Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ojciec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ojciec. Pokaż wszystkie posty

Zsuzsa Bánk "Śmierć przychodzi nawet latem"

Nie zamierzałam sięgać po książkę Zsuzsy Bánk "Śmierć przychodzi

nawet latem" (Czarne 2023; przełożyła Elżbieta Kalinowska), mimo znakomitych recenzji. Dlaczego? Bo jak ognia unikam książek, w których pisarki i pisarze mierzą się ze śmiercią najbliższych, najczęściej rodziców. Wiem dobrze, że kontakt z taką literaturą w niczym mi nie pomaga, za to na nowo wydobywa na wierzch moje trudne doświadczenia. Świetny spektakl w reżyserii Mateusza Pakuły oparty na jego książce "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" przeżyłam bardzo mocno mimo humoru, którym został okraszony. Za nic nie obejrzałabym go jeszcze raz. Zresztą osobisty, uczuciowy odbiór nie był tylko moim udziałem. Chyba pierwszy raz na widowni teatru zdarzyło mi się słyszeć tyle szlochających osób, także mężczyzn, którzy podobno nie płaczą. A i w kinie chyba czegoś podobnego nie przeżyłam. 

Co w takim razie sprawiło, że mimo bolesnego tematu sięgnęłam po książkę tej niemieckiej pisarki o węgierskich korzeniach? Po prostu dałam się zwieść. Usłyszałam, że drugim tematem jest opowieść o węgierskiej przeszłości rodziców Zsuzsy Bánk. A na takie skomplikowane rodzinne historie z Europy Środkowej i Wschodniej zawsze jestem łasa. 

Może najpierw kilka słów o samej pisarce. Urodziła się w roku 1965 w Niemczech w rodzinie węgierskich imigrantów, którzy uciekli ze swojego kraju po stłumionej rewolucji w 1956 roku. Pisze po niemiecku, jest nagradzana. W Polsce wyszły cztery jej książki, dwie powieści, ostatnia, "Jasne dni", ukazała się dziesięć lat temu!, jeden zbiór opowiadań i wydana w zeszłym roku proza autobiograficzna, o której piszę dzisiaj. Wszystkie wydało Czarne. Tu dygresja - zawsze w podobnych sytuacjach zastanawiam się, dlaczego wydawnictwo nie wydaje kolejnych tytułów swojej autorki czy autora. Nic więcej się nie ukazało? Ukazało się, ale jest słabe? Nie sprzedawało się w Polsce? Na naszym mocno kulawym rynku wydawniczym to niestety praktyka bardzo częsta. Wyjątkiem jest Anita Musioł, właścicielka Pauzy, która deklaruje wierność swoim autorkom i autorom. Ale ona w ogóle jest jakimś fenomenem w polskim bagienku wydawniczym choćby dlatego, że prowadzi Pauzę jednoosobowo. Dość dygresji, czas przejść do książki.

Muszę przyznać, że w czasie lektury tej pozycji towarzyszyły mi mieszane uczucia. I nie chodzi tylko, a nawet nie przede wszystkim, o prowokowanie moich bolesnych wspomnień. Był moment, kiedy zastanawiałam się nawet, czy nie dać sobie spokoju z tą książką, a że wypożyczyłam ją z biblioteki, nie byłoby żadnej straty. Ja jednak nie lubię porzucać rozpoczętych lektur, zdarza mi się to naprawdę wyjątkowo. Zawsze łudzę się, że dalej będzie lepiej, a poza tym zwykle jestem ciekawa, jak to się skończy. To oczywiście nie jest przypadek tej pozycji, bo to nie powieść i o żadnej akcji nie ma tu mowy. Mimo wszystko nie żałuję, że dotrwałam do końca, a słowo dotrwałam, nacechowane negatywnie, jest tu chyba niewłaściwe. W końcu dałam się ponieść rozmyślaniom autorki, jej lamentowi, a może najwłaściwszym słowem byłaby tu medytacja. Medytacja nad chorobą, cierpieniem, odchodzeniem, śmiercią, przemijaniem, utratą, miłością córki do ojca. Bo nad tym wszystkim zastanawia się Zsuzsa Bánk, opisując czas, jaki upłynął od momentu, kiedy ojciec dowiedział się, że rak wrócił, do rocznicy jego śmierci.

To opowieść o buncie, niezgodzie na śmierć, która zawsze przychodzi w nieodpowiednim momencie, o zmaganiach z bezdusznością służby zdrowia (zmagania, jakie zmagania, myślałam, przywołując doświadczenia moich nieżyjących rodziców z polskim systemem opieki zdrowotnej), o cierpieniu, bólu i bezradności, które towarzyszą nam, kiedy patrzymy na odchodzenie bliskiej osoby, a potem po jej śmierci, o relacji córki i ojca, o żałobie i towarzyszącej jej krzątaninie, likwidowaniu życia po ojcu, a wreszcie o stopniowym godzeniu się z faktem, że najbliższej osoby już nie ma, i powolnym zastępowaniu smutku oraz cierpienia dobrymi wspomnieniami. Skąd moje chwilowe zwątpienie i zniecierpliwienie? Nie chodzi przecież o to, że nie ma tu akcji i fascynujących zdarzeń. Po prostu czasem miałam wrażenie, że rozważania autorki popadają w pustosłowie, są obracaniem tego samego, pisaniem o czymś oczywistym.  Żałuję, że nie mam pod ręką żadnego cytatu uzasadniającego moje odczucia, ale czytałam tę książkę w dużej mierze z doskoku w przerwach pomiędzy spotkaniami na Festiwalu Conrada.

Jest jeszcze jeden powód moich mieszanych uczuć. Wspomniałam na początku, że spodziewałam się, iż drugim tematem będzie historia rodzinna i to mnie ostatecznie przekonało, aby za "Śmierć przychodzi nawet latem" się zabrać. Tymczasem nie ma tego wiele. Tylko czasami pojawiają się jakieś wzmianki o tym, jak rodzice uciekali, jak spotkali się już w Niemczech w obozie dla węgierskich uchodźców, są wspomnienia wakacji spędzanych w rodzinnym domu ojca i nad Balatonem, jedna migawka z okresu samej rewolucji. A ja liczyłam na coś więcej. 

Ostatecznie, jak już pisałam, lektury nie żałuję. I jeszcze jedno - na pewno sięgnę po wydane w Polsce powieści Zsuzsy Bank. (Teraz, kiedy obrabiam tę notkę, jedną mam już w domu wypożyczoną z biblioteki.) Coś mi mówi, że to literatura, jaką lubię.

Aleksandra Tarnowska "Wniebogłos"

Nie raz zwierzałam się w tych notkach, jak nieufnie podchodzę do

debiutów. Rozumiem, że są istotne, ale wolę poczekać na kolejne książki. Pierwszymi niech zajmują się zawodowe krytyczki i zawodowi krytycy. Czasem jednak daję się skusić. Tak się właśnie stało w przypadku powieści Aleksandry Tarnowskiej "Wniebogłos" (ArtRage 2023). Co mnie przyciągnęło? Oprócz pochlebnych recenzji, a z tymi trzeba, jak wiadomo, ostrożnie, temat. Wieś lat siedemdziesiątych (podobno - taka informacja zamieszczona jest w opisie wydawcy, sama nie doszłabym do tego, czy to lata siedemdziesiąte, sześćdziesiąte, a może nawet pięćdziesiąte). A pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu ten temat by mnie odstręczył, ale wszystko zmieniła moja późna miłość do twórczości Wiesława Myśliwskiego. 

Napiszę krótko i bez owijania w bawełnę - debiutancka powieść Aleksandry Tarnowskiej naprawdę mnie zachwyciła. Najpierw złapała od pierwszych zdań, potem nieco zdumiała i stawiała opór, aby wreszcie nie pozwolić się od siebie oderwać, kazać wejść w wykreowany świat głęboko, a nawet wzruszyć do łez. Nie losem głównego bohatera, dwunastoletniego Ryśka, chociaż bardzo mu kibicowałam, ale dlatego, że przywołała osobiste wspomnienia. 

Jestem pełna podziwu dla młodej autorki, rocznik 1990, która potrafiła wykreować ten wiejski świat i związane z nim pogrzebowe obyczaje. Jak młoda osoba wpada na taki pomysł? Niewiele o niej wiadomo. Mieszka w Turcji, gdzie wyjechała za pracującym tam mężem, wychowuje dziecko. Tym bardziej to dziwne. Raczej można by się spodziewać reportażu stamtąd albo opowieści o doświadczeniach młodej matki. A tu polska wieś lat siedemdziesiątych, dwunastoletni chłopak marzący o graniu i śpiewaniu, pogrzebowe obyczaje. Jakieś rodzinne inspiracje? Literackie? Wszak z wykształcenia jest polonistką. Podobno swoją książką autorka nawiązuje do powieści Tadeusza Nowaka "Wniebogłosy". Tytułem na pewno. Nie znam jego twórczości, czytałam dawno temu jedną książkę, wtedy mnie śmiertelnie nudziła i nic, a nic nie obchodziła. No ale byłam wówczas bardzo młoda i nie umiałam przyjąć obcego mi doświadczenia. Aż mnie korci, aby spróbować jeszcze raz, tym bardziej, że twórczość Tadeusza Nowaka od czasu do czasu jest przez kogoś przywoływana. Ale po tych dywagacjach, czas przejść do sedna, czyli do "Wniebogłosu".

Jak wspominałam, bohaterem powieści jest dwunastoletni Rysiek mieszkający we wsi Tuklęcz, który marzy o tym, aby śpiewać i grać w wiejskiej kapeli. Kto usłyszał jego śpiew, twierdzi, że ma głos jak dzwon. Babcia chciałaby, aby wykonywał pogrzebowe pieśni i przejął pałeczkę po niej i innych starych kobietach, które towarzyszą rodzinie i znajomym w czasie czuwania przy zwłokach zmarłego. Ale on pragnie zaciągnąć się do wiejskiej kapeli. Problem w tym, że nie ma instrumentu, a ojciec o jego śpiewaniu i graniu nie chce słyszeć. 

Ryśkowi, tak jak i innym mieszkańcom wsi, stale towarzyszy śmierć, która jest tu czymś naturalnym, częścią ludzkiego losu. Kiedy ktoś umiera, wysyła się dzieci z różańcem, który mają zawiesić w przydrożnej kapliczce na figurze świętego Jana Nepomucena. To znak dla wszystkich, że ktoś nie żyje. Wieść roznosi się lotem błyskawicy, dlatego sąsiedzi zbierają się w przy zwłokach zmarłego na czuwaniu, któremu towarzyszą pogrzebowe pieśni. Wcześniej trzeba ciało umyć i ubrać, przynieść specjalną deskę, na której zmarły będzie leżał do dnia pogrzebu. Potem kondukt żałobników wyruszy pod górę na miejscowy cmentarz. Ciało pojedzie na wozie należącym do ojca Ryśka, który jest grabarzem. Profesję przejął po swoim ojcu. We Wszystkich Świętych mieszkańcy tłumnie stawiają się na cmentarzu. Ale ze zmarłymi obcuje się nie tylko wtedy. Oni są obecni, czuwają, przychodzą, dlatego nie można o nich zapominać, zwłaszcza  przy okazji Bożego Narodzenia. Tego uczył Ryśka dziadek, który wynosił duszom zmarłych jedzenie po wigilijnej wieczerzy. 

Chociaż śmierć jest w tym świecie czymś naturalnym, chociaż oswaja się z nią dzieci, to nie oznacza braku cierpienia. Rysiek boleśnie odczuwa odejście swoich najbliższych, tym bardziej, że obwinia się o ich śmierć. Wierzy, że umarli, bo śpiewał przy nich pogrzebowe pieśni. Jest sam ze swoim cierpieniem, nie ma komu o tym opowiedzieć. Ojciec nie umie go wysłuchać, traktuje  szorstko, bez sentymentów. Poza tym zajęty jest swoimi sprawami, o co Rysiek ma do niego pretensje i żal. Czuje się zdradzony, niepotrzebny i odrzucony. Jest na ojca wściekły. Nie ma odwagi porozmawiać z nim o instrumencie, o którym marzy. Właściwie ma pewność, że zostanie wyśmiany i zgaszony. Stale odwleka tę rozmowę. Kłębią się w nim uczucia - tęsknota za zmarłymi, złość na ojca, pragnienie śpiewania i chęć stłumienia tej pasji, bo święcie wierzy, że przyczyniła się do nieszczęścia. Doprowadzony do rozpaczy, chciałby porzucić wieś, wyjechać za Wisłę, poznać inny świat, o którym opowiadają starsi bracia kolegów. 

Rzeka w sposób symboliczny oddziela Tuklęcz od cywilizacji. Ryśkowi wydaje się, że jego wieś jest gdzieś na końcu świata. A  dom rodzinny, znajdujący się w cienistej dolinie, od tego świata oddalony jest jeszcze bardziej. Nawet elektryfikacja tu nie dotarła. Tuklęcz rozpięta jest gdzieś pomiędzy cmentarzem znajdującym się na wzgórzu, a doliną, w której mieszka Rysiek. On stale jest w ruchu, ciągle gdzieś gna, pędzi, przemierza wielokrotnie tę trasę góra dół, jakby chciał dać upust targającym go emocjom. Jakby schodził gdzieś na dno swojej rozpaczy.

Aleksandra Tarnowska wykreowała na kartach swojej powieści świat w sposób tak intensywny, że z łatwością można się w nim zanurzyć i trudno o nim zapomnieć. Pokazuje wieś, jakiej już nie ma. Świat, w którym role są tradycyjnie przypisane - mężczyźni są oschli, piją, bywają brutalni, a kobiety ciepłe, opiekuńcze. To u babć i matek można znaleźć ukojenie i zrozumienie, dlatego ich brak oznacza głęboką samotność.

Jak się skończy historia Ryśka? Czy odnajdzie wewnętrzny spokój, pogodzi się z sobą i z ojcem? Czy będzie mógł śpiewać? Towarzysząc jego historii, bardzo chciałam, aby tak się stało. Chciałam katharsis dla niego i dla siebie. No ale zakończenia nie mogę zdradzić.

Bardzo dobra powieść, która ze mną została. No i pięknie napisana.

Kateryna Babkina "A pamiętasz, mamo?"

Najnowsza powieść ukraińskiej pisarki Kateryny Babkiny "A

pamiętasz, mamo?" (Warstwy 2023; przełożył Bohdan Zadura) to jedna z pierwszych książek, zwłaszcza beletrystycznych, które zostały napisane już po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i bezpośrednio się do niej odnoszących. Wiele ukraińskich pisarek i wielu pisarzy zamilkło, potem zaczęła się pojawiać poezja, teraz błyska raczej coś z non fiction. Wydaje mi się, że nie słyszałam o żadnym innym ukraińskim tytule powieści czy zbioru opowiadań, które powstały  już po 24 lutego 2022 roku, odnosiły się do doświadczeń tego etapu wojny i zostały w Polsce wydane. 

Zanim przejdę do samej książki, kilka słów o pisarce. Jej znakomity zbiór opowiadań "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek" dostał dwa lata temu (2021) Angelusa, czyli przyznawaną we Wrocławiu literacką nagrodę dla pisarek i pisarzy z Europy Środkowej. Przyznam, że nie od razu po niego sięgnęłam, tu dała znać o sobie moja niechęć do opowiadań. Była to jedna z tych książek ukraińskich, na którą rzuciłam się w ramach zacierania białych czytelniczych plam po wybuchu wojny. Zachwyciła mnie całkowicie i odtąd postanowiłam za twórczością  Kateryny Babkiny podążać. Wcześniej ukazał się w Polsce jeszcze jeden zbiór opowiadań, tomik poezji i krótka powieść "Sonia", którą zamierzam przeczytać. Pisarka razem z Tamarą Dudą ("Córeczka") i Hałyną Kruk (zbiór opowiadań "Ktokolwiek, tylko nie ja" - czytałam, nie napisałam, warto sięgnąć) była gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada, a ja oczywiście nie mogłam ominąć ich bardzo ciekawej dyskusji. Tyle tytułem wstępu, a teraz czas przejść do książki.

"A pamiętasz, mamo?" to pozycja krótka, niecałe dwieście stron - autorka najwyraźniej lubi kondensować treść, bo jej poprzednie książki też nie grzeszą objętością. To powieść napisana w formie listów do mamy. Pisze je nastoletnia dziewczyna, raczej licealistka, która w jakiś czas po wybuchu wojny trafia ze swoją kilkumiesięczną przyrodnią siostrą, Iwanką, do ojca od dawna mieszkającego w Wiedniu. Po rozwodzie rodziców miała z nim wielokrotnie kontakt, odwiedzała go, spędzała z nim wakacje. Niemniej jednak nie dzielili codzienności, a ich więź nie była bardzo głęboka. Więcej w niej tego, co daje rodzic widujący swoje dziecko głównie z doskoku, czyli rozpieszczania, prezentów, wspólnych podróży. 

Ojciec narratorki jest człowiekiem, który w Wiedeń już wrósł, dobrze mu się powodzi, a posiadanie pieniędzy najwyraźniej ma dla niego znaczenie - narratorka lubi ironicznie podkreślać, że kupując coś dla niej czy dla Iwanki, wybrał oczywiście najdroższy model. Mieszka w dobrej dzielnicy w dużym mieszkaniu, wiele potrafi załatwić, jest zaradny. Żyje życiem singla, chociaż na horyzoncie majaczy jego partnerka, pewnie już któraś z kolei. Jego pobieżna charakterystyka może zniechęcać, ale ja czuję do niego sympatię. Mnie kojarzy się raczej z takim niebieskim ptakiem, może trochę Piotrusiem Panem niż z nowobogackim. Jako że znakomicie ogarnia rzeczywistość, kiedy trafia razem ze swoją córką do punktu pomocy uchodźcom ukraińskim, w którym ona od czasu do czasu pomaga, natychmiast dostrzega wszystkie jego słabe punkty i bezinteresownie angażuje się w ich naprawienie. 

Teraz, kiedy znaleźli się w tych nieoczekiwanych dla siebie okolicznościach i nie wiadomo, jak długo to potrwa, muszą budować swoją więź na nowo, a jest to tym trudniejsze, że przecież narratorka to wojenna uchodźczyni. Została wyrwana ze swojego dobrego, też zamożnego, życia (właśnie miała z matką, Iwanką i ojczymem Orestem lecieć na Malediwy, gdy wybuchła wojna), w dodatku przywiozła ze sobą niemowlę, o którego istnieniu jej ojciec nie miał pojęcia. Była żona nie musiała mu się przecież spowiadać ze swojego nowego życia, kontaktowali się tylko w sprawach wspólnej córki. Kto ma się Iwanką teraz zajmować? Nieoczekiwane tragiczne zdarzenia zaskoczyły wszystkich, wszystkim zburzyły codzienność. Jemu wygodną rutynę, narratorce wywróciły świat. Jak się mają w tym odnaleźć? Co tak naprawdę przeżyła? Na pewno doświadczenie drogi spod Kijowa do Lwowa, potem do granicy austriackiej, gdzie odebrał ją ojciec. 

Nie wiem, czy jestem taka jak on, ale wtedy na granicy przez chwilę czułam, że toczymy ze sobą pojedynek jak równy z równym. Co prawda ja miałam zajęte ręce, za to on w ogóle nie był przygotowany na taką sytuację, bo przecież na coś takiego nie da się przygotować.

Nikt teraz nie wie, jak z wami postępować. Ani specjaliści, ani zwykli ludzie, ani ci, którzy was kochają. Jak postępować z tym, co przeżyliście, co widzieliście, i z tym, co myślicie. Z tym, co, gdzie i jak was złamało. I bez tego nie wiadomo, jak robić z nastolatkami, ale co robić z wami - nikt nie ma najmniejszego pojęcia.

Każdy list zaczyna się od tytułowej frazy: A pamiętasz, mamo? Potem następują albo wspomnienia przedwojennego życia, albo opowieści o tym, co dzieje się z narratorką w Wiedniu. Listy są pisane w lekkim tonie, początkowo odniosłam wrażenie, jakby narratorkę niewiele  z tego, co się stało, dotknęło. Gdyby nie kontekst znany od początku, można by pomyśleć, że nastolatka z zamożnego domu, której niczego nie brakowało ani nie brakuje, zamieszkała na jakiś czas z ojcem i relacjonuje mamie swój pobyt u niego. Coś niepokojącego do tej miłej, beztroskiej narracji mogłaby wprowadzać swoją obecnością Iwanka, niemowlę skądinąd wyjątkowo grzeczne, nienastręczające wielu problemów. No bo jak to? Matka wysłała kilkumiesięczne dziecko ze starszą siostrą do jej ojca? Dlaczego niby nastolatka miałaby się nim zajmować? Ale z drugiego listu dowiadujemy się, co i jak, więc się nie dziwimy. Potem zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego narratorka zwracając się do mamy: A pamiętasz, mamo? opowiada jej o tym, co dzieje się w Wiedniu. Jak mama może to pamiętać, skoro jej tam nie ma? Z czasem śladów wojennych przeżyć uchodźczyń i uchodźców dostajemy coraz więcej. Narratorka chodzi najpierw sama, potem z ojcem, pomagać w punkcie z darami, o czym już wspominałam, no i przede wszystkim pojawia się Dawid. Kilka lat starszy, minęli się gdzieś w tłumie we Lwowie, potem na granicy austriackiej. Później wpadają na siebie w Wiedniu. Dawid jest dziwny, pojawia się i znika, milczy. Milczenie i dziwne zachowanie to wynik tego, co przeżył w czasie wojny. Jego historia, opowiedziana krótko, bez patosu, bez epatowania okrucieństwem, jest naprawdę tragiczna. Jeśli przyzwyczailiśmy się do tej wojny, to właśnie ona pozwala na nowo uświadomić sobie, ile nieszczęść się za nią kryje. 

Wielką zasługa Kateryny Babkiny polega właśnie na tym, że nie epatuje okrucieństwem i nie dostarcza łatwych wzruszeń. To raczej nie jest książka, nad którą się płacze. Z każdym kolejnym listem zdajemy sobie jednak sprawę, że coś tu nie gra. Że narratorka to nie  beztroska nastolatka, która nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i spędza miły czas z ojcem w Wiedniu, a  ewentualne niedogodności wynikają tylko z tego, że ma pod opieką malutką siostrę. Zresztą ojciec szybko zatrudnia do pomocy przy Iwance sympatyczną Ukrainkę, Wirę. W końcu zaczynamy rozumieć, że ta beztroska, ten okrężny sposób pisania jest efektem wyparcia tego, co się zdarzyło, traumy, jaką bohaterka przeżywa. Wreszcie, znowu w sposób lakoniczny, bez epatowania nieszczęściem i okrucieństwem wojny, dowiemy się, co ją spotkało.

Jest więc ta powieść pisanym na gorąco świadectwem pierwszych miesięcy po inwazji. Doświadczeniem świeżym, także dla autorki. Jak oddać ten czas? Jak pisać o ludziach, zwłaszcza o dzieciach, ich matkach, osobach starszych, które zostały nagle wyrwane ze swojego świata? Musiały nagle porzucić wszystko i ruszyć w nieznane. Na jak długo? Jest to zarazem doświadczenie uniwersalne, bo przecież nie pierwszy raz, i niestety nie ostatni, ludzie zostają postawieni w takiej sytuacji. Powieść przypomina, że są takie zdarzenia i sprawy, na które nie mamy żadnego wpływu, które naprawdę nie od nas zależą i dlatego zadawanie sobie pytania: dlaczego? nie ma sensu.

I wiesz, co jej powiedziałam? Że w takim razie świat to kompletny chaos, a ona przyznała mi rację. I dodała, że negować tego w ogóle nie ma sensu, ale można nauczyć się nie cierpieć z tego powodu.  I że to, oczywiście, nie dotyczy nauki czy jakichś strategicznych decyzji, ale na co dzień lepiej zapomnieć o pytaniach "Dlaczego coś się stało?" ...

Mimo wrażenia lekkości stwarzanego przez bohaterkę książka Kateryny Babkiny pozostała we mnie i, jak to się ostatnio często mówi, nadal we mnie pracuje, nadal coś mi robi.

Ota Filip "Siódmy życiorys"

Jeśli ktoś dotąd nie zwrócił uwagi na serię Klasyka wydawnictwa

Czarne, powinien zrobić to czym prędzej. Właśnie przeczytałam znakomitą książkę słabo znanego w Polsce pisarza Oty Filipa "Siódmy życiorys" (2022; przełożył Jan Stachowski) wydaną w tej serii. To literatura przez duże L, gęsta, opowiadająca o sprawach najistotniejszych, a jednocześnie znakomicie się ją czyta. Odnalazłam w niej pewne podobieństwa do prozy mojego ulubionego Josefa Skvorecky'ego. (O trzech książkach Svorecky'ego, o których pisałam, można przeczytać tu, tu i tu.)  Mieszankę zdarzeń tragicznych, doświadczeń granicznych i jednocześnie barwną opowieść o codzienności zaprawioną humorem. 

Warto na początku podać kilka informacji o samym autorze. Urodzony w 1930 roku w Ostrawie, w roku 1968 za rozpowszechnianie antyradzieckich ulotek spędził kilka miesięcy w więzieniu, a w 1974 został zmuszony przez komunistyczną władzę do wyjazdu z kraju. Zamieszkał w Niemczech, gdzie pisał i pracował jako dziennikarz. Zmarł w roku 2008. Uważany jest za jednego z najważniejszych czeskich pisarzy emigracyjnych. Ale ten oficjalny krótki życiorys nie oddaje dramatu jego życia. O tym można dowiedzieć się ze wstępu Andrzeja S. Jagodzińskiego do wydanej właśnie książki. Otóż w roku 1998 niemiecka telewizja pokazała film dokumentalny oskarżający szanowanego i znanego pisarza o to, że w latach pięćdziesiątych przyczynił się do aresztowania i skazania kilku swoich kolegów z wojska. Jego syn, profesor matematyki na jednym z niemieckich uniwersytetów, załamał się i popełnił samobójstwo. Załamał się też Ota Filip. Jakiś czas później za radą psychiatrów postanowił opowiedzieć o tym, co kiedyś przeżył. I tak powstał "Siódmy życiorys". Andrzej S. Jagodziński we wstępie wyjaśnia, jakie było tło tego, co się wówczas wydarzyło, a Ota Filip w swojej książce opowiada jeszcze więcej o kulisach całej sprawy - nieszczęśliwym zbiegu okoliczności i przemyślnej intrydze czechosłowackiej bezpieki, która miała zrobić z Oty Filipa angielskiego agenta.

Czym jest "Siódmy życiorys"? Formalnie historią autobiograficzną obejmującą trzynaście kluczowych lat z życia przyszłego pisarza, od wiosny 1939 roku do jesieni 1952, które naznaczyły jego los. Wydawnictwo nazywa tę książkę powieścią, bo rzeczywiście jak powieść została napisana. Gdyby przeczytał ją ktoś, kto nie ma pojęcia o życiu pisarza, gdyby nie wstęp i prolog, naprawdę mógłby pomyśleć, że ma do czynienia z powieścią. Oczywiście nie ma to żadnego znaczenia, ważne, że to wybitna literatura.

Chociaż Ota Filip w dużej części opowiada o tych trzynastu latach ze swojego życia w sposób lekki, dowcipny i barwny, to są takie fragmenty, gdzie emocje biorą górę i pisarz nie przebiera w słowach. Mocno robi się już w prologu, który kończy się takim passusem:

Mam historii powyżej uszu. Życzę sobie, żeby już mi dała spokój, żeby ostatecznie o mnie zapomniała.

W tym samym prologu pisze:

... w sercu Europy połamała mnie, przemieliła i w końcu wypluła na dalsze życie skurwiona historia, którą wtedy władali dwaj zbrodniarze - Hitler i Stalin.

Gdzieś rzuca zdanie: Co za kurewski świat!

Takich fragmentów pisanych z bebechów, z wściekłością jest w książce znacznie więcej.

Pasmo nieszczęść zaczęło się dla niego w roku 1939, kiedy to ojciec, wyjątkowy konformista, człowiek myślący tylko o sobie, zaczął kolaborować z Niemcami, czego konsekwencją było między innymi to, że zapisał swojego syna do niemieckiej szkoły. Mały Ota nagle znalazł się w obcym sobie środowisku, bez znajomości języka, nigdzie już nie był u siebie. W niemieckiej szkole tacy jak on traktowani byli z pogardą, uważani za Niemców gorszej kategorii. Z kolei przez swoich czeskich kolegów też został odrzucony. Przejmujące są fragmenty, kiedy błaga ojca, aby nie kazał mu iść do nowej szkoły. Ale kolaboracja ojca z Niemcami miała też konsekwencje w dalszym życiu Oty Filipa. Po wojnie długo nie miał czechosłowackiego  dowodu i formalnie uważany był za Niemca, a potem, kiedy musiał odsłużyć wojsko, trafił do karnych batalionów pracy, gdzie zsyłano synów wrogów nowego systemu, o złym, burżujskim pochodzeniu. Miarą upodlenia była nie tylko ciężka praca, ale także ubrania po niemieckich żołnierzach, jakie im przydzielono. Jego sytuacja byłaby jeszcze gorsza, gdyby nie opieka wujka, brata mamy, zdeklarowanego komunisty-idealisty, który dzięki swoim znajomościom z czasów wojny mógł chociaż trochę rozciągnąć nad nim ochronny parasol.

Stosunek do ojca to ważna część książki. Ojciec wielokrotnie stawiał go w sytuacjach, w jakich nigdy nie powinien postawić kilkunastoletniego syna. Nie miał skrupułów i chcąc się wywinąć od niebezpieczeństwa, zrzucał na niego rozmaite zadania, które w razie wpadki mogły skończyć się nawet śmiercią. Ota długo miotał się pomiędzy nienawiścią, żalem, a poczuciem obowiązku wobec niego. Najbardziej dramatyczna z sytuacji, która naznaczyła kilkunastoletniego chłopaka traumą, stawia w niekorzystnym świetle również matkę. Nie potrafiła, albo nie chciała, zaprotestować. Stanęła po stronie męża, a już czarę goryczy przelał fakt, że Ota nie usłyszał w tamtej chwili żadnego ciepłego słowa, żadnych wyrazów zrozumienia i otuchy. Żadnego wrócisz, będzie dobrze, kochamy cię.

Historia Oty Filipa to opowieść o człowieku, który urodził się w złym czasie i w złym miejscu i wpadł w bezlitosne tryby Historii. Te trzynaście lat z jego życia to zmagania z losem, próba przechytrzenia go i ustawienia się w beznadziejnej sytuacji, aby jakoś trwać. Nie wymagał wiele - po prostu świętego spokoju, aby cieszyć się zwyczajnym życiem. Drobiazgami - wieczorem spędzonym z dziewczyną, piwem wypitym w towarzystwie kumpli, pracą, która pozwala związać koniec z końcem. Wcale nie chciał uciekać z komunistycznego raju, co, zanim opadła żelazna kurtyna, było jeszcze przy odrobinie sprytu i rozwagi możliwe. W tamtym czasie i w tamtych warunkach, z garbem, który wrzucił mu na plecy ojciec-kolaborant, zrealizowanie tych prostych pragnień wymagało wielkiej ekwilibrystyki. I długo ta sztuka mu się udawała, dopóki za sprawą głupiego żartu jednego z przyjaciół, zbiegu rozmaitych okoliczności i intrygi służb bezpieczeństwa, nie znalazł się w sytuacji bez wyjścia. 

Ota Filip  to, co mu się przydarzyło, pokazuje znakomicie jednocześnie z perspektywy makro i mikro. Ta pierwsza uświadamia, że człowiek jest tylko trybikiem w machinie, robakiem, jak pisze, pionkiem, od którego nic nie zależy, Historia i jej macherzy decydują za niego. Ale jest jeszcze perspektywa mikro. To ciężar podejmowanych  decyzji, kiedy człowiek znalazł się w matni, w sytuacji, z której każde wyjście jest złe. Co zrobić - zostać bohaterem, co w tym wypadku oznacza niemal pewną, bezsensowną śmierć, z której nic nikomu nie przyjdzie, czy ratować siebie, mając świadomość, że pociągnie się za sobą innych? Ta druga decyzja oznacza też ocalenie życia kolegów, niektórych wbrew ich woli. Przed takim diabelskim dylematem stanął autor. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, bo nie widząc innego wyjścia, wciągnął w swoją sprawę wujka komunistę-idealistę, który poznawszy tajemnicę siostrzeńca, również musiał dokonywać dramatycznych wyborów.

Ota Filip jest w swoich zwierzeniach bardzo szczery. Pokazując cały skomplikowany splot wydarzeń, który zaczął się od głupiego żartu kolegi uwielbiającego teatralizować szarą rzeczywistość, a potem stał się wypadkową ambicji, lęków, pragnień rozmaitych osób, nie wybiela siebie. Bierze na siebie ciężar decyzji, jaką podjął, aby ratować się przed bezsensowną śmiercią, a w wyniku której kilkanaście osób trafiło do więzienia na parę miesięcy lub, częściej, na kilka lat.

A wszystko także przez nasze naiwne rojenia o ucieczce w świat, o którym ubrdaliśmy sobie, że jest ogromną jasną salą pełną jazzu i wolności.

Na koniec jeszcze raz podkreślę, że oprócz dramatycznego wymiaru jest w tej powieści-niepowieści wiele barwnych, pysznych anegdot czerpanych z samego życia, podszytych ironią i uśmiechem. 

Wiesław Myśliwski "Nagi sad"

Z twórczością Wiesława Myśliwskiego długo było mi nie po drodze.

Chociaż chociaż niezwykle ceniła go i lubiła bliska mi osoba, chociaż dostawał nagrody (dwa razy Nike), dla mnie była to literatura wiejska, a więc nudna, nie moja. Co mnie to obchodzi? Tak wtedy myślałam. Dopiero koleżanka z pracy, która zachwycała się "Traktatem o łuskaniu fasoli", weszła mi nieświadomie na ambicję. Jakoś nie podejrzewałam jej o takie lektury. Jak to tak - ona może, a ja nie? Dziś mi głupio, że w ten sposób o niej pomyślałam. Głupio mi też, że tak późno sięgnęłam po prozę Myśliwskiego. Teraz to jeden z moich ulubionych pisarzy. Po lekturze "Traktatu" (pożyczyłam od rzeczonej koleżanki) przyszły kolejne - "Widnokrąg", "Kamień na kamieniu", na końcu "Ucho igielne". Teraz pod wpływem tekstów, jakie ukazują się z okazji dziewięćdziesiątych urodzin pisarza, postanowiłam sięgnąć po jego debiut, który od dawna mam w czytniku. "Nagi sad" (Znak 2011; wydanie najnowsze 2020). 

Jeśli zna się inne książki pisarza, od razu dostrzeże się wszystkie nitki łączące tę debiutancką powieść z kolejnymi, ale widać też różnice. Najpierw to, co łączy. A więc bohater-narrator. Urodzony na wsi spoglądający na swoje życie z perspektywy człowieka dojrzałego, żeby nie powiedzieć starego. Niezależnie od swojego wykształcenia skłonny do refleksji, zadumy nad światem i życiem, filozoficznych rozważań. Szeroko pojęty temat - oczywiście wieś i ludzki los. Luźna struktura opowieści - każdy rozdział stanowi osobną całość, ale jednocześnie wszystkie łączą się ze sobą. Charakterystyczna dla Myśliwskiego jest szkatułkowa konstrukcja rozdziałów - narrator wychodzi od czegoś, aby po jakimś czasie zacząć snuć inną opowieść, często będącą retrospekcją. No i przede wszystkim język, prawdziwe mistrzostwo. Gęsty, obrazowy, nasycony metaforami, miejscami stylizowany na gwarę. Bywa, że trzeba czytać uważnie, wrócić do jakiegoś fragmentu, szczególnie w partiach refleksyjnych, filozoficznych. Ale jest też pewna różnica między debiutem, a późniejszą twórczością Myśliwskiego. "Nagi sad" jest krótki, niecałe dwieście stron. To niewiele wobec późniejszych powieści pisarza, które, począwszy od trzeciej w kolejności, "Kamienia na kamieniu", liczą sobie ponad pięćset stron każda. Dlatego czytając debiutancką książkę pisarza, miałam wrażenie większej koncentracji. Nie ma tu tak charakterystycznej dla jego późniejszej prozy rozbuchanej narracji - opowieści, anegdot, wielości barwnych, nietuzinkowych bohaterów. I przyznam, że tego mi zabrakło. Czytelniczego fanu, przyjemności, jaką daje barwna opowieść.  Dlatego dobrze się stało, że moją przygodę z Myśliwskim zaczęłam od tych opasłych tomów.

W "Nagim sadzie" postaci jest zaledwie kilka. Nawet historia głównych bohaterów, ojca i syna, nie została jakoś dokładnie rozpisana. Nie poznamy ich losów ze szczegółami. Podobnie jest ze światem, jaki ich otacza. Wiemy, że to wieś, że gdzieś jest miasto, w którym do szkoły chodził syn, jest dwór, który potem został rozparcelowany. Wojnę zaledwie się wspomina, inaczej niż w późniejszych powieściach, gdzie staje się źródłem ważnych doświadczeń dla bohaterów. A więc domyślamy się, że narrator skończył szkołę jeszcze przed wojną, bo ojciec, który przywozi go do domu, aby uczcić to ważne zdarzenie, pożycza konia od dziedziczki. Potem był wiejskim nauczycielem i tak przepędził życie, które podsumowuje. Jego świat niewiele się zmienia mimo dziejowych burz - wojny, zmiany ustroju, co zaznaczone zostało w książce rozparcelowaniem dworskiej ziemi i rozgrabieniem dworu. On wziął tylko książki. Bardziej z poczucia, że tego się wszyscy po nim spodziewają, niż z prawdziwej chęci. Bo choć dla ojca jest przedmiotem dumy, przecież dzięki jego uporowi skończył szkołę i w rodzinnej wsi uchodzi za człowieka wykształconego, to sam nie uważa swojego życia za wielki sukces. Ma świadomość niedostatków, powierzchowności wykształcenia. Może dlatego wrócił na wieś, a nie jak bohaterowie "Widnokręgu" czy "Ucha igielnego", którzy zdobywszy prawdziwe wykształcenie, zostali w mieście.

Jednak najważniejszy temat "Nagiego sadu" to więź łącząca ojca i syna. O tym jest ta powieść. Obaj są dla siebie najważniejsi, cicha matka pozostaje gdzieś w cieniu. Nawet kiedy umiera, dzieje się to w sposób niemal niezauważalny. Jakby wyszła do swoich codziennych zajęć i zaraz miała wrócić. Życie ojca zaczęło się naprawdę, kiedy dowiedział się, że wkrótce będzie miał dziecko. Potem z charakterystycznym dla siebie uporem walczył o jego zdrowie, wykształcenie, a wreszcie odpowiednie uczczenie jego powrotu do domu, na wieś. Nie jest to bliskość wylewna, nie wyraża się w słowach, ale w stałym poszukiwaniu siebie. Takim symbolicznym miejscem, w którym najpierw ojciec szuka chowającego się na drzewie syna, a po latach syn będzie szukał ojca powoli osuwającego się w demencję, jest właśnie ów tytułowy nagi sad. Sad niewielki, w którym trudno się zgubić, a jednak obaj muszą się w nim stale na nowo szukać. Podskórnym pytanie, jakie odczytuję w tej powieści, brzmi, czy syn sprostał oczekiwaniom ojca. Czy go nie zawiódł? Może gdyby był równie jak on uparty, zostałby w mieście? Ale czy każdy musi?

"Nagi sad" na pewno nie jest moją ulubioną książką Myśliwskiego, ale cieszę się, że mogłam ją przeczytać. To prawdziwa przyjemność ponownie spotkać się z prozą pisarza. Jeśli ktoś nie zna dotąd jego twórczości, niech zacznie od "Widnokręgu", potem w dowolnej kolejności "Traktat o łuskaniu fasoli" i "Kamień na kamieniu" (to moje top trzy), a później kolejne. Przede mną jeszcze "Ostatnie rozdanie" i "Pałac". 

Aleksandra Zbroja "Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu"

Zdarza się, że decyduję się na lekturę książki pod wpływem

wywiadu z autorem. Tak było tym razem. Gdy nie tak dawno temu zewsząd zaczęły wyskakiwać reklamy debiutanckiej książki Aleksandry Zbroi, która dotąd parała się dziennikarstwem, nie zwróciłam na nią specjalnej uwagi. Kiedy jednak wysłuchałam rozmowy o "Mireczku. Patoopowieści o moim ojcu" (Agora 2021), zmieniłam zdanie. Rzadko za lekturę biorę się tak szybko po premierze. Co mnie tak ruszyło? Temat - alkoholizm. Nasz, rodzinny, polski, chciałoby się ironicznie napisać narodowy, wszak teraz wszystko jest narodowe. Ale historia opowiedziana w książce do śmieszkowania i ironizowania nie skłania. Ta patoopowieść zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Sama na szczęście nie mam takich doświadczeń. Ale problem nie jest mi obcy. Alkoholikiem był brat mojej mamy, szczęśliwie dla swojej rodziny, jeśli o szczęściu w ogóle można tu mówić, pijany zasypiał. Alkoholikiem był ojciec mojej przyjaciółki z czasów dzieciństwa, z czego wtedy nie bardzo zdawałam sobie sprawę. Też na szczęście w swoim piciu nie przypominał książkowego Mireczka. Wśród znajomych mam takich, których o skłonność do alkoholu mogę podejrzewać. Jaki to problem w skali makro, wiem, bo trochę na ten temat czytałam, a może bardziej, jak zwykle, słuchałam. Nie jest normalne, że w nocy i w niedzielę bez trudu, nie oddalając się znacznie od domu, można kupić alkohol, ale po lekarstwo trzeba wyprawić się na drugi koniec miasta do jedynej czynnej apteki. Tak się jakoś złożyło, że wczoraj znowu wpadła mi w ucho radiowa rozmowa na ten temat. No ale nie o tym ma być ta notka, wracam więc do książki.

Aleksandra Zbroja opowiedziała o swoich doświadczeniach. Jest to opowieść o jej pijącym ojcu, tytułowym Mireczku, o problemie alkoholizmu, który jak rak toczy nasze społeczeństwo. Ale to, co zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie, to historia dziecka, które wychowuje się w takiej rodzinie. Bo alkoholiczką była również matka autorki. Niby nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, aby wiedzieć, jak destrukcyjny wpływ ma na rodzinę alkoholizm jednego, a tym bardziej dwojga z rodziców. Niby wiadomo, że cierpią dzieci, że ciągnie się to potem za nimi, że mają syndrom DDA (dorosłe dzieci alkoholików), niby co jakiś czas przemyka przez media historia dziecka, które stało się ofiarą pijących rodziców. Czasem, jeśli jest bardzo drastyczna, robi się wielkie medialne wzmożenie. Ale autorce udało się coś innego - dzięki jej opowieści naprawdę zrozumiałam, co czuje i przez co musi przejść takie dziecko. Z jednej strony strach, wstyd, poczucie, że jest się gorszym, zazdrość wobec rówieśników, którzy wychowują się w normalnych rodzinach, nieprzespane noce, zawalanie nauki, wieczne poczucie zagrożenia, że znowu się zacznie, z drugiej nadzieja, że tym razem się uda, wielka radość, kiedy nagle trzeźwy ojciec zabiera na spacer i wreszcie można się być jak inne dzieci, niesamowite pragnienie, aby tak już zostało i ogromny zawód, kiedy znowu na długie tygodnie znika, a potem nagle pojawia się i siłą usiłuje wedrzeć się do mieszkania. Historia drzwi, które kilkakrotnie w alkoholowym szale Mireczek forsuje i rozwala, staje się tu symboliczna. Podobnie dzieje się z drzwiami do pokoju, które trzeba zabarykadować przed pijanymi rodzicami. Trudno pojąć tę dziecięcą huśtawkę uczuć - wstyd, strach, nienawiść, upokorzenie, ale także miłość i przywiązanie. No bo jak kochać takiego ojca? A jednak pragnienie normalności jest tak wielkie, że do czasu się da. Potem już nie. Bo i o tym szczerze opowiada Aleksandra Zbroja, która swoją opowieść zaczyna od końca - od nagłej śmierci Mireczka. Im jest starsza, im bardziej ojciec się zatraca i degraduje, tym mniej w niej ciepłych uczuć, a w końcu nie ma ich wcale. 

Pisząc swoją szczerą książkę, próbuje dociec przyczyn. Jak to się stało? Dlaczego zaczął pić? Może gdyby okazało się, że praprzyczyną była jakaś tragedia, jakaś trauma, gdyby można było wszystko zwalić na komunę, na stan wojenny, byłoby łatwiej? Systematycznie cofając się wstecz, aż do narodzin Mireczka, autorka sprawdza wszystkie możliwości, ale odpowiedzi nie znajduje. Podobny los jest udziałem setek tysięcy (?), milionów (?) takich mireczków. Opowiadając o jednym z nich, kreśli jednocześnie problem. Mimochodem przemyca dane, pokazuje, jak systematycznie zwiększało się spożycie alkoholu, jak rosła liczba uzależnionych, pacjentów oddziałów odwykowych, jak zupełnie na tym polu poległ Kościół mimo rozlicznych akcji propagujących trzeźwość, okolicznościowych ślubowań, modlitw, wielkich słów. Porównuje, jak piło się za komuny, a jak potem. Pisze, jak wszechobecny był i jest alkohol, a wreszcie o tym, że mimo pozornego potępienia w gruncie rzeczy panuje dość powszechne przyzwolenie na picie. Pewnie każdy był świadkiem opowiadanych przez znajomych z pewną dumą, w formie żartu, alkoholowych wspomnień. Prawdopodobnie każdemu zdarzyło się dobrze bawić, słuchając takich opowieści albo patrząc, jak pijany staje się bohaterem filmowych gagów. Niewiele jest osób, którym nigdy nie urwałby się film. Nic dziwnego, że Aleksandra Zbroja pisze w pewnym momencie o tym, jaki żal ma do swoich krewnych, którzy zawsze litowali się nad pijącym Mireczkiem, rzadko nad nią.

Przejmująca książka. Rozpisując się o problemie, nie wspomniałam, że napisana z talentem, niebanalnie. Czytając, ma się wrażenie obcowania z powieścią. Może dlatego, mimo że autorka pisze o swoim ojcu, swojej rodzinie i o sobie, udaje jej się uniknąć pułapki ekshibicjonizmu. 



"Ojciec"

Kiedy zdecydowałam się wybrać do kina na bułgarski film "Ojciec", nie miałam pojęcia, że jego reżyserką jest Kristina Grozeva, która nakręciła znakomitą "Lekcję". Chociaż jej najnowszy film nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia, to jednak obejrzałam go z przyjemnością. To kameralna historia opowiadająca o relacji ojca i syna, którzy spotykają się na pogrzebie żony i matki. Trochę takie znacie to posłuchajcie opowiedziane nieco melancholijnie, nieco śmiesznie. Opowieść o tym, jak nieoczekiwane zdarzenia odrywają człowieka od spraw, które są dla niego ważne. Drażnią i irytują, bo zabierają czas i energię, każą się zatrzymać, zweryfikować priorytety, pomyśleć. I jeszcze o tym, jak zatajenie prawdy, nawet ze szlachetnych pobudek, komplikuje życie - jedno kłamstwo pociąga kolejne, rozbudza wyobraźnię, prowadzi do nieporozumień. No i wreszcie, o czym wspominałam, o relacjach pomiędzy ojcem i synem. 


Możemy się domyślać, że Pavel nie spodziewał się śmierci matki, jak zresztą nikt z rodziny. Jest pewien, że przyjedzie na pogrzeb i szybko wróci do Sofii do swoich zawodowych, pilnych, zobowiązań, i do żony, która źle znosi ciążę. Tymczasem troska o ojca zatrzymuje go na wsi i wpędza obu w niezłe tarapaty. Ojciec irytuje go swoim nieracjonalnym zachowaniem, gadulstwem, ale jednocześnie budzi poczucie obowiązku. Jakby nagle, kiedy zabrakło matki, dostrzegł jego starczą kruchość i bezbronność. W tle są jakieś zadawnione konflikty, żale i pretensje. Domyślamy się, że syn ma za złe ojcu jego postawę - kreował się na dysydenta, kiedy naprawdę wiele zawdzięczał koneksjom swojego ojca-komunisty. Ale Pavel też kłamie - nie powiedział żonie prawdy i musi wymyślać kolejne nieprawdziwe powody, żeby wytłumaczyć się, dlaczego nie wraca. W tle może pojawić się pytanie - czy to tylko ten raz z troski o żonę? 


Bohater cały czas rozdarty jest pomiędzy telefonami od współpracowników, którzy bombardują go pilnymi sprawami, i od żony, która się niecierpliwi i marzy o domowym dżemie z pigwy, a poczuciem obowiązku wobec ojca. Da się tu wyczuć ten nerwowy nastrój, pośpiech, zniecierpliwienie, bo ma na głowie co innego i jak najszybciej chce się wyrwać do swojego życia. Tymczasem ta nowa rzeczywistość wsysa go niczym bagno. 

Z takiej opowieści można zrobić rodzinną psychodramę, ale reżyserka wybrała inną drogę. Historia jest ciepła i zabawna, bo Pavel i jego ojciec wpadają w coraz bardziej absurdalne tarapaty. Sporo tu różnych obyczajowych obserwacji, barwnych epizodycznych postaci, śmiesznych sytuacji. Przyjemny drobiazg obsypany nagrodami na kilku festiwalach.

"Dzika grusza"

Od dawna czekałam na najnowszy film tureckiego reżysera Nuriego Bilge Ceylana, jednego z tych, których filmy oglądam zawsze. Kto zachwycił się jego poprzednimi obrazami, zwłaszcza "Pewnego razu w Anatolii" i "Zimowym snem", ten na pewno tak jak ja w ciemno wybierze się do kina na "Dziką gruszę". A pozostali? No cóż dla nich ten film będzie wielkim wyzwaniem - ponad trzy godziny snucia się i gadania, jak powiedzą złośliwi. A jeszcze bardziej złośliwi dodadzą, że gadania o niczym. Do tego mieszanie realizmu ze scenami onirycznymi też może zdezorientować i zirytować niejednego widza. Nie mam złudzeń - na seansie, na który poszłam, było kilka osób, a dwie wyszły godzinę przed końcem. No nie jest to kino dla każdego. Ja należę do tych, którym "Dzika grusza" bardzo się podobała, a uczciwie przyznam, że głosy recenzentów są różne - od zachwytów do rozczarowania. Najwyżej w dorobku tureckiego reżysera cenię "Pewnego razu w Anatolii", który chcę zobaczyć jeszcze raz - nagrany czeka na spokojny moment - a "Dziką gruszę" stawiam na drugim miejscu razem z "Zimowym snem".


Głównym bohaterem filmu jest Sinan, który właśnie ukończył studia nauczycielskie i wraca z miasta, gdzie studiował, do swojej znacznie mniejszej miejscowości. Nie bardzo wie, co ma z sobą zrobić. Najchętniej uciekłby z prowincji, ale na razie jest w zawieszeniu. Czeka na egzamin, który pozwoli mu wykonywać zawód nauczyciela. Od tego, jak go zda, zależy, gdzie będzie uczył. Czy zostanie zesłany na wschód, czy dostanie pracę w bardziej cywilizowanym i bezpiecznym miejscu. Jeśli się nie powiedzie, może pójdzie do wojska albo zatrudni się w policji, gdzie dobrze płacą? Ale naprawdę ma inne marzenie - napisał książkę, którą bardzo chciałby wydać i w różny sposób szuka na to pieniędzy. Póki co zawieszony pomiędzy codziennością a marzeniami snuje się, gada i dużo czyta. Od czasu do czasu jedzie z ojcem, albo sam, na wieś, gdzie mieszkają jego dziadkowie i gdzie jego ojciec chciałby osiąść na emeryturze.

O czym są te rozmowy, które toczy Sinan z rodzicami, dziadkami, koleżanką ze szkoły, z kolegami, ze znanym pisarzem, którego spotka w księgarni, z potencjalnymi sponsorami jego książki? O sprawach błahych i ważnych. W żadnym razie nie nazwałabym ich rozmowami o niczym. O planach na przyszłość, o twórczości, o religii, o wyborach, jakich dokonali rodzice, o tym, co w życiu ważne. Trzeba ich po prostu wysłuchać, streścić nie sposób, no i przecież nie o to chodzi.


Bardzo istotną postacią jest ojciec Sinana, nauczyciel zbliżający się do emerytury, który przez swoją beztroskę wpędził rodzinę w niezłe tarapaty. To dziwak i oryginał, uparty i dość nieodpowiedzialny, ale prawie zawsze z uśmiechem na ustach. Takie podejście do życia budzi irytację, ale jednocześnie trudno dziwić się żonie, która kiedyś się nim zachwyciła i wyszła za niego za mąż, mimo że rodzina patrzyła na takiego kandydata krzywo.  Wielką zaletą filmu Ceylana jest właśnie niejednoznaczność tego bohatera. Rodzinna legenda głosi, że wszystko dlatego, bo gdy był niemowlęciem oblazły go mrówki i chociaż na szczęście nie zrobiły mu krzywdy, to długo jeszcze wychodziły z jego uszu i nosa. 

Sinan lokuje się w opozycji do ojca, irytują go jego decyzje, wybory, postępowanie, wydaje mu się, że jest inny, lepszy, ale czy rzeczywiście? Czy marzenie o zostaniu pisarzem można postawić wyżej niż marzenie o zamieszkaniu na wsi i hodowaniu owiec? Czy sposób, w jaki zdobył pieniądze na wydanie książki, nie sprawia, że w gruncie rzeczy jest do swojego ojca bardzo podobny? A może nawet gorszy? I ile warta jest taka książka? Wydać to jedno, a odnieść sukces to drugie. A jednak ostatnia ważna rozmowa tego filmu, ojca z synem, jest budująca i niesie ukojenie. 


Mimo całej melancholii, mimo nawiązań do Czechowa, jakich doszukują się krytycy - marzenie o ucieczce z prowincji - nie ma w "Dzikiej gruszy" beznadziei i marazmu ani rozpaczy za straconymi szansami i utraconymi złudzeniami jak w "Zimowym śnie". Może dlatego, że wieś, do której ciągną Sinan i jego ojciec, pokazywana jest pięknie niezależnie od zmieniających się pór roku. Nawet miasteczko, gdzie mieszkają, mimo oczywistej szpetoty, ma w sobie coś sympatycznego. Ale przede wszystkim dlatego, że bohaterami "Dzikiej gruszy" są outsiderzy, którzy szukają swojej drogi i potrafią dostrzec wartość w sprawach drobnych, codziennych, a porażki ich nie załamują. Przeciwnie, są impulsem do dalszych poszukiwań. Na pewno taki jest ojciec. Czy Sinan, jak się wydaje, podąży jego drogą, czy może będzie jednak szukał nieosiągalnego, tego oczywiście nie możemy być pewni.

"Córka trenera"

Nadal nie widziałam ani "Kafarnaum", ani "Ułaskawienia", za to wybrałam się na "Córkę trenera" Łukasza Grzegorzka. Podobał mi się jego poprzedni, debiutancki film "Kamper" z Martą Nieradkiewicz i Piotrem Żurawskim. Ponieważ, co sprawdziłam, widziałam go tuż przed wakacyjnym wyjazdem, poświęciłam mu na tych łamach tylko kilka linijek przy okazji innego filmowego wpisu. A o "Córce trenera" słychać było trochę jeszcze przed Gdynią - wielu recenzentów narzekało, że film Grzegorzka nie dostał się na festiwal. Teraz też zbiera raczej dobre recenzje. Nawet Tadeusz Sobolewski poświęcił mu parę dni temu swój tekst, a wiadomo, że on pisze już tylko o tym, co zwróciło jego uwagę. No a Jacek Braciak, grający główną rolę męską, był gościem ostatniego Tygodnika Kulturalnego. Po wysłuchaniu tej rozmowy zdecydowałam się obejrzeć "Córkę trenera".

Jest to prosta, bezpretensjonalna historia o siedemnastoletniej Wiktorii, która trenuje tenis pod okiem swojego ojca. Są wakacje, a oni przemierzają Polskę, podążając z turnieju na turniej. Większość z nich rozgrywana jest na prowincji, więc jeżdżą od Oławy, przez Bielsko do Mrągowa. Tenis to sport kosztowny, dlatego mieszkają w przydrożnych motelach, w domkach kempingowych i innych podobnych miejscach. To i tak dobrze, bo niektórych zawodników nie stać nawet i na to - nocują w samochodzie. Mały światek, wszyscy się znają, te same twarze, żadnego blichtru, żadnego high lifu , żadnych pieniędzy, na trybunach pustki. Zamiast Wimbledonu szarość prowincji. Stale w drodze, monotonne, ciężkie treningi, wieczne wyrzeczenia. Tego nie można, tamtego nie można, zero prywatnego życia. A sukces bardzo niepewny. W końcu Radwańskich czy innych Williams jest niewiele. Na szczyt dotrą nieliczni. Znałam i znam kilka osób uprawiających ten sport w podobny sposób jak bohaterka filmu i zawsze, kiedy o nich myślę, zastanawiam, czy warto. Czy warto stawiać wszystko na jedną kartę. Odbierać dziecku czy nastolatkowi swobodę, przyjaźnie i wszystko, co składa się na zwyczajne życie. A łączenie tego ze szkołą to dopiero horror! Jako realistka twardo stąpająca po ziemi uważam, że szkoda czasu i wysiłku. No ale gdyby wszyscy tak myśleli, skąd braliby się mistrzowie?

Historia opowiedziana przez Grzegorzka, który, jak czytam, zna ten świat od podszewki, bo sam był takim zawodnikiem, jest dość przewidywalna. To opowieść o relacji córki i ojca. Wiadomo - ojciec-trener lokuje w Wiktorii wszystkie swoje sportowe nadzieje i ambicje. Kocha i tyranizuje, zmusza do katorżniczej pracy, stawia wszystko na jedną kartę, ogranicza. Bywa cholerykiem, ociera się o śmieszność. Sam siebie też nie oszczędza. Świadomie i na zimno rezygnuje z życia osobistego. Wszystko podporządkowane jest treningom i zawodom. A Wiktoria pod wpływem pewnych zdarzeń zaczyna dostrzegać, że poza tenisem też jest życie. I o tym ścieraniu się, wzajemnym mocowaniu opowiada "Córka trenera". Świetni są Jacek Braciak i Karolina Bruchnicka grająca Wiktorię. W znaczących epizodach pojawiają się Agata Buzek i Piotr Żurawski.

I niby wszystko jest w porządku, ale ... jakoś nie zachwyca. Obejrzałam, jak lubię pisać, bez przykrości, ale też bez emocjonalnego zaangażowania. Jakoś ta historia przeszła obok mnie, nie dotknęła. Nie po drodze nam ze sobą. Czy dlatego, że sport specjalnie mnie nie interesuje? A może dlatego, że temat toksycznych relacji z rodzicami jest mi obcy? Szczęśliwie nie miałam rodziców tyranów, którzy pakowaliby we mnie wszystkie swoje ambicje. I nawet jeśli nie spełniłam ich oczekiwań, szczególnie ojca, co jest prawdopodobne, to nigdy nie dali mi tego odczuć. A może to jednak wina filmu? Bo zbyt letni, bo taki bezpretensjonalny? Nie wiem. Tak czy siak wyszłam trochę rozczarowana i nieco znudzona. Gdybym nie zobaczyła, dziury w niebie by nie było.

Jarosław Kamiński "Tylko Lola"

Po książkę Jarosława Kamińskiego „Tylko Lola” (W.A.B. 2017) sięgnęłam, bo usłyszałam entuzjastyczną recenzję Justyny Sobolewskiej. Szczerze mówiąc, byłam pewna, że to debiut - wyznaję ze wstydem, wcześniej o autorze nie słyszałam. Tymczasem, jak się okazuje, ma na koncie dwie powieści, ta jest trzecia. Wszystkie wydane w tym samym wydawnictwie. Nie tylko Justyna Sobolewska wysoko ocenia kolejną powieść Kamińskiego, jak się zorientowałam, „Tylko Lola” zbiera pozytywne recenzje, chociaż jakiegoś wielkiego publicity nie ma. Na próżno szukałam wywiadu z autorem. Jak widać, akcja promocyjna na pstrym koniu jeździ. Czasem pisarz ze swą książką wyskakuje z przysłowiowej lodówki, innym razem głucha cisza. Ale do rzeczy. Nie będę tu robić podchodów, efektownych wstępów, tylko napiszę od razu, że książka spełniła moje oczekiwania. To znakomita lektura, która daje czytelnikowi satysfakcję, jaką sprawia czytanie świetnie skonstruowanej opowieści i świadomość, że oprócz trzymającej w napięciu story dostajemy znacznie więcej.

„Tylko Lola” to historia dwóch kobiet. Lidii, urodzonej gdzieś około roku 1918, wywodzącej się z nizin społecznych, i Niny, młodszej od niej o dwadzieścia lat, kobiety wykształconej, z dobrego domu. Narracja prowadzona jest dwutorowo – na przemian dostajemy opowieść jednej albo drugiej. Każdy rozdział będący fragmentem ich uzupełniających się wspomnień opatrzony jest datą i miejscem. Jądrem wydarzeń jest rok 1967 i atmosfera, jaka poprzedziła marzec 68 roku. Ale akcja cofa się w przedwojenną przeszłość, zahacza nawet o wojnę domową w Hiszpanii, i wybiega w przyszłość, kończy się zasadniczo w roku 1988, kiedy komunizm w Polsce powoli dogorywa.

Co łączy prostą, z gruba ciosaną, chociaż wrażliwą Lidię, która swoją zawodową karierę w rodzącej się dopiero telewizji zawdzięcza partii, z żywiołową, błyskotliwą, nowoczesną, zanurzoną w świecie sztuki Niną? Początkowo praca w telewizji, potem dziwna przyjaźń, w rzeczywistości u źródeł ich znajomości stoi przeszłość. To z przeszłości wyłania się tytułowa, tajemnicza Lola, kuzynka Michała, ojca Niny, i wielka miłość Lidii. Wszystko, co robi Lidia dla Niny na prośbę jej ojca, robi w gruncie rzeczy z powodu Loli, bo tylko kiedy jest blisko jej krewnych, kiedy się z nimi spotyka, ukochana wraca do niej z przeszłości.

Zasadniczy konflikt w powieści związany jest z antysemicką nagonką, jaka rozpętała się w Polsce w wyniku partyjnych rozgrywek w roku 1967. Jego kulminacją były wydarzenia znane w historii jako marzec 68. Zwalnianie z pracy ludzi o żydowskich korzeniach, kreowanie atmosfery, która zmusiła wielu z nich do wyjazdu z Polski. Bardzo szybko dostawali potrzebne dokumenty – paszport, wizy, ale była to dla nich droga w jedną stronę. Sprzedawali wszystko, czego nie dało się zabrać, kupowali na czarnym rynku dolary i złoto. Dorobek życia okazywał się równowartością kilkuset zielonych, bo taki był ich czarnorynkowy kurs, i dwóch złotych obrączek. Jak zacząć wszystko od nowa ze stu dwudziestoma dolarami i jedną obrączką, bo drugą skonfiskowali celnicy? Nie chcę odnosić się więcej do treści książki, bo w historii Niny, jej ojca, Lidii i Loli jest wiele zagadek, które stopniowo odkrywamy, byłoby więc niewybaczalną zbrodnią pozbawianie kogoś, kto powieści nie czytał, przyjemności lektury.

O czym jest powieść Jarosława Kamińskiego? Jak już wspominałam, jedna jej warstwa dotyka historii Polski. Autor świetnie oddaje atmosferę i realia lat przedwojennych, ale szczególnie okres zgrzebnego, polskiego komunizmu. Czasem tylko szkicuje, robi to jednak w takim stopniu, że czytelnik może zanurzyć się w tamten świat, innym razem kreuje przeszłość dokładniej. Opisuje mieszkania, ulice, atmosferę w pracy, życie towarzyskie. Naradom przy powstawaniu nowego programu towarzyszą kłęby papierosowego dymu wydmuchiwane przez bohaterów, którzy palą jak smoki. Kto w tamtych czasach myślał o tym, że palenie szkodzi? Czasem Lidia i Nina wpadają do słynnego warszawskiego SPATIF-u, gdzie nie żałują sobie alkoholu. Ta pierwsza, która mimo stanowiska w telewizji pozostaje mieszkanką warszawskiej Pragi, w chwilach kryzysów wpada na melinę, gdzie daje się sponiewierać wódce i przygodnym mężczyznom.

Powieść stawia ważne pytania i prezentuje różne postawy. Mnie najistotniejszy wydał się problem tożsamości i związany z tym wybór drogi życiowej. Nina nieświadomie powiela gest swojego ojca z czasów młodości. Tak jak on ucieka, buduje swoje życie na nowo. Michał uciekając z żydowskiego sztetla, odcinając się od ojcowskiego sklepiku ze śledziami, małego, ciemnego i cuchnącego, zbudował sobie polską tożsamość, która stała się dla niego wybawieniem i pułapką. Ponieważ głównymi bohaterkami są kobiety, bardziej domyślamy się niż wiemy, że ojciec Niny powielił los tych Żydów, którzy się zasymilowali. Nie był ani stamtąd, ani do końca stąd. Jedni go odrzucili, inni nie do końca przyjęli. Niby wszystko było w porządku, ale kiedy demony odżyły, okazało się, że jest niczyj. Przeszłość już nie istniała, rozwiała się w dymie wydobywającym się z krematoryjnych kominów, a Polacy uznali, że tak naprawdę nie jest jednym z nich. Rozczarowany, poraniony, zrozpaczony nie potrafiłby rozpocząć po raz drugi nowego życia. Wciąż na nowo rachowałby się ze swoją polskością, powielałby polskie rytuały, które z czasem stałyby się tylko śmiesznym, nic nieznaczącym gestem. W otchłań polskości pociągnąłby za sobą córkę. Zostając, stał się postacią tragiczną, gdyby wyjechał, osunąłby się w groteskę. Gdziekolwiek by się znalazł, stałby się Polakiem rodem z gombrowiczowskiego „Transatlantyku”. A Nina chciała inaczej. Wyjazd był dla niej szansą. Mogła uciec od polskiego kotła, od wiecznego babrania się w przeszłości, mogła stać się każdym, zamieszkać gdziekolwiek i najważniejsze -  wreszcie sama decydować o sobie. Sobie zawdzięczać sukcesy i samodzielnie odpowiadać za porażki.

Inne ważne pytanie dotyczy tego, czy wolno ratować kogoś, pogrążając przy okazji innych? Na jak daleko idące kompromisy można iść? Czy można je zawierać z siłą iście diabelską? Z ludźmi, którzy grają nieczysto? Czy można być tak naiwnym? Chociaż dylemat postawiony przed Lidią wykańcza ją psychicznie, mnie odpowiedź w tych okolicznościach wydaje się oczywista – w końcu tym razem nie chodziło o ludzkie życie.

Powieść Kamińskiego jest też studium samotności. Nina, jej ojciec, Lidia są przeraźliwie samotni. Nie potrafią sobie pomóc, rozmawiać szczerze, ukrywają to, co najważniejsze, nie umieją o tym mówić. Pogrążają się w depresji, topią rozpacz w alkoholu, w ramionach przygodnych mężczyzn, zwijają się w kłębek na kanapie, ich ciała rozrywa ból. Kiedy noga im się powinie, świat robi się wrogi, nikt ich nie zauważa, stają się przezroczyści. Czytając, miałam wrażenie, że ich życie spowija mrok.

Ale „Tylko Lola” to przede wszystkim pełnokrwisty, pełnowymiarowy portret dwóch kobiet, Niny i Lidii. Budowany także poprzez język. Inaczej opowiada Nina, innego języka używa Lidia. I tu moja pierwsza wątpliwość – chociaż doceniam kunszt językowy autora, to jednak wydaje mi się, że nie jest to język takiej kobiety jak Lidia, prostej, z gruba ciosanej. Dostrzegam tu raczej echa znane mi ze sztuk Pawła Demirskiego, z „Pawia królowej” albo „Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku” Masłowskiej. Ale może jestem w błędzie, bo nie mam niestety ucha do języka. A skoro o wątpliwościach mowa, to muszę napisać o jeszcze jednej. Otóż zupełnie nie rozumiem, dlaczego w epilogu autor postanowił wyłożyć czytelnikowi interpretację swojej powieści. Expresis verbis. Dlaczego nie zaufał jego inteligencji? Ponieważ bardzo mnie to zirytowało, celowo pominęłam w moich rozważaniach ten wątek interpretacyjny.

 

Monika Sznajderman "Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna"

Kiedy w zapowiedziach Czarnego pojawiła się książka Moniki Sznajderman "Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna" (2016), najpierw podeszłam do tej nowości sceptycznie. Kolejna książka o rodzinie. Dlaczego ktoś zajmuje mnie przeszłością swoich przodków? No i co z tego, że to rodzina szczególna, bo po matce polska, po ojcu żydowska? Mało naczytałam się opowieści o Holokauście? Mało mam ich jeszcze na tej ciągle wydłużającej się półce książek oczekujących na przeczytanie? Co nowego wniesie kolejna? Tak sobie rozmyślałam trochę niepoprawnie, dobrze wiedząc, że dalej będę sięgać po tytuły o Zagładzie. No ale potem pojawiły się znakomite recenzje, więc się złamałam. No i jeszcze nominacja do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. A propos nagrody. Po raz pierwszy zdarzyło się, że większość nominowanych tytułów albo już przeczytałam, albo mam je w swoim czytniku, więc postanowiłam szybko po nie sięgnąć. Po tej krótkiej dygresji wracam do "Fałszerzy pieprzu". Otóż rodzinna historia odtworzona i spisana przez Monikę Sznajderman jest niezwykła, fascynująca, ale jednocześnie  przejmująca i momentami bardzo dotkliwa. Tak, są tam fragmenty, a właściwie krótkie sceny, które atakują niespodziewanie i z całą mocą, a potem zapadają w pamięć, nie dają o sobie zapomnieć. Ale przede wszystkim zderzenie dwóch historii, żydowskiej i polskiej, prowokuje refleksje i pytania, na które oczywiście trudno znaleźć dobrą odpowiedź.

No bo najpierw było jak zwykle w podobnych sytuacjach - dzieciństwo Moniki Sznajderman to właściwie tylko jedna rodzina, rodzina matki, ta polska. Niezwykła babcia Maria, z domu Lachert, tak, tak, z tych Lachertów. Jej bratem był słynny architekt Bohdan Lachert, o którym pisałam przy okazji książki Beaty Chomątowskiej "Stacja Muranów". Niezwykli krewni i przyjaciele domu, nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Dlatego chociaż czasy były przaśne, na stole pojawiały się luksusowe potrawy, a mała Monika, jak to dziecko, naiwnie myślała, że tak jadają wszyscy. No ale to tylko anegdota. W tle pojawiali się też nieliczni krewni ojca. Wszyscy mieszkali za granicą, głównie w dalekiej Australii, i mieli jakieś dziwne imiona. Dopiero z czasem Monika Sznajderman zaczęła poznawać prawdę o rodzinie ojca, a w końcu, jak to często bywa, przez przypadek, postanowiła ją odtworzyć. Nie tylko po to, aby zaspokoić swoją ciekawość, ale przede wszystkim, żeby przywrócić pamięć o nich, żeby zostawić  jakiś ślad. Jak to robi? Zaczyna od oglądania nielicznych zdjęć, które pozostały. Zdjęć jej żydowskiej babki Amelii, jej siostry, braci, rodziców i dalszych krewnych. Wszyscy szczęśliwi, radośni, zadowoleni, w podmiejskim domu w Miedzeszynie. Autorka zastanawia się, jak żyli, co myśleli, o czym marzyli. Bardziej domyśla się, niż wie. Patrzy uważnie na zdjęcia, z braku innych możliwości sięga do literatury, prasy, wspomnień i na zasadzie analogii wypełnia pustkę po nich, odtwarza ich przedwojenne życie. Dostatnie i szczęśliwe. Chociaż na tym szczęściu jest przecież rysa. Chociaż zasymilowani, to jednak osobni, bo Polacy trzymają się z daleka  od takich jak oni. Mimo to żyje im się dobrze. Jeszcze cały czas są nieświadomi, co ich czeka. Monika Sznajderman lubi wybiegać w przyszłość, lubi zderzać sielską przeszłość z tym, co potem. Kiedy zdarza mi się oglądać przedwojenne zdjęcia żydowskich rodzin, też o tym myślę. Lituję się nad nimi, nad ich niewiedzą. Bo Amelia nie wie, że zginie w pogromie w Złoczowie, gdzie ucieknie razem ze swoimi synami po wybuchu wojny. Jednym z nich jest ojciec autorki. Tylko on ocaleje. Ale najpierw przejdzie przez warszawskie getto, piekło Majdanka, Auschwitz i innych obozów. Jak udało mu się przeżyć? Odpowiedź na to pytanie to bardzo istotny fragment książki. Monika Sznajderman powołując się na Primo Leviego i innych autorów, pisze, że symboliczna droga z Auschwitz to zawsze suma przypadków, szczęśliwych zbiegów okoliczności, łutów szczęścia, kaprysów losu, jakiegoś spóźnienia, zaniechania. Ale nie Opatrzności. Bo skoro Auschwitz było w ogóle możliwe, to o jakiej Opatrzności można mówić? Ojciec Moniki Sznajderman, Marek, przeżył, takiego szczęścia nie miał jej dziadek, Ignacy. Zmęczony życiem w getcie, zrezygnowany, dobrowolnie, ku zdumieniu znajomych, którzy jeszcze walczyli, powędrował razem z młodszym synem, Alusiem, na Umschlagplatz. To jedno z tych przejmujących zdarzeń łamiących serce. Nie wiadomo, szli, a może jechali dorożką? Autorka przywołuje tę wyobrażoną chociaż prawdziwą scenę kilkakrotnie.

O ile po rodzinie babki Amelii jakaś pamięć pozostała, o tyle krewni dziadka Ignacego, Żydzi z Radomia, to ludzie, po których nie ma żadnego śladu, nawet w rozmaitych miejskich spisach i dokumentach. Doskonale niewidoczni, prości, zwyczajni do bólu, a przecież żyli, byli. Chcąc przywrócić ich do istnienia, autorka krąży po Radomiu, mieście, które Zagłada pozbawiła tożsamości, przeszłości. Została nieuświadomiona pustka i dziura. Te wędrówki niewiele dają, więc znowu z pomocą przychodzi jej literatura. 

Groza Holokaustu zostaje zderzona z wojennymi losami polskiej rodziny Lachertów, z której pochodziła matka Moniki Sznajderman. Kiedy jej żydowscy przodkowie ginęli w obozach, kiedy jej  żydowscy sąsiedzi trafiali do getta w Łęcznej, a potem też tam ginęli w potwornych okolicznościach, to życie Lachertów niewiele się zmieniło. Chociaż była wojna, to na lubelskiej prowincji tacy jak oni, zamożni ziemianie, nadal urządzali polowania, wystawiali konie na wyścigach, grali w brydża, urządzali przyjęcia i wykwintne obiady. Nawet jeśli z czasem robiło się biedniej, to i tak to biedniej nijak się miało do głodowych racji w getcie czy w obozie. I znowu to, co mnie zawsze tak uderza, fascynuje i przeraża. Jak to możliwe, że w tym samym czasie jedni cierpią, żyją w potwornych warunkach, w strachu, głodują, jadą w bydlęcych wagonach na Majdanek, a inni zapraszają do swojego majątku malarza, aby sportretował rodzinę? Tak było zawsze i tak jest przecież dziś. Tylko zamiast Majdanka jest  Mosul albo Aleppo, kilkanaście lat temu Srebrenica i Sarajewo.

Monika Sznajderman zadaje kolejne ważne pytania. Na ile jej polscy krewni przejmowali się losem żydowskich sąsiadów, z którymi przecież przed wojną prowadzili rozmaite interesy? Żałowali ich, litowali się nad nimi, wspominali z sympatią, w żadnym razie nie donosili, nie wydawali, nie bogacili się na majątku, który po nich pozostał. Byli przecież porządni, uczciwi, kulturalni, wykształceni. Prowadzili działalność filantropijną i społeczną. Czy mogli w takim razie zrobić więcej? Czy chcieli? Czy w ogóle przyszło im to do głowy? Byli obojętni, bo przecież zawsze obie społeczności żyły osobno. Obok siebie, ale nie razem. Żadne tam multi kulti, jak pisze autorka. Nawet ci zasymilowani, chociaż bardzo chcieli, to też im z Polakami jakoś nie wyszło. To również gorzkie spostrzeżenie Moniki Sznajderman. Pytania, na które odpowiedzi nie ma. I chociaż polska rodzina w wyniku wojny i powojennych przemian też straciła wszystko, chociaż Zygmunt Lachert, brat Bohdana, brat Marii, babci autorki, po wojnie kilkanaście lat siedział w komunistycznym więzieniu, to jednak zagłada ich świata ma się nijak do Zagłady świata żydowskiego. Bo myśmy uratowali się wszyscy, a oni wszyscy zginęli, jak mówi tytuł jednego z rozdziałów. Na koniec muszę jeszcze oddać sprawiedliwość Bohdanowi Lachertowi i jego pierwszej żonie, którzy w swoim warszawskim domu na Saskiej Kępie ukrywali wielu Żydów, o czym można przeczytać także we wspomnianej tu  książce Beaty Chomątowskiej.


Maciej Plaza "Skoruń"

Odkąd przeprosiłam się ze współczesną polską beletrystyką, trochę nadrabiam zaległości, trochę gonię za ciekawymi nowościami. Sporo ostatnio debiutów, o których głośno, ale z debiutami różnie bywa, czasem dobrze odczekać i zobaczyć, jak przejdą próbę czasu. Właściwie sama nie wiem, dlaczego ostatecznie sięgnęłam po "Skoruń" Macieja Płazy (W.A.B. 2015), który ze swoją książką trafił do finału Nike. Wprawdzie jej nie dostał, za to sukces odniósł w Gdyni, gdzie został laureatem, no i zdobył też Nagrodę Kościelskich. Debiut prawdziwie imponujący. Byłam na spotkaniu z autorem, zadziałał impuls, kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Jednym tchem. Bez reszty porwał mnie świat wykreowany na kartach powieści (?), zbioru opowiadań (?). Chyba jednak powieści, bo chociaż każdy rozdział jest zamkniętą całością, to łączą je bohaterowie i narrator, a w kolejnych historiach można znaleźć nawiązania do poprzednich.

"Skoruń" to proza prowincjonalna, wiejska. Kto lubi Myśliwskiego, pewnie da się porwać Płazie. Narratorem i głównym bohaterem jego książki jest kilkunastoletni chłopak, jedynak, mieszkaniec nadwiślańskiej wsi pełnej sadów owocowych, gdzieś w okolicach Sandomierza. Napisałam kilkunastoletni, ale pewne tropy wskazują na to, że swoje opowieści snuje już jako dorosły. Stylizowany na wiejską gwarę język co i rusz ucieka w poetyckie rejony i zachwyca urodą, kunsztem. Z drugiej strony bywa po chłopacku i wiejsku dosadny, prostacki, mięsisty. Innym razem  jednak nie przypomina języka kilkunastolatka, ucznia technikum. A i samoświadomość ma narrator często nie chłopacką, a dorosłą. Wprawdzie nie do końca rozumie swoje zachowanie, raczej pyta niż znajduje odpowiedzi, ale nastolatek nie wgłębia się w siebie tak, jak czyni to tytułowy skoruń. Opowieści nie są ułożone chronologicznie, niektóre sięgają wczesnego dzieciństwa, jak rozdział zatytułowany "Stary", który zaczyna się, kiedy bohater idzie po raz pierwszy do szkoły. Większość jednak to historie o dorastającym chłopaku. Skoruniu, takim wiejskim rozrabiace, leniu, ladaco, z którego nic dobrego pewnie nie wyrośnie, który przysparza zmartwień matce i złości porywczego ojca.

O czym są te osadzone w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku historie? Po pierwsze o wsi, o miłości do ziemi, do rzeki, do przyrody, która jest piękna, ale i bezwzględna, co należy przyjąć z pokorą. O znoju pracy w gospodarstwie, gdzie harować muszą wszyscy. Nawet małe knypcie mają swoje obowiązki - bladym świtem, jeszcze przed szkołą, trzeba zaprowadzić krowę na pastwisko, a wieczorem zagnać do domu. Kilkunastolatek pracuje już w gospodarstwie na równi z dorosłymi - przy zbiorze owoców, przy opryskach i innych zajęciach. A jak robota pilna, to ma pierwszeństwo przed szkołą. Praca bywa nudna, pod wieczór nóg się nie czuje, czasem przychodzi ochota, aby urwać się gdzieś z kumplami, ale ile jest jednocześnie zachwytu dla drzew, dla owoców, dla krowy, którą ojciec sprzedał. Dla przyrody.

Inny temat "Skorunia" to rodzina. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że drugim bohaterem jest ojciec narratora, człowiek nietuzinkowy. Inżynier, sadownik, nauczyciel zawodu w pobliskim technikum, domorosły konstruktor maszyn, które mają ulżyć w ciężkiej gospodarskiej harówie, maszyn, których zazdrości cała wieś. Wybuchowy, narwany, uparty i mroczny, skonfliktowany z bratem. Zbawca świata. A to zbawianie tylko przysparza mu kłopotów, bo niepotrzebnie miesza się w nie swoje sprawy. Te nieswoje sprawy to także konspiracyjna działalność w pobliskiej fabryce, która zaprowadziła go w stanie wojennym do więzienia. Skrywa też jakieś tajemnice z przeszłości. Syn ma do niego stosunek ambiwalentny - podziwia, ale jednocześnie irytuje go ojcowski upór. Próbuje zrozumieć, przeniknąć i buntuje się, chce wybić się na niepodległość. Bardzo ciekaw jest, co stało się zarzewiem konfliktu ojca z bratem. Ale odkryć ich tajemnicę nie jest łatwo, bo nie wiadomo, kto mówi prawdę.

Wreszcie kolejnym tematem książki jest dorastanie. Strach o ojca, który nagle zniknął. Dlaczego? Czy umarł? Co to znaczy, że umarł? Doświadczenie śmierci. Zetknięcie ze starością, która przyciąga i odpycha jednocześnie. Konieczność zmierzenia się z  wielkim poczuciem winy. Pierwsze rozczarowania i zawody. Próba zrozumienia, czym jest tęsknota i samotność. Odgrzebywanie rodzinnych tajemnic i odkrycie, że człowiek bywa bardzo skomplikowany. Bunt. Konieczność radzenia sobie z dorastającym ciałem i pierwsze erotyczne fascynacje. Krucha świadomość, że świat nie jest czarno-biały. Kłopoty z rozeznaniem się we własnych uczuciach, motywacjach, trudność zrozumienia siebie, swoich zachowań, reakcji, no i trudność zrozumienia drugiego człowieka.

Jest wreszcie w tej książce wiele niezapomnianych scen i opisów. Często trzymających w napięciu i fascynujących, chociaż tragicznych. Taka jest opowieść o wielkiej powodzi, taka jest fantasmagoryczna opowieść o niemieckich żołnierzach ścigających partyzantów. I wiele innych. Za gardło chwyta nieoczekiwane zakończenie.

Naprawdę świetna, piękna, mądra książka.

Peter Kristufek "Dom głuchego"

Tęsknię za grubymi, dobrymi powieściami wagi ciężkiej. A znaleźć taką wśród nowości wcale nie jest łatwo. To swoista ruletka, każdy wydawca wmawia czytelnikom, że jego książki to niemal arcydzieła, a mnie szkoda czasu na lekturę nijaką, letnią. Nawet wśród propozycji ulubionych  wydawnictw może trafić się niewypał. Taki pech spotkał mnie niedawno, kiedy wybrałam powieść Olgi Grajsnowej "Rosjanin to ten, kto kocha brzozy" wydanej przez Czarne. Dlatego bardzo ostrożnie podchodzę do swoich wyborów. Kierując się informacją na stronie nagrody Angelus, na którą regularnie zaglądam w poszukiwaniu nowości, znalazłam powieść słowackiego pisarza Petera Kristufka "Dom głuchego" wydaną przez Książkowe Klimaty (2015; przełożyła Olga Stawińska). Warto przyglądać się ofercie tego wrocławskiego wydawnictwa, które pojawiło się na naszym rynku wydawniczym stosunkowo niedawno (sprawdziłam - w lutym 2013). Zaczęli od literatury czeskiej i słowackiej, której nadal mają najwięcej w swojej ofercie, a teraz specjalizują się w propozycjach literackich z krajów na południe od Polski. To oni wydali znakomitą "Księgę szeptów" Varujana Vosganiana i nagrodzoną w 2014 roku Angelusem "Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)" Pavola Rankova. Chociaż ta ostatnia powieść, mimo że znakomicie się ją czyta, a i temat ważny, mnie akurat zawiodła, a już Angelusa dla niej zupełnie nie potrafiłam zrozumieć. Warto zauważyć, że Książkowe Klimaty wydają chyba jako jedyne na naszym rynku literaturę grecką. No i wspaniała wiadomość dla miłośników Miljenko Jergovicia, którego z niewiadomych powodów porzuciło moje ulubione Czarne, otóż w tym roku wyjdzie u nich jego powieść "Wilimowski" (A przy okazji informuję, że Biuro Literackie wyda już pod koniec lutego opowiadania Jergovicia. Hurra!!!). Mam nadzieję, że na tym nie poprzestaną. Do tego garnca miodu muszę niestety dorzucić łyżkę dziegciu. Pozycjom Książkowych Klimatów przydałaby się staranniejsza redakcja. Nie pamiętam już, jak było w przypadku Rankova, ale i w "Księdze szeptów", i w "Domu głuchego" jest sporo literówek, a i zgrzyty stylistyczne się zdarzają. Nie ma tego wiele, ale jednak daje się zauważyć. Błagam więc, drogie Książkowe Klimaty, postarajcie się o staranniejszą redakcję tekstu, a będzie cudownie. Nie dołączajcie do licznego grona wydawnictw, które wydają swoje książki byle jak. No ale dość już gadulstwa, chociaż tym razem, uważam, było to pożyteczne gadulstwo, czas przejść do powieści.

Napiszę bez ceregieli - mnie "Dom głuchego" bardzo się podobał. Czym jest ta książka? Sagą rodzinną, historią relacji ojca i syna, opowieścią o męskiej przyjaźni i niedojrzałych mężczyznach, kroniką przemijania, no i może przede wszystkim rozliczeniem z historią. Problem postaw bohaterów w kluczowych momentach historycznych, ich wyborów w czasie wojny, w czasach komunistycznych i po transformacji 1989 roku jest tu bardzo istotny. Punktem odniesienia, centralnym miejscem jest ów tytułowy dom głuchego, czyli dom rodzinny rodu Trnovskich w słowackich Breżanach. Dom głuchego to też dom w Hiszpanii, w którym ostatnie lata swojego życia spędził wybitny hiszpański malarz Goya. Namalował tu cykl obrazów, których tytuły są jednocześnie tytułami poszczególnych części powieści. Oczywiście nieprzypadkowo. Ich miłośnikiem był jeden z głównych bohaterów, ojciec narratora, lekarz Alfonz Trnovsky. Każdą część rozpoczyna nawiązanie do historii Goi i opis obrazu. Jeśli czytelnik chce, może szukać pokrewieństwa między nim a opowieścią. Potem jak refren pojawia się zdanie Każdy zegar w tym domu pokazuje różną godzinę. Ta powtarzana po wielekroć fraza wydaje mi się kluczem do sposobu opowiadania. Narrator, Adam Trnovski, syn Alfonza, przyjeżdża do mocno podupadłego domu kilka lat po śmierci ojca i niedługo po śmierci matki. Dom ma być ostatecznie zlikwidowany, zburzony, a ziemia sprzedana. Przyjechał, aby zabrać pamiątki, jakieś meble. Wspomina. A są to wspomnienia tych symbolicznych różnych godzin, dość chaotyczne, rwane. Sięga pamięcią aż do czasów drugiej wojny, kiedy był małym dzieckiem. Opowieść pełna jest odniesień do kluczowych momentów w słowackiej historii. Mowa o stosunku do Niemców, o słowackim powstaniu, istotną kwestią jest stosunek do Żydów. Narrator pochodzi z mieszanej żydowsko-słowackiej rodziny. Matka to prawdopodobnie Żydówka, a przynajmniej za taką była uważana (adoptowała ją żydowska rodzina), ojciec Słowak, szanowany lekarz, mający w Breżanach spore możliwości. Jak zachował się w czasach przymusowej aryzacji, w czasach, kiedy słowackich Żydów wywożono w transportach do obozów śmierci? Czy chronił żydowskich krewnych żony? Nie mogę o tym pisać, bo to jedna z tajemnic tej powieści. Równie ważne są czasy stalinowskie i późniejsze. Bohaterowie próbują jakoś przetrwać, jakoś żyć. Spotkamy tu zdrajców, konformistów i opozycjonistów. Ale nikt  nie jest kryształowy. To zwyczajni, mali ludzie pełni przywar i nałogów. Nawet jeśli są bezkompromisowi, odważni i szlachetni, nie radzą sobie z życiem osobistym.

Powieściowi mężczyźni (bo to powieść męska, kobiety są w tle) to postacie pełnokrwiste, niejednoznaczne, często tragiczne, wnikliwie sportretowane. Trudno ich przekreślić, chociaż zdarzało im się postępować niegodnie i niejedno mają na sumieniu. A przy tym są często niedojrzali, uciekają od problemów, skaczą z kwiatka na kwiatek, zdradzają swoje kobiety, porzucają dzieci. Bardzo ciekawy jest główny wątek - relacja ojca i syna. Ojciec jest centralną postacią w opowieści snutej przez Adama. Krok po kroku odkrywał jego tajemnice. Jak ma się ustosunkować do tego, czego się o nim z czasem dowiadywał? Jaki był naprawdę ten szanowany przez wszystkich lekarz? Czytelnik też stopniowo poznaje prawdę, wchodzi w głąb, zagląda za fasadę. Ale nie wszystkie tajemnice zostaną wyjaśnione.

Ważnym tematem jest też przemijanie, upływ czasu. Rodzice się starzeją, tracący słuch ojciec odsuwa się od świata, staje się coraz bardziej nieporadny, wymaga coraz większej opieki i uwagi. A może głuchota to wygodny pretekst, bo pozwala się odizolować? Nie trzeba mierzyć się z problemami, nie trzeba rozliczać się z przeszłością? Przemijanie dotyka wszystkich bohaterów, dotyka też miejsc. Zmieniają się Breżany i zmienia się dom. Nie są to zmiany na lepsze. Miasto rozrasta się w niekontrolowany sposób, zieleń, dzikie tereny, raje dzieciństwa, kapitulują pod naporem dróg, chaotycznie rozrastających się nijakich osiedli czy hipermarketów. Coraz trudniej tam wracać. Coraz trudniej wracać też do rodzinnego domu, który zawsze przyciągał i odpychał jednocześnie. O ile miasto udaje przynajmniej, że zmiany to coś lepszego, o tyle dom nawet udawać nie próbuje. Niegdyś pełen ludzi, śmiechu, zabawy, elegancki i wygodny, z czasem opustoszał i popadł w ruinę. Kiedy skapitulowano? Starsi umarli, młodsi rozpierzchli się, uciekli. Przejmujące są te opisy rozpadu domu i rodziny. Zwarty kiedyś klan pełen wujków, ciotek, kuzynów gdzieś się rozpłynął.

Na koniec jeszcze kilka uwag o tym, co jeszcze, czytelniku tej notki, znajdziesz w książce, jeśli po nią sięgniesz. Mnóstwo epizodycznych, barwnych, śmiesznych, ale i tragicznych postaci i związanych z nimi opowieści. Spotkanie ze słowacką historią, o której niewiele wiemy, chociaż Słowacy to nasi sąsiedzi. Mnie powieść skłoniła do poszperania, chciałam dowiedzieć się więcej, uporządkować to, o czym czytałam. Warto też wspomnieć, że autor posługuje się ironią i aluzją, szczególnie wtedy, kiedy mówi o postawach Słowaków albo o sprawach tragicznych. Oto próbka po subtelnym kontakcie z Hitlerem definitywnie stracił wiarę w Boga. Tak narrator pisze o swoim wuju Oskarze, który przeżył Zagładę. Nie wiem, na ile jest to rys reprezentatywny dla słowackich i czeskich autorów, ale podobnie pisał Ota Pavel w znakomitej powieści "Śmierć pięknych saren". Warto sięgnąć po "Dom głuchego", a "Śmierć pięknych saren", którą tu przy okazji wywołałam, to lektura obowiązkowa.

Henry James "Dom na placu Waszyngtona"

Henry James to autor, do którego co jakiś czas wracam. "Dom na placu Waszyngtona" (PIW 1998; przełożyła Maria Skroczyńska) miałam ochotę przeczytać już dawno, tak bardzo utkwiła mi w pamięci jego wersja filmowa przeniesiona na ekran przez Agnieszkę Holland. Do dziś pozostał mi w pamięci dojmujący smutek filmu. Co jakiś czas przypominałam sobie o tej książce, ale nie tak łatwo ją zdobyć. W końcu kupiłam w antykwariacie. W porównaniu z powieściami Henrego Jamesa, które znam, ta jest lekturą łatwą, nie tylko z powodu skromnych rozmiarów. Nie ma tu długich, niezwykle rozbudowanych zdań, dociekań, rozważań i opisów. Jest za to sporo dialogów (momentami powieść przypominała mi tekst sztuki teatralnej) i bardzo żywa akcja. Napisałam żywa akcja i natychmiast zadumałam się, czy słowo akcja jest tu na miejscu. W gruncie rzeczy nie tak wiele się dzieje. Powieść jest jednowątkowa, dramat rozgrywa się pomiędzy czterema bohaterami, pozostałe to postaci epizodyczne. Mimo tego bardzo byłam ciekawa, jak potoczą się wydarzenia (chociaż finał znałam z filmu). Jednym słowem to książka, którą czyta się jednym tchem.

Czytelnik, który zetknął się już z twórczością Henrego Jamesa, znajdzie w tej powieści motywy charakterystyczne dla jego twórczości. Jest młoda kobieta, wokół której kręci się mężczyzna-drań, jest przyjaciółka-doradczyni, jest relacja córka-ojciec, jest wreszcie podróż po Europie (tutaj potraktowana dość powierzchownie, pewnie ze względu na niewielką objętość powieści). Są przede wszystkim wnikliwe portrety psychologiczne tej czwórki, bo nie należy zapominać, że powieści psychologiczne to domena Henrego Jamesa. I jak zwykle w jego książkach bywa, trudno pozostać obojętnym na losy bohaterów, którzy często irytują, drażnią albo przeciwnie, wywołują współczucie.

Między trojgiem bohaterów powieści, doktorem Sloperem, jego owdowiałą siostrą, panią Penniman, i Maurycym Townsendem, stoczy się swoisty pojedynek, zawzięta walka o Katarzynę, córkę doktora. Każde z nich traktuje ją instrumentalnie, każde chce postawić na swoim. Maurycy zdobyć ją wraz z jej majątkiem, ojciec niby w trosce o jej przyszłość nie chce się zgodzić na to małżeństwo (piszę niby, bo w gruncie rzeczy pragnie postawić na swoim, a z uczuciami córki nie liczy się wcale), a ciotka? A ciotka, niezbyt mądra, nieco sentymentalna kobieta, intryguje i knuje, aby urozmaicić sobie swoje monotonne życie. Nie bez znaczenia jest to, że pozostaje pod wpływem i urokiem przystojnego i obdarzonego urokiem Maurycego. Z czasem zaczyna go traktować jak syna i, jak matka zakochana ślepo w swoim jedynaku, jest gotowa zrobić dla niego wiele. Mężczyźni nie liczą się z uczuciami Katarzyny. Miałam wrażenie, że od pewnego momentu ważne już było tylko, który z nich postawi na swoim. Maurycy zręcznie nią manipuluje, a ojciec żąda, drwi, rozmyślnie rani, chcąc zmusić do zmiany decyzji. Prowadzi swoją podstępną rozgrywkę, nie licząc się z jej uczuciami. Obaj nie cenią jej i lekceważą. Katarzyna nie jest zbyt urodziwa ani specjalnie bystra, ot przeciętna i nijaka, pewnie dlatego długo pozostaje nieświadoma gry, jaka się wokół niej toczy. Ale wbrew pozorom ta prostoduszna kobieta potrafi postawić na swoim. Chociaż dużo ją to kosztuje, zmuszona do wyboru między ukochanym a ojcem, z którym jest bardzo związana, wyboru dokona, a kiedy to zrobi, nie zmieni zdania bez względu na konsekwencje. Ona jedna jest szlachetna, prostolinijna i uczciwa. Nie kręci, nie kombinuje, nie intryguje. Gra, która się wokół niej toczy, naznaczy ją na całe życie. Zraniona przez obu mężczyzn, ukochanego i ojca, przeżyje wielkie rozczarowanie, straci złudzenia (szczególnie bolesne będzie rozczarowanie ojcem, świadomość, że tak naprawdę jej nie kocha i nie szanuje), ale jednocześnie dojrzeje, stanie się samodzielną kobietą, nie podda i nie załamie. Samodzielność, dojrzałość brzmią dumnie i krzepiąco, ale życie Katarzyny na zawsze zostanie naznaczone smutkiem, z którym będzie musiała nauczyć się żyć. Czasy, w których żyła, niewiele miały do zaoferowania takiej kobiecie. Z godnością dźwigała swój los, ale pozostawała jej tylko działalność na rzecz ubogich i robótki ręczne.

Warto sięgać od czasu do czasu po klasykę, warto czytać Henrego Jamesa.


Popularne posty