Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lwów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lwów. Pokaż wszystkie posty

Żanna Słoniowska "Dom z witrażem"

Odkąd ponad rok temu zapisałam się do biblioteki, co każdemu

polecam, oprócz nowości zupełnie świeżych i tych nieco przeterminowanych, sięgam też dość regularnie po książki starsze. Tak było i tym razem - postanowiłam wreszcie przeczytać debiutancką powieść Żanny Słoniowskiej  "Dom z witrażem" (Znak 2015). Książka zwyciężyła w konkursie na powieść zorganizowanym swego czasu przez wydawnictwo. W roku 2016 autorka dostała Nagrodę Conrada przyznawaną właśnie za debiut, była też nominowana do Nike. Od dawna miałam ochotę ją przeczytać, ale ponieważ nie było ebooka - pojawił się po wznowieniu - sprawa leżała odłożona na święty nigdy. Od kiedy pokochałam czytnik, dość ortodoksyjnie trzymałam się książek elektronicznych, biblioteka to zmieniła. Nadal jednak wolę ebooki, jakoś niepotrzebny jest mi zapach papieru, wybieram wygodę. Ale dość dygresji.

Zanim o książce, parę słów o autorce. Urodziła się we Lwowie, ma polskie korzenie. Od 2002 roku mieszka w Polsce, najpierw w Warszawie, gdzie kontynuowała studia, teraz w Krakowie. Pisze po polsku, tłumaczy. Jest autorką czterech książek - dla dzieci o Ukrainie, jeszcze jednej powieści i albumu o przedwojennym Lwowie. Tu kolejna dygresja - najpierw pomyślałam sobie: tylko dwie powieści? Dlaczego tak mało? Dopiero potem przyszła refleksja - a dlaczego miałoby być więcej? To współczesny rynek wydawniczy przyzwyczaił nas do tego, że pisarze produkują książki niemal na akord. Nie wydajesz, nie istniejesz. Nieważna jakość, ważna ilość. Dość kolejnej dygresji, czas przejść do książki.

Akcja "Domu z witrażem" toczy się we Lwowie naprzemiennie pod koniec lat osiemdziesiątych i w latach dziewięćdziesiątych, od czasu do czasu sięgając w przeszłość. To historia czterech pokoleń kobiet mieszkających w mieszkaniu we lwowskiej kamienicy, w której znajduje się unikalny witraż, prawdopodobnie w czasach rozwijającego się dzikiego kapitalizmu skazany na zagładę. Przetrwał, wprawdzie w nie najlepszym stanie, czasy ZSRR, teraz grozi mu zagłada w związku z budową plomby. Czy taka kamienica istniała, istnieje?, nie mam pojęcia. 

Od razu muszę dodać, że "Dom z witrażem" przypomina mi trochę "Dom dla Doma" Wiktorii Ameliny, która już niestety niczego nie napisze, bo zginęła w czasie wojny w ataku rakietowym na popularną pizzerię w mieście przyfrontowym, gdzie znalazła się razem z jakąś zagraniczną delegacją, której była przewodniczką. Jej śmierć dotknęła mnie jakoś wyjątkowo, także dlatego, że uczestniczyłam kiedyś w spotkaniu z nią, czego efektem było przeczytanie jej powieści, która bardzo mi się podobała. W każdym razie w obu mamy Lwów, kamienicę, historię rodzinną, u Wiktorii Amieliny znacznie bardziej rozbudowaną.

Narratorką "Domu z witrażem" jest córka Marianny, znanej we Lwowie śpiewaczki operowej, która z wyboru stała się Ukrainką i pod koniec lat osiemdziesiątych zaangażowała się w ruch niepodległościowy. Zginęła w czasie jednej z demonstracji, kula snajpera nie była przeznaczona dla niej, tylko dla najważniejszego w mieście dysydenta. Jej córka miała wtedy kilka lat, nie chciała iść na pogrzeb, który przerodził się w manifestację polityczną. Obserwowała z okna mieszkania, jak tłum przetacza się po ich ulicy. Została z Prababką i babcią, nazywaną Abą. Tego wszystkiego dowiadujemy się z pierwszego rozdziału powieści, a więc niczego tu nie zdradzam. Marianna jako pierwsza miała odwagę sprzeciwić się despotycznej Prababce i wybrać śpiew, czego nie potrafiła kiedyś zrobić Aba, która zrezygnowała z malarstwa na rzecz medycyny. W Akademii Sztuk Pięknych studiować będzie jej wnuczka. 

O czym jest powieść Żanny Słoniowskiej? Jak każda dobra książka ma wiele warstw. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście historia rodzinna, którą poznajemy dzięki narratorce. Nie została opowiedziana linearnie, poznajemy ją ze skrawków rozrzuconych tu i ówdzie. Z tych fragmentów wyłania się historia Prababki, Aby i Marianny, ich nieszczęśliwe najczęściej związki z mężczyznami, ich potyczki z Historią, która je mieli, i, co też bardzo ważne, ich bogate osobowości, no i skomplikowane relacje między nimi. Mamy więc i trochę czasów sprzed drugiej wojny, nieco samej wojny, okres powojenny, kiedy Prababka razem z Abą znalazły się we Lwowie, gdzie już zostały.

Druga warstwa to historia miłosna, można powiedzieć, że w pewnym sensie historia miłosnego trójkąta. Bo romans z Mikołajem, artystą i scenografem w operze, miłośnikiem Lwowa, co ważne w tej historii, a o czym za chwilę, najpierw miała Marianna, a wiele lat później ze swoim wykładowcą, bo Mikołaj w międzyczasie zacznie pracować też na Akademii Sztuk Pięknych, będzie romansować jej córka, główna bohaterka powieści. Nie, nie jest to historia wyciskająca łzy z oczu ani specjalnie intrygująca, bo dziwne to są romanse. Dla Marianny najpierw istotniejsza jest jej praca, a potem walka o niepodległą Ukrainę, dla jej córki ta historia wydarza się trochę z przypadku, jakby bezwolnie poddawała się Mikołajowi, który ważniejszy jest chyba dla niej jako cicerone odkrywający przed nią piękno i tajemnice Lwowa niż kochanek. Zastanawiam się nawet, czy czytając tę powieść dziś, nie patrzę na ich historię inaczej - czy nie mamy tu do czynienia z przekroczeniem, wykorzystaniem relacji mistrz - uczennica. Może jednak przesadzam, chyba nic na to nie wskazuje. W każdym razie w trakcie lektury nie odniosłam takiego wrażenia, przyszło mi to na myśl teraz.

Kolejna warstwa to opowieść o Lwowie - o jego skomplikowanej, wieloetnicznej historii, ale przede wszystkim o jego dziedzictwie materialnym, na którym przeszłość miasta i jego wielokulturowość odcisnęły swoje piętno. Mikołaj i narratorka wędrują po Lwowie, i właśnie te wędrówki ona lubi najbardziej, patrzą, jak miasto się zmienia, jak przeszłość ustępuje miejsca współczesności, jak ginie to, co przyniosły czasy ZSRR, a co często było niechciane, ale też to, co stanowi o jego oryginalności, jak zmieniają się nazwy ulic, jak znikają pomniki. Symbolem tych złych przemian jest historia tytułowego witraża, o której już wspominałam.

A wreszcie kolejna warstwa to opowieść o wieloetniczności miasta i budzeniu się ukraińskości, która za czasów ZSRR była tłumiona i rozpływała się w radzieckości, w fali przybyszów z różnych stron Związku Radzieckiego. Narratorka ma przecież po Prababce korzenie polskie, ale niezwiązane wcześniej ze Lwowem, a po męskiej linii rosyjskie. 

- Jestem Polką z krwi i kości - mówiła Aba.

- Jestem Ukrainką z wyboru - powiedziała Mama.

- Moskale, precz! - krzyknęli do mnie chłopcy.

- Jestem narodowości lwowskiej - powtórzył Mikołaj za swoim mistrzem Walerym Bortiakowem. To ostatnie odpowiada mi najbardziej. 

Warto też zwrócić uwagę na język, miejscami finezyjny.

Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że Mikołaj, czekając na mnie, zostawił w całej okolicy swoje posępne spojrzenia samoprzylepne, wisiały na drzewach, leżały na bruku i na szynach, uwaga, niektóre z nich niczym redaktora Berlioza może rozjechać tramwaj, i ja będę za to odpowiedzialna.

A miejscami dowcipny.

... wszyscy bowiem wiedzieliśmy, że życie miało wyglądać inaczej: obywatele mieli być równi i mieć tyle samo praw i obowiązków, tyle samo pomarańczy i moreli, ale wyszło inaczej, nas nie było stać prawie na nic, ich stać było na wszystko.

Powieść czyta się znakomicie. Nie jest to rzecz wybitna, ale dobra i bardzo ciekawa poznawczo. Cieszę się, że ją przeczytałam.

Wiktoria Amelina "Dom dla Doma"

Wracam do literatury ukraińskiej. Książek z tej działki, które czekają

na swoją kolej, mam w zapasie kilka, stale też śledzę to, co wychodzi. Dziś będzie o powieści Wiktorii Ameliny "Dom dla Doma" (Warstwy 2020; przełożyła Katarzyna Kotyńska). Jeszcze przed wakacjami brałam udział w wieczorze poświęconym literaturze ukraińskiej prowadzonym przez Katarzynę Kotyńską, tłumaczkę tej właśnie powieści i wielu innych, ukrainistkę, literaturoznawczynię. Na spotkaniu gościem specjalnym była autorka powieści. Gdyby nie ten bezpośredni kontakt, gdyby nie czytanie fragmentów, pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi, a to dlatego, że narratorem jest ... pies, ten tytułowy Dom, dziwny, niezbyt urodziwy pudel. Takie chwyty kojarzą mi się jednoznacznie z literaturą dla dzieci, więc nie była to dobra rekomendacja. Ale słowa tłumaczki sprawiły, że nabrałam ochoty na lekturę i nie żałuję.

Uczynienie narratorem psa sprawia, że opowieść o rodzinie Ciłyków nabiera dziwnej lekkości. Z oczywistych względów jest tu wiele niedopowiedzeń zaostrzających tylko ciekawość czytelnika, bo przecież pies wszystkiego nie wie, mimo że jest niemym świadkiem wielu rozmów, a niektórzy członkowie rodziny tylko jemu zwierzają się ze swoich trosk i sekretów, wiedząc, że nikomu ich nie zdradzi. No ale przecież nie o psie jest powieść Wiktorii Ameliny. To historia wspomnianej już wielopokoleniowej rodziny Ciłyków, którą los jeszcze w czasach Związku Radzieckiego rzucił do Lwowa. Wcześniej mieszkali w różnych miejscach, a to dlatego, że senior rodu, Pułkownik, był lotnikiem. Uwielbiał latać i dlatego do tamtych czasów wciąż tęskni. Chciałby przynajmniej jeszcze raz wzbić się w powietrze i próbuje w osobliwy sposób swoje marzenie zrealizować. Kiedy ich poznajemy, na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, mieszkają w lwowskiej kamienicy w dwupokojowym mieszkaniu. Pułkownik, jego żona, nazywana Babcią Marusią, ich dwie dorosłe córki z wnuczkami, Mama Ola z niewidomą Marusią i Mama Tamara z Maszą. Jednym słowem dom kobiet. A kamienica nie jest zwyczajna - to właśnie w niej, właśnie w tym mieszkaniu mieszkał przed wojną pewien sławny polski pisarz. Ściślej rzecz biorąc, sławny stał się dużo po wojnie. Jego nazwisko nigdzie nie pada, ale czytelnik domyśla się, o kogo chodzi. Dlatego od czasu do czasu ktoś koniecznie chce obejrzeć mieszkanie Ciłyków, a nawet oferuje za nie spore pieniądze, ale oni konsekwentnie odmawiają, trochę chyba nie dowierzając w realność takiej hojnej propozycji. 

Mimo licznych problemów, które ich nękają, bije od nich ciepło. Jest im ze sobą dobrze, chociaż tłoczą się w dwóch pokojach, liczą każdy grosz, Ola i Tamara samotnie wychowują swoje dzieci, mała Marusia nie widzi, a jej mama marzy o wysłaniu córki do Niemiec na operację, a jakby tego było mało, z czasem pojawiają się i inne problemy. Być może brzmi to cukierkowo i kojarzy się z literaturą lekkiego kalibru, ale zapewniam, że wcale tak nie jest. Na tym polega urok tej książki, iż w sposób przyjemny, pochłaniający czytelnika bez reszty opowiada o sprawach poważnych. O całym tym skomplikowanym ukraińskim losie. 

Bo kim są Ciłykowie? Dawniej nie musieli zadawać sobie tego pytania. Mieszkali w Związku Radzieckim i tyle. Ale odkąd Ukraina odzyskała niepodległość, muszą. Jedna rodzina, a w dokumentach mają wpisane różne narodowości. Kim na przykład jest urodzona w Baku Babcia Marusia? Niewiele wie o historii swoich rodziców. Jej matka przybyła tam z daleka, wędrowała wzdłuż rzeki. Kim była? Brzmi baśniowo, ale tak właśnie w tej powieści bywa. Niedopowiedzenia mieszają się z konkretem, twardą rzeczywistością. Nieprzypadkowo mała Marusia wierzy, że w tajemniczej, ciężkiej skrzyni stojącej w mieszkaniu znajdują się piękne suknie balowe. Marzy, aby znaleźć do niej zaginiony klucz. W jego poszukiwaniu odbędzie wiele zakazanych wędrówek po mieście, za przewodnika mając swojego ukochanego psa, który do tej roli nadaje się średnio. Rozwiązanie okaże się zaskakujące, prozaiczne, a jednak przejmujące.  

To, co kiedyś było proste, nagle się skomplikowało.  Na przykład historia. Ola, która uczy jej w szkole, zupełnie nie potrafi sobie z nią poradzić. No bo to, czego dowiedziała się w czasie studiów, odeszło do lamusa. Ale czym to zastąpić? Nie wie. Nikt jej nie powiedział. Przeszłość z jednej strony jest przez Ciłyków idealizowana, z drugiej to właśnie w niej kryją się rodzinne tajemnice, o których się milczy. Są rodziną trochę bez przeszłości, a trochę z przeszłością zamilczaną. O pewnych sprawach po prostu się nie rozmawia. Nie mają rodzinnych pamiątek, a te, które za takie uchodzą, wpadły w ich ręce przypadkowo wraz z kolejnymi przeprowadzkami. Nie znają historii rodu, nie potrafiliby stworzyć porządnego drzewa genealogicznego. Posklejani z różnych kawałków, nie wiedzą kim są. Uczą się dopiero swojej ukraińskości, początkowo nią zadziwieni, stopniowo coraz bardziej do niej przywykają. Dlatego nie znają historii miasta, w którym zamieszkali. Muszą się go dopiero nauczyć. Takich jak oni jest wielu. Pewnie dlatego Ola z  łatwością dorabia niezwykłe historie do starych, często bezwartościowych przedmiotów, które sprzedaje w antykwariacie, gdzie z czasem zacznie pracować. Pewnie dlatego klienci dają się na nie nabrać. Bo czym jest prawda? Gdzie jej szukać w tym płynnym świecie, w którym wszystko się zmienia, kotłuje, buzuje? To kolejne wielkie pytanie.

Podążając za losami Ciłyków, poznajemy ukraińską historię - tę świeżą i tę dawniejszą. Z czasem odkryjemy też rozwiązanie rodzinnych tajemnic. Czy okażą się takie straszne, jak może się wydawać? Mnie ta książka pochłonęła bez reszty i sprawiła dużą przyjemność. Łączy w sobie potoczystą opowieść, lekkość osiągniętą dzięki psiemu narratorowi i perspektywie niewidomej dziewczynki z poważnymi tematami. A na koniec dwa cytaty.

Kiedy jedno pokolenie milczy, następne zacznie w końcu zmyślać - a ci, którzy przyjdą później, mogą już nawet nie dostrzec różnicy między prawdą i kłamstwem. 

Tato, a gdzie są nasze rzeczy? Dlaczego ta broszka z granatem z lat sześćdziesiątych to najstarsze, co mamy? Bo przecież cudza srebrna łyżka i ikona cioci Dusi się nie liczą. Ani niemieckie okulary, które rozmazują świat ... Gdzie się podziały wszystkie nasze rzeczy?  

Jurij Wynnyczuk "Tango śmierci"

Odkrywania literatury ukraińskiej ciąg dalszy. Tym razem "Tango

śmierci" Jurija Wynnyczuka (KEW 2018; przełożył Bohdan Zadura), książka, która w roku 2019 znalazła się w ścisłym finale Angelusa, nagrody dla pisarzy z Europy Środkowej. Naprawdę nie wiem, jak wpadłam na tę powieść, bo na pewno nie zapamiętałam jej z tamtej nominacji. A przecież musiałam usłyszeć o niej niedawno, bo to całkiem świeży zakup na fali mojego ukraińskiego wzmożenia. Autora kojarzyłam już wcześniej, bo mniej więcej rok temu chwalono inną jego powieść - "Lutecję". Wtedy mimo bardzo dobrych recenzji nie skusiłam się na nią, bo uznałam, że to nie jest ten typ literatury, który lubię. Dziś, po lekturze "Tanga śmierci", postanowiłam ją przeczytać, mimo że moje upodobania lekturowe nie uległy zmianie. Cóż, zdarzają się wyjątki. Na koniec wstępu kilka słów o autorze. Jurij Wynnyczuk to jeden z bardziej znanych pisarzy ukraińskich, przekładany na wiele języków. Urodzony w roku 1952 poeta, prozaik, tłumacz, dziennikarz. Mieszka we Lwowie, co jest nie bez znaczenia w kontekście powieści, o której dzisiaj.

Muszę przyznać, że mój odbiór "Tanga śmierci" zmieniał się w trakcie lektury. Falował od przyjemności czytania przez lekką irytację do pełnej akceptacji. Zaraz wyjaśnię, skąd wzięła się irytacja. Ale od początku. "Tango śmierci" to opowieść o Lwowie i jego mieszkańcach - tych współczesnych, ale przede wszystkim przedwojennych. Polakach, Ukraińcach, Żydach, a nawet Niemcach, bo miasto było kiedyś kulturowym tyglem. Tu wyznanie - nie mam jakiegoś wielkiego sentymentu do Lwowa. Wprawdzie rodzina mojego ojca wywodziła się ze wschodu, ale z Wołynia. Nie nasiąkłam lwowskimi wspomnieniami, już prędzej wileńskimi, bo z Wilnem w młodości związany był mój dziadek, ale też bez przesady. Nigdy też we Lwowie nie byłam. Nie żebym nie chciała, ale zawsze odkładałam ten wyjazd na później, no a teraz, kiedy po lekturze nabrałam wielkiej ochoty, nie wiadomo, kiedy taka podróż będzie znowu możliwa. Kiedy czytałam "Tango śmierci", bardzo żałowałam, że nie znam miasta, bo to taka powieść, która osadzona jest w jego topografii. Kto był, ten bez trudu może przywołać obrazy tych miejsc, może czytać z planem Lwowa w ręce. Ja uwielbiam takie sytuacje i żałuję, że ta przyjemność została mi odebrana, a właściwie sama ją sobie odebrałam.

Akcja powieści toczy się na dwóch planach czasowych - historycznym i współczesnym. Ten pierwszy obejmuje lata międzywojnia i wojny, kiedy najpierw Lwów był polski, a potem przechodził z rąk radzieckich do niemieckich. Tu bohaterów jest czterech - przyjaciele, urodzeni w latach dwudziestych, Ukrainiec Orest, Polak Jasio, Żyd Josiek i Niemiec Wolf. Pierwsze skrzypce gra Orest, to z jego notatek poznajemy ich historię. Bardzo ważną postacią jest też Josiek, skrzypek. Współczesność to historia zapalonego naukowca orientalisty, profesora Jarosza. Jego pasją są martwe języki, a szczególnie język arkamski, którym mówił w starożytności nieistniejący już lud Arkanum. I język, i posługujący się nim ludzie zostały na potrzeby powieści wymyślone. Zdarzenia z obu planów czasowych ściśle się ze sobą łączą. Po pierwsze dzięki rękopisowi Oresta, który w pewnym momencie wpada w ręce Jarosza, a po drugie dzięki pewnej tajemniczej melodii - owego tytułowego tanga śmierci. Miało ono moc niezwykłą, ten, komu grano ją, gdy umierał, stawał się poniekąd nieśmiertelny - odradzał się w kolejnych pokoleniach, nie zdając sobie z tego sprawy. I znowu dopiero moc usłyszanej melodii tanga mogła mu świadomość przeszłości przywrócić.

I tu muszę wyjaśnić, dlaczego w pewnym momencie zaczęłam żałować, że na "Tango śmierci" się skusiłam. Nie raz dawałam w tych notkach wyraz mojej niechęci do wszelkiej maści fantastyki. A tu wątek fantastyczny staje się bardzo silny. Wszystko, co łączy się z odtwarzaniem melodii tego jedynego w swoim rodzaju tanga, poszukiwaniem wiadomości na jego temat, a wreszcie użyciem jego mocy, pisane jest w porządku fantastycznym. Jakoś jednak przestało mi to doskwierać, bo przyjemność z lektury była, do czasu, o czym za chwilę, ogromna. Kilkudniowa wyprawa Oresta w głąb biblioteki Ossolineum, która okazuje się biblioteką niezwykłą, bo żywą na wiele sposobów, opowiedziana została pysznie. Obraz jego wędrówki był tak sugestywnie przedstawiony, że odcisnął się w mojej wyobraźni bardzo silnie. Kiedyś przeżyłam coś podobnego, czytając pierwszą część "Władcy pierścieni" Tolkiena. (Odpadłam w połowie drugiej i lektury nigdy nie skończyłam, chociaż pierwsza sprawiła mi wielką przyjemność.)

Powieść Jurija Wynnyczuka to zabawa wieloma konwencjami. Znajdziemy tu wątek sensacyjny, moim zdaniem jakoś pod koniec puszczony, historie łotrzykowskie, znakomite, barwne opowieści w iście hrabalowskim stylu. Są tu nawiązania do popkultury, Dan Brown czy Borghese i Umberto Eco. Uczciwie przyznaję, że te trzy aluzje wymieniam za recenzentami - Dana Browna nigdy nie czytałam, czego nie żałuję, niestety to samo muszę napisać o Borghesie i  Umberto Eco, czego trochę się wstydzę. 

Ale "Tango śmierci" to nie tylko powieść zabawna, pełna barwnych typów, trzymająca w napięciu za sprawą tajemnicy. Tak jest rzeczywiście do pewnego momentu. Przedwojenny Lwów jawi się niczym mityczna rajska kraina, gdzie wszyscy żyją w zgodzie i radości. A dzieje się tak, ponieważ poznajemy go z perspektywy Oresta, młodego chłopaka niestroniącego od wszelkich drak i kłopotów. Dlatego  wierzymy, że może nie dostrzegać konfliktu polsko-ukraińskiego czy polskiego antysemityzmu, który w latach trzydziestych rozbujany był już na dobre. Ale ta sielanka trwa do czasu i wtedy tonacja się zmienia. Cezurę stanowi oczywiście wybuch wojny, która zmiotła tamten arkadyjski świat. Najpierw Rosjanie, potem Niemcy. A swoją drogą czytając o radzieckiej okupacji Lwowa, trudno uciec od wrażenia, jak wszystko się powtarza. Grabieże, krępowanie rąk drutem i strzelanie w tył głowy - to dzieje się teraz w Ukrainie niemal na naszych oczach. Niby coś tam na temat okupacyjnej historii Lwowa wiedziałam, ale na pewno nie aż tyle, a poza tym zebrane razem robi duże wrażenie. Ale jak to bywa, przeszłość nieznana jest także współczesnym mieszkańcom miasta. Dla Jarosza jest ona tak tajemnicza jak owo starożytne Arkanum dla zwykłych śmiertelników. Nieoczekiwanie dla siebie odkrywa ją za pośrednictwem notatek Oresta i historii tanga śmierci. 

Bardzo ciekawa książka, która sprawi przyjemność i tym, którzy w literaturze szukają czegoś więcej, i tym, którzy po prostu łakną rozrywki i przyjemności płynącej z lektury. 

Popularne posty