, tak jak oni szybko poznaje smak papierosów, alkoholu, posługuje się wulgarnym językiem, spędza czas na podwórku między blokami, drwi z sąsiadów, dokucza rówieśnikom, zamieszany jest w różne szczeniackie wygłupy i ekscesy. Ale jednocześnie zdobywał nieodkryte lądy, jak pisze. To wszystko razem go ukształtowało. Co sprawia, że jednak ucieka? Czy wymarzony  spacer po dachu, na który, kiedy miał sześć lat, zabrał go ojciec? Dachu, z którego widać dalej, więcej, z innej perspektywy? Czy tamten pierwszy tak głęboko w nim utkwił, mimo iż kolejny z kumplami wiele lat później już nie przyniósł takiej ekscytacji? To oczywiście metafora, ale jakże pojemna.

I na koniec koniecznie muszę wspomnieć o tym, co może najważniejsze. Te opowieści pewnie nie robiłyby takiego wrażenia, gdyby nie język, jakim zostały podane. Tak, ich siła tkwi w języku. Czasem dosadnym, prostym, wulgarnym, czasem nasyconym wyobraźnią, barwnym, poetyckim. 

... pragnął od życia wyłącznie lekkości, słonecznego światła, szmaragdowego cienia i wesołego upojenia alkoholem.

Czy nie pięknie powiedziane? Jednym słowem fascynująca książka.  

Ota Filip "Siódmy życiorys"

Jeśli ktoś dotąd nie zwrócił uwagi na serię Klasyka wydawnictwa

Czarne, powinien zrobić to czym prędzej. Właśnie przeczytałam znakomitą książkę słabo znanego w Polsce pisarza Oty Filipa "Siódmy życiorys" (2022; przełożył Jan Stachowski) wydaną w tej serii. To literatura przez duże L, gęsta, opowiadająca o sprawach najistotniejszych, a jednocześnie znakomicie się ją czyta. Odnalazłam w niej pewne podobieństwa do prozy mojego ulubionego Josefa Skvorecky'ego. (O trzech książkach Svorecky'ego, o których pisałam, można przeczytać tu, tu i tu.)  Mieszankę zdarzeń tragicznych, doświadczeń granicznych i jednocześnie barwną opowieść o codzienności zaprawioną humorem. 

Warto na początku podać kilka informacji o samym autorze. Urodzony w 1930 roku w Ostrawie, w roku 1968 za rozpowszechnianie antyradzieckich ulotek spędził kilka miesięcy w więzieniu, a w 1974 został zmuszony przez komunistyczną władzę do wyjazdu z kraju. Zamieszkał w Niemczech, gdzie pisał i pracował jako dziennikarz. Zmarł w roku 2008. Uważany jest za jednego z najważniejszych czeskich pisarzy emigracyjnych. Ale ten oficjalny krótki życiorys nie oddaje dramatu jego życia. O tym można dowiedzieć się ze wstępu Andrzeja S. Jagodzińskiego do wydanej właśnie książki. Otóż w roku 1998 niemiecka telewizja pokazała film dokumentalny oskarżający szanowanego i znanego pisarza o to, że w latach pięćdziesiątych przyczynił się do aresztowania i skazania kilku swoich kolegów z wojska. Jego syn, profesor matematyki na jednym z niemieckich uniwersytetów, załamał się i popełnił samobójstwo. Załamał się też Ota Filip. Jakiś czas później za radą psychiatrów postanowił opowiedzieć o tym, co kiedyś przeżył. I tak powstał "Siódmy życiorys". Andrzej S. Jagodziński we wstępie wyjaśnia, jakie było tło tego, co się wówczas wydarzyło, a Ota Filip w swojej książce opowiada jeszcze więcej o kulisach całej sprawy - nieszczęśliwym zbiegu okoliczności i przemyślnej intrydze czechosłowackiej bezpieki, która miała zrobić z Oty Filipa angielskiego agenta.

Czym jest "Siódmy życiorys"? Formalnie historią autobiograficzną obejmującą trzynaście kluczowych lat z życia przyszłego pisarza, od wiosny 1939 roku do jesieni 1952, które naznaczyły jego los. Wydawnictwo nazywa tę książkę powieścią, bo rzeczywiście jak powieść została napisana. Gdyby przeczytał ją ktoś, kto nie ma pojęcia o życiu pisarza, gdyby nie wstęp i prolog, naprawdę mógłby pomyśleć, że ma do czynienia z powieścią. Oczywiście nie ma to żadnego znaczenia, ważne, że to wybitna literatura.

Chociaż Ota Filip w dużej części opowiada o tych trzynastu latach ze swojego życia w sposób lekki, dowcipny i barwny, to są takie fragmenty, gdzie emocje biorą górę i pisarz nie przebiera w słowach. Mocno robi się już w prologu, który kończy się takim passusem:

Mam historii powyżej uszu. Życzę sobie, żeby już mi dała spokój, żeby ostatecznie o mnie zapomniała.

W tym samym prologu pisze:

... w sercu Europy połamała mnie, przemieliła i w końcu wypluła na dalsze życie skurwiona historia, którą wtedy władali dwaj zbrodniarze - Hitler i Stalin.

Gdzieś rzuca zdanie: Co za kurewski świat!

Takich fragmentów pisanych z bebechów, z wściekłością jest w książce znacznie więcej.

Pasmo nieszczęść zaczęło się dla niego w roku 1939, kiedy to ojciec, wyjątkowy konformista, człowiek myślący tylko o sobie, zaczął kolaborować z Niemcami, czego konsekwencją było między innymi to, że zapisał swojego syna do niemieckiej szkoły. Mały Ota nagle znalazł się w obcym sobie środowisku, bez znajomości języka, nigdzie już nie był u siebie. W niemieckiej szkole tacy jak on traktowani byli z pogardą, uważani za Niemców gorszej kategorii. Z kolei przez swoich czeskich kolegów też został odrzucony. Przejmujące są fragmenty, kiedy błaga ojca, aby nie kazał mu iść do nowej szkoły. Ale kolaboracja ojca z Niemcami miała też konsekwencje w dalszym życiu Oty Filipa. Po wojnie długo nie miał czechosłowackiego  dowodu i formalnie uważany był za Niemca, a potem, kiedy musiał odsłużyć wojsko, trafił do karnych batalionów pracy, gdzie zsyłano synów wrogów nowego systemu, o złym, burżujskim pochodzeniu. Miarą upodlenia była nie tylko ciężka praca, ale także ubrania po niemieckich żołnierzach, jakie im przydzielono. Jego sytuacja byłaby jeszcze gorsza, gdyby nie opieka wujka, brata mamy, zdeklarowanego komunisty-idealisty, który dzięki swoim znajomościom z czasów wojny mógł chociaż trochę rozciągnąć nad nim ochronny parasol.

Stosunek do ojca to ważna część książki. Ojciec wielokrotnie stawiał go w sytuacjach, w jakich nigdy nie powinien postawić kilkunastoletniego syna. Nie miał skrupułów i chcąc się wywinąć od niebezpieczeństwa, zrzucał na niego rozmaite zadania, które w razie wpadki mogły skończyć się nawet śmiercią. Ota długo miotał się pomiędzy nienawiścią, żalem, a poczuciem obowiązku wobec niego. Najbardziej dramatyczna z sytuacji, która naznaczyła kilkunastoletniego chłopaka traumą, stawia w niekorzystnym świetle również matkę. Nie potrafiła, albo nie chciała, zaprotestować. Stanęła po stronie męża, a już czarę goryczy przelał fakt, że Ota nie usłyszał w tamtej chwili żadnego ciepłego słowa, żadnych wyrazów zrozumienia i otuchy. Żadnego wrócisz, będzie dobrze, kochamy cię.

Historia Oty Filipa to opowieść o człowieku, który urodził się w złym czasie i w złym miejscu i wpadł w bezlitosne tryby Historii. Te trzynaście lat z jego życia to zmagania z losem, próba przechytrzenia go i ustawienia się w beznadziejnej sytuacji, aby jakoś trwać. Nie wymagał wiele - po prostu świętego spokoju, aby cieszyć się zwyczajnym życiem. Drobiazgami - wieczorem spędzonym z dziewczyną, piwem wypitym w towarzystwie kumpli, pracą, która pozwala związać koniec z końcem. Wcale nie chciał uciekać z komunistycznego raju, co, zanim opadła żelazna kurtyna, było jeszcze przy odrobinie sprytu i rozwagi możliwe. W tamtym czasie i w tamtych warunkach, z garbem, który wrzucił mu na plecy ojciec-kolaborant, zrealizowanie tych prostych pragnień wymagało wielkiej ekwilibrystyki. I długo ta sztuka mu się udawała, dopóki za sprawą głupiego żartu jednego z przyjaciół, zbiegu rozmaitych okoliczności i intrygi służb bezpieczeństwa, nie znalazł się w sytuacji bez wyjścia. 

Ota Filip  to, co mu się przydarzyło, pokazuje znakomicie jednocześnie z perspektywy makro i mikro. Ta pierwsza uświadamia, że człowiek jest tylko trybikiem w machinie, robakiem, jak pisze, pionkiem, od którego nic nie zależy, Historia i jej macherzy decydują za niego. Ale jest jeszcze perspektywa mikro. To ciężar podejmowanych  decyzji, kiedy człowiek znalazł się w matni, w sytuacji, z której każde wyjście jest złe. Co zrobić - zostać bohaterem, co w tym wypadku oznacza niemal pewną, bezsensowną śmierć, z której nic nikomu nie przyjdzie, czy ratować siebie, mając świadomość, że pociągnie się za sobą innych? Ta druga decyzja oznacza też ocalenie życia kolegów, niektórych wbrew ich woli. Przed takim diabelskim dylematem stanął autor. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, bo nie widząc innego wyjścia, wciągnął w swoją sprawę wujka komunistę-idealistę, który poznawszy tajemnicę siostrzeńca, również musiał dokonywać dramatycznych wyborów.

Ota Filip jest w swoich zwierzeniach bardzo szczery. Pokazując cały skomplikowany splot wydarzeń, który zaczął się od głupiego żartu kolegi uwielbiającego teatralizować szarą rzeczywistość, a potem stał się wypadkową ambicji, lęków, pragnień rozmaitych osób, nie wybiela siebie. Bierze na siebie ciężar decyzji, jaką podjął, aby ratować się przed bezsensowną śmiercią, a w wyniku której kilkanaście osób trafiło do więzienia na parę miesięcy lub, częściej, na kilka lat.

A wszystko także przez nasze naiwne rojenia o ucieczce w świat, o którym ubrdaliśmy sobie, że jest ogromną jasną salą pełną jazzu i wolności.

Na koniec jeszcze raz podkreślę, że oprócz dramatycznego wymiaru jest w tej powieści-niepowieści wiele barwnych, pysznych anegdot czerpanych z samego życia, podszytych ironią i uśmiechem. 

Oksana Zabużko "Badania terenowe nad ukraińskim seksem"

Powieść Oksany Zabużko, chyba najbardziej znanej w Polsce

ukraińskiej pisarki, "Badania terenowe nad ukraińskim seksem" (W.A.B. 2003; przełożyła Katarzyna Kotyńska; właśnie ukazało się wznowienie w wydawnictwie Agora w tym samym tłumaczeniu) miałam na swojej półce od dawna. Jeszcze nie wirtualnej, ale tej z papierowymi książkami. Nie pamiętam, czy kupiłam ją jako pierwszą, czy po lekturze znakomitego "Muzeum porzuconych sekretów", które w Polsce ukazało się w roku 2012 w tym samym wydawnictwie i tłumaczeniu. No i swoje przeleżała. Teraz wzięłam się za nią z kilku powodów. Pierwszy oczywisty - nie tylko mnie dopadło wzmożone zainteresowanie literaturą i kulturą ukraińską. Drugi - w tych trudnych czasach jakoś ciągnie mnie do beletrystyki. Kolejne łączą się bezpośrednio z osobą samej pisarki. Właśnie Agora wydała zbiór jej esejów, który bardzo chcę przeczytać, a w związku z promocją książki Oksana Zabużko przyleciała do Polski ... w przeddzień wybuchu wojny. I na razie została. Spotykając się z czytelnikami, opowiada o swojej ojczyźnie, jest ambasadorką jej sprawy. W czasie wieczorów autorskich i w licznie udzielanych wywiadach nie stroni od rozmów o aktualnych wydarzeniach. A mówi znakomicie i co najważniejsze wcale się nie powtarza. Najpierw wysłuchałam dwóch rozmów podcastowych, a potem byłam na spotkaniu. Zastanawiałam się nawet, czy warto jeszcze iść, przecież nie powie już nic nowego. A jednak byłam w błędzie! No i niemal od razu zabrałam się za "Badania terenowe nad ukraińskim seksem".

Pamiętając mój zachwyt nad "Muzeum zaginionych sekretów", przystępowałam do lektury "Badań" z przekonaniem, że tę niewielką objętościowo powieść połknę w krótkim czasie. Okazało się jednak, że nie jest to rzecz łatwa w czytaniu. Język i konstrukcja stawiają opór. Bardzo długie, rwane zdania, niechronologiczna, poszarpana narracja, narratorka czasem opowiada o sobie jak o obcej kobiecie, używając form trzecioosobowych - to wszystko sprawia, że lektura wymaga skupienia i uwagi. Narracja nie płynie wartko. Wielokrotnie wracałam do niektórych fragmentów. Musiałam trochę poobcować z tą powieścią, aby zorientować się, kto jest kim. Czy narratorka opowiada tylko o sobie, czy też o innej kobiecie? Czy o jednym mężczyźnie, czy o dwóch? Te wątpliwości oczywiście rozstrzygnęłam dość szybko, pozostałych trudności nie da się przeskoczyć. Dlatego jeśli ktoś teraz potrzebuje prozy, która płynie potoczyście, niech lekturę "Badań terenowych nad ukraińskim seksem" odłoży na spokojniejszy czas, a w zamian trzeba koniecznie przeczytać "Muzeum zaginionych sekretów". Powieść opasłą, ale arcyciekawą, niestawiającą przed czytelnikiem aż takich wymagań, no i pozwalającą lepiej poznać historię naszych sąsiadów i ich samych.  

Teraz jednak wracam do "Badań". Powieść ukazała się w Ukrainie w roku 1996, szybko stała się tam bestselerem, doczekała się przekładów, ale początkowo, jak czytam, wywołała kontrowersje. To historia kobiety, poetki i wykładowczyni uniwersyteckiej, która przebywa na stypendium w Stanach. Głównym tematem jest jej związek z poznanym kilka, kilkanaście (?), lat wcześniej ukraińskim malarzem. Z odległej amerykańskiej perspektywy analizuje tę relację. Robi wiwisekcję, szuka błędów. Jest bardzo samotna - albo upora się ze swoimi emocjami, albo pogrąży w rozpaczy i depresji. Sprawy nie ułatwia fakt, że przebywa w Stanach. Czuje się tym bardziej sama i niezrozumiana. Także jako poetka i Ukrainka. Amerykanie mają swoje problemy, żyją w innym świecie, Ukraina to dla nich odległy, egzotyczny kraj.  

Bohaterka spotkała starszego od siebie malarza w czasie jakiegoś festiwalu literackiego, który odbywał się gdzieś poza Kijowem. Skoczyła w tę relację na główkę, nie badając, czy dno jest bezpieczne. A nie było. To uczucie toksyczne, oparte na patriarchalnych relacjach. Chociaż wykształcona, znana i samodzielna, w tym związku podporządkowuje się jemu. Także w łóżku. Nie liczą się jej pragnienia i potrzeby, liczy się to, co on lubi. Bohaterka próbuje dociec, dlaczego tak jest. Dlaczego ukraińskie kobiety są skazane na takie miłości? Czy rzeczywiście są? 

... wychowali nas mężczyźni, wyjebani jak się tylko dało, na wszystkie strony, że potem tacy sami faceci z nami spali i że w obu przypadkach robili z nami to, co inni faceci robili z nimi? I że przyjmowałyśmy ich i kochałyśmy takimi, jakimi byli, bo odrzucenie ich było równoznaczne z opowiedzeniem się po stronie tamtych obcych? Że jedyny wybór, jaki miałyśmy i mamy, to między ofiarą i katem: między nieistnieniem a istnieniem-które-zabija? 

Oczywiście dziś te problemy nie mają już takiej siły rażenia. Nie jest tak, że wszystko się zmieniło i wszędzie, ale kobiety odzyskały głos, mówią o swoich potrzebach, także seksualnych. Dlategoprawdopodobnie inny byłby mój odbiór tej powieści, gdybym przeczytała ją wtedy, kiedy wyszła. I nie chodzi tylko o dominujący wątek - nieudanej miłości, z której bohaterka chce się wyleczyć. Także o sprawy ukraińskie, które też są tematem książki. Dziś wiem znacznie więcej o historii Ukrainy, o czasach transformacji, o jej aspiracjach do przynależności do zachodniego świata, niż wiedziałam wtedy, kiedy powieść się w Polsce ukazała. Także dzięki Oksanie Zabużko i jej "Muzeum porzuconych sekretów", gdzie te sprawy opowiedziane zostały znacznie dogłębniej. "Badania terenowe nad ukraińskim seksem" czytane jako drugie zdają się szkicem, wprawką przed napisaniem tej najważniejszej powieści. Jedno się nie zmieniło, przynajmniej do niedawna, do wybuchu wojny. Ukraina pozostawała dla świata Zachodu krajem marginalnym, któremu nie poświęca się dużo uwagi, którego aspiracji się nie rozumie. Bohaterka zwracając się co pewien czas w trakcie jakiegoś wykładu, bardziej wyimaginowanego niż rzeczywistego, do swoich amerykańskich słuchaczy, pragnie zatrzymać ich uwagę, ale raczej nie liczy na zrozumienie. Pozostanie samotna jako kobieta, która leczy się z toksycznego, patriarchalnego związku, i jako Ukrainka, reprezentantka sprawy swojego narodu, któremu wielu długo nie przyznawało prawa do istnienia.

Zakończę cytatem, bardzo gorzkim, niestety bardzo aktualnym. Zdesperowana narratorka ma ochotę wykrzyczeć: ... ladies and gentlemen, stworzyliśmy wspaniały świat, i przyjmijcie z tej okazji wspaniałe gratulacje od USAir, od CNN i od CIA, od urugwajskich karteli narkotykowych i rumuńskiej Securitate, od KC Komunistycznej Partii Chin i milionów morderców ze wszystkich więzień świata, od dziesiątków milionów, które pozostają na wolności, i od pięciu tysięcy poczętych w gwałtach sarajewskich bękartów, które kiedyś przecież dorosną i - zawsze niech będzie słońce!, tyle właśnie chciałam powiedzieć, dziękuję za uwagę ... 

Dziś ten cytat brzmi bardzo mocno. Kiedy nieprawdopodobne znowu stało się możliwe. I tak pewnie, niestety, będzie zawsze. Ludzkość niczego się nie nauczyła. 

Filmowe remanenty - "Spragnieni miłości", "Film balkonowy", "Lingui"

Dzisiaj o trzech kolejnych znakomitych filmach. Te obejrzałam w ciągu ostatniego tygodnia.

"Spragnionych miłości" widziałam przed laty w kinie, kiedy film miał swoją premierę. Zakochałam się w nim, nie ja jedna, zawsze marzyłam, aby zobaczyć go jeszcze raz. Nigdy nie pojawił się ponownie, na żadnych przeglądach, w telewizji też się na niego nie natknęłam. Aż tu nagle jesienią trafiło do kin pięć zrekonstruowanych cyfrowo filmów Wonga Kar Wai'a. Niestety pokazywane były krótko i nie udało mi się wstrzelić w seans. Tym razem kiedy w tygodniu przedświątecznym znienacka wróciły po raz kolejny do mojego ulubionego kina, nie mogłam odpuścić. Po latach "Spragnieni miłości" robią takie samo wielkie wrażenie. W końcu to historia ponadczasowa, uniwersalna, jaką kino i literatura uwielbiają. Historia pary nieszczęśliwych kochanków, którzy nie mogą być razem. A właściwie nie chcą, bo pragną zachować się etycznie. Zbliżyło ich sąsiedztwo i odkrycie, że ich wiecznie nieobecni małżonkowie mają romans. Powoli rodzi się uczucie, ale nie chcą być tacy jak oni. Czy dojdzie do spełnienia, czy nie, to kwestia otwarta. Film oparty jest na niedopowiedzeniach. Możemy się domyślać i spekulować. Być może "Spragnieni miłości" byliby jeszcze jednym melodramatem, gdyby nie mistrzowska robota reżyserska. Tu wszystko gra, wszystko buduje nastrój i atmosferę. Akcja rozgrywa się w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku w Hongkongu, gdzie mieszka wielu uciekinierów z Chin. Ciasnota mieszkań, w których gnieździ się wiele rodzin, a wszyscy się wzajemnie obserwują, ciasnota wąskich zaułków, ciemne kadry, deszcz, stroje i fryzury kobiet, szczególnie głównej bohaterki, i niesamowita muzyka - to stwarza ten film. Plus subtelność - wszystko rozgrywa się w niedopowiedzeniach, w gestach, spojrzeniach, przelotnym dotyku, pomiędzy słowami. Trudno nie poddać się atmosferze, trudno się nie zadumać i nie wzruszyć. Mistrzostwo świata. 

I coś zupełnie innego. Długo zapowiadany, poprzedzony znakomitymi recenzjami dokument Pawła Łozińskiego "Film balkonowy". Idea była prosta, a zrodziła się z trochę podobnego niezrealizowanego projektu na wspólny film obu Łozińskich, syna i jego ojca Marcela. Tu pomysł polega na tym, że reżyser ustawia na balkonie swojego mieszkania na Saskiej Kempie kamerę i czeka na przechodniów, licząc na to, że się zainteresują i zaczną rozmawiać. Jak mówi w licznych wywiadach, szybko zrozumiał, że tak się nie da - samo się nie zrobi, trzeba zagadać, więc na przynętę rzucał pytanie o sens życia. Jedni się na ten haczyk złapali, inni wykręcali. Ktoś pojawił się raz, kilku bohaterów powraca i powstaje z tego jakaś historia. Paweł Łoziński kręcił swój film dwa lata, przez ten czas przewinęło się przed jego kamerą mnóstwo przechodniów - sąsiadów bliższych i dalszych, większość to pewnie osoby, których nie znał. O czym mówią? Niektórzy o życiu, o swoich rozczarowaniach, o tęsknocie za zmarłym mężem albo przeciwnie o radości z rozstania, o dziecku, które ma przyjść na świat, o bezradności, o starości, inni cokolwiek, nawet to, że nie mają nic do powiedzenia. Jedni są śmieszni, drudzy zadziorni, jeszcze inni wzruszający. Tworzy się z tego niesamowita mozaika. Prosty, znakomity film. Mimo wszystko optymistyczny i jasny.

PS. Krzepiąca wiadomość dla tych, którzy film widzieli. W jednym z wywiadów Paweł Łoziński zdradził, że mężczyzna, który wyszedł z więzienia, ułożył sobie życie. 

Ostatni z filmów afrykański "Lingui" byłabym przegapiła. Na szczęście w porę usłyszałam, że jak najbardziej warto go obejrzeć. To historia matki i jej piętnastoletniej córki, które mieszkają na obrzeżach stolicy Czadu. Amina sama wychowuje nieślubne dziecko. Musi ciężko pracować, aby zapewnić Marii lepszą przyszłość. Nie może liczyć na rodzinę, która się od niej odwróciła. Nagle względną stabilizację burzy wiadomość, że córka jest w ciąży. To nie tylko przekreśla jej nadzieje na zdobycie wykształcenia, zostaje usunięta ze szkoły, ale rodzi obawy, że powtórzy los swojej matki. Dziewczyna chce ciążę usunąć, ale tego zabrania i religia, i prawo w jej kraju. Amina nie wie, co robić. To piękny film, ogląda się go z zapartym tchem, a mimo wartkiej akcji niepozbawiony jest poetyckiego klimatu. Z jednej strony to, co oglądamy na ekranie, budzi wściekłość na patriarchat, na męską opresję. Faceci nie dość, że nie pomagają, nie dość, że roszczą sobie prawa do ciał kobiet, to jeszcze nie pozwalają im posprzątać po sobie, czytaj tworzą prawo, które zakazuje aborcji. Tu muszę wspomnieć o "Obiecującej młodej kobiecie", która jakoś kojarzy mi się z tym filmem, może też z powodu złości na facetów. Mimo że Amina jest kobietą samodzielną, która nie raz udowodniła, że potrafi zadbać o siebie i córkę, to jednak kiedy przychodzi co do czego, styka się z opresją mężczyzn, którzy dyktują jej i jej córce, jak mają postępować. Ale film ma też swoją jasną stronę. Bo Amina pod wpływem sytuacji, pod wpływem wielkiej miłości do córki zmienia się. Już nie będzie pokornie słuchała pouczeń imama ani udawała słabą, chociaż naprawdę jest silna. Stoczy walkę. I napotka na swojej drodze inne kobiety, które będą chciały pomóc jej i Marii. Stworzy się między nimi silna więź, bo lingui oznacza właśnie więź. Tak, to także piękny film o kobiecej solidarności. Nie przepadam za słowem siostrzeństwo, ale ono pasuje tu jak ulał. I jeszcze jedno. Oglądając ten film, nie mogłam oprzeć się refleksji, że niezależnie od szerokości geograficznej kobiety mierzą się z tymi samymi problemami. Walka Aminy i Marii o usunięcie ciąży niczym się nie różni od walki, jaką stoczyła bohaterka amerykańskiego filmu "Nigdy, rzadko, czasami, zawsze". Nie przegapcie "Lingui" - to piękny, mocny film. Na szczęście więcej w nim jasności niż ciemności.

Filmowe remanenty - "Inni ludzie", "Piosenki o miłości", "Przeżyć"

Dawno nie pisałam o filmie, tymczasem ostatnio w kinie bywałam bardzo często, zdarzało się dwa razy w tygodniu. Premiery i nadrabianie zaległości. W sumie zobaczyłam aż sześć filmów i, co nie zdarza się często, wszystkie warte polecenia, przynajmniej bardzo dobre. Niestety brak czasu sprawił, że zaniedbałam pisanie o kinie. Szkoda mi jednak nie podzielić się chociaż krótką refleksją o każdym z tytułów, które obejrzałam. Dziś będzie o trzech, wkrótce o  następnych. W kolejności w jakiej je oglądałam. Większość z nich stale można obejrzeć na dużym ekranie, pozostałe pewnie na platformach streamingowych.

Najpierw "Inni ludzie" ekranizacja książki Doroty Masłowskiej w reżyserii Aleksandry Terpińskiej. Tu muszę się do czegoś przyznać - nie czytałam nic Masłowskiej, za to widziałam kilka jej tekstów przeniesionych na deski teatru albo zekranizowanych. O "Innych ludziach" było już głośno po gdyńskim festiwalu, gdzie reżyserka dostała nagrodę za debiut lub drugi film, a Jacek Beler za najlepszą pierwszoplanową rolę męską. Wydaje się, że przeniesienie na ekran prozy Masłowskiej to rzecz karkołomna, a może nawet niemożliwa. A jednak kiedyś ta sztuka udała się Xaweremu Żuławskiemu, który zekranizował "Wojnę polsko-ruską pod flaga biało-czerwoną" (widziałam, a ostatnio również w teatrze), teraz Aleksandrze Terpińskiej. "Inni ludzie" to nie jest film przyjemny - szara, smutna Warszawa i szarzy, smutni, pogrążeni w depresji ludzie, także ci z górnej półki. Każdy zanurzony w swojej beznadziei - samotności, niezrealizowanych planach, rozczarowaniach, pustce, ciasnych mieszkaniach albo apartamentach na kredyt. Niby nic nowego, ale film nie pozostawia obojętnym. Znakomicie wykreowana atmosfera, mistrzostwo języka Masłowskiej, świetne role, połączenie słowa mówionego z rapem. Wszystko się udało. A na koniec zrobiło mi się żal Kamila, granego przez Jacka Belera, co bardzo zdziwiło moją przyjaciółkę. On jeden, mimo że odstręczający, wydał mi się po prostu ludzki.

Drugi film to "Piosenki o miłości" Tomasza Habowskiego. Objawił mi się ten tytuł jakoś tak nagle, nic o nim wcześniej nie słyszałam, a powinnam, bo w Gdyni wygrał Konkurs Filmów Mikrobudżetowych. Tytuł raczej zniechęcał niż zachęcał. Dopiero kiedy wysłuchałam kilku rozmów o filmie, między innymi z reżyserem, uznałam, że warto zobaczyć. I rzeczywiście. Skromny, czarno-biały, ale poruszający. Niby prosta historia o spotkaniu dwojga ludzi z różnych światów. On, syn znanego aktora, może spokojnie realizować swoje ambicje muzyczne i nie musi się martwić, skąd weźmie pieniądze na życie. Ona pochodzi z małego miasta, w Warszawie pracuje jako kelnerka w eleganckiej knajpie. Gra i śpiewa, amatorsko, dla siebie. Ale nie jest to tylko opowieść o miłości, czego się spodziewałam. To także historia łajdactwa, zdrady, wykorzystania, rozczarowania, ale również niezależności i niezłomności. To wszystko razem działa mocno. Dzięki znakomitym, magnetycznym rolom Justyny Święs i Tomasza Włosoka, dzięki zdjęciom, wykreowanej atmosferze i piosenkom śpiewanym przez Justynę Święs. Obejrzałam z wielką przyjemnością. Film, który mimo wszystko niesie nadzieję.

Kolejny tytuł to "Przeżyć". Słyszałam o nim dużo, od początku miał świetne recenzje, ale żeby go obejrzeć, musiałam się przełamać. Dlaczego? Bo to animacja, czego po prostu nie lubię. No ale przeważył temat, uznałam, że film muszę zobaczyć. To historia oparta na faktach, główny bohater, Amin, jest postacią prawdziwą. Zresztą właśnie dlatego reżyser zdecydował się na dokumentalny film animowany, chodziło o to, aby bohater pozostał anonimowy. Temat jest jak najbardziej aktualny, chociaż nie dotyczy wydarzeń współczesnych. To opowieść o afgańskim chłopaku, Aminie, który razem ze swoją matką, dwiema siostrami i bratem uciekł z Afganistanu, kiedy po raz pierwszy zwyciężyli talibowie. Zostawili za sobą wszystko, dom, szkoły, przyjaciół, znajomych. Uciekli do Moskwy jednym z ostatnich samolotów, tam czekał na nich najstarszy brat Amina od lat mieszkający w Szwecji. Dalej jednak ruszyć się legalnie nie mogli. Aby wydostać się z Moskwy potrzebowali dużo pieniędzy. To opowieść o determinacji, aby dotrzeć do miejsca, w którym będzie można normalnie żyć. Pełna bólu, nieoczekiwanych zwrotów akcji, upokorzeń, cierpienia i nieszczęścia. Oglądając historię Amina, jego rodziny i innych uchodźców, trudno nie myśleć o tych wszystkich biednych ludziach, którzy ryzykując wszystko, próbują przekroczyć granicę do raju. Także tę polsko-białoruską, o której w obliczu wojny w Ukrainie mało kto myśli. A tam przecież stale umierają ludzie. I chociaż historia Amina znalazła swój pozytywny finał - nie tylko w końcu udało mu się przedostać do Danii, skończyć studia, zrozumieć i zaakceptować to, że jest gejem, ale został też cenionym naukowcem - to o przeżytych traumach trudno mu zapomnieć. Mając świadomość, jak wiele zawdzięcza swojej rodzinie, nie tylko mieszkającemu w Szwecji najstarszemu bratu, czuje się zobowiązany spłacić ten dług. Nie chce ich zawieść, chce, żeby byli z niego dumni. A to koliduje z jego życiem prywatnym, z planami małżeńskimi. Chociaż film opowiada o dramatycznych sprawach i mamy świadomość, że tylko nielicznym udaje się tak jak Aminowi, to jednak oprócz mroku jest w nim też nadzieja i jasność, co znakomicie podkreśla kolorystyka kadrów. Każdy powinien "Przeżyć" zobaczyć.

Liliana Hermetz "Rozrzucone"

Do powieści Liliany Hermetz "Rozrzucone" (Wydawnictwo

Literackie 2021) przymierzałam się, od kiedy tylko znalazła się w moim ukochanym czytniku. Nie znam dwóch wcześniejszych książek autorki, chociaż o niej wcześniej słyszałam. Trudno było zresztą nie usłyszeć, skoro za wydaną w 2015 roku "Alicyjkę" otrzymała prestiżową Nagrodę Conrada przeznaczoną dla debiutantów. Na tamtą powieść wtedy jakoś nie miałam ochoty, a i dziś, kiedy przeczytałam opis, niekoniecznie, bo coś czuję, że to nie jest rzecz dla mnie, ale zobaczymy, może z ciekawości jednak się skuszę. Tymczasem Liliana Hermetz zmieniła wydawnictwo z małego (Nisza) na duże i napisała grubą powieść (czterysta stron) bardziej dla czytelnika niż dla krytyków. Może nie powinnam wyciągać aż tak daleko idących wniosków, może jestem w błędzie, bo przecież nie znam jej dwóch poprzednich książek, ale z opisu wydają mi się właśnie takie - zachwycą się nimi krytycy, niekoniecznie publiczność. Tymczasem "Rozrzucone" nie wzbudziły takiego zachwytu recenzentów, chociaż natknęłam się też opinie pozytywne, nie znalazły się w licznych topkach sporządzanych na koniec roku. Zauważyłam je tylko w jednym zestawieniu, a zajrzałam do wielu. Tymczasem mnie ta powieść przyciągnęła, wysłuchałam jakiegoś wywiadu z autorką, uznałam, że to coś dla mnie, trochę się wahałam ze względu na ten brak entuzjazmu, w końcu jednak kupiłam, a potem stale już, już miałam się za nią zabrać, po czym sięgałam po coś innego. No ale ostatnio w tych cholernych okolicznościach  ciągnie mnie bardziej do powieści niż literatury faktu, więc wreszcie "Rozrzucone" doczekały się swojego czasu. 

Przeczytałam tę książkę z wielką przyjemnością, chociaż oczywiście nie opowiada o łatwych sprawach. Mało tego, uważam, że właśnie takie książki powinno się promować, bo w przystępny, interesujący sposób, ale jednocześnie niepozbawiony literackich walorów, opowiadają o ważnych sprawach. Dla mnie te historie nie były niczym nowym, ale jestem przekonana, że dla wielu czytelników mogą być odkryciem. Jest to historia kilku kobiet z rodzin, które wywodzą się z polsko-ukraińskiego pogranicza, rozpisana na dziesięciolecia. Akcja, prowadzona niechronologicznie, sięga czasów sprzed drugiej wojny, incydentalnie zahacza nawet o drugą połowę wieku XIX, mocnym jej punktem jest wojna, a potem czasy PRL-u i transformacji, aż po współczesność. Bohaterek jest wiele, kilka tych najważniejszych pochodzi z jednej rodziny, inne  do tej rodziny dołączyły dzięki małżeństwu, jeszcze inne krążą wokół jej orbity za sprawą życiowych komplikacji. Jednym autorka poświęca więcej miejsca, innym mniej, a niektóre pojawiają się epizodycznie. (Trochę żałuję, że tylko trzy to te najważniejsze, najlepiej sportretowane, te, z którymi obcujemy najwięcej. Chętnie przeczytałabym więcej i o Zosi, i o Anastazji, a szczególnie o Marcie.) Podobnie autorka obchodzi się z czasem, który raz zwalnia, raz przyspiesza. Z tego wszystkiego wyłania się taki życiowy fresk, powieść o ważnych sprawach z przeszłości, często rzutujących na współczesność, i o tym, jak radzić sobie z rzeczywistością, aby ocalić siebie, aby jednak mimo różnych okoliczności, raz koszmarnych, tragicznych, raz bardziej sprzyjających, umieć pogodzić się z losem i na koniec powiedzieć, że mimo wszystko bilans wychodzi dodatni. I w tym sensie jest to powieść optymistyczna, krzepiąca. Ale to pokrzepienie niełatwe, za to po prostu mądre. Moim zdaniem nie ma innego. O ile oczywiście z racji miejsca urodzenia albo innych okoliczności nie jesteś takim pechowcem, który zawsze ma pod górkę i pod wiatr. Wtedy nawet o takie pokrzepienie trudno.

Jeśli wybierasz życie, bierzesz na siebie ryzyko, że nie wszystko ci się uda. Może uda ci się praca, ale mniej rodzina,, może będziesz wiedzieć, co to ta prawdziwa miłość, a może się nie dowiesz. Możesz mieć dobre zdrowie, ale zaginie ci dziecko. Nigdy nie da się powiedzieć naprzód, jak to będzie. jakie to życie będzie. Boisz się tylko, żeby się taka wojna nie powtórzyła.  

Jak ty masz dziecko, to jest zawsze wielkie ryzyko. Nie wiesz, jakie ono będzie. nie możesz wiedzieć, czy do końca będziesz go mieć. Ono będzie żyć dla siebie tak czy tak.  

Te przenikliwe słowa, które teraz nabrały dodatkowych znaczeń, wypowiada pod koniec życia jedna z głównych bohaterek tepowieści, Irene, nazywana czasem Madame, a naprawdę Marysia. Urodzona przed wojną w małej wiosce w ukraińskiej rodzinie. Jako piętnastolatka wywieziona na roboty do Niemiec. Potem trafiła do Francji, bo nie bardzo miała do kogo wracać, więc skorzystała z tego, że zakochał się w niej młody Francuz, Alzatczyk i z nim związała swe losy. Z perspektywy polskiej rodziny osiągnęła sukces. W czasach PRL-u przysyłała paczki, ściągała licznych członków swojej rodziny do siebie do Strasburga i dawała im szansę na pracę w rodzinnej restauracji. Jej wizyty w Polsce zawsze budziły ekscytację. Była kimś, Madame z Francji, której się powiodło. Ale ten sukces był przecież względny. Okupiony ciężką harówką w rodzinnej restauracji i od początku nie wszystko układało się jak po maśle. W tym samym monologu Irene zastanawia się, jakby potoczyło się jej życie, gdyby została w Przemyślu z ojczymem i młodszym rodzeństwem. Lepiej? Gorzej? Może to właśnie wywózka, mimo okropnych przeżyć, dała jej szansę, uratowała?

Są jeszcze dwie bohaterki, które autorka wyróżnia. To Ksenia, ulubiona ciotka Irene-Marysi, też Ukrainka pochodząca z tej samej wioski. Dziwaczka, nielubiana przez otoczenie, ciężko pracująca w małym gospodarstwie, brudna, okutana w kilka warstw ubrań z obawy przed przeziębieniem, nieufna, strzegąca swoich skrzyń, jakby ukrywała w nich coś niebywale cennego. I jej będzie dany wyjazd do Irene, ale wróci do Polski jak większość z tych, których Madame ściąga do siebie, aby poprawić ich los. Trzecia główna bohaterka to przedstawicielka młodszego pokolenia, Lala, Eulalia, córka kuzyna Irene. Pochodzi z mieszanej rodziny - ze strony ojca ukraińskiej, ze strony matki polskiej. Skończy studia i wyfrunie z rodzinnych stron, ale zawsze będzie tu wracać, bo korzenie, historia rodziny są dla niej ważne. Najbardziej świadoma z nich wszystkich, a dzięki wykształceniu obeznana z procesami historycznymi i społecznymi. Być może z całej polskiej rodziny najbliższa francuskiej ciotce. Również ona potrafiła dogadać się z Ksenią i mimo jej dziwactw bardzo ją lubiła. Liliana Hermetz świetnie pokazuje wspólnotę losu kobiet. Niezależnie od statusu materialnego czy od pokolenia wszystkie harują, są wiecznie w biegu, pochłonięte tą uciążliwą codziennością, sprawami, które trzeba załatwić, pracami, które trzeba wykonać. Poznajemy ich codzienny trud w trzech rozrzuconych w powieści rozdziałach zatytułowanych Dzień z życia ...., kapitalnie napisanych.

"Rozrzucone" to opowieść o kobietach, ale także o wielu innych sprawach. Bardzo istotny jest problem tożsamości. Kim są bohaterki? Ukrainkami? Polkami? A Irene? Francuzką? Co to znaczy być Ukrainką, jeśli żyje się w Polsce? Takie pytania stawia autorka. Ale kto uważnie śledził tę notkę, domyśli się, że porusza także problemy emigracji, polskich kompleksów wobec zachodniego świata, a jednocześnie naszego poczucia wyższości. Jest też opowieść o przymusowych przesiedleniach Ukraińców po drugiej wojnie do Związku Radzieckiego. Jeśli ktoś chciałby temat zgłębić, polecam znakomitą książkę Moniki Sznajderman "Pusty las". Pojawia się też wątek pracy przymusowej w czasie drugiej wojny i eksperymentów medycznych dokonywanych na więźniach obozów pracy. No i wreszcie obraz powojennej Europy i dipisów, ludzi wyzwolonych z obozów, którzy nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić. Czasem te wiadomości historyczne pojawiają się może trochę, podkreślam trochę, w sztuczny sposób, jakby autorka koniecznie chciała przekazać czytelnikowi jak najwięcej. Jest jednak możliwe, że wielu czytelników nie zwróci na to uwagi, za to odkryje dla siebie problemy z przeszłości, o których dotąd niewiele wiedziało albo z goła nic. To wielka zaleta tej powieści. Z tego względu warto polecić ją także młodym czytelnikom.

Oprócz znakomicie nakreślonych portretów głównych bohaterek i interesująco naszkicowanych tych drugoplanowych i epizodycznych ta powieść ma jeszcze jedną ogromną wartość. To znakomity język. Autorka obdarzona jest niewątpliwie słuchem językowym. Bohaterowie mówią w różny sposób w zależności od środowiska, w jakim się wychowali, wykształcenia, a przede wszystkim narodowości. Inaczej mówi Ksenia, inaczej Irene, a jeszcze inaczej Lala. Poza tym autorce nie są obce językowe zabawy i eksperymenty. Czasem wypuszcza się w rejony, które mnie przypominają styl znakomitej powieści Zyty Rudzkiej "Krótka wymiana ognia".

Cieszę się, że w końcu sięgnęłam po "Rozrzucone" i naprawdę polecam. To powieść dla każdego - tego, kto ceni  po prostu żywioł opowieści, tego, kto lubi przywiązać się do bohaterów, tego, kto chciałby się czegoś dowiedzieć i nad czymś zastanowić, a wreszcie dla tego, kto ceni językowy kunszt. 

Wiesław Myśliwski "Nagi sad"

Z twórczością Wiesława Myśliwskiego długo było mi nie po drodze.

Chociaż chociaż niezwykle ceniła go i lubiła bliska mi osoba, chociaż dostawał nagrody (dwa razy Nike), dla mnie była to literatura wiejska, a więc nudna, nie moja. Co mnie to obchodzi? Tak wtedy myślałam. Dopiero koleżanka z pracy, która zachwycała się "Traktatem o łuskaniu fasoli", weszła mi nieświadomie na ambicję. Jakoś nie podejrzewałam jej o takie lektury. Jak to tak - ona może, a ja nie? Dziś mi głupio, że w ten sposób o niej pomyślałam. Głupio mi też, że tak późno sięgnęłam po prozę Myśliwskiego. Teraz to jeden z moich ulubionych pisarzy. Po lekturze "Traktatu" (pożyczyłam od rzeczonej koleżanki) przyszły kolejne - "Widnokrąg", "Kamień na kamieniu", na końcu "Ucho igielne". Teraz pod wpływem tekstów, jakie ukazują się z okazji dziewięćdziesiątych urodzin pisarza, postanowiłam sięgnąć po jego debiut, który od dawna mam w czytniku. "Nagi sad" (Znak 2011; wydanie najnowsze 2020). 

Jeśli zna się inne książki pisarza, od razu dostrzeże się wszystkie nitki łączące tę debiutancką powieść z kolejnymi, ale widać też różnice. Najpierw to, co łączy. A więc bohater-narrator. Urodzony na wsi spoglądający na swoje życie z perspektywy człowieka dojrzałego, żeby nie powiedzieć starego. Niezależnie od swojego wykształcenia skłonny do refleksji, zadumy nad światem i życiem, filozoficznych rozważań. Szeroko pojęty temat - oczywiście wieś i ludzki los. Luźna struktura opowieści - każdy rozdział stanowi osobną całość, ale jednocześnie wszystkie łączą się ze sobą. Charakterystyczna dla Myśliwskiego jest szkatułkowa konstrukcja rozdziałów - narrator wychodzi od czegoś, aby po jakimś czasie zacząć snuć inną opowieść, często będącą retrospekcją. No i przede wszystkim język, prawdziwe mistrzostwo. Gęsty, obrazowy, nasycony metaforami, miejscami stylizowany na gwarę. Bywa, że trzeba czytać uważnie, wrócić do jakiegoś fragmentu, szczególnie w partiach refleksyjnych, filozoficznych. Ale jest też pewna różnica między debiutem, a późniejszą twórczością Myśliwskiego. "Nagi sad" jest krótki, niecałe dwieście stron. To niewiele wobec późniejszych powieści pisarza, które, począwszy od trzeciej w kolejności, "Kamienia na kamieniu", liczą sobie ponad pięćset stron każda. Dlatego czytając debiutancką książkę pisarza, miałam wrażenie większej koncentracji. Nie ma tu tak charakterystycznej dla jego późniejszej prozy rozbuchanej narracji - opowieści, anegdot, wielości barwnych, nietuzinkowych bohaterów. I przyznam, że tego mi zabrakło. Czytelniczego fanu, przyjemności, jaką daje barwna opowieść.  Dlatego dobrze się stało, że moją przygodę z Myśliwskim zaczęłam od tych opasłych tomów.

W "Nagim sadzie" postaci jest zaledwie kilka. Nawet historia głównych bohaterów, ojca i syna, nie została jakoś dokładnie rozpisana. Nie poznamy ich losów ze szczegółami. Podobnie jest ze światem, jaki ich otacza. Wiemy, że to wieś, że gdzieś jest miasto, w którym do szkoły chodził syn, jest dwór, który potem został rozparcelowany. Wojnę zaledwie się wspomina, inaczej niż w późniejszych powieściach, gdzie staje się źródłem ważnych doświadczeń dla bohaterów. A więc domyślamy się, że narrator skończył szkołę jeszcze przed wojną, bo ojciec, który przywozi go do domu, aby uczcić to ważne zdarzenie, pożycza konia od dziedziczki. Potem był wiejskim nauczycielem i tak przepędził życie, które podsumowuje. Jego świat niewiele się zmienia mimo dziejowych burz - wojny, zmiany ustroju, co zaznaczone zostało w książce rozparcelowaniem dworskiej ziemi i rozgrabieniem dworu. On wziął tylko książki. Bardziej z poczucia, że tego się wszyscy po nim spodziewają, niż z prawdziwej chęci. Bo choć dla ojca jest przedmiotem dumy, przecież dzięki jego uporowi skończył szkołę i w rodzinnej wsi uchodzi za człowieka wykształconego, to sam nie uważa swojego życia za wielki sukces. Ma świadomość niedostatków, powierzchowności wykształcenia. Może dlatego wrócił na wieś, a nie jak bohaterowie "Widnokręgu" czy "Ucha igielnego", którzy zdobywszy prawdziwe wykształcenie, zostali w mieście.

Jednak najważniejszy temat "Nagiego sadu" to więź łącząca ojca i syna. O tym jest ta powieść. Obaj są dla siebie najważniejsi, cicha matka pozostaje gdzieś w cieniu. Nawet kiedy umiera, dzieje się to w sposób niemal niezauważalny. Jakby wyszła do swoich codziennych zajęć i zaraz miała wrócić. Życie ojca zaczęło się naprawdę, kiedy dowiedział się, że wkrótce będzie miał dziecko. Potem z charakterystycznym dla siebie uporem walczył o jego zdrowie, wykształcenie, a wreszcie odpowiednie uczczenie jego powrotu do domu, na wieś. Nie jest to bliskość wylewna, nie wyraża się w słowach, ale w stałym poszukiwaniu siebie. Takim symbolicznym miejscem, w którym najpierw ojciec szuka chowającego się na drzewie syna, a po latach syn będzie szukał ojca powoli osuwającego się w demencję, jest właśnie ów tytułowy nagi sad. Sad niewielki, w którym trudno się zgubić, a jednak obaj muszą się w nim stale na nowo szukać. Podskórnym pytanie, jakie odczytuję w tej powieści, brzmi, czy syn sprostał oczekiwaniom ojca. Czy go nie zawiódł? Może gdyby był równie jak on uparty, zostałby w mieście? Ale czy każdy musi?

"Nagi sad" na pewno nie jest moją ulubioną książką Myśliwskiego, ale cieszę się, że mogłam ją przeczytać. To prawdziwa przyjemność ponownie spotkać się z prozą pisarza. Jeśli ktoś nie zna dotąd jego twórczości, niech zacznie od "Widnokręgu", potem w dowolnej kolejności "Traktat o łuskaniu fasoli" i "Kamień na kamieniu" (to moje top trzy), a później kolejne. Przede mną jeszcze "Ostatnie rozdanie" i "Pałac". 

Henry Roth "Nazwij to snem"

Uwielbiam takie odkrycia - przywrócona klasyka, odkopana z

mroków niepamięci albo ukazująca się po raz pierwszy. Tym właśnie jest "Nazwij to snem", wydana niedawno powieść właściwie nieznanego w Polsce amerykańskiego pisarza Henry'ego Rotha (Książkowe Klimaty 2022; przełożył Wacław Niepokólczycki), który zmarł w roku 1995. Napisałam właściwie nieznanego, bo książka wyszła po raz pierwszy w tym samym tłumaczeniu w roku 1975. Dziś dostajemy ją ponownie dzięki Książkowym Klimatom i Art Rage, które chyba (?) jest współwydawcą. Znowu niepewność, bo jeśli ktoś o Art Rage nie słyszał i nie wejdzie na ich stronę, to nie znajdzie tej informacji. Ja też nie miałabym pojęcia o ich udziale w wydaniu powieści Rotha, gdybym nie wysłuchała podcastowej rozmowy z Michałem Michalskim, redaktorem prowadzącym, inicjującym i dyrektorem. Mało tego, to właśnie ten bardzo ciekawy wywiad zachęcił mnie do sięgnięcia po "Nazwij to snem". I jeszcze jedna zagadka - nie jest dla mnie jasne, ile książek napisał Henry Roth. Dwie czy kilka? Na stronie Książkowych Klimatów można znaleźć informację, że pod koniec życia zaczął cykl sześciu powieści, ale nie skończył. W innym miejscu mowa o jednej. Tylko ten koniec życia się zgadza. Niejasności jest jeszcze więcej - kiedy zaczynam szukać, co rusz natykam się na sprzeczne informacje o autorze i jego twórczości. Zostawmy to jednak, zawierzmy wydawcy i przejdźmy do książki, bo przecież to o niej ma być ta notka.

"Nazwij to snem" na pewno warto przeczytać, właściwie powinnam napisać koniecznie należy, ale tych konieczności jest tak wiele, że już nie śmiem czegokolwiek komukolwiek narzucać. Ale od razu uprzedzam, że nie jest to powieść łatwa ani ze względu na formę, ani zwłaszcza ze względu na treść.  Język jest gęsty, dialogów mało, zdarzają się fragmenty oniryczne, a już szczególnym wyzwaniem jest zakończenie - z jednej strony fascynujące, trzymające w napięciu, ale jednocześnie napisane z różnych perspektyw, które zmieniają się dosłownie w pół zdania. Taki sposób pisania przypomina filmowy montaż - przerzucanie się z miejsca na miejsce, od bohatera do bohatera. Tu przeprowadzone jest po mistrzowsku. Kiedy doszłam do tych fragmentów, wiedziałam, że nie oderwę się, dopóki nie dojdę do końca. 

Ale prawdziwą trudność może stanowić treść. Przyznam, że gdybym wiedziała, jakie wyzwanie mnie czeka, być może nigdy nie zdecydowałabym się  po powieść Henry'ego Rotha sięgnąć. Dlaczego? Bo głównym bohaterem jest głęboko nieszczęśliwe dziecko. A nieszczęście dziecka, zwłaszcza małego, to coś, co w literaturze i w życiu znoszę z trudem. Ten bohater to kilkuletni Dawid - zagubiony w świecie, przestraszony, pełen prawdziwych i wyimaginowanych lęków, osamotniony, wychowujący się w dysfunkcyjnej rodzinie (to oczywiście dzisiejsza perspektywa i język), w dodatku mający duży talent do pakowania się w kłopoty. A to zrobi coś głupiego, pragnąc przypodobać się kolegom, a to wymyśli jakąś niestworzoną historię inspirowaną strzępkami zasłyszanych od matki i ciotki opowieści, a to będzie się bronił przed agresywnym kolegą, a ten sprytnie winę przerzuci na niego. A że jest dzieckiem niezwykle wrażliwym, potem w dwójnasób przeżywa swoje niepowodzenia, bojąc się konsekwencji. Trudno się tym lękom oprzeć, bo świat, w jakim wychowuje się Dawid, jest pełen przemocy. Okrutne są wobec siebie dzieci i okrutni potrafią być dorośli. A chłopiec to wymarzona ofiara. 

Właściwie jedyną osobą, na którą może liczyć i która broni go zawsze niczym lwica, jest matka. Sympatią obdarza go też ciotka, osoba ekscentryczna, o bardzo niewyparzonym języku, awanturnica, która budzi mieszane uczucia. Aż trudno zrozumieć, że to siostra matki Dawida, tak bardzo są różne. Więź matki i syna jest niezwykle silna, ojciec zarzuca jej nadopiekuńczość. I pewnie tak jest. Trudno się jednak dziwić, że broni Dawida przed jego gwałtownymi wybuchami. Ojciec jest człowiekiem oschłym i skłonnym do agresji, a do syna ma stosunek dwuznaczny, żeby nie powiedzieć niechętny. Nie tak go sobie wyobrażał, nie wyrośnie z niego prawdziwy mężczyzna. Jest wrażliwy, nieporadny, uczepiony maminej spódnicy. Jakby nie jego syn. Dodatkową trudnością jest wyobcowanie ze świata, w jakim chłopiec żyje. Bo rodzina Dawida to żydowscy emigranci z Galicji, którzy szczęścia szukają w Nowym Jorku. Chłopiec przypływa tu z matką w roku 1911. Ma wtedy sześć lat. Urodził się, kiedy ojciec był już w Ameryce i harował, aby sprowadzić żonę i syna, którego nie zna. Dlatego cała rodzina Dawida to matka, ojciec i ciotka. Pozostali mieszkają w Europie. Czy byliby jakąś pociechą dla chłopca? Czy stanowiliby jakieś oparcie? Niekoniecznie. Strzępki opowieści o rodzinie, jakie poznajemy z rozmów matki i jej siostry, nie brzmią zachęcająco. Jedyną ciepłą i mądrą osobą wydaje się prababka chłopca, ale ona zmarła przed jego urodzeniem.

Ponieważ wszystkie zdarzenia poznajemy z perspektywy Dawida, chociaż narracja jest trzecioosobowa, trudno nie przeżywać jego lęków, niepokojów, porażek, strachu przed rówieśnikami i ojcem. Głęboko wnikamy w jego świat, co sprawia, że lektura staje się emocjonalnie jeszcze trudniejsza. Czytając, czułam to, co on, niemal fizycznie odbierałam razy, jakie dostawał od doprowadzonego do furii ojca.

Chociaż to Dawid jest głównym bohaterem powieści, to portrety dorosłych i środowiska, w którym żyją, są bardzo interesujące, mimo że poznajemy je trochę mimochodem. Z jednej strony oschły, przemocowy, zamknięty w sobie, niesympatyczny, ale ciężko harujący na utrzymanie rodziny ojciec,  z drugiej mądra, cierpliwa, ciepła matka, która tradycyjnie zajmuje się domem. Nie są udanym małżeństwem. Bardziej domyślamy się, niż wiemy, że nieobce są jej porywy serca do innych mężczyzn. Z czasem poznajemy też jej bolesną przeszłość. Jaką perspektywę ma żydowska kobieta, emigrantka słabo znająca angielski? Skazana jest na trwanie przy mężu. Nawet jeśli go nie kocha, nawet jeśli się go boi. Pozostaje jej tylko bronić Dawida ze wszystkich sił. Pewnie dlatego jej więź z synem jest tak silna. W tym tradycyjnym świecie, w którym nie może o sobie decydować i się usamodzielnić, bo to pewnie skazałoby ją i dziecko na nędzę, tylko jego ma do kochania, tylko z nim może stworzyć prawdziwą, bliską więź. To świat pełen przemocy, która, jak wspominałam, czyha zewsząd. Ma miejsce w rodzinie, wśród rówieśników, nawet w chederze, do którego zostaje zapisany Dawid. I to jest ten świat tradycji i wartości, do jakiego wzdychają niektórzy? Tego by chcieli? Takiej rodziny? A przecież nie tylko rodzina Dawida jest w tej powieści dysfunkcyjna. Właściwie wszystkie, które poznajemy, są właśnie takie.  Ale prawdziwy dramat rozegra się nieoczekiwanie w ostatniej części powieści. Doprowadzi do niego szereg zbiegów okoliczności. Akcja robi nieoczekiwaną woltę, przyspiesza, aż do wyciszonego finału.

To nie jedyne zalety tej książki. Równie ciekawy jest obraz emigranckiego Nowego Jorku. Zetknięcie świata Żydów ze światem gojów przybyłych z różnych stron Europy. Warto znaleźć w sobie siłę na tę niełatwą, ale fascynującą lekturę.    

Popularne posty