Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty

Kateryna Babkina "A pamiętasz, mamo?"

Najnowsza powieść ukraińskiej pisarki Kateryny Babkiny "A

pamiętasz, mamo?" (Warstwy 2023; przełożył Bohdan Zadura) to jedna z pierwszych książek, zwłaszcza beletrystycznych, które zostały napisane już po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i bezpośrednio się do niej odnoszących. Wiele ukraińskich pisarek i wielu pisarzy zamilkło, potem zaczęła się pojawiać poezja, teraz błyska raczej coś z non fiction. Wydaje mi się, że nie słyszałam o żadnym innym ukraińskim tytule powieści czy zbioru opowiadań, które powstały  już po 24 lutego 2022 roku, odnosiły się do doświadczeń tego etapu wojny i zostały w Polsce wydane. 

Zanim przejdę do samej książki, kilka słów o pisarce. Jej znakomity zbiór opowiadań "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek" dostał dwa lata temu (2021) Angelusa, czyli przyznawaną we Wrocławiu literacką nagrodę dla pisarek i pisarzy z Europy Środkowej. Przyznam, że nie od razu po niego sięgnęłam, tu dała znać o sobie moja niechęć do opowiadań. Była to jedna z tych książek ukraińskich, na którą rzuciłam się w ramach zacierania białych czytelniczych plam po wybuchu wojny. Zachwyciła mnie całkowicie i odtąd postanowiłam za twórczością  Kateryny Babkiny podążać. Wcześniej ukazał się w Polsce jeszcze jeden zbiór opowiadań, tomik poezji i krótka powieść "Sonia", którą zamierzam przeczytać. Pisarka razem z Tamarą Dudą ("Córeczka") i Hałyną Kruk (zbiór opowiadań "Ktokolwiek, tylko nie ja" - czytałam, nie napisałam, warto sięgnąć) była gościnią tegorocznego Festiwalu Conrada, a ja oczywiście nie mogłam ominąć ich bardzo ciekawej dyskusji. Tyle tytułem wstępu, a teraz czas przejść do książki.

"A pamiętasz, mamo?" to pozycja krótka, niecałe dwieście stron - autorka najwyraźniej lubi kondensować treść, bo jej poprzednie książki też nie grzeszą objętością. To powieść napisana w formie listów do mamy. Pisze je nastoletnia dziewczyna, raczej licealistka, która w jakiś czas po wybuchu wojny trafia ze swoją kilkumiesięczną przyrodnią siostrą, Iwanką, do ojca od dawna mieszkającego w Wiedniu. Po rozwodzie rodziców miała z nim wielokrotnie kontakt, odwiedzała go, spędzała z nim wakacje. Niemniej jednak nie dzielili codzienności, a ich więź nie była bardzo głęboka. Więcej w niej tego, co daje rodzic widujący swoje dziecko głównie z doskoku, czyli rozpieszczania, prezentów, wspólnych podróży. 

Ojciec narratorki jest człowiekiem, który w Wiedeń już wrósł, dobrze mu się powodzi, a posiadanie pieniędzy najwyraźniej ma dla niego znaczenie - narratorka lubi ironicznie podkreślać, że kupując coś dla niej czy dla Iwanki, wybrał oczywiście najdroższy model. Mieszka w dobrej dzielnicy w dużym mieszkaniu, wiele potrafi załatwić, jest zaradny. Żyje życiem singla, chociaż na horyzoncie majaczy jego partnerka, pewnie już któraś z kolei. Jego pobieżna charakterystyka może zniechęcać, ale ja czuję do niego sympatię. Mnie kojarzy się raczej z takim niebieskim ptakiem, może trochę Piotrusiem Panem niż z nowobogackim. Jako że znakomicie ogarnia rzeczywistość, kiedy trafia razem ze swoją córką do punktu pomocy uchodźcom ukraińskim, w którym ona od czasu do czasu pomaga, natychmiast dostrzega wszystkie jego słabe punkty i bezinteresownie angażuje się w ich naprawienie. 

Teraz, kiedy znaleźli się w tych nieoczekiwanych dla siebie okolicznościach i nie wiadomo, jak długo to potrwa, muszą budować swoją więź na nowo, a jest to tym trudniejsze, że przecież narratorka to wojenna uchodźczyni. Została wyrwana ze swojego dobrego, też zamożnego, życia (właśnie miała z matką, Iwanką i ojczymem Orestem lecieć na Malediwy, gdy wybuchła wojna), w dodatku przywiozła ze sobą niemowlę, o którego istnieniu jej ojciec nie miał pojęcia. Była żona nie musiała mu się przecież spowiadać ze swojego nowego życia, kontaktowali się tylko w sprawach wspólnej córki. Kto ma się Iwanką teraz zajmować? Nieoczekiwane tragiczne zdarzenia zaskoczyły wszystkich, wszystkim zburzyły codzienność. Jemu wygodną rutynę, narratorce wywróciły świat. Jak się mają w tym odnaleźć? Co tak naprawdę przeżyła? Na pewno doświadczenie drogi spod Kijowa do Lwowa, potem do granicy austriackiej, gdzie odebrał ją ojciec. 

Nie wiem, czy jestem taka jak on, ale wtedy na granicy przez chwilę czułam, że toczymy ze sobą pojedynek jak równy z równym. Co prawda ja miałam zajęte ręce, za to on w ogóle nie był przygotowany na taką sytuację, bo przecież na coś takiego nie da się przygotować.

Nikt teraz nie wie, jak z wami postępować. Ani specjaliści, ani zwykli ludzie, ani ci, którzy was kochają. Jak postępować z tym, co przeżyliście, co widzieliście, i z tym, co myślicie. Z tym, co, gdzie i jak was złamało. I bez tego nie wiadomo, jak robić z nastolatkami, ale co robić z wami - nikt nie ma najmniejszego pojęcia.

Każdy list zaczyna się od tytułowej frazy: A pamiętasz, mamo? Potem następują albo wspomnienia przedwojennego życia, albo opowieści o tym, co dzieje się z narratorką w Wiedniu. Listy są pisane w lekkim tonie, początkowo odniosłam wrażenie, jakby narratorkę niewiele  z tego, co się stało, dotknęło. Gdyby nie kontekst znany od początku, można by pomyśleć, że nastolatka z zamożnego domu, której niczego nie brakowało ani nie brakuje, zamieszkała na jakiś czas z ojcem i relacjonuje mamie swój pobyt u niego. Coś niepokojącego do tej miłej, beztroskiej narracji mogłaby wprowadzać swoją obecnością Iwanka, niemowlę skądinąd wyjątkowo grzeczne, nienastręczające wielu problemów. No bo jak to? Matka wysłała kilkumiesięczne dziecko ze starszą siostrą do jej ojca? Dlaczego niby nastolatka miałaby się nim zajmować? Ale z drugiego listu dowiadujemy się, co i jak, więc się nie dziwimy. Potem zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego narratorka zwracając się do mamy: A pamiętasz, mamo? opowiada jej o tym, co dzieje się w Wiedniu. Jak mama może to pamiętać, skoro jej tam nie ma? Z czasem śladów wojennych przeżyć uchodźczyń i uchodźców dostajemy coraz więcej. Narratorka chodzi najpierw sama, potem z ojcem, pomagać w punkcie z darami, o czym już wspominałam, no i przede wszystkim pojawia się Dawid. Kilka lat starszy, minęli się gdzieś w tłumie we Lwowie, potem na granicy austriackiej. Później wpadają na siebie w Wiedniu. Dawid jest dziwny, pojawia się i znika, milczy. Milczenie i dziwne zachowanie to wynik tego, co przeżył w czasie wojny. Jego historia, opowiedziana krótko, bez patosu, bez epatowania okrucieństwem, jest naprawdę tragiczna. Jeśli przyzwyczailiśmy się do tej wojny, to właśnie ona pozwala na nowo uświadomić sobie, ile nieszczęść się za nią kryje. 

Wielką zasługa Kateryny Babkiny polega właśnie na tym, że nie epatuje okrucieństwem i nie dostarcza łatwych wzruszeń. To raczej nie jest książka, nad którą się płacze. Z każdym kolejnym listem zdajemy sobie jednak sprawę, że coś tu nie gra. Że narratorka to nie  beztroska nastolatka, która nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i spędza miły czas z ojcem w Wiedniu, a  ewentualne niedogodności wynikają tylko z tego, że ma pod opieką malutką siostrę. Zresztą ojciec szybko zatrudnia do pomocy przy Iwance sympatyczną Ukrainkę, Wirę. W końcu zaczynamy rozumieć, że ta beztroska, ten okrężny sposób pisania jest efektem wyparcia tego, co się zdarzyło, traumy, jaką bohaterka przeżywa. Wreszcie, znowu w sposób lakoniczny, bez epatowania nieszczęściem i okrucieństwem wojny, dowiemy się, co ją spotkało.

Jest więc ta powieść pisanym na gorąco świadectwem pierwszych miesięcy po inwazji. Doświadczeniem świeżym, także dla autorki. Jak oddać ten czas? Jak pisać o ludziach, zwłaszcza o dzieciach, ich matkach, osobach starszych, które zostały nagle wyrwane ze swojego świata? Musiały nagle porzucić wszystko i ruszyć w nieznane. Na jak długo? Jest to zarazem doświadczenie uniwersalne, bo przecież nie pierwszy raz, i niestety nie ostatni, ludzie zostają postawieni w takiej sytuacji. Powieść przypomina, że są takie zdarzenia i sprawy, na które nie mamy żadnego wpływu, które naprawdę nie od nas zależą i dlatego zadawanie sobie pytania: dlaczego? nie ma sensu.

I wiesz, co jej powiedziałam? Że w takim razie świat to kompletny chaos, a ona przyznała mi rację. I dodała, że negować tego w ogóle nie ma sensu, ale można nauczyć się nie cierpieć z tego powodu.  I że to, oczywiście, nie dotyczy nauki czy jakichś strategicznych decyzji, ale na co dzień lepiej zapomnieć o pytaniach "Dlaczego coś się stało?" ...

Mimo wrażenia lekkości stwarzanego przez bohaterkę książka Kateryny Babkiny pozostała we mnie i, jak to się ostatnio często mówi, nadal we mnie pracuje, nadal coś mi robi.

Filmowe remanenty - "Spragnieni miłości", "Film balkonowy", "Lingui"

Dzisiaj o trzech kolejnych znakomitych filmach. Te obejrzałam w ciągu ostatniego tygodnia.

"Spragnionych miłości" widziałam przed laty w kinie, kiedy film miał swoją premierę. Zakochałam się w nim, nie ja jedna, zawsze marzyłam, aby zobaczyć go jeszcze raz. Nigdy nie pojawił się ponownie, na żadnych przeglądach, w telewizji też się na niego nie natknęłam. Aż tu nagle jesienią trafiło do kin pięć zrekonstruowanych cyfrowo filmów Wonga Kar Wai'a. Niestety pokazywane były krótko i nie udało mi się wstrzelić w seans. Tym razem kiedy w tygodniu przedświątecznym znienacka wróciły po raz kolejny do mojego ulubionego kina, nie mogłam odpuścić. Po latach "Spragnieni miłości" robią takie samo wielkie wrażenie. W końcu to historia ponadczasowa, uniwersalna, jaką kino i literatura uwielbiają. Historia pary nieszczęśliwych kochanków, którzy nie mogą być razem. A właściwie nie chcą, bo pragną zachować się etycznie. Zbliżyło ich sąsiedztwo i odkrycie, że ich wiecznie nieobecni małżonkowie mają romans. Powoli rodzi się uczucie, ale nie chcą być tacy jak oni. Czy dojdzie do spełnienia, czy nie, to kwestia otwarta. Film oparty jest na niedopowiedzeniach. Możemy się domyślać i spekulować. Być może "Spragnieni miłości" byliby jeszcze jednym melodramatem, gdyby nie mistrzowska robota reżyserska. Tu wszystko gra, wszystko buduje nastrój i atmosferę. Akcja rozgrywa się w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku w Hongkongu, gdzie mieszka wielu uciekinierów z Chin. Ciasnota mieszkań, w których gnieździ się wiele rodzin, a wszyscy się wzajemnie obserwują, ciasnota wąskich zaułków, ciemne kadry, deszcz, stroje i fryzury kobiet, szczególnie głównej bohaterki, i niesamowita muzyka - to stwarza ten film. Plus subtelność - wszystko rozgrywa się w niedopowiedzeniach, w gestach, spojrzeniach, przelotnym dotyku, pomiędzy słowami. Trudno nie poddać się atmosferze, trudno się nie zadumać i nie wzruszyć. Mistrzostwo świata. 

I coś zupełnie innego. Długo zapowiadany, poprzedzony znakomitymi recenzjami dokument Pawła Łozińskiego "Film balkonowy". Idea była prosta, a zrodziła się z trochę podobnego niezrealizowanego projektu na wspólny film obu Łozińskich, syna i jego ojca Marcela. Tu pomysł polega na tym, że reżyser ustawia na balkonie swojego mieszkania na Saskiej Kempie kamerę i czeka na przechodniów, licząc na to, że się zainteresują i zaczną rozmawiać. Jak mówi w licznych wywiadach, szybko zrozumiał, że tak się nie da - samo się nie zrobi, trzeba zagadać, więc na przynętę rzucał pytanie o sens życia. Jedni się na ten haczyk złapali, inni wykręcali. Ktoś pojawił się raz, kilku bohaterów powraca i powstaje z tego jakaś historia. Paweł Łoziński kręcił swój film dwa lata, przez ten czas przewinęło się przed jego kamerą mnóstwo przechodniów - sąsiadów bliższych i dalszych, większość to pewnie osoby, których nie znał. O czym mówią? Niektórzy o życiu, o swoich rozczarowaniach, o tęsknocie za zmarłym mężem albo przeciwnie o radości z rozstania, o dziecku, które ma przyjść na świat, o bezradności, o starości, inni cokolwiek, nawet to, że nie mają nic do powiedzenia. Jedni są śmieszni, drudzy zadziorni, jeszcze inni wzruszający. Tworzy się z tego niesamowita mozaika. Prosty, znakomity film. Mimo wszystko optymistyczny i jasny.

PS. Krzepiąca wiadomość dla tych, którzy film widzieli. W jednym z wywiadów Paweł Łoziński zdradził, że mężczyzna, który wyszedł z więzienia, ułożył sobie życie. 

Ostatni z filmów afrykański "Lingui" byłabym przegapiła. Na szczęście w porę usłyszałam, że jak najbardziej warto go obejrzeć. To historia matki i jej piętnastoletniej córki, które mieszkają na obrzeżach stolicy Czadu. Amina sama wychowuje nieślubne dziecko. Musi ciężko pracować, aby zapewnić Marii lepszą przyszłość. Nie może liczyć na rodzinę, która się od niej odwróciła. Nagle względną stabilizację burzy wiadomość, że córka jest w ciąży. To nie tylko przekreśla jej nadzieje na zdobycie wykształcenia, zostaje usunięta ze szkoły, ale rodzi obawy, że powtórzy los swojej matki. Dziewczyna chce ciążę usunąć, ale tego zabrania i religia, i prawo w jej kraju. Amina nie wie, co robić. To piękny film, ogląda się go z zapartym tchem, a mimo wartkiej akcji niepozbawiony jest poetyckiego klimatu. Z jednej strony to, co oglądamy na ekranie, budzi wściekłość na patriarchat, na męską opresję. Faceci nie dość, że nie pomagają, nie dość, że roszczą sobie prawa do ciał kobiet, to jeszcze nie pozwalają im posprzątać po sobie, czytaj tworzą prawo, które zakazuje aborcji. Tu muszę wspomnieć o "Obiecującej młodej kobiecie", która jakoś kojarzy mi się z tym filmem, może też z powodu złości na facetów. Mimo że Amina jest kobietą samodzielną, która nie raz udowodniła, że potrafi zadbać o siebie i córkę, to jednak kiedy przychodzi co do czego, styka się z opresją mężczyzn, którzy dyktują jej i jej córce, jak mają postępować. Ale film ma też swoją jasną stronę. Bo Amina pod wpływem sytuacji, pod wpływem wielkiej miłości do córki zmienia się. Już nie będzie pokornie słuchała pouczeń imama ani udawała słabą, chociaż naprawdę jest silna. Stoczy walkę. I napotka na swojej drodze inne kobiety, które będą chciały pomóc jej i Marii. Stworzy się między nimi silna więź, bo lingui oznacza właśnie więź. Tak, to także piękny film o kobiecej solidarności. Nie przepadam za słowem siostrzeństwo, ale ono pasuje tu jak ulał. I jeszcze jedno. Oglądając ten film, nie mogłam oprzeć się refleksji, że niezależnie od szerokości geograficznej kobiety mierzą się z tymi samymi problemami. Walka Aminy i Marii o usunięcie ciąży niczym się nie różni od walki, jaką stoczyła bohaterka amerykańskiego filmu "Nigdy, rzadko, czasami, zawsze". Nie przegapcie "Lingui" - to piękny, mocny film. Na szczęście więcej w nim jasności niż ciemności.

Magdalena Grochowska "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I)

Chociaż jestem wielką fanką pisania Magdaleny Grochowskiej, a

stało się tak, kiedy przeczytałam książkę "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" jej autorstwa, jakoś nie miałam ochoty sięgać po kolejną biografię, która wyszła spod jej pióra - "Różewicz. Rekonstrukcja" (tom I) (Dowody na Istnienie 2021). Dlaczego? Bo życie poety wydało mi się na nieinteresujące, zwyczajne, żeby nie powiedzieć nudne. No może wypadałoby przeczytać, to przecież ważny artysta, jeden z kamieni milowych polskiej poezji i dramatu dwudziestego wieku, myślałam, ale wielką chęcią nie pałałam. Do czasu. Bo kiedy usłyszałam pierwszą rozmowę Magdaleny Grochowskiej o jej najnowszej książce, o zmaganiach z biografią poety i dramaturga, od razu zmieniłam zdanie. I nie żałuję. To, co wydawało mi się nudne i zwyczajne, okazało się fascynujące i dramatyczne.

Ale początki nie były łatwe. Magdalena Grochowska w swoich obu książkach, tej o Giedroyciu i drugiej, jaką przeczytałam, "W czasach szaleństwa. Hertz, Fiłosofow, Stempowski, Moltke" przyzwyczaiła mnie do innego sposobu pisania. Przezroczystego - jej, reporterki, biografki, w tych pozycjach nie było. Tymczasem tu jest inaczej, szczególnie na początku. Zanim zacznie na dobre opowiadać o Różewiczu, zwierza się z trudności, na jakie napotykała w swojej pracy. Z tego, że poeta się jej wymykał, że trudno go było namierzyć, że zacierał ślady, ukrywał to, co ważne. I nie byłoby w tym nic złego, bo mnie obecność reportera w reportażu nie przeszkadza, byle z umiarem, gdyby nie język, jakim posługuje się Grochowska w pierwszych rozdziałach, tych, które są takim swoistym rozbiegiem do prawdziwej biografii. Powiem wprost - jest to język egzaltowany, barokowy, pełen niedomówień. Na szczęście to tylko początek, potem jest bardzo, bardzo ciekawie. Jakbym otwierała jakąś niezapisaną księgę. To, co w szkolnych podręcznikach, leksykonach i encyklopediach sprowadza się do jednego suchego zdania, dzięki pracy biografki zostaje rozwinięte, a przed czytelnikiem odkrywa się cały dramat losu Różewicza. Uwielbiam takie odkrycia. 

Napisałam, że jest to książka bardzo, bardzo ciekawa, ale jest też bardzo, bardzo smutna. Ta biografia boli! Dlaczego? Z kilku powodów. Wojna sprawiła, że potem już nic nie było takie samo. Partyzantka, która wcale nie była doświadczeniem romantycznym, o czym odważył się Różewicz napisać w swoim dramacie "Do piachu", za który oberwał srogo, a i dziś, gdyby go wystawiono, rzuciliby się na niego obrońcy ojczyzny i strażnicy jedynej słusznej wersji przeszłości. Dezercja. Śmierć starszego brata, utalentowanego poety. No właśnie - to jedno z odkryć. Doskonale wiedziałam, że Różewicz miał brata Stanisława, cenionego reżysera filmowego, ale nigdy nie słyszałam o najstarszym, Januszu, który dla poety był wzorem, autorytetem, opiekunem. Ale wojenny dramat Różewicza nie sprowadzał się tylko do tego. To także śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie groziło jego matce z racji pochodzenia - była Żydówką. Co z tego, że jeszcze w młodości przeszła na katolicyzm i czuła się Polką, dla hitlerowców nie miało to żadnego znaczenia. Niebezpieczeństwo groziło także jej dzieciom, bo i one według prawa okupanta były Żydami. Również jej mężowi, bo według tego samego rozumowania ukrywał ich. I o tym, o powikłanej, tragicznej i fascynującej historii jego matki, o tym, że unikał tematu jej pochodzenia, także nie miałam pojęcia. Grochowska zastanawia się, czy ma prawo o tym pisać, skoro  poeta o tym nie mówił. A nie mówił z oczywistych powodów. Mimo tego znaleźli się dobrze poinformowani, którzy wielokrotnie w różnych miejscach przy jego nazwisku rysowali gwiazdę Dawida. Dlatego autorka pyta, a odpowiedzi otrzymuje różne, w końcu jednak dochodzi do wniosku, że biografia poety byłaby skłamana bez opowieści o jego korzeniach .

Wojna, która zdewastowała Różewicza, zniszczyła jego świat, młodość, plany, odebrała szansę na normalny rozwój, położyła się też cieniem na dalszym życiu. Przed poetą rozwarła się czarna jama rozpaczy, beznadziei, braku poczucia sensu. Dlatego uznał, że nie da się już pisać tak jak kiedyś, ładnie, nie był jedyny, który tak sądził, stworzył swój wiersz, nazywany nawet od jego nazwiska różewiczowskim. Ten sposób pisania, niepoetycki, jak pisze Grochowska, niemal reporterski, początkowo przysporzył mu wrogów. Dlatego między innymi poeta trzymał się na uboczu środowiska literackiego. Znacznie bliżej było mu do malarzy. Źle się czuł w słynnym kołchozie pisarzy na Krupniczej w Krakowie, gdzie na jakiś czas i on znalazł swoją przystań. Miał też silne poczucie nieprzystawalności - studiował, ale dziwiło go, że po tym, co się stało, można normalnie żyć, zdawać egzaminy, uczyć się, wymagać. Był rozdwojony - czuł, że świat się skończył, że nie uchroniła ludzi ani religia, ani sztuka, ale z drugiej strony zaczął studiować właśnie historię sztuki, aby odbudować wiarę w jej moc i w człowieka. Powinien milczeć, a jednak nie potrafił i pisał. Można by o nim powiedzieć to, co on powiedział o swoim przyjacielu - przeżył piekło, a jest kochankiem życia. Lubił podkreślać też swoją prowincjonalność. Jeszcze bardziej na boczny tor odsunęła go świadoma decyzja, aby zamieszkać w Gliwicach, które wtedy, kilka lat po wojnie, zupełnie nie przypominały miasta, jakim są dziś. Wojenne doświadczenia, niezrozumienie, krytyka, osobność to powody, dla których, jak napisałam, ta biografia mnie bolała. 

Ale to nie jest tak, że Różewicz był tylko szlachetnym męczennikiem. Ta książka nie została napisana na kolanach, nie jest hagiografią. Autorka pokazuje też mniej sympatyczną twarz poety. Pisze o jego stosunku do kobiet, który dziś trudno zaakceptować. Miał ogromny szacunek dla kobiet starych, dla matek Polek - figura matki, starej kobiety zajmowała ważne miejsce w jego twórczości. Był silnie związany ze swoją matką i teściową, obie mieszkały do swojej śmierci u Różewiczów. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w stosunku do młodych kobiet był po prostu mizoginem. Grochowska przytacza na to dowody - cytaty z listów, wywiadów, audycji. Jeden sięga nawet roku dwutysięcznego! Nie był też najlepszym ojcem. Zajmowanie się domem i dziećmi spadało na żonę. On pisał i nie wolno było mu przeszkadzać. Często był też nieobecny, bo wiele podróżował. Te wojaże również mogą być źródłem zastrzeżeń - korzystał z możliwości, jakie stwarzało literatom komunistyczne państwo. Oczywiście nie on jeden. Rażą jednak Grochowską jego reportaże z Węgier - jakby nie dostrzegał tragedii rewolucji 1956 roku, jaka się tam rozegrała. 

Autorka jak zwykle ma za sobą ogromną pracę. Przekopała się przez dokumenty, próbowała przyszpilić swojego bohatera, szukając tropów w jego twórczości, rozmawiając z przyjaciółmi, rodziną, która udzieliła jej wsparcia, znawcami jego życia i twórczości. Jeździła też śladami poety, o czym opowiada, przybliżając czytelnikowi miejsca dla niego ważne. Warto też dodać, że nie jest to biografia ortodoksyjnie chronologiczna - poszczególne rozdziały, chociaż wyznaczane etapami jego życia, podporządkowane są bardziej problemom, dlatego autorka wybiega w przód, aby w potem znowu się cofnąć. 

Bardzo ciekawa, chociaż emocjonalnie niełatwa, lektura. Czekam na drugi tom, który dopiero powstaje.   

Waldemar Bawołek "Echo słońca"

Wstyd się przyznać, ale o Waldemarze Bawołku usłyszałam

właściwie dopiero w tym roku. Może słowo usłyszałam nie do końca jest tu adekwatne. Powinnam raczej napisać, że jego nazwisko mocno dotarło do mojej świadomości. No bo słyszeć przecież musiałam, skoro wydawało go Czarne, którego ofertę wydawniczą pilnie śledzę, no i skoro już wcześniej dwukrotnie był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia. Dlaczego wobec tego dopiero teraz zwróciłam na niego uwagę? Stało się tak najpierw przy okazji rozmowy o jego książce "Furtka przy dozorcy" w Nowym Tygodniku Kulturalnym, a potem kiedy za książkę "Pomarli", wiele i bardzo dobrze mówiło się o niej, został nominowany do wspomnianej już Gdyni, którą dostał, i do Nike. Chociaż wydawało mi się, że może to niekoniecznie literatura, jaką lubię najbardziej, to uznałam, że powinnam, a właściwie lepsze tu będzie słowo chcę, poznać. Przynajmniej spróbować. A ponieważ gdzieś przeczytałam, że przygodę z twórczością Bawołka najlepiej zacząć od "Echa słońca" (Czarne 2017), tak właśnie zrobiłam. Oprócz tego za jednym zamachem kupiłam też "Furtkę przy dozorcy", którą tu dziś przywoływałam. Na pewno przeczytam też "Pomarłych".

Zanim podzielę się refleksjami o "Echu słońca", słów kilka o autorze, bo to ważne w kontekście jego twórczości. Waldemar Bawołek jest pisarzem osobnym, długo nie przynależał do literackiego światka, a może i dziś do końca nie przynależy. Pochodzi z Ciężkowic, niewielkiego miasta niedaleko Tarnowa, i nadal tam mieszka. I to właśnie w jego rodzinnej miejscowości najczęściej rozgrywa się akcja książek, które pisze, a  jej mieszkańcy są ich bohaterami. W swojej twórczości obficie czerpie z własnych doświadczeń, ze swojego życia. Imał się różnych prac. Zacytuję za biogramem ze strony Czarnego: pracował jako instruktor higieny w Terenowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, samodzielny referent zaopatrzenia w Zakładach Azotowych, zarządzał piekarnią Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Gromniku, wykonywał prace fizyczne jako robotnik gospodarczy przy Urzędzie Gminy w Ciężkowicach.

Po przydługim wstępie i ważnych informacjach o pisarzu czas na refleksje o "Echu słońca". Akcja tej powieści, a jakby inaczej, rozgrywa się w Ciężkowicach. Jej bohaterem i narratorem zarazem jest pięćdziesięcioletni mężczyzna. Życie upływa mu na opiece nad matką, która  nie jest co prawda osobą ze względu na wiek czy choroby unieruchomioną w domu, ale rzadko z niego wychodzi. Wobec tego syn robi zakupy i załatwia wszystkie jej życiowe sprawy. Oprócz tego pije, pali, spotyka się z kolegami podobnymi do niego, którzy też piją, palą, gadają oraz opiekują się starymi matkami, i wspomina przeszłość. 

Chociaż to proza jak najbardziej realistyczna, to czasem bywa odrealniona. Dzieje się tak właśnie wtedy, kiedy narrator zaczyna przywoływać rozmaite zdarzenia ze swojego życia. Wtedy teraźniejszość miesza się z przeszłością, to, co teraz, płynnie przechodzi w to, co było. Dlatego te wspomnienia mają czasem oniryczny charakter. Z realistycznego toku opowieści może też wybić czytelnika zabieg zamiany narratora - od czasu do czasu narracja przechodzi w trzecioosobową, a bohater staje się Skrytkiem, jednym z kilku (kilkunastu?) opisywanych na kartach powieści mężczyzn. Czy właśnie temu ten zabieg ma służyć? Bo przecież główny bohater swoją refleksyjną naturą wyróżnia się jakoś spośród swoich kumpli. Tymczasem w tych fragmentach dzieje się tak, jakby ten trzecioosobowy narrator mówił mu - tak mędrkujesz, ale zobacz, żyjesz jak oni, wegetujesz, trwonisz siebie.

Co wspomina Skrytek? Swoją pierwszą miłość, nieudane małżeństwo, kolegów, czasy szkolne. Jakby szukał w swojej przeszłości odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziś tak wygląda jego życie. Jakby szukał straconych szans, zaniechanych decyzji, złych wyborów. 

Jednym z tematów tej powieści są relacje matki i syna. Mieszkają razem, on rzetelnie spełnia swoje obowiązki wobec niej, martwi się o jej zdrowie. Są na siebie skazani i symbiotycznie ze sobą związani. Ale, jak to często w życiu bywa, nie jest to układ sielankowy. Matka ma stale do niego pretensje, stale gdera. A to zakupy nie takie, a to nie wrócił na czas, a to włóczy się z kolegami, a to pije, a to nie potrafi niczego załatwić. Nic dziwnego, że syn ma czasem dość jej narzekania i wiecznego niezadowolenia. I tak pomiędzy przyciąganiem i odpychaniem, miłością i irytacją, czułością i zniecierpliwieniem rozciąga się ta matczyno-synowska relacja.

Ale to, na co najbardziej zwróciłam uwagę, to cień przemijania i śmierci, który rozciąga się nad bohaterami powieści. Umierają matki i umierają koledzy bohatera. One ze starości i z chorób będących przypadłością ich wieku, oni ze złego traktowania swoich ciał - picia, palenia, byle jakiego jedzenia. Bohater stale odwiedza kogoś w szpitalu, a potem chodzi na pogrzeby. Bardzo to melancholijna książka. Chciałam też użyć słowa pesymistyczna, ale nie wiem, czy jest właściwe. Raczej bohater przyjmuje do wiadomości, że taka jest kolej rzeczy, że tak być musi. I tkwi w marazmie, trochę dlatego, że jest więźniem powinności rodzinnej, a trochę dlatego, że nie bardzo wie, co miałby ze swoim życiem zrobić. A może  rozumie, że i tak na nic nasze starania, i tak koniec dla wszystkich jest jeden, choćbyśmy się nie wiem, jak starali, więc po co się szarpać.

Bardzo ciekawa proza, szukająca w banale codzienności czegoś więcej. Nie ma tu jej uwznioślania, nadawania posmaku niezwykłości i baśniowości. To coś, co nie bardzo umiem nazwać. Szukanie odpowiedzi na egzystencjalne rozterki i metafizyki? Brzmi banalnie, ale może właśnie o to chodzi. 

Vivian Gornick "Przywiązania"

Tym razem najpierw zainteresował mnie temat - dzieciństwo

spędzone na Bronksie, żydowska rodzina, najmniej relacja matki i córki, co tak mocno wybijane jest w informacjach na temat tej książki. Potem dowiedziałam się, że "Przywiązania" Vivian Gornick (Filtry 2021; przełożył Łukasz Witczak), bo o nich dziś będzie, to także ważna pozycja feministyczna. Kim jest autorka? Dziś, jak można przeczytać na stronie Filtrów, literacką gwiazdą. Ale została nią późno - miała pięćdziesiąt jeden lat, kiedy wydała "Przywiązania" (1987), które przyniosły jej sławę. Wcześniej długo szukała swojej drogi, była aktywistką i pracowała jako dziennikarka w kilku nowojorskich gazetach. Zajmowała się między innymi krytyką literacką. Mam nadzieję, że doczekamy się przekładów innych książek Vivian Gornick.

"Przywiązania" czyta się jednym tchem. Ponieważ jestem świeżo po lekturze "Słownika rodzinnego" Natalii Ginzburg, który wyszedł w tym samym wydawnictwie, trudno nie pokusić się o krótkie porównanie, wszak obie książki to literatura wspomnieniowa. Obie znakomite, ale jakże różne. Ginzburg pisze przede wszystkim o rodzinie, ważnym tłem jej wspomnień są wydarzenia polityczne, ona sama jest tylko jedną z bohaterek swojej opowieści i to wcale nie najważniejszą. Właściwie pozostaje w cieniu. Gornick przeciwnie - na pierwszym miejscu stawia siebie i swoją relację z matką. Ale największa różnica tkwi w sposobie opowiadania. "Słownik rodzinny" to dość chłodna relacja, niemal wyprana z uczuć, "Przywiązania" są opowieścią bardzo osobistą, emocjonalną, pełną refleksji i namysłu nad sobą.

Ramą tej książki są spacery autorki i jej matki po Nowym Jorku, głównie po Manhattanie, gdzie mieszkały wtedy, kiedy "Przywiązania" powstawały. Stają się one pretekstem do rozmów i wspomnień. Najpierw Gornick pisze o swoim dzieciństwie spędzonym w kamienicy na Bronksie zamieszkiwanej głównie przez żydowskie robotnicze rodziny, później o swojej drodze do samodzielności - studiach, nieudanym wczesnym małżeństwie, związkach z mężczyznami, pierwszych krokach w pracy, ale przede wszystkim o poszukiwaniu siebie. Chociaż matkę i córkę zdaje się dzielić wszystko - epoka, na którą przypadła ich młodość, wykształcenie, stosunek do małżeństwa, miłości, mężczyzn - to ich relacja, chociaż trudna, nie jest toksyczna ani wroga. Wzajemne zrozumienie przychodzi z wiekiem. Matka, która kiedyś jak lwica starała się bronić cnoty córki, po latach zaakceptuje jej wieloletni związek z żonatym mężczyzną. 

Obie są silnymi osobowościami. Matka, apodyktyczna, od zawsze miała swoje zdanie na każdy temat, które wygłaszała pewnym siebie tonem. Nie będziesz mnie pouczać, co ty tam wiesz, nie ma w tej książce niczego, czego bym nie wiedziała - te frazy wygłaszane zniecierpliwionym tonem w gruncie rzeczy miały ukryć jej niepewność i kompleksy. Zanim wyszła za mąż, pracowała jako księgowa, działała w komitecie blokowym, broniąc lokatorów. Potem była już tylko żoną i matką.  Z góry patrzyła na swoje sąsiadki z kamienicy. Czuła się od nich lepsza, bo jej małżeństwo uchodziło za szczęśliwe. W przeciwieństwie do ich. Wyidealizowała swoją miłość do męża. Jego przedwczesna śmierć położyła się cieniem na życiu rodziny na długie lata. Przede wszystkim dlatego, że swoje cierpienie postawiła na pierwszym miejscu. Nic więcej się nie liczyło. Dlaczego? Może dlatego, że godząc się z czasem ze stratą męża, zaprzeczyłaby  wszystkiemu, co tak starannie zbudowała? Przede wszystkim wykreowanemu obrazowi szczęśliwej miłości, która dawała jej prawo do bycia kimś lepszym niż jej sąsiadki z kamienicy. Po latach powie córce:

Miłość była wszystkim, co miałam. Bo co innego miałam? Nic. A co mogłam mieć? (...) ty miałaś swoją pracę, masz swoją pracę. No i podróżowałaś. (...) Ile bym dała za podróże! Ja miałam tylko miłość twojego ojca. To była jedyna słodycz mojego życia. I dlatego kochałam jego miłość. Jaki miałam wybór? 

Córka zarzuci jej, że tak uporczywie pielęgnowaną fantazją miłości do męża zmarnowała sobie życie. Za to Vivian Gornick swoje starała się budować w opozycji do wzorców, które matka chciała jej wdrukować. Popełniała błędy, ale robiła to na własny rachunek, chcąc żyć po swojemu. Jej droga wcale nie była prosta. Próbując zachować balans pomiędzy związkiem z mężczyzną, a byciem samodzielną, miotała się, szarpała, oszukiwała siebie. Bo niby żyła po swojemu, pracowała, szukała swojej drogi zawodowej, rozwijała się, świadomie, jak się domyślamy, zrezygnowała z macierzyństwa, ale uzależniała się uczuciowo od mężczyzn, z którymi była. Pozwalała im dominować, nie dostrzegała ich wad, nie widziała, że ją przytłaczają swoją osobowością. A kiedy po kolejnym rozstaniu żyła samotnie, tęskniła za miłością. Taki paradoks. Ale przecież to doświadczenie wspólne wielu kobietom. Bo pisząc tak szczerze o swojej matce i o sobie, pisze o nas, kobietach. Zakończę cytatem, który znakomicie oddaje te dylematy, sprzeczność uczuć i emocji.

Życie jest trudne. Chwała i znój. Idee są porywającym towarzystwem. Samotność mnie zjada. Gdy udaje mi się zachować równowagę między wysiłkiem a żalem nad sobą, czuję się jedną z kobiet osobnych - częścią wielkiego przedsięwzięcia trwającego nieprzerwanie od dwóch wieków - i jestem tym wzmocniona, rośnie we mnie nowy duch, nowa siła. Gdy tracę ową równowagę, czuję się przegrana, wręcz pogrzebana za życia, bez miłości ani więzi. Przyjaźnie wydają się przypadkowe, narastają konflikty, praca jest sumą niepowodzeń.    

Marcin Wicha "Rzeczy, których nie wyrzuciłem"

Nie czytałam poprzedniej książki Marcina Wichy, nie planowałam też lektury ostatniej - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" (Karakter 2017), ale kiedy tyle się o niej mówiło, że zaczęła wyglądać z przysłowiowej lodówki, uległam i w końcu kupiłam. A gdy wreszcie już się za nią zabierałam, Marcin Wicha dostał Nike. Muszę wyznać, że teraz, kiedy już ją znam, uczucia mam mieszane. Nastawiłam się na coś niezwykłego, mocnego, tymczasem nic z tego. Chciałoby się powiedzieć - jak zachwyca, kiedy nie zachwyca. Oczywiście nieco przesadzam, bo to nie jest tak, że się męczyłam, przeciwnie - połknęłam książkę Marcina Wichy w ciągu kilku zaledwie wieczorów, mogę nawet powiedzieć, że chwilami nie potrafiłam się od niej oderwać. Bardzo doceniam językową wirtuozerię, na którą jestem wyczulona. Rzecz w tym, że całość nie wywarła na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. A chyba powinna, bo dotyka tematu, który znam z własnego doświadczenia.

Punktem wyjścia jest zmierzenie się z likwidacją mieszkania po zmarłej matce. Przedmioty, głównie książki, z którymi trzeba coś zrobić, stają się pretekstem do wspomnień o rodzicach, a przede wszystkim o mamie. To ona jest bohaterką tej niewielkiej książeczki. I trzeba przyznać, że dzięki opowieściom syna-autora staje się dla czytelnika kimś żywym, kimś z krwi i kości, dobrą znajomą niemal. Jest w tych wspomnieniach nieco melancholii i smutku, ale jednak znacznie więcej pogody, jakby autor wyszedł już ze stanu najgłębszej żałoby i przeszedł do fazy, kiedy myślenie o zmarłym sprawia przyjemność, wywołuje czułość. Mocnym akcentem jest wątek żydowski, bo matka Marcina Wichy była Żydówką. Autor wspomina, w jaki sposób w dzieciństwie poznawał swoje korzenie. Od razu przypomniałam sobie dwie wielbione przeze mnie książki Magdaleny Tulli - "Włoskie szpilki" i "Szum", które również dotykają podobnych problemów. Może nie powinnam porównywać książki Marcina Wichy z nimi, bo to przecież i inna liga, i powieści, chociaż silnie zanurzone w doświadczeniu autorki. Ale jakoś porównania nasuwają się same i tym bardziej "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" wypadają na ich tle blado. Nie ma w nich mocy tamtych książek.

A poza tym spodziewałam się, że ten zbiór krótkich raczej esejów niż opowiadań poruszy we mnie najczulsze struny, przywoła wspomnienia, bo, jak pisałam, doświadczenie śmierci rodziców i zmierzenia się z opróżnieniem ich mieszkania jest mi niestety znane. Jak wejść do pustego mieszkania pełnego rzeczy, książek, pamiątek, pełnego wspomnień? Jak zacząć? Co zrobić z tym wszystkim? Nikt tego przecież nie chce. Gromadzimy, gromadzimy i po co? W końcu i tak nie rzeczy okazują się ważne, a wspomnienia. Ale książkę Marcina Wichy przeczytałam na chłodno, bez wzruszeń, nie poruszyła we mnie żadnej struny, nie wywołała łez. Jakoś okazałam się niewrażliwa. Zawsze w podobnej sytuacji mam kłopot -dlaczego innych zachwyca, a mnie nie? Przyznawać się do tego czy udawać i dostosować się do chóralnych zachwytów? To ostatnie pytanie zadaję z przekory, bo oczywiście nigdy nie udaję, piszę szczerze, natomiast mimo że doskonale wiem, iż każdy ma prawo do własnego odbioru, pozostaje gdzieś w głębi, skrzętnie ukryta nutka niepokoju, że może nie dorastam jako czytelniczka, że może po prostu za głupia jestem. Trochę w tych stwierdzeniach kokieterii, ale jednak nie do końca. No cóż, trudno, niech będzie - przeczytałam z przyjemnością, ale bez zachwytu.

"The Florida Project"

Kiedy w zapowiedziach na stronie mojego ulubionego kina pojawił się amerykański film pod niewiele mówiącym tytułem "The Florida Project", nie zwróciłam na niego uwagi i z góry wstawiłam na listę filmów, których nie zamierzam oglądać. Nie przeczytałam nawet opisu - wystarczyło zdjęcie plus fakt, że to film amerykański, a ja filmy amerykańskie oglądam wyjątkowo (Mam znajomego, który nie ogląda ich z zasady, ale to już przesada). Żeby tak nie spróbować dowiedzieć się więcej? Głupie? No głupie, wiem, wiem. Więc kiedy nagle w poważnych mediach i poważnych programach zaczął brzmieć jednogłośny chór zachwytów, nie miałam wyjścia - trzeba było iść do kina. A kiedy szłam, zastanawiałam się, czy film mnie czymś jeszcze zaskoczy, bo ciągle nie dowierzając, że rzeczywiście warto, trochę za wielu rozmów na jego temat wysłuchałam. Wiedziałam, że to słuszny film (to nie ironia) o tej gorszej Ameryce, o ludziach wyrzuconych poza nawias. Surowy, niemal jak dokument, zestawiany z "Moonlight", innym rewelacyjnym amerykańskim filmem, na który kiedyś nie bardzo miałam ochotę, a potem oglądałam jak w transie. A jednak! "The Florida Project" okazał się rzeczywiście znakomicie zrobiony, grające główne role dzieci są rewelacyjne, Willem Dafoe też bardzo dobry, problem, jak już pisałam, ważny, no i na szczęście było jednak trochę inaczej, niż się spodziewałam. A dlaczego tego zdradzić we wstępie nie mogę. Trzeba zobaczyć. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Czas zdradzić, z jakim wyobrażeniem szłam do kina. Otóż wydawało mi się, że dzieci, które są ważnymi bohaterami tego filmu, będą biedne, ale urocze i szczęśliwe. Źródłem szczęścia miała być nieświadomość, w jakiej znajdują się sytuacji, oraz nieustanne zabawy i przygody stwarzane z tego, co dostępne. Jednym słowem ubogie, ale cudowne dzieciństwo. Takie, które potem wspomina się ciepło i z sentymentem. To wyobrażenie tylko częściowo okazało się prawdziwe. Bo rzeczywiście dzieci wydają się żyć beztrosko. Mają akurat wakacje, więc do szkoły chodzić nie muszą, pytanie, czy gdyby był rok szkolny, to by chodziły, pozostaje bez odpowiedzi, wobec tego rzeczywiście całe dnie spędzają na beztroskich zabawach i wymyślaniu przygód. Ale niemal wszystko, co robią, nie jest niewinne. Plucie na samochód, wchodzenie tam, gdzie nie wolno, wyłączanie zasilania w budynku, wyłudzanie pieniędzy na lody, a wreszcie podpalenie opuszczonych domów - to niewinne zabawy niewinnych dzieciątek. Są przy tym potwornie hałaśliwe, namolne, trudno się od nich odczepić, a  kiedy nie dostaną tego, co chcą, wyrażają złość w niewybredny sposób. Znają cały repertuar obraźliwych i wulgarnych słów oraz gestów. Lepiej nie wchodzić im w drogę.

Najmniej niewinna z trójki głównych bohaterów wydaje się Moonee. To ona jest najbardziej bezczelna, najbardziej zdemoralizowana. To ona wymyśla zabawy i jest prowodyrką większości awantur. Przy czym rzeczywiście potrafi być uroczo łobuzerska i pewnie dlatego można się nabrać na jej uśmiech i prowokacyjną minkę. W zabawy i awantury wciąga rudowłosą Jancey, która z babcią i rodzeństwem mieszka w sąsiednim motelu. Jancey jest nieśmiała, nie tak przebojowa, ale najprawdopodobniej samotna, łaknie towarzystwa, więc nic dziwnego, że pewna siebie Moonee i jej przyjaciel Scooty zaczynają jej imponować. To, że tyle można o bohaterach powiedzieć, jest zasługą rewelacyjnie grających dzieci. Ileż da się wyczytać z ich min, uśmiechów i gestów. Wszystkie są świetne, ale myślę, że dziewczynka grająca nieśmiałą Jancey zasługuje na szczególne uznanie, jej rola, nie tak efektowna, była właśnie dlatego trudniejsza.

Dzieci są irytujące i znajdują się na prostej drodze do demoralizacji, ale trudno je winić, skoro wychowują się w takich rodzinach. Pozostawione bez dozoru, puszczone samopas korzystają z wolności. Jeśli z jakiegoś powodu siedzą w pokoju, to spędzają czas na oglądaniu telewizji albo na zabawie smartfonem czy innym ipadem. Czasem bawią się zabawkami. Zresztą o jakim sensownym spędzaniu czasu można mówić, jeśli ich domem jest ciasny pokój w przydrożnym motelu, w którym mieszkają ludzie wyrzuceni poza nawias amerykańskiego snu. Tacy, którzy pracując ciężko, ledwo wiążą koniec z końcem, samotne matki albo babcie zajmujące się wnukami w zastępstwie nieradzących sobie córek, albo życiowi wykolejeńcy i nieudacznicy. Tu dygresja. W jeden ze świątecznych dni  przeczytałam przygnębiający reportaż o ludziach, którzy pracując na etatach, zarabiają poniżej dwóch tysięcy. To między innymi pomocnica wychowawczyni  w przedszkolu, opiekunka społeczna, laborantka w szpitalu. Za takie pieniądze muszą utrzymać w najlepszym przypadku tylko siebie, w gorszym także dziecko. Opowiadają, jak się gimnastykują, żeby przeżyć miesiąc. Warte refleksji.

Ale koniec dygresji, wracam do filmu. W tym pokoju, który jest namiastką domu, na okrągło idzie telewizor, gapią się w niego nie tylko dzieci, ale i znudzone matki. I tu zaskoczenie drugie. Wyobrażałam sobie, że będzie to opowieść o biednych, ciężko pracujących, próbujących utrzymać się na powierzchni ludziach, których kapitalizm wyrzucił na margines życia. O ludziach, których nie dostrzegamy. My, którym się jakoś powiodło, lepiej, gorzej, ale jednak. My, których stać na bilety do tego symbolicznie rozumianego Disneylandu (no bo niekoniecznie do prawdziwego), my, którzy podobnie jak to małżeństwo spędzające na Florydzie miodowy miesiąc, też dostalibyśmy szału, gdybyśmy przez pomyłkę trafili do tego fioletowego, koszmarnego motelu zamiast do przyzwoitego hotelu. I rzeczywiście takimi kobietami są matka Scootiego i babcia Jancey. One walczą, robią, co mogą. Inaczej Halley, matka Moonee.

Nie znamy jej przeszłości, nie wiemy, co doprowadziło ją do takiego momentu w życiu, nie mamy pojęcia, czy cokolwiek  ją usprawiedliwia. W każdym razie to, co obserwujemy, jest straszne. Halley najwyraźniej nie lubi się przemęczać, woli kombinować, oszukiwać, w końcu naciągać i kraść. Kiedy i to nie przynosi pieniędzy, w zanadrzu ma swoje ciało. Jest wulgarna, prymitywna, hałaśliwa, irytująco bezczelna, szczególnie, kiedy nie dostaje tego, czego chce. Dzieckiem właściwie się nie zajmuje, jedzą byle co, w pokoju panuje potworny bałagan, telewizor idzie na okrągło. Trudno się dziwić, że Moonee jest zdemoralizowana, skoro ma taki wzór. W relacjach z ludźmi zachowuje się jak matka, która nawet przy córce przeklina, ubliża innym, pokazuje, że bezczelnością można wiele wygrać. Czy taka była zawsze? Czy próbowała coś zmienić, kiedy pojawiło się dziecko, ale nie potrafiła? Czy gdyby zajęła się nią opieka społeczna, uporządkowałaby jakoś swoje życie? Czy poddała się, bo doszła do wniosku, że nie warto? Nie warto tyrać cały dzień za pieniądze, które i tak skazują na wegetację w motelu tylko z daleka przypominającym pałac. A jednak chociaż tak irytująca i zdemoralizowana Halley chyba kocha swoją córkę. Od czasu do czasu próbuje sprawić jej jakąś przyjemność i radość. Najbardziej  wzruszający i budujący jest moment, kiedy siedzą razem z Jancey nad jeziorem, obserwując fajerwerki. Być może potem dlatego zabiera córkę na śniadanie, które zjedzą za darmo, podszywając się pod hotelowych gości, bo już wie, co się stanie. Chce sprawić Moonee ostatnią przyjemność. To znakomita scena, znakomicie rozegrana i zagrana. Kiedy dochodzi do najgorszego, trudno nie żałować dziewczynki. Pytanie jednak, co lepsze - opieka takiej matki czy rodzina zastępcza? Jest bardzo prawdopodobne, że zostając z matką, dziewczynka zdemoralizuje się jeszcze bardziej, a w przyszłości powieli jej los. Pytanie, dlaczego opieka społeczna nie próbowała pomóc im wcześniej. Bo nie były nigdzie zameldowane, a więc właściwie nie istniały? A Ameryka to nie Szwecja czy Norwegia i opieka społeczna jest tam niewydolna? Nie wiem, ale wcale by mnie to nie zdziwiło.

Na osobne studium zasługuje grany przez Willema Dafoe Bobby, menadżer motelu. Wrażliwy, opiekuńczy, rozdarty pomiędzy sympatią i litością dla dzieci oraz ich matek a wkurzeniem i świadomością, że dalej tak być nie może.

Świetny, świetnie zagrany, poruszający, niejednoznaczny film. Ale skoro zestawia się go z "Moonlight", to muszę szczerze wyznać, że dla mnie to ten ostatni jest mistrzostwem kina. Jeszcze lepszym, jeszcze głębszym, jeszcze bardziej niejednoznacznym i jeszcze bardziej poruszającym.

Stefan Hertmans "Wojna i terpentyna"

 Długo zastanawiałam się, czy kupić książkę "Wojna i terpentyna" napisaną przez

niderlandzkiego (?) - w takim języku pisze, flamandzkiego (?) - tak stoi w brytyjskiej Wikipedii,  pisarza Stefana Hertmansa (Marginesy 2015; przełożyła Alicja Oczko). Boję się trochę ryzyka, jakie niesie za sobą lektura powieściopisarza debiutującego na naszym rynku. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi - wydawcy reklamują książki, jak się da. Każda jest znakomita, każda wybitna. Można srogo się zawieść. Trochę się o "Wojnie i terpentynie" mówiło, jakoś o niej usłyszałam, a ostatecznie postanowiłam zaryzykować, kiedy dowiedziałam się, że Hertmans jest cenionym poetą. Skoro poetą, to może i po jego powieść warto sięgnąć. A kiedy ostatnio Marginesy wydały jego kolejną pozycję, postanowiłam czym prędzej przeczytać tę, która czekała sobie na wirtualnej półce. No i nie żałuję.

Od razu napiszę, że to na pewno nie jest książka dla każdego. Celowo używam słowa książka, bo jednak trudno "Wojnę i terpentynę" zakwalifikować jako powieść, chociaż tak się o niej pisze. To skrzyżowanie eseju i opowieści o dziadku Hertmansa ze strony matki, Urbainie Martienie, urodzonym w 1891 roku, zmarłym w 1981. Kiedy był już dość sędziwym, siedemdziesięcioletnim człowiekiem (w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku o siedemdziesięciolatku można było śmiało tak powiedzieć, dziś byłaby to obelga dla człowieka w takim wieku), zaczął spisywać swoje wspomnienia. Powstały dwa zeszyty zapisków obejmujące okres dzieciństwa i czas pierwszej wojny światowej. Kilka miesięcy przed śmiercią podarował je swojemu trzydziestoletniemu wnukowi. Zanim Hertmans do nich zajrzał, minęło trzydzieści lat. Kolejne kilka zanim zaczął pracować nad książką, która ukazała się w roku 2013 tuż przed okrągłą, setną, rocznicą wybuchu pierwszej wojny.

Pisarz podąża tropami swojego zmarłego dziadka, robi to w czasie i w przestrzeni. Posiłkując się zapiskami, a potem wspomnieniami własnymi i członków rodziny, rekonstruuje na naszych oczach życie Urbaina Martiena. Chodzi po śladach dziadka, po miejscach z nim związanych, ze smutkiem rejestruje zmiany w krajobrazie. Tam, gdzie kiedyś były sielskie przedmieścia, kwitły łąki, zieleniły się sady, dziś po szosach szybkiego ruchu, po obwodnicach suną sznury samochodów pod ołowianym niebem (niebem o kolorze ścierki, jak lubi pisać Hertmans). Nie ma już wielu budynków, które odwiedzał dziadek w czasach swojej młodości, wiele miejsc straciło dawny urok, Gandawa nie jest już taka piękna jak niegdyś. Pewnie autor nieco idealizuje miasto z początku zeszłego wieku, przecież jego dziadek w czasach dzieciństwa mieszkał w ubogiej dzielnicy, gdzie najprawdopodobniej ścieki płynęły rynsztokami, ale trzeba mu przyznać, że robi to bardzo przekonująco. Oczami wyobraźni widzę te potworne drogi śmierdzące spalinami, te ohydne blokowiska i przyjazną, miłą, pełną uroku Gandawę sprzed lat.

Hertmans przegląda też stare zdjęcia, pamiątki, wspomina chwile spędzone z dziadkiem, sporo miejsca zajmuje analiza jego obrazów, bo Urbain Martien umiłował malarstwo, był malarzem amatorem, robił kopie i malował własne obrazy. Dziś tylko niektóre znajdują się w posiadaniu rodziny, inne rozsiane są nie wiadomo gdzie, bo dziadek obrazy rozdawał, nigdy nie sprzedawał. Kiedyś zdumiony wnuk odkrył jedną z jego prac na ścianie jakiegoś gandawskiego lokalu.

"Wojna i terpentyna"  skojarzyła mi się z "Austerlitz" Sebalda, jedyną jego książką, jaką na razie przeczytałam. Chodzi o sposób pisania i o temat - dziecko, wojna. O ile na Sebalda pozostałam  doskonale obojętna, o tyle Hertmans wciągnął mnie bez reszty do swojego świata i bardzo poruszył. Wiem, wiem krytycy literaccy pokiwaliby z politowaniem głowami  nad moimi literackimi gustami, no bo jak można  przedłożyć Hertmansa nad Sebalda. Ja jednak tak właśnie robię, mogę śmiało powiedzieć, że w książce tego pierwszego po prostu się zakochałam. Mam przed oczami małego Urbaina, który jako najstarszy z rodzeństwa musi pomagać matce. Widzę, jak zziębnięty błąka się po zaułkach Gandawy z ciężkim wiadrem i żebrze o węgiel, widzę, jak ciężko pracuje w odlewni, jak przesiaduje ze swoim ukochanym ojcem w kościołach, w których ten restauruje albo maluje freski, widzę, jak zachwyca się jego  pracą, jak sam z wielkim samozaparciem próbuje malować, jak się po wielekroć zniechęca i jak wraca do swojej pasji, widzę, jak się gorliwie modli przed obrazem Matki Boskiej Siedmiobolesnej. Przyglądam się jego silnemu związkowi z dumną matką, która kiedyś postawiła na swoim i wyszła za mąż za biednego malarza Franciscusa, popełniając mezalians, skazując się na ubogą egzystencję, na walkę o byt. Wreszcie widzę, jak jego młodość brutalnie przerywa wybuch pierwszej wojny. W tej części książki Hertmans oddaje głos dziadkowi, przywołuje zapiski, które od niego dostał.

To fragmenty jeszcze bardziej poruszające, momentami wstrząsające. Chaos i bezsens, zniszczenia, eksodus uciekających cywilów, płonące wioski, żołnierze wysyłani na pewną śmierć, jęki rannych i umierających, martwe zwierzęta, brud, choroby, głód, potworne zimno, błoto okopów, w których tygodniami tkwili walczący, smród odchodów, bezprzykładne bohaterstwo. Tylko po co? Żeby zdobyć kilka kilometrów ziemi? Pogarda oficerów, wśród których dominowali Walonowie, dla prostych żołnierzy, przede wszystkim Flamandów. I utrata złudzeń. Coś się w tych ludziach załamało, stracili spokój i młodzieńczy idealizm. Dawny świat runął, w każdym wymiarze - materialnym i duchowym. Nikt nie pomagał leczyć ich wojennych traum, nikt nie słyszał o stresie pourazowym. Tym bardziej przykro, kiedy Hertmans chodzi po miejscach, gdzie walczył dziadek, dziś zapomnianych, opuszczonych. Kto pamięta o tamtych wydarzeniach? To tylko nudne fakty z podręczników historii, daty, miejsca bitew, niewiele więcej. A za tym nudziarstwem kryje się ludzkie nieszczęście, ból, tragedia. Potem życie dziadka też układało się różnie - nieszczęśliwa miłość, mania prześladowcza, pobyty w szpitalu psychiatrycznym. Szczęście dawało mu malowanie. Równowagę i spokój osiągnął dopiero na starość.

Warto sięgnąć po książkę Hertmansa, warto poświęcić jej czas i uwagę, zagłębić się w tamten bardzo zmysłowo odtworzony świat,  obcować z ludźmi sportretowanymi na jej kartach, warto zadumać się nad ich losem i światem.

"Moonlight"

Zupełnie nieoczekiwanie dla siebie obejrzałam "Moonlight". Nieoczekiwanie, bo chociaż jeszcze przed Oskarem wiedziałam, że powinnam, bo znakomity, świetny, poruszający, to jakoś nie miałam na niego ochoty. Raz, że nabrałam przekonania, iż to kino do bólu festiwalowe, mówiąc precyzyjniej takie spod znaku Nowych Horyzontów. Jednym słowem tak bardzo artystyczne, tak bardzo poszukujące nowego języka, że nawet dla wyrobionego, chociaż zwyczajnego, kinomana nie do oglądania. Drugi powód mojej niechęci to temat. Nie chciało mi się oglądać kolejnego filmu o brudach życia. Cóż, czasem mi się nie chce. W końcu jednak wybrałam się na "Moonlight" do kina, a to dlatego, że mimo szczerego zamiaru nie wybrałam się na film o Marii Skłodowskiej-Curie, bo go tak schlastano. A że bardzo chciało mi się kina, poszłam na "Moonlight", który nabrał chyba pooskarowego rozpędu. Żeby usiąść na przyzwoitym miejscu w moim ulubionym kinie, bilet musiałam zarezerwować, sala była pełna, nikt nie wyszedł. A ileż to razy siedzę na pustawej widowni. Poszłam i teraz wiem, że byłam głupia, bo niewiele brakowało, a przegapiłabym naprawdę piękny, poruszający i mądry film. Dlatego piszę, żeby zachęcić, odczarować. Ta składająca się z trzech wyraźnie zaznaczonych części opowieść o czarnoskórym Chironie mieszkającym w jednej z gorszych dzielnic Miami to zwyczajny film, żadnego przerostu formy nad treścią. "Moonlight" łączy w sobie wątek społeczny, obraz życia ubogiej, wykluczonej czarnej społeczności, opowieść o człowieku wyobcowanym, nieprzystosowanym, wrażliwym, pogubionym, samotnym, poezję i zadumę. To kino, gdzie wiele dzieje się gdzieś pomiędzy. Ważne są gesty, spojrzenia, obraz. Takie też jest zakończenie, które przynosi katharsis, ale niczego jednoznacznie nie rozstrzyga. Piękny, mądry, poruszający film. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Chiron to typowy kozioł ofiarny. Odrzucany przez kolegów, wyśmiewany, bity, pogardliwie nazywany pedałem, czego początkowo nie rozumie. Tragedia tego zamkniętego w sobie, milczącego chłopca polega na tym, że długo ze swoimi problemami jest zupełnie sam. Nie ma przecież wsparcia w matce, którą drażni jego odmienność, a poza tym staje się coraz bardziej uzależniona się od narkotyków. Nie ma też ojca, a kolejni przyjaciele matki budzą raczej strach niż zaufanie. Można powiedzieć, że Chiron ma szczęście, bo poznaje Juana i Teresę, którzy zastępują mu rodziców i powoli zdobywają jego zaufanie.  Ale to pomaga tylko trochę, jest z nimi przecież od czasu do czasu. Juan, który staje się autorytetem w miejsce nieobecnego ojca, jest postacią niejednoznaczną. Życzliwy, dobry, ale żyje z dilowania i to on sprzedaje narkotyki matce Chirona. Chłopiec szybko zdaje sobie sprawę z dwuznaczności sytuacji. Tylko Teresa jest dobra, niemal święta, chociaż świętej wcale nie przypomina. Ale przecież i ona żyje wygodnie dzięki pieniądzom Juana zarobionym w nieuczciwy i nieetyczny sposób.

Codzienność Chirona to samotność w domu i samotność w szkole. Nauczyciele reagują tylko doraźnie, nikt nie zauważa prawdziwych problemów chłopca. Być może zresztą jest tak dlatego, że on milczy. Nie potrafi i pewnie nie chce mówić o tym, co czuje. Bardzo prawdopodobne, że nie rozumie, co się z nim dzieje. Potem, kiedy jest starszy, pewnie się boi, bo ujawnienie prawdy o sobie w tym środowisku pełnym nastoletniej, ale męskiej przemocy naraziłoby go na jeszcze większy ostracyzm. Świetnie pokazuje to scena, kiedy pobity, poraniony rozmawia z dyrektorką szkoły (a może  psycholożką). Pani nic nie rozumie, wykrzyczy jej w końcu, zalewając się łzami. Ale więcej nic nie powie.

Kluczową postacią w życiu Chirona, oprócz Juana i Teresy, jest szkolny kolega, Kevin, chyba Kubańczyk. Jedyny, który zwraca na niego uwagę, interesuje się nim. To on mówi mu, że musi się bronić, że nie może być bierny, jeśli chce mieć szacunek u kolegów, w świecie, gdzie rządzą prawo silniejszego i przemoc. Żeby przeżyć, trzeba walczyć o swoje i za wszelką cenę dostosować się do innych. Ktoś, kto odstaje, jeśli chce uniknąć losu ofiary, musi udawać,  nie może się wyróżniać. Tak robi Kevin. Kiedy są sami, nocą, na plaży, odkrywa się przed Chironem, odczytuje jego uczucia, pozwala sobie i jemu na bliskość. Staje się jego przewodnikiem po skomplikowanym i trudnym świecie uczuć i fizyczności. To jedyny raz, kiedy ktoś Chirona dotknie, tak dotknie. Myślę oczywiście o intymnym, fizycznym dotyku. Ale wkrótce Kevin Chirona zdradzi. Nie znajdzie w sobie odwagi, aby przeciwstawić się kolegom. Chociaż Chiron jest mu bliski, uderzy go i poniży. Stanie się jego katem. Ta scena ma w sobie ogromną emocjonalną moc. W przerażonym, błagalnym spojrzeniu Kevina dostrzegłam nieme przepraszam. Wybacz przyjacielu, muszę, nie potrafię inaczej, zdaje się krzyczeć jego spojrzenie. Czy Chiron rozumie tragedię Kevina? Może tak, bo kiedy powodowany gniewem postanowi się zemścić, uderzy w prawdziwego prześladowcę. Teraz myślę, że jego furia, ślepa siła biorą się stąd, że mści się także za przyjaciela. Za dużo gniewu się w nim nagromadziło.

Trzecia część opowieści o Chironie najpierw mnie zaskoczyła. Jak to możliwe, że ten pogubiony, samotny, nieśmiały, wrażliwy chłopiec zostaje dilerem? Jak to możliwe, że tak wygląda? Jeździ wypasionym samochodem, przez przednią szybę widać złotą koronę, pewnie oznakę władzy i pieniędzy, obwieszony złotem, nawet na zębach nosi złote nakładki. Potem to wszystko znajduje racjonalne wyjaśnienie. Dowiadujemy się, jak nieszczęśliwie, a pewnie typowo dla czarnych chłopaków ze złych dzielnic, potoczyły się jego losy. Ten odpychający wygląd, ta postawa twardziela to jednak tylko pozory. Chiron nadal jest nieszczęśliwy i samotny. Nie może spać, matkę, która walczy z nałogiem, widuje czasami. I znowu w jego życiu pojawia się Kevin. Trochę przez przypadek, a może niezupełnie. Kto wie, jak naprawdę było. Czy opowieść o kliencie, który puścił melodię przywołującą wspomnienia, jest prawdziwa? Nie wiemy. Sceny spotkania po latach są równie mocne jak scena znęcania się. Tyle tylko, że tu moc płynie z subtelności, z burzy skrywanych uczuć, z niepewności. To, co najważniejsze, dzieje się w spojrzeniach, nieśmiałych uśmiechach, gestach. Teraz to Kevin budzi sympatię, swoją pogodną twarzą, bezpretensjonalnością, mądrością życiową. Chiron odpycha fizycznością. Raczej nie chcielibyśmy mieć do czynienia z tym muskularnym, obwieszonym złotem, ponurym, rzucającym groźne spojrzenia facetem. A to przecież tylko pozory. I o tym chce się przekonać Kevin. Znowu, jak przed laty, inicjatywa wychodzi od niego. Co będzie dalej? Film kończy się piękną, subtelną sceną. Czy Chiron porzuci swoje zajęcie? Zrezygnuje z pieniędzy na rzecz ciężkiej, źle opłacanej pracy? Wróci do Miami czy zostanie w Atlancie? A może najprawdopodobniejsze jest trzecie rozwiązanie - wszystko zostanie jak było, a Kevin i Chiron będą się spotykać? Aż w końcu Chiron zginie w przestępczych porachunkach jak przed laty Juan?

Mimo budującego finału konkluzje są smutne. Jaki los czeka młodych, czarnoskórych chłopaków ze złych dzielnic? Czy tylko taka jest alternatywa - dilerka albo ciężka, mało płatna praca? Jak oprzeć się pokusie łatwych pieniędzy? Nie myślą o tym, że to brudne pieniądze i bardzo niebezpieczne. Jak zdobyć szacunek, kiedy się jest czarnym ze społecznych dołów? Czy tylko twardziel o wyglądzie bandyty może z dumą powiedzieć o sobie, tak, jestem czarny? Powie tak też pewnie o sobie wykształcony, bogaty Afroamerykanin urodzony w dobrej, czarnej dzielnicy, ale to zupełnie inna historia.


Maciej Plaza "Skoruń"

Odkąd przeprosiłam się ze współczesną polską beletrystyką, trochę nadrabiam zaległości, trochę gonię za ciekawymi nowościami. Sporo ostatnio debiutów, o których głośno, ale z debiutami różnie bywa, czasem dobrze odczekać i zobaczyć, jak przejdą próbę czasu. Właściwie sama nie wiem, dlaczego ostatecznie sięgnęłam po "Skoruń" Macieja Płazy (W.A.B. 2015), który ze swoją książką trafił do finału Nike. Wprawdzie jej nie dostał, za to sukces odniósł w Gdyni, gdzie został laureatem, no i zdobył też Nagrodę Kościelskich. Debiut prawdziwie imponujący. Byłam na spotkaniu z autorem, zadziałał impuls, kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Jednym tchem. Bez reszty porwał mnie świat wykreowany na kartach powieści (?), zbioru opowiadań (?). Chyba jednak powieści, bo chociaż każdy rozdział jest zamkniętą całością, to łączą je bohaterowie i narrator, a w kolejnych historiach można znaleźć nawiązania do poprzednich.

"Skoruń" to proza prowincjonalna, wiejska. Kto lubi Myśliwskiego, pewnie da się porwać Płazie. Narratorem i głównym bohaterem jego książki jest kilkunastoletni chłopak, jedynak, mieszkaniec nadwiślańskiej wsi pełnej sadów owocowych, gdzieś w okolicach Sandomierza. Napisałam kilkunastoletni, ale pewne tropy wskazują na to, że swoje opowieści snuje już jako dorosły. Stylizowany na wiejską gwarę język co i rusz ucieka w poetyckie rejony i zachwyca urodą, kunsztem. Z drugiej strony bywa po chłopacku i wiejsku dosadny, prostacki, mięsisty. Innym razem  jednak nie przypomina języka kilkunastolatka, ucznia technikum. A i samoświadomość ma narrator często nie chłopacką, a dorosłą. Wprawdzie nie do końca rozumie swoje zachowanie, raczej pyta niż znajduje odpowiedzi, ale nastolatek nie wgłębia się w siebie tak, jak czyni to tytułowy skoruń. Opowieści nie są ułożone chronologicznie, niektóre sięgają wczesnego dzieciństwa, jak rozdział zatytułowany "Stary", który zaczyna się, kiedy bohater idzie po raz pierwszy do szkoły. Większość jednak to historie o dorastającym chłopaku. Skoruniu, takim wiejskim rozrabiace, leniu, ladaco, z którego nic dobrego pewnie nie wyrośnie, który przysparza zmartwień matce i złości porywczego ojca.

O czym są te osadzone w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku historie? Po pierwsze o wsi, o miłości do ziemi, do rzeki, do przyrody, która jest piękna, ale i bezwzględna, co należy przyjąć z pokorą. O znoju pracy w gospodarstwie, gdzie harować muszą wszyscy. Nawet małe knypcie mają swoje obowiązki - bladym świtem, jeszcze przed szkołą, trzeba zaprowadzić krowę na pastwisko, a wieczorem zagnać do domu. Kilkunastolatek pracuje już w gospodarstwie na równi z dorosłymi - przy zbiorze owoców, przy opryskach i innych zajęciach. A jak robota pilna, to ma pierwszeństwo przed szkołą. Praca bywa nudna, pod wieczór nóg się nie czuje, czasem przychodzi ochota, aby urwać się gdzieś z kumplami, ale ile jest jednocześnie zachwytu dla drzew, dla owoców, dla krowy, którą ojciec sprzedał. Dla przyrody.

Inny temat "Skorunia" to rodzina. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że drugim bohaterem jest ojciec narratora, człowiek nietuzinkowy. Inżynier, sadownik, nauczyciel zawodu w pobliskim technikum, domorosły konstruktor maszyn, które mają ulżyć w ciężkiej gospodarskiej harówie, maszyn, których zazdrości cała wieś. Wybuchowy, narwany, uparty i mroczny, skonfliktowany z bratem. Zbawca świata. A to zbawianie tylko przysparza mu kłopotów, bo niepotrzebnie miesza się w nie swoje sprawy. Te nieswoje sprawy to także konspiracyjna działalność w pobliskiej fabryce, która zaprowadziła go w stanie wojennym do więzienia. Skrywa też jakieś tajemnice z przeszłości. Syn ma do niego stosunek ambiwalentny - podziwia, ale jednocześnie irytuje go ojcowski upór. Próbuje zrozumieć, przeniknąć i buntuje się, chce wybić się na niepodległość. Bardzo ciekaw jest, co stało się zarzewiem konfliktu ojca z bratem. Ale odkryć ich tajemnicę nie jest łatwo, bo nie wiadomo, kto mówi prawdę.

Wreszcie kolejnym tematem książki jest dorastanie. Strach o ojca, który nagle zniknął. Dlaczego? Czy umarł? Co to znaczy, że umarł? Doświadczenie śmierci. Zetknięcie ze starością, która przyciąga i odpycha jednocześnie. Konieczność zmierzenia się z  wielkim poczuciem winy. Pierwsze rozczarowania i zawody. Próba zrozumienia, czym jest tęsknota i samotność. Odgrzebywanie rodzinnych tajemnic i odkrycie, że człowiek bywa bardzo skomplikowany. Bunt. Konieczność radzenia sobie z dorastającym ciałem i pierwsze erotyczne fascynacje. Krucha świadomość, że świat nie jest czarno-biały. Kłopoty z rozeznaniem się we własnych uczuciach, motywacjach, trudność zrozumienia siebie, swoich zachowań, reakcji, no i trudność zrozumienia drugiego człowieka.

Jest wreszcie w tej książce wiele niezapomnianych scen i opisów. Często trzymających w napięciu i fascynujących, chociaż tragicznych. Taka jest opowieść o wielkiej powodzi, taka jest fantasmagoryczna opowieść o niemieckich żołnierzach ścigających partyzantów. I wiele innych. Za gardło chwyta nieoczekiwane zakończenie.

Naprawdę świetna, piękna, mądra książka.

Filmowe remanenty - "Nieznajoma dziewczyna", "Komunia"

Dziś będę przekonywać przekonanych, bo jakoś nie wierzę, że filmy, o których napiszę, zainteresują większą widownię. Kto zechce obejrzeć surowy, kręcony niemal jak dokument najnowszy film braci Dardenne "Nieznajoma dziewczyna"? Pewnie tylko ci, którzy ich kino znają, i bywalcy małych salek w małych kinach studyjnych, czytaj miłośnicy kina europejskiego, niszowego. Tym razem nie zagrała ani Marion Cotillard, ani żadna inna gwiazda jak w poprzednim filmie braci "Dwa dni, jedna noc", a oparcie akcji na wątku sensacyjnym jest przecież tylko pretekstem. Bo historię młodej lekarki dręczonej wyrzutami sumienia i dlatego chcącej poznać tożsamość ciemnoskórej dziewczyny, której nie udzieliła pomocy, trudno przecież uznać za kryminał. Drugi film to "Komunia" Anny Zameckiej, polski dokument, o którym ostatnio głośno. Historia czternastoletniej Oli, która za wszelką cenę chce przygotować swojego autystycznego brata Nikodema do komunii, mnie bardzo przygnębiła, chociaż słyszę, że niektórzy odnajdują w tym filmie ciepło i nadzieję. Ciepło, miłość tak, ale czy nadzieja? Mimo że niewesołe, oba filmy bardzo mnie poruszyły. Moim zdaniem warto je zobaczyć. A jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
Ze zdumieniem przeczytałam w zapowiedzi dystrybutora, że "Nieznajoma dziewczyna" to portret zamkniętego środowiska lekarskiego skupionego na konsumpcji, obracającego się w swoim gronie, niedostrzegającego biedy. Główna bohaterka, lekarka Jenny, jest zaprzeczeniem tej tezy. Na mnie zrobiła wrażenie ascetki, współczesnej mniszki. Jest sama, mieszka w skromnym pokoiku nad gabinetem lekarskim w domu przy ruchliwej ulicy, śpi na łóżku wciśniętym gdzieś pomiędzy białe kuchenne szafki a taki sam stolik, nie przywiązuje wagi do stroju, stale pod telefonem gotowa na wezwanie pacjentów. To prawda, że miała zacząć pracę w eleganckiej przychodni, ale od razu widać, że nie pasuje do tego środowiska. Jakoś nie wierzę, że zrezygnowała z tej intratnej propozycji i przejęła praktykę po starszym lekarzu w ubogiej, nieatrakcyjnej dzielnicy Liege tylko pod wpływem impulsu spowodowanego wyrzutami sumienia po śmierci czarnoskórej, nieznajomej dziewczyny. To, jak się zachowuje, jak wygląda, sugeruje raczej, że ów impuls trafił na podatny grunt i Jenny wróciła na ścieżkę, z której zboczyła. Wydaje mi się, że jej zachowanie tego feralnego wieczoru, było splotem nieszczęśliwych zdarzeń, a nie rutynowym działaniem. Może zmęczona, może zirytowana zachowaniem stażysty, który nie dość uważnie osłuchiwał pacjenta, nie wpuściła kogoś, kto dobijał się do przychodni godzinę po jej zamknięciu. Przecież człowiek nie zmienia się tak z dnia na dzień, nie staje się uważnym, troskliwym lekarzem pod wpływem jednego zdarzenia. Ona taka była już wcześniej, czego najlepszym dowodem jest pożegnanie zgotowane jej przez chorego chłopaka. Jenny decyduje się leczyć go nadal, mimo że zmienia pracę, a dzieje się to jeszcze tego samego wieczora, zanim dowie się, że dziewczyna została zamordowana. Jenny jest osobą, która nie potrafi przejść obojętnie obok problemu. Od razu angażuje się, działa, drąży, pomaga. Tak postępuje nie tylko w sprawie zamordowanej dziewczyny. Z podobną troską zabiega o swojego stażystę. Nie daje mu spokoju, chce wiedzieć, dlaczego odszedł bez słowa, próbuje go nakłonić do powrotu na studia, szuka, jedzie na wieś, rozmawia, przekonuje. W ustalenie tożsamości zamordowanej dziewczyny też angażuje się na całego. Nie tylko chce się dowiedzieć, kim była, aby zawiadomić jej rodzinę, ale pragnie ją godnie pochować i robi to na własny koszt. Nie postępowałaby tak, gdyby nie była osobą wrażliwą, empatyczną, niepotrafiącą stać z boku. Gdyby była inna, wyrzuty sumienia spowodowałyby tylko duchową udrękę, a nie skłoniłyby do działania. A śmierć dziewczyny to splot nieszczęśliwych przypadków, splot zaniechań. Zginęła, bo wszyscy zachowali się obojętnie. Siostra wolała dla świętego spokoju milczeć, nie próbowała się za nią ująć, pomóc jej. Jenny nie otworzyła przed nią drzwi, a ojciec Bryana nie wezwał pomocy i uciekł. Trudno nie odczytywać tego filmu w symboliczny sposób. W tym sensie to opowieść o Europie, która zamyka drzwi przed uchodźcami. O Europie i świecie, których zaniechania prowadzą do śmierci setek tysięcy. Może przynajmniej tyle jesteśmy im winni - wiedzieć, kim są, dostrzec w nich pojedynczych ludzi, a nie anonimowy tłum.
I jeszcze kilka zdań o "Komunii" Anny Zameckiej. Ten film obejrzałam w poprzedni weekend, ale nie miałam czasu o nim wspomnieć, a przecież warto. To niezwykła i poruszająca opowieść. Czternastoletnia Ola przejmuje w domu rolę nieobecnej matki i obecnego, ale nie do końca wydolnego, ojca. Nie tylko troszczy się o brata, za wszelką cenę próbując przygotować go do komunii, ale bierze na siebie domowe obowiązki. Robi zakupy, gotuje, pierze, sprząta, rozmawia z kuratorem. Mobilizuje ojca, aby starał się o większe mieszkanie, bo wierzy, że wtedy matka wróci. A Ola bardzo za nią tęskni i stale utrzymuje z nią kontakt. Komunia brata jest dla dziewczynki ważna nie tylko ze względów religijnych. Pewnie również dlatego, aby brat został potraktowany jak inne dzieci. To również okazja do spotkania z matką. Wreszcie chociaż na chwilę są razem. Próba powrotu na dobre nie udała się. Chyba najbardziej uderzyło mnie to, że dla Oli nieważne są niedogodności związane z powrotem matki, jeszcze większa ciasnota, jeszcze więcej obowiązków. Liczy się tylko jedno - są wreszcie wszyscy razem. Ja wygodnicka, wolna od takich problemów, patrzę na to z podziwem i pokorą. Film Anny Zameckiej pozwala dotknąć obcego mi doświadczenia, zadumać się. Jest smutny. Żal mi dzielnej, nad wiek dojrzałej, sympatycznej, zadziornej Oli. Bo ma takie dzieciństwo, a przecież nie powinno tak być. Bo po raz kolejny musi znosić rozczarowanie, borykać się z tęsknotą, brać się z życiem za bary.

Popularne posty