Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artystka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artystka. Pokaż wszystkie posty

Marek Beylin "Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow"

Pamiętam, że kiedy kilka lat temu ukazała się książka Marka Beylina

"Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow" (Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie 2015) przez moment zastanawiałam się, czy jej nie przeczytać, ale ostatecznie zrezygnowałam. O Alinie Szapocznikow oczywiście słyszałam,  jednak nie interesowała mnie na tyle, aby po jej biografię sięgać. Nie umiem powiedzieć, czy widziałam jakąkolwiek jej rzeźbę w galerii czy muzeum. Pewnie tak, ale świadoma tego nie byłam. I najprawdopodobniej nic by się nie zmieniło, gdyby nie, dość skromna, wystawa jej prac w moim mieście. Znacznie wcześniej wpadły mi w ucho dwa podcasty poświęcone jej sztuce i osobie. Wystawę postanowiłam obejrzeć w ramach oprowadzania przez historyczkę sztuki, bo czułam, że bez komentarza spłynie to po mnie jak woda po gęsi, po prostu niewiele zrozumiem. Tak mam ze sztuką współczesną i oczywiście nie jestem wyjątkiem. O ile w galeriach i muzeach prezentujących sztukę umownie zwaną dawną mogę spędzać godziny, o tyle z odbiorem nowoczesnej mam problem. W każdym razie oglądanie rzeźb Aliny Szapocznikow z komentarzem specjalistki i opowieść o jej życiu zrobiły na mnie, a także na innych uczestniczkach, takie wrażenie, że postanowiłam sięgnąć po jej biografię.

Chociaż książkę przeczytałam stosunkowo szybko, muszę stwierdzić, że nie jest to lektura łatwa. Dlaczego? Bo autor, z wykształcenia historyk sztuki, w dużej mierze zajmuje się w tej biografii analizą prac Aliny Szapocznikow i dyskusjami, jakie toczyło środowisko artystów i ludzi parających się sztuką w czasie, kiedy bohaterka tej książki żyła i tworzyła. Oczywiście to nie zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Po prostu na pewno nie jest to rzecz, która trafi do szerokiego grona odbiorców. A może inaczej - jeśli sięgnie po nią ktoś taki jak ja, zainteresowany sztuką, ale nie fachowiec, musi się liczyć z tym, że wiele fragmentów będzie dość hermetycznych. Mam takie wrażenie, oczywiście nie prowadziłam statystyki, że samej Aliny Szapocznikow jest w "Ferworze" mniej niż jej rzeźb. To wszystko nie znaczy jednak, że żałuję lektury. Jak słyszałam, nad kolejną biografią rzeźbiarki pracuje Weronika Kostyrko. Ciekawa jestem, jaka będzie jej książka.

A czym uwiodła mnie Alina Szapocznikow i jej sztuka opowiadana przez jej doświadczenia? Wolą życia i żywiołowością. Alina Szapocznikow, która przeszła przez łódzkie getto, Auschwitz i inne obozy, która w jakiś czas potem wywinęła się śmierci dzięki zastosowaniu, wówczas eksperymentalnej, terapii streptomycyną, a w końcu przez cztery ostatnie lata swojego życia chorowała na raka piersi, przy czym w ostatnim okresie była świadoma, że nie ma już dla niej ratunku, do końca zachowywała wielką wolę życia i pogodę ducha. 

Kiedy już wiedziała, że umiera, odwiedzający ją przyjaciele widzieli tylko radość i energię. Teatr? Raczej żywiołowy program życiowy, zachowanie nierzadkie wśród tych, którzy przetrwali zagładę.

Mimo dramatycznych doświadczeń, a może na przekór nim, starała się korzystać z życia pełnymi garściami. Kształcić się, tworzyć, kochać, założyć rodzinę, szukać lepszych miejsc do mieszkania i tworzenia. 

... powiedziałbym, że Szapocznikow, uformowana do ciężkości życia, wybrała jego lekkość i poszukiwała jej mimo przeciwieństw.

Nie chciała mówić o tym, co przeszła w czasie wojny. Pozostaje tajemnicą, czy niektóre jej prace czerpią z doświadczeń wojennych. Tak je często interpretowano. Marek Beylin w swoich rozważaniach raczej nie podziela tego zdania. Odczytuje te rzeźby inaczej, chociaż nie ucieka od stwierdzenia, że:

Światu ukazywała twarz nieodmiennie radosną, pełną nadziei i życiowego optymizmu, a ból, zwątpienia i udręki gromadziła w sztuce. 

Ale to stwierdzenie dotyczy raczej jej późniejszej twórczości, która odwoływała się do jej choroby. 

Zaskoczyło mnie, że Alina Szapocznikow nie zrobiła międzynarodowej kariery. Być może stałoby się inaczej, gdyby nie jej przedwczesna śmierć. Bo zainteresowanie jej pracami rosło. Autor pokazuje, ile zabiegów, trudu i wyrzeczeń wymagało, a pewnie i dziś wymaga, utrzymanie się na rynku sztuki. Niemałe znaczenie miało też niestety to, że była artystką, a nie artystą. Jako kobieta miała trudniej. 

Delikatna dziewczyna przy wielkim kamieniu, ekspresja miłości, czyli kobieta i jej emocje - takie ujęcie przydawało jej medialnej atrakcyjności, lecz zarazem zamykało w klatce sztuki kobiecej, odrębnej od sztuki "prawdziwych" artystów, gdzie emocje stanowiły część przemyślanego projektu.

Jej prace wykorzystujące cielesność, operujące ironią, dyskutujące z traktowaniem przez popkulturę i media kobiet jako obiektów erotycznych spotykały się z niezrozumieniem. Nie pomagało jej to, że zdecydowała się zamieszkać na stałe we Francji. Póki funkcjonowała jako artystka zza żelaznej kurtyny, była na swój sposób interesująca, bo egzotyczna.

Osiedlając się w Paryżu, traciła wiele z egzotycznej atrakcyjności, jakiej przydawano twórcom z Europy Wschodniej. Traktowano ich jak atrakcję, a nawet przyznawano im pewne przywileje - dopóki wracali do siebie i nie chcieli na równi funkcjonować w świecie, który ich gościł. Jeśli chcieli się poczuć częścią Zachodu, wyrastały przed nimi bariery, jakich nie doświadczali twórcy cieszący się "lepszym" miejscem urodzenia. 

Kiedy zdecydowała się zamieszkać i tworzyć we Francji, stała się jedną z wielu. A ona nigdzie nie była u siebie. W polskim konserwatywnym świecie artystycznym czuła się obca, nieprzynależna do żadnej grupy, szczególnie jako osoba młoda i kobieta. Uważała też, że przestaje się rozwijać, że utknęła w martwym punkcie. 

Szapocznikow i Cieślewicz przyjechali do Francji nie po to, by biedzić się z Polską, lecz by uwolnić się od jej licznych ciężarów, pozostając Polakami. Chcieli zakorzenić się we francuskim życiu artystycznym, które miało ich - zwłaszcza ją - wprowadzić do obiegu europejskiego i amerykańskiego. 

W cytowanych listach do pierwszego męża, Ryszarda Stanisławskiego, i drugiego, Romana Cieślewicza, nie szczędzi złośliwości starszym od siebie rzeźbiarzom, facetom o, jak wynika z jej słów, obleśnym wyglądzie, za to przemądrzałym. Ale i we Francji nie była do końca u siebie, i tu dręczyła ją jej osobność, obcość. Czuła się też jak uboga krewna z powodu problemów finansowych.

W Paryżu mogli cieszyć się życiem w jego ludycznych przejawach. I nie z powodów materialnych, bo oboje biedowali. Ale tłoczne do nocy ulice, kawiarnie, knajpki, tanie wino, wystawy i dyskusje - wszystko to budowało bogactwo różnorodności. Coraz mniej obecnej w Polsce, gdzie narastały monopol doktryny i szara, znojna bieda.  Paryż był więc do codziennego życia, kształcenia się dojrzewania. Polska stanowiła przedmiot wiary przywracającej podmiotowość. Wiara zaś ułatwiała zakorzenianie się w Polsce. Toteż we Francji Alina tęskniła za Polską, czy też za sobą w Polsce, W Polsce  - brakowało jej siebie we Francji.

Miała nadzieję na zaistnienie na rynku sztuki amerykańskiej, ale niestety nic z tego nie wyszło. Po śmierci została właściwie zapomniana. Większość zachowanych prac leżała w garażu jej syna. Część uległa zniszczeniu z powodu kruchości. Materiały, jakimi dysponowała i z jakimi eksperymentowała, nie były wtedy dobrej jakości. Jak mówi Anda Rottenberg w jednym z podcastów, o których wspominałam, dziś trudno urządzić dużą wystawę jej prac, bo są bardzo rozproszone. Może to tłumaczy, dlaczego ta w moim mieście jest tak skromna.

Marek Beylin nie unika oczywiście rozmowy o jej wczesnych pracach, socrealistycznych z ducha. 

Nastawiona na życie Szapocznikow nade wszystko chciała robić własne rzeźby, musiała jednak zarabiać; pragnęła też, jak każdy twórca, być widoczna, zabiegała więc o zamówienia, a w jej zawodzie rzeźbiarki zleceniodawcą mogło być tylko państwo.

Nawet później, mieszkając już w Paryżu, nie zerwała kontaktów z Polską, nie miała statusu emigrantki czy uciekinierki i potrafiła brać udział w plenerach rzeźbiarskich czy konkursach pod mocno zideologizowaną egidą. Robiła to z powodów finansowych i żeby istnieć w artystycznym obiegu. A poza tym nie ukrywała swoich lewicowych poglądów. Nie była w tym odosobniona.

Szapocznikow nie zgłębiała ideologii. Kierowała się nie tyle historiozoficznymi przemyśleniami, ile ogólną modą i moralnym odruchem, który kazał jej stanąć po stronie tego, co nowe i młode, przeciw temu, co stare i skompromitowane.

A tak Czesław Miłosz pisał o klimacie panującym w latach powojennych w Europie.

Ludziom, którzy nie pamiętają powojennego dziesięciolecia, niełatwo uzmysłowić sobie triumfalną siłę marksistowskiej wiary, do której w owym czasie lgnęły najlepsze umysły z obu części podzielonej Europy. Ten okres tak szybko odchodzi w zapomnienie, że wciąż słyszy się pytanie, dlaczego tylu intelektualistów padło wtedy ofiarą własnej ślepoty; tymczasem rozsądniej byłoby zapytać, dlaczego niektórzy oparli się pokusie.

Słodko-gorzka droga życiowa. Najeżona przeciwnościami, ale także radością. Artystycznie spełniona, jednak nie do końca.

Karolina Dzimira-Zarzycka "Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki"

Dwa lata temu głośno było o książce Sylwii Chwedorczuk

"Kowalska. Ta od Dąbrowskiej". Teraz historia się powtarza - dostajemy biografię Marii Dulębianki - "Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki" pióra Karoliny Dzimiry-Zarzyckiej (Marginesy 2022). Tytuł tej książki mógłby być parafrazą tamtego - Dulębianka. Ta od Konopnickiej. Dlaczego? Bo obie bohaterki w powszechnej świadomości istniały dotąd dzięki związkom ze słynnymi pisarkami, Marią Dąbrowską i Marią Konopnicką. No może z Dulębianką los obszedł się nieco łaskawiej, bo w ostatnich latach trochę się o jej feministycznej działalności mówiło, choćby za sprawą znakomitego fabularyzowanego dokumentu "Siłaczki" w reżyserii Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego, którego była jedną z bohaterek. Tymczasem, jak udowadniają autorki tych książek, obie kobiety zasługują na wyjście z cienia, bo sroce spod ogona nie wypadły. Kto wie, czy z dzisiejszej perspektywy emancypacyjna i feministyczna działalność Dulębianki nie ma większej wartości niż twórczość Konopnickiej, którą od dawna uczniowie byli straszeni w szkołach, a dziś już nawet i to nie. Pewnie jestem niesprawiedliwa, być może jej nowelistyka ze względu na poruszane tematy także teraz zasługuje na uwagę, nie będę więc wchodzić na grząski grunt i udawać, że Konopnicką czytam do poduszki. Zostawiam jej twórczość badaczkom i badaczom literatury. Tymczasem zajmę się Marią Dulębianką, z którą spędziła dwadzieścia ostatnich lat swojego życia.

Kim więc była? Skąd te dwa życia w tytule? Malarka i społecznica, dziś koniecznie trzeba pamiętać o jej działalności emancypacyjnej i feministycznej. Już we wczesnej młodości została skonfrontowana z dyskryminacją kobiet. Tego doświadczała każda młoda dziewczyna, która chciała studiować. Dotyczyło to też tych, które pragnęły kształcić się w dziedzinie malarstwa czy rzeźby. Uczelnie artystyczne były przed nimi zamknięte, także te zagraniczne. Pozostawały prywatne szkoły malarstwa. Tam jednak gorzej traktowano kobiety niż mężczyzn. Nawet zbiorowa pamięć świadczy o tym, jak były traktowane - niewiele dziś wiemy o tych, wcale nie tak nielicznych, młodych Polkach, które najpierw pobierały lekcje na przykład w warszawskiej szkole Wojciecha Gersona, a potem wyruszały w świat do Monachium i przede wszystkim do Paryża, aby tam pobierać nauki u najlepszych. Olga Boznańska nie była jedyna. Z mroków zapomnienia wydobyto niedawno Annę Bilińską, z dorobku Marii Dulębianki niewiele się zachowało. A inne? Pełno dziur jest też w jej życiorysie z czasów młodości, dlatego autorka często musi spekulować, rozważać różne warianty jej  losu, prowadzić śledztwo oparte najczęściej na poszlakach. Dostajemy za to mnóstwo bardzo interesujących informacji stanowiących tło dla jej studiów i drogi artystycznej. Najlepiej udokumentowane jest tych dwadzieścia lat, które spędziła z Marią Konopnicką, co zawdzięczamy korespondencji pisarki. Niestety listy Dulębianki się nie zachowały. Dużo też wiemy o tym, co robiła przez ostatnich dekadę życia już po śmierci przyjaciółki. A to wszystko dzięki jej działalności społecznej i feministycznej. 

Bo z czasem twórczość ustępowała pasji działaczki, a działaczką była niesamowitą. Ze wspomnianego tu filmu "Siłaczki" zapamiętałam, że Dulębianka została namówiona przez inne feministki do startu w wyborach do Sejmu Krajowego we Lwowie, co z góry skazane było na porażkę. Ale kampania miała nie tylko charakter symboliczny, bo dużo było wokół niej szumu i fermentu, a działaczki próbowały wykorzystać luki w prawie. Nigdzie bowiem nie istniał zakaz, po prostu było tak oczywiste, że kobiety nie mają praw wyborczych, że przepisy o nich nie wspominały, zresztą nie tylko w tej dziedzinie, a wiadomo, że co nie jest zabronione, to jest dozwolone. Kampania to jednak zaledwie ułamek jej niestrudzonej aktywności. Intensywnie działała w rodzącym się ruchu feministycznym, szczególnie bliskie jej były dwie sprawy - możliwość kształcenia kobiet i prawo wyborcze czynne oraz bierne. Brała udział w kongresach, spotkaniach, pisała, agitowała, szukała sojuszników wśród mężczyzn, słowem prowadziła całą tę mrówczą pozytywistyczną robotę, konsekwentnie krok po kroku. Oczywiście nie była sama. Na uwagę zasługuje jej praca w wojennym Lwowie - rzuca się w wir nowych zadań. Tanie kuchnie i herbaciarnie, kursy dla sanitariuszek, zbiórki dla legionistów. Dowodzi sekretariatem miejskiego Wydziału Dobroczynności. No i ostatnia niebezpieczna misja na przełomie roku 1918/19, którą ostatecznie przypłaciła życiem. 

Czytając o jej działalności feministycznej, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że niby tyle się zmieniło, a jednak pewne poglądy i sposób traktowania kobiet pozostały niezmienne. Aby to pokazać, przytoczę kilka cytatów, najczęściej z prasy.

Jednym z wynalazków, za który grubo się będzie musiał rumienić wiek XIX (...), jest niezawodnie tak zwany feminizm. Nie jest on ani zasadą, ani teorią, ani ideą, ale najzwyczajniejszym bzikiem, czymś w rodzaju owczego kręćka.

... ale znaczna część owych "feministek" (bo tak się ochrzciły) bawi się po prostu w mądrość, ulega modzie. Jak niegdyś (...) marnowały panny lata i lata na fortepian (...), tak ślęczą obecnie nad książkami, aby o nich zapomnieć. (Autorka dodaje, że według piszącego te słowa dzieje się tak, gdy tylko pojawi się kandydat na męża.)

I oto i dziś spostrzegamy szczególne zjawisko, że kobiety w ogóle, a i pisarki, i artystki, i kobiety uczone, nawet największej miary tak samo, mało siłom swoim dowierzając, gotowe zawsze zrzec się berła na rzecz częstokroć najmierniejszego męskiego współzawodnika. 

I na koniec cytat z Dulębianki. 

... powiedziano jej (kobiecie): jedyną dziedziną twej działalności będzie rodzina, a w tej rodzinie głównym zadaniem wychowanie dzieci. A autorka za Dulębianką dopowiada: Jakby mężczyźni nie zauważyli, że na przykład pracujące kobiety i tak już dawno opuściły ognisko domowe.

Takim argumentem bardzo często zbijała upór mężczyzn, którzy swoją niezgodę na przyznanie kobietom biernego prawa wyborczego tłumaczyli tym, że bycie posłanką odciągnie je od rodziny. Tymczasem nie przeszkadzało im, że służące, robotnice czy nauczycielki z posiadania rodziny najczęściej rezygnowały albo dzieliły swój czas pomiędzy obowiązki zawodowe i prywatne. 

Tytuł biografii Marii Dulębianki można jeszcze tłumaczyć na inny sposób. Dwa życia - jedno samodzielne, drugie złączone z życiem Marii Konopnickiej. Przez dwadzieścia lat dostosowywały do siebie swoje plany, wspólnie podróżowały, mieszkały razem, troszczyły się o siebie, wpływały na swoją twórczość. Dulębianka wiele dla Konopnickiej poświęciła. Pisarce do pracy wystarczał pokój i biurko, malarka potrzebowała jasnej pracowni i artystycznego otoczenia. Nie zawsze było to możliwe w czasie wspólnych podróży, dlatego jej kariera artystyczna przygasła. 

Ale pisząc o wspólnym życiu obu Marii, autorka nie mogła uciec od pytania o charakter ich związku. Czy to tylko głęboka przyjaźń, czy coś więcej? A jeśli miłość, to tylko duchowa, czy również erotyczna? Ponieważ jednoznacznej odpowiedzi nie ma, a właściwie brak dowodów na więź erotyczną, autorka biografii pokazuje ich związek na tle epoki. I jest to szalenie ciekawe. Takie pary, nazywane często małżeństwami bostońskimi, były w tamtej epoce częste i nikogo nie gorszyły. Nikt nie uznawał ich za  lesbijskie. Maria Dzimira-Zarzycka wyjaśnia, dlaczego tak było. Nie miejsce tu, aby to wszystko relacjonować. Niech rozjaśnią mrok i będą zanętą do lektury tytuły krótkich rozdziałów, w których autorka pokazuje związek Dulębianki i Konopnickiej na tle epoki. W łóżku z przyjaciółką, Samotnice, Sztuce się poświęciły, Swobodna jak mężczyzna, Bostońskie rozwiązanie, Nieodłączne przyjaciółki, W łóżku z kochanką. Pewne jest jedno - przez dwadzieścia lat były sobie bardzo bliskie, przez większość tego czasu dzieliły wspólnie życie. Na końcu swoich rozważań autorka stwierdza, że w dzisiejszych kategoriach status ich związku to - skomplikowane.  

Gorąco namawiam do sięgnięcia po biografię tej niezwykłej kobiety.

Oksana Zabużko "Badania terenowe nad ukraińskim seksem"

Powieść Oksany Zabużko, chyba najbardziej znanej w Polsce

ukraińskiej pisarki, "Badania terenowe nad ukraińskim seksem" (W.A.B. 2003; przełożyła Katarzyna Kotyńska; właśnie ukazało się wznowienie w wydawnictwie Agora w tym samym tłumaczeniu) miałam na swojej półce od dawna. Jeszcze nie wirtualnej, ale tej z papierowymi książkami. Nie pamiętam, czy kupiłam ją jako pierwszą, czy po lekturze znakomitego "Muzeum porzuconych sekretów", które w Polsce ukazało się w roku 2012 w tym samym wydawnictwie i tłumaczeniu. No i swoje przeleżała. Teraz wzięłam się za nią z kilku powodów. Pierwszy oczywisty - nie tylko mnie dopadło wzmożone zainteresowanie literaturą i kulturą ukraińską. Drugi - w tych trudnych czasach jakoś ciągnie mnie do beletrystyki. Kolejne łączą się bezpośrednio z osobą samej pisarki. Właśnie Agora wydała zbiór jej esejów, który bardzo chcę przeczytać, a w związku z promocją książki Oksana Zabużko przyleciała do Polski ... w przeddzień wybuchu wojny. I na razie została. Spotykając się z czytelnikami, opowiada o swojej ojczyźnie, jest ambasadorką jej sprawy. W czasie wieczorów autorskich i w licznie udzielanych wywiadach nie stroni od rozmów o aktualnych wydarzeniach. A mówi znakomicie i co najważniejsze wcale się nie powtarza. Najpierw wysłuchałam dwóch rozmów podcastowych, a potem byłam na spotkaniu. Zastanawiałam się nawet, czy warto jeszcze iść, przecież nie powie już nic nowego. A jednak byłam w błędzie! No i niemal od razu zabrałam się za "Badania terenowe nad ukraińskim seksem".

Pamiętając mój zachwyt nad "Muzeum zaginionych sekretów", przystępowałam do lektury "Badań" z przekonaniem, że tę niewielką objętościowo powieść połknę w krótkim czasie. Okazało się jednak, że nie jest to rzecz łatwa w czytaniu. Język i konstrukcja stawiają opór. Bardzo długie, rwane zdania, niechronologiczna, poszarpana narracja, narratorka czasem opowiada o sobie jak o obcej kobiecie, używając form trzecioosobowych - to wszystko sprawia, że lektura wymaga skupienia i uwagi. Narracja nie płynie wartko. Wielokrotnie wracałam do niektórych fragmentów. Musiałam trochę poobcować z tą powieścią, aby zorientować się, kto jest kim. Czy narratorka opowiada tylko o sobie, czy też o innej kobiecie? Czy o jednym mężczyźnie, czy o dwóch? Te wątpliwości oczywiście rozstrzygnęłam dość szybko, pozostałych trudności nie da się przeskoczyć. Dlatego jeśli ktoś teraz potrzebuje prozy, która płynie potoczyście, niech lekturę "Badań terenowych nad ukraińskim seksem" odłoży na spokojniejszy czas, a w zamian trzeba koniecznie przeczytać "Muzeum zaginionych sekretów". Powieść opasłą, ale arcyciekawą, niestawiającą przed czytelnikiem aż takich wymagań, no i pozwalającą lepiej poznać historię naszych sąsiadów i ich samych.  

Teraz jednak wracam do "Badań". Powieść ukazała się w Ukrainie w roku 1996, szybko stała się tam bestselerem, doczekała się przekładów, ale początkowo, jak czytam, wywołała kontrowersje. To historia kobiety, poetki i wykładowczyni uniwersyteckiej, która przebywa na stypendium w Stanach. Głównym tematem jest jej związek z poznanym kilka, kilkanaście (?), lat wcześniej ukraińskim malarzem. Z odległej amerykańskiej perspektywy analizuje tę relację. Robi wiwisekcję, szuka błędów. Jest bardzo samotna - albo upora się ze swoimi emocjami, albo pogrąży w rozpaczy i depresji. Sprawy nie ułatwia fakt, że przebywa w Stanach. Czuje się tym bardziej sama i niezrozumiana. Także jako poetka i Ukrainka. Amerykanie mają swoje problemy, żyją w innym świecie, Ukraina to dla nich odległy, egzotyczny kraj.  

Bohaterka spotkała starszego od siebie malarza w czasie jakiegoś festiwalu literackiego, który odbywał się gdzieś poza Kijowem. Skoczyła w tę relację na główkę, nie badając, czy dno jest bezpieczne. A nie było. To uczucie toksyczne, oparte na patriarchalnych relacjach. Chociaż wykształcona, znana i samodzielna, w tym związku podporządkowuje się jemu. Także w łóżku. Nie liczą się jej pragnienia i potrzeby, liczy się to, co on lubi. Bohaterka próbuje dociec, dlaczego tak jest. Dlaczego ukraińskie kobiety są skazane na takie miłości? Czy rzeczywiście są? 

... wychowali nas mężczyźni, wyjebani jak się tylko dało, na wszystkie strony, że potem tacy sami faceci z nami spali i że w obu przypadkach robili z nami to, co inni faceci robili z nimi? I że przyjmowałyśmy ich i kochałyśmy takimi, jakimi byli, bo odrzucenie ich było równoznaczne z opowiedzeniem się po stronie tamtych obcych? Że jedyny wybór, jaki miałyśmy i mamy, to między ofiarą i katem: między nieistnieniem a istnieniem-które-zabija? 

Oczywiście dziś te problemy nie mają już takiej siły rażenia. Nie jest tak, że wszystko się zmieniło i wszędzie, ale kobiety odzyskały głos, mówią o swoich potrzebach, także seksualnych. Dlategoprawdopodobnie inny byłby mój odbiór tej powieści, gdybym przeczytała ją wtedy, kiedy wyszła. I nie chodzi tylko o dominujący wątek - nieudanej miłości, z której bohaterka chce się wyleczyć. Także o sprawy ukraińskie, które też są tematem książki. Dziś wiem znacznie więcej o historii Ukrainy, o czasach transformacji, o jej aspiracjach do przynależności do zachodniego świata, niż wiedziałam wtedy, kiedy powieść się w Polsce ukazała. Także dzięki Oksanie Zabużko i jej "Muzeum porzuconych sekretów", gdzie te sprawy opowiedziane zostały znacznie dogłębniej. "Badania terenowe nad ukraińskim seksem" czytane jako drugie zdają się szkicem, wprawką przed napisaniem tej najważniejszej powieści. Jedno się nie zmieniło, przynajmniej do niedawna, do wybuchu wojny. Ukraina pozostawała dla świata Zachodu krajem marginalnym, któremu nie poświęca się dużo uwagi, którego aspiracji się nie rozumie. Bohaterka zwracając się co pewien czas w trakcie jakiegoś wykładu, bardziej wyimaginowanego niż rzeczywistego, do swoich amerykańskich słuchaczy, pragnie zatrzymać ich uwagę, ale raczej nie liczy na zrozumienie. Pozostanie samotna jako kobieta, która leczy się z toksycznego, patriarchalnego związku, i jako Ukrainka, reprezentantka sprawy swojego narodu, któremu wielu długo nie przyznawało prawa do istnienia.

Zakończę cytatem, bardzo gorzkim, niestety bardzo aktualnym. Zdesperowana narratorka ma ochotę wykrzyczeć: ... ladies and gentlemen, stworzyliśmy wspaniały świat, i przyjmijcie z tej okazji wspaniałe gratulacje od USAir, od CNN i od CIA, od urugwajskich karteli narkotykowych i rumuńskiej Securitate, od KC Komunistycznej Partii Chin i milionów morderców ze wszystkich więzień świata, od dziesiątków milionów, które pozostają na wolności, i od pięciu tysięcy poczętych w gwałtach sarajewskich bękartów, które kiedyś przecież dorosną i - zawsze niech będzie słońce!, tyle właśnie chciałam powiedzieć, dziękuję za uwagę ... 

Dziś ten cytat brzmi bardzo mocno. Kiedy nieprawdopodobne znowu stało się możliwe. I tak pewnie, niestety, będzie zawsze. Ludzkość niczego się nie nauczyła. 

Tove Ditlevsen "Trylogia kopenhaska"

Zachęcona bardzo pozytywnymi głosami sięgnęłam po kolejną

autobiograficzną opowieść o doświadczeniach kobiety nietuzinkowej. Wybory wydawców najwyraźniej chodzą stadami - mamy wysyp podobnych historii. Anda Rottenberg, Vivian Gornick, Natalia Ginzburg, Sarah M. Broom. Jeśli dodać do tej listy biografie kobiet niezwykłych i powieści o kobiecym doświadczeniu, których też ostatnio ukazuje się sporo, jest w czym wybierać. W każdym razie ja wydawcom tej mody nie mam za złe. Przeciwnie, gorąco jej kibicuję. Tym bardziej, że przecież każda z tych książek jest inna, każde doświadczenie unikalne. 

Tym razem przeczytałam "Trylogię kopenhaską" Tove Ditlevsen, wybitnej duńskiej poetki i prozaiczki, ale niemal zupełnie w Polsce nieznanej (Czarne 2021; przełożyła Iwona Zimnicka). Słowo niemal jest tu bardzo na miejscu, bo okazało się, że dotąd na naszym rynku ukazały się jej dwie powieści - kilkanaście lat temu "Twarze", a w styczniu tego roku "Ulica dzieciństwa". Tak, tak, tego roku! Konia z rzędem temu, kto o nich słyszał! Tę drugą można bez problemu kupić - ja już ją mam! (Teraz, kiedy redaguję tę notkę, jestem po lekturze. Wkrótce refleksje.) Po prostu wyszły w małych niszowych wydawnictwach i przemknęły niezauważone. Tymczasem Czarne ma siłę przebicia i o "Trylogii kopenhaskiej" zrobiło się bardzo głośno.

Autobiograficzną opowieść Tove Ditlevsen przeczytałam jednym tchem. Jest to historia jednocześnie budująca i bardzo przytłaczająca. Chociaż autorka urodziła się w roku 1917, a zmarła w 1976, to jej historia w wielu aspektach wciąż dotyka doświadczeń, które są bliskie milionom kobiet na świecie. Jakie to doświadczenia? Bieda, zależność od mężczyzny, który ma być opoką, niechciane macierzyństwo i nielegalna aborcja, a wreszcie narkomania.

Dlaczego przytłaczająca, stało się chyba oczywiste, kiedy wymieniłam katalog problemów. Tove Ditlevsen urodziła się w robotniczej rodzinie, wychowywała w robotniczej dzielnicy Kopenhagi. Jej los został z góry wyznaczony miejscem narodzin. Miała skończyć szkołę podstawową, iść na służbę, a kiedy wyjdzie za mąż za solidnego rzemieślnika, zostać żoną przy mężu i matką kilkorga dzieci. Ten solidny rzemieślnik to upiór jej dzieciństwa. Ponieważ była zdolna, udało jej się skończyć gimnazjum, ale o liceum rodzice słyszeć nie chcieli. Także dlatego, że dzięki pracy i zarobkom miała odciążyć rodzinny budżet. Tymczasem Tove od dziecka lubiła czytać i pisała wiersze. Marzyła o innym życiu, ale jej los wydawał się być przypieczętowany. Moment, kiedy kończy szkołę i idzie na służbę, jest jednym z najbardziej przejmujących. Nie mogę powstrzymać się od kilku cytatów.

Przyszłość jest potworem, przytłaczającym kolosem, który wkrótce na mnie spadnie i mnie zmiażdży. 

Za sobą mam dzieciństwo i szkołę, a przed sobą nieznane i budzące przerażenie życie wśród obcych. 

Znalazłam się wśród obcych, a dla nich byłam jedynie osobą, której siły cielesne wykupili na konkretną liczbę godzin każdego dnia w zamian za konkretną zapłatę. Cała reszta mnie była im obojętna.

Chociaż Tove chciałaby żyć inaczej, zajmować się literaturą, czytać i pisać, to marzy o mężu. Raczej nie o solidnym rzemieślniku, ale jednak. Tak została wychowana i taki wybór drogi życiowej wydaje jej się oczywisty. Kiedy wyjdzie za mąż, będzie miotać się pomiędzy byciem żoną, panią domu, gospodynią, wreszcie matką, a pragnieniem niezależności. 

Kolejny przygnębiający epizod z życia Tove Ditlevsen to poszukiwanie lekarza, który usunie ciążę. Aborcja w tamtym czasie była w Danii nielegalna i zrobienie jej stawało się coraz trudniejsze. Tove ściga się z czasem. Rady matki i koleżanek okazują się nieskuteczne, więc szuka lekarza, co wydaje się sprawą beznadziejną. Wspólne kobiece doświadczenie, babska dola - ciągły lęk i obawa, a jeśli nieskuteczna antykoncepcja zawiedzie, szukanie rozwiązania. Najbardziej przeraża fakt, że niemal sto lat później w wielu krajach niewiele się zmieniło. 

Wreszcie uzależnienie od leków. Przejmujące są opisy pogrążania się w nałogu, zobojętnienia na wszystko, co nie wprawia w chwilową błogość, nawet na pisanie, opisy cierpień, odwyku i potem życia na krawędzi, bo chęć sięgnięcia po leki, które dają chwilowy błogostan, stale wraca. Być może tę walkę przegrała, bo kilka lat po wydaniu ostatniego tomu "Kopenhaskiej trylogii" (W Danii każda z trzech części ukazała się osobno, u nas wyszła jako całość.) popełniła samobójstwo. Czy powodem było ciągłe zmaganie się z nałogiem, nie wiem, ale w kontekście jej autobiograficznej opowieści wydaje się to bardzo prawdopodobne.

Jednak historia Tove Ditlevsen jest też budująca, o czym już wspominałam. Dlaczego? Najbardziej chyba dlatego, że jednak wyrwała się z zaklętego kręgu i dopięła swego - została pisarką i z pisania się utrzymywała. Zawdzięcza to uporowi, ale i szczęśliwym zbiegom okoliczności. Potrafiła też żyć na własnych warunkach, odchodziła od mężów, zmieniała mężczyzn, inna sprawa, że jej wybory nie zawsze były szczęśliwe. Pierwszy raz matką została, bo chciała, potem rezygnowała z macierzyństwa. Wreszcie znalazła w sobie siłę, aby ratować się przed ostatecznym upadkiem.

Jej życie to wieczne balansowanie - między samodzielnością, realizowaniem siebie, a wpadaniem w tryby konwenansu i uzależnieniem, nie tylko od leków, także od mężczyzn, często źle wybieranych.

A poza tym książka jest po prostu bardzo ciekawa. Opowieści o życiu w robotniczej rodzinie i dzielnicy, potem w kręgu studentów i artystów, duchów niezależnych. Co może zdziwić, niemal zupełnie nieobecna jest tu okupacja. Jakby Tove Ditlevsen i jej znajomi żyli obok. Cóż, zupełnie inna, bo duńska, perspektywa.  

Agnieszka Dauksza "Jaremianka"

Po książkę Agnieszki Daukszy "Jaremianka" (Znak 2019) nie miałam zamiaru sięgać, no bo, tu powtórzę moją ulubioną mantrę,  trudno czytać wszystko, trzeba wybierać z mnogości nowych propozycji, z zaległości, które jeszcze przed chwilą były nowościami. A gdzie czas na powroty do książek ulubionych, gdzie czas na nigdy nieprzeczytaną klasykę, tego przysłowiowego Prousta? Zmieniłam zdanie z dwóch powodów. Najpierw książkę poleciła mi znajoma. Że bardzo ciekawa, że zwłaszcza świetnie pokazane czasy przedwojenne. Potem nastąpił szczęśliwy zbieg okoliczności - fascynująca wystawa Idzie młodość! I Grupa Krakowska, z którą to grupą Jaremianka była ściśle związana. Odkrywanie nowych światów! Poczucie jakiegoś nieuchwytnego pokrewieństwa duchowego z ludźmi, którzy dawno odeszli. Przypinkę, jaką kupiłam sobie po obejrzeniu wystawy, noszę przytwierdzoną do plecaka do dziś i zamierzam nosić nadal. Kiedy wyszłam z muzeum, wiedziałam, że nie ma odwrotu - książkę przeczytać muszę! 

"Jaremiankę" połknęłam jednym tchem. Czytałam z ciekawością i z wielką fascynacją. Ciekawość budził kontekst historyczny, najpierw lata trzydzieste zeszłego wieku, potem wojna, a wreszcie lata pięćdziesiąte, stalinizm, odwilż, i losy bohaterów, cała mnogość postaci, z którymi Jaremianka była związana. Źródłem fascynacji była sama bohaterka. Postać nietuzinkowa, niezwykła. Uwielbiam takie odkrywanie białych plam, nowych światów - poznawanie zagadnienia albo, jak w tym przypadku, osoby, o której niewielkie dotąd miałam pojęcie. No bo co wiedziałam o Jaremiance wcześniej? Że malarka, abstrakcjonistka, że związana z Krakowem, gdzie można znaleźć trochę śladów po niej, że była żoną Kornela Filipowicza, że współpracowała z Kantorem. Tyle. I nagle czytam, a przed mną rozwija się stopniowo cały kosmos. Kim była, jak żyła, co myślała, jakich dokonywała wyborów, Jaremianka - kobieta i Jaremianka - artystka. I dalej - jej wielka rodzina, przyjaciele, artyści, o których wiedziałam niewiele albo zgoła nic, mężczyźni, których kochała, nieistniejący już świat - Kraków lat trzydziestych, potem czasy wojny i wreszcie lata powojenne. I już wiem, i jestem bogatsza o tę wiedzę. 

Ot, choćby Jonasz Stern, który dotąd był tylko hasłem w encyklopedii, powidokiem jakiejś szkolnej wiedzy, nagle staje się postacią żywą, o losach niezwykłych, tragicznych. Przed wojną więzień Berezy Kartuskiej, w czasie wojny dwukrotnie w cudowny sposób uszedł śmierci, a potem nieprawdopodobna, pełna trudów i niebezpieczeństw ucieczka ze Lwowa na Węgry. Podobnie Kornel Filipowicz. Kiedyś znany mi jako jakiś pisarz, którego twórczość odeszła w zapomnienie, potem partner Wisławy Szymborskiej, przypomniany dzięki ich korespondencji wydanej kilka lat temu, jeszcze później autor opowiadań. A teraz dzięki książce żywy człowiek - zabiegający o Jaremiankę, próbujący ją jakoś przyszpilić, zatrzymać przy sobie. Szukał swojej drogi artystycznej, w czasach stalinowskich tworzył do szuflady. Zaskoczeniem były jego tragiczne wojenne losy - nie miałam pojęcia, że był więźniem obozów koncentracyjnych. Już jakiś czas temu chciałam przeczytać jego opowiadania, które są właśnie wznawiane, teraz chcę jeszcze bardziej. To tylko dwa przykłady, a przecież takich postaci w tej książce znajdziemy znacznie więcej. O niektórych, jak o pierwszym partnerze Jaremianki, malarzu, członku Grupy Krakowskiej, Henryku Wicińskim nie miałam bladego pojęcia.

No i wreszcie bohaterka biografii, Jaremianka. Takie kobiety jak ona bardzo mi imponują, co nie znaczy, że zawsze rozumiałam jej wybory. Jaka była? Bezkompromisowa, podążająca swoją własną drogą bez względu na wszystko, osobna, żyła po swojemu, na swoich warunkach, łamała konwencje  w życiu osobistym, no i przede wszystkim bezwzględnie oddana sztuce. To sztuka zawsze była dla niej najważniejsza. Nie mężczyźni, chociaż ważnych było kilku, nie rodzina, chociaż bardzo była do niej przywiązana, byli sobie niezwykle bliscy, nie syn, mogę powtórzyć to samo, ale tworzenie. Od czasów młodości, kiedy ze Starego Sambora przyjechała na studia do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Nie dojadała, marzła w wynajmowanym pokoju, ledwo wiązała koniec z końcem, ale rzeźbiła i malowała. Podobnie jak jej koledzy z Grupy Krakowskiej. Najbardziej oddanie sztuce i bezkompromisowość artystycznych wyborów widać w ciemnych czasach stalinizmu, kiedy nie uległa jedynemu słusznemu prądowi - socrealizmowi i konsekwentnie milczała. Malowała w zaciszu swojej pracowni, która była jednocześnie jej pokojem. Na kolanach, a potem na specjalnie skonstruowanym przez Kornela Filipowicza stołeczku. Ona u siebie, a on w swoim pokoju pisał. Tak żyli, trochę osobno, trochę razem, rozumiejąc swoje pasje i swoje artystyczne wybory, dając sobie dużo wolności. A kiedy wreszcie w czasach odwilży zaczęła być doceniana i wystawiana, przyszła śmiertelna choroba. Trzy lata, od diagnozy do śmierci, wykorzystała do maksimum - malowała, malowała, malowała. Powiedziała synowi, wychowywanemu przez jej matkę i siostrę bliźniaczkę, Nunę, że odtąd będzie miała dla niego jeszcze mniej czasu. Oczywiście tu pojawiają się pytania o cenę, jaką płaci się za konsekwentne postawienie na sztukę. Największą, w potocznym wyobrażeniu, płacił pewnie syn Jaremianki i Filipowicza, Al. Jednak po pierwsze nie nakładajmy naszego współczesnego stosunku do dzieci na tamte czasy, bo wiadomo, że nie były wtedy tak bardzo w centrum uwagi dorosłych jak dziś. Sytuacja, że wychowują je dziadkowie, a nie pracujący rodzice, to wtedy na pewno nie norma, ale też nie rzadkość. Po drugie Al dostał mnóstwo bliskości od babci i ciotki, do których był bardzo przywiązany. Po trzecie z książki wynika, że nie miał żalu do rodziców, że i z nimi był blisko, chociaż nie mieszkali razem. Agnieszka Dauksza spędziła z nim i jego żoną dużo czasu, rozmawiała, oglądała pamiątki po matce, które traktowane są przez niego jak relikwie. Nie znalazłam słowa skargi. 

Mogłabym pisać jeszcze długo o tym, co tak bardzo zafascynowało mnie w Jaremiance i w książce o niej. Jej niepodlegający konwencjom stosunek do mężczyzn. A ważnych było w jej życiu trzech. Przeciwniczka małżeństwa, uległa dopiero Kornelowi Filipowiczowi, a może bardziej okolicznościom. Jej barwne życie, bo chociaż pracowała dużo, to także spotykała się z przyjaciółmi, bawiła się z nimi, ważnym miejscem w ich życiu była kawiarnia w Domu Plastyków na Łobzowskiej w Krakowie. Wyjazdy na stypendia do Paryża i podróże, które przy okazji odbyła. Jej niezwykły związek z siostrą bliźniaczką, Nuną. Jaremianka stała się postacią bardzo mi bliską. Pewnie duża w tym zasługa sposobu, w jaki książka została napisana. Bo i jej autorka nie ukrywa swojej fascynacji Jaremianką. Ma do niej niezwykle osobisty stosunek, czemu często w książce daje wyraz.

I wreszcie na koniec wrócę jeszcze do tego, o czym wspominałam. Równie interesujący, jak zwykle w biografiach, jest kontekst historyczny. Najpierw Kraków lat trzydziestych - nasilający się antysemityzm, także w środowisku akademickim, manifestacje robotnicze, polityczna działalność większości członków Grupy Krakowskiej związanych silnie z lewicą. Potem czasy wojny w Krakowie. Brak wiadomości o najbliższych, o przyjaciołach, bieda, strach, ale i próba normalnego życia. Wreszcie pacyfikacja Woli Justowskiej, dzielnicy Krakowa, w której zamieszkała rodzina Jaremów po wyjeździe ze Starego Sambora. Sama nie mogę się nadziwić, że w zasadzie nie miałam o tych zdarzeniach pojęcia. A przecież doskonale kojarzę ulicę o bardzo długiej nazwie, 28 lipca 1943, która znajduje się na Woli Justowskiej. Zawsze dziwiła mnie ta nazwa, dlaczego nie zadałam sobie trudu, żeby sprawdzić, skąd się wzięła? No i lata powojenne, niby lepiej rozpoznane, ale i tym razem dowiedziałam się wiele nowego.

Bardzo, bardzo ciekawa książka. Koniecznie trzeba po nią sięgnąć i nie ma znaczenia, czy ktoś interesuje się sztuką, czy nie. A na koniec jedno ważne zastrzeżenie. Agnieszka Dauksza jest literaturoznawczynią. Wiem, że niektórzy krytycy sztuki kręcą nieco nosem na jej książkę, zarzucając, że najsłabszą jej częścią są partie poświęcone analizie twórczości Jaremianki. Być może mają rację, ale dla laików albo prawie laików, czyli ludzi takich jak ja, którzy do muzeów i galerii chodzą, ale nie mają żadnej teoretycznej podbudowy, to nie ma znaczenia.

Popularne posty