Marek Beylin "Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow"

Pamiętam, że kiedy kilka lat temu ukazała się książka Marka Beylina

"Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow" (Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie 2015) przez moment zastanawiałam się, czy jej nie przeczytać, ale ostatecznie zrezygnowałam. O Alinie Szapocznikow oczywiście słyszałam,  jednak nie interesowała mnie na tyle, aby po jej biografię sięgać. Nie umiem powiedzieć, czy widziałam jakąkolwiek jej rzeźbę w galerii czy muzeum. Pewnie tak, ale świadoma tego nie byłam. I najprawdopodobniej nic by się nie zmieniło, gdyby nie, dość skromna, wystawa jej prac w moim mieście. Znacznie wcześniej wpadły mi w ucho dwa podcasty poświęcone jej sztuce i osobie. Wystawę postanowiłam obejrzeć w ramach oprowadzania przez historyczkę sztuki, bo czułam, że bez komentarza spłynie to po mnie jak woda po gęsi, po prostu niewiele zrozumiem. Tak mam ze sztuką współczesną i oczywiście nie jestem wyjątkiem. O ile w galeriach i muzeach prezentujących sztukę umownie zwaną dawną mogę spędzać godziny, o tyle z odbiorem nowoczesnej mam problem. W każdym razie oglądanie rzeźb Aliny Szapocznikow z komentarzem specjalistki i opowieść o jej życiu zrobiły na mnie, a także na innych uczestniczkach, takie wrażenie, że postanowiłam sięgnąć po jej biografię.

Chociaż książkę przeczytałam stosunkowo szybko, muszę stwierdzić, że nie jest to lektura łatwa. Dlaczego? Bo autor, z wykształcenia historyk sztuki, w dużej mierze zajmuje się w tej biografii analizą prac Aliny Szapocznikow i dyskusjami, jakie toczyło środowisko artystów i ludzi parających się sztuką w czasie, kiedy bohaterka tej książki żyła i tworzyła. Oczywiście to nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Po prostu na pewno nie jest to rzecz, która trafi do szerokiego grona odbiorców. A może inaczej - jeśli sięgnie po nią ktoś taki jak ja, zainteresowany sztuką, ale nie fachowiec, musi się liczyć z tym, że wiele fragmentów będzie dość hermetycznych. Mam takie wrażenie, oczywiście nie prowadziłam statystyki, że samej Aliny Szapocznikow jest w "Ferworze" mniej niż jej rzeźb. To wszystko nie znaczy jednak, że żałuję lektury. Jak słyszałam, nad kolejną biografią rzeźbiarki pracuje Weronika Kostyrko. Ciekawa jestem, jaka będzie jej książka.

A czym uwiodła mnie Alina Szapocznikow i jej sztuka opowiadana przez jej doświadczenia? Wolą życia i żywiołowością. Alina Szapocznikow, która przeszła przez łódzkie getto, Auschwitz i inne obozy, która w jakiś czas potem wywinęła się śmierci dzięki zastosowaniu, wówczas eksperymentalnej, terapii streptomycyną, a w końcu przez cztery ostatnie lata swojego życia chorowała na raka piersi, przy czym w ostatnim okresie była świadoma, że nie ma już dla niej ratunku, do końca zachowywała wielką wolę życia i pogodę ducha. 

Kiedy już wiedziała, że umiera, odwiedzający ją przyjaciele widzieli tylko radość i energię. Teatr? Raczej żywiołowy program życiowy, zachowanie nierzadkie wśród tych, którzy przetrwali zagładę.

Mimo dramatycznych doświadczeń, a może na przekór nim, starała się korzystać z życia pełnymi garściami. Kształcić się, tworzyć, kochać, założyć rodzinę, szukać lepszych miejsc do mieszkania i tworzenia. 

... powiedziałbym, że Szapocznikow, uformowana do ciężkości życia, wybrała jego lekkość i poszukiwała jej mimo przeciwieństw.

Nie chciała mówić o tym, co przeszła w czasie wojny. Pozostaje tajemnicą, czy niektóre jej prace czerpią z doświadczeń wojennych. Tak je często interpretowano. Marek Beylin w swoich rozważaniach raczej nie podziela tego zdania. Odczytuje te rzeźby inaczej, chociaż nie ucieka od stwierdzenia, że:

Światu ukazywała twarz nieodmiennie radosną, pełną nadziei i życiowego optymizmu, a ból, zwątpienia i udręki gromadziła w sztuce. 

Ale to stwierdzenie dotyczy raczej jej późniejszej twórczości, która odwoływała się do jej choroby. 

Zaskoczyło mnie, że Alina Szapocznikow nie zrobiła międzynarodowej kariery. Być może stałoby się inaczej, gdyby nie jej przedwczesna śmierć. Bo zainteresowanie jej pracami rosło. Autor pokazuje, ile zabiegów, trudu i wyrzeczeń wymagało, a pewnie i dziś wymaga, utrzymanie się na rynku sztuki. Niemałe znaczenie miało też niestety to, że była artystką, a nie artystą. Jako kobieta miała trudniej. 

Delikatna dziewczyna przy wielkim kamieniu, ekspresja miłości, czyli kobieta i jej emocje - takie ujęcie przydawało jej medialnej atrakcyjności, lecz zarazem zamykało w klatce sztuki kobiecej, odrębnej od sztuki "prawdziwych" artystów, gdzie emocje stanowiły część przemyślanego projektu.

Jej prace wykorzystujące cielesność, operujące ironią, dyskutujące z traktowaniem przez popkulturę i media kobiet jako obiektów erotycznych spotykały się z niezrozumieniem. Nie pomagało jej to, że zdecydowała się zamieszkać na stałe we Francji. Póki funkcjonowała jako artystka zza żelaznej kurtyny, była na swój sposób interesująca, bo egzotyczna.

Osiedlając się w Paryżu, traciła wiele z egzotycznej atrakcyjności, jakiej przydawano twórcom z Europy Wschodniej. Traktowano ich jak atrakcję, a nawet przyznawano im pewne przywileje - dopóki wracali do siebie i nie chcieli na równi funkcjonować w świecie, który ich gościł. Jeśli chcieli się poczuć częścią Zachodu, wyrastały przed nimi bariery, jakich nie doświadczali twórcy cieszący się "lepszym" miejscem urodzenia. 

Kiedy zdecydowała się zamieszkać i tworzyć we Francji, stała się jedną z wielu. A ona nigdzie nie była u siebie. W polskim konserwatywnym świecie artystycznym czuła się obca, nieprzynależna do żadnej grupy, szczególnie jako osoba młoda i kobieta. Uważała też, że przestaje się rozwijać, że utknęła w martwym punkcie. 

Szapocznikow i Cieślewicz przyjechali do Francji nie po to, by biedzić się z Polską, lecz by uwolnić się od jej licznych ciężarów, pozostając Polakami. Chcieli zakorzenić się we francuskim życiu artystycznym, które miało ich - zwłaszcza ją - wprowadzić do obiegu europejskiego i amerykańskiego. 

W cytowanych listach do pierwszego męża, Ryszarda Stanisławskiego, i drugiego, Romana Cieślewicza, nie szczędzi złośliwości starszym od siebie rzeźbiarzom, facetom o, jak wynika z jej słów, obleśnym wyglądzie, za to przemądrzałym. Ale i we Francji nie była do końca u siebie, i tu dręczyła ją jej osobność, obcość. Czuła się też jak uboga krewna z powodu problemów finansowych.

W Paryżu mogli cieszyć się życiem w jego ludycznych przejawach. I nie z powodów materialnych, bo oboje biedowali. Ale tłoczne do nocy ulice, kawiarnie, knajpki, tanie wino, wystawy i dyskusje - wszystko to budowało bogactwo różnorodności. Coraz mniej obecnej w Polsce, gdzie narastały monopol doktryny i szara, znojna bieda.  Paryż był więc do codziennego życia, kształcenia się dojrzewania. Polska stanowiła przedmiot wiary przywracającej podmiotowość. Wiara zaś ułatwiała zakorzenianie się w Polsce. Toteż we Francji Alina tęskniła za Polską, czy też za sobą w Polsce, W Polsce  - brakowało jej siebie we Francji.

Miała nadzieję na zaistnienie na rynku sztuki amerykańskiej, ale niestety nic z tego nie wyszło. Po śmierci została właściwie zapomniana. Większość zachowanych prac leżała w garażu jej syna. Część uległa zniszczeniu z powodu kruchości. Materiały, jakimi dysponowała i z jakimi eksperymentowała, nie były wtedy dobrej jakości. Jak mówi Anda Rottenberg w jednym z podcastów, o których wspominałam, dziś trudno urządzić dużą wystawę jej prac, bo są bardzo rozproszone. Może to tłumaczy, dlaczego ta w moim mieście jest tak skromna.

Marek Beylin nie unika oczywiście rozmowy o jej wczesnych pracach, socrealistycznych z ducha. 

Nastawiona na życie Szapocznikow nade wszystko chciała robić własne rzeźby, musiała jednak zarabiać; pragnęła też, jak każdy twórca, być widoczna, zabiegała więc o zamówienia, a w jej zawodzie rzeźbiarki zleceniodawcą mogło być tylko państwo.

Nawet później, mieszkając już w Paryżu, nie zerwała kontaktów z Polską, nie miała statusu emigrantki czy uciekinierki i potrafiła brać udział w plenerach rzeźbiarskich czy konkursach pod mocno zideologizowaną egidą. Robiła to z powodów finansowych i żeby istnieć w artystycznym obiegu. A poza tym nie ukrywała swoich lewicowych poglądów. Nie była w tym odosobniona.

Szapocznikow nie zgłębiała ideologii. Kierowała się nie tyle historiozoficznymi przemyśleniami, ile ogólną modą i moralnym odruchem, który kazał jej stanąć po stronie tego, co nowe i młode, przeciw temu, co stare i skompromitowane.

A tak Czesław Miłosz pisał o klimacie panującym w latach powojennych w Europie.

Ludziom, którzy nie pamiętają powojennego dziesięciolecia, niełatwo uzmysłowić sobie triumfalną siłę marksistowskiej wiary, do której w owym czasie lgnęły najlepsze umysły z obu części podzielonej Europy. Ten okres tak szybko odchodzi w zapomnienie, że wciąż słyszy się pytanie, dlaczego tylu intelektualistów padło wtedy ofiarą własnej ślepoty; tymczasem rozsądniej byłoby zapytać, dlaczego niektórzy oparli się pokusie.

Słodko-gorzka droga życiowa. Najeżona przeciwnościami, ale także radością. Artystycznie spełniona, jednak nie do końca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty