Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty

Eliza Kącka "Wczoraj byłaś zła na zielono"

Książka Elizy Kąckiej, literaturoznawczyni, krytyczki literackiej,

felietonistki i pisarki, "Wczoraj byłaś zła na zielono" (Karakter 2024) stała się czytelniczym bestselerem. Co to znaczy w polskich warunkach, kiedy wydawcy nie ujawniają nakładów, nie wiadomo. Wiadomo za to, że było o niej bardzo głośno, no a dowodem sukcesu, jest podwójna nagroda Nike, jury i czytelniczek oraz czytelników. A taki dublet w ciągu dwudziestu dziewięciu lat zdarzył się tylko sześć razy. A i dzisiaj książka jest cały czas w czytelniczym obiegu, o czym świadczy fakt, że w moim mieście w zdecydowanej większości bibliotecznych filii na tę pozycję trzeba czekać w kolejce. Nie przypuszczam, aby było wyjątkiem. Mimo tego jakoś nie miałam ochoty po książkę Elizy Kąckiej sięgać. No może trochę z ciekawości. Kiedy na coś robi się aż taki hajp, we mnie budzi się przekora. No chyba że lubię twórczość autorki czy autora albo jestem zajarana tematem. Ale to nie ten przypadek. I najprawdopodobniej po książkę bym nie sięgnęła, ale nadarzyła się okazja, aby jednak ją sprawdzić. To dyskusja w klubie czytelnicym, na spotkania którego od czasu do czasu chodzę.

Przyznam, że bałam się trochę tej lektury. Bałam się elokwencji autorki, bo zdarzało mi się jej słuchać i nie zawsze było to przystępne doświadczenie. Tymczasem książkę przeczytałam bardzo szybko. Chociaż muszę przyznać, że barokowy język tej opowieści może być dla kogoś barierą. Ja lubię językowe łamańce, czasem jednak ta słowna ekwilibrystyka wznosiła się na takie wyżyny, że trudno było odnaleźć w niej jakieś znaczenie. No bo co znaczy takie zdanie: Nikt tak skutecznie jak anioł nie wygryzie niesamowitości z etatu. O jaki etat chodzi? Jest jakiś inny niż ten powszechnie znany? Powodowana dociekliwością sprawdziłam w słowniku, owszem jest kilka znaczeń, ale żadne tu nie pasuje. To przykład ekstremalny i jeśli o mnie chodzi barokowy język mi nie przeszkadzał. Najczęściej sprawiał przyjemność. Nie mogę jednak powiedzieć, że aprobuję książkę Elizy Kąckiej bez zastrzeżeń i abym się nią zachwyciła.

Zacznijmy od pytań. Czy to rzeczywiście esej, czy może jednak autofikcja? A jeśli autofikcja, to ile w niej historii osobistej, a ile fikcji? Czy powinniśmy mówić o autorce czy jednak o narratorce? Bo jeśli o autorce, to może pojawić się wątpliwość o charakterze etycznym - czy autorka ma prawo pisać o swojej neuroróżnorodnej córce, nawet jeśli opowiada o niej z wielką empatią, stawiając często jej świat, do którego tak trudno się dostać, wyżej od naszego zwykłego?

Chyba dopiero tacy jak Ruda - a pośrednio każdy, kto dzięki Rudym wszedł w to bez reszty - dają nam pojęcie o innej naturze świata. Tego, w którym odkładają się, kumulują myśli, słowa, gesty. 

Czy osiemnastoletnia Ruda, bo tyle ma lat w momencie, kiedy Eliza Kącka urywa swoją opowieść, przeczytała tę książkę? Czy ją zaakceptowała? Dlatego wolałabym myśleć, że jednak więcej tu fikcji wywiedzionej z trudnego doświadczenia. Autorka ma przecież na swoim koncie pozycje prozatorskie. Szczególnie fragmenty opowiadające o okresie, kiedy narratorka razem z Rudą mieszkała w swoim rodzinnym Lidzbarku Warmińskim, bardzo przypominają mi powieść. Ja przynajmniej wchodziłam w nie jak w zagarniającą fikcję.

To, co było dla mnie interesujące i odkrywcze, to zderzenie się z doświadczeniem, z którym nigdy nie miałam do czynienia, czyli kontakt z dzieckiem o tak dużym stopniu neuroróżnorodności. Narratorka nigdzie nie zdradza diagnozy, co przemawiałoby na rzecz fikcji. Jest to więc opowieść  o niemożności przeniknięcia do świata Rudej mimo wielkiej chęci i wielkiego wysiłku w to wkładanego.

Zwijała się ze śmiechu, a ja obserwowałam dzikie tango kwiatków i zazdrościłam dali, że wygrywa ze mną. Dali, w którą patrzyła przez burtę wózka jak przez szybę. Ważne, że w jej śmiechu była radość. Szkoda, że nie mogłam się do niej włamać. (...) Po chwili pocieszam się, że na pewno ma się dobrze, że to tylko ważne. Gorzej, gdyby cierpiała i nie dawała poznać po sobie. A jednak walczy się z poczuciem porzucenia, za każdym razem. Zdrady, za którą nie ma kogo winić.

"Dość!". Natychmiastowa blokada spektaklu. I znów nie mogłam włamać się w jej stan, podważyć miny, by zobaczyć, co pod nią ukrywa. Siedziała za maską, jakby już wcześnie trzymała ją w dłoniach i naraz zdecydowała się nałożyć, by skończyć zabawę. (...) Zawsze boli nagłość tego przykrócenia, odcięcia. Skok z ciepła zabawy w pustkę.

Nawet jeśli narratorka  z czasem zaczyna rozumieć jej język, to jednak nigdy nie pojmie go do końca. Może sobie tylko na ten temat fantazjować i spekulować. Dlaczego nagle córka zaczyna nazywać ją Pingwinem? Dlaczego pewnego razu kieruje do niej to zdanie, które stało się tytułem? Chyba jednak największe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty pokazujące, jak łatwo zaburzyć świat takiego dziecka, który oparty jest na rutynie, powtarzalności, stałości. A przecież rzeczywistość stwarza tyle bodźców, które mogą tę kotwicę wyrwać. Ot taka podróż metrem. Wystarczy, że ktoś zmieni miejsce, zrobi coś nieoczekiwanego - jeśli zaburzony zostanie układ, który Ruda zastała, wchodząc do wagonu, natychmiast rozlegnie się płacz i krzyk rozpaczy. I oczywiście nie spotka się to ze zrozumieniem współpasażerów. Trudno też tłumaczyć, że to nie kaprysy, tylko inny odbiór rzeczywistości. A przecież w metrze stale coś się zmienia. 

Podjeżdża pociąg metra (...) Czuję, jak bardzo jest napięta, gdy siadamy tuż przy wejściu. Jesteśmy dwugłowym terrorystą, bombą z opóźnionym zapłonem. Trzymam ją na kolanach i okopuję się w nadziei, że wytrzyma, gdy pierwszy sąsiad wstanie, pierwsze dziecko zacznie machać nogami. (...) Patrzę przepraszająco na staruszki, matki, ojców, nastolatki. Chciałabym przekazać im telepatycznie, by nie wstawali aż do stacji Politechnika, a jeśli już muszą się poruszyć, to czy mogliby nie dziwić się naszej reakcji? (...) Na Gdańskim wsiada matka z dziećmi i te zaczynają grę w "chcę twoje miejsceee". Tego nie robi się naszemu światu. Bomba, ona wybucha. Tak, widzę wasze oburzenie. Zła matka, niegrzeczny bachor. Bezradna matka i mała złośnica. (...) Przed chwilą jeszcze uśmiechaliście się do mnie, bo nie wiedzieliście, że wiozę kota w worku. Ale w końcu wyślizguje mi się, wyrywa, spada na podłogę metra i zaczyna wierzgać i kopać z całej siły.

A takich sytuacji jest przecież na co dzień bardzo dużo.

Drugim tematem tej książki jest macierzyństwo. I nie chodzi tu tylko o doświadczenie macierzyństwa ekstremalnie trudnego i dodatkowo samotnego, ale także o oczekiwania, jakie otoczenie ma wobec matki, a zwłaszcza wobec matki takiego dziecka. Powinna przecież zrezygnować z siebie i poświęcić się całkowicie. Być tylko matką.

Matki należą do tytanów innego rzędu, a na końcu ich prac nie stoi wolność. Matka nie może bezkarnie oddawać się fantazjom o ludzkości. Matka ma poczucie winy. W macierzyństwie zaprzężonym do wózka martwiło mnie zawsze oddanie jednej osobie, wąskość perspektywy. Martwiło, nim sama weszłam w te rolę.

Przyjeżdżali z Warszawy, by zobaczyć się z kimś, kto przestał istnieć, a zarazem zaczął istnieć bardziej, bo w podwojeniu. Czekałam na nich, ale i bałam się tych odwiedzin. (...) Ciekawe, że będąc z córką sam na sam, nie miałam poczucia, że noszę mundur matki. I że  jest to nie tylko forma służby, co było dla mnie jasne, lecz także forma nabytej powagi, czego nie chciałam. Przyjęłam odpowiedzialność, nie chciałam roli.

Agencja ochroniarska "Matka", osłaniająca spotkania dziecka ze światem. Nie rzuca się w oczy, nie robi sobie przerwy. (...)

- Jaką piękną ma pani córeczkę. Co za kolor! Mieszkacie w Lidzbarku?

- Tak.

- Jakie ma pani plany? Zostaniecie tu?

- Nie wiem.

(...) Naprawdę nie wiedziałam. A bałam się przyznać, że próbuję skończyć studia. Jakoś to głupio godzić z karierą ochroniarską.

Czas przejść do tego, co w książce Elizy Kąckiej budziło moje wątpliwości i zastrzeżenia. Pierwszy zarzut dotyczy pewnej powtarzalności. Po jakimś czasie miałam wrażenie, że już niczego nowego się nie dowiem, że w gruncie rzeczy ta książka mogłaby być krótsza, że dużo w niej słownej waty, na różne sposoby opowiadania o tym samym. Że mnożą się podobne sytuacje, podobne refleksje i przemyślenia. 

Drugi zarzut związany jest z przedstawieniem świata, z jakim styka się narratorka i jej córka. Ten świat jest wrogi i nie rozumie. Poucza, udziela nieprzydatnych rad, wymądrza się, krytykuje, nie chce mieć kontaktu, jakby miał się od Rudej zarazić.

W trakcie jednego z seansów dołączył do nas  chłopiec w jej wieku. Trzymał w lewej dłoni ogryzek gofra i półotwartymi ustami wodził wzrokiem to po mnie, to po niej, wolno i systematycznie, jakby miał pod powieką wykrywacz nielegalnych środków. (...)

- Kaaamileeek, chodź, wujek cię nad jezioro wyrzuci.

Usta Kamilka ściągnął grymas niedosytu. Przerwali mu, a przecież kupił sobie bilet na nas w komplecie z tym gofrem. I jeszcze nie skończył. W odwecie zaczął przycinać mi spojrzeniem nogawki.

- No, co tam? Jaki rezultat skanowania? - nie wytrzymałam. (...)

- Spierdalaj - oddał z powagą. I połknął gofra. 

Jedyni życzliwi ludzie, poza rodzicami narratorki czynnie uczestniczącymi w opiece nad Rudą, to ci, którzy mają podobne doświadczenia. Pozostali wykazują się brakiem empatii, są po prostu wredni. To widać szczególnie w pierwszej części książki. A przecież trudno sobie wyobrazić, że wszyscy tak wrogo reagują. Może większość, ale wszyscy? 

Wreszcie zarzut trzeci, a może bardziej znowu wątpliwość. Kiedy teraz myślę o tej książce, to przypominają mi się wszystkie amerykańskie filmy, które opowiadają o trudnych problemach, wygładzając wszelkie kanty. Niby jest ciężko, ale jednak nijak to prawdziwego życia nie przypomina. Niby jest ciężko, ale jednak zawsze będzie szczęśliwe zakończenie. I trochę tak jest tutaj. Oczywiście narratorka opowiada o problemach, o trudach, ale jednak nie do końca. Jakoś tak nieoczekiwanie Ruda radzi sobie coraz lepiej, zalicza kolejne etapy edukacji, chodzi do szkoły średniej, staje się pełnoletnia, coraz lepiej komunikuje się ze światem. Jaka droga do tego doprowadziła? Jak to się stało? Narratorka przede wszystkim skupia się na początkowym okresie życia córki, powiedzmy do czasu młodszej podstawówki, ten drugi traktując bardziej powierzchownie. Jakim cudem narratorce udało się skończyć studia, a potem robić doktorat? Jakim trudem było to okupione? Nawet jeżeli miała ogromną pomoc rodziców. A miała. Dlatego bliżej tej książce do pięknej baśni, w której wszystkie przeszkody uda się pokonać i będzie szczęśliwe zakończenie, niż do realistycznej prozy. Takie wrażenie potęguje jeszcze ekwilibrystyczny język.

Lektury nie żałuję, ale zachwytów nie podzielam.

Wiesław Myśliwski "Ostatnie rozdanie"

Nie pierwszy raz w tym miejscu zadeklaruję moją miłość do prozy Wiesława Myśliwskiego. To mój ulubiony i najwyżej oceniany współczesny polski pisarz. Jego powieści to LITERATURA. Odkryłam go późno, bo wcześniej nie miałam jakoś ochoty na tematykę wiejską, z którą jego twórczość sklejono, co nie do końca jest prawdą, w okolicznościach nieco mnie zawstydzających - głupio mi się zrobiło, kiedy koleżanka, której nie podejrzewałam o czytanie takiej prozy, właśnie skończyła "Traktat o łuskaniu fasoli", więc natychmiast postanowiłam nadrobić ten brak i spróbować. 

Od razu wpadłam po uszy i systematycznie sięgałam po jego powieści. Nie ma ich wiele, bo tylko siedem, za to jakie! Bo Wiesław Myśliwski nigdy nie poddał się gorączce pisania jednej książki za drugą. Twierdził, że: pisać książki powinno się dopiero, gdy człowiek naprawdę czuje, że nie ma już żadnego innego wyjścia (...), wtedy kiedy jest się przekonanym, że ma się naprawdę coś do powiedzenia komuś drugiemu. (Cytat zaczerpnęłam z info wydawnictwa o "Ostatnim rozdaniu".) To powinno stać się credo wszystkich pisarek i pisarzy oraz ich wydawnictw, które niestety przyczyniają się do nadprodukcji literackiej. 

Teraz została mi tylko do przeczytania jeszcze jedna powieść Wiesława Myśliwskiego, "Pałac". Zdecydowanie najwyżej cenię "Widnokrąg" i "Kamień na kamieniu", zaraz potem przywołany przed chwilą "Traktat o łuskaniu fasoli", co nie oznacza, że odrzucam "Ucho igielne"  czy debiutancki "Nagi sad". No i wreszcie zabrałam się za jego przedostatnią powieść, "Ostatnie rozdanie" (Znak 2019). Co jakiś czas chciałam sobie sprawić tę przyjemność, ale inne lektury wpychały się przed nią, no a teraz powód oczywisty, ale bardzo smutny, śmierć pisarza. Że nie napisze już nic nowego, wiedziałam, bo taką deklarację złożył, wydając "Ucho igielne", ale teraz ostatecznie klamka zapadła. Smutno.

"Ostatnie rozdanie" na pewno nie jest lekturą łatwą i wszystkim, którzy prozy Wiesława Myśliwskiego nie znają, a chcieliby spróbować, radzę zacząć od "Widnokręgu", bo łączy w sobie to, co dla twórczości pisarza charakterystyczne z największą przystępnością, no i jest to powieść miejsko-wiejska. To uwaga dla tych, którzy tematyki reprezentowanej przez ten drugi człon nieco się obawiają. A w powieści, o której piszę dzisiaj, również oczywiście znajdziemy stałe elementy  prozy pisarza. Mamy tu narrację pierwszoosobową, właściwie monolog narratora będącego zarazem głównym bohaterem, który przy okazji porządkowania notesu z adresami i telefonami  wspomina swoje dotychczasowe życie. Są to wspomnienia nieuporządkowane, chaotyczne nie tylko dlatego, że niechronologiczne, ale również z tego powodu, iż jedno wspomnienie albo jedna refleksja prowokuje następną. Ta szkatułkowość poszczególnych rozdziałów jest bardzo charakterystyczna dla prozy Wiesława Myśliwskiego. Tu pretekstem jest porządkowanie notesu, podejmowanie decyzji, kogo przepisać do nowego, a kogo wyrzucić. Bohater próbuje sobie przypomnieć, kim były te osoby. To prowokuje wspomnienia. Czasem są to opowieści o ludziach, których spotkał tylko raz, rozmawiał z nimi przez chwilę, czasem o tych najważniejszych, matce, mieszkańcach miasteczka, w którym się wychował - krawcu, u którego przez jakiś czas uczył się zawodu, jego dwóch pomocnikach, szewcu, z którym grywał w pokera. O nich myśli najczęściej, te historie wracają kilkakrotnie. Wspomina też kobiety, z którymi krócej lub dłużej był związany, a najczęściej Marię, swoją pierwszą miłość. Marię, która przez całe życie pisze do niego listy, a on na nie konsekwentnie nie odpowiada. To właśnie wspomnienia tych osób prowokują tak charakterystyczne dla prozy pisarza gawędy, które uwielbiam. Potoczyste opowieści o zwykłych ludziach, którzy jednak za sprawą pamięci stają się barwni, mniej lub bardziej niezwykli. Nieraz jest to tylko przywołanie jakiegoś zdarzenia, jakiejś rozmowy. 

Co wiemy o bohaterze "Ostatniego rozdania"? Urodził się w czasie wojny, ale był na tyle mały, że nie odcisnęła się piętnem na jego psychice. Nie poznał swojego ojca, matka twierdzi, że zginął, a wcześniej umieścił ją w znajdującym się w niewielkim miasteczku domu, w którym potem będzie mieszkać wraz synem. Chodził do liceum plastycznego w jakimś mieście, gdzie poznał Marię, swoją pierwszą miłość. Potem studiował malarstwo, ale rzucił studia, wrócił do domu i za namową matki zaczął uczyć się krawiectwa, z czego ostatecznie też zrezygnował. Wcześniej rozstał się z Marią, a właściwie przestał się z nią kontaktować. Potem imał się różnych prac, prowadził różne biznesy, zmieniał mieszkania, nigdzie nie mógł zagrzać na dłużej miejsca, był, krócej lub dłużej, z wieloma kobietami, ale z żadną nie zbudował dłuższej i głębszej relacji. Jak mówi, zastanawiając się nad sobą:

Ratunek widziałem tylko w tym, żeby uciec przed sobą. I uciekam, wciąż uciekam (...)

Jest człowiekiem dojrzałym, raczej już chyba po sześćdziesiątce, dobrze, a może nawet bardzo dobrze, sytuowanym. Tyle konkretów.

To opowieść o człowieku, który najczęściej kieruje się impulsami, tak rzucił studia, tak przestał praktykować u krawca, albo pozwala się prowadzić losowi. 

A wtedy, gdy wróciłem po rzuceniu studiów do domu, czułem się jakby obumarły i chwilami było mi wszystko jedno, czy zostanę krawcem, czy kimkolwiek, czy nikim. Uczyć się na krawca nie było dla mnie wyborem zawodu, bo nie byłem zdolny do żadnego wyboru, raczej ucieczką przed sobą. Krawiec? Może być i krawiec.

Wiele dzieje się w jego życiu przez przypadek, dzięki ludziom, których spotyka na swojej drodze. 

Nie mamy żadnej władzy nad życiem, wbrew temu, co nam się wydaje. To ono rządzi nami przez różne przypadki, zbiegi okoliczności i temu podobne.

To dzięki splotowi rozmaitych okoliczności i spotkań nie zszedł na manowce, a osiągnął materialny sukces. Rzadko podejmuje decyzje świadomie, bardzo często działa przez zaniechanie. Tak doprowadził do ruiny dom rodzinny, bo przestał się nim interesować, kiedy zabrał z niego matkę, gdy wymagała już opieki. Właściwie nie wiemy, dlaczego przestał kontaktować się z Marią, która nie pozwala mu o sobie zapomnieć, prowadząc z nim jednostronną korespondencję. Czy jest jego wyrzutem sumienia? Czy żałuje, że ją porzucił? Czy dlatego nie potrafi nawiązać bliższej relacji z żadną z kobiet, z którą się związał? Czy jest szczęśliwy?

A może ten zamierający las, to jezioro przykryte co dzień z rana gęstą mgłą, która często przez cały dzień z niego nie schodziła, a także ten pusty pensjonat, potęgują poczucie pustki, jakby odsłaniając zarazem pustkę mojego życia, której nie dopuszczałem do świadomości lub zapełniałem ją śmieciami pozorów, oszukując się przecież w różny sposób, co nie jest znowu takie trudne. 

Czasem miałem poczucie, że jestem tylko tą pustką. To poczucie pustki nie brało się stąd, że nie miałem jej czym zapełnić. Miałem nawet w nadmiarze.

Bohater "Ostatniego rozdania" najbardziej przypomina mi bohatera "Traktatu o łuskaniu fasoli". Obaj są jak trzciny na wietrze, pozwalają się prowadzić losowi, a to, że pozostają na powierzchni, a narrator "Ostatniego rozdania" nawet świetnie się po niej porusza, zawdzięczają szczęśliwemu splotowi okoliczności i spotkań. Równie dobrze ich życia mogłyby się potoczyć  zupełnie inaczej. 

- Wie pan, zastanawiam się czasem, czy nie zmarnowałem swojego życia. (...) Powinno się pewnie inaczej potoczyć - dorzuciłem, gdy kelner już z nowej nam nalewał.

- Każde mogłoby się inaczej potoczyć, każde. Ale czy lepiej, czy gorzej, oto jest pytanie.

O czym jest jeszcze dla mnie "Ostatnie rozdanie"? O tym, że idąc przez życie, spotykamy na swojej drodze mnóstwo ludzi. O większości z nich zapominamy, bo zetknęliśmy się z nimi tylko na chwilę, niektórzy chociaż też zagościli w nim tylko przez moment, odcisnęli na naszym losie jakieś piętno, inni byli ważni, nie potrafimy o nich zapomnieć. Każdy z nas mógłby pewnie mieć taki pękaty notes, z którego w miarę upływu czasu zaczynają wypadać kartki, trzeba go ściskać mocną gumą, aby się nie rozleciał, ale trudno się pozbyć tych ludzi, tych spotkań, tych rozmów. Jest to też powieść o tym, że idąc przez życie, stale coś tracimy. Najczęściej są to rozstania z ludźmi, niekoniecznie świadome, nigdy nie wiemy, które będzie tym ostatnim, nie planujemy tego, po prostu tak się dzieje. Tracimy też miejsca. Czasem jest już za późno, aby coś naprawić, aby wrócić do tego, co zniszczyliśmy, zaniechaliśmy. Żyjąc, pozbywamy się także złudzeń.

Młodość nie jest tak pociągająca, jak się panu może wydaje. Młodość to zmarnowany czas. Zmarnowany na złudzenia. Jakby życie ofiarowując nam młodość, zadrwiło z nas, aby tym dotkliwiej nas potem doświadczyć.

Nie jest to wesoła powieść, chociaż trudno powiedzieć, aby bohatera dotknęły jakieś nieszczęścia, ale unosi się nad nią jakaś aura melancholii, smutku. 

Upadek, można powiedzieć, to stan naturalny świata.

Takich niewesołych refleksji snuje bohater znacznie więcej. Pewnie stąd to poczucie smutku i melancholii. Ale z drugiej strony zdarza się i taka myśl, tyle że wypowiedziana nie przez niego, a przez prostego szewca.

- No, a jak naprawiać świat i nie wierzyć? A trzeba ciągle go naprawiać. Może nigdy nie będzie tak naprawiony, żeby ludziom chciało się na nim żyć. Ale wierzyć trzeba. Bez wiary kto by chciał go naprawiać? A źle czy dobrze się naprawia, tego się nie wie, póki się nie naprawi.

Wspomniałam już wcześniej, że   to nienajłatwiejsza lektura, a to dlatego, że oprócz tak charakterystycznej dla Wiesława Myśliwskiego gawędy, bardzo dużo tu rozważań, refleksji. Wydawca określa ją nawet mianem filozoficznej, gdzieś znalazłam stwierdzenie, że jest to połączenie powieści i eseju. Rzeczywiście nie ma w tym przesady. I pewnie warto czytać ją wolno, a nawet sięgnąć po nią po raz wtóry. Mam tylko nadzieję, że nikogo nie zniechęciłam, bo naprawdę nie ma się czego obawiać. Bez przesady, nie jest to książka bardzo trudna.

Gwendoline Riley "Moje zmory"

Powieści "Moje zmory" (Czarne 2025; przełożył Maciej Stroiński)

brytyjskiej pisarki Gwendoline Riley właściwie nie zauważyłam. Napisałam właściwie, bo trudno jednak powiedzieć, że o niej nie wiedziałam. Czarne to jedno z tych wydawnictw, które pilnie śledzę i jestem na bieżąco z tym, co wydają. Dlatego oczywiście zarejestrowałam, że "Moje zmory" wyszły, ale nie zamierzałam po nie sięgać. Powieść jak wiele innych, tak myślałam. Informacje wydawcy nie spowodowały, abym uznała, że czymś się wyróżnia, że czymś mnie zainteresuje. Dopiero czar autorki, który objawił mi się w czasie rozmowy przeprowadzonej w Trójce przez Michała Nogasia, sprawił, że postanowiłam przekonać się, czy rzeczywiście powieść będzie warta uwagi. Bo Gwendoline Riley zaintrygowała mnie opowieścią o swojej książce. Na szczęście jednak odrobina nieufności pozostała i postanowiłam wypożyczyć ją z biblioteki. Cóż, resztki instynktu, niestety, mnie nie zawiodły - jestem rozczarowana.

"Moje zmory" to taki rodzaj powieści, której równie dobrze mogłabym nie przeczytać i dziury w niebie by nie było. Ale ogromnej straty też nie ma, gdyż lektura nie zajmuje wiele czasu, bo książka niewielkich w gruncie rzeczy rozmiarów, niby dwieście stron, ale druk spory, dialogów bardzo dużo, a na stronach wiele wolnej przestrzeni, no i nie wymaga intelektualnego wysiłku, więc się przez nią płynie. Recenzje ma raczej pozytywne. Z ich nagłówków, które wyskakują mi w internecie, dowiaduję się, że: kroi emocje jak surowe mięso, pokazuje brzemię życia w dysfunkcyjnej rodzinie, to powieść o inicjacji egzystencjalnego smutku. Ma zachwycać, a jednak nie zachwyca, że sparafrazuję słowa Gombrowicza. Cóż, najwyraźniej nie poruszyła moich emocji. Chciałam napisać, że nie trafiła w moje zainteresowania, bo nie opowiada o moich problemach, ale szybko uszczypnęłam się w palec śmigający po klawiaturze, bo przecież to nie tak. Przecież to dlatego literatura jest dla mnie tak ważna, bo pokazuje mi także światy, które nie są moimi. Tym razem jednak pozostałam obojętna.

Ale najpierw kilka zdań wprowadzenia. "Moje zmory" to opowieść Briget, która wspomina dzieciństwo i opowiada o rodzicach, którzy bardzo szybko się rozstali. Ojciec już nie żyje, a kontakty z matką i siostrą ma bardzo luźne. Mieszkają w różnych miejscowościach, z matką widuje się właściwie raz do roku, aby uczcić jej urodziny. Zawsze tak samo, według ustalonego rytuału. Są jeszcze irytujące rozmowy telefoniczne.

Muszę przyznać, że początkowo czytałam z zainteresowaniem. O swoich i siostry cotygodniowych spotkaniach z ojcem narratorka opowiada tak, że te fragmenty budzą uśmiech na twarzy. Przynajmniej ja je tak odbierałam. Ot, takie wspominki, z których po latach pozostała tylko zabawna anegdota. Być może jednak nie taka była intencja Gwendoline Riley, gdyż w gruncie rzeczy śmiać się nie ma z czego, bo ojciec Brigite był postacią niezwykle irytującą. Facet, który nie bardzo wiadomo, z czego żyje, a przynajmniej ja tego nie zarejestrowałam, ale któremu wydaje się, że zjadł wszystkie rozumy. Stara się sprawiać wrażenie, że na wszystkim zna się najlepiej, a w gruncie rzeczy całą swoją mądrość czerpie  z tego, co usłyszy od innych. Potrafi być namolny, kpi sobie z córek, nie raz, nie dwa stawia je w niezręcznej sytuacji, powodując, że wstydzą się jego zachowania. Trudno go zignorować, bo jest jak giez, który jeśli namierzy ofiarę, to nie da jej spokoju. Nie pomaga pogrążenie się w lekturze i udawanie, że nie słyszy się jego pytań i komentarzy. Ojciec jednak szybko znika ze wspomnień córki, a na pierwszy plan wysuwa się matka.

Chodziła do pracy, której nie znosiła, i mieszkała w domu, którego nienawidziła; wyszła za mąż i urodziła dzieci w ramach wielkiej maskarady mającej oszukać wszystkich, a jej dać wrażenie, że osobiście pociąga za sznurki. Postanowiła, że będzie odstawać. Że będzie wyrzutkiem, znajdą i brzydkim kaczątkiem. Musiała tylko być dzielna i czekać na lepsze czasy. 

Owszem, przyjmowała rolę znajdy, brzydkiego kaczątka i ofiary, ale robiła to z przytupem. Stale w czymś uczestniczyła, gdzieś biegała, wyjeżdżała, była bardzo aktywna. Niby poznawała wiele osób, ale właściwie z nikim nie potrafiła zbudować jakiejś relacji. O większości tych ludzi wypowiadała się z pogardą.

Chciałam się dowiedzieć tylko jednej rzeczy: dlaczego mój ojciec? Dlaczego wyszła akurat za niego?

- No, tak jakoś wyszło - odpowiedziała zapytana wprost. - Ty dziś nie zrozumiesz, jaką presję wywierano na dwudziestosześciolatce, by znalazła sobie męża. Żeby była zamężna.

- Dziadek cię naciskał?

- Wszyscy po kolei. Takie były czasy, Bridge.

- I trzeba było mieć dzieci.

- Ano na dzieci też było parcie. 

- A ty nie chciałaś odstawać?

Złożyła ręce nad głową. Koniec tematu.

To ostatnie zdanie pokazuje istotę problemu w relacjach Brigite i jej matki. Z jednej strony domagała się uwagi, miała pretensje o jej brak, z drugiej pozostawała zamknięta, trudno było do niej dotrzeć, przebić się przez barierę, którą wokół siebie stawiała. Odpowiedź na zainicjowany przez nią kontakt szybko wywoływała z jej strony zniecierpliwienie i gniew. Czuła się kontrolowana i nękana. Nie sposób było ją zadowolić. Coroczne urodzinowe spotkania matki i córki przypominały odgrywany zawsze w ten sam sposób teatrzyk. Te same pytania, rozmowy na ten sam temat, te same gesty i miny. Brigite nie wtajemniczała matki w swoje sprawy, ba, nie chciała jej nawet zaprosić do swojego mieszkania, przedstawić  partnera. Właściwie zamykała się przed matką tak jak ona przed nią, ponieważ uważała, że w gruncie rzeczy jej ciekawość jest przelotna, że nie będzie interesować jej odpowiedź, bo naprawdę skupiona jest tylko na sobie.

Na pewno zaletą powieści są portrety najpierw ojca, potem matki. Niestety to dla mnie za mało. Po jakimś czasie zaczęłam się nudzić opowiadaną po raz któryś kolejną sceną urodzin, podobnymi historiami o matce. Wszystko to przestało mnie interesować. No i zadawałam sobie pytanie - dlaczego Brigite aż tak bardzo trzyma matkę na dystans, odsuwa ją od siebie, w razie czego cały ciężar kontaktów zrzucając na siostrę, która mieszkała bliżej? Dlaczego aż tak bardzo nie chce poznać jej ze swoim partnerem? Wstydzi się jej? Chroni go przed nią? Jakoś nie potrafiłam wniknąć głębiej w jej intencje i motywacje. Niby rozumiałam, że zaciążyło na niej wychowanie w takiej, a nie innej rodzinie, że najprawdopodobniej też ma problemy z nawiązywaniem relacji, że chce się jak najbardziej odciąć, ale tego nie czułam. Czegoś mi zabrakło, byłam obojętna na los Brigite. Pozostała dla mnie nieprzenikniona. Już bardziej współczułam jej matce, kiedy wręcz żebrała o to, aby mogła odwiedzić córkę i poznać jej partnera. I nie, nie czuję się zgorszona postawą Brigite. Doskonale rozumiem, że relacje między dorosłymi dziećmi i rodzicami różnie się układają. Po prostu zadaję sobie pytanie, dlaczego aż tak.

Kateryna Babkina "A pamiętasz, mamo?"

Najnowsza powieść ukraińskiej pisarki Kateryny Babkiny "A

pamiętasz, mamo?" (Warstwy 2023; przełożył Bohdan Zadura) to jedna z pierwszych książek, zwłaszcza beletrystycznych, które zostały napisane już po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i bezpośrednio się do niej odnoszących. Wiele ukraińskich pisarek i wielu pisarzy zamilkło, potem zaczęła się pojawiać poezja, teraz błyska raczej coś z non fiction. Wydaje mi się, że nie słyszałam o żadnym innym ukraińskim tytule powieści czy zbioru opowiadań, które powstały  już po 24 lutego 2022 roku, odnosiły się do doświadczeń tego etapu wojny i zostały w Polsce wydane. 

Zanim przejdę do samej książki, kilka słów o pisarce. Jej znakomity zbiór opowiadań "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek" dostał dwa lata temu (2021) Angelusa, czyli przyznawaną we Wrocławiu literacką nagrodę dla pisarek i pisarzy z Europy Środkowej. Przyznam, że nie od razu po niego sięgnęłam, tu dała znać o sobie moja niechęć do opowiadań. Była to jedna z tych książek ukraińskich, na którą rzuciłam się w ramach zacierania białych czytelniczych plam po wybuchu wojny. Zachwyciła mnie całkowicie i odtąd postanowiłam za twórczością  Kateryny Babkiny podążać. Wcześniej ukazał się w Polsce jeszcze jeden zbiór opowiadań, tomik poezji i krótka powieść "Sonia", którą zamierzam przeczytać. Pisarka razem z Tamarą Dudą ("Córeczka") i Hałyną Kruk (zbiór opowiadań "Ktokolwiek, tylko nie ja" - czytałam, nie napisałam, warto sięgnąć) była gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada, a ja oczywiście nie mogłam ominąć ich bardzo ciekawej dyskusji. Tyle tytułem wstępu, a teraz czas przejść do książki.

"A pamiętasz, mamo?" to pozycja krótka, niecałe dwieście stron - autorka najwyraźniej lubi kondensować treść, bo jej poprzednie książki też nie grzeszą objętością. To powieść napisana w formie listów do mamy. Pisze je nastoletnia dziewczyna, raczej licealistka, która w jakiś czas po wybuchu wojny trafia ze swoją kilkumiesięczną przyrodnią siostrą, Iwanką, do ojca od dawna mieszkającego w Wiedniu. Po rozwodzie rodziców miała z nim wielokrotnie kontakt, odwiedzała go, spędzała z nim wakacje. Niemniej jednak nie dzielili codzienności, a ich więź nie była bardzo głęboka. Więcej w niej tego, co daje rodzic widujący swoje dziecko głównie z doskoku, czyli rozpieszczania, prezentów, wspólnych podróży. 

Ojciec narratorki jest człowiekiem, który w Wiedeń już wrósł, dobrze mu się powodzi, a posiadanie pieniędzy najwyraźniej ma dla niego znaczenie - narratorka lubi ironicznie podkreślać, że kupując coś dla niej czy dla Iwanki, wybrał oczywiście najdroższy model. Mieszka w dobrej dzielnicy w dużym mieszkaniu, wiele potrafi załatwić, jest zaradny. Żyje życiem singla, chociaż na horyzoncie majaczy jego partnerka, pewnie już któraś z kolei. Jego pobieżna charakterystyka może zniechęcać, ale ja czuję do niego sympatię. Mnie kojarzy się raczej z takim niebieskim ptakiem, może trochę Piotrusiem Panem niż z nowobogackim. Jako że znakomicie ogarnia rzeczywistość, kiedy trafia razem ze swoją córką do punktu pomocy uchodźcom ukraińskim, w którym ona od czasu do czasu pomaga, natychmiast dostrzega wszystkie jego słabe punkty i bezinteresownie angażuje się w ich naprawienie. 

Teraz, kiedy znaleźli się w tych nieoczekiwanych dla siebie okolicznościach i nie wiadomo, jak długo to potrwa, muszą budować swoją więź na nowo, a jest to tym trudniejsze, że przecież narratorka to wojenna uchodźczyni. Została wyrwana ze swojego dobrego, też zamożnego, życia (właśnie miała z matką, Iwanką i ojczymem Orestem lecieć na Malediwy, gdy wybuchła wojna), w dodatku przywiozła ze sobą niemowlę, o którego istnieniu jej ojciec nie miał pojęcia. Była żona nie musiała mu się przecież spowiadać ze swojego nowego życia, kontaktowali się tylko w sprawach wspólnej córki. Kto ma się Iwanką teraz zajmować? Nieoczekiwane tragiczne zdarzenia zaskoczyły wszystkich, wszystkim zburzyły codzienność. Jemu wygodną rutynę, narratorce wywróciły świat. Jak się mają w tym odnaleźć? Co tak naprawdę przeżyła? Na pewno doświadczenie drogi spod Kijowa do Lwowa, potem do granicy austriackiej, gdzie odebrał ją ojciec. 

Nie wiem, czy jestem taka jak on, ale wtedy na granicy przez chwilę czułam, że toczymy ze sobą pojedynek jak równy z równym. Co prawda ja miałam zajęte ręce, za to on w ogóle nie był przygotowany na taką sytuację, bo przecież na coś takiego nie da się przygotować.

Nikt teraz nie wie, jak z wami postępować. Ani specjaliści, ani zwykli ludzie, ani ci, którzy was kochają. Jak postępować z tym, co przeżyliście, co widzieliście, i z tym, co myślicie. Z tym, co, gdzie i jak was złamało. I bez tego nie wiadomo, jak robić z nastolatkami, ale co robić z wami - nikt nie ma najmniejszego pojęcia.

Każdy list zaczyna się od tytułowej frazy: A pamiętasz, mamo? Potem następują albo wspomnienia przedwojennego życia, albo opowieści o tym, co dzieje się z narratorką w Wiedniu. Listy są pisane w lekkim tonie, początkowo odniosłam wrażenie, jakby narratorkę niewiele  z tego, co się stało, dotknęło. Gdyby nie kontekst znany od początku, można by pomyśleć, że nastolatka z zamożnego domu, której niczego nie brakowało ani nie brakuje, zamieszkała na jakiś czas z ojcem i relacjonuje mamie swój pobyt u niego. Coś niepokojącego do tej miłej, beztroskiej narracji mogłaby wprowadzać swoją obecnością Iwanka, niemowlę skądinąd wyjątkowo grzeczne, nienastręczające wielu problemów. No bo jak to? Matka wysłała kilkumiesięczne dziecko ze starszą siostrą do jej ojca? Dlaczego niby nastolatka miałaby się nim zajmować? Ale z drugiego listu dowiadujemy się, co i jak, więc się nie dziwimy. Potem zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego narratorka zwracając się do mamy: A pamiętasz, mamo? opowiada jej o tym, co dzieje się w Wiedniu. Jak mama może to pamiętać, skoro jej tam nie ma? Z czasem śladów wojennych przeżyć uchodźczyń i uchodźców dostajemy coraz więcej. Narratorka chodzi najpierw sama, potem z ojcem, pomagać w punkcie z darami, o czym już wspominałam, no i przede wszystkim pojawia się Dawid. Kilka lat starszy, minęli się gdzieś w tłumie we Lwowie, potem na granicy austriackiej. Później wpadają na siebie w Wiedniu. Dawid jest dziwny, pojawia się i znika, milczy. Milczenie i dziwne zachowanie to wynik tego, co przeżył w czasie wojny. Jego historia, opowiedziana krótko, bez patosu, bez epatowania okrucieństwem, jest naprawdę tragiczna. Jeśli przyzwyczailiśmy się do tej wojny, to właśnie ona pozwala na nowo uświadomić sobie, ile nieszczęść się za nią kryje. 

Wielką zasługa Kateryny Babkiny polega właśnie na tym, że nie epatuje okrucieństwem i nie dostarcza łatwych wzruszeń. To raczej nie jest książka, nad którą się płacze. Z każdym kolejnym listem zdajemy sobie jednak sprawę, że coś tu nie gra. Że narratorka to nie  beztroska nastolatka, która nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i spędza miły czas z ojcem w Wiedniu, a  ewentualne niedogodności wynikają tylko z tego, że ma pod opieką malutką siostrę. Zresztą ojciec szybko zatrudnia do pomocy przy Iwance sympatyczną Ukrainkę, Wirę. W końcu zaczynamy rozumieć, że ta beztroska, ten okrężny sposób pisania jest efektem wyparcia tego, co się zdarzyło, traumy, jaką bohaterka przeżywa. Wreszcie, znowu w sposób lakoniczny, bez epatowania nieszczęściem i okrucieństwem wojny, dowiemy się, co ją spotkało.

Jest więc ta powieść pisanym na gorąco świadectwem pierwszych miesięcy po inwazji. Doświadczeniem świeżym, także dla autorki. Jak oddać ten czas? Jak pisać o ludziach, zwłaszcza o dzieciach, ich matkach, osobach starszych, które zostały nagle wyrwane ze swojego świata? Musiały nagle porzucić wszystko i ruszyć w nieznane. Na jak długo? Jest to zarazem doświadczenie uniwersalne, bo przecież nie pierwszy raz, i niestety nie ostatni, ludzie zostają postawieni w takiej sytuacji. Powieść przypomina, że są takie zdarzenia i sprawy, na które nie mamy żadnego wpływu, które naprawdę nie od nas zależą i dlatego zadawanie sobie pytania: dlaczego? nie ma sensu.

I wiesz, co jej powiedziałam? Że w takim razie świat to kompletny chaos, a ona przyznała mi rację. I dodała, że negować tego w ogóle nie ma sensu, ale można nauczyć się nie cierpieć z tego powodu.  I że to, oczywiście, nie dotyczy nauki czy jakichś strategicznych decyzji, ale na co dzień lepiej zapomnieć o pytaniach "Dlaczego coś się stało?" ...

Mimo wrażenia lekkości stwarzanego przez bohaterkę książka Kateryny Babkiny pozostała we mnie i, jak to się ostatnio często mówi, nadal we mnie pracuje, nadal coś mi robi.

Filmowe remanenty - "Spragnieni miłości", "Film balkonowy", "Lingui"

Dzisiaj o trzech kolejnych znakomitych filmach. Te obejrzałam w ciągu ostatniego tygodnia.

"Spragnionych miłości" widziałam przed laty w kinie, kiedy film miał swoją premierę. Zakochałam się w nim, nie ja jedna, zawsze marzyłam, aby zobaczyć go jeszcze raz. Nigdy nie pojawił się ponownie, na żadnych przeglądach, w telewizji też się na niego nie natknęłam. Aż tu nagle jesienią trafiło do kin pięć zrekonstruowanych cyfrowo filmów Wonga Kar Wai'a. Niestety pokazywane były krótko i nie udało mi się wstrzelić w seans. Tym razem kiedy w tygodniu przedświątecznym znienacka wróciły po raz kolejny do mojego ulubionego kina, nie mogłam odpuścić. Po latach "Spragnieni miłości" robią takie samo wielkie wrażenie. W końcu to historia ponadczasowa, uniwersalna, jaką kino i literatura uwielbiają. Historia pary nieszczęśliwych kochanków, którzy nie mogą być razem. A właściwie nie chcą, bo pragną zachować się etycznie. Zbliżyło ich sąsiedztwo i odkrycie, że ich wiecznie nieobecni małżonkowie mają romans. Powoli rodzi się uczucie, ale nie chcą być tacy jak oni. Czy dojdzie do spełnienia, czy nie, to kwestia otwarta. Film oparty jest na niedopowiedzeniach. Możemy się domyślać i spekulować. Być może "Spragnieni miłości" byliby jeszcze jednym melodramatem, gdyby nie mistrzowska robota reżyserska. Tu wszystko gra, wszystko buduje nastrój i atmosferę. Akcja rozgrywa się w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku w Hongkongu, gdzie mieszka wielu uciekinierów z Chin. Ciasnota mieszkań, w których gnieździ się wiele rodzin, a wszyscy się wzajemnie obserwują, ciasnota wąskich zaułków, ciemne kadry, deszcz, stroje i fryzury kobiet, szczególnie głównej bohaterki, i niesamowita muzyka - to stwarza ten film. Plus subtelność - wszystko rozgrywa się w niedopowiedzeniach, w gestach, spojrzeniach, przelotnym dotyku, pomiędzy słowami. Trudno nie poddać się atmosferze, trudno się nie zadumać i nie wzruszyć. Mistrzostwo świata. 

I coś zupełnie innego. Długo zapowiadany, poprzedzony znakomitymi recenzjami dokument Pawła Łozińskiego "Film balkonowy". Idea była prosta, a zrodziła się z trochę podobnego niezrealizowanego projektu na wspólny film obu Łozińskich, syna i jego ojca Marcela. Tu pomysł polega na tym, że reżyser ustawia na balkonie swojego mieszkania na Saskiej Kempie kamerę i czeka na przechodniów, licząc na to, że się zainteresują i zaczną rozmawiać. Jak mówi w licznych wywiadach, szybko zrozumiał, że tak się nie da - samo się nie zrobi, trzeba zagadać, więc na przynętę rzucał pytanie o sens życia. Jedni się na ten haczyk złapali, inni wykręcali. Ktoś pojawił się raz, kilku bohaterów powraca i powstaje z tego jakaś historia. Paweł Łoziński kręcił swój film dwa lata, przez ten czas przewinęło się przed jego kamerą mnóstwo przechodniów - sąsiadów bliższych i dalszych, większość to pewnie osoby, których nie znał. O czym mówią? Niektórzy o życiu, o swoich rozczarowaniach, o tęsknocie za zmarłym mężem albo przeciwnie o radości z rozstania, o dziecku, które ma przyjść na świat, o bezradności, o starości, inni cokolwiek, nawet to, że nie mają nic do powiedzenia. Jedni są śmieszni, drudzy zadziorni, jeszcze inni wzruszający. Tworzy się z tego niesamowita mozaika. Prosty, znakomity film. Mimo wszystko optymistyczny i jasny.

PS. Krzepiąca wiadomość dla tych, którzy film widzieli. W jednym z wywiadów Paweł Łoziński zdradził, że mężczyzna, który wyszedł z więzienia, ułożył sobie życie. 

Ostatni z filmów afrykański "Lingui" byłabym przegapiła. Na szczęście w porę usłyszałam, że jak najbardziej warto go obejrzeć. To historia matki i jej piętnastoletniej córki, które mieszkają na obrzeżach stolicy Czadu. Amina sama wychowuje nieślubne dziecko. Musi ciężko pracować, aby zapewnić Marii lepszą przyszłość. Nie może liczyć na rodzinę, która się od niej odwróciła. Nagle względną stabilizację burzy wiadomość, że córka jest w ciąży. To nie tylko przekreśla jej nadzieje na zdobycie wykształcenia, zostaje usunięta ze szkoły, ale rodzi obawy, że powtórzy los swojej matki. Dziewczyna chce ciążę usunąć, ale tego zabrania i religia, i prawo w jej kraju. Amina nie wie, co robić. To piękny film, ogląda się go z zapartym tchem, a mimo wartkiej akcji niepozbawiony jest poetyckiego klimatu. Z jednej strony to, co oglądamy na ekranie, budzi wściekłość na patriarchat, na męską opresję. Faceci nie dość, że nie pomagają, nie dość, że roszczą sobie prawa do ciał kobiet, to jeszcze nie pozwalają im posprzątać po sobie, czytaj tworzą prawo, które zakazuje aborcji. Tu muszę wspomnieć o "Obiecującej młodej kobiecie", która jakoś kojarzy mi się z tym filmem, może też z powodu złości na facetów. Mimo że Amina jest kobietą samodzielną, która nie raz udowodniła, że potrafi zadbać o siebie i córkę, to jednak kiedy przychodzi co do czego, styka się z opresją mężczyzn, którzy dyktują jej i jej córce, jak mają postępować. Ale film ma też swoją jasną stronę. Bo Amina pod wpływem sytuacji, pod wpływem wielkiej miłości do córki zmienia się. Już nie będzie pokornie słuchała pouczeń imama ani udawała słabą, chociaż naprawdę jest silna. Stoczy walkę. I napotka na swojej drodze inne kobiety, które będą chciały pomóc jej i Marii. Stworzy się między nimi silna więź, bo lingui oznacza właśnie więź. Tak, to także piękny film o kobiecej solidarności. Nie przepadam za słowem siostrzeństwo, ale ono pasuje tu jak ulał. I jeszcze jedno. Oglądając ten film, nie mogłam oprzeć się refleksji, że niezależnie od szerokości geograficznej kobiety mierzą się z tymi samymi problemami. Walka Aminy i Marii o usunięcie ciąży niczym się nie różni od walki, jaką stoczyła bohaterka amerykańskiego filmu "Nigdy, rzadko, czasami, zawsze". Nie przegapcie "Lingui" - to piękny, mocny film. Na szczęście więcej w nim jasności niż ciemności.

Magdalena Grochowska "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I)

Chociaż jestem wielką fanką pisania Magdaleny Grochowskiej, a

stało się tak, kiedy przeczytałam książkę "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" jej autorstwa, jakoś nie miałam ochoty sięgać po kolejną biografię, która wyszła spod jej pióra - "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I) (Dowody na Istnienie 2021). Dlaczego? Bo życie poety wydało mi się na nieinteresujące, zwyczajne, żeby nie powiedzieć nudne. No może wypadałoby przeczytać, to przecież ważny artysta, jeden z kamieni milowych polskiej poezji i dramatu dwudziestego wieku, myślałam, ale wielką chęcią nie pałałam. Do czasu. Bo kiedy usłyszałam pierwszą rozmowę Magdaleny Grochowskiej o jej najnowszej książce, o zmaganiach z biografią poety i dramaturga, od razu zmieniłam zdanie. I nie żałuję. To, co wydawało mi się nudne i zwyczajne, okazało się fascynujące i dramatyczne.

Ale początki nie były łatwe. Magdalena Grochowska w swoich obu książkach, tej o Giedroyciu i drugiej, jaką przeczytałam, "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke" przyzwyczaiła mnie do innego sposobu pisania. Przezroczystego - jej, reporterki, biografki, w tych pozycjach nie było. Tymczasem tu jest inaczej, szczególnie na początku. Zanim zacznie na dobre opowiadać o Różewiczu, zwierza się z trudności, na jakie napotykała w swojej pracy. Z tego, że poeta się jej wymykał, że trudno go było namierzyć, że zacierał ślady, ukrywał to, co ważne. I nie byłoby w tym nic złego, bo mnie obecność reportera w reportażu nie przeszkadza, byle z umiarem, gdyby nie język, jakim posługuje się Grochowska w pierwszych rozdziałach, tych, które są takim swoistym rozbiegiem do prawdziwej biografii. Powiem wprost - jest to język egzaltowany, barokowy, pełen niedomówień. Na szczęście to tylko początek, potem jest bardzo, bardzo ciekawie. Jakbym otwierała jakąś niezapisaną księgę. To, co w szkolnych podręcznikach, leksykonach i encyklopediach sprowadza się do jednego suchego zdania, dzięki pracy biografki zostaje rozwinięte, a przed czytelnikiem odkrywa się cały dramat losu Różewicza. Uwielbiam takie odkrycia. 

Napisałam, że jest to książka bardzo, bardzo ciekawa, ale jest też bardzo, bardzo smutna. Ta biografia boli! Dlaczego? Z kilku powodów. Wojna sprawiła, że potem już nic nie było takie samo. Partyzantka, która wcale nie była doświadczeniem romantycznym, o czym odważył się Różewicz napisać w swoim dramacie "Do piachu", za który oberwał srogo, a i dziś, gdyby go wystawiono, rzuciliby się na niego obrońcy ojczyzny i strażnicy jedynej słusznej wersji przeszłości. Dezercja. Śmierć starszego brata, utalentowanego poety. No właśnie - to jedno z odkryć. Doskonale wiedziałam, że Różewicz miał brata Stanisława, cenionego reżysera filmowego, ale nigdy nie słyszałam o najstarszym, Januszu, który dla poety był wzorem, autorytetem, opiekunem. Ale wojenny dramat Różewicza nie sprowadzał się tylko do tego. To także śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie groziło jego matce z racji pochodzenia - była Żydówką. Co z tego, że jeszcze w młodości przeszła na katolicyzm i czuła się Polką, dla hitlerowców nie miało to żadnego znaczenia. Niebezpieczeństwo groziło także jej dzieciom, bo i one według prawa okupanta były Żydami. Również jej mężowi, bo według tego samego rozumowania ukrywał ich. I o tym, o powikłanej, tragicznej i fascynującej historii jego matki, o tym, że unikał tematu jej pochodzenia, także nie miałam pojęcia. Grochowska zastanawia się, czy ma prawo o tym pisać, skoro  poeta o tym nie mówił. A nie mówił z oczywistych powodów. Mimo tego znaleźli się dobrze poinformowani, którzy wielokrotnie w różnych miejscach przy jego nazwisku rysowali gwiazdę Dawida. Dlatego autorka pyta, a odpowiedzi otrzymuje różne, w końcu jednak dochodzi do wniosku, że biografia poety byłaby skłamana bez opowieści o jego korzeniach .

Wojna, która zdewastowała Różewicza, zniszczyła jego świat, młodość, plany, odebrała szansę na normalny rozwój, położyła się też cieniem na dalszym życiu. Przed poetą rozwarła się czarna jama rozpaczy, beznadziei, braku poczucia sensu. Dlatego uznał, że nie da się już pisać tak jak kiedyś, ładnie, nie był jedyny, który tak sądził, stworzył swój wiersz, nazywany nawet od jego nazwiska różewiczowskim. Ten sposób pisania, niepoetycki, jak pisze Grochowska, niemal reporterski, początkowo przysporzył mu wrogów. Dlatego między innymi poeta trzymał się na uboczu środowiska literackiego. Znacznie bliżej było mu do malarzy. Źle się czuł w słynnym kołchozie pisarzy na Krupniczej w Krakowie, gdzie na jakiś czas i on znalazł swoją przystań. Miał też silne poczucie nieprzystawalności - studiował, ale dziwiło go, że po tym, co się stało, można normalnie żyć, zdawać egzaminy, uczyć się, wymagać. Był rozdwojony - czuł, że świat się skończył, że nie uchroniła ludzi ani religia, ani sztuka, ale z drugiej strony zaczął studiować właśnie historię sztuki, aby odbudować wiarę w jej moc i w człowieka. Powinien milczeć, a jednak nie potrafił i pisał. Można by o nim powiedzieć to, co on powiedział o swoim przyjacielu - przeżył piekło, a jest kochankiem życia. Lubił podkreślać też swoją prowincjonalność. Jeszcze bardziej na boczny tor odsunęła go świadoma decyzja, aby zamieszkać w Gliwicach, które wtedy, kilka lat po wojnie, zupełnie nie przypominały miasta, jakim są dziś. Wojenne doświadczenia, niezrozumienie, krytyka, osobność to powody, dla których, jak napisałam, ta biografia mnie bolała. 

Ale to nie jest tak, że Różewicz był tylko szlachetnym męczennikiem. Ta książka nie została napisana na kolanach, nie jest hagiografią. Autorka pokazuje też mniej sympatyczną twarz poety. Pisze o jego stosunku do kobiet, który dziś trudno zaakceptować. Miał ogromny szacunek dla kobiet starych, dla matek Polek - figura matki, starej kobiety zajmowała ważne miejsce w jego twórczości. Był silnie związany ze swoją matką i teściową, obie mieszkały do swojej śmierci u Różewiczów. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w stosunku do młodych kobiet był po prostu mizoginem. Grochowska przytacza na to dowody - cytaty z listów, wywiadów, audycji. Jeden sięga nawet roku dwutysięcznego! Nie był też najlepszym ojcem. Zajmowanie się domem i dziećmi spadało na żonę. On pisał i nie wolno było mu przeszkadzać. Często był też nieobecny, bo wiele podróżował. Te wojaże również mogą być źródłem zastrzeżeń - korzystał z możliwości, jakie stwarzało literatom komunistyczne państwo. Oczywiście nie on jeden. Rażą jednak Grochowską jego reportaże z Węgier - jakby nie dostrzegał tragedii rewolucji 1956 roku, jaka się tam rozegrała. 

Autorka jak zwykle ma za sobą ogromną pracę. Przekopała się przez dokumenty, próbowała przyszpilić swojego bohatera, szukając tropów w jego twórczości, rozmawiając z przyjaciółmi, rodziną, która udzieliła jej wsparcia, znawcami jego życia i twórczości. Jeździła też śladami poety, o czym opowiada, przybliżając czytelnikowi miejsca dla niego ważne. Warto też dodać, że nie jest to biografia ortodoksyjnie chronologiczna - poszczególne rozdziały, chociaż wyznaczane etapami jego życia, podporządkowane są bardziej problemom, dlatego autorka wybiega w przód, aby w potem znowu się cofnąć. 

Bardzo ciekawa, chociaż emocjonalnie niełatwa, lektura. Czekam na drugi tom, który dopiero powstaje.   

Waldemar Bawołek "Echo słońca"

Wstyd się przyznać, ale o Waldemarze Bawołku usłyszałam

właściwie dopiero w tym roku. Może słowo usłyszałam nie do końca jest tu adekwatne. Powinnam raczej napisać, że jego nazwisko mocno dotarło do mojej świadomości. No bo słyszeć przecież musiałam, skoro wydawało go Czarne, którego ofertę wydawniczą pilnie śledzę, no i skoro już wcześniej dwukrotnie był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia. Dlaczego wobec tego dopiero teraz zwróciłam na niego uwagę? Stało się tak najpierw przy okazji rozmowy o jego książce "Furtka przy dozorcy" w Nowym Tygodniku Kulturalnym, a potem kiedy za książkę "Pomarli", wiele i bardzo dobrze mówiło się o niej, został nominowany do wspomnianej już Gdyni, którą dostał, i do Nike. Chociaż wydawało mi się, że może to niekoniecznie literatura, jaką lubię najbardziej, to uznałam, że powinnam, a właściwie lepsze tu będzie słowo chcę, poznać. Przynajmniej spróbować. A ponieważ gdzieś przeczytałam, że przygodę z twórczością Bawołka najlepiej zacząć od "Echa słońca" (Czarne 2017), tak właśnie zrobiłam. Oprócz tego za jednym zamachem kupiłam też "Furtkę przy dozorcy", którą tu dziś przywoływałam. Na pewno przeczytam też "Pomarłych".

Zanim podzielę się refleksjami o "Echu słońca", słów kilka o autorze, bo to ważne w kontekście jego twórczości. Waldemar Bawołek jest pisarzem osobnym, długo nie przynależał do literackiego światka, a może i dziś do końca nie przynależy. Pochodzi z Ciężkowic, niewielkiego miasta niedaleko Tarnowa, i nadal tam mieszka. I to właśnie w jego rodzinnej miejscowości najczęściej rozgrywa się akcja książek, które pisze, a  jej mieszkańcy są ich bohaterami. W swojej twórczości obficie czerpie z własnych doświadczeń, ze swojego życia. Imał się różnych prac. Zacytuję za biogramem ze strony Czarnego: pracował jako instruktor higieny w Terenowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, samodzielny referent zaopatrzenia w Zakładach Azotowych, zarządzał piekarnią Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Gromniku, wykonywał prace fizyczne jako robotnik gospodarczy przy Urzędzie Gminy w Ciężkowicach.

Po przydługim wstępie i ważnych informacjach o pisarzu czas na refleksje o "Echu słońca". Akcja tej powieści, a jakby inaczej, rozgrywa się w Ciężkowicach. Jej bohaterem i narratorem zarazem jest pięćdziesięcioletni mężczyzna. Życie upływa mu na opiece nad matką, która  nie jest co prawda osobą ze względu na wiek czy choroby unieruchomioną w domu, ale rzadko z niego wychodzi. Wobec tego syn robi zakupy i załatwia wszystkie jej życiowe sprawy. Oprócz tego pije, pali, spotyka się z kolegami podobnymi do niego, którzy też piją, palą, gadają oraz opiekują się starymi matkami, i wspomina przeszłość. 

Chociaż to proza jak najbardziej realistyczna, to czasem bywa odrealniona. Dzieje się tak właśnie wtedy, kiedy narrator zaczyna przywoływać rozmaite zdarzenia ze swojego życia. Wtedy teraźniejszość miesza się z przeszłością, to, co teraz, płynnie przechodzi w to, co było. Dlatego te wspomnienia mają czasem oniryczny charakter. Z realistycznego toku opowieści może też wybić czytelnika zabieg zamiany narratora - od czasu do czasu narracja przechodzi w trzecioosobową, a bohater staje się Skrytkiem, jednym z kilku (kilkunastu?) opisywanych na kartach powieści mężczyzn. Czy właśnie temu ten zabieg ma służyć? Bo przecież główny bohater swoją refleksyjną naturą wyróżnia się jakoś spośród swoich kumpli. Tymczasem w tych fragmentach dzieje się tak, jakby ten trzecioosobowy narrator mówił mu - tak mędrkujesz, ale zobacz, żyjesz jak oni, wegetujesz, trwonisz siebie.

Co wspomina Skrytek? Swoją pierwszą miłość, nieudane małżeństwo, kolegów, czasy szkolne. Jakby szukał w swojej przeszłości odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziś tak wygląda jego życie. Jakby szukał straconych szans, zaniechanych decyzji, złych wyborów. 

Jednym z tematów tej powieści są relacje matki i syna. Mieszkają razem, on rzetelnie spełnia swoje obowiązki wobec niej, martwi się o jej zdrowie. Są na siebie skazani i symbiotycznie ze sobą związani. Ale, jak to często w życiu bywa, nie jest to układ sielankowy. Matka ma stale do niego pretensje, stale gdera. A to zakupy nie takie, a to nie wrócił na czas, a to włóczy się z kolegami, a to pije, a to nie potrafi niczego załatwić. Nic dziwnego, że syn ma czasem dość jej narzekania i wiecznego niezadowolenia. I tak pomiędzy przyciąganiem i odpychaniem, miłością i irytacją, czułością i zniecierpliwieniem rozciąga się ta matczyno-synowska relacja.

Ale to, na co najbardziej zwróciłam uwagę, to cień przemijania i śmierci, który rozciąga się nad bohaterami powieści. Umierają matki i umierają koledzy bohatera. One ze starości i z chorób będących przypadłością ich wieku, oni ze złego traktowania swoich ciał - picia, palenia, byle jakiego jedzenia. Bohater stale odwiedza kogoś w szpitalu, a potem chodzi na pogrzeby. Bardzo to melancholijna książka. Chciałam też użyć słowa pesymistyczna, ale nie wiem, czy jest właściwe. Raczej bohater przyjmuje do wiadomości, że taka jest kolej rzeczy, że tak być musi. I tkwi w marazmie, trochę dlatego, że jest więźniem powinności rodzinnej, a trochę dlatego, że nie bardzo wie, co miałby ze swoim życiem zrobić. A może  rozumie, że i tak na nic nasze starania, i tak koniec dla wszystkich jest jeden, choćbyśmy się nie wiem, jak starali, więc po co się szarpać.

Bardzo ciekawa proza, szukająca w banale codzienności czegoś więcej. Nie ma tu jej uwznioślania, nadawania posmaku niezwykłości i baśniowości. To coś, co nie bardzo umiem nazwać. Szukanie odpowiedzi na egzystencjalne rozterki i metafizyki? Brzmi banalnie, ale może właśnie o to chodzi. 

Vivian Gornick "Przywiązania"

Tym razem najpierw zainteresował mnie temat - dzieciństwo

spędzone na Bronksie, żydowska rodzina, najmniej relacja matki i córki, co tak mocno wybijane jest w informacjach na temat tej książki. Potem dowiedziałam się, że "Przywiązania" Vivian Gornick (Filtry 2021; przełożył Łukasz Witczak), bo o nich dziś będzie, to także ważna pozycja feministyczna. Kim jest autorka? Dziś, jak można przeczytać na stronie Filtrów, literacką gwiazdą. Ale została nią późno - miała pięćdziesiąt jeden lat, kiedy wydała "Przywiązania" (1987), które przyniosły jej sławę. Wcześniej długo szukała swojej drogi, była aktywistką i pracowała jako dziennikarka w kilku nowojorskich gazetach. Zajmowała się między innymi krytyką literacką. Mam nadzieję, że doczekamy się przekładów innych książek Vivian Gornick.

"Przywiązania" czyta się jednym tchem. Ponieważ jestem świeżo po lekturze "Słownika rodzinnego" Natalii Ginzburg, który wyszedł w tym samym wydawnictwie, trudno nie pokusić się o krótkie porównanie, wszak obie książki to literatura wspomnieniowa. Obie znakomite, ale jakże różne. Ginzburg pisze przede wszystkim o rodzinie, ważnym tłem jej wspomnień są wydarzenia polityczne, ona sama jest tylko jedną z bohaterek swojej opowieści i to wcale nie najważniejszą. Właściwie pozostaje w cieniu. Gornick przeciwnie - na pierwszym miejscu stawia siebie i swoją relację z matką. Ale największa różnica tkwi w sposobie opowiadania. "Słownik rodzinny" to dość chłodna relacja, niemal wyprana z uczuć, "Przywiązania" są opowieścią bardzo osobistą, emocjonalną, pełną refleksji i namysłu nad sobą.

Ramą tej książki są spacery autorki i jej matki po Nowym Jorku, głównie po Manhattanie, gdzie mieszkały wtedy, kiedy "Przywiązania" powstawały. Stają się one pretekstem do rozmów i wspomnień. Najpierw Gornick pisze o swoim dzieciństwie spędzonym w kamienicy na Bronksie zamieszkiwanej głównie przez żydowskie robotnicze rodziny, później o swojej drodze do samodzielności - studiach, nieudanym wczesnym małżeństwie, związkach z mężczyznami, pierwszych krokach w pracy, ale przede wszystkim o poszukiwaniu siebie. Chociaż matkę i córkę zdaje się dzielić wszystko - epoka, na którą przypadła ich młodość, wykształcenie, stosunek do małżeństwa, miłości, mężczyzn - to ich relacja, chociaż trudna, nie jest toksyczna ani wroga. Wzajemne zrozumienie przychodzi z wiekiem. Matka, która kiedyś jak lwica starała się bronić cnoty córki, po latach zaakceptuje jej wieloletni związek z żonatym mężczyzną. 

Obie są silnymi osobowościami. Matka, apodyktyczna, od zawsze miała swoje zdanie na każdy temat, które wygłaszała pewnym siebie tonem. Nie będziesz mnie pouczać, co ty tam wiesz, nie ma w tej książce niczego, czego bym nie wiedziała - te frazy wygłaszane zniecierpliwionym tonem w gruncie rzeczy miały ukryć jej niepewność i kompleksy. Zanim wyszła za mąż, pracowała jako księgowa, działała w komitecie blokowym, broniąc lokatorów. Potem była już tylko żoną i matką.  Z góry patrzyła na swoje sąsiadki z kamienicy. Czuła się od nich lepsza, bo jej małżeństwo uchodziło za szczęśliwe. W przeciwieństwie do ich. Wyidealizowała swoją miłość do męża. Jego przedwczesna śmierć położyła się cieniem na życiu rodziny na długie lata. Przede wszystkim dlatego, że swoje cierpienie postawiła na pierwszym miejscu. Nic więcej się nie liczyło. Dlaczego? Może dlatego, że godząc się z czasem ze stratą męża, zaprzeczyłaby  wszystkiemu, co tak starannie zbudowała? Przede wszystkim wykreowanemu obrazowi szczęśliwej miłości, która dawała jej prawo do bycia kimś lepszym niż jej sąsiadki z kamienicy. Po latach powie córce:

Miłość była wszystkim, co miałam. Bo co innego miałam? Nic. A co mogłam mieć? (...) ty miałaś swoją pracę, masz swoją pracę. No i podróżowałaś. (...) Ile bym dała za podróże! Ja miałam tylko miłość twojego ojca. To była jedyna słodycz mojego życia. I dlatego kochałam jego miłość. Jaki miałam wybór? 

Córka zarzuci jej, że tak uporczywie pielęgnowaną fantazją miłości do męża zmarnowała sobie życie. Za to Vivian Gornick swoje starała się budować w opozycji do wzorców, które matka chciała jej wdrukować. Popełniała błędy, ale robiła to na własny rachunek, chcąc żyć po swojemu. Jej droga wcale nie była prosta. Próbując zachować balans pomiędzy związkiem z mężczyzną, a byciem samodzielną, miotała się, szarpała, oszukiwała siebie. Bo niby żyła po swojemu, pracowała, szukała swojej drogi zawodowej, rozwijała się, świadomie, jak się domyślamy, zrezygnowała z macierzyństwa, ale uzależniała się uczuciowo od mężczyzn, z którymi była. Pozwalała im dominować, nie dostrzegała ich wad, nie widziała, że ją przytłaczają swoją osobowością. A kiedy po kolejnym rozstaniu żyła samotnie, tęskniła za miłością. Taki paradoks. Ale przecież to doświadczenie wspólne wielu kobietom. Bo pisząc tak szczerze o swojej matce i o sobie, pisze o nas, kobietach. Zakończę cytatem, który znakomicie oddaje te dylematy, sprzeczność uczuć i emocji.

Życie jest trudne. Chwała i znój. Idee są porywającym towarzystwem. Samotność mnie zjada. Gdy udaje mi się zachować równowagę między wysiłkiem a żalem nad sobą, czuję się jedną z kobiet osobnych - częścią wielkiego przedsięwzięcia trwającego nieprzerwanie od dwóch wieków - i jestem tym wzmocniona, rośnie we mnie nowy duch, nowa siła. Gdy tracę ową równowagę, czuję się przegrana, wręcz pogrzebana za życia, bez miłości ani więzi. Przyjaźnie wydają się przypadkowe, narastają konflikty, praca jest sumą niepowodzeń.    

Marcin Wicha "Rzeczy, których nie wyrzuciłem"

Nie czytałam poprzedniej książki Marcina Wichy, nie planowałam też lektury ostatniej - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" (Karakter 2017), ale kiedy tyle się o niej mówiło, że zaczęła wyglądać z przysłowiowej lodówki, uległam i w końcu kupiłam. A gdy wreszcie już się za nią zabierałam, Marcin Wicha dostał Nike. Muszę wyznać, że teraz, kiedy już ją znam, uczucia mam mieszane. Nastawiłam się na coś niezwykłego, mocnego, tymczasem nic z tego. Chciałoby się powiedzieć - jak zachwyca, kiedy nie zachwyca. Oczywiście nieco przesadzam, bo to nie jest tak, że się męczyłam, przeciwnie - połknęłam książkę Marcina Wichy w ciągu kilku zaledwie wieczorów, mogę nawet powiedzieć, że chwilami nie potrafiłam się od niej oderwać. Bardzo doceniam językową wirtuozerię, na którą jestem wyczulona. Rzecz w tym, że całość nie wywarła na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. A chyba powinna, bo dotyka tematu, który znam z własnego doświadczenia.

Punktem wyjścia jest zmierzenie się z likwidacją mieszkania po zmarłej matce. Przedmioty, głównie książki, z którymi trzeba coś zrobić, stają się pretekstem do wspomnień o rodzicach, a przede wszystkim o mamie. To ona jest bohaterką tej niewielkiej książeczki. I trzeba przyznać, że dzięki opowieściom syna-autora staje się dla czytelnika kimś żywym, kimś z krwi i kości, dobrą znajomą niemal. Jest w tych wspomnieniach nieco melancholii i smutku, ale jednak znacznie więcej pogody, jakby autor wyszedł już ze stanu najgłębszej żałoby i przeszedł do fazy, kiedy myślenie o zmarłym sprawia przyjemność, wywołuje czułość. Mocnym akcentem jest wątek żydowski, bo matka Marcina Wichy była Żydówką. Autor wspomina, w jaki sposób w dzieciństwie poznawał swoje korzenie. Od razu przypomniałam sobie dwie wielbione przeze mnie książki Magdaleny Tulli - "Włoskie szpilki" i "Szum", które również dotykają podobnych problemów. Może nie powinnam porównywać książki Marcina Wichy z nimi, bo to przecież i inna liga, i powieści, chociaż silnie zanurzone w doświadczeniu autorki. Ale jakoś porównania nasuwają się same i tym bardziej "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" wypadają na ich tle blado. Nie ma w nich mocy tamtych książek.

A poza tym spodziewałam się, że ten zbiór krótkich raczej esejów niż opowiadań poruszy we mnie najczulsze struny, przywoła wspomnienia, bo, jak pisałam, doświadczenie śmierci rodziców i zmierzenia się z opróżnieniem ich mieszkania jest mi niestety znane. Jak wejść do pustego mieszkania pełnego rzeczy, książek, pamiątek, pełnego wspomnień? Jak zacząć? Co zrobić z tym wszystkim? Nikt tego przecież nie chce. Gromadzimy, gromadzimy i po co? W końcu i tak nie rzeczy okazują się ważne, a wspomnienia. Ale książkę Marcina Wichy przeczytałam na chłodno, bez wzruszeń, nie poruszyła we mnie żadnej struny, nie wywołała łez. Jakoś okazałam się niewrażliwa. Zawsze w podobnej sytuacji mam kłopot -dlaczego innych zachwyca, a mnie nie? Przyznawać się do tego czy udawać i dostosować się do chóralnych zachwytów? To ostatnie pytanie zadaję z przekory, bo oczywiście nigdy nie udaję, piszę szczerze, natomiast mimo że doskonale wiem, iż każdy ma prawo do własnego odbioru, pozostaje gdzieś w głębi, skrzętnie ukryta nutka niepokoju, że może nie dorastam jako czytelniczka, że może po prostu za głupia jestem. Trochę w tych stwierdzeniach kokieterii, ale jednak nie do końca. No cóż, trudno, niech będzie - przeczytałam z przyjemnością, ale bez zachwytu.

"The Florida Project"

Kiedy w zapowiedziach na stronie mojego ulubionego kina pojawił się amerykański film pod niewiele mówiącym tytułem "The Florida Project", nie zwróciłam na niego uwagi i z góry wstawiłam na listę filmów, których nie zamierzam oglądać. Nie przeczytałam nawet opisu - wystarczyło zdjęcie plus fakt, że to film amerykański, a ja filmy amerykańskie oglądam wyjątkowo (Mam znajomego, który nie ogląda ich z zasady, ale to już przesada). Żeby tak nie spróbować dowiedzieć się więcej? Głupie? No głupie, wiem, wiem. Więc kiedy nagle w poważnych mediach i poważnych programach zaczął brzmieć jednogłośny chór zachwytów, nie miałam wyjścia - trzeba było iść do kina. A kiedy szłam, zastanawiałam się, czy film mnie czymś jeszcze zaskoczy, bo ciągle nie dowierzając, że rzeczywiście warto, trochę za wielu rozmów na jego temat wysłuchałam. Wiedziałam, że to słuszny film (to nie ironia) o tej gorszej Ameryce, o ludziach wyrzuconych poza nawias. Surowy, niemal jak dokument, zestawiany z "Moonlight", innym rewelacyjnym amerykańskim filmem, na który kiedyś nie bardzo miałam ochotę, a potem oglądałam jak w transie. A jednak! "The Florida Project" okazał się rzeczywiście znakomicie zrobiony, grające główne role dzieci są rewelacyjne, Willem Dafoe też bardzo dobry, problem, jak już pisałam, ważny, no i na szczęście było jednak trochę inaczej, niż się spodziewałam. A dlaczego tego zdradzić we wstępie nie mogę. Trzeba zobaczyć. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Czas zdradzić, z jakim wyobrażeniem szłam do kina. Otóż wydawało mi się, że dzieci, które są ważnymi bohaterami tego filmu, będą biedne, ale urocze i szczęśliwe. Źródłem szczęścia miała być nieświadomość, w jakiej znajdują się sytuacji, oraz nieustanne zabawy i przygody stwarzane z tego, co dostępne. Jednym słowem ubogie, ale cudowne dzieciństwo. Takie, które potem wspomina się ciepło i z sentymentem. To wyobrażenie tylko częściowo okazało się prawdziwe. Bo rzeczywiście dzieci wydają się żyć beztrosko. Mają akurat wakacje, więc do szkoły chodzić nie muszą, pytanie, czy gdyby był rok szkolny, to by chodziły, pozostaje bez odpowiedzi, wobec tego rzeczywiście całe dnie spędzają na beztroskich zabawach i wymyślaniu przygód. Ale niemal wszystko, co robią, nie jest niewinne. Plucie na samochód, wchodzenie tam, gdzie nie wolno, wyłączanie zasilania w budynku, wyłudzanie pieniędzy na lody, a wreszcie podpalenie opuszczonych domów - to niewinne zabawy niewinnych dzieciątek. Są przy tym potwornie hałaśliwe, namolne, trudno się od nich odczepić, a  kiedy nie dostaną tego, co chcą, wyrażają złość w niewybredny sposób. Znają cały repertuar obraźliwych i wulgarnych słów oraz gestów. Lepiej nie wchodzić im w drogę.

Najmniej niewinna z trójki głównych bohaterów wydaje się Moonee. To ona jest najbardziej bezczelna, najbardziej zdemoralizowana. To ona wymyśla zabawy i jest prowodyrką większości awantur. Przy czym rzeczywiście potrafi być uroczo łobuzerska i pewnie dlatego można się nabrać na jej uśmiech i prowokacyjną minkę. W zabawy i awantury wciąga rudowłosą Jancey, która z babcią i rodzeństwem mieszka w sąsiednim motelu. Jancey jest nieśmiała, nie tak przebojowa, ale najprawdopodobniej samotna, łaknie towarzystwa, więc nic dziwnego, że pewna siebie Moonee i jej przyjaciel Scooty zaczynają jej imponować. To, że tyle można o bohaterach powiedzieć, jest zasługą rewelacyjnie grających dzieci. Ileż da się wyczytać z ich min, uśmiechów i gestów. Wszystkie są świetne, ale myślę, że dziewczynka grająca nieśmiałą Jancey zasługuje na szczególne uznanie, jej rola, nie tak efektowna, była właśnie dlatego trudniejsza.

Dzieci są irytujące i znajdują się na prostej drodze do demoralizacji, ale trudno je winić, skoro wychowują się w takich rodzinach. Pozostawione bez dozoru, puszczone samopas korzystają z wolności. Jeśli z jakiegoś powodu siedzą w pokoju, to spędzają czas na oglądaniu telewizji albo na zabawie smartfonem czy innym ipadem. Czasem bawią się zabawkami. Zresztą o jakim sensownym spędzaniu czasu można mówić, jeśli ich domem jest ciasny pokój w przydrożnym motelu, w którym mieszkają ludzie wyrzuceni poza nawias amerykańskiego snu. Tacy, którzy pracując ciężko, ledwo wiążą koniec z końcem, samotne matki albo babcie zajmujące się wnukami w zastępstwie nieradzących sobie córek, albo życiowi wykolejeńcy i nieudacznicy. Tu dygresja. W jeden ze świątecznych dni  przeczytałam przygnębiający reportaż o ludziach, którzy pracując na etatach, zarabiają poniżej dwóch tysięcy. To między innymi pomocnica wychowawczyni  w przedszkolu, opiekunka społeczna, laborantka w szpitalu. Za takie pieniądze muszą utrzymać w najlepszym przypadku tylko siebie, w gorszym także dziecko. Opowiadają, jak się gimnastykują, żeby przeżyć miesiąc. Warte refleksji.

Ale koniec dygresji, wracam do filmu. W tym pokoju, który jest namiastką domu, na okrągło idzie telewizor, gapią się w niego nie tylko dzieci, ale i znudzone matki. I tu zaskoczenie drugie. Wyobrażałam sobie, że będzie to opowieść o biednych, ciężko pracujących, próbujących utrzymać się na powierzchni ludziach, których kapitalizm wyrzucił na margines życia. O ludziach, których nie dostrzegamy. My, którym się jakoś powiodło, lepiej, gorzej, ale jednak. My, których stać na bilety do tego symbolicznie rozumianego Disneylandu (no bo niekoniecznie do prawdziwego), my, którzy podobnie jak to małżeństwo spędzające na Florydzie miodowy miesiąc, też dostalibyśmy szału, gdybyśmy przez pomyłkę trafili do tego fioletowego, koszmarnego motelu zamiast do przyzwoitego hotelu. I rzeczywiście takimi kobietami są matka Scootiego i babcia Jancey. One walczą, robią, co mogą. Inaczej Halley, matka Moonee.

Nie znamy jej przeszłości, nie wiemy, co doprowadziło ją do takiego momentu w życiu, nie mamy pojęcia, czy cokolwiek  ją usprawiedliwia. W każdym razie to, co obserwujemy, jest straszne. Halley najwyraźniej nie lubi się przemęczać, woli kombinować, oszukiwać, w końcu naciągać i kraść. Kiedy i to nie przynosi pieniędzy, w zanadrzu ma swoje ciało. Jest wulgarna, prymitywna, hałaśliwa, irytująco bezczelna, szczególnie, kiedy nie dostaje tego, czego chce. Dzieckiem właściwie się nie zajmuje, jedzą byle co, w pokoju panuje potworny bałagan, telewizor idzie na okrągło. Trudno się dziwić, że Moonee jest zdemoralizowana, skoro ma taki wzór. W relacjach z ludźmi zachowuje się jak matka, która nawet przy córce przeklina, ubliża innym, pokazuje, że bezczelnością można wiele wygrać. Czy taka była zawsze? Czy próbowała coś zmienić, kiedy pojawiło się dziecko, ale nie potrafiła? Czy gdyby zajęła się nią opieka społeczna, uporządkowałaby jakoś swoje życie? Czy poddała się, bo doszła do wniosku, że nie warto? Nie warto tyrać cały dzień za pieniądze, które i tak skazują na wegetację w motelu tylko z daleka przypominającym pałac. A jednak chociaż tak irytująca i zdemoralizowana Halley chyba kocha swoją córkę. Od czasu do czasu próbuje sprawić jej jakąś przyjemność i radość. Najbardziej  wzruszający i budujący jest moment, kiedy siedzą razem z Jancey nad jeziorem, obserwując fajerwerki. Być może potem dlatego zabiera córkę na śniadanie, które zjedzą za darmo, podszywając się pod hotelowych gości, bo już wie, co się stanie. Chce sprawić Moonee ostatnią przyjemność. To znakomita scena, znakomicie rozegrana i zagrana. Kiedy dochodzi do najgorszego, trudno nie żałować dziewczynki. Pytanie jednak, co lepsze - opieka takiej matki czy rodzina zastępcza? Jest bardzo prawdopodobne, że zostając z matką, dziewczynka zdemoralizuje się jeszcze bardziej, a w przyszłości powieli jej los. Pytanie, dlaczego opieka społeczna nie próbowała pomóc im wcześniej. Bo nie były nigdzie zameldowane, a więc właściwie nie istniały? A Ameryka to nie Szwecja czy Norwegia i opieka społeczna jest tam niewydolna? Nie wiem, ale wcale by mnie to nie zdziwiło.

Na osobne studium zasługuje grany przez Willema Dafoe Bobby, menadżer motelu. Wrażliwy, opiekuńczy, rozdarty pomiędzy sympatią i litością dla dzieci oraz ich matek a wkurzeniem i świadomością, że dalej tak być nie może.

Świetny, świetnie zagrany, poruszający, niejednoznaczny film. Ale skoro zestawia się go z "Moonlight", to muszę szczerze wyznać, że dla mnie to ten ostatni jest mistrzostwem kina. Jeszcze lepszym, jeszcze głębszym, jeszcze bardziej niejednoznacznym i jeszcze bardziej poruszającym.

Popularne posty