Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

Kasper Bajon "Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle"

Kto czytał powieści Abdulrazaka Gurnaha, a szczególnie

"Powróconych", koniecznie powinien sięgnąć po książkę Kaspra Bajona "Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle" (Czarne 2025). Nie ukrywam, że był to najważniejszy powód, dla którego postanowiłam to zrobić. Oczywiście swoją wagę miało też to, że książka znalazła się w finale Nagrody Kapuścińskiego, no ale nie oszukujmy się, nie jestem w stanie czytać wszystkiego, co jest nominowane do rozmaitych nagród, nawet tych najważniejszych.

Kasper Bajon jest cenionym i odnoszącym sukcesy scenarzystą filmowym oraz autorem kilku książek. Żadnej z wcześniejszych nie czytałam, kiedyś miałam ochotę na "Fuerte", rzecz o Fuerteventurze, jednej z Wysp Kanaryjskich, no ale widocznie nie tak ogromną, aby jednak po nią sięgnąć. Jak już wspomniałam, zupełnie inaczej było z "Poznaniem kolonialnym". Po lekturze "Powróconych" ta książka spadła mi jak z nieba. A poza tym tematyka kolonialna i postkolonialna żywo mnie interesuje.

Autor wyrusza do Tanzanii w poszukiwaniu śladów swoich poznańskich przodków - stryjecznego pradziadka Stanisława Bajona, budowniczego kilku kamienic i kościoła na poznańskich Jeżycach, oraz jego szwagra Paula Fenstera, lekarza. Wpadł na ich trop, wertując rodzinne albumy i kolekcję znaczków, wśród których znalazło się kilka z Tanzanii. Niewiele o nich wie, szczególnie o ich losach afrykańskich. Dręczy go też zagadka śmierci Stanisława, który podobno popełnił samobójstwo, bo nie wiodło mu się w interesach. Niektórzy jednak poddają ten fakt w wątpliwość. Jak mogło być naprawdę, odkrywa, a przynajmniej tak mu się wydaje, bo to nadal tylko poszlaki, po powrocie, co ma związek z jego doświadczeniami.

Pochylenie się nad losami tych dwóch przodków uświadomiło Kasprowi Bajonowi, że i my, Polacy, mieliśmy swój udział w kolonizacji Afryki, a więc nie byliśmy tacy niewinni, jak nam się czasem wydaje. I nie chodzi tu tylko o Ligę Morską i Kolonialną, założoną po odzyskaniu niepodległości, i snute wtedy marzenia o zamorskich koloniach, ale o czasy znacznie wcześniejsze. Autor przypatruje się temu na przykładzie zaboru pruskiego, a szczególnie Poznania. Takich ludzi jak Paul Fenster i Stanisław Bajon było znacznie więcej. Lekarzy, inżynierów, wojskowych i przedsiębiorców. 

Polacy w służbie lub na usługach obcych mocarstw kolonizowali zamorskie tereny ochoczo i skutecznie. Byli lekarzami, żołnierzami, kupcami, budowniczymi, farmerami, urzędnikami. Wspierali opresyjny system i czerpali z niego korzyści. Udzielali się na Pacyfiku, w Namibii, Togo, Kongo, krajach Ameryki Południowej i w dzisiejszej Tanzanii. Że byli stronnikami "murzyńskiego wyzwolenia", nie ma z prawdą nic wspólnego; a tak chętnie przywoływany wszem wobec wątek haitański, który ma rzekomo wskazywać na wrodzoną miłość Polaków do wolności i samostanowienia, jest tendencyjny i nieprawdziwy.

Kiedy pod koniec XIX wieku spóźnionemu w kolonialnym wyścigu Cesarstwu Niemieckiemu coś jednak skapnęło i z obszarów dzisiejszej Tanzanii, Rwandy i Burundi powstała Niemiecka Afryka Wschodnia, wielu Poznaniaków i Wielkopolan tam właśnie wyjechało do pracy. Autor wydobywa z niepamięci niektórych z nich. Ślady ich pobytu w niemieckich koloniach można odnaleźć na przykład w poznańskich domach w postaci jakichś afrykańskich pamiątek, zdjęć w rodzinnych albumach czy znaczków w klaserach.

Ich [Poznaniaków] stosunek do kolonializmu zawsze był niejednoznaczny. Trochę obrzydzenia, trochę fascynacji. Trochę strachu, trochę zaintrygowania. Na pewno dużo fantazji.

Ale niewinność tracili też właściciele sklepów kolonialnych sprowadzający swoje towary zza morza, nie bacząc na warunki, w jakich pracowali rdzenni mieszkańcy, dzięki którym te towary mogły do Europy trafić. I oczywiście ci, którzy tam kupowali. 

Wiadomo, sklepy kolonialne - szczególnie te z ulicy Krokodyli - pachniały nam cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Czytaj: dalekimi romantycznymi podróżami i - co tu się rozwodzić - pionierstwem. Mało kto dostrzegał w nich przyczółki globalnego terroru, miejsca, w których cierpienie ludzi z południowej części świata sprzedawano w gustownych opakowaniach pod postacią herbaty czy mydła.

Podobnie i my dzisiaj nie jesteśmy niewinni, nie zastanawiając się nad tym, w jakich warunkach pracują ludzie na plantacjach cytrusów, kawy czy herbaty, w kopalniach, wydobywając niezbędne nam surowce. Ile za swoją pracę dostają pieniędzy, ile zostaje na miejscu, a ile trafia do międzynarodowych firm. No i jaki jest koszt dla środowiska. Niewygodne pytania. Kwadratura koła.

Książka Kaspra Bajona przypomina mi pisanie francuskiego pisarza i podróżnika Patricka Deville'a. Jak dotąd czytałam dwie jego pozycje, "Vivę" i "Kampuczę", a kilka innych mam w domu. Dla obu podróż jest jednocześnie celem i pretekstem do rozmaitych rozważań mnożących się w sposób dygresyjny, a więc niekoniecznie uporządkowany. Jedni polubią taki sposób pisania, innych może to odstręczać. Ja Patricka Deville'a polubiłam i na pewno wrócę do jego książek, podobnie ma się rzecz z "Poznaniem kolonialnym".

Bo autor nie tylko stara się odnaleźć ślady swoich przodków, ale także pisze o innych Poznaniakach, którzy wyjechali do niemieckiej kolonii, kreśli historię niemieckiej kolonizacji, opowiada, jaką rolę odegrały w niej badania bakteriologiczne, a szczególnie praca Roberta Kocha, przypomina afrykańską podróż Henryka Sienkiewicza, cytując jego "Listy z Afryki", powołuje się na "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha, zastanawia się nad tym, jak niemiecki kolonializm odcisnął się na mentalności mieszkańców dzisiejszej Tanzanii, jak wielu wyprał mózgi. Używa terminu kolonizacja umysłu. To przykład askarysów, czyli miejscowych, którzy służyli w pruskim kolonialnym wojsku, schutztruppe. Takiego właśnie bohatera znajdziemy w przywoływanych tu już "Powróconych" Abdulrazaka Gurnaha. Pisze też o współczesnych problemach - kolonializmie ekonomicznym, o którym już wspominałam, w tym wypadku polegającym na wypieraniu Masajów z ich rdzennych ziem, aby tworzyć parki narodowe, rezerwaty czy tereny do polowań dla bogatych białych. A wszystko to ponad ich głowami. Ochrona przyrody nie była problemem, kiedy Tanzanię zamieszkiwało trzydzieści milionów, ale kiedy liczba mieszkańców wzrosła do siedemdziesięciu, a do tego dochodzą migranci z sąsiednich krajów, kurczące się obszary, na których mogą normalnie żyć, stają się zarzewiem konfliktu. Z drugiej strony turystyka to poważna gałąź gospodarki. Z trzeciej do miejscowych i tak trafiają ochłapy, większość zgarniają zagraniczne firmy i tanzańska elita.

Ale oprócz tego Kasper Bajon opowiada o swojej podróży, szczególnie w drugiej części książki, gdzie temat kolonializmu trochę schodzi na bok. Opowiada niezwykle interesująco, znowu meandrując i uciekając w dygresje. Gdzieś się zaduma, gdzieś opisuje kolonialną, pruską architekturę, innym razem wizyta na cmentarzu skłania go do poszukiwania informacji o pochowanych tam ludziach.

Te dwa groby, zagubione tutaj pośród gęstej zieleni, w zapachu bugenwilli i waleriany, opodal drogi, którą do szkoły chodziły nastoletnie muzułmanki w chustach na głowie i błękitnych sukniach, opowiadały historię matki, której synek zmarł najpewniej na jedną z tropikalnych chorób. Tego wczesnego przedpołudnia, na płaskowyżu, tuż nad brzegami kapryśnej sandy river, jakoś głęboko poruszyła mnie ta na pozór nic nieznacząca, a jednak kosmicznie wielka tragedia, która wydarzyła się tutaj blisko sto lat wcześniej i jak miliardy innych tego typu małych apokalips rozpłynęła się w ludzkiej niepamięci, tak że w zasadzie nie sposób było ją teraz zrekonstruować. Tylko ból, który uszedł w kosmos, jeszcze o niej zaświadcza gdzieś na rubieżach naszej galaktyki.

Opowiada o swoich przeżyciach związanych z noclegiem w buszu, o uciążliwej jeździe samochodem, o parze, Finie i Masajce, z którymi część tej podróży odbywał, zachwyca się krajobrazami, odnotowuje posiadówki w miejscowych knajpach i tak dalej, i tak dalej. Wszystko może stać się pretekstem do snucia opowieści, refleksji, zadumy. Przytacza też fragmenty dziennika, który prowadził.

Ja bardzo lubię tego typu pisanie, dlatego książkę Kaspra Bajona przeczytałam z dużą przyjemnością. A i powodów do zadumy jest sporo. No i "Poznań kolonialny" stanowi wspaniałe uzupełnienie prozy Abdulrazaka Gurnaha.

Sebastian Barry "Tymczasowy dżentelmen"

Irlandzki pisarz, Sebastian Barry, bardzo szybko awansował do grona

moich ulubieńców. Dzięki chłopakom z wydawnictwa ArtRage regularnie dostajemy jego kolejne powieści. To efekt ich fascynacji tym autorem i przekonania, że trzeba go na polskim rynku wydawniczym promować. Jak udaje się to ostatnie, nie mam pojęcia, ale póki co jego książki stale się ukazują. I oby tak dalej. 

Nie muszę dodawać, że nie mogłam się doczekać lektury najświeższej powieści Sebastiana Barry'ego, "Tymczasowy dżentelmen" (2025; przełożyła Agnieszka Walulik). Niestety z różnych powodów trochę mi zeszło, aż wreszcie przyszedł czas, aby się swobodnie za nią zabrać. Wielbię wszystkie jego cztery powieści, które dotąd przeczytałam (w ArtRage'u wyszło ich pięć), ale mam wśród nich swoją hierarchię. Na piedestale stawiam dwie, na równi, "Czas starego boga" i "Tak daleko od domu", a zaraz po nich właśnie "Tymczasowego dżentelmena". Co nie znaczy, że nie podobało mi się "Po stronie Kanaanu".

Pisarz lubi układać swoje książki w rodzinne cykle. "Tymczasowy dżentelmen" to historia Jacka McNulty'iego. Wiem, że ma się ukazać powieść, której bohaterem będzie jego brat, Eneas. Już ostrzę sobie na nią zęby. Ale czas przejść do najnowszej powieści Sebastiana Barry'ego.

Trzeba przyznać, że autor potrafi zaskakiwać. Każda z czterech jego książek jest zupełnie inna, a jednak coś je łączy. Jedno to splecenie losów bohaterek i bohaterów z burzliwą historią Irlandii. Czasem bardziej, czasem mniej, ale kontekst historyczny jest w każdej z nich ważny. Drugie to niestety smutek, a nawet w niektórych brak nadziei. Dlatego nie zaskakuje, że "Tymczasowy dżentelmen"  jest powieścią mroczną, chociaż nie od początku. Muszę przyznać, iż przez jakiś czas miałam nawet poczucie, że życie bohaterów i bohaterek przypomina flautę, że nic niespodziewanego i strasznego się im nie wydarzy. Wprawdzie zaczyna się wszystko od dramatycznego epizodu z czasów drugiej wojny, ale zaraz potem następuje przeskok czasowy do lat pięćdziesiątych, a wtedy życie Jacka toczy się spokojnie. Mieszka w stolicy Ghany, Akrze, gdzie przez jakiś czas pracował dla ONZ-etu, wspomina lata swoich studiów, kiedy poznał i zakochał się w Mai Kirwan, która została jego żoną, czas spędza samotnie lub na rozmowach ze swoim czarnoskórym służącym, a właściwie przyjacielem. Nieco rozczarowana miałam wrażenie, że tak będzie już do końca. Jak bardzo się myliłam!

Wkrótce okazuje się, że Jack nie tylko wspomina, ale spisuje swoje życie, historię swoją i Mai. Ma mu to pomóc uładzić się ze sobą, ruszyć do przodu, wrócić do Irlandii, gdzie mieszkają jego córki i wnuczki. Chciałby wreszcie prowadzić rzeczywiście spokojne życie, spełniać się w roli dziadka. Najpierw jednak musi zejść w otchłanie swojej przeszłości, dotknąć jądra ciemności. 

Chciałbym zapytać Boga, a jeśli nie Boga, to jakiegoś dobrotliwie nastawionego anioła, o odpowiedź na pytanie, dlaczego  Mai Kirwan przypadł w udziale taki los, dlaczego spośród wszystkich kobiet na świecie, jej właśnie zapisano taką przyszłość, choć zaczynała tak pełna obietnic i szczodrych darów.

Nie przez przypadek robię tu aluzję do powieści Conrada. Nie przypuszczam, aby autor do niej nawiązywał, ale mnie to zstąpienie Jacka w głąb siebie, dotknięcie tego, co wstydliwe, tego, co ciemne, fakt, że ta podróż do zakamarków duszy  ma miejsce w Afryce, jakoś skojarzyło się z "Jądrem ciemności". Podobnie historia jego ciemnoskórego towarzysza, który w czasie wojny dzielnie bił się nie o swoją sprawę w szeregach armii brytyjskiej, a potem, gdy przestał być potrzebny, nikogo jego los nie obchodził, a nawet, gdy dołączył do tych, którzy upominali się o swoje prawa, został, jak i oni, bezwzględnie potraktowany.

Gdy opuścił swoją wioskę, żeby zaciągnąć się do pułku Złotego Wybrzeża, nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie będzie go przez trzy czy cztery lata, bez żadnego urlopu.  

... nie miał pojęcia o świecie, nigdy w życiu nie widział żadnego miasteczka, już nie wspominając o takich miejscach jak Akra.

Kiedy wrócił z wojny, doszło do jakichś problemów z rentami żołnierskimi, tak więc on i jego towarzysze broni przemaszerowali ulicami Akry, aby to oprotestować, i policja zabiła kilka osób. Co, bez dwóch zdań, nie było zbyt pięknym podziękowaniem za udział w obronie imperium.

Losy ciemnoskórego Toma to jednak tylko wątek poboczny, najważniejsza jest historia Jacka i Mai. Spotkali się w czasie studiów, pochodzili z różnych klas. Jego rodzina w hierarchii społecznej i majątkowej stała znacznie niżej niż jej. Ojciec Mai od początku był przeciwny ich związkowi, a jednak Jackowi udało się przezwyciężyć przeszkody i doprowadzić do ślubu. Dziewczyna miała ambicje, interesowała się polityką, w irlandzkim sporze opowiadała się za niepodległością. Przynajmniej tak widział ją on, bo jej historię poznajemy z jego perspektywy. Ale dlaczego miałby ją upiększać? Odwrotnie, czując się winnym temu, co się z nią potem działo, mógłby o tym nie pisać, uczynić ją w swoich wspomnieniach zwykłą dziewczyną. A jednak pisze o niej z tamtego okresu jako o samodzielnej, trochę nieprzewidywalnej, żywiołowej, bystrej dziewczynie, która mu imponowała. Tymczasem on stał z boku, trzymał się z daleka od polityki, służył w armii brytyjskiej. Być może przestrogą był dla niego los jego brata Eneasa, ale o tym będzie kolejna powieść.

To, co najważniejsze w tej książce, rozegra się  po ślubie Mai i Jacka. Trudno o tym pisać tak, aby jak najmniej zdradzić z ich dalszych losów. Wprawdzie najważniejsza jest głębia przeżyć i emocji, ale jednak to, co się działo w ich małżeństwie, było dla mnie zaskoczeniem, nie chciałabym więc odbierać czytelniczej przyjemności odkrywania ich losów tym, przed którymi dopiero ta lektura. Z konieczności ucieknę się do dość ogólnikowych stwierdzeń i pytań.

Jest to opowieść o wielkiej miłości, która nie jest dość uważna i która nieświadomie krzywdzi. O miłości, która trwa mimo przeszkód. I Jack i Mai to postacie tragiczne. Czy ona powinna wychodzić za mąż? Właściwie dlaczego zdecydowała się na małżeństwo? Są drobne przesłanki, aby sądzić, że się wahała, a może nawet  nie chciała, a potem weszła w rolę żony i matki. Czy powinna zostawać matką? A może gdyby Jack był dość uważnym mężem, mógłby jej pomóc? Czy rzeczywiście poradziłby sobie sam? Dziś potrafimy nazwać problemy Jacka i Mai, wtedy nie było to takie oczywiste. Chociaż jej przyjaciółka ostrzega Jacka, że  dzieje się z nią coś niepokojącego, on niczego nie widzi, a potem woli problem od siebie odsunąć. 

Och, Queenie, Queenie, myślałem, weź sobie tę podłą prawdę i odejdź. Jeśli ją zabierzesz, nie będę musiał o niej myśleć, wygnam ją ze swojej głowy.

Czy powinien zaciągać się do brytyjskiej armii, kiedy wybuchła druga wojna, i zostawiać żonę samą z córeczkami? Przecież to nie była ich, irlandzka, wojna. A może tak było łatwiej, z dala od kłopotów, rzucić się w wir wojennej przygody? A może jednak czuł, że tak trzeba, stanąć do walki o wartości? Bo jak mówią słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego: ... męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać. Dziś trudno się z nimi zgodzić. 

- Jack, ciebie tutaj nie ma. One potrzebują ojca.

- Pojechałem na wojnę. Na wojnę. Cały świat pojechał na wojnę.

- I co ty, do diabła, tam robisz? - zapytała Mai. - W Irlandii figę to wszystkich obchodzi.

Jack był dumny ze swojego udziału w wojnie, ale nie tylko Mai to nie obchodziło. Bieda, jaka była jej skutkiem, tym bardziej skłaniała tych, którzy nie wzięli w niej udziału, do okazywania pogardy tym, którzy dali się omamić i walczyli o nie swoją sprawę.

Wojna oznaczała zwyczajnie jedną wielką niedogodność.

Na ile Mai niszczyła sama siebie, a na ile Jack pociągnął ją na dno? Swoją niefrasobliwością, swoim lekkim stylem życia, który okazał się być zaraźliwy. Czy gdyby nie wyszła za niego za mąż albo nie wyszła za mąż w ogóle, jej los potoczyłby się inaczej? A jednak chyba mimo wszystko go kochała. W godzinie ostatecznej próby Jack się sprawdził. Niestety krzywdząc siebie, krzywdzili też dzieci, które stały się ofiarą tej sytuacji.

Jest to też powieść o rozczarowaniu. Bo Jack będąc w Afryce, zaczyna rozumieć, na jak fałszywych i kruchych podstawach oparta była jego wiara w imperium brytyjskie. Pomaga mu w tym przyjaźń z Tomem, któremu odpłacono pięknym za nadobne. Stąd tytuł "Tymczasowy dżentelmen". Irlandczyk, a tym bardziej Afrykanin, angielskim dżentelmen może się poczuć tylko przez chwilę. Kiedy zrobi swoje, nie jest nikomu potrzebny.

Ale to wszystko było oczywiście dawno temu, setki różnych losów i historii pochłonęły moich towarzyszy, tak jak mnie pochłonął mój własny los. Tkwimy w ogromnym brzuchu wieloryba zdarzeń, jego ciemność poczytaliśmy sobie za przyjemną noc, a unoszący się tam fosforyzujący plankton za gwiazdy.

Te słowa mogłyby posłużyć za motto "Tymczasowego dżentelmena". Kolejna bardzo dobra, ale bardzo mroczna powieść Sebastiana Barry'ego. 

Abdulrazak Gurnah "Powróceni"

Sama się sobie nie mogę nadziwić, że powieść noblisty Abdulrazaka

Gurnaha "Powróceni" (Wydawnictwo Poznańskie 2022; przełożył Krzysztof Majer) czekała  tak długo na lekturę w głębinach mojego czytnika. Nie chodzi o to, że noblista, ale że to literatura niszowa, a taką uwielbiam. Z tą niszowością oczywiście nie jest tak prosto, bo Abdulrazak Gurnah, urodzony na Zanzibarze, jako dwudziestolatek przybył do Wielkiej Brytanii, gdzie ukończył studia, mieszka i pracuje jako wykładowca literatury na jednym z uniwersytetów, no a pisze po angielsku. Wobec tego jest pisarzem angielskim czy tanzańskim? No ale jego powieści są osadzone w kraju dzieciństwa lub  dotyczą losów migrantów, a właśnie ciekawość innych światów tak bardzo pociąga mnie w literaturach niszowych. Dlaczego wobec tego teraz przyszedł czas na jego powieść? Być może niektóre i niektórzy już się domyślają - chodzi oczywiście o wizytę pisarza w Polsce, a konkretnie na Festiwalu Conrada. Przed spotkaniem, na które z trudem  zdobyłam wejściówkę, postanowiłam "Powróconych" przeczytać. No i udało się bez większego wysiłku, bo przez powieść płynie się znakomicie, chociaż tematyka wcale nie jest wesoła. I już wiem, że po kolei będę czytać kolejne książki pisarza wydawane w Polsce. A kiedy? Czas pokaże. (Dwie kolejne już mam. Tym razem na samym wierzchu mojego czytnika.)

Akcja powieści rozpoczyna się jeszcze przed pierwszą wojną światową, kiedy dzisiejsza Tanzania była kolonią niemiecką i nazywała się Niemiecką Afryką Wschodnią. Wybrzeże, gdzie przede wszystkim rozgrywają się zdarzenia, to świat wielokulturowy. Tu toczy się handel znajdujący się w rękach kupców z Indii i z innych rejonów Afryki, tu przypływają statki z rozmaitymi towarami. Życie podporządkowane jest interesom i płynie raczej spokojnie. Tymczasem w głębi lądu spokojnie wcale nie jest. Niemieccy kolonizatorzy brutalnie pacyfikują kolejne bunty i powstania, robiąc to częściowo rękami tych miejscowych, którzy zaciągają się do schutztruppe, niemieckiej armii stacjonującej w koloniach. Wykorzystują animozje pomiędzy plemionami a ludźmi z wybrzeża czy z większych ośrodków, czyniąc z najemników bezwzględne maszyny do zabijania. Z czasem ci najemnicy zwani askarysami coraz bardziej identyfikują się z Niemcami niż z miejscową ludnością. Podporządkowują sobie skolonizowane tereny i eksploatują je gospodarczo. 

Wytrwałość, z jaką miejscowe ludy odrzucały poddaństwo wobec cesarskiej Deutsch-Ostafrika, zaskoczyła Niemców, zwłaszcza po przykładnym ukaraniu Hehe na południu oraz Chagga i Meru w górach na północnym wschodzie. Wskutek rozgromienia buntowników Maji-Maji setki tysięcy umarły z głodu, a kolejne setki poległy od ran poniesionych na polu bitwy lub zostały stracone w publicznych egzekucjach. Niektórym zarządcom Deutsch-Ostafrika taki rezultat wydawał się nieunikniony. Prędzej czy później ci ludzie i tak by zginęli. Uznano, że Afrykanie muszą poczuć zaciśnięta pięść potęgi niemieckiego cesarstwa, by nauczyli się z pokorą znosić jarzmo niewoli, z każdym dniem mocniej gniotące karki opornych. (...) Żyzną ziemię przejmowali coraz liczniejsi niemieccy osadnicy. Coraz więcej ludzi obejmowano przymusem pracy, by budowali drogi, oczyszczali przydrożne kanały, tworzyli aleje i ogrody dla rozrywki kolonizatorów i ku większej chwale Kaiserreichu.

Kiedy zacznie się wielka wojna, w Polsce znana jako pierwsza, na tych terenach rozegra się walka pomiędzy  Niemcami i Brytyjczykami. Oczywiście znowu w głównej mierze odbędzie się to rękami miejscowych, którzy zaciągną się do niemieckiej armii kolonialnej albo jako żołnierze zwani askarysami, albo w roli tragarzy. Dlaczego to robią? Przecież to nie ich wojna, jak mówi jeden z głównych bohaterów, Khalifa, do innego, Ilyasa, który postanawia dobrowolnie zgłosić się do armii. Jedni  dla pieniędzy, inni, jak Hamsa oddany przez rodziców za długi pewnemu kupcowi z wybrzeża, bo to wyjście wydaje im się w ich sytuacji najlepsze, jeszcze inni, jak Ilyas, robią to niezmuszeni sytuacją ekonomiczną, ale dlatego, że zostali przez niemieckich kolonizatorów przeciągnięci na swoją stronę. Coś im zawdzięczają, mówią i piszą po niemiecku, pracowali dla nich. Umysły ludzi takich jak on  zostały skolonizowane.

... nie mieli pojęcia, że całe lata spędzą, walcząc na terenach bagnistych, górzystych, leśnych i trawiastych, w ulewę i w suszę, zarzynając i dając się zarzynać, a po drugiej stronie staną armie ludzi, o których istnieniu nawet nie wiedzieli: Pendżabowie i Sikhowie, Fante, Akan, Hausańczycy i Jorubowie, Kongo i Luba, wszyscy ci najemnicy, którzy toczyli za Europejczyków ich wojny ...

Szlak askarysów znaczyły zgliszcza i setki tysięcy umierających z głodu, oni tymczasem parli naprzód w ślepym, krwiożerczym entuzjazmie dla sprawy, której genezy nie znali, opartej na ambicjach, które w ostatecznym rozrachunku miały doprowadzić do ich poddaństwa.

Muszę przyznać, że niewiele na ten temat wiedziałam i to właśnie tło historyczne, dodatkowo naświetlone przez tłumacza w posłowiu, było czymś odkrywczym. Nieoczekiwanie najciekawszymi i najbardziej przejmującymi okazały się dla mnie te partie powieści, których akcja rozgrywa się w czasie pierwszej wojny, a jej bohaterami są żołnierze, a przede wszystkim wspomniany już Hamsa. Bardzo ciekawa jest relacja, jaka nawiązuje się pomiędzy nim, a niemieckim oficerem, któremu służy. Z jednej strony zostaje jakoś wyróżniony, z drugiej przysporzy mu to później problemów, a w końcu doprowadzi do tragedii, której omal nie przypłaci życiem. Niemiecki oficer roztacza nad nim parasol ochronny, a kiedy orientuje się, że nie jest analfabetą, chce go cywilizować, ucząc niemieckiego. To nie oznacza, że nie okazuje mu pogardy, nie wykorzystuje i nie złości się na niego. 

Co człowiek z przepięknego miasta Marbach robi w tej zasranej dziurze? Wychowałem się w rodzinie o wojskowych tradycjach i taka jest moja powinność. Dlatego tu jestem. By wziąć w posiadanie to, co nam się słusznie należy, ponieważ jesteśmy silniejsi. Mamy do czynienia z zacofańcami, z dzikusami, a jedynym sposobem na rządzenie kimś takim jest tchnąć grozę w nich (...) i siłą zmusić ich do posłuszeństwa.

Inni jednak traktują askarysów jeszcze gorzej, jakby nie byli ludźmi. Trzeba jednak przyznać, że wojna tylko do czasu obchodzi się łagodniej z niemieckimi oficerami. Potem i oni dostaną swoje.

Innym ciekawym aspektem jest kwestia  czytania i pisania. Ta umiejętność dla bohaterów i bohaterek jest bardzo ważna. Mogą dzięki niej dostać lepszą pracę, poczuć się wyróżnieni. Bywa, że jej zdobycie okupione zostaje cierpieniem, wymaga samozaparcia. Inna sprawa, że najczęściej uczą się tej sztuki w języku kolonizatorów, najpierw Niemców, po traktacie wersalskim Brytyjczyków, bo to oni przejmują te tereny od pokonanych. 

A poza tym bardzo ciekawa jest sama opowieść - losy bohaterów i bohaterek, ich pogłębione portrety, także kobiece, wzruszająca historia miłosna pary poranionych przez życie ludzi. No i dostajemy też zagadkę, której rozwiązanie nastąpi dopiero pod koniec powieści. Jest wreszcie bardzo dobrze oddane tło obyczajowe. Wszystko to niezwykle interesujące.

Przejmująca, ciekawa, rozszerzająca horyzonty powieść. 

Filmowe remanenty - "Spragnieni miłości", "Film balkonowy", "Lingui"

Dzisiaj o trzech kolejnych znakomitych filmach. Te obejrzałam w ciągu ostatniego tygodnia.

"Spragnionych miłości" widziałam przed laty w kinie, kiedy film miał swoją premierę. Zakochałam się w nim, nie ja jedna, zawsze marzyłam, aby zobaczyć go jeszcze raz. Nigdy nie pojawił się ponownie, na żadnych przeglądach, w telewizji też się na niego nie natknęłam. Aż tu nagle jesienią trafiło do kin pięć zrekonstruowanych cyfrowo filmów Wonga Kar Wai'a. Niestety pokazywane były krótko i nie udało mi się wstrzelić w seans. Tym razem kiedy w tygodniu przedświątecznym znienacka wróciły po raz kolejny do mojego ulubionego kina, nie mogłam odpuścić. Po latach "Spragnieni miłości" robią takie samo wielkie wrażenie. W końcu to historia ponadczasowa, uniwersalna, jaką kino i literatura uwielbiają. Historia pary nieszczęśliwych kochanków, którzy nie mogą być razem. A właściwie nie chcą, bo pragną zachować się etycznie. Zbliżyło ich sąsiedztwo i odkrycie, że ich wiecznie nieobecni małżonkowie mają romans. Powoli rodzi się uczucie, ale nie chcą być tacy jak oni. Czy dojdzie do spełnienia, czy nie, to kwestia otwarta. Film oparty jest na niedopowiedzeniach. Możemy się domyślać i spekulować. Być może "Spragnieni miłości" byliby jeszcze jednym melodramatem, gdyby nie mistrzowska robota reżyserska. Tu wszystko gra, wszystko buduje nastrój i atmosferę. Akcja rozgrywa się w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku w Hongkongu, gdzie mieszka wielu uciekinierów z Chin. Ciasnota mieszkań, w których gnieździ się wiele rodzin, a wszyscy się wzajemnie obserwują, ciasnota wąskich zaułków, ciemne kadry, deszcz, stroje i fryzury kobiet, szczególnie głównej bohaterki, i niesamowita muzyka - to stwarza ten film. Plus subtelność - wszystko rozgrywa się w niedopowiedzeniach, w gestach, spojrzeniach, przelotnym dotyku, pomiędzy słowami. Trudno nie poddać się atmosferze, trudno się nie zadumać i nie wzruszyć. Mistrzostwo świata. 

I coś zupełnie innego. Długo zapowiadany, poprzedzony znakomitymi recenzjami dokument Pawła Łozińskiego "Film balkonowy". Idea była prosta, a zrodziła się z trochę podobnego niezrealizowanego projektu na wspólny film obu Łozińskich, syna i jego ojca Marcela. Tu pomysł polega na tym, że reżyser ustawia na balkonie swojego mieszkania na Saskiej Kempie kamerę i czeka na przechodniów, licząc na to, że się zainteresują i zaczną rozmawiać. Jak mówi w licznych wywiadach, szybko zrozumiał, że tak się nie da - samo się nie zrobi, trzeba zagadać, więc na przynętę rzucał pytanie o sens życia. Jedni się na ten haczyk złapali, inni wykręcali. Ktoś pojawił się raz, kilku bohaterów powraca i powstaje z tego jakaś historia. Paweł Łoziński kręcił swój film dwa lata, przez ten czas przewinęło się przed jego kamerą mnóstwo przechodniów - sąsiadów bliższych i dalszych, większość to pewnie osoby, których nie znał. O czym mówią? Niektórzy o życiu, o swoich rozczarowaniach, o tęsknocie za zmarłym mężem albo przeciwnie o radości z rozstania, o dziecku, które ma przyjść na świat, o bezradności, o starości, inni cokolwiek, nawet to, że nie mają nic do powiedzenia. Jedni są śmieszni, drudzy zadziorni, jeszcze inni wzruszający. Tworzy się z tego niesamowita mozaika. Prosty, znakomity film. Mimo wszystko optymistyczny i jasny.

PS. Krzepiąca wiadomość dla tych, którzy film widzieli. W jednym z wywiadów Paweł Łoziński zdradził, że mężczyzna, który wyszedł z więzienia, ułożył sobie życie. 

Ostatni z filmów afrykański "Lingui" byłabym przegapiła. Na szczęście w porę usłyszałam, że jak najbardziej warto go obejrzeć. To historia matki i jej piętnastoletniej córki, które mieszkają na obrzeżach stolicy Czadu. Amina sama wychowuje nieślubne dziecko. Musi ciężko pracować, aby zapewnić Marii lepszą przyszłość. Nie może liczyć na rodzinę, która się od niej odwróciła. Nagle względną stabilizację burzy wiadomość, że córka jest w ciąży. To nie tylko przekreśla jej nadzieje na zdobycie wykształcenia, zostaje usunięta ze szkoły, ale rodzi obawy, że powtórzy los swojej matki. Dziewczyna chce ciążę usunąć, ale tego zabrania i religia, i prawo w jej kraju. Amina nie wie, co robić. To piękny film, ogląda się go z zapartym tchem, a mimo wartkiej akcji niepozbawiony jest poetyckiego klimatu. Z jednej strony to, co oglądamy na ekranie, budzi wściekłość na patriarchat, na męską opresję. Faceci nie dość, że nie pomagają, nie dość, że roszczą sobie prawa do ciał kobiet, to jeszcze nie pozwalają im posprzątać po sobie, czytaj tworzą prawo, które zakazuje aborcji. Tu muszę wspomnieć o "Obiecującej młodej kobiecie", która jakoś kojarzy mi się z tym filmem, może też z powodu złości na facetów. Mimo że Amina jest kobietą samodzielną, która nie raz udowodniła, że potrafi zadbać o siebie i córkę, to jednak kiedy przychodzi co do czego, styka się z opresją mężczyzn, którzy dyktują jej i jej córce, jak mają postępować. Ale film ma też swoją jasną stronę. Bo Amina pod wpływem sytuacji, pod wpływem wielkiej miłości do córki zmienia się. Już nie będzie pokornie słuchała pouczeń imama ani udawała słabą, chociaż naprawdę jest silna. Stoczy walkę. I napotka na swojej drodze inne kobiety, które będą chciały pomóc jej i Marii. Stworzy się między nimi silna więź, bo lingui oznacza właśnie więź. Tak, to także piękny film o kobiecej solidarności. Nie przepadam za słowem siostrzeństwo, ale ono pasuje tu jak ulał. I jeszcze jedno. Oglądając ten film, nie mogłam oprzeć się refleksji, że niezależnie od szerokości geograficznej kobiety mierzą się z tymi samymi problemami. Walka Aminy i Marii o usunięcie ciąży niczym się nie różni od walki, jaką stoczyła bohaterka amerykańskiego filmu "Nigdy, rzadko, czasami, zawsze". Nie przegapcie "Lingui" - to piękny, mocny film. Na szczęście więcej w nim jasności niż ciemności.

Dominique de Saint Pern "Baronowa Blixen"

Od czasu do czasu wchodzę na stronę szacownego wydawnictwa Czytelnik. W taki sposób odkryłam biografię Karen Blixen autorstwa francuskiej dziennikarki i pisarki Dominique de Saint Pern zatytułowaną "Baronowa Blixen" (2016; przełożył Bogdan Baran). Kierując się sentymentem, postanowiłam ją przeczytać. Nie będę udawać, że jestem znawczynią twórczości Karen Blixen. Znam tylko jedną jej książkę. Tak, czytelniku tej notki, zgadłeś, to "Pożegnanie z Afryką". Oczywiście sięgnęłam po nią po obejrzeniu słynnego filmu Sydney'a Pollacka z Meryl Streep i Robertem Redfordem. Właściwie teraz chętnie bym ją sobie przypomniała, ale pewnie tego nie zrobię, bo czytnik pęka od książek, które domagają się lektury, na tradycyjnej półce książek oczekujących też zostało ich jeszcze dużo. Taki los książkowego mola - wiecznie czyta, a mimo to niczego nie ubywa. Ale wróćmy do biografii duńskiej pisarki. Jak już przed chwilą wspomniałam, Karen Blixen funkcjonuje dla mnie jako autorka jednej książki, chociaż przecież wiedziałam, że napisała ich wiele. Jej postać opromieniona jest afrykańską legendą. Farma w Afryce, nieudane małżeństwo z baronem Brorem Blixenem i wielka miłość do Denysa Finch Hattona zakończona jego tragiczną śmiercią. Bankructwo i powrót do Danii, gdzie spędziła resztę życia. Jak? Co się z nią działo? Pisała, ale poza tym? Dlatego jeśli ktoś, tak jak ja, ma sentyment do "Pożegnania z Afryką", obojętnie w jakiej wersji, powinien po biografię Karen Blixen sięgnąć.

Książka napisana jest dość nietypowo, bo w formie powieści. Narratorką, ale tylko w niektórych partiach, jest wieloletnia sekretarka pisarki, Clara Selbron. I z tym łączy się mój jedyny zarzut. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie sposób, w jaki narratorka snuje swoją opowieść. Wiele w tym egzaltacji i sztuczności. I właśnie to sprawia, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż czytam szkolne zadanie. Oczywiście nie jest to zadanie przeciętniaka, ale jednak widać szwy i silenie się na oryginalność za wszelką cenę, co drażni. Przynajmniej mnie. Szczególnie widoczne jest to w pierwszej części, kiedy Clara opowiada o swojej wyprawie do Afryki śladami Karen Blixen na zaproszenie producentów filmu. Spotyka się z żyjącymi jeszcze bohaterami "Pożegnania z Afryką", z Meryl Streep i z osobami, które pisarkę znały. Odwiedza jej ukochane miejsca. Poza tym jednak opowieść o duńskiej pisarce jest po prostu ciekawa, bo odsłania jej nieznane mi, a pewnie nie jestem wyjątkiem, oblicze.

Z biografii wyłania się obraz Karen Blixen, postaci tragicznej.

Nieudane małżeństwo i pamiątka na całe życie - syfilis, którym zaraził ją Bror. Jemu nic specjalnego się nie działo, ona zmagała się z chorobą do końca swoich dni. Im starsza była, tym bardziej cierpiała. Wielka miłość do Denysa, niby szczęśliwa, ale ... ale ona chciała od niego czegoś więcej (małżeństwa), on wolny ptak, nie potrafił prowadzić osiadłego życia. Nie dla niego stałe więzi, dzieci, rodzina. Pojawiał się i znikał, aż wreszcie, kiedy przygoda Karen z Afryką dobiegała końca, kiedy cierpiała z tego powodu, on postanowił ostatecznie odejść. Już wcześniej nie było jak dawniej. A potem cios ostateczny - tragiczny wypadek lotniczy.

Farma. Walka o przetrwanie. Podtrzymywana kroplówkami rodzinnych pieniędzy, aż w końcu krewni powiedzieli dość. Karen nie potrafiła im tego darować, nie chciała wyjeżdżać, nie chciała zostawiać swoich afrykańskich podopiecznych, martwiła się o ich los, nie wiedziała, jak ma żyć na nowo w Danii.

Powrót. Brak celu i sensu. Świadomość, że ona, czterdziestoletnia kobieta, żyje na koszt matki. Odrodziła się dzięki pisaniu. Ale radość sukcesu psuły ciężkie, biedne wojenne czasy. Tu mała dygresja. Dowiedziałam się z biografii Karen Blixen o tym, jak Duńczycy uratowali przed zagładą niemal wszystkich swoich Żydów! Osiem tysięcy! Wspólnie, solidarnie! W ciągu kilku dni! Wydało mi się to tak nieprawdopodobne, że musiałam potwierdzić ten fakt u znajomego historyka. Dlaczego wcześniej o tym nie wiedziałam? Tylko ja byłam taką ignorantką? Zdumiałam się i wzruszyłam. A teraz dalej o Karen.

Ostatnia część książki opowiada o jej powojennych losach. I niestety niszczy romantyczną legendę. Bo Karen Blixen jawi się tu jako postać tragiczna, ale zwyczajnie niesympatyczna. Z jednej strony wspaniała, fascynująca pisarka i osobowość, znękana chorobą, samotna, chociaż otoczona ludźmi, z drugiej traktująca ich instrumentalnie, obcesowa, despotyczna, intrygantka. Niezwykłe było jej zauroczenie młodym poetą Thorkildem Bjornvigiem. Przyjaźnili się. On był nią zafascynowany jako pisarką i osobowością, ona darzyła go chyba jakimś rodzajem uczucia. Na swój sposób więziła, odsunęła od rodziny i kształtowała. Rozmawiali o sztuce. Otoczyła go zbytkiem. Ale jednocześnie była zazdrosna, apodyktyczna, małostkowa. Thorkild rzeczywiście stał się znacząca postacią duńskiej literatury. Być może zawdzięcza to w jakiejś mierze Karen. Trochę mi szkoda pięknego, romantycznego mitu wykreowanego przez film Sydney'a Pollacka. Cóż jednak zrobić, trudno dyskutować z faktami.

"Safari"

Wreszcie w kinie. Od wiosny trwała filmowa posucha, ale mam nadzieję, że jesień przyniesie odmianę. W każdym razie najbliższe dwa tygodnie na pewno – czekam na „The Square” i „Ptaki śpiewają w Kigali”. Tymczasem poszłam na najnowszy film  Ulricha Seidla „Safari” podobnie jak „Raj: miłość” nakręcony w Afryce. Tym razem austriacki reżyser sięgnął po formę dokumentalną. Jego filmy miłe i przyjemne nie są, mają widzem potrząsnąć, dotknąć go do żywego, zaboleć. W „Raju: miłości” przyglądał się kobietom, które wyjeżdżają do Kenii i wdają się w przelotne romanse z miejscowymi żigolakami. Brzmi w miarę niewinnie, ale kto widział, wie, że jest żenujące i obrzydliwe. Tym razem Seidl pokazuje austriackich myśliwych jeżdżących do Afryki na polowanie. Temat i u nas bardzo aktualny, zimą mieliśmy polski głos w tej samej sprawie - „Pokot” Agnieszki Holland na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. A i w mediach co jakiś czas sporo mówi się o polskim lobby myśliwskim przy okazji kolejnych nowelizacji ustaw. Szkoda mówić – Zjednoczona Partia Myśliwych ma się cały czas znakomicie. Ale wróćmy do "Safari".

Seidl zderza sceny z polowań z wypowiedziami bohaterów filmu i koszmarnymi obrazami oprawiania zabitych zwierząt, na które nie bardzo byłam w stanie patrzeć. Przerażające jest ich martwe spojrzenie. Nie potrafię zrozumieć, jak polowanie, zabijanie zwierząt może sprawiać przyjemność, a „Safari” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to barbarzyński rytuał. Dla pokazywanych w filmie myśliwych strzelanie do dzikiej zwierzyny to wielkie emocje, wręcz ekscytacja. Opowiadają o tym przed kamerą, snują jakieś pseudofilozoficzne wywody, znajdują niemal metafizyczne uzasadnienie dla swojej zabawy. Wymądrzają się na temat metafizyki śmierci, ale przecież w śmierci, którą zadają, nic metafizycznego nie ma. Twierdzą, że wyświadczają przysługę zwierzętom. Jedna z bohaterek mówi, że ma problem z zabijaniem  w rzeźni, ale ze strzelaniem do zebry, żyrafy czy gazeli żadnego. Skoro to żaden problem, to dlaczego o swoim procederze nie mówią wprost? Słowo zwierzę zastępują sztuką, zamiast zabiłem powiedzą położyłem, krew nie jest krwią tylko farbą.  Kiedy oddadzą celny strzał, padają sobie w ramiona, gratulują, a na koniec robią zdjęcia z martwym zwierzęciem, ustawiwszy je wcześniej w jak najkorzystniejszy sposób do tej makabrycznej fotografii. Są gotowi płacić za ten proceder ciężkie pieniądze, bo zabijanie ma swój cennik. Tu oczywiście pojawia się kolejny bałamutny argument – polowanie daje pracę miejscowym, pozwala im zarabiać. Niby tak, ale wiadomo, że oni dostają ochłapy z pańskiego stołu, bo interes trzyma w garści biały. To on jest właścicielem myśliwskiej farmy organizującej polowania. Farma przypomina pałac, a miejscowi, którzy oprawiają zabite zwierzęta, są przewodnikami, kierowcami, a przy okazji lokajami, mieszkają w blaszanych budach bez okien. Oczywiście wszyscy zgodnie twierdzą, że nie są rasistami. Seidl nie oszczędza swoich bohaterów, w żaden sposób nie są w stanie wzbudzić sympatii. Są grubi, niesympatyczni, odęci. Niczym jaśniepaństwo pozują do zdjęć, siedzą rozparci na kanapie i plotą androny. Trzeba przyznać, że reżyser w niezbyt korzystnym świetle pokazuje także miejscowych. Sportretowani przez nieruchomą kamerę wydają się dzicy, pierwotni. Czy tacy są, czy takimi widzą ich myśliwi?

Ale Seidl każe widzowi, który z myślistwem nic wspólnego nie ma i jest wrogiem polowań, zastanowić się nad sobą. Kiedy oglądamy wnętrze myśliwskiej farmy, jej ściany ozdobione łbami zabitych zwierząt, kiedy przypatrujemy się myśliwym pozującym do zdjęcia z martwym zwierzęciem, musimy dokonać rachunku sumienia. Tak, dziś mi to przeszkadza, ale kiedyś? Czy przeszkadzały mi podobne trofea oglądane w zwiedzanych pałacach czy dworach? Pierwszy, jaki przychodzi mi na myśl, to pałac w Pszczynie z całą kolekcją takich trofeów. Czy zastanawiałam się, jak tam trafiły? W moim rodzinnym mieście w zamkowym muzeum największą atrakcją było trzecie piętro, a na nim sale z rzędami martwych, wypchanych zwierząt. Drugą były narzędzia tortur pokazywane w zamkowej piwnicy. Jako dziecko uwielbiałam oglądać i jedne, i drugie. Nikt mi nie wytłumaczył, czym są naprawdę te eksponaty. Moje rodzinne miasto opuściłam jeszcze w czasach licealnych, odtąd nigdy już nie byłam w zamkowym muzeum. Czy nadal można tam oglądać wypchane zwłoki zwierząt? Kiedy z niesmakiem patrzę na myśliwych pozujących do zdjęcia z ustrzeloną zebrą albo żyrafą, ze wstydem myślę, że nie przeszkadzały mi podobne zdjęcia Hemingwaya z jego afrykańskich safari. Nie przeszkadzały mi polowania na romantycznym filmie „Pożegnanie z Afryką”, nie przeszkadzał przystojny Robert Redford grający ukochanego Karen Blixen, który przecież polował. Nie przeszkadzały opisy polowań w angielskich powieściach. Współczesne myśliwskie rytuały nie wzięły się z powietrza, są głęboko osadzone w kulturze, w tradycji. Ale może jest nadzieja, bo świadomość się zmienia, dziś czujemy, że to barbarzyństwo, nierówna walka, a właściwie nawet nie walka, bo współczesny myśliwy nie naraża się na niebezpieczeństwo. Coraz więcej jest przeciwników polowań, więc może kiedyś ten krwawy proceder stanie się obciachem?

 

Bartek Sabela "Wszystkie ziarna piasku"

Tego reportażu nie da się czytać spokojnie. Już dawno żadna lektura nie wywołała we mnie tylu emocji, tyle gniewu. Już dawno nie czułam się tak bezsilna, tak przygnębiona, tak wściekła na polityków-hipokrytów. Ale jednocześnie już dawno tak nie podziwiałam bohaterów żadnej książki. O czym jest opowieść Bartka Sabeli zamknięta we "Wszystkich ziarnach piasku" (Czarne 2015)? To historia Sahary Zachodniej, ostatniej afrykańskiej kolonii. Czy zdajesz sobie sprawę, czytelniku tej notki, że kiedy czytasz te słowa, prawdopodobnie na ulicach saharyjskich miast dochodzi do kolejnej manifestacji? Ja też nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia, że od kilkunastu lat niemal codziennie protestują tam ludzie. Wychodząc na ulice, ryzykują, że zostaną pobici, zamknięci w więzieniu, gdzie będą torturowani. A jednak ta wiedza poparta niemal codziennym doświadczeniem nie powstrzymuje ich. Dlaczego? Przeciwko czemu i komu protestują? I tu docieramy do sedna. Otóż ich śmiertelnym wrogiem jest okupant - Maroko. Tak, tak, czytelniku tej notki, nie przecieraj oczu ze zdumienia - Maroko. Kraj, który postrzegamy jako stabilny, kraj, do którego chętnie jeździmy na wakacje, aby wygrzewać się na plażach i zwiedzać wspaniałe zabytki, kraj owiany literacką, filmową i romantyczną legendą.

Bo Sahara Zachodnia już od dawna nie jest hiszpańską kolonią. Paradoks polega na tym, że kiedy nią była, kwitła, a Saharyjczykom żyło się całkiem nieźle. Oczywiście, gdy dobiegała końca epoka kolonialna, kiedy w Afryce powstawały niepodległe państwa i oni marzyli o niepodległości. Niestety w wyniku splotu niekorzystnych geopolitycznych zdarzeń zamiast cieszyć się swoim państwem, wpadli pod marokański but. Najpierw jednak w 1975 roku Hiszpania, Mauretania i Maroko właśnie, a patronowały im USA i Francja - czarne polityczne charaktery tej opowieści, podpisały tajne porozumienie o podziale terytorium Sahary Zachodniej. Po jakimś czasie wycofała się Hiszpania, potem pod wpływem siły saharyjskiej partyzantki, która prowadziła regularną wojnę, zdezerterowała Mauretania, a Maroko owładnięte mitem Wielkiego Maroka okupuje Saharę Zachodnią do dziś mimo wojny, która trwała szesnaście lat. Oficjalnie skończyła się w 1991 roku. Jednym z pokojowych warunków było przeprowadzenie referendum o przyszłości Sahary Zachodniej. Nie odbyło się do dziś. Maroko pod rękę z ONZ-etem i wielkimi graczami międzynarodowymi zwodziło i nadal zwodzi Saharyjczyków. Dlatego odżywają wśród nich marzenia o wojnie. Oficjalnie jej nie chcą, w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że zdesperowani i rozczarowani nie widzą już innego wyjścia. A teraz szanse na utworzenie własnego państwa mają Saharyjczycy jeszcze mniejsze. Nawet autor "Wszystkich ziaren piasku" ze smutkiem przyznał to w radiowym wywiadzie, jakiego niedawno wysłuchałam. Zgoda na niepodległość Sahary Zachodniej oznaczałaby destabilizację Maroka i falę kolejnych imigrantów szturmujących bramy Europy. Kto na to pójdzie? I jeszcze podobna, całkiem świeża, wiadomość z radiowej korespondencji ze Szwecji. Otóż Szwecja już, już miała przystąpić do nielicznego grona państw uznający Saharyjską Arabską Republikę Demokratyczną, ale nie zrobi tego, bo Maroko w odwecie nie przyjęłoby swoich obywateli - ekonomicznych imigrantów, których Szwedzi chcą deportować.

Nie pora tu i miejsce na wykład historyczno-polityczny. Ze świetnej, chociaż potwornie smutnej książki Bartka Sabeli dowiesz się, czytelniku tej notki, wszystkiego. A ja teraz chciałabym zaapelować do twoich emocji i podać kilka faktów. Wojna i okupacja to więzienia, tortury (najwymyślniejsze) i porwania. W 1987 roku z El Aaiun uprowadzono dziesięć tysięcy (!) ludzi. To tak jakby z Warszawy uprowadzić dwieście tysięcy!. To tylko jedno z całej serii porwań. Niektórzy nie odnaleźli się do dziś. Wojna i okupacja to zrzucanie bomb z napalmem i fosforem albo bomb kasetowych. To ucieczka Saharyjczyków ze swoich ziem. Dziś w obozach dla uchodźców w Algierii mieszka ich dwadzieścia tysięcy. Mają tam rząd, prezydenta, ale to przecież tymczasowa wegetacja, życie bez perspektyw. Efektem tej wojny jest pustynia pocięta sześcioma olbrzymimi murami! Tak, tak, takimi samymi, jakie oddzielają Izrael od Palestyny, USA od Meksyku, a dziś wiele państw europejskich. Po co te mury? Tylko tak potrafili poradzić sobie Marokańczycy z saharyjską, niezwykle skuteczną armią partyzancką. Mury utrudniły walkę, ale jej nie zakończyły. Dziś Sahara Zachodnia podzielona jest na dwie części. Jedna  to terytoria okupowane, gdzie rdzenni mieszkańcy traktowani są jak obywatele dziesiątej kategorii, żyją w nędzy, ale protestują. Za to osiedlani na tych terenach Marokańczycy, skuszeni licznymi przywilejami, mają się świetnie. Druga część Sahary Zachodniej to tereny wyzwolone, pustynia, gdzie nikt właściwie nie mieszka, za to stale dochodzi do potyczek. Tę skomplikowaną układankę dopełniają obozy dla uchodźców znajdujące się w Algierii.Wspominałam już o nich.

Mogłabym tak długo jeszcze pisać o marokańskiej bezwzględności i podłości, o łamaniu praw człowieka, na które nikt nie reaguje, o milczeniu świata, który woli nie wiedzieć. Bo prawa człowieka  składane są na ołtarzu wielkiej polityki, doraźnych albo długofalowych interesów. Ileż jest takich miejsc! Kiedy czytam podobne historie, po raz kolejny dochodzę do banalnego przecież wniosku, że świat to morze niesprawiedliwości, draństwa i nieszczęścia. Szkoda mówić. W każdym razie, pamiętaj, czytelniku tej notki, że kupując marokańskie sardynki, marokańskie pomidory, kupujesz tak naprawdę produkty z Sahary Zachodniej. To tam są świetne łowiska, to tam jest świetny klimat, który pozwala nawet zimą hodować warzywa. Wygrzewając się na marokańskich plażach, spacerując uliczkami Tangeru, pomyśl o biednych Saharyjczykach. Aha, i jeszcze jedno. Na sam koniec muszę wyrazić swój podziw i zachwyt dla autora, który temat odkrył, uparł się, aby jeździć i do algierskich obozów, i na terytoria okupowane, co wymagało nie lada odwagi (szczegóły w książce). Zaprzyjaźnił się z Saharyjczykami i napisał tę smutną, ale piękną książkę, gdzie mieszają się ze sobą historyczne i polityczne fakty, przygoda i liryczne niemal fragmenty. Książkę podszytą gniewem i emocjami. Książkę, która odkrywa temat istniejący w świadomości nielicznych.

"Szkoła Babel" i "Timbuktu"

Po okresie kinowej posuchy nagle obrodziło ciekawymi premierami, dlatego wybrałam się do kina na dwa filmy, a trzeci, "Marsylski łącznik", zostawiłam sobie na kolejny weekend. Tymczasem obejrzałam  zaległy dokument "Szkoła Babel" i całkiem świeże "Timbuktu", które znalazło się w ścisłej piątce filmów nieanglojęzycznych nominowanych do Oskara obok "Idy" i "Lewiatana". Tej nagrody z wiadomych powodów nie dostało, za to obsypano je kilkoma Cezarami. Początkowo myślałam, że zestawienie ich w jednej notce, do czego zmusza mnie brak czasu, będzie nawet sensowne, bo jakoś do siebie pasują. "Timbuktu" to opowieść o miasteczku w Mali, tym z tytułu opanowanym przez dzihadystów. Z kolei "Szkoła Babel" to film dokumentalny o klasie adaptacyjnej, która przygotowuje imigrantów do podjęcia nauki we francuskiej szkole, pomaga nauczyć się języka i odnaleźć w nowej rzeczywistości. A ponieważ jedno, imigracja, może być skutkiem drugiego, dżihadu, więc nic dziwnego, że tak się to w mojej głowie zgrabnie ułożyło. Nic bardziej mylnego. Uległam stereotypom i najprostszemu skojarzeniu - imigrant znaczy czarny. A przecież tak nie jest.

Do szkoły chodzą uczniowie z całego świata. Prawda, są też czarni, ale i skośnoocy, a wbrew temu, co mogłoby się wydawać, całkiem pokaźną grupę stanowią biali. Przybyli z Azji, Afryki, Ameryki Południowej, ale też z Europy i to nie tylko tej biednej. Jest Białorusinka, Ukrainka, ale jest też Polka, Agnieszka, a nawet Irlandczyk. Jednym słowem różne oblicza emigracji. Nie wszyscy uczniowie to dzieci emigrantów politycznych czy ekonomicznych. Mają od jedenastu do piętnastu lat, chodzą do jednej klasy. Wielość języków i obyczajów, ale podobne emocje i marzenia. Reżyserka, Julie Bertucelli, towarzyszy im z kamerą przez wspólnie spędzony rok, od jesieni do wakacji, kiedy muszą się rozstać. Niektórzy pójdą już do zwykłej szkoły, inni zostaną w klasie adaptacyjnej kolejny rok lub tylko parę miesięcy, bo nie są jeszcze gotowi, aby wypłynąć na szerokie wody francuskiego systemu edukacyjnego. Śledzimy ich szkolne losy. Od pierwszych wspólnych chwil, od powitania, które każde z dzieci wypowiada i zapisuje w języku ojczystym, i opowieści o ostatnim dniu w ojczyźnie, te są najbardziej przejmujące, bo rozstanie, z jakich powodów by nie było, na ogół boli. Dowiadujemy się, jak mieszkają we Francji, najczęściej ciaśniej, i co zostawili. Wiemy, o czym marzą i kim chcieliby zostać w przyszłości. Ale chyba najważniejsze są emocje, nie zawsze łatwe. Uczniowie są na pierwszym planie, ale równie ważna, chociaż w cieniu, najczęściej słyszymy tylko jej głos, rzadziej widzimy, jest niezwykła nauczycielka. Ciepła, uważna, ale i stanowcza. Mądra przewodniczka po nowym świecie i po nowym języku. Każdy z uczniów jest tu traktowany indywidualnie, stopniowo, w miarę możliwości, wprowadzany w świat zwyczajnej szkoły. Kiedy oglądamy film, mamy wrażenie, że to system idealny z troską pochylający się nad uczniem. Tyle że, tak przynajmniej wynika z opisu filmu, ta adaptacyjna klasa to na razie eksperyment. Czy ma być remedium na problemy z integracją? Pewnie tak. Warto jeszcze wspomnieć o spotkaniach z rodzicami. Bywa, że dziecko jest tłumaczem, bo matka czy ojciec ledwie mówią po francusku, zdarzają się też niepiśmienni. Ale wszyscy marzą o lepszej przyszłości dla swoich dzieci, dlatego szkołę traktują z szacunkiem, a nauczycielka jest dla nich wyrocznią i kimś, komu można zaufać i zwierzyć się. "Szkołę Babel" ogląda się znakomicie, półtorej godziny mija, nie wiadomo kiedy, co jest zasługą świetnych bohaterów z sympatią podglądanych przez Bertucelli.

"Timbuktu" także jest filmem godnym polecenia. Piękny i okrutny. Piękna jest natura, krajobraz, pustynia, rzeka, plamy zieleni, zwierzęta, piękne jest Timbuktu, chociaż tu pokazane jak mała osada, wąskie uliczki, domy z gliny, upał i kurz. Piękne są kolorowe stroje i maty rozkładane na podłodze mieszkania, piękne twarze ludzi. Piękne zdjęcia i melancholijna muzyka. Zastanawiam się, na ile można ten film traktować całkowicie realistycznie, a na ile jak przypowieść o idyllicznym, mimo surowych warunków, spokojnym świecie gdzieś za górami, za lasami (czytaj: za pustyniami), do którego wkracza zło i niszczy zwyczajne, codzienne szczęście. Zło to dżihadyści, zbrojna banda, która opanowuje miasteczko i zakazuje wszystkiego, także muzyki i gry w piłkę rzekomo w imię islamu, chociaż miejscowy imam próbuje im wyjaśnić, jak bardzo się mylą. Kim są ci ludzie? Dziwną zbieraniną, która mówi wieloma językami i potrzebuje tłumacza, aby porozumieć się z miejscową ludnością a nawet między sobą. Niektórzy przybyli z daleka, z innego świata, co sugerują pewne sceny. Wydaje się nawet, że są wśród nich ludzie wykształceni a nawet jeden artysta. Jeśli to przypowieść czy bajka, ktoś powinien rzucić wyzwanie złu i przywrócić spokój i szczęście. Niestety. Oglądamy raczej wygnanie z raju, szczęśliwego zakończenia nie będzie, bo na razie być nie może. Raj to już przeszłość, a jego mieszkańców czeka poniewierka. Dorośli potrafią pogodzić się ze swoim losem, ale co z dziećmi? To rozdzierające pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Spokojny rytm filmowej opowieści mącą niezwykle okrutne sceny, znane z medialnych relacji. Im bliżej końca, tym bardziej tempo przyspiesza, atmosfera gęstnieje, aż do zaskakującego finału. A widz pozostaje z niepokojem w duszy.

Stefano Liberti "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy"

Nie mogłam nie przeczytać zbioru reportaży włoskiego dziennikarza Stefano Libertiego "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy" (Czarne 2013; przełożył Marcin Wyrembelski). Nie tylko dlatego, że wydanie książki zbiegło się w czasie z tragedią, jaka miała miejsce u wybrzeży wyspy i  temat imigrantów forsujących przez morze bramy niegościnnej Europy znowu stał się głośny (oczywiście na chwilę; teraz jakoś zniknął). Odkąd kilka lat temu przeczytałam fascynujący i przerażający reportaż Klausa Brinkbaumera "Afrykańska odyseja", w którym autor podąża szlakami imigrantów za wszelką cenę próbujących dostać się do Hiszpanii, ten problem stał się mi bardzo bliski. Ze współczuciem i bezradnością myślę o tych wszystkich Afrykańczykach, których widywałam na ulicach miast południowej Europy, jak sprzedają swój badziewny towar produkowany pewnie przez podobnych im biedaków gdzieś w krajach Azji. Dlatego książka Libertiego stała się dla mnie lekturą obowiązkową. Autor od lat zajmuje się tą tematyką, to nie pierwsza jego praca poświęcona problemom niechcianych w Europie imigrantów. Jest też autorem filmu dokumentalnego na ten sam temat. Reportaże zamieszczone w tomie "Na południe od Lampedusy" są owocem jego fascynacji, a właściwie, jak sam pisze, obsesji. Powstawały w ciągu kilku lat, kiedy to autor wielokrotnie podróżował szlakami imigrantów. Zatrzymywał się w miejscach, w których gromadzili się, czekając na transport, albo w takich, w których utknęli, często na lata. Był w Senegalu, Mauretanii, Nigrze, Libii, Algierii i Maroku, a na końcu odwiedził tytułową Lampedusę. Spotykał się i rozmawiał z ludźmi w drodze, z wieloma połączyły go bliższe więzy, ale także z tymi, którzy takie podróże organizują, i z rozmaitymi urzędnikami europejskich instytucji.

Liberti inaczej niż wspomniany tu Brinkbaumer mniej zajmuje się przyczynami emigracji. Nie epatuje specjalnie biedą czy beznadziejną sytuacją gospodarczą, społeczną i polityczną krajów subsaharyjskich, skąd przede wszystkim pochodzą bohaterowie jego reportaży. Jakby przyjął za oczywiste, że skoro uciekają, podejmują trud podróży rozpaczy, to mają ku temu powody. Skupia się za to na dwóch sprawach. Po pierwsze z pasją zgłębia wszystko, co łączy się z organizacją takich wypraw. Stara się przeniknąć do gett, w których imigranci przebywają dłużej, czekając na łut szczęścia, aby wyruszyć dalej. Bada ich strukturę, hierarchię, podpatruje codzienność. Włóczy się po medynach Tangeru i Rabatu, odwiedza algierską Maghnijję, miasto imigrantów sklecone z prowizorycznych szałasów, zagląda do punktów przesiadkowych w Nigrze czy zapomnianych miejsc Sahary Zachodniej. Wysłuchuje dziesiątków podobnych do siebie, rozpaczliwych lub pełnych nadziei opowieści ludzi, którzy utknęli w drodze albo zostali z niej zawróceni. To jeden wątek reportaży Libertiego. Drugi to pokazywanie, jak dwuznaczną rolę pełnią tu kraje europejskie i instytucje unijne, które dają spore pieniądze państwom północnej Afryki, aby to one zatrzymywały u siebie imigrantów z krajów subsaharyjskich. Szczególnie zasłużyły się w tym procederze Włochy, przez lata dogadując się z reżimem Kadafiego. Stąd łapanki na ulicach marokańskich, libijskich czy algierskich miast. Stąd brutalne traktowanie schwytanych i odsyłanie ich z powrotem (nierzadko porzuca się ich na pustyni, skazując na śmierć, przed którą może ich uchronić jedynie przypadkowy ratunek). Stąd swoisty ping pong, który trwa na granicy na przykład Maroka i Algierii czy Turcji i Grecji. Stąd imigranci czekający na ziemi niczyjej pomiędzy granicami. Autor pokazuje, jak przy okazji wylewa się dziecko z kąpielą. Ofiarami represji padają często ludzie, którzy od lat mieszkają w jednym z północnoafrykańskich krajów. Zdążyli już ułożyć sobie tam życie, pracują, zarabiają, zgromadzili jakiś dobytek. Nagle zostają pozbawieni wszystkiego i odesłani donikąd. Są i tacy, których celem wcale nie jest Europa, ale właśnie Libia (to już chyba przeszłość) czy Maroko. Dawniej mogli się tam osiedlać, teraz automatycznie znajdują się w kręgu podejrzeń i ich los jest bardzo niepewny. Liberti pokazuje także, jak kraje europejskie swoją egoistyczną czy nierozważną polityką przyczyniają się do produkowania imigrantów (na przykład nielegalne połowy europejskich statków na wodach Senegalu zrujnowały tamtejszych rybaków, zmuszając ich do szukania szczęścia w Hiszpanii). I jeszcze jeden paradoks: w gruncie rzeczy Europa  potrzebuje przybyszów z Afryki. Kto będzie pracował na polach Hiszpanii? Kto będzie wykonywał tysiące innych prac, których Europejczycy nie chcą się imać?

I wreszcie trzeci wątek pojawiający się w książce. Obalanie mitów. Przede wszystkim włoski dziennikarz kwestionuje liczby imigrantów forsujących drogą morską bramy Europy. Twierdzi, że są zdecydowanie zawyżone, a przyczyniły się do tego media. Zarzuca urzędnikom Frontexu ignorancję (swoją wiedzę czerpią właśnie z mediów, sami nie prowadzą żadnych rzetelnych badań). Efektem tego są ogromne środki wydawane na walkę z imigrantami. Drugi mit dotyczy pośredników, którzy te podróże rozpaczy organizują. Powszechnie uważa się, że są to wielkie, zorganizowane siatki przemytników. Liberti udowadnia, że to nieprawda. Najczęściej zajmują się tym drobni naganiacze, pośrednicy działający na małą skalę. Obowiązuje zasada: jest popyt, jest podaż. Sami wędrowcy traktują ten proceder jako coś naturalnego. Zarobek jak każdy inny. Trzeci mit to przekonanie, że uciekinierzy to ludzie prości. Nieprawda, jest wśród nich wielu wykształconych. Trudno mi oczywiście ocenić, na ile Liberti ma rację, obalając mity (szczególnie ten pierwszy). Jego argumenty wydają się wiarygodne, ale na pewno są tacy, którzy je kwestionują.

Wbrew temu, co może wydawać się po przeczytaniu tej notki, nie jest to lektura sucha. Chociaż sporo tu konkretów, przypisów, liczb i faktów, to jest ten reportaż przede wszystkim relacją z podróży nasiąkniętą emocjami. Takie są historie wędrowców spotkanych na trasie, takie są opisy odwiedzanych miejsc. Często brzydkich, zagubionych na końcu świata, tchnących beznadzieją albo przynajmniej melancholią, ale fascynujących swoją atmosferą. Ważna, smutna i ciekawa książka. Takich nigdy dość.

Adam Leszczyński "Zbawcy mórz"

O książce Adama Leszczyńskiego, reportera Gazety Wyborczej, "Zbawcy mórz" (Wielka Litera 2013) słyszałam już jakiś czas temu. Precyzyjniej byłoby napisać, że słyszałam o zbiorze reportaży "Dziękujemy za palenie", który jesienią ubiegłego roku wydała w bardzo małym nakładzie Polska Akcja Humanitarna. To z tej okazji autor był gościem radia TOK FM, gdzie opowiadał o swoich tekstach. Już wtedy chciałam je przeczytać, wpisałam na listę książek, które chcę kupić, jak zwykle czas płynął, a ja kupowałam inne. Aż tu całkiem niedawno zmaterializowała się wreszcie strona dość świeżego na naszym rynku wydawnictwa Wielka Litera, która dotąd była stale w budowie. Ze zdumieniem to właśnie tam odkryłam książkę Leszczyńskiego pod innym tytułem. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy przypadkiem nie napisał już kolejnego zbiorku, ale poszperałam i odkryłam, że chodzi o tę samą pozycję. Po prostu autor zmienił tytuł, skorygował błędy, dodał jeden tekst i tak oto dostaliśmy starą, ale jednak nową książkę Leszczyńskiego. Zmobilizowana tym faktem kupiłam i natychmiast przeczytałam, a teraz śmiało mogę polecić ją innym. Dla wszystkich, których interesuje Afryka, jest to lektura obowiązkowa. Może szczególnie powinni po nią sięgnąć wszyscy ci, którzy znają ten kontynent z pobytu w luksusowym kenijskim hotelu, z udziału w safari, z wyprawy na szczyt Kilimadżaro. Czy zastanawiają się, gdzie mieszkają, jak żyją ci wszyscy uśmiechnięci kelnerzy, przewodnicy, pokojówki? Może w Kiberze, najsłynniejszym slumsie świata, który za sprawą filmu "Wierny ogrodnik" zrobił się modny do tego stopnia, że odwiedzają go celebryci i turyści?

Lubimy wyobrażać sobie Afrykę, jaką znamy z literatury czy filmu. Taką spod znaku Karen Blixen, jej "Pożegnania z Afryką". Romantyczną, sielską, piękną, gdzie żyło się wygodnie i przyjemnie. Oczywiście doskonale wiemy, że to fałsz, spojrzenie białego człowieka, kolonizatora, który nawet jeśli rdzennych mieszkańców traktował dobrze, sprawiedliwie i z szacunkiem, to jednak pewnie zawsze z poczuciem dobrotliwej wyższości. Przecież mamy za sobą lekturę Kapuścińskiego czy innych reporterów (polecam "Afrykańską odyseję" Klausa Brinkbaumera"). Na tym tle oczywiście książka Adama Leszczyńskiego nie jest niczym nowym, bo autor, jak wielu przed nim, mierzy się w niej z problemami, które gnębią ten kontynent. Oto przykłady pierwsze z brzegu: epidemia AIDS, susza, głód, slumsy, malaria.  A jednak naprawdę warto ją przeczytać. Już spieszę wyjaśnić dlaczego, a powodów jest kilka. 

Oto pierwszy: nawet tematy znane ujęte są w ciekawy sposób, ale jest też kilka, które dla mnie były czymś nowym, a dzięki temu ciekawym. Na przykład opowieść o Malawi, państewku powstałym właściwie trochę przez przypadek, skazanym na ciągłą pomoc humanitarną, bez której natychmiast dojdzie tu do klęski głodu. Albo reportaż o tym, jaki biznes robi się na czarach i jak łatwo można pozbyć się problemu, konkurencji czy wroga, oskarżając kogoś, zwykle kobietę, o to, że jest czarownicą. Albo niezwykle ciekawy rozdział o prześladowaniach homoseksualistów w RPA (szczególnie czarnych lesbijek) i, szerzej, o przemocy. Dlaczego jej tam tyle? Jakie ma źródła? 

Leszczyński pokazuje, to kolejna zaleta jego reportaży, jak problemy gnębiące Afrykę wymykają się jednoznacznej ocenie. Ot przykład pierwszy z brzegu. My, mieszkańcy Europy, sprzeciwiamy się zabijaniu słoni. Trzeba je chronić, barbarzyństwem jest ich eksterminacja, szczególnie po to, aby zdobyć kość słoniową. Tymczasem to nie takie proste. Ten ostatni problem został znacznie ograniczony, a słonie nadal giną. Dlaczego? Bo sieją spustoszenie: zjadają i niszczą uprawy, doprowadzając do nędzy i głodu. Niby są sposoby, aby temu zapobiec, ale bardzo nieskuteczne. Kolejny przykład: mikrokredyty, o których jakiś czas temu sporo się w Polsce mówiło przy okazji wizyty ich wynalazcy, Mohammeda Yunusa z Bangladeszu (dostał Pokojową Nagrodę Nobla). Zbawienie dla biednych tego świata? Na pewno nie dla wszystkich. Może zadziałać w jednostkowych przypadkach, ale raczej nie zadziała powszechnie. Albo somalijscy piraci. Co jakiś czas słyszymy o uprowadzeniu kolejnego statku, oburzamy się, potępiamy. Dlaczego to robią? Czy rzeczywiście tak trudno sobie z tym procederem poradzić? O tym wszystkim w książce.

Następny powód, aby po nią sięgnąć, to obalanie mitów. Już sięgam po przykłady. Jednym z nich jest mikrokredyt, o którym pisałam, innym tak zwany sprawiedliwy handel. Wierzymy, bo tak się nas informuje, że jeśli kupimy droższe produkty oznaczone odpowiednim logo, to pieniądze trafią bezpośrednio do producenta: drobnego farmera. Już kiedyś ktoś mi powiedział, że to nieprawda, ale nie było wówczas okazji, aby dopytać dlaczego. Przyznam, że od tamtej chwili często o tym myślałam. Dzięki Leszczyńskiemu dowiedziałam się, jak jest naprawdę. Otóż ci drobni producenci nie są w stanie działać na własny rachunek, zrzeszają się w spółdzielniach i zysk trafia właśnie tam. Co ma z tego farmer? Bezpośrednio nic, jeśli będzie miał szczęście,  spółdzielnia wybuduje w jego wiosce na przykład szkołę. To by było coś, problem w tym, że wiosek dużo, zysk nie taki wielki, a jego część i tak pochłonie spółdzielcza biurokracja. Jak pisze autor, lepiej kupić tańszą kawę, a zaoszczędzone pieniądze wpłacać na konto jakiejś sensownie działającej organizacji pomocowej. Zwracam uwagę na słowa sensownie działającej. Bo Leszczyński wziął pod lupę  organizacje humanitarne, różne agendy ONZ-etu czy programy pomocowe i przyłączył się do chóru tych, którzy coraz głośniej pokazują bezsensowność ich pomocy. Nie chodzi wcale o złą wolę, ale działanie głupie, bezmyślne, krótkofalowe, niedoprowadzane do końca. Bogaci biali, którzy spieszą z pomocą biednej Afryce, zawsze wiedzą lepiej, z góry znają recepty, bywają aroganccy, a jeśli ich program pomocowy napotyka na przeszkody, całą winą obarczają miejscowych. Osobnym problemem sprawiającym, że pomoc często bywa nieskuteczna, jest rozrośnięta biurokracja, która zawsze za nią idzie. Milionom na pomaganie towarzyszą jeszcze większe miliony na urzędników i papierologię. Czy to znaczy, żeby nie pomagać? Nie, ale trzeba wiedzieć jak i w jakiej dziedzinie (najmniej skuteczne są wszelkie projekty edukacyjne, najlepsze rezultaty przynosi działanie bezpośrednie na przykład wykopanie studni).

Kolejnym powodem, aby sięgnąć po "Zbawców mórz", jest pokazanie wielu paradoksów życia w Afryce. Z jednej strony głód i bieda, brak dróg, szpitali, szkół, z drugiej znakomicie rozwinięta sieć telefonii komórkowej. Jak się okazuje, jedna z odsłon reklamy pewnego banku, aczkolwiek irytująca z powodu prezentowanego w niej poczucia wyższości nas, Europejczyków i oka puszczanego do widzów, nie jest zupełnie oderwana od rzeczywistości. Albo inny przykład. Z jednej strony w niektórych krajach afrykańskich często gotówka nie istnieje, nie ma też czeków ani kart, ale działa system płatności właśnie przez komórki.

I jeszcze jeden atut reportaży Leszczyńskiego, może najważniejszy, to próba zrozumienia i wytłumaczenia zachowań z naszego punktu widzenia często głupich, a z punktu widzenia mieszkańców Afryki po prostu racjonalnych. I tak z bardzo racjonalnych powodów wdowy znad Jeziora Wiktorii handlujące rybami sypiają z rybakami i kierowcami, najczęściej kilkoma na raz. W ten sposób mogą zdobyć ryby, a potem zawieźć je na targ. Tylko tak są w stanie utrzymać siebie i swoje dzieci. To powszechnie uznany tu obyczaj, w żadnym razie prostytucja. W Afryce takie zachowania, taka wymiana usług nikogo nie dziwi. Z równie racjonalnych powodów Adam Leszczyński, gdyby żył w Somalii, jak  twierdzi, najprawdopodobniej sam zostałby piratem. Inna sprawa, że ta racjonalność, mająca swoje głębokie uzasadnienie, najczęściej prowadzi do nieszczęścia i pogłębia jeszcze problemy nękające kontynent, czego przykładem jest choćby epidemia AIDS. 

Zamykam listę powodów, dla których trzeba przeczytać reportaże Adama Leszczyńskiego. A na zakończenie jeszcze garść informacji. Każdy reportaż poświęcony jest innemu problemowi. Zwykle reporter wiąże go z jakimś konkretnym miejscem, chociaż wiadomo, że to tylko przykład, podobnie sprawy mają się także gdzie indziej. Autor odwiedzał te same rejony często wielokrotnie, o czym skrupulatnie informuje. Książka jest bardzo dokładnie udokumentowana, bibliografia zajmuje kilka stron, prawie na każdej znajdziemy przypisy. I jeszcze jedna uwaga: Leszczyński w każdym rozdziale czyni dygresję, a są to dygresje niezwykle pasjonujące. Cofa się w czasie i pokazuje, jak podobne problemy nękały kiedyś (kiedyś to znaczy na przykład jeszcze w wieku dziewiętnastym albo nawet dwudziestym) Europę. Tak było choćby z malarią, z migracją ze wsi do miast, z wyzyskiem robotników. Pisze o tym, jak je przezwyciężono, zwraca uwagę, jak długo to trwało. Zastanawia się, dlaczego podobne rozwiązania w Afryce nie skutkują, czasem wierzy, że wprawdzie potrzeba czasu, ale na pewno przyniosą pożądane efekty.

Pasjonująca, pouczająca książka. Może nie działa tak emocjonalnie, jak wspomniana w tej notce "Afrykańska odyseja", ale autor  racjonalnie, rzetelnie i zajmująco pokazuje afrykański węzeł gordyjski. A co najważniejsze, traktuje mieszkańców Afryki jak partnerów, nie pobłażliwie czy z lekceważeniem.

Wojciech Jagielski "Wypalanie traw"

Wojciecha Jagielskiego znałam dotąd z publikacji prasowych, nie czytałam żadnej z jego książek. Dlaczego wobec tego nagle sięgnęłam po najnowszą, "Wypalanie traw" (Znak 2012)? Powodem były nie tylko bardzo pozytywne opinie, ale przede wszystkim tematyka. Od czasów lektury "Suchej białej pory" Andre Brinka zawsze sięgam po książki z RPA, oczywiście jeśli tylko wpadnie mi w ręce coś interesującego. Nie powiem, żeby było tego jakoś specjalnie dużo, ale tych kilka, które przeczytałam, pozwoliły mi chociaż trochę zorientować się w sytuacji tego kraju. Reportaż Jagielskiego tę wiedzę znakomicie uzupełnił. Napisałam reportaż, ale to określenie nie bardzo pasuje do "Wypalania traw". Już lepsze byłoby stwierdzenie reportaż literacki. Zaczyna się jak powieść. Trzecioosobowy narrator w pierwszym rozdziale przypominającym prolog prezentuje bohaterów swojej książki. Czarnoskórego Tommiego Lerefolo, miejskiego radnego w miasteczku Ventersdorp. Raymonda Boardmana, farmera, potomka angielskiego pastora, który około roku 1820 przybył do Kraju Przylądkowego (zalążek dzisiejszego RPA). Henka Malana, Bura, właściciela  nie najlepiej prosperującej tawerny Pod Rajskim Żurawiem, jednym słowem przedstawiciela niższej warstwy białych. I przede wszystkim Eugene'a Terre'Blanche'a, farmera, założyciela Afrykanerskiego Ruchu Oporu, człowieka, którego bali się politycy, a czcili Burowie, głównego bohatera tej opowieści. Ale już kolejny rozdział to bez wątpienia literatura faktu: ujawnia się reporter, który  nie eksponując siebie nadmiernie, rozmawia z bohaterami tej historii i przekazuje informacje o kraju. Potem obie techniki pisarskie będą się przeplatać. Może właśnie dzięki temu opowieść jest tak interesująca, że trudno się od lektury oderwać.
Chociaż książka ma swoich wyraźnie nakreślonych bohaterów (najważniejszych wymieniłam, ale jest ich znacznie więcej), znakomicie scharakteryzowanych i opowiedzianych, to jest także historią RPA w pigułce (trzystustronicowej). Nawet czytelnik, który niewiele wie o tym rejonie świata, dowie się całkiem sporo, a ktoś, kto trochę już się orientuje, swoje wiadomości poszerzy i uporządkuje. Jagielski pisze o początkach kolonizacji Przylądka Dobrej Nadziei przez przybyłych z Europy Holendrów (to od nich wywodzą się Burowie), o konflikcie brytyjsko - holenderskim o te tereny, o walkach z rdzennymi mieszkańcami tych ziem, o Wielkiej Wędrówce Burów, która stanowi ich mit założycielski, o wojnie zwanej burską, wreszcie o ideologii apartheidu i długoletniej walce z nim czarnych mieszkańców pod wodzą Nelsona Mandeli, no i również o tym, co stało się z krajem, kiedy ten znienawidzonysystem ostatecznie się skończył. A wszystko to niezwykle interesujące. Autor kreśli też sytuację społeczną. Pokazuje konflikty rozsadzające społeczeństwo RPA. Wbrew stereotypom nie jest to tylko konflikt pomiędzy czarnymi a białymi. Mur dzieli również tych ostatnich. Anglicy, a właściwie potomkowie angielskich kolonizatorów, i Burowie to dwa odrębne światy. Dzielą ich zaszłości historyczne, religia i stosunek do apartheidu, którego ideologiczne podwaliny stworzyli Burowie. Oni swoją niechęć do czarnych wywiedli z religii, z Biblii. Apartheid oznacza po prostu osobno. Wszystkie zakazy i nakazy, które, o czym się raczej nie wie, dawały się we znaki także białym, służyły niemieszaniu ras: czarnej i białej (szczególnie Burów, którzy uważali się za naród wybrany). Inaczej rdzennych mieszkańców traktowali Anglicy. Oczywiście też z wyższością (podobnie jak mieszkańców innych kolonii, na przykład Hindusów), ale wynikało to z banalnych pobudek. Czuli się po prostu lepsi, cywilizowani. Chociaż mniej więcej wiemy, czym był apartheid, Jagielski pozwala znacznie lepiej poznać koszmar i aberrację tej ideologii. Pokazuje jak wyglądało życie czarnych i białych obwarowane szczegółowymi przepisami regulującymi każdą dziedzinę, a wszystko po to, aby mogli żyć całkowicie osobno. Ale "Wypalanie traw" to także opowieść o tym, co dzieje się, kiedy nastąpi wielka zmiana (taką zmianą był koniec apartheidu, zwycięstwo Mandeli, przejęcie władzy przez czarnych w pokojowych negocjacjach). I w tym sensie to opowieść uniwersalna. Jest jak zawsze. Najpierw wielka radość, potem rozczarowanie. Nieprzygotowanie zwycięzców do sprawowania władzy, widoczne szczególnie na prowincji. Koncesje na rzecz białych, dawnych prześladowców, w imię wyższych racji. Rozwarstwienie społeczne i poczucie, że od zwykłego człowieka, nawet jeśli jest miejskim radnym (Tommy Lerefolo), nic nie zależy, że wszystko decyduje się gdzieś daleko na szczytach niedosiężnej władzy. No i znane choćby z "Hańby" Coetzee'go niepokoje społeczne: napady na białych farmerów. Ich przyczyną jest nie tylko chęć odwetu, ale także bieda wykluczonych czarnych.
Ale książka Jagielskiego to nie wykład historyczny czy praca z dziedziny socjologii. To przede wszystkim opowieść o ludziach z prowincji, ich nadziejach i rozczarowaniach. O Tommym Lerefolo, który kiedyś walczył z apartheidem, siedział w więzieniu, był torturowany, a teraz stopniowo poddaje się zniechęceniu, bo widzi, że w Ventersdorpie niewiele się zmienia, a i w kraju sprawy nie mają się dobrze. Lata płyną, czarni i biali nadal żyją osobno. O Raymondzie Boardmanie, białym idealiście, dla którego koniec apartheidu oznacza ulgę, możliwość symbolicznego oczyszczenia, naprawienia krzywd. Ale i jemu przyjdzie rozczarować się nową rzeczywistością. Bo czarni na farmie nie chcą poczuć się współgospodarzami, bo biali traktują go jak wroga (nie tylko z powodu tego, że nie jest Burem, przede wszystkim dlatego, że stara się traktować czarnych jak partnerów, chcąc im zadośćuczynić krzywdy), bo robi się niebezpiecznie, bo farmę nękają finansowe problemy, bo czuje się na prowincji obco, mimo że to ziemia jego przodków. O Henku Malanie, który teraz musi ustąpić nie tylko bogatszym białym, ale i czarnym. Dla niego koniec apartheidu oznacza tylko strach przed nowym. To dlatego tacy jak on byli wiernymi wyznawcami białego guru, wodza, obrońcy apartheidu, makiawelicznego twórcy Afrykanerskiego Ruchu Oporu, Eugene'a Terre'Blanche'a. Ale i on jest rozczarowany. Bo chociaż hipnotyzował tłumy podzielających jego poglądy Burów, to kiedy przyszło do ostatecznej rozgrywki, większość pozostała bierna. Bo zdradzili burski naród jego przywódcy, a on, ostatni bojownik, trafił do więzienia za złe traktowanie czarnych, co nie mieściło mu się w głowie. Bo zgorzkniały musiał zająć się farmą, czego nie lubił. A jeśli był świadom swojego końca, to i on musiał go rozczarować.
A może książka Jagielskiego jest przede wszystkim o tym, ile zła niesie fanatyczna ideologia o religijnych korzeniach? A może o prowincji, która konserwuje to, co było, i opiera się zmianom, nienawidzi inności, wytwarza własne zależności i więzi? A może o sławie i upadku niebezpiecznej, charyzmatycznej jednostki? Dajmy spokój tej wyliczance. Jest po prostu  "Wypalanie traw" o tym wszystkim. Świetna książka, chociaż smutna. Trudno dostrzec w niej światełko nadziei. Opisywany świat mimo że piękny, mnie wydaje się odstręczający. A jednak Wojciech Jagielski mówi, że RPA go fascynuje. Dlaczego? Przyznam, że nie bardzo rozumiem, wszak kreśli obraz tego kraju w ciemnych barwach. Kiedy czytam książki Pawła Smoleńskiego o Izraelu, to przy całym jego krytycyzmie, odnajduję w nich fascynację autora tym miejscem. Inaczej jest w przypadku Jagielskiego. Może odpowiedź na pytanie, co go tak ciągnie do RPA, znajdę w jego następnej książce, którą teraz pisze.

Doris Lessing "Alfred i Emily"

To trzecia książka Doris Lessing, po jaką sięgnęłam i na pewno nie ostatnia, chociaż .... No
właśnie, chociaż z żalem stwierdzam, że "Alfred i Emily" (Wydawnictwo Literackie 2009; przełożyła Anna Kołyszko) mnie rozczarowała. Po "Lecie przed zmierzchem" i "Złotym notesie" (o obu pisałam) wydała mi się zbyt lekka, zupełnie niedotkliwa. Lessing tamtymi  powieściami przyzwyczaiła mnie do czegoś zupełnie innego! Mimo że niełatwe w lekturze, momentami wręcz nużące, miały niesamowitą moc. To taki typ literatury, który dotyka boleśnie, zmusza do konfrontacji z własnym życiem, sądami, wyborami. To lustra, w których trzeba się przejrzeć, chociaż niekoniecznie ma się na to ochotę. Wiem, że to nie tylko moje odczucia. Szczególnie bliski jest mi "Złoty notes". Jeśli są książki, które w szczególny sposób wpływają na czytelnika, to taką powieścią okazała się dla mnie właśnie ta. Nic więc dziwnego, że po kolejnej książce Lessing spodziewałam się bardzo dużo. Na dodatek "Alfred i Emily" nie okazuje się wcale tym, czym wedle słów samej autorki jest. Dlatego czuję się nie tylko rozczarowana, ale w pewnym sensie oszukana i to przez samą Doris Lessing!

Czym miała być ta książka? Opowieścią o rodzicach autorki, na których życiu, jak na losie ich pokolenia, zaważyła pierwsza wojna światowa. Jak pisze Lessing we wstępie o swoim ojcu:

"Umarł w wieku sześćdziesięciu jeden lat jako stary człowiek. W świadectwie zgonu jako przyczynę śmierci powinni mu byli wpisać pierwszą wojnę światową."

A o matce:

"Mama z kolei straciła w niej wielką miłość, lekarza, który utonął w kanale La Manche. Również nie otrząsnęła się z tej straty."

Nie tak dawno przeczytałam znakomitą książkę Petera Englunda o pierwszej wojnie "Piękno i smutek wojny" (pisałam), która rzeczywiście pokazuje, czym był ten czas dla milionów Europejczyków (my, Polacy jakoś o tym z różnych względów zapominamy, dla nas traumą wciąż pozostaje druga). Czytając ją, naprawdę przeżywałam losy wybranych przez szwedzkiego autora kilkunastu autentycznych postaci, które pozostawiły po sobie jakieś pamiętniki, listy, zapiski, dzięki czemu odtworzenie ich dramatycznych, najczęściej, wojennych historii było możliwe. Pewnie również dlatego spodziewałam się, że i ta lektura nie pozostawi mnie obojętną, chociaż wiedziałam, że Lessing nie o wojnie opowiada, a o jej wpływie na dalsze życie swoich rodziców, a w konsekwencji na swoje. Przecież to oni, tacy, jakimi byli, ukształtowali ją. To dzieciństwo i młodość spędzone z nimi w Rodezji na farmie, która miała dać im pieniądze na wymarzony powrót do Anglii, odcisnęło się na niej na zawsze.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej pisarka postanowiła sprawić swoim nieżyjącym już rodzicom prezent: dała się ponieść twórczej wyobraźni, aby wymyślić ich losy na nowo. Co by się z nimi działo, gdyby pierwszej wojny nie było? I te fragmenty są dość ciekawe. To nie one są źródłem mojego rozczarowania. Nie będę tu ze zrozumiałych względów zdradzać, jak Lessing wyobraziła sobie ich życie, wspomnę tylko, że pozwoliła im spełnić swoje marzenia: ojca uczyniła szczęśliwym farmerem, matkę kobietą silną, zdecydowaną, samodzielną, o szerokich horyzontach, ale jednocześnie dość skomplikowaną, niewolną od rozterek, cierpień i rozczarowań. Nieprzypadkowo to jej poświęcam tu więcej miejsca, bo jest po prostu w tej opowieści znacznie ciekawsza niż ojciec. Ale to, co zainteresowało mnie szczególnie, to nie tyle losy Alfreda i Emily, lecz alternatywna wizja historii. Obraz społeczeństwa, które od lat nie zna wojny i większych społecznych czy politycznych zawirowań. Wbrew pozorom nie jest to wizja optymistyczna. Przede wszystkim społeczeństwo jest głęboko rozwarstwione. Jednym żyje się wygodnie, za wygodnie, co powoduje, że często nie bardzo mają celu w życiu, szczególnie młode pokolenie, które właśnie dlatego szuka wrażeń na wojnach toczonych gdzieś w dalekim świecie. W tym samym czasie i w tym samym kraju inni żyją w wielkiej biedzie. Autorka szkicowo kreśli przerażający obraz dzielnic Londynu, gdzie po ulicach włóczą się bezpańskie, wychudzone dzieci, którymi nikt się nie interesuje. Obie warstwy żyją jakby na innych planetach, nic o sobie wzajemnie nie wiedząc. Te partie książki przypominają raczej szkic, który mógłby się wypełnić głębszą treścią, gdyby stworzyć z niego odrębną całość. Taki styl znany jest mi ze "Złotego notesu", w którym pewne fragmenty są pisane podobnie.

No i jest część druga, która konfrontuje czytelnika z prawdziwą historią Alfreda i Emily. Jak pisałam, spodziewałam się czegoś mocnego, czegoś, co by mnie poruszyło. Tymczasem tak jest tylko czasami. I w tej części ważniejsza wydaje się matka. Lessing próbuje dociec, co sprawiło, że z pełnej życia światowej, samodzielnej kobiety, przeobraziła się w zniechęconą, rozczarowaną, narzekającą na wszystko hipochondryczkę. Wydaje się, że jednym z powodów, może najważniejszym, była decyzja o osiedleniu się na rodezyjskiej farmie. To miejsce pogrzebało jej dotychczasowe życie i jej marzenia. Miało być tylko przepustką do dawnego świata, stało się pułapką. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie życie, jakie będą razem z mężem wiedli. Wiele o tym, co się stało, mówi scena, kiedy to Emily na prośbę córki wyciąga z kufra suknie zamówione specjalnie przed wyjazdem z Persji do Rodezji. Eleganckie, kosztowne stroje, których nigdy nie włożyła, ba, nawet ich nie wyjęła z bagażu. W zjedzonych przez mole szmatach z trudem można rozpoznać dawną elegancję i piękno. Córka odnosi wrażenie, że matce jest obojętne, co się z nimi stało, ale to tylko maska, pod którą na pewno skrywa rezygnację i zniechęcenie. A miało być tak pięknie: kulturalni sąsiedzi, bogate życie towarzyskie, dyskusje o literaturze. Jest chata z gliny, harówka, farmerzy. Ale ten poruszający obraz gdzieś po drodze traci swoją siłę wyrazu. To niespełniona obietnica. Opowieść o rodzicach rozpływa się gdzieś pośród wspomnień o dzieciństwie i młodości samej autorki. Jest trochę tak, jakby Lessing nagle zmieniła zamiar i zaczęła pisać całkiem inną książkę, wspomnieniową. Poszatkowana na krótkie rozdziały jest zbiorem luźnych opowieści. Sporo tu ciekawych wątków, które zasługiwałyby na rozwinięcie, ale tak się nie dzieje, dlatego całość robi na mnie wrażenie czegoś powierzchownego. Lessing podsuwa tematy, które ledwie sygnalizuje, aby natychmiast porzucić. Szkoda, bo toksyczne relacje matki i córki, miłość do afrykańskiej ziemi, wychowanie, miłość do książek, które są jedynym ratunkiem w życiu dość samotnej Doris, i inne wątki mogłyby stać się kanwą niezwykle ciekawej opowieści.

Lessing w swojej twórczości czerpie ze swojej afrykańskiej przeszłości garściami. Ten czas, chociaż bolesny i traumatyczny,  ukształtował ją, także literacko, czego dowody znaleźć można w "Złotym notesie" i innych cyklach powieściowych (nie znam, ale, jak wspominałam, z pisarką nie zamierzam się rozstać). Cóż, "Alfred i Emily" z jednej strony rozczarował, z drugiej zaostrzył apetyt na jej wcześniejsze książki zakotwiczone w tamtych doświadczeniach. Gdyby tę książkę napisał ktoś inny, pewnie uznałabym ją za niezłą. Czyta się ją nadzwyczaj gładko, a opowiada o niezwykle ciekawych doświadczeniach. Szkopuł w tym, że napisała ją Doris Lessing, którą pokochałam za coś więcej.


"Raj:miłość"

To film z gatunku takich, które ogląda się bardzo boleśnie. Poruszają tak bardzo, że wywołują psychiczny dyskomfort, niesmak, a nawet obrzydzenie. Ale po to są. Mają wyrwać widza z błogiego stanu zadowolenia, wstrząsnąć, zaszokować, pobudzić do myślenia. Z góry wiedziałam, na co się wybieram w piątkowe popołudnie. Nie jest to film na weekend, jak powiedział mój znajomy. Pewnie nie, ale ja dawno przestałam kierować się taką kategorią. Poszłam i było tak, jak się spodziewałam. Wyszłam zmaltretowana, ale poruszona. Mam jedno zastrzeżenie: film mógłby być trochę krótszy. W tym wypadku pół godziny mniej, wyszłoby na dobre. Po pewnym czasie zaczyna nużyć powtarzalnością, a że niektóre sceny stawiają widza przed dużym wyzwaniem, są na granicy wytrzymałości, tym bardziej przydałyby mu się nożyczki. Nieświadomym, o czym mowa, spieszę wyjaśnić, że najnowszy film austriackiego reżysera Ulricha Seidla "Raj:miłość" to opowieść o pięćdziesięcioletniej Teresie i takich jak ona kobietach, które spędzają urlop w jednym z nadmorskich ośrodków w Kenii, szukając tam erotycznych wrażeń. Film jest pierwszą częścią trylogii, druga, "Raj:wiara", właśnie otrzymała nagrodę specjalną na świeżo zakończonym festiwalu w Wenecji. Tyle dla wszystkich, reszta dla tych, którzy przez obraz Seidla przebrnęli.

Najczęściej jest tak, że reżyser stawiając swego bohatera w ogniu krytyki, daje mu jednak jakąś szansę, pozwala przynajmniej trochę polubić, doszukać się chociażby cienia usprawiedliwienia dla jego postępowania. U Seidla jest inaczej: on nie ma litości dla nikogo. Podobno taki jest zawsze dla swoich postaci, jak przeczytałam w tekście Pawła T.Felisa poświęconym jego twórczości, który ukazał się w Dużym Formacie. Cóż, muszę uwierzyć na słowo, bo dotąd nie widziałam żadnego filmu austriackiego reżysera. Tym samym staje on w szeregu austriackich artystów bezlitośnie chłoszczących swoich rodaków (Jelinek, Bernhard, Haneke, Erica Fischer). 

Naprawdę trudno poczuć sympatię do Teresy. Zaniedbana, gderająca, wychowała córkę na bezmyślnego potwora, który spędza wolny czas, siedząc w butach na rozbebeszonym łóżku, a jej jedyną aktywnością jest słuchanie muzyki i komórka. Nie oszukujmy się, skądś się taka wzięła. Samo gderanie rozwoju i wychowania nie załatwi. Ten od początku przykry obraz pogłębia jeszcze otoczenie: nijakie, odpychające mieszkanie. Pokaż mi swój dom, a powiem ci, kim jesteś, chciałoby się powiedzieć. Kim jest Teresa? Rozwiedzioną kobietą samotnie wychowującą córkę. Do bólu przeciętną, taką bez właściwości. Reżyser nie oszczędzi jej niczego. Pokaże starzejące się, zaniedbane ociekające tłuszczem ciało i żałosne marzenia. O czym marzy Teresa? O miłości w raju, w turystycznym raju: Kenii. A jeśli miłości dostać nie może, to przynajmniej sięgnie po seks. I za namową swojej jeszcze bardziej odrażającej przyjaciółki, o wyglądzie i zachowaniu wiedźmy, sięga. Przyjaciółka jest już doświadczona w takich sekswczasach. Teresa, początkowo onieśmielona, zazdrości jej erotycznych przygód. Nie wiem, co sobie wyobrażała, ale jej pierwsze doświadczenie jest odpychające, wręcz traumatyczne. Myślałam, że zrażona da sobie spokój. Ale gdzież tam, brnie dalej, okupując chwilowe zaspokojenie zmysłów coraz większym upokorzeniem. Jakby schodziła w coraz niższe kręgi piekielne. Jeden kochanek ma żonę i dziecko, każdy chce wyłudzić pieniądze, jak najwięcej pieniędzy od naiwnej, żądnej seksu, białej kobiety. Czy naprawdę Teresa jest aż tak głupia, aby uwierzyć, że młodzi, smukli Kenijczycy idą z nią do łóżka z jakiegokolwiek innego powodu poza finansowym? Przecież zdaje sobie sprawę z mankamentów swojej urody. Ale nie ustaje w swoich łowach, tak jak nie ustają w swoich czarni młodzieńcy. Obie strony chcą ubić interes za wszelką cenę, nawet za cenę upokorzenia. Film kończy się symboliczną sceną: ona po raz kolejny przemierza plażę w poszukiwaniu zdobyczy, oni prężą przed nią swe zgrabne ciała w akrobatycznych figurach. Ktoś może powiedzieć, że Teresa jest samotna i dlatego tak głupio rzuca się w wir żałosnych, erotycznych przygód. Ja jednak nie potrafię jej współczuć. Ma przecież córkę i siostrę. W końcu wartość kobiety nie zależy od tego, czy jest z jakimś facetem. Niechże coś ze sobą i swoim życiem zrobi!

Ale nie tylko dlatego Teresa i jej koleżanki budzą odrazę. Może jeszcze gorsze jest to, jak traktują tubylców, pracowników tego turystycznego raju: z góry, z pogardą. Naśmiewają się z nich, obmawiają, korzystając z tego, że nie znają niemieckiego. Niczym białe panie, potomkinie białych kolonizatorów. Co im daje do tego prawo? W czym są od nich lepsze? Bo przyjechały z bogatego świata, bogatej Europy, bogatej Austrii? Jaka ich zasługa, że się tam urodziły?

Ale Seidl nie oszczędza nikogo. Z równym okrucieństwem pokazuje miejscowych. Wyrachowanych, sprzedających swoje ciała za pieniądze młodych Kenijczyków, którzy są gotowi wymyślić każdą historyjkę, aby wzruszyć naiwną, białą kobietę tęskniącą za czarnym Adonisem. Białych traktują jak worek bez dna. Nie tylko oni, nie tylko ci młodzi mężczyźni. Taka jest nauczycielka w szkole: bez żenady wyciąga rękę po datek i domaga się więcej. Kiedy dostanie za mało, sztuczny uśmiech zniknie z jej twarzy, natychmiast stanie się opryskliwa i niemiła. Taka jest żona Mungu, która godzi się na to, aby dla pieniędzy sypiał z białymi kobietami. Gotowa jest udawać biedną siostrę, zmyślać historyjki o dziecku w szpitalu, aby tylko wyłudzić więcej. I ona gardzi białą, grubą, naiwną kobietą. Właściwie jedyna postać, która ocala swoją godność, to nieśmiały Yusuf, barman, który odmawia spełnienia erotycznego żądania Teresy.

I biali, i czarni uczestniczą w tej upokarzającej grze, gardząc sobą wzajemnie. Kto temu winien? Seidl tym się nie zajmuje, ale odpowiedź jest chyba oczywista. To my, biali, deprawujemy czarnych, jakby prawo do tego dawała nam nasza niechlubna, kolonizatorska przeszłość i dzisiejsze pieniądze.

Kenijski raj wcale nie jest rajem. Piekło czynią z niego ludzie. Poza tym oparty jest na z gruntu fałszywych założeniach. To raj sztuczny, udawany, stworzony na potrzeby białych turystów. Enklawa w ściśle zakreślonych granicach. Bo czy można czuć się beztrosko w strzeżonym ośrodku, leżąc na jednym z setek leżaków równo ustawionych w rzędzie, wzdłuż którego przechadza się strażnik z karabinem? Albo na plaży przegrodzonej sznurem, za którym stoją cierpliwie młodzi Kenijczycy, czyhając na naiwne turystki, które ośmielą się przekroczyć granicę? Co to za plaża, po której nie można swobodnie chodzić? Tylko w kadrze zdjęcia umieszczonego w katalogu biura turystycznego na pewno nie widać, że to wszystko ułuda, nieprawdziwy sielski obrazek. Bo nie ma na nim tego strażnika, tej liny i tych żałosnych młodych mężczyzn. Wszystko tu jest groteskowe i na pokaz. Pilot, który uczy turystów-nowicjuszy kilku podstawowych zwrotów w suahili, szpaler utworzony z obsługi witającej przybyszów z Europy, czarne kobiety śpiewające powitalną pieśń, występy muzycznego zespołu, idiotyczne zabawy dla znudzonych turystek. Sztuczne uśmiechy czarnych i białych. Jedni i drudzy biorą udział w groteskowym przedstawieniu, a naprawdę  gardzą sobą. Być może strażnik najchętniej wycelowałby swój karabin w białych turystów wylegujących się na leżakach pod palmami.

Bardzo mocny film, bardzo niewygodny dla nas widzów, pokazujący kawał realnego problemu. Równie dobrze jego akcja mogłaby się toczyć w innym turystycznym raju, na przykład w Tajlandii, a jego bohaterami mogliby być pięćdziesięcioletni, brzuchaci mężczyźni.

A teraz czekam na dwie kolejne części filmowej trylogii Seidla ze świadomością, że znowu zostanę niemiłosiernie schłostana.

Popularne posty