Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

Chimamanda Ngozi Adichie "To coś na twojej szyi"

To moje drugie spotkanie z prozą nigeryjskiej pisarki mieszkającej w

Stanach Zjednoczonych i na pewno nie ostatnie, bo zamierzam krok po kroku przeczytać wszystkie jej beletrystyczne książki wydane w Polsce, a wielu ich nie ma. Bezpośrednim impulsem do sięgnięcia po "To coś na twojej szyi" (Zysk i S-ka 2011; przełożyła Katarzyna Petecka-Jurek) jest premiera jej najnowszej powieści, którą oczywiście będę chciała przeczytać. Wcześniej poznałam "Amerykaanę", w starym wydaniu. Wkrótce ukaże się  nowe - w  tłumaczeniu Kai Gucio w wydawnictwie Filia, które ma teraz publikować jej książki. Trochę żałuję, że nie zaczekałam, no ale po pierwsze kiedy ją kupowałam kilka lat temu, nie miałam pojęcia, że  przełoży ją ponownie Kaja Gucio, a po drugie wtedy to była jedyna powieść Chimamandy Ngozi Adichie dostępna w wersji elektronicznej.

Tym razem, jak już wspominałam, mój wybór padł na "To coś na twojej szyi". Muszę przyznać, że kiedy skończyłam pierwszy rozdział i zabrałam się za drugi, poczułam się zawiedziona, a nawet oszukana. Nie, nie dlatego, żeby mi się nie podobał, przeciwnie, zrobił na mnie duże wrażenie. Po prostu okazało się, że .... to zbiór opowiadań! Przez chwilę jeszcze miałam nadzieję, że w drugim rozdziale objawia się nowy wątek, bo po lekturze "Amerykaany" wiedziałam, iż autorka lubi mieszać wątki, miejsca i czas, ale szybko odkryłam, że nie tym razem. No a mój zawód wziął się stąd, że zawsze wolę powieść od opowiadań, w czym, niestety, nie jestem oryginalna, bo nie raz, nie dwa słyszałam narzekania, że w Polsce zbiory krótkich form sprzedają się i czytają się gorzej. Dlatego gdybym miała świadomość, że "To coś na twojej szyi" to opowiadania, wybrałabym "Fioletowy hibiskus" lub "Połówkę żółtego słońca". Skąd moja pomyłka? Otóż info wydawcy jest tak skonstruowane, że raczej trudno domyślić się, że nie chodzi o powieść. Cóż, może to zabieg celowy. 

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo gdyby nie moja błoga nieświadomość, być może wcale nie sięgnęłabym po "To coś na twojej szyi" albo odkładałabym lekturę na święty nigdy, a szkoda, bo opowiadania Chimamandy Ngozi Adichie okazały się bardzo interesujące, no i świetnie się je czytało. Czasem warto oddać się lekturze, która nie stawia oporu, a jeśli przy okazji ma się poczucie, że jest to rzecz wartościowa, to czegóż można chcieć więcej.

Podobnie jak w "Amerykaanie" pisarka umieszcza akcję w Nigerii albo w Stanach. Oddaje doświadczenia swoich rodaków mieszkających w ojczyźnie i tych, którzy zdecydowali się na wyjazd. Różny jest też czas akcji. Bohaterki i bohaterów tych opowiadań poznajemy tylko na chwilę, w jakimś momencie ich życia, raz więcej, raz mniej dowiadujemy się o ich przeszłości, ale jak potoczy się ich los, tego się nie dowiemy.

Jeśli sięgam po literatury niszowe, a bardzo chętnie to robię, szukam w nich przede wszystkim innych doświadczeń, dlatego tak bardzo lubię, kiedy znajduję tam jak najwięcej lokalności - codzienności, historii, polityki, problemów społecznych, odmiennego sposobu myślenia. Jednym słowem, chcę dowiedzieć się czegoś o miejscu, w którym umieszczona jest akcja. I właśnie to wszystko znajduję w prozie Chimamandy Ngozi Adichie. Świat w wielu punktach podobny do naszego, ale w wielu odmienny.

Są tu opowiadania nawiązujące do politycznej przeszłości Nigerii, o której nie miałam pojęcia albo coś tam tylko obiło mi się o uszy. To wojna domowa, która miała miejsce w latach 1967-1970, kiedy to od Nigerii próbowała się uwolnić Biafra, południowo-wschodnia część kraju zamieszkiwana w większej części przez lud Igbo. Echa tego konfliktu powracają w "Duchach". Ich akcja toczy się już długo po zakończeniu walk, ale bohater, emerytowany profesor, wspomina tamte wydarzenia. Zaciekawiona sięgnęłam do internetu, aby czegoś się na ten temat dowiedzieć. Tłem innego opowiadania, zatytułowanego "Osobiste przeżycie", są krwawe zamieszki, jakie wybuchły w jednym z miast. Dwie kobiety w różnym wieku z zupełnie innych warstw społecznych chronią się w zamkniętym sklepie. Są sobie zupełnie obce, różni je wszystko. Na moment się jednoczą, szukając schronienia, ale czytając, miałam świadomość, że tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą i nie rozumieją siebie wzajemnie, a gdyby dłużej były skazane na swoje towarzystwo, pojawiłaby się między nimi wrogość. Jak już wspominałam, duże wrażenie zrobiło na mnie pierwsze opowiadanie zatytułowane "Cela numer jeden". Opowiedziana w  nieco ironiczny sposób historia młodego studenta, którego rodzice pracują na tym samym uniwersytecie wstrząsanym wojną gangów. Chłopak trafia do więzienia, bo zadaje się z niewłaściwymi ludźmi. Czy jest winny, czy może stał się przypadkową ofiarą, bo policja musiała się wykazać, tego nie wiemy. Mamy tu wszystko jak w soczewce - przywileje zamożnych, beznadziejną sytuację biednych, korupcję, bezkarność policji, straszne warunki panujące w więzieniu. Ale to, co mnie poruszyło, to przemiana tego beztroskiego i niezbyt kryształowego chłopaka, która w nim zaszła pod wpływem tego, czego świadkiem był w celi.

Jak już wspominałam, opowiadania, których akcja toczy się w Nigerii, przeplatają się z tymi, których tematem jest doświadczenie emigracji do Stanów. I tu też znajdziemy bardzo różne historie. "Imitacja" to opowieść o kobiecie, której mąż jest bardzo bogaty. On mieszka w Nigerii, ona z dzieckiem w Stanach. Chociaż opływa we wszelkie luksusy,  czuje się w tym świecie samotna i obca, a jakby tego było mało, dowiaduje się, że jej mąż ma w Lagos kochankę, co wśród takich ludzi jak on nie jest czymś niezwykłym. Podwójne życie wydaje się czymś oczywistym. W opowiadaniu "W poniedziałek tydzień temu" znajdziemy zderzenie świata zamożnej Ameryki ze światem młodej Nigeryjki, która dołączyła do swojego chłopaka, a w oczekiwaniu na pozwolenie na pracę (albo zieloną kartę, nie pamiętam) opiekuje się dzieckiem prawnika i artystki. Nieoczekiwanie pod wpływem krótkiego spotkania z wciąż nieobecną mamą chłopca odkrywa w sobie coś, czego chyba wcześniej sobie nie uświadamiała. Przez moment wydaje jej się, że może być dla kogoś ważna, szybko się jednak rozczaruje. Chyba najbardziej przejmujące spośród amerykańskich  opowiadań jest to zatytułowane "Małżeństwo skojarzone przez swatów". To opowieść o młodej kobiecie wychowanej w Nigerii przez wujostwo, która zostaje przez nich wyswatana z nigeryjskim lekarzem mieszkającym w Stanach. Mamy tu zderzenie wyobrażeń o życiu w Ameryce z tym, jak to wygląda naprawdę. No i przejmującą historię dziewczyny, która jest przeraźliwie samotna, nie zna tamtego świata, tęskni za swoim dawnym życiem, chociaż nie było różowe, i orientuje się, że ten amerykański sen to dla niej pułapka. Jest jednak nadzieja - może okaże się silna i wybije się na samodzielność. Nadziei nie ma za to w opowiadaniu "Ambasada amerykańska". To zderzenie kobiety z bezdusznym urzędniczym aparatem amerykańskiej ambasady. Ona w wyniku sytuacji politycznej w kraju straciła dziecko, jej mąż, dziennikarz, musiał uciekać z Nigerii, a teraz ona stara się o azyl, aby do niego dołączyć. Nie potrafi i, pogrążona w rozpaczy, nie ma siły udowodnić, że jest ofiarą politycznych prześladowań. 

Dużo w tych opowiadaniach, których akcja toczy się w Stanach, samotności, poczucia obcości, niezrozumienia, bo przecież dla Amerykanów każdy czarny jest podobny i może wcale nie pochodzi z Afryki, a na przykład z Jamajki, i żmudnego pięcia się w górę, aby jakoś się urządzi i spełnić ten amerykański sen.

Wyjątkowe jest opowiadanie ostatnie, "Uparta historyczka", bo sięga czasów kolonialnych i opowiada historię silnej, samodzielnej kobiety mieszkającej w wiosce na głębokiej prowincji, żyjącej w społeczeństwie klanowym, która dopiero zderza się z białymi ludźmi, z ich obyczajami i religią. Ich świat z jej perspektywy jest dziwaczny, obcy i gorszy, żeby nie powiedzieć, głupi. Chcąc jednak dopiąć swojego celu, decyduje się powierzyć im swojego syna, czytaj posłać go do szkoły misyjnej. To jednak pułapka, bo on stanie się już kimś zupełnie innym. I dopiero jej wnuczka, trochę z obu tych światów, świadomie zacznie szukać swoich korzeni.

Bardzo ciekawe opowiadania. Każde można by poddać osobnej analizie, nad każdym można się zamyślić. Przyjemność lektury i poczucie, że to nie błahostka.

Serhij Żadan "Arabeski"

Od jakiegoś czasu zbierałam się, aby sięgnąć po najnowszy tom

opowiadań, "Arabeski", Serhija Żadana (Czarne 2025; przełożył Michał Petryk), jednego z moich  ulubionych pisarzy. Już "Mezopotamią", jego pierwszą książką, jaką przeczytałam, byłam zachwycona. "Woroszyłowgrad", a potem zwłaszcza "Internat" tylko umocniły mnie w moim zachwycie dla jego twórczości. Korzystając z tego, że Czarne wznowiło wcześniejsze utwory pisarza, kupiłam wszystkie. Z tej puli jak dotąd sięgnęłam tylko po "Depeche Mode", więc nadal w czytniku czekają na mnie jeszcze jego dwie albo trzy książki, na które po lekturze "Arabesek" nabrałam znowu ochoty. Bo najnowszy zbiór opowiadań Żadana przypomina to, co najlepsze w jego prozie, ale ze względu na mikrą objętość budzi niedosyt. Chciałoby się więcej. 

Przyznam, że trochę się bałam tej lektury, bo to przecież proza pisana już w czasie wojny, dlatego aż tyle z nią zwlekałam. Trochę też decydowały względy logistyczne - no bo kiedy przeczytam, to najlepiej nie zwlekać z zapisaniem refleksji, a nie zawsze był czas. Aż w końcu przyszedł moment, gdy potrzebowałam czegoś krótkiego i postanowiłam w końcu zmierzyć się z "Arabeskami".

Muszę przyznać, że mój lęk przed lekturą był zupełnie niepotrzebny - nie znajdziemy tu żadnej wojennej makabry. Akcja tych miniaturowych opowiadań, które nie przez przypadek zatytułowane zostały "Arabeski", toczy się w jakimś nienazwanym mieście z dala od frontu. Oczywiście wojna tu dociera, ale nie jest to nic takiego jak "Null" Szczepana Twardocha. A dociera na rozmaite sposoby. Jest trochę zniszczeń spowodowanych nalotami, jest sporo opuszczonych mieszkań czy domów, bo wielu ludzi wyjechało, szyny tramwajowe zarosły zielskiem, lekcje odbywają się online, bo szkoła została zniszczona, są żołnierze i żołnierki, którzy przyjeżdżają na przepustkę albo w wyniku odniesionych obrażeń wrócili do miasta, odbywają się pogrzeby poległych na froncie, są wreszcie wolontariusze, którzy na zapleczu  pomagają na różne sposoby. Ale najbardziej dojmujące są pustka i bezczas. 

Pustka, która towarzyszy bohaterom wędrującym przez ruchliwe niegdyś miasto, a teraz opustoszałe. Na stadionie nic się nie dzieje, nie jeżdżą tramwaje, po zniszczonej szkole, w której stróżuje starszy nauczyciel, hula wiatr. 

Stoimy pod wielkim niebem przedmieścia, milczymy, słuchamy ciszy. Jest cicho jak w domu, z którego wyjechała wielka skłócona rodzina. Niedzielny ranek, na ulicach, za płotem pusto. Tory tramwajowe są zardzewiałe po zimie. Tramwaje nie jeżdżą od końca lutego.

A teraz było jakoś dziwnie i to budziło lęk: rozpalone sierpniem miasto, oślepiająca panorama prospektu, wypalone słońcem niebo na horyzoncie, ciężka zieleń alei, a przy tym - żadnego głosu, żadnego ruchu, jakby wszyscy przechodnie, wszyscy mieszkańcy miasta, dorośli i dzieci pochowali się za drzewami, bawiąc się w tylko im znaną grę i coś ukrywając. To budziło jeszcze większy lęk.

Wszystko zawieszone zostało w bezczasie - pomiędzy całkiem niedawną przeszłością, a nie wiadomo jak odległą przyszłością. Życie się przekształciło, przeszło w formę przetrwalnikową, wypadło z kolein, wszystko toczy się jakoś inaczej.

Za oknami stoi długi powolny wieczór. W budynku jest cicho. Czas się zepsuł i nikt się nie spieszy z naprawianiem.

Czekamy, grzejemy się na słońcu, myślimy, że wracają ptaki, wraca wiosna, trwa dziwne życie, wlecze nas za sobą, jak prąd wlecze buty topielców.

- Słuchaj, ja w ogóle nic nie pamiętam - powiedział. - Mam mrok w pamięci. I nie wiem, jak to wszystko oświetlić. Staram się przypomnieć sobie, jak to było, co robiliśmy, co nam przynosiło radość. I nie mogę. Wiesz, to jest tak, jakbyś wychodziła z jasnego miejsca w noc i próbowała coś zobaczyć. I niczego nie ma. Rozumiesz?

Kilka tygodni temu złamało się życie, zepsuł się czas, zmieniło się poczucie oddychania, jego miarowości i konsekwencji.

I w tej pustce i bezczasie jakoś się trzeba odnaleźć, chwycić tego, co jest, choćby promieni ciepłego wiosennego słońca. Pracować, jeśli można, zaciągnąć się do wojska albo do  służb pomocniczych, odprawiać nabożeństwa w cerkwi, odprowadzać ludzi na miejsce wiecznego spoczynku, czytać książki, gotować dla córki, która przyjechała na przepustkę. I udawać, że człowiek nie boi się śmierci, nie czuje się samotny. 

Więc trzymamy się czegokolwiek, co zapewnia schronienie, zapewnia równowagę. Tego cholernego słońca, tej niedzieli, pustego miasta, które prześwituje na wylot jak ryza papieru. Zmarznięci czterdziestoletni mężczyźni, usiłujący gdzieś się zaczepić w świecie, z którego wyrośli jak z dziecięcych butów. Tam za rogiem trwała wojna, śmierć chodziła ulicami, zaczepiając przypadkowych przechodniów, a my ukrywaliśmy się przed nią, jakbyśmy bawili się w chowanego z nauczycielką w podstawówce. Dziwne uczucie. Dziwne i przygnębiające. (...) Chcieliśmy innego powietrza, innej pamięci - nieobciążonej dymem wypalonych okien i osmalonego żelaza, pamięci bez ogłuszającej czarnej ciszy, pamięci bez tłuczonego szkła, które kruszy się pod zimowymi butami. Ale innej pamięci nie mieliśmy.

Ale nawet w takim świecie, gdzie wszystko uległo zawieszeniu, ludzie się żenią, kochają, zdradzają, rodzą się dzieci. 

Bardzo mocno i jednocześnie delikatnie  wybrzmiewa w tych opowiadaniach nieprzystawalność doświadczeń walczących na wojnie i tych, którzy z różnych względów pozostali w mieście. Czasem jest to opuszczony wzrok młodego mężczyzny, który w urzędzie stanu cywilnego, czekając na swój ślub, obserwuje żołnierza, który przybył tam w takim samym celu, a towarzyszą mu jego kompani z oddziału. Czasem niezręczność wisząca między matką i córką, która wróciła z wojny. Albo pomiędzy rekonwalescentem w wojskowym szpitalu a jego koleżanką z liceum, która przyszła go odwiedzić, chociaż nie widzieli się od czasu matury. Innym razem poczucie winy kogoś, kto nie zaciągnął się do armii. Dlaczego? Tego nie wiemy. 

Tej niewiedzy jest tu zresztą bardzo dużo. Jakbyśmy na chwilę wpadli do świata bohaterek i bohaterów, obserwując ich życie przez moment. Nie bardzo wiemy, co było wcześniej, nie wiemy, co się z nimi stanie. Tego przecież nie wiedzą także oni. Mogą mieć tylko nadzieję, że przetrwają i będzie jakieś potem. Przecież to nie pierwsza wojna - niektórzy z tych poprzednich wrócili a ich życie wskoczyło z powrotem na swoje tory. 

To taki typ opowiadań, o których trudno się pisze czy rozmawia, bo bardzo dużo dzieje się gdzieś pomiędzy słowami. Są ulotne, trudno je przyszpilić, trzeba się nad nimi pochylić, namyślić  i smakować, także urodę ich języka. 

Ptaki wypadają z nieba jak jabłka z kieszeni, zauważają naszą milczącą grupę, ostrożnie zanurzają się z powrotem w niebie, lecą w kierunku rzeki.

Cóż, aż mam ochotę zagłębić się w nich ponownie. Może pozwolę sobie na luksus powtórnej lektury i będę czytała po jednym każdego dnia?

Ayfer Tunç "Historie z ojczyzny"

Każda książka ma swój czas, powtarzam to często, bo rzeczywiście

tak się dzieje w wypadku tytułów, które od lat tkwią w głębinach moich czytników, szczególnie tego pierwszego, albo, znacznie rzadziej, zalegają na półce regału. W takim wypadku najczęściej musi być jakiś impuls, aby sobie o nich przypomnieć. Tak było z książką  tureckiej pisarki Ayfer Tunç "Historie z ojczyzny" (Książkowe Klimaty 2020; przełożyła Agnieszka Erdogan), którą kupiłam kilka lat temu po interesującym dla mnie spotkaniu na Festiwalu Conrada, gdzie gościła. Zdążyłam już o niej zapomnieć, ale właśnie przyszedł na nią idealny moment - uznałam, że będzie znakomitą lekturą w czasie mojej podróży po wschodniej Turcji. Przeczytałam ją jednak dopiero po powrocie, bo na miejscu mierzyłam się z najnowszą powieścią Orhana Pamuka "Noce zarazy", którą wzięłam ze sobą z tego samego powodu. Może dobrze się stało, bo dzięki "Historiom z ojczyzny" wróciły do mnie miłe wspomnienia, tym bardziej, że pojawiają się w  tam miejscowości czy okolice, które odwiedziłam. 

Zanim przejdę do książki, jeszcze kilka słów o samej pisarce. Jest też dziennikarką i scenarzystką. Pisze opowiadania i powieści. Pozostaje mi wyrazić żal, że w Polsce ukazała się tylko ta jedna jej książka. Szkoda, że Książkowe Klimaty nie poszły za ciosem i nie wydają innych. To, co napisałam przed chwilą, najdobitniej świadczy o moim stosunku do "Historii z ojczyzny" - tak, tak, po prostu mnie urzekły.

Ta książka to zbiór opowiadań poprzedzonych sześcioma krótkimi esejami i rozdziałem, w którym autorka analizuje kilka starych fotografii stanowiących dokumentację działalności pewnej prowincjonalnej orkiestry. Wnikliwie przyglądając się zdjęciom, pokazuje świat, jakiego już nie ma. Warto też wspomnieć, jakim zagadnieniom poświęca swoje eseje. Pisze w nich o czarnych plamach w tureckiej historii, przypominając, jak wielonarodowym krajem było kiedyś imperium osmańskie i jak doszło do tego, że współczesna Turcja już taka wielobarwna nie jest. W innym eseju przygląda się pojęciu narodu, wskazując na to, jak różne korzenie mają mieszkańcy niby jednorodnej dziś Turcji. Zastanawia się też, czym jest ojczyzna, co ważniejsze - ta duża czy ta mała. Kolejnym interesującym ją zagadnieniem są rozważania o prowincji. Jak w tym kontekście rozumieć słowo Zachód? Czym innym jest ono dla mieszkańca Stambułu, a czym innym dla kogoś, kto mieszka we wschodniej Turcji. Wreszcie pisze o Stambule - raz się nim zachwycając, raz wskazując na wady. Takie hate-love. 

Te eseje nie pojawiają się przypadkiem, bo to właśnie  takie tematy porusza Ayfer  Tunç w opowiadaniach zamieszczonych w tym tomie. Koniecznie jeszcze muszę dodać, że książka jest nawiązaniem do opowiadań tureckiego pisarza Refika Halita Karaya, która ukazała się w roku 1919 pod takim samym tytułem. Niestety w Polsce oczywiście nie wyszła. Pozostaje mi po raz drugi wyrazić żal, że Książkowe Klimaty nie zdecydowały się przy okazji jej wydać. Myślę, że obraz tureckiego społeczeństwa z czasów, kiedy imperium osmańskie przekształcało się w Turcję, byłby bardzo ciekawy.

Właściwie miałabym ochotę te krótkie opowiadania zamieszczone w tomie "Historie z ojczyzny" nazwać obrazkami. Dlaczego? Bo nie są to opowiadania w sensie ścisłym. Ayfer Tunç pisze o ludziach, których poznała albo o takich, o których ktoś jej opowiedział, o miejscach, z którymi była związana. Czasem opowiada tylko o jakimś momencie z ich życia, innym razem wybiega w przyszłość, zdradzając ich dalsze losy, co stanowi pointę lub kontrapunkt. Dzięki temu jesteśmy też świadkiem przemian, jakie zachodziły w społeczeństwie tureckim i w krajobrazie. Dostajemy obraz Turcji sprzed lat dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu, a niektóre z historii sięgają jeszcze dalej w przeszłość. Te opowiadania zatrzymują czas, jak fotografie,  które autorka analizuje wcześniej. A tematy wokół których krążą, są właśnie takie jak w zamieszczonych na początku tomu esejach. 

Autorka pokazuje, że chociaż pozornie społeczeństwo jest w większości etnicznie tureckie, to jednak jego korzenie są wielonarodowe. To zagadnienie wraca bardzo często. Innym tematem jest prowincja i prowincjonalność oraz związane z tym poczucie wyższości lub gorszości. Jeśli pojawia się bohaterka czy bohater ze Stambułu albo z zagranicy, natychmiast staje się obiektem towarzyskiego pożądania, a na rodzinę, która gości kogoś takiego w swoim domu, spada jej blask i choćby na moment czuje się lepsza. 

Od kiedy ludzie dowiedzieli się, że lekarz przyjechał z Ameryki, chcą zaprzyjaźnić się z Panem Doktorem, o którym mówią "amerykański", jakby pogawędki z nim miały podnieść ich status społeczny.

Ale to zderzenie rodzi też konflikty i nieporozumienia wynikające z różnic, a także wstyd, poczucie, że Turcja, szczególnie ta prowincjonalna, mocno odstaje od mitologizowanego Zachodu.

O toalecie wolą nawet nie myśleć. Skoro wstydzą się ubikacji w swoim domu, chociaż mają tam drzwi, umywalkę, wyszukany papier toaletowy - to w końcu alaturka - jak mają zabrać niemiecką synową do rozpadającego się ustępu, który stoi zapewne gdzieś na podwórzu? (...) Nie są gotowi, żeby młoda Europejka stanęła twarzą w twarz z zacofaną o sto lat wsią, która niegdyś znajdowała się na zachodzie ich własnego kraju.

Akcja większości opowiadań toczy się właśnie na prowincji w miejscowościach basenu Morza Czarnego, czasem na wschodzie Turcji. Niby wszyscy mieszkają w jednym kraju, niby stanowią jeden turecki naród, a nie rozumieją się wzajemnie.

W pewnym momencie zwraca się do młodej dziewczyny: "Wy z Zachodu". "Wy z Zachodu jesteście tacy a tacy ...". Dziewczyna nie słyszy dalszej części zdania, jest zaskoczona, niewiarygodnie zaskoczona. Te słowa spadają na nią jak grom z jasnego nieba: "Wy z Zachodu!". Dziewczyna nigdy nie myślała, że jest z Zachodu. Ona przez ludzi z Zachodu rozumie Europejczyków.

Innym tematem jest pogoń za nowoczesnością, która okazuje się powierzchowna.

Mieszkając na Wschodzie, patrzą na Zachód. Edukują swoje dzieci, chcą, żeby zostały lekarzami, inżynierami, adwokatami, oficerami. Gonią za sławą, chwałą, stanowiskami. Chcą pozostać blisko tradycji, a jednocześnie żyć nowocześnie. Właściwie nie mają pojęcia o nowoczesnym życiu. (...) Nie potrafią pojąć ani przyswoić sobie takich spraw jak kwestionowanie reguł, decydowanie się na bycie innym niż wszyscy, okazywanie szacunku i wyrozumiałości wobec przekonań innych.

Opowiadania przepełnione są nostalgią za tym, co minione. Takie samo uczucie towarzyszy nam właśnie, kiedy oglądamy stare fotografie. Co charakterystyczne, autorka, chociaż nieobca jest jej delikatna ironia, lubi osoby, o których opowiada, a ja razem z nią. 

Co urzekło mnie w tych opowiadaniach? Co sprawiło mi wielką przyjemność? Historie bohaterek i bohaterów - niby  codzienne, niby nie ma w nich nic nadzwyczajnego, a jednak przykuwają uwagę. Z niecierpliwością i ciekawością zaczynałam czytać każdą kolejną opowiastkę. Bardzo ciekawa była cała warstwa obyczajowa. Ujął mnie też dyskretny humor i takaż ironia. Może dzięki temu czyta się te opowiadania bardzo lekko, z drugiej jednak strony ma się poczucie, że te historie są ważne, mówią coś istotnego o społeczeństwie tureckim. Obcowanie z tymi opowiadaniami sprawia rzeczywiście taką samą przyjemność jak oglądanie starych fotografii. Poza tym dla mnie wartością dodaną były wzmianki o miejscowościach, które odwiedziłam, opisy krajobrazów, które widziałam. Dzięki lekturze wracałam wspomnieniami do mojej podróży.

Cieszę się, że z głębin czytnika wydostałam wreszcie książkę Ayfer Tunç.

Dahlia de la Cerda "Wściekłe suki"

O książce "Wściekłe suki" (Filtry 2024; przełożyła Katarzyna

Okrasko) Dahlii de la Cerdy, meksykańskiej pisarki i aktywistki, kobiety wielu zawodów, a właściwie zajęć, jakich się imała, zanim jej literacki debiut odniósł sukces w Meksyku i został wydany w kilku innych krajach, oczywiście usłyszałam od razu, bo śledzę w social mediach stronę Filtrów, podobnie jak  strony innych moich ulubionych wydawnictw. Najpierw zastrzygłam uszami, bo, nie tylko z powodu panującej mody, interesuję się literaturą z Ameryki Łacińskiej i zawsze jestem gotowa sięgnąć po coś z tego obszaru, jeśli tylko czuję, że odpowiada moim czytelniczym gustom. Tym razem jednak początkowo stwierdziłam, że "Wściekłych suk" nie przeczytam, przede wszystkim dlatego, że to zbiór opowiadań. Tak, tak, nie po raz pierwszy przyznaję ze wstydem, że opowiadanie to nie należy do moich ulubionych form literackich, w czym w Polsce nie jestem odosobniona. I tak zrobiłam postęp, bo jeszcze jakiś czas temu po zbiory opowiadań nie sięgałam z zasady. Drugim powodem był tytuł. Dlaczego? Sama nie do końca sobie to uświadamiam. Na pewno chodziło o użyte w nim słowo suki, za którym nie przepadam. Cóż, nie najmądrzejszy powód. To wszystko sprawiło, że niezbyt dokładnie wczytałam się w informację o książce. Dopiero wysłuchanie bardzo ciekawej rozmowy podcastowej o tej książce i o problemach Meksykanek sprawiło, że natychmiast wypożyczyłam ją z biblioteki. Dziś wiem, że popełniłabym duży błąd, gdybym "Wściekłe suki" przeoczyła.

To zbiór kilkunastu krótkich opowiadań, których bohaterkami, a zarazem narratorkami, są kobiety z dwóch krańców drabiny społecznej - jedne wywodzą się z rodzin bardzo zamożnych albo nawet bajecznie bogatych, inne stoją na samym dnie drabiny społecznej i próbują jakoś sobie radzić, zarabiając na życie w rozmaity sposób. Wyjątkiem jest tu pierwsze opowiadanie, o bohaterce którego niewiele wiemy. Obserwujemy ją w jednym momencie jej życia. Chciałam napisać trudnym, ale czy dla niej rzeczywiście jest on trudny? Owszem, ma pewien problem i postanawia z niego wybrnąć w najprostszy możliwy sposób. Kiedy się uda, odetchnie z ulgą i prawdopodobnie zapomni. Mam wrażenie, że to jedno opowiadanie nie do końca pasuje do pozostałych. Jakoś nie widzę nici łączącej je z kolejnymi - jest z innego porządku i chyba najmniej mnie zainteresowało. Potem było już tylko dobrze. Nie przeszkadzało mi nawet to, że autorka łamie czasami konwencję realistyczną i niektóre kobiety opowiadają swoje historie już po śmierci. Dla porządku dodam jeszcze, że chociaż jest to zbiór opowiadań, to kilka bohaterek jest ze sobą powiązanych. Kiedy czytałam kolejne, po chwili orientowałam się, że jego narratorka w jakiś sposób pojawiła się w jednym z poprzednich. A to jako przyjaciółka bohaterki, a to jej siostra, a to jej ochroniarka, a to dziewczyna, która napada na dom zamieszkiwany przez ubogie siostry trudniące się szyciem.

Jakie jest sedno tych opowieści? O czym nam chcą powiedzieć? O meksykańskich kobietach i o meksykańskim społeczeństwie. Jak już wspomniałam, są tu bohaterki z przeciwnych biegunów drabiny społecznej. Te ubogie, wywodzące się z dołów, z biedy jakoś próbują sobie radzić. Zarabiają szyciem, jak te siostry mieszkające w domku wybudowanym przez ich ojca gdzieś na obrzeżach miasta na osiedlu bez kanalizacji i prądu. Inna dziewczyna jedzie na północ Meksyku, aby zatrudnić się w jednej z tych fabryk znajdujących się blisko amerykańskiej granicy w strefie wolnego handlu, gdzie płaci się zatrudnionym w nich kobietom marne grosze. Jedzie na dachu osławionej Bestii, towarowego pociągu przemierzającego Meksyk, razem z innymi biedakami, przede wszystkim imigrantami z krajów Ameryki Środkowej, chociaż nie tylko, którzy będą próbowali sforsować granicę, aby dostać się do lepszego świata. Żeby dowiedzieć się, jakim piekłem jest ta droga, trzeba przeczytać znakomity reportaż Oscara Martineza " La Bestia. O ludziach, którzy nikogo nie obchodzą". Dlaczego wybrała taki niebezpieczny środek transportu? Bo nie stać jej na bilet! Ale są i takie, które szukają innej drogi. Można zarobić dużo, a nawet bardzo dużo, ale sposób to ryzykowny, bo przestępczy, trzeba schować do kieszeni wyrzuty sumienia, no i łatwo o śmierć. Tak zarabiają wspomniane już tutaj dwie dziewczyny - złodziejka i ochroniarka pracująca dla jednego z karteli. Za każdą z tych kobiet ciągnie się jakaś smutna historia - żyły w biedzie, bez perspektyw, wcześnie urodziły dziecko, efekt gwałtu, marzeń o wielkiej miłoś
ci albo chwili zapomnienia, i zostały z nim same, bo ojciec albo nieznany, albo nieodpowiedzialny.

Ale są i inne bohaterki wywodzące się z domów bogatych. To córka mafiosa stojącego na czele jednego z karteli, ojciec dwóch innych jest federalnym deputowanym. Pozornie niczego im nie brakuje, ale to kobiety równie tragiczne jak te, które niewiele mają i aby zarobić na życie muszą ciężko pracować. Dlaczego? Bo są więźniarkami świata, w jakim się urodziły. Wyrwać się z niego, byłoby im bardzo trudno. Jaki los je czeka? Albo pustej lali, która żyje w świecie mediów społecznościowych, gromadzi lajki i naiwnie marzy, aby zostać narzeczoną mafiosa. Albo trzeba zająć miejsce ojca, przejąć jego interesy. Albo usunąć się w cień i zostać bogatą panią domu przy wpływowym mężu. Przyznam, że zajrzenie do świata tych kobiet, o których niewiele wiedziałam, bo częściej zdarza mi się czytać o tych z dołów społecznych, było dla mnie bardzo ciekawe. Czytałam te opowiadania ze zdumieniem i z irytacją jednocześnie.

Co łączy te bohaterki reprezentujące tak różne światy? To, że są w nich uwięzione, że nie bardzo mogą z nich wyjść. Jakby ich drogi zostały wytyczone w chwili urodzenia. Mają kilka wariantów do wyboru, ale żaden nie doprowadzi do szczęścia. Jest jeszcze coś. Większość z nich to ofiary maczyzmu, męskiej przemocy, mizoginii. Mężczyźni rzadko obecni są w ich życiu na stałe. Zostawiają po sobie nieślubne dzieci, traktują te kobiety i dziewczyny jak efektowne trofeum, którym się chwali, ale z którym można zrobić, co się chce, albo jak obiekt seksualnej rozrywki. Nikt się o nie nie upomni, nikt nie wymierzy sprawiedliwości przestępcom. Co im pozostaje? Wściekłość, która prowadzi do zemsty. Tylko tak mogą dojść sprawiedliwości, bo na władzę przeżartą korupcją nie mogą liczyć.

Tytuł jednego z opowiadań brzmi "Tutaj Bóg nie zagląda". Moim zdaniem mógłby być mottem całego zbioru.  

Bardzo ciekawe opowiadania. Jest w nich energia, która sprawia, że trudno przejść obok nich obojętnie, trudno o nich zapomnieć.

Urszula Honek "Białe noce"

O zbiorze opowiadań Urszuli Honek "Białe noce" (Czarne 2022)

było głośno od chwili, kiedy książka się ukazała. To jej debiut prozatorski, wcześniej wydała trzy tomiki poetyckie. Od początku zastanawiałam się, czy po niego nie sięgnąć, ale widocznie imperatyw nie był aż tak silny. Tymczasem "Białe noce" zostały nominowane do Paszportu Polityki, dostały prestiżową Nagrodę Kościelskich, a wreszcie Nagrodę Conrada za debiut prozatorski. Dopiero jednak rekomendacja koleżanki i jej zachwyt nad książką Urszuli Honek sprawiły, że postanowiłam przeczytać. Połknęłam w dwa popołudnia i ja też się zachwyciłam, chociaż nie jest to książka przyjemna. Na pewno nie dla tych, którzy szukają w lekturze pociechy, których książka ma otulić (brrr, nie cierpię tego określenia), nie zrobi się po niej miło, nie wprowadzi w dobry nastrój. Muszę przyznać, że kiedy czytałam ją w niedzielne, ciemne już, popołudnie, to w pewnym momencie przeszedł mnie dreszcz. Czego się bałam? Powiem wprost - myśli o śmierci. Bo ten zbiór opowiadań wokół niej krąży. 

To opowieści powiązane wspólnym miejscem, z Beskidu Niskiego. Ich centrum jest wieś Binarowa i jej okolice - sąsiednie miasteczko, pobliskie wioski. Akcja meandruje pomiędzy latami. Szybko orientujemy się, że chociaż każde z opowiadań ma innego wyrazistego bohatera, który czasem przemawia swoim głosem, a czasem wyręcza go trzecioosobowy narrator, to większość z nich pojawia się w kolejnych opowieściach. Okazują się czyjąś siostrą lub czyimś bratem, córką albo synem, a przynajmniej sąsiadem. Raz są młodsi, raz starsi, tu chronologia nie ma znaczenia. Wielu z nich umarło, zginęło, odebrało sobie życie, ktoś zajrzał śmierci w oczy, ale jej się wywinął. O czym myślała młoda dziewczyna, wchodząc do wody z kieszeniami pełnymi ciężkich kamieni? O czym myślał mężczyzna, który się powiesił? Co czuły dzieci, które spłonęły w pożarze? Te pytania wracają niczym mantra, jakby ci, którzy je zadają, byli śmierci ciekawi, jakby ich samych przyciągała. A może chcą po prostu zrozumieć, dlaczego ich sąsiadka czy sąsiad, osoby, które znali, nagle zdecydowali się ze sobą skończyć? A może boją się śmierci? Albo pustki po niej?

Jak ktoś mówi, że drugi raz chciałby przeżyć całe życie, to ja mu nie wierzę. tak tylko gada, bo się boi, że jak umrze, to się okaże, że nic tam nie ma albo w piekło trafi, w sam środek pożaru.

Dlaczego kobietę sprzedającą w piekarni znaleziono martwą na brzegu rzeki u stóp urwiska? Skoczyła? Poślizgnęła się na wąskiej ścieżce? Ktoś jej pomógł? Nie, nie są to opowiadania kryminalne, a jeśli to horror, to taki codzienny. Te śmierci nie zdarzają się przecież w jednym czasie. Ot, zwyczajnie, przecież ludzie umierają. 

Innym tematem tych opowieści jest samotność, marzenie o szczęściu, takim codziennym, najczęściej u boku drugiego człowieka. Czasem o lepszym życiu, które daje kontakt z książką, wykształcenie albo chociaż wyjazd gdzieś trochę dalej. Ale i to rzadko się udaje. Najczęściej wracają, dusząc w sobie tajemnicę niepowodzeń, która tak jak śmierć rozpala ciekawość najbliższych i sąsiadów. A może ich los naznaczyła trauma wojny? Taka, która odbija się w kolejnych pokoleniach? Tych, które nawet jej nie doświadczyły? Jest właściwie tylko jedno opowiadanie, "Anielka", które w dość aluzyjny sposób odnosi się do wojny. Jakieś inne, najbardziej oniryczne, niekonkretne, jakby lament albo ludowa przyśpiewka. Trochę płynne, a trochę kanciaste, drażniące, niedające spokoju. We wspomnieniach narratorki wracają wszystkie okrutne zdarzenia, o jakich, być może mimochodem, wspominali dziadkowie i rodzice. I wszystkie jej dziecinne troski, lęki i rozczarowania. Może to w wojennych losach tej rodziny, a szczególnie dziadka, należy dopatrywać się źródła niepokoju, jaki towarzyszy bohaterom, jaki rozpościera się nad tą okolicą? 

Był dobrym człowiekiem, tak mówi pani Owczarowa. Niemców gonił z widłami, a potem razem pili wódkę. Dla niepoznaki. Dla poznaki wkładał ciężki kożuch i szedł przed siebie szukać małych rudych główek, koślawych nóżek i wypchanych od pieniędzy worków. (...) Dziadek zatacza się od wiatru i jarzębinówki, którą znalazł w stodole, gdzie nie palono ludzi, tylko małe ryże główki. Ahoj, kapitanie! Dziesiąty grudnia, pora łapać dzieci! Idzie przed siebie, bo mrozy mu niestraszne. Ma grube buty wypchane gazetami i czapę z baraniego futra.

Ilu jeszcze było takich dziadków? Może stąd to milczenie, te samotności, nieudane życia? Więcej w tych opowiadaniach niedających spokoju pytań niż odpowiedzi. W każdym razie to nie pozwala o sobie zapomnieć, drażni swoją odmiennością i prowokuje do myślenia.

Kończy się jak modlitwa wypowiadana przez małą narratorkę.

Zabierz nas, Panie Boże. Ześlij deszcz, niech ugasi, co dziadek zapalił. Niech tatko wstanie z rowu, choć już od czterech dni w nowych skarpetkach i butach nie wstaje. Niech mamcia odda nową boazerię ryżym, bo jeszcze nieokopcona, a im się przyda na wczasach. (...) Niech babcia odda rysunek małej Iritce, która nadaje jej we znakach, że wsiadła do pociągu. Niech Mateuszek nie zdycha, choć mu powiedziałam, żeby zdechł, gdy Burkowi uciął siekierą kawałek ogona. Niech następna świnka nie wisi jak święty Andrzej, tylko pojedzie w dalekie kraje, gdzie krokodyle lubią daktyle, a osy kokosy. Niech konik na karuzeli nie kręci się za kilo wiśni trzy minutki, tylko minutek piętnaście. (...) Niech pani Zosia wyciągnie razem z nami ręce do nieba i przestanie się bać piorunów, choć strach wielki jak dom.

Ale odwrócić przeszłości się nie da, więc może ta modlitwa odwróci przynajmniej zły los? 

Jeszcze jedną bohaterką opowieści Urszuli Honek jest przyroda, która buduje nastrój. Piękna za dnia, wiosną i latem, groźna i tajemnicza, gdy zapada zmrok, nieprzyjazna zimą.

Co wieczór, gdy zamknę furtki, gdy poukładam w komórce porozrzucane motyki i grabie, to czy zimno, czy deszcz, czy wiatr albo zaduch przystaję w progu i patrzę, jak ciemność zabiera wszystkiemu kształty.

Sady otaczające stare, chylące się ku upadkowi domy, rzeka, która daje latem ochłodę, ale która potrafi być groźna, wzgórza, pola - w takim miejscu toczą się te opowieści. Opowieści bez happy endu.

- Życie nie jest miłe - tak im powiedziałam.

Te słowa mogłyby być mottem całego zbioru.

Ale przede wszystkim trzeba się w te opowiadania zanurzyć i je smakować, bo są pięknie napisane.

Tove Ditlevsen "Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane"

"Moja żona nie tańczy. Opowiadania wybrane" Tove Ditlevsen
(Czarne 2022; przełożyła Iwona Zimnicka) to czwarta, tak, tak, czwarta, 
   wydana w Polsce książka tej duńskiej pisarki, o której w bańce czytających zrobiło się głośno dopiero za sprawą Czarnego. Pierwsze w roku 2007 wyszły "Twarze" i nawet ja zapomniałam, że wygrzebałam tę informację, pisząc o jej poprzednich książkach. Właśnie sprawdziłam - bez problemu można ją dostać w bibliotece, więc pójdę za ciosem. Druga to  "Ulica dzieciństwa", wydana przez Marpress w roku 2021, też przeszła bez echa, dopiero trzecia, "Trylogia kopenhaska", która ukazała się nakładem Czarnego rok później, narobiła szumu, zapewne dzięki sile przebicia wydawnictwa. Bo zapewniam, że "Ulicę dzieciństwa" miłośnicy Tove Ditlevsen też powinni przeczytać. Cóż, lepiej późno niż wcale albo do trzech razy sztuka - bardzo dobrze się stało, że dzięki Czarnemu zrobiło się o tej duńskiej pisarce, która zmarła w roku 1976, tak głośno.
 
"Moja żona nie tańczy" to, jak zaznaczono w podtytule, zbiór opowiadań. Pochodzą z kilku okresów  twórczości pisarki. Z opowiadaniami mam zawsze kłopot, a już szczególnie tak krótkimi jak te. Przyznaję, nie jest to moja ulubiona forma, zdecydowanie wolę dłuższe i jeszcze jakiś czas temu niemal w ogóle   opowiadań nie czytałam. Teraz to się zmieniło, chociaż coś, czyli najczęściej tematyka, musi mnie do nich przyciągnąć, abym sięgnęła po ich zbiór. Bo jak je czytać, zwłaszcza jeśli są takie króciutkie jak te, które pisała Tove Ditlevsen? Robić po każdym przerwę? Przejść od razu do kolejnego? A to kolejne to przecież nowe bohaterki i nowi bohaterowie, inny świat, inne problemy. Chociaż w wypadku tego zbioru jest jeden wspólny dominujący problem, o czym za chwilę. Właściwie przecież każde z nich mogłoby być zaczątkiem dłuższego opowiadania albo powieści. Tyle tu ludzkich historii! Cóż, nieprzypadkowo wybrałam  tę książkę właśnie teraz, chociaż w moim czytniku leżała od dłuższego czasu - wiedziałam, że w najbliższym okresie będę musiała wykradać chwile poświęcone lekturze, więc takie króciutkie opowiadania były znakomite. Czytałam po jednym, dwa, czasem więcej. Może zresztą dobrze się złożyło, bo są bardzo przygnębiające i pochłaniane w większych dawkach mogłyby nieźle zdołować, a ja nie potrafię czytać dwóch książek jednocześnie, żeby zrobić sobie odskocznię. Zawsze kończy się to odłożeniem jednej i z nieznanych mi przyczyn potem bardzo trudno mi do niej wrócić.
 
Ale do rzeczy. Co łączy opowiadania Tove Ditlevsen? Wszystkie mówią o samotności, często też poczuciu pustki, wynikającej z braku porozumienia między bohaterkami i bohaterami. Tych pierwszych jest zresztą więcej. Stop! Może nie tyle więcej, ile są najczęściej na pierwszym planie. Bo wcale nierzadko jest tak, że sytuację oglądamy z punktu widzenia dwojga, jej i jego. W kilku jest to dziecko i rodzice. Te są szczególnie przejmujące. Bo bohaterki i bohaterowie Tove Ditlevsen milczą. Oczywiście nie w sposób dosłowny. Komunikują się ze sobą, ale są to rozmowy o sprawach codziennych. Milczą o tym, co czują, o co mają pretensje, o swoich pragnieniach i o tym, co ich boli, denerwuje. Egzystują w swoim zamkniętym świecie. Jakby każde z nich otoczone było niewidzialną bańką. Żyją razem, ale obok siebie, mijają się. To milczenie czyni ich życie trudnym, czasem nie do zniesienia, wręcz beznadziejnym, bo dopóki nie zaczną z sobą rozmawiać, dopóty tkwić będą w marazmie, emocjonalnej drętwocie, a rozmawiać nikt ich nie nauczył. 
 
Potem wyminęła męża i weszła do niewielkiego salonu, z powrotem do tego, co przewidywalne, znośne, raz na zawsze ustalone. 
 
W oczach bez wyrazu mieli wypisane małżeństwo i pracę biurową.
 
Bohaterki i bohaterowie rzadko przeżywają wielkie tragedie, niewiele tu fizycznej przemocy, za to mnóstwo psychicznej, zupełnie nieuświadamianej. Najczęściej dzielą ich oczekiwania, pragnienia. Skąd to milczenie? W dużej mierze ma korzenie w patriarchacie. Kobiety, mężczyźni i dzieci to tutaj osobne światy. Co z tego, że są razem - w sferze relacji niewiele z tego wynika. Mężczyźni zajęci swoimi sprawami, nie dostrzegają potrzeb swoich żon, kochanek, rzadziej partnerek. Zresztą, gdyby nawet dostrzegali, to i tak pewnie by się z nimi nie liczyli. Pracują, przynoszą do domu pieniądze, potem odpoczywają, usypiając nad gazetą, jeśli mają problemy, topią je w alkoholu, wyładowują wybuchami agresji. A kobiet nikt nie nauczył, aby mówić, czego chcą, co je boli. Wchodzą w przypisane im od dzieciństwa role żony, matki, a potem babci. Tak dzieje się z bohaterką opowiadania "Młoda kobieta zostaje babcią".
 
Słuchaj, mamo, teraz kiedy zostaniesz babcią, naprawdę musisz skończyć z byciem młodą dziewczyną. 
 
Takie słowa słyszy od swojej córki, która oczekuje dziecka. Podobnie myśli jej mąż, przyszły dziadek. 
 
Masz w sobie niesamowitą witalność. (...) Kobiety w twoim wieku zaczynają żyć jednak trochę spokojniej.
 
Podobnie widzi ją fryzjerka, do której zawsze chodzi. A ona odczuwa zamęt, raz chce być taka jak dotąd, raz wydaje jej się, że powinna dopasować się do tych oczekiwań. Zawsze od niej czegoś chcieli. Najpierw, żeby wyszła za mąż, potem, żeby była młoda, wręcz wciskali ją w młodość tak, jak teraz wciskają ją w babciowość. A ona nie wie, kim chciałaby być naprawdę. Umie być żoną, matką, kiedyś umiała być wnuczką, teraz sama będzie musiała nauczyć się być babcią, co ją przeraża, ale nie potrafi o tym powiedzieć. Czy się dostosuje? Nie ma tu zbuntowanych bohaterek.
 
Kobiety nie chcą być bez mężczyzny, bo będą postrzegane jako te gorsze. Tak je wychowano. Często małżeństwo jest ucieczką od ciężkiej, nisko płatnej pracy. Potem dopasowują się do tego, czego oczekują od nich ich partnerzy i są nieszczęśliwe. 
 
(...) wieczorem weszły w małżeństwo tanecznym krokiem, a rano obudziły się z widokiem na ciągłe zmywanie i samotność w świecie istniejącym dzięki mężczyznom, lecz w którym one są zbędne.
 
Dlatego porzucenie jednego mężczyzny dla drugiego najczęściej niewiele w ich sytuacji zmienia. Za wszelką cenę starają się spełniać nowe oczekiwania. 
 
Jego ciągła obecność wywróciła jej życie do góry nogami, bo w kobiecie głęboko zakorzenione jest przekonanie, że mąż ma wychodzić rano i wracać wieczorem.. Nie wiedziała, jak ma się zachowywać przy mężczyźnie, który całe dnie spędza w domu. Stał się dla niej obcy. Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele, poza tym musiała trzymać dzieci z dala od niego, ponieważ go irytowały. 
 
Wiedzą, że coś je uwiera, ale albo nie potrafią powiedzieć co, albo nie umieją się zbuntować. Boją się samotności. Zresztą mężczyźni też wchodzą w przypisywane im role, o czym już wspominałam. Jeśli nie potrafią im sprostać, rodzi się strach. Tak jest z bohaterem opowiadania "Lęk". Ale może jeszcze gorsza jest sytuacja dzieci. Dzieci, które ze względu na sytuację materialną albo pojawienie się młodszego  rodzeństwa, musiały przejąć obowiązki dorosłych albo nawet wejść w ich rolę i troszczyć się o ich dobro. Innym bezpieczny świat zrujnowało rozstanie rodziców. Są bezradne, nic nie mogą zrobić. Pragnienie bliskości, ciepła, okazanego uczucia aż się z nich wylewa, ale boją się o tym mówić. Milczą i cierpią, udając, że wszystko jest w porządku. Trudno się zatem dziwić, że jako dorośli zachowują się podobnie. 
 
Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie "Dobry interes". O kobiecie porzuconej przez męża, która musi sprzedać dom, aby utrzymać siebie i troje dzieci. Czuje się bezradna, zmęczona, nie zna się na interesach, co bezwzględnie wykorzystują agent nieruchomości i jego klient. W to wszystko wpleciona jest jeszcze jedna kobieta, żona kupującego, która wkrótce sama zostanie matką. Z jednej strony współczuje tej obcej kobiecie. Z drugiej nie potrafi sprzeciwić się mężczyznom, chociaż wie, że wykorzystują podbramkową sytuację porzuconej żony. Z trzeciej cieszy się, bo dom jej się podoba. Jak to jest znakomicie rozegrane, jak subtelnie napisane!

Opowiadania Tove Ditlevsen są gęste, o każdym można by rozmawiać z osobna, analizować postawy bohaterek i bohaterów. Mimo tak małej objętości wchodzimy głęboko w ich osobowość, w ich wewnętrzny świat. Wiele dzieje się pomiędzy słowami. To naprawdę mistrzostwo. Najlepszym probierzem tego, jakie zrobiły na mnie wrażenie, jest łatwość, z jaką mi się o nich pisało, chociaż nie od razu po zamknięciu książki miałam czas, aby podzielić się tu moimi refleksjami. Pisząc, zupełnie nie musiałam zerkać do notatek, które robiłam, słowa same płynęły spod palców. 
 
Mottem opowiadań Tove Ditlevsen mógłby być cytat z jednego z nich: Może wiele nieszczęść wynika stąd, że ludzie nie są zbyt zainteresowani tym, co się dzieje w kimś najbliższym. A zaczynając robić notatki po lekturze kilku pierwszych, napisałam: o życiu, co stale stawia nowe wymagania i nie daje spokoju.

Yossi Granovski "Adżami. Opowieści z Jafy"

Ponieważ na literaturę izraelską mam nastawiony mój czytelniczy

radar, co nie oznacza, że czytam każdą książkę z tego literackiego obszaru, postanowiłam sięgnąć po zbiór opowiadań Yossiego Granovskiego "Adżami. Opowieści z Jafy" (Filtry 2023; przełożył Roman Vater). Na początek parę słów o pisarzu, o którym dotąd nic nie słyszałam, potem o Adżami i Jafie. Droga  urodzonego w 1952 roku Yossiego Granovskiego do zawodowego zajmowania się literaturą nie była typowa. Najpierw długo służył w wojsku i służbie granicznej, co było sposobem na uniknięcie bezrobocia, dopiero jako trzydziestolatek ukończył studia prawnicze, potem pracował w policji, skąd zwolniono go, kiedy ukończył czterdzieści jeden lat. Wtedy na stałe wszedł w literacki świat - został bibliotekarzem w Jafie, gdzie od lat mieszka, pracował w piśmie literackim, promował młodych poetów z Jafy, głównie arabskich piszących po hebrajsku. Sam mówi bardzo dobrze w ich rodzimym języku. Wprawdzie tworzył już w czasie, kiedy służył w wojsku, ale pierwszy zbiór opowiadań wydał dopiero w roku 2004. Od tamtej pory ukazało się ich kilka. Bohaterami są  najczęściej Żydzi i Arabowie, mieszkańcy Jafy, jego przybranej małej ojczyzny. Przybranej, bo urodził się w Tel Awiwie.

Od 1950 roku Tel Awiw i Jafa to jeden miejski organizm, ale kiedyś, przed powstaniem Izraela, ta druga była tętniącym życiem miastem arabskim z dużym portem. Stanowiła najważniejszy ośrodek ekonomiczny i kulturowy arabskiej Palestyny, która najpierw była częścią Imperium Osmańskiego, a po jego upadku i powstaniu Turcji mandatowym terytorium brytyjskim, czyli chyba tylko trochę lepiej niż kolonią.  Tel Awiw został założony przez Żydów przybywających do ziemi przodków. Już za Brytyjczyków wybuchło w Jafie arabskie powstanie, ale prawdziwy dramat rozegrał się tuż przed proklamacją Izraela. Chociaż zgodnie z planem ONZ-etu Jafa miała zostać arabską eksklawą w nowym państwie, jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości najpierw prawicowa milicja zburzyła jedną z dzielnic miasta, potem Hagana  oblegała je i ostrzeliwała, aż obrońcy się poddali. Kiedy dzień później w Tel Awiwie ogłoszono deklarację niepodległości, zaczął się eksodus arabskich mieszkańców Jafy. W sumie uciekło ich około sto tysięcy. Pozostałych, około czterech tysięcy, stłoczono w dzielnicy Adżami, którą na rok wojsko izraelskie otoczyło drutem. Wyjść stamtąd można było tylko z pomocą specjalnej przepustki. Taki to paradoks - ci, którzy byli prześladowani, zaczęli prześladować innych. Ci, których zamykano w gettach, sami stworzyli getto. To zaledwie ułamek tego, czego dowiedzieć się można z bardzo ciekawego posłowia Romana Vatera, tłumacza książki, znawcy Izraela, gdzie studiował i przez kilka lat mieszkał.

Wybrane do polskiego wydania opowiadania zgromadzone w książce "Adżami. Opowieści z Jafy" pochodzą z różnych  zbiorów, co daje się odczuć, ale o tym za chwilę. Ich akcja rozgrywa się albo jeszcze przed rokiem 1948, albo na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Pokazują zmianę, jaka zaszła w Jafie, która traci swoją rangę i z ważnego, ruchliwego arabskiego miasta staje się po powstaniu Izraela miejscem zasiedlanym głównie przez ubogich żydowskich imigrantów z Bułgarii i Maroka. Roman Vater pisze wprost o transformacji Jafy w "slumsy" południowego Tel Awiwu.

Muszę przyznać, że początkowo byłam rozczarowana. Nie żebym żałowała lektury, ale spodziewałam się czegoś, co mnie zachwyci albo zainteresuje, albo poruszy. A najlepiej wszystko na raz. Nie ukrywam, że wolę powieści, kiedyś opowiadań nie czytałam prawie w ogóle, od kilkunastu lat to się zmieniło, chociaż nadal chętniej sięgam po dłuższe formy. Opowiadanie, przynajmniej w moim przypadku, łatwiej przemyka, przelatuje w trakcie lektury. Aby ze mną zostało, aby się osadziło, musi mieć to coś, co przytrzyma  emocje i przykuje uwagę. W krótkiej formie znacznie o to trudniej. I właśnie trzy pierwsze opowiadania, a w sumie jest ich w tym zbiorze tylko sześć, nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Nie bardzo umiałam się w nich odnaleźć. Ich bohaterem i narratorem jest Ahmed, który urodził się i mieszkał w arabskiej wiosce, dopiero potem osiadł w Jafie. Z pierwszego opowiadania dowiadujemy się, jak to się stało, że zamiast skończyć studia prawnicze, został handlarzem towaru, czyli mówiąc wprost narkotyków, głównie opium. 

To takie opowieści łotrzykowskie. Ahmedowi przytrafiają się różne nieprawdopodobne historie, z których wychodzi obronną ręką, bo szczęście mu sprzyja, a najczęściej on mu pomaga sprytem i dzięki najrozmaitszym koneksjom, które zdobył, parając się handlem towarem. Jego wspomnienia sięgają dzieciństwa, czyli czasów pierwszej wojny, kończą się po czterdziestym ósmym roku. Gdzieś w tle tych łotrzykowskich opowieści jest życie codzienne. Już w tych trzech opowiadaniach obserwujemy przemianę tego świata. Ale może dlatego, że są one bardzo krótkie, nie podziałały na mnie jakoś specjalnie. Przełom nastąpił w czwartym, którego narratorem i bohaterem też jest Ahmed. Chociaż znowu na pierwszy plan wybija się łotrzykowska historia, to jest tu coś więcej. To już czas po czterdziestym ósmym roku, kiedy większość arabskich mieszkańców uciekła z Jafy. Ahmed opowiada o tym, jak mu się udało do niej wrócić. Tym razem historia tego miejsca, naszkicowana kilkoma obrazami pokazanymi bez patosu, zwyczajnie, może nawet w nieco żartobliwym, bo gawędziarskim tonie, chwyciła mnie za serce. Bo umiem wyobrazić sobie, jakie ludzkie tragedie kryją się za tymi kilkoma rzuconymi niedbale zdaniami. 

Ale prawdziwie zachwyciły mnie dwa ostatnie opowiadania, zdecydowanie dłuższe niż poprzednie, stanowiące ponad dwie trzecie całości. To Opowieść Nasifa i Opowieść Ibrahima. Ich bohaterem nie jest już Ahmed, a akcja toczy się po proklamowaniu Izraela. I to w nich najlepiej widać zachodzące w Jafie zmiany - napływ Żydów z państw Maghrebu czy z Bułgarii, przejmowanie przez nich mienia arabskiego. Trudno ich osądzać, sami niewiele mają, zostawili za sobą wszystko, co posiadali, muszą budować swoje życie na nowo. Do zostawionych przez Arabów domów każą im się wprowadzać urzędnicy. Bohaterowie tych opowiadań, którzy pamiętają dawną Jafę, obserwują te zmiany. Nie ma już niektórych miejsc, inne zmieniły właściciela, zamiast brytyjskich policjantów czy urzędników są żydowscy. Jest w tym dużo nostalgii za dawnym światem, ale nie zawsze złość. Cóż, trzeba się w nim na nowo odnaleźć, jakoś urządzić. Ale są też ludzkie tragedie. I to one tak bardzo mnie poruszyły. Historia nieszczęśliwej miłości Żydówki i Nasifa, Araba z Bengazi, który oficjalnie jest Żydem, a historia o tym, jak do tego doszło, utrzymana jest nadal w łotrzykowskim tonie znanym z czterech pierwszych rozdziałów. Równie mocno porusza opowieść o czarnym Ibrahimie pochodzącym z Sudanu, który, a jakże, też zdobywa żydowskie papiery, i jego przyjacielu At-Tyczu. Mamy tu nieszczęśliwą miłość, opowieść o meandrach przyjaźni Ibrhima i At-Tycza, żydowskich  imigrantów, wiele ciepła, ale i ogromny smutek. Granowski pisze o arabskich mieszkańcach Jafy, jakby był jednym z nich, nie egzotyzuje ich, oddaje im podmiotowość i znakomicie pokazuje, że życie nie jest proste, a świat czarno-biały. Po każdej stronie są ludzie dobrzy, uczciwi i źli. Jest w tych opowieściach melancholia, nostalgia i smutek, ale też dużo energii i przekonania, że trzeba życie składać na nowo. Tak więc ostatecznie jestem na tak i polecam tę książkę, nawet bardzo. 

A na koniec kilka refleksji około wydawniczych. Może lepiej przeczytać posłowie przed lekturą opowiadań? Może wtedy będzie w nie łatwiej wejść? No i szkoda, że dostajemy taki skromny wybór. Może lepszą decyzją byłoby wydanie większego tomu z wyraźnym podziałem na opowiadania o Ahmedzie i innych bohaterach? Z informacji o autorze wnoszę, że historii o Ibrahimie czy Nasifie jest chyba więcej. Pewnie wydawnictwo, a może to decyzja tłumacza, chciało dać przegląd twórczości Granowskiego. Mam nadzieję, że za tą pierwszą książką, pójdą następne.

Waldemar Bawołek "Pomarli"

Moja przygoda z twórczością Waldemara Bawołka zaczęła się

stosunkowo niedawno od powieści "Echo słońca". I chociaż jest to literatura osobliwa, osobna, niekoniecznie łatwa w odbiorze, czasem zachwycająca, momentami nużąca albo irytująca, to  wiedziałam, że będę do niej wracać. No i po kilku miesiącach wróciłam - przeczytałam "Pomarłych" (Czarne 2020), zbiór opowiadań, za które autor w ubiegłym roku nominowany był do Nike, a  otrzymał  Nagrodę Literacką Gdynia.

Historie snute w tej książce związane są ściśle z jego rodzinnymi Ciężkowicami, w których mieszka od urodzenia. Tak zresztą jest najczęściej - Bawołek, dla którego pisanie jest namiętnością i koniecznością, obficie czerpie ze swojego życia, filtrując je przez swoją wyobraźnię. W tym miejscu powinnam napisać kilka zdań o autorze, który jest równie osobny i osobliwy jak jego twórczość, ale zrobiłam to już przy okazji notki o "Echu słońca", więc odsyłam tam albo do innego źródła. 

Jak wskazuje tytuł, są to opowieści o ludziach, którzy zmarli - krewnych, sąsiadach, szkolnych kolegach. To rodzaj osobliwych epitafiów, bo narrator, Waldemar (a jakże!), wprawdzie ich upamiętnia, ale nie wysławia. Pokazuje takich, jakimi byli, a raczej jakich ich zapamiętał. Nie waha się pisać źle, niepochlebnie. Nie ma w prozie Bawołka tej czułości dla bohaterów, jaką często spotykamy w literaturze portretującej prowincję. Zdecydowanie nie zawsze da się ich lubić. Bywa, że upamiętniany nie pojawia się na pierwszej stronie poświęconego mu rozdziału, ale dopiero na którejś z kolei. Niekoniecznie jest też najważniejszym bohaterem opowiadania. Bo tak naprawdę bohaterem tej książki jest narrator. Tak przynajmniej ja ją odbieram.

W "Pomarłych" jeszcze bardziej niż w "Echu słońca" miesza się przeszłość z teraźniejszością, fragmenty realistyczne z onirycznymi.   

Czas przestał dla mnie istnieć albo bez przerwy zmienia się, meandruje, zapętla. 

Nie wiem, na którym piętrze czasu się znalazłem...

Jego dawne zęby sztucznej szczęki nakładają się na te nowe, uwalniają ponadczasowe wspomnienia. (...) Chciałby pociągnąć nasze umysły wstecz. Tylko że ja dopiero wracam z przeszłości i inne przede mną wydarzenie z pamięcią w tle. 

Przedzieram się delikatnie przez naskórek myśli i wrażeń, wnikam w głębsze tkanki, dotykam zmysłów. Tworzę unikatową strukturę, pełną pułapek niedomówień i słów niepamięci. Ukryte są w niej zamierzchłe gesty, znaczące spojrzenia, liczne oddechy.

Bywa, że jest to jazda bez trzymanki - swobodnie przeskakują czas i zdarzenia, musimy podążać za strumieniem wyobraźni narratora, można się w tym pogubić. Ale jest w tej tak wymyślonej prozie  coś, co mnie przyciąga. Po chwilowym znużeniu zachwycam się pięknem języka, wyobraźnią albo sięgam po długopis, aby zapisać jakąś myśl, która mnie poruszyła. Najczęściej przejmującą. Bo "Pomarli", podobnie jak "Echo słońca", nie są pogodną lekturą. Nad narratorem i innymi bohaterami ciążą przemijanie, utracone złudzenia, niezrealizowane marzenia, przygniatająca codzienność, starość i jej przyjaciółka samotność, a wreszcie widmo śmierci. 

Spotkanie z samym sobą (...) beztrosko myślącym, że życie to droga bez końca, a zachowanie młodości to cel sam w sobie ...

Co jest ratunkiem? Życie we wspomnieniach, wracanie w przeszłość, zatracenie się w niej? A może odwrotnie?

... zawsze to samo. Beż pamięci dokądś wędrować, szukać wiatru w polu, błądzić, by o wszystkim zapomnieć, by nie myśleć.

A może osobność?

Pokonuję lęk przed wszelkim upodobnianiem się do innych, gdyż lęk przed wszelką różnicą jest mi obojętny. 

Przed moimi oczami sprawy codziennego życia schodzą na dalszy plan, są nieważne. Jak to wytłumaczyć? Może własnym wewnętrznym światem? Więc starasz się, jak możesz, żeby odejść od powszedniości, żeby wszystko było wyjątkowe. I ty jesteś wyjątkowy, dla siebie ...

Może dlatego ta codzienność, z której pisarz czerpie garściami, zostaje tak silnie przetworzona, wstrząśnięta i wymieszana, aż w końcu przemienia się w senne marzenie.

Kateryna Babkina "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek"

Kolejna ukraińska lektura - tym razem zbiór opowiadań Kateryny

Babkiny "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek" (Warsztaty Kultury 2020; Bohdan Zadura), za które autorka dostała w ubiegłym roku Angelusa (nagroda dla pisarzy z Europy Środkowej). Dlaczego wtedy nie zwróciłam na nie uwagi? Pewnie dlatego, że to opowiadania, a ja za tą formą nie przepadam, chociaż już nie jest jak dawniej, kiedy naprawdę rzadko po nią sięgałam. Dlaczego teraz postanowiłam je przeczytać? To oczywiste - na fali mojego wzmożenia literaturą ukraińską.

Od razu wyjaśnię, że na pewno nie są to opowiadania dla każdego. Kiedy zajrzałam na komentarze jednego z popularnych portali literackich, a rzadko to robię, głosy były bardzo różne, od pochlebnych po krytyczne. Aby się w nich rozsmakować, trzeba w nie wejść, złapać klimat, być uważnym. Potem można wrócić jeszcze raz, bo książka jest krótka. Warto czytać większymi partiami, a jeśli ma się czas, można połknąć w jeden dzień i tak chyba byłoby najlepiej. Ja niestety wybrałam sobie lekturę książki Kateryny Babkiny na bardzo zajęty tydzień, mogłam jej poświęcić czas z doskoku, najczęściej po jednym opowiadaniu. Dokończyłam dziś, w niedzielę (wtedy powstała ta notka) - połknęłam cztery ostatnie, w sumie jest ich dwanaście, a potem wróciłam jeszcze raz do niektórych. I cóż, śmiało mogę powiedzieć, że się w nich rozkochałam. Natychmiast zaczęłam szukać, czy dwie wcześniej wydane w Polsce książki Kateryny Babkiny są dostępne. Niestety nie będzie łatwo. 

Opowiadania łączą bohaterowie - Lili, Łesia, Nina, Dima i Misza. Spotykają się pierwszego września w dniu rozpoczęcia roku szkolnego i swojej szkolnej drogi. Zbiega się to z  odzyskaniem niepodległości przez Ukrainę. Szczerze mówiąc, tę ostatnią informację zaczerpnęłam z notki od wydawcy. Widocznie nie dość uważnie czytałam pierwsze opowiadanie. Potem poznajemy historię ich rodzin, rodziców, dziadków, bliższych i dalszych krewnych oraz ich samych na różnych etapach życia. Nie jest to ułożone chronologicznie, mieszają się czasy i bohaterowie. Wielki głód, wojna, lata powojenne, wreszcie okres niepodległości i kapitalizmu. Bohaterowie długo mi się mylili, musiałam sobie tę mozaikę stopniowo w głowie układać - kto jest czyim dzieckiem, rodzicem, dziadkiem - trzeba czasem zerknąć jeszcze raz do przeczytanego wcześniej opowiadania, ale w końcu wszystko się składa, a ostatnie stanowi domknięcie i klamrę. Trud, nie taki znowu wielki, bo nic się przecież nie stanie, jeśli nie połapiemy się w relacjach łączących bohaterów, bardzo się jednak opłaci. To taki typ prozy, gdzie wiele rozgrywa się pomiędzy, nie wszystko zostaje dopowiedziane, czytelnik musi się domyślać, kojarzyć. Trzeba też wgryźć się w język - potoczny nie tylko w warstwie językowej, ale też w składniowej. Niech nas to jednak nie zmyli, bo ta kolokwialność przetykana jest subtelnością i urodą języka, a wszystko razem sprawia wielką przyjemność, skłania do zadumy i refleksji. 

Kiedy czytałam te opowiadania, coś nie dawało mi spokoju. Co jest ich prawdziwym tematem, esencją, sensem? Dość szybko zdałam sobie sprawę, że ich sedno to tragiczna przeszłość, która niesie się przez pokolenia. Traumę wielkiego głodu i wojny, wojny jest tu znacznie więcej, ale także Zagłady przenoszą bohaterowie na dzieci, a potem jakoś odbija się ona na pokoleniu wnuków - Lili, Niny, Łesi, Dimy i Miszy. 

Ale w ogóle to myślę ... że na wojnie nikt nie jest bohaterem. Na wojnie jest strasznie i dziko. I każdy jest zaślepiony jakąś ideą, rzadziej szlachetną, a częściej obcą i zbyt ogólną, żeby była warta takiego doświadczenia, albo po prostu jest jak małe przerażone zwierzątko, sam przeciw całemu światu, przy czym się zdaje, że jeśli przeżył - to tak jakby już zwyciężył, ale naprawdę to bywa tak jak z tym Wołodią.

Często to najmłodsze pokolenie przez przypadek dokopuje się do prawdy o swoich dziadkach. Niby ich to nie obchodzi, a jednak odbija się na ich związkach, nieprzystosowaniu do świata, życiowych decyzjach. Podobnie było z pokoleniem ich rodziców, ale dla nich pamięć wojny była świeża. Ktoś nagle dowiaduje się, że ma żydowskich przodków, w niejednym domu przechowuje się nic warte kosztowności - wojenne łupy, czyjaś babcia nie może zapomnieć o starszym synu, który, jak chce rodzinna legenda stworzona przez nią, był bohaterem, a prawda okazuje się inna, czyjś dziadek ma za sobą tragiczne, samotne dzieciństwo, a potem wojenny szlak, kogoś opuścili rodzice, czyjś ojciec nagle zniknął, czytaj: został aresztowany, a potem rozstrzelany przez NKWD, ktoś musiał uciekać z miasta na wieś. Dlatego w pokoleniu dziadków tyle przemocy i braku czułości. To przekłada się na kolejne pokolenia.

- Ciekawe - spytała Liliczka - czy my wszyscy też będziemy tacy skończeni? Poważnie. My też będziemy tak samo skończeni?

- Nie, Lil - powiedziała Łesia, podnosząc się. - Będziemy skończeni całkiem inaczej. 

(...) I tak szli, woda pluskała (...), a oni patrzyli do przodu, chociaż niczego nie można tam zobaczyć ani domyślić się, ani wytargować stamtąd żadnej wiedzy, ale mocno, bardzo mocno patrzyli w przód, bo w zasadzie na ich miejscu to warto było robić.

No i rzeczywiście, byli skończeni, tylko inaczej.  A przyszłość niekoniecznie okazała się świetlana, bo od przeszłości nie zawsze da się uciec, a tym bardziej od miejsca i czasu, w którym się urodzili.

Ale nie wszystko w dzieciństwie głównych bohaterów, Lili, Niny, Łesi, Dimy i Miszy, było złe. Przeciwnie, zachowali w sobie wiele miłych wspomnień. Dziecko nie wszystko rozumie, coś, co dla dorosłych jest niedogodnością, dla nich bywa przygodą. Dopiero w dorosłym życiu wszystko się komplikuje, przeszłość dziadków i rodziców staje się zadrą. Emblematyczny jest ten tytułowy dziadek, dziadek Łesi, który bił swoją żonę, a potem córki sznurem od żelazka. Ale z Łesią chodził na orzechy do ogrodów sąsiadów. Jej okazywał czułość, był najlepszym dziadkiem. Te wyprawy zapamiętała jako najwspanialsze przygody, podobnie smak podpiekanych w piecu zdobycznych orzechów nie mógł równać się z niczym innym. Ktoś powie, że to banalne, a jednak tak zostało opowiedziane, iż wydaje się świeże i niezwykłe.   

Artem Czech "Dzielnica D"

Przyznaję, że i ja uległam fali wzmożonego zainteresowania

literaturą ukraińską. Na swoje usprawiedliwienie, że dopiero teraz, mogę dodać, iż wcześniej też zdarzało mi się czytać książki pisarzy z Ukrainy. Przede wszystkim już siedem lat temu odkryłam prozę Serhija Żadana i zakochałam się w niej po uszy. Zaczęło się od "Mezopotamii", natychmiast sięgnęłam po powieść "Wołoszyłowgrad", no a kilka lat temu zachwycałam się "Internatem", opowieścią o wybuchu wojny w Donbasie. Wszystkie trzy tytuły cały czas są dostępne! A niedawno wydawnictwo Czarne poinformowało, że wznowi wcześniejsze książki Żadana, dwa zbiory opowiadań i jedną powieść. Już nie mogę się doczekać! Jeszcze wcześniej przeczytałam znakomitą powieść Oksany Zabużko "Muzeum porzuconych sekretów", a ostatnio sięgnęłam po jej pierwszą głośną książkę "Badania terenowe nad ukraińskim seksem". Niewiele? Tak, ale wśród moich znajomych, oczytanych humanistów, nikt nie znał nawet tych nazwisk! Ja potrafię wymienić jeszcze kilka innych, o których słyszałam, zanim zaczęła się ta bestialska wojna, bo się nimi interesowałam, ale z różnych przyczyn nie sięgnęłam po ich książki. To choćby uważany za jednego z najwybitniejszych ukraińskich pisarzy Jurij Andruchowycz (Kilka razy przymierzałam się do lektury jego powieści, ale obawiałam się ich nadmiernej groteskowości, może niesłusznie.), Natalka Śniadanko czy Kateryna Babkina (Jej książkę "Nikt tak nie tańczył jak mój dziadek", nagrodzoną w zeszłym roku Angelusem, mam w planach.). Niestety w Polsce poza wyjątkami literaturę ukraińską wydają małe, niszowe wydawnictwa znane nielicznym - lubelskie Warsztaty Kultury (prawdziwa kopalnia), Warstwy czy KEW (Kolegium Europy Wschodniej). Kończę ten długi wstęp, ale tym razem uważam, bardzo potrzebny, i przechodzę do ukraińskiej książki, o której dzisiaj.

Otóż bliska mi osoba poleciła mi dwa tytuły Artema Czecha. O "Punkcie zerowym" słyszałam i pewnie bym przeczytała, gdyby dostępny był ebook, bo znalazł się w 2020 roku w ścisłym finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, o "Dzielnicy D" nie miałam pojęcia. Natychmiast postanowiłam nadrobić zaległości, kupiłam obie książki, chociaż papierowe. (Cóż, nie raz na tych łamach deklarowałam się jako wielbicielka ebooków, która swój ukochany czytnik traktuje jak najbliższego przyjaciela.) Jak postanowiłam, tak zrobiłam i w trzy dni połknęłam "Dzielnicę D" (Warsztaty Kultury 2020; przełożył Marek S. Zadura), a teraz, kiedy przygotowuję tę notkę do publikacji, mam już także "Punkt zerowy" za sobą, o czym za tydzień. 

Najpierw kilka słów o autorze. Czech to pseudonim Artema Czerednyka (Pisownię nazwiska podaję za wydawnictwem, w internecie można się także spotkać z wersją Cherednyk.), co ciekawe wywodzący się z czasów jego dzieciństwa, kiedy to po wizycie w Pradze tak się nią zachwycił, że opowieściami o niej zadręczał kolegów z podwórka. Urodzony w roku 1985 w Czerkasach, skończył socjologię w Kijowie. Jego dorobek mimo młodego wieku jest bardzo bogaty. Od maja 2015 roku do lipca 2016 jako żołnierz spędził kilka miesięcy na linii frontu w Donbasie. Pokłosiem tych doświadczeń jest właśnie "Punkt zerowy". Roczny pobyt w wojsku, na wojnie, przerwał pisanie "Dzielnicy D", którą dokończył po powrocie do domu. Teraz też jest w wojsku.

"Dzielnica D" to niby zbiór opowiadań, ale śmiało można traktować ją jak powieść, bo łączą ją w całość postacie, które są głównymi bohaterami poszczególnych rozdziałów, a potem przewijają się w innych, tytułowa dzielnica D w Czerkasach składająca się z wybudowanych w latach sześćdziesiątych czteropiętrowych bloków w miejsce wyburzonych domków, a właściwie dwa jej ostatnie bloki,  wreszcie sam narrator, alter ego autora, który opowiada o mieszkańcach dzielnicy, o sobie i swoich związkach z nimi. Sporo też można się dowiedzieć o jego rodzinie. Mieszają się czasy, mieszają się ludzie - nie jest to opowieść chronologiczna, punktem wyjścia zawsze jest człowiek. Bywa, że trudno się zorientować, które zdarzenia miały miejsce, kiedy Ukraina odzyskała niepodległość, a które gdy była jedną z radzieckich republik. 

Te dwa bloki, o których opowiada narrator, to ludzki tygiel.  Ich starsi mieszkańcy, z pokolenia dziadków, najczęściej przybywali do Czerkasów z różnych stron Związku Radzieckiego, często z małych wiosek, bo tu przyciągał ich rozwijający się przemysł, nieodwracalnie zmieniając tkankę miasta. Pokolenie rodziców i wnuków, najczęściej, było już urodzone tu. Ci starsi w Czerkasach znaleźli swój port docelowy, ci młodsi marzyli, aby z miasta uciec. Niektórym się udawało, znikali, a słuch po nich zaginął, inni na zawsze tu utkwili, pogrążając się w marazmie. Wszyscy szukali szczęścia, ale większość z nich go nie znalazła, chociaż dla tych przyjezdnych Czerkasy były pierwszym krokiem ku niemu. Albo nie próbowali, a tylko o nim mówili, albo coś podcięło im skrzydła, wyrywali się do wielkiego świata, aby wrócić i zostać w Czerkasach na zawsze. Tak, gdybym miała znaleźć jakiś wspólny mianownik dla większości bohaterów tej książki, będzie nim właśnie to - zawiedzione nadzieje, niespełnienie, rozczarowania. I nieważne, z jakich rodzin pochodzili, proletariackich, inteligenckich czy tych, które przybyły tu ze wsi. Artem Czech opowiada o nich z dwóch perspektyw - dziecka i nastolatka oraz człowieka dorosłego, któremu udało się uciec do Kijowa, skończyć studia. Mimo wszystko co jakiś czas wraca, spotyka się z dawnymi przyjaciółmi, zamieni kilka słów z sąsiadami, wspomni tych, którzy zniknęli. Co się z nimi stało? Umarli, wyjechali? Najczęściej nie wiadomo, są tylko opowieści, różne wersje ich życiorysów. 

Chociaż uciekł, sam używa takiego słowa w prologu, zmienił środowisko, to o swoich dawnych kolegach, przyjaciołach, dziewczynach, w których się kochał, sąsiadach opowiada z czułością i zrozumieniem dla ich losów. Mimo że  dużo w ich życiu przemocy, alkoholu, szemranych interesów, biedy, chorób, samotności, zawiedzionych miłości, zdrad. Nie są to życia piękne, szlachetne, raczej takie, jakich nie życzylibyśmy sobie dla siebie i dla naszych dzieci. A jednak nie ma tu pogardy. Może dlatego, że i narrator mógł powielić ich los? A może dlatego, że w dzieciństwie wszystko wydawało się prostsze? Jak pisze, bał się tylko ciemności. A może wreszcie dlatego, że tamten świat go ukształtował? Dziś jednocześnie kocha swoje dzieciństwo i boi się go. Gdybym tylko bał się ciemnych pokoi, z pewnością byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Cóż, nie tak łatwo o szczęście. Nieważne, gdzie się znajdziemy, co zrobimy, czy uciekniemy, czy zostaniemy. Zresztą to tylko iluzja, że można uciec. 

Narrator nie oszczędza siebie tamtego. Chociaż urodzony w inteligenckiej rodzinie i od dzieciństwa zapisywany na rozmaite zajęcia dodatkowe, co nie było dane jego kumplom z podwórka, tak jak oni szybko poznaje smak papierosów, alkoholu, posługuje się wulgarnym językiem, spędza czas na podwórku między blokami, drwi z sąsiadów, dokucza rówieśnikom, zamieszany jest w różne szczeniackie wygłupy i ekscesy. Ale jednocześnie zdobywał nieodkryte lądy, jak pisze. To wszystko razem go ukształtowało. Co sprawia, że jednak ucieka? Czy wymarzony  spacer po dachu, na który, kiedy miał sześć lat, zabrał go ojciec? Dachu, z którego widać dalej, więcej, z innej perspektywy? Czy tamten pierwszy tak głęboko w nim utkwił, mimo iż kolejny z kumplami wiele lat później już nie przyniósł takiej ekscytacji? To oczywiście metafora, ale jakże pojemna.

I na koniec koniecznie muszę wspomnieć o tym, co może najważniejsze. Te opowieści pewnie nie robiłyby takiego wrażenia, gdyby nie język, jakim zostały podane. Tak, ich siła tkwi w języku. Czasem dosadnym, prostym, wulgarnym, czasem nasyconym wyobraźnią, barwnym, poetyckim. 

... pragnął od życia wyłącznie lekkości, słonecznego światła, szmaragdowego cienia i wesołego upojenia alkoholem.

Czy nie pięknie powiedziane? Jednym słowem fascynująca książka.  

Peter Nadas "Biblia i inne historie"

Kilka lat temu zachwyciłam się powieścią "Pamięć" słabo w Polsce

znanego węgierskiego pisarza Petera Nadasa, który podobno wymieniany bywa wśród kandydatów do Nobla. Wspominam o tym, aby pokazać jego rangę. Teraz sięgnęłam po debiutancką książkę Nadasa "Biblia i inne historie" (Biuro Literackie 2019; przełożyła Elżbieta Sobolewska). To zbiór dłuższych i krótszych opowiadań. Można doszukać się w nich pewnych podobieństw do "Pamięci", która powstała znacznie później. Od razu napiszę, że nie jest to proza łatwa, ale warto podjąć trud lektury. Jeśli ktoś nie zna "Pamięci", niech zacznie od znacznie mniej wymagających opowiadań z tomu, o którym piszę. Jeżeli wciągnie go ta niespieszna, refleksyjna, skupiona na nastroju i szczegółach proza, może zmierzyć się z najważniejszą powieścią w dorobku węgierskiego pisarza.

Akcja tych opowiadań rozgrywa się na obrzeżach jakiegoś miasta, prawdopodobnie Budapesztu, najczęściej w zasobnej dzielnicy willowej. Po drugiej wojnie światowej, a może nawet po węgierskiej rewolucji 1956 roku, ale ten ostatni fakt trudno jednoznacznie ocenić. Uważny czytelnik może dostrzec echa tamtych wydarzeń przynajmniej w niektórych tekstach. Chociaż nie jest to konieczne i nie umniejsza przyjemności obcowania z prozą Nadasa, to ja lubię wiedzieć i dlatego trochę brakowało mi nie tyle przypisów, ile posłowia, które jakoś umieściłoby te opowieści na tle węgierskiej historii. 

Bardzo często bohaterowie tych opowiadań to dzieci. Jeśli są jednocześnie narratorami, to spoglądają na swoje dzieciństwo z perspektywy dorosłego człowieka. Mimo pozorów nie jest to czas dla nich szczęśliwy. Chociaż często mają dużo swobody i mogą beztrosko buszować wśród bujnej przyrody ogrodów albo łąk otaczających stare wille, to nieoczekiwanie skonfrontowane zostają z trudnymi dla siebie sytuacjami. Coś się w nich przełamuje, drobne, niepozorne zdarzenia naznaczą je na resztę życia. Może to być wyrządzona komuś krzywda, której konsekwencji bohater nie przewidział, podsłuchane niepokojące rozmowy między dorosłymi, zetknięcie się ze światem ludzi ubogich, i zrozumienie, że nie wszystkim żyje się równie dobrze, wreszcie śmierć matki. Po prostu doskwiera im samotność - nie bardzo mogą liczyć na zrozumienie czy pomoc ze strony rodziców. Są sami ze swoimi uczuciami, emocjami, lękami i strachami. Po raz pierwszy muszą się zmierzyć z czymś, co uświadamia im, że życie jest trudne, a rzeczywistość skomplikowana. Bywają okrutni wobec swoich rówieśników albo tych dorosłych, którymi pogardzają z powodu starości, biedy czy dziwactw. Może to być staruszek mieszkający w opuszczonej willi, dziewczyna ze wsi pracująca w ich domu jako służąca albo samotny człowiek, który podobno jest Żydem. I choć bohater tego opowiadania nie bardzo rozumie, co to znaczy, czuje, że być Żydem nie jest dobrze. Tym bardziej dziwi się, kiedy pijany ojciec krzyczy, że musi wybić z niego całe żydostwo. Bardzo ciekawe jest też ostatnie opowiadanie, dłuższe, "Dom pani Klary", gdzie rozgrywa się subtelna gra między tytułową bohaterką, starą samotną kobietą, która najprawdopodobniej ma coraz większe kłopoty z pamięcią, a jej służącą, kobietą ze wsi. 

Służąca jest też jedną z bohaterek pierwszego, również długiego, opowiadania zatytułowanego "Biblia" (stąd tytuł zbioru - "Biblia i inne historie"). Wspominam o tym dlatego, bo Nadas pokazuje w swojej prozie świat nowych, komunistycznych, elit. To ludzie, którzy sprawują ważne funkcje w aparacie władzy i mieszkają w starych przedwojennych willach niegdyś należących do innych ludzi, z innych elit. Chociaż teraz to oni sprawują władzę w imieniu ludu i służącej, wiejskiej dziewczynie, każą do siebie mówić towarzyszko czy towarzyszu, to tak naprawdę o życiu tego ludu nie mają pojęcia i po prostu nim pogardzają.  

To wszystko rozgrywa się gdzieś między słowami, bo proza Petera Nadasa jest bardzo subtelna. Dużo tu skupienia na szczególe, zmysłowych opisów rozgrzanej słońcem przyrody, która na ogół stanowi kontrast dla brudnych spraw rozgrywających się między ludźmi. Mało dialogów. Rzadko nazywa się tu wprost emocje czy uczucia, a i historie bohaterów musimy tworzyć sobie ze strzępów informacji. Ja czerpałam z tych opowiadań podwójną przyjemność. Jedną daje obcowanie z pięknem opisów, drugą odszyfrowywanie, co bohaterom w duszy gra. Kim są? Jaka jest ich historia? Co nimi kieruje? Co czują?

Ta niespieszna, ulotna proza na pewno nie jest dla każdego. Jeśli komuś się spodoba, niech próbuje dalej i sięgnie po "Pamięć". To dopiero wyzwanie i prawdziwa literacka uczta. Świadomość, że obcuje się z czymś ważnym i niezwykłym.   

Popularne posty