Maciej Płaza "Kasperl i Margit"

Nie mogłam przegapić najnowszej powieści Macieja Płazy "Kasperl

i Margit" (Wydawnictwo Literackie 2026). Już od jego debiutu, "Skorunia", którym się zachwyciłam, bacznie śledzę to, co pisze. Potem był "Robinson w Bolechowie", no i "Golem", którego jeszcze nie przeczytałam, chociaż mam w czytniku. Koniecznie muszę wreszcie nadrobić tę jedną zaległość. Jak widać, ostania książka Macieja Płazy nie czekała długo pomimo sporych rozmiarów (ponad sześćset stron), co nie zdarza się często. Na ogół kiedy dokonuję kolejnego zakupu, najchętniej jak najszybciej bym po niego sięgnęła, ale rzadko tak się dzieje. Na swoją kolej czeka przecież tyle książek, a na wybór lektury składa się wiele czynników. Co zadecydowało tym razem, poza zaufaniem do autora? Może sama historia, temat tej opowieści, miejsca i czas zdarzeń? Może spotkanie z Maciejem Płazą, na którym byłam? Najprawdopodobniej to wszystko na raz. No i czas! Wiedziałam, że będę się mogła oddać tej powieści bez reszty mimo jej rozmiarów. I rzeczywiście przeczytałam ją bardzo szybko. 

"Kasperl i Margit" to historia tych dwojga tytułowych bohaterów rozciągnięta na ponad trzydzieści lat. Wszystko zaczyna się w roku 1903 w Poznaniu, a kończy w 1935 też tam. A po drodze jest Berlin, Salzburg, Monachium, miasta i miasteczka Austrii, Czech, Węgier i Niemiec, a wreszcie znowu znowu Poznań. To tam w szemranej dzielnicy Chwaliszewo pewnej nocy w 1903 roku przychodzi na świat Kasper, w czepku urodzony. Według przekazu akuszerki, która przyjmowała na świat wszystkie chwaliszewskie dzieci, od razu się uśmiechał, zdjął też sobie ten czepek z głowy i odrzucił. Trafił celnie w otwarte okno, a na podwórzu pewnie zjadły go psy. Czy to zły znak? 

W mój czepeczek wierzyła tylko Frącka, zresztą jesli naprawdę się w nim urodziłem, to ćpnęliśmy go razem w mrok i zamiast szczęścia trafił mi się tylko chwaliszewski fyrtel, gdzie rzeka była łaskawsza niż ludzie.

Jego matką była Lilianka, która na życie zarabiała swoim ciałem. Kim był jego ojciec, nie wiadomo. W tym samym roku dziesięcioletnia Małgorzata Krzyńska razem z rodzicami idzie do teatru na występ samej Heleny Modrzejewskiej. Teatr i, przede wszystkim, legendarna gwiazda sceny robią na niej takie piorunujące wrażenie, że postanawia zostać aktorką. I rzeczywiście dopnie swego, będzie występować w teatrze Maxa Reinhardta.

Jak widać Kasper i Margit to osoby z różnych światów, z różnym doświadczeniem. Ona, wychowana w zamożnym, mieszczańskim, hrabiowskim domu, z akceptacją rodziców będzie pobierała lekcje aktorstwa, wyjdzie za mąż za poznańskiego niemieckiego lekarza, ich krótkie szczęście pokrzyżuje wielka wojna, którą spędzi w Berlinie u ciotki swojego męża. Tam dopnie swego i zacznie swoją teatralną i filmową karierę. Kto wie, jakby potoczyły się jej losy, gdyby nie wojenna zawierucha? Może zostałaby przykładną panią domu? Żoną dobrze sytuowanego lekarza? Coś straciła, coś zyskała. W każdym razie Margit to silna, samodzielna kobieta, która dzięki swojej determinacji potrafi walczyć o swoje marzenia i dźwignąć się z upadku.

Kasper to jej przeciwieństwo. Analfabeta, bękart, obraca się w szemranym towarzystwie, nie stroni od drobnych kradzieży, od bójek, kiedy trzeba się bronić, z czasem trochę z konieczności wejdzie głębiej w przestępczy świat. Ale jedno ich łączy, talent. Bo Kasper świetnie gra na akordeonie i znakomicie improwizuje uliczne ballady. Śpiewa o tym, co widzi, czego doświadcza, o czym śni, balladą komentuje rzeczywistość. Chętniej do śmiechu, do radości niż do łez i smutku. Wszak według rodzinnej legendy śmiał się już zaraz po przyjściu na świat. Polakom śpiewa po polsku, Niemcom po niemiecku, dla każdego coś miłego. Jest też znakomitym opowiadaczem, jego opowieści wspaniale się słucha. W niemiecko-polsko-żydowskim Poznaniu długo nie zastanawia się, kim jest. Być może kundlem, mieszańcem, tak o sobie myśli. Aż nieoczekiwanie dla siebie pod wpływem swojego przyjaciela Romana, kogoś w rodzaju przybranego ojca, który kiedyś nauczył go grać na harmonii, wstąpi do polskiego wojska i weźmie udział w powstaniu wielkopolskim. Potem osamotniony, trochę uciekając przed szemranym towarzystwem, z którym był wcześniej związany, wyjedzie do Berlina, aby tam szukać szczęścia. Bo Kasper to taki Dyl Sowizdrzał, wędrowny grajek, opowiadacz historii, u siebie jest wszędzie i nigdzie. 

Zaczekaj, Kasprze, powiedział Mann. Wydaje ci się pewnie, że pochodzisz z sadzy, bruku, ziemi, pyłu, powietrza i słońca, ale mylisz się, to nie wszystko. (...) Jesteś kimś więcej, choć o tym nie wiesz, i dzięki temu jesteś prawdziwy. Jesteś opowieścią, jesteś literaturą. W twoich żyłach zamiast krwi płynie pieśń ludowa. (...) Ty natomiast, niczym Dyl Sowizdrzał, jesteś wędrowcem i przyszedłeś tu sam.

Kasperle, figura z teatru marionetek, co nie jest tu bez znaczenia, o czym za chwilę.

Co powoduje, że "Kasperl i Margit" to powieść ze wszech miar warta przeczytania, po prostu bardzo dobra? Przyczyn jest wiele. Najprostsza to ta najbardziej oczywista - to po prostu bardzo ciekawa historia rozpisana na dwa głosy, Kaspra i Margit. Zdarzenia poznajemy raz z jego, raz z jej punktu widzenia, raz narratorką jest ona, raz on. Najczęściej dzielą rozdział, ale zdarzają się takie, w których opowiada jedno z nich. Właściwie przystępując do lektury, a wiedziałam nieco więcej, niż tu zdradziłam, bo wysłuchałam dwóch rozmów z autorem, jednej radiowej, drugiej na żywo, byłam niemal pewna, że to jej opowieść bardziej mnie wciągnie. Tymczasem zdarzyło się odwrotnie. To jego narracja porwała mnie całkowicie, jego bajęda, jego ballady, nieskrępowana wyobraźnia, talent bajarza, przygody, a wreszcie  język. Bo bez języka nie byłoby Kaspra. Maciej Płaza dał się już w poprzednich dwóch powieściach, które czytałam, poznać jako znakomity, a nawet brawurowy, stylista. Nie inaczej jest tutaj. Aby stworzyć Kaspra, posłużył się gwarą poznańską, która już w takim stopniu i natężeniu oczywiście nie istnieje. To nie tylko wiele odmiennych słów, ale także specyficzna składnia. 

Gdy wychodzi chwytam ją w pasie, ciągnę do góry. Wstajemy. Ubieramy dyrdok, buty, kapelusz, zmięte pończochy kitramy do kiejdy. Nie jesteśmy już piękną Lilianką, jesteśmy tylko blyrwą po funkcie, pokornie chwytamy więc gzuba za rączkę i kulamy się do domu. Oj, będzie kac jutro. Kasperku, wody byś mi tu. I po główce poczochra. I łezkę upuści. I rałs mi stąd.

Chcę grać.

No to do roboty, tej.

Otworzyłem kastę i wyjąłem rozciąganą, choć ile się przy tym nachatrałem, łejeryniu!

Na końcu książki znajduje się słowniczek, ale nie zawsze do niego sięgałam, znaczenia większości wyrazów można się oczywiście domyślić, czasem jednak sprawdzenie bywało nieodzowne. Opowieść Kaspra sprawiła mi ogromną przyjemność, weszłam w ten język zupełnie, nawet trochę nim myślałam. Pamiętam podobne doświadczenie z lektury "Chłopów" Reymonta. Margit posługuje się oczywiście zupełnie innym językiem. To język osoby z dobrego domu, a potem świadomej siebie artystki.

Kolejny powód, który sprawił, że najnowsza powieść Macieja Płazy okazała się spełnieniem, to tło historyczne. Najpierw poznajemy Poznań z początku wieku, wiele odrębnych światów, polski i niemiecki, mieszczański i ludowy. Wybucha wielka wojna, która dewastuje walczących żołnierzy niezależnie od narodowości. Potem jest powstanie wielkopolskie, o którym niewiele wiedziałam, właściwie sprowadzałam je do samego Poznania, a przecież nieprzypadkowo nazywa się wielkopolskie, walka o granice Polski. Wreszcie akcja powieści przenosi się na dobre do Berlina. Wojenna i powojenna bieda, rewolucja, niepokoje społeczne i polityczne, hiperinflacja, artystyczny tygiel, zabawa, dzielnice biedy i te mieszczańskie, a potem te nowe projektowane przez modernistów, a wreszcie atmosfera polityczna zagęszcza się, w końcu do władzy dochodzi Hitler. Kiedy Margit po latach nieobecności ponownie przyjedzie do Berlina, nie spotka tam już większości swoich żydowskich znajomych. Kto mógł, wyjechał, w Trzeciej Rzeszy nie ma już dla nich miejsca.

Ale to wcale nie wszystko. Ta powieść ma jeszcze jedną warstwę. Teatralną, filmową i literacką. Bo na kartach swojej książki umieścił Maciej Płaza wiele autentycznych postaci związanych ze światem kultury.  Maxa Reinhardta, dyrektora Deutsches Theater, reżysera filmowego Friedricha Muranu'a, wiele niemieckich aktorek i wielu aktorów, pisarzy Thomasa Manna i Stefana Zweiga, a przede wszystkim Bertolda Brechta i jego teatralną świtę. Niektórzy pojawiają się epizodycznie, inni mocno związani są  z losami Margit i Kaspra. Tak, tak, Kaspra też. Bo peregrynując po berlińskich knajpach, grając tam i śpiewając, zarabiając jako żigolo, spotyka właśnie młodego Bertolda Brechta, który jeszcze nie jest tym sławnym dramatopisarzem i twórcą teatru, i zostaje wciągnięty do jego kompanii. Autor bawi się tym wątkiem. Zdradzę tylko, że to Kasper swoimi balladami i bajędami podsunął Bertoldowi Brechtowi i Kurtowi Weillowi wiele pomysłów na "Operę za trzy grosze". Osobne miejsce zajmuje w tej powieści teatr lalkowy. Nie będę tu zdradzać, dlaczego tak się dzieje. W każdym razie wiele się na ten temat dowiedziałam. Nie jestem, w przeciwieństwie do Macieja Płazy, o czym mówił na spotkaniu, miłośniczką tego typu teatru, ale przyznam, że autor otworzył przed czytelniczkami i czytelnikami na pewno słabo znaną kuchnię i filozofię tej dziedziny sztuki. No i w tym wypadku również wprowadził na karty powieści autentyczne postacie związane z historią lalkarstwa.

A jakby tego wszystkiego było mało, to znajdziemy tutaj emocje, uczucia, miłość, stratę, rozczarowanie, tragedię, upadek i szukanie nowej drogi, budowanie siebie na nowo. A także bogactwo ludzkich losów i głębokie portrety bohaterek i bohaterów. 

Bardzo dobra, bardzo interesująca wielowymiarowa powieść. I niezwykle ucieszyła mnie deklaracja Macieja Płazy, że zamierza tworzyć takie opasłe powieści. W przeciwieństwie do Olgi Tokarczuk, która zapowiedziała, że jej najnowsza książka będzie ostatnią w jej dorobku taką grubą. A jak będzie, zobaczymy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty