Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty

Małgorzata Lebda "Łakome"

O debiutanckiej powieści "Łakome" poetki Małgorzaty Lebdy (Znak

2023) mówiło się dużo i bardzo dobrze. To nie moje klimaty, myślałam i nie zamierzałam po nią sięgać. Dlaczego? Nie odstręczała mnie opowieść o chorobie i umieraniu, ale zanurzenie w naturze, przyrodzie. Nie żeby te sprawy były mi obojętne, bo nie są. Mięsa nie jem od dawna, bardzo przejmuję się betonowaniem świata, katastrofą klimatyczną, wymieraniem gatunków, wycinaniem lasów i innymi gwałtami na naturze, ale jakoś nie bardzo ciągnie mnie do książek, w których natura staje się pełnoprawną bohaterką na równi z człowiekiem.  Jednak po wysłuchaniu kilku rozmów z autorką zaczęłam zmieniać zdanie, stałam się ciekawa tej książki. Aby nie ryzykować, a nuż się nie spodoba, wypożyczyłam ją sobie z biblioteki. Połknęłam  w trzy dni, bo mimo pozorów, powieść ma prawie trzysta stron, nie jest to książka aż tak obszerna. Dużo w niej  wolnych przestrzeni. Ale szczupła objętość to nie jedyny powód, że tak szybko ją przeczytałam - po prostu wciągnęła mnie jej melancholia i poetyckość,  sama się zdziwiłam, że aż tak bardzo mi się spodobała!

A nie jest to powieść akcji. Oś konstrukcyjna to choroba babki. Narratorka wraca na wieś do domu dziadków, w którym się wychowała, aby pomagać w opiece nad chorą, aby jej towarzyszyć. Razem z nią przyjeżdża Ann, która także włącza się w życie domu. Kim jest  Ann? Siostrą? Kuzynką? Partnerką? Kimś spoza porządku realistycznego? Na to ostatnie raczej nic nie wskazuje. Choroba i nieubłagane zbliżanie się do śmierci to jeden z tematów tej powieści. Wbrew pozorom ten wątek nie jest przygnębiający. Babka chociaż choruje i słabnie, z jednej strony trzyma się życia, z drugiej traktuje ten stan jako coś naturalnego. Gromadzi wokół siebie i ratuje przed zagładą wszystko, co żywe. Muchy, pająki, mrówki i inne żyjątka. 

Więc idę z nią, bardzo wolno, w letni las. Babka docenia piękno brzozowej kory, wilgoć mchu, i wiatr trącający liście osiki. Robi to na przekór pracującej w niej chorobie. Należy do lasu, do tej ziemi, myślę. 

Zawsze taka była. To był także jej bunt przeciwko dziadkowi, przeciwko przymusowi pracy. Bo ona w każdej chwili była gotowa przerwać robotę w polu, aby podążać za tym, co żywe i dzikie. Narratorka nie epatuje fizjologią choroby, najwyżej ją sugeruje. Skupia się na towarzyszeniu, byciu z chorą, wspominaniu. Jakby chciała utrwalić w pamięci jej portret - historię, osobowość, to, jaka była i jest.  Inną strategię przyjmuje dziadek. On od samej choroby ucieka, za to skupia się na krzątactwie - rzuca się w wir remontów. Chce zrobić wszystko, aby babce wygodnie się chorowało. Aby było ciepło i czysto. 

Dziadek unika choroby babki, ceremonie wokół choroby są mu obce, nie chce nic o chorobie wiedzieć, niczego w chorobie dotykać. Ale chce mieć babkę w zasięgu głosu. Miejsce babki jest w domu. Trzeba zrobić tak, żeby babka miała ciepło. Należy jej się ciepło, mówi.

Ale te zmiany mają swoją cenę. Nowy piec do centralnego ogrzewania będzie pożerał drewno z lasów. W domu zrobi się nienaturalnie gorąco. Żeby zrobić remont, trzeba sprzedać działki. W miejsce dzikiego pojawią się nowe domy, które zaczną na nich rosnąć.

Myślę o lesie, który stanie się pokarmem dla naszego pieca, myślę o bukach, które wraz z dziadkiem będę zwozić w dolinę, (...) myślę o brzozie i jej papierowej skórze, która roznieci ogień pod wszystkim. Myślę o tym, jak żarłoczny jest dom. Temu domowi zawsze było chłodno, zawsze był w nim ziąb. A teraz dziadek wprawił domowi żebra kaloryferów i jest tu gorąc, nie ma schronienia przed tym ciepłem, które usypia, rozleniwia, oszukuje ciało.

Czy tak musi być? Czy cenę za wygodę zapłaci przyroda? Czy to też część cyklu życia i śmierci?

Choroba, śmierć są tu częścią życia, częścią świata natury. To człowiek zaburza ten porządek. Z okien zachodniego pokoju, w którym choruje babka, widać ubojnię. To groźny potwór, który od dawna niszczy życie wsi, w jego cieniu wychowała się narratorka, w jego cieniu mieszkają dziadkowie. Nocą światła ciężarówek wiozących zwierzęta omiatają sufit i ściany pokoju. Budynki zakładu naruszyły wzgórze. Kiedy przychodzi ulewa, ziemia zaczyna się osuwać. 

Ziemia rusza. A więc woda, mówi babka. Patrzymy. Gleba trzymająca na sobie ciężkie budynki ubojni pracuje. (...) Wilgoć naruszyła struktury, weszła na tyle głęboko, że dotknęła kamienistego wnętrza wzgórza. Wilgoć rozgościła się tam, wilgoć ma tam norę, w której ryje, mówię. Tak, przytakują mi babka i Ann.

Codziennie słychać głosy przestraszonych zwierząt, które czują zbliżającą się rzeź. Na ziemi wokół ubojni nic nie chce rosnąć. Drzewa z sadu, który kiedyś tam był, skarłowaciały, nie rodzą owoców. Naturalny cykl został zaburzony.

Sad jest nagi, karłowaty, chory. To przez wilgoć ze środka krów, mówię. Zajmie się tym ogień albo woda, mówi babka.

Narratorka z pokorą przygląda się światu natury. Spokojnie przyjmuje to, co przynoszą ulewy, burze, potem słońce. Rozumie, że jest częścią tego świata. 

Ta powieść składa się z takich mikro scenek, mikro obserwacji. Skupia się na drobiazgach, zagląda w głąb tego, czego zazwyczaj, szczególnie żyjąc w mieście, nie dostrzegamy. W głąb świata przyrody. Ludzkie miesza się ze zwierzęcym. Jakby narratorka próbowała ocalić to, co znika. Chociaż, czy to człowiek będzie górą, wcale nie jest pewne. Natura wciąż upomina się o swoje. Przeciąganie liny trwa. 

Miedza zachodzi krwią. Wrześniowa burza niesie czerwień dalej, w dół wsi, w kolejne rzeki. (...) To się zemści, mówi babka. (...) Dolina śmierdzi. Niech przyjdzie wielka woda, mówi babka.

Babka jest po stronie natury. Wzywa żywioły, aby zrobiły porządek.

To, że Małgorzata Lebda jest poetką, bardzo odcisnęło się na tej powieści. Widać to w cytatach, które przytoczyłam. Ten poetycki  styl sprawia, że ta niespieszna powieść staje się rodzajem medytacji nad śmiercią, chorobą, relacją człowiek-przyroda, zmianą.

Sabina Jakubowska "Akuszerki"

O powieści Sabiny Jakubowskiej "Akuszerki" (Grupa Wydawnicza

Relacja 2022) zrobiło się głośno w momencie premiery. Znakomite recenzje, nominacje do Nike i Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza (debiuty). A ponieważ na książkę w bibliotece nadal czeka się w kolejce, należy przypuszczać, że cieszy się także uznaniem czytelniczek, pewnie przede wszystkim, no i może czytelników. 

Trudno się dziwić, aby było inaczej! Bo kto, tak jak ja, mimo mód literackich, mimo wszelakich postmodernizmów i innych izmów lubi przeczytać porządną, grubą, po bożemu napisaną powieść, a do tego sagę rodzinną, ten prawdopodobnie zachwyci się "Akuszerkami". Chociaż uprzedzam - nie jest to lektura lekka łatwa i przyjemna. Akcja nie gna, są opisy, bardzo głębokie portrety bohaterek, nie niesie łatwego pocieszenia, nie stroni od dramatycznych wydarzeń, losy bohaterów nie są usłane różami, choćby dlatego, że przeczołgała ich Historia, a do tego dużo tu fizjologii, co może odstręczać niektóre czytelniczki, a zwłaszcza czytelników. Wszak tytuł nie jest przypadkowy. Chociaż nie lubię takich porównań, to ja "Akuszerki" postawiłabym na półce obok moich ulubionych "Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej. Jeśli tym zestawieniem odstręczyłam kogoś od lektury powieści Sabiny Jakubowskiej, wiem, wiem, że saga Marii Dąbrowskiej uznawana jest przez wielu za ramotę, to pragnę zaznaczyć, że "Akuszerki" to jednak wersja 2.0.  Aż dziwne że ta klasyczna książka znalazła też uznanie krytyczek i krytyków. Takie to niedzisiejsze w czasach, kiedy raczej sięga się po krótsze formy, ceni literacki eksperyment i uwielbia babrać we wszelkich autofikcjach. 

Tymczasem mną powieść Sabiny Jakubowskiej zawładnęła całkowicie, wchodziłam w wykreowany przez nią świat całą sobą, czytałam w każdej wolnej chwili i siedemset stron większego formatu połknęłam w półtora tygodnia, a przecież w  tym czasie normalnie pracowałam. Kiedy skończyłam, przeżyłam syndrom odstawienia - zrobiło mi się smutno i dziwnie, kiedy po powrocie do domu nie mogłam się już zanurzyć w jadownickim świecie. 

Użyłam tu słów wykreowany świat, tymczasem to nie do końca prawda. Chociaż główną bohaterkę, Franciszkę Diabelec-Dadejową, i wiele innych postaci, zawdzięczamy wyobraźni autorki, to przecież świat tej powieści bardzo mocno został osadzony w rzeczywistości historycznej. Już miejsce jest prawdziwe - wieś Jadowniki obok Brzeska. Na wyklejkach książki znajduje się mapka obu miejscowości. (Uwielbiam mapy!) Tak, tak, Sabina Jakubowska jest związana z Jadownikami. Stamtąd pochodzą jej przodkowie, tam wrócili jej rodzice, kiedy była dzieckiem, tam nadal mieszka. Anna Czernecka, położna, jedna z drugoplanowych bohaterek, to jej prababka. I nie jest to jedyna postać prawdziwa w tej książce. Na końcu znajdziemy spis osób rzeczywistych. A liczne zapiski dotyczące przebiegu porodu, opieki nad rodzącą kobietą i jej dzieckiem, czyhających na nich zagrożeń, które w powieści pochodzą z zeszytu Franciszki, w rzeczywistości są cytatami z takiego samego zeszytu Anny Czerneckiej, prababki autorki.  Sama autorka jest doulą, czyli osobą, która towarzyszy kobiecie w czasie porodu. Sabina Jakubowska interesuje się historią regionu, co widać w jej książce. Znajdziemy na kartach powieści sporo historycznych wydarzeń - wielki pożar Brzeska, powódź, pogromy Żydów, zdarzenia z czasów pierwszej i drugiej wojny światowej, ruch ludowy, kryzys z czasów Drugiej Rzeczpospolitej, epidemię tyfusu.

Akcja powieści zaczyna się w roku 1885, kończy w 1950. Główną bohaterką jest Franciszka, córka Reginy Perkowej, wiejskiej akuszerki. Poznajemy ją w momencie, kiedy rodzi swoje pierwsze dziecko. Ma wtedy osiemnaście lat. Ona też zostanie akuszerką, a potem dyplomowaną położną. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności będzie mogła skończyć Cesarsko-Królewską Szkołę Położnych w Krakowie. Szkoła też nie jest dziełem wyobraźni autorki, a nazwiska pracujących w niej profesorów, asystentów i położnych znajdziemy w wykazie postaci rzeczywistych, o którym wspominałam. Było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że taka szkoła istniała, a jeszcze większym, że aby się w niej uczyć, nie trzeba było mieć świadectwa ukończenia szkoły. Wymagano oczywiście umiejętności czytania i pisania. 

Wielkim odkryciem był dla mnie świat wiejskich akuszerek i położnych. Jak już wspominałam, fizjologii jest w tej powieści bardzo dużo - opisy licznych porodów, cytaty z zeszytu Anny Czerneckiej, który powstał w czasie, kiedy uczyła się w krakowskiej szkole położnych. Te wiejskie akuszerki i położne to kobiety niezwykle silne. Dzięki zawodowi zdobywały w swojej społeczności niezwykłą pozycję. Dzieci rodziło się bardzo dużo, były potrzebne, miały ręce pełne roboty. Wykonywane zajęcie dawało im samodzielność - możliwość zarobkowania, chociaż nie zawsze za odebranie porodu dostawały pieniądze. Często płacono im w naturze - dostawały żywność, bo o to na wsi najłatwiej. Ale to jednocześnie zawód trudny, wymagający. Trzeba pomagać niezależnie od okoliczności, pory roku, dnia czy nocy, odległości. Nawet jeśli do porodu ktoś zawiezie, to często wracać położna musiała sama, bo mąż rodzącej zostawał przy żonie i dziecku. Bywało, że ledwo wróciła do domu i marzyła tylko o odpoczynku, a już wzywano ją do kolejnej kobiety. A przecież najczęściej sama miała dzieci i kilkakrotnie była w ciąży. Nawet wtedy pracowała. 

Chociaż z opowieści przebija zachwyt dla cudu narodzin, tkliwość i szczęście, to autorka nie ucieka od ciemnych stron tego zawodu. O zmęczeniu już wspominałam, ale są też rodziny, miejsca i okoliczności, których wolałoby się unikać. Franciszce często towarzyszy strach, bo nie wie, co ją może spotkać po drodze i na miejscu, albo obrzydzenie z powodu warunków, w jakich żyją kobiety, do których ją wezwano. Ciemną stroną tego zajęcia był alkohol. Położne i akuszerki zwyczajowo częstowano wódką i trudno było odmówić szczęśliwym rodzicom. Nikt nie pytał, czy są głodne, a często były, nikt nie proponował im jedzenia, za to proponowano wódkę. Alkohol był też lekarstwem na zmęczenie. Nieodłączną towarzyszką tego zawodu jest też Śmierć, tak właśnie pisana w tej powieści - z dużej litery. Często to wybawienie, dlatego Regina i Franciszka nazywają ją Łaskawością. Autorka pokazuje też, jak ten zawód z czasem zaczyna się zmieniać. Dwie córki Franciszki, też absolwentki tej samej szkoły, będą wolały pracować w szpitalu, jedna w Krakowie, druga w Brzesku. A to już zupełnie inny świat.

A poza tym, jak to w rodzinnej  sadze, dostajemy opowieść o ludzkich losach. O ich meandrach, o wielkiej miłości, ale i wielkim bólu. Bo bohaterka doświadcza w swoim życiu wszystkiego - ciężkiego losu wiejskiej dziewczyny wydanej za mąż za starszego od siebie, niekochanego mężczyznę, potem wielkiej miłości, radości macierzyństwa, ale i utraty, wielkiego cierpienia, upadku na samo dno, dostatku i biedy. Takie doświadczenia są wspólne dla wielu bohaterek i bohaterów tej powieści. Jak to w życiu. Autorka, jak już wspominałam, nie lukruje rzeczywistości. Akcja powieści toczy się w określonym czasie historycznym i trudno byłoby uwierzyć, że bohaterek i bohaterów nie dotykają nieszczęścia związane z wojnami i innymi tragicznymi wydarzeniami historycznymi. Takie jest życie, raz z górki, raz pod górkę. Wielu nie przeżyje zawirowań losu, a ci, którym się uda, będą musieli jakoś odbudować swoją codzienność, chociaż nie zawsze jest to łatwe. Czy to, że wszystko w końcu mija, że każda wojna, każdy pożar, każda powódź, każda epidemia kiedyś się kończą, niesie pocieszenie? Jakieś tak, ale wolałabym nie doświadczyć takich nieszczęść, jakie spadały na bohaterki i bohaterów tej powieści. Mnie szczególnie poruszyły fragmenty o epidemii tyfusu. 

Jest to wreszcie książka o życiu na wsi, o sile, jaką daje rodzina, a przede wszystkim o codzienności wiejskich kobiet. Jej uzupełnieniem na pewno mogą być "Chłopki" Joanny Kuciel-Frydryszak. Ta lektura wciąż przede mną. Wielką zaletą powieści są wspaniałe bohaterki, przede wszystkim Franciszka i jej matka Regina, no i sama ekscytująca historia, od której naprawdę trudno się oderwać.

Ja się w "Akuszerkach" zakochałam i polecam je gorąco.

Aleksandra Tarnowska "Wniebogłos"

Nie raz zwierzałam się w tych notkach, jak nieufnie podchodzę do

debiutów. Rozumiem, że są istotne, ale wolę poczekać na kolejne książki. Pierwszymi niech zajmują się zawodowe krytyczki i zawodowi krytycy. Czasem jednak daję się skusić. Tak się właśnie stało w przypadku powieści Aleksandry Tarnowskiej "Wniebogłos" (ArtRage 2023). Co mnie przyciągnęło? Oprócz pochlebnych recenzji, a z tymi trzeba, jak wiadomo, ostrożnie, temat. Wieś lat siedemdziesiątych (podobno - taka informacja zamieszczona jest w opisie wydawcy, sama nie doszłabym do tego, czy to lata siedemdziesiąte, sześćdziesiąte, a może nawet pięćdziesiąte). A pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu ten temat by mnie odstręczył, ale wszystko zmieniła moja późna miłość do twórczości Wiesława Myśliwskiego. 

Napiszę krótko i bez owijania w bawełnę - debiutancka powieść Aleksandry Tarnowskiej naprawdę mnie zachwyciła. Najpierw złapała od pierwszych zdań, potem nieco zdumiała i stawiała opór, aby wreszcie nie pozwolić się od siebie oderwać, kazać wejść w wykreowany świat głęboko, a nawet wzruszyć do łez. Nie losem głównego bohatera, dwunastoletniego Ryśka, chociaż bardzo mu kibicowałam, ale dlatego, że przywołała osobiste wspomnienia. 

Jestem pełna podziwu dla młodej autorki, rocznik 1990, która potrafiła wykreować ten wiejski świat i związane z nim pogrzebowe obyczaje. Jak młoda osoba wpada na taki pomysł? Niewiele o niej wiadomo. Mieszka w Turcji, gdzie wyjechała za pracującym tam mężem, wychowuje dziecko. Tym bardziej to dziwne. Raczej można by się spodziewać reportażu stamtąd albo opowieści o doświadczeniach młodej matki. A tu polska wieś lat siedemdziesiątych, dwunastoletni chłopak marzący o graniu i śpiewaniu, pogrzebowe obyczaje. Jakieś rodzinne inspiracje? Literackie? Wszak z wykształcenia jest polonistką. Podobno swoją książką autorka nawiązuje do powieści Tadeusza Nowaka "Wniebogłosy". Tytułem na pewno. Nie znam jego twórczości, czytałam dawno temu jedną książkę, wtedy mnie śmiertelnie nudziła i nic, a nic nie obchodziła. No ale byłam wówczas bardzo młoda i nie umiałam przyjąć obcego mi doświadczenia. Aż mnie korci, aby spróbować jeszcze raz, tym bardziej, że twórczość Tadeusza Nowaka od czasu do czasu jest przez kogoś przywoływana. Ale po tych dywagacjach, czas przejść do sedna, czyli do "Wniebogłosu".

Jak wspominałam, bohaterem powieści jest dwunastoletni Rysiek mieszkający we wsi Tuklęcz, który marzy o tym, aby śpiewać i grać w wiejskiej kapeli. Kto usłyszał jego śpiew, twierdzi, że ma głos jak dzwon. Babcia chciałaby, aby wykonywał pogrzebowe pieśni i przejął pałeczkę po niej i innych starych kobietach, które towarzyszą rodzinie i znajomym w czasie czuwania przy zwłokach zmarłego. Ale on pragnie zaciągnąć się do wiejskiej kapeli. Problem w tym, że nie ma instrumentu, a ojciec o jego śpiewaniu i graniu nie chce słyszeć. 

Ryśkowi, tak jak i innym mieszkańcom wsi, stale towarzyszy śmierć, która jest tu czymś naturalnym, częścią ludzkiego losu. Kiedy ktoś umiera, wysyła się dzieci z różańcem, który mają zawiesić w przydrożnej kapliczce na figurze świętego Jana Nepomucena. To znak dla wszystkich, że ktoś nie żyje. Wieść roznosi się lotem błyskawicy, dlatego sąsiedzi zbierają się w przy zwłokach zmarłego na czuwaniu, któremu towarzyszą pogrzebowe pieśni. Wcześniej trzeba ciało umyć i ubrać, przynieść specjalną deskę, na której zmarły będzie leżał do dnia pogrzebu. Potem kondukt żałobników wyruszy pod górę na miejscowy cmentarz. Ciało pojedzie na wozie należącym do ojca Ryśka, który jest grabarzem. Profesję przejął po swoim ojcu. We Wszystkich Świętych mieszkańcy tłumnie stawiają się na cmentarzu. Ale ze zmarłymi obcuje się nie tylko wtedy. Oni są obecni, czuwają, przychodzą, dlatego nie można o nich zapominać, zwłaszcza  przy okazji Bożego Narodzenia. Tego uczył Ryśka dziadek, który wynosił duszom zmarłych jedzenie po wigilijnej wieczerzy. 

Chociaż śmierć jest w tym świecie czymś naturalnym, chociaż oswaja się z nią dzieci, to nie oznacza braku cierpienia. Rysiek boleśnie odczuwa odejście swoich najbliższych, tym bardziej, że obwinia się o ich śmierć. Wierzy, że umarli, bo śpiewał przy nich pogrzebowe pieśni. Jest sam ze swoim cierpieniem, nie ma komu o tym opowiedzieć. Ojciec nie umie go wysłuchać, traktuje  szorstko, bez sentymentów. Poza tym zajęty jest swoimi sprawami, o co Rysiek ma do niego pretensje i żal. Czuje się zdradzony, niepotrzebny i odrzucony. Jest na ojca wściekły. Nie ma odwagi porozmawiać z nim o instrumencie, o którym marzy. Właściwie ma pewność, że zostanie wyśmiany i zgaszony. Stale odwleka tę rozmowę. Kłębią się w nim uczucia - tęsknota za zmarłymi, złość na ojca, pragnienie śpiewania i chęć stłumienia tej pasji, bo święcie wierzy, że przyczyniła się do nieszczęścia. Doprowadzony do rozpaczy, chciałby porzucić wieś, wyjechać za Wisłę, poznać inny świat, o którym opowiadają starsi bracia kolegów. 

Rzeka w sposób symboliczny oddziela Tuklęcz od cywilizacji. Ryśkowi wydaje się, że jego wieś jest gdzieś na końcu świata. A  dom rodzinny, znajdujący się w cienistej dolinie, od tego świata oddalony jest jeszcze bardziej. Nawet elektryfikacja tu nie dotarła. Tuklęcz rozpięta jest gdzieś pomiędzy cmentarzem znajdującym się na wzgórzu, a doliną, w której mieszka Rysiek. On stale jest w ruchu, ciągle gdzieś gna, pędzi, przemierza wielokrotnie tę trasę góra dół, jakby chciał dać upust targającym go emocjom. Jakby schodził gdzieś na dno swojej rozpaczy.

Aleksandra Tarnowska wykreowała na kartach swojej powieści świat w sposób tak intensywny, że z łatwością można się w nim zanurzyć i trudno o nim zapomnieć. Pokazuje wieś, jakiej już nie ma. Świat, w którym role są tradycyjnie przypisane - mężczyźni są oschli, piją, bywają brutalni, a kobiety ciepłe, opiekuńcze. To u babć i matek można znaleźć ukojenie i zrozumienie, dlatego ich brak oznacza głęboką samotność.

Jak się skończy historia Ryśka? Czy odnajdzie wewnętrzny spokój, pogodzi się z sobą i z ojcem? Czy będzie mógł śpiewać? Towarzysząc jego historii, bardzo chciałam, aby tak się stało. Chciałam katharsis dla niego i dla siebie. No ale zakończenia nie mogę zdradzić.

Bardzo dobra powieść, która ze mną została. No i pięknie napisana.

Monika Śliwińska "Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat"

Każda książka ma swój czas. Kolejny tytuł Moniki Śliwińskiej

"Panny z "Wesela". Siostry Mikołajczykówny i ich świat" (Wydawnictwo Literackie 2020) przeleżał w moim ukochanym czytniku trochę, aż wreszcie teraz okazał się znakomitym uzupełnieniem wystawy malarstwa Włodzimierza Tetmajera, którą niedawno obejrzałam. Wcześniej porwały mnie jej dwie inne książki - "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich" oraz "Wyspiański. Dopóki starczy życia". Z niecierpliwością czekam na biografię Boya, oczywiście tej samej autorki, która powstaje. 

Monika Śliwińska kręci się wokół podobnych tematów, wyraźnie interesuje ją Młoda Polska, a co za tym idzie - Kraków, jej książki uzupełniają się wzajemnie, tworząc coraz szersze uniwersum. We wszystkich trzech pozycjach pojawia się wiele tych samych postaci, co oczywiste, nie może być przecież inaczej. Ja jednak nie narzekam, bo pamięć jest tak zawodna, że przeczytanie po raz kolejny tych samych informacji, raz w wersji rozszerzonej, raz okrojonej, zawsze pod trochę innym kątem, powoduje, że coś się tam w głowie uleży. Jej opowieści mają to do siebie, że wpadam w nie całkowicie. Działają na  mnie na wielu polach - wywołują emocje, pobudzają wyobraźnię, dostarczają solidnej dawki wiedzy, czasem pozwalają spojrzeć na pewne sprawy znane ze szkolnych czasów w nowy sposób, a często odsłaniają zupełnie nieznane światy. Tak było szczególnie w przypadku biografii sióstr Pareńskich i teraz Mikołajczykówien.

Zacznę od wyjaśnienia istotnej kwestii. Otóż książka Moniki Śliwińskiej, o której piszę dzisiaj, to jednak bardziej sygnalizowany w tytule ich świat niż biografia sióstr upamiętnionych na zawsze przez Stanisława Wyspiańskiego w "Weselu". To nie znaczy, że ich tam nie ma, oczywiście są, ale znacznie więcej miejsca poświęca autorka obyczajom bronowickich włościan, Krakowowi, a przede wszystkim sławnym mężom dwóch sióstr, Włodzimierzowi Tetmajerowi, który ożenił się z najstarszą Anną, i Lucjanowi Rydlowi, który zakochał się w tej najmłodszej. Co ciekawe najmniej informacji znajdziemy w książce o średniej, Marii, w której, jak głosi legenda, zakochał się malarz Ludwik de Laveaux. Podobno byli nawet zaręczeni, ale jego przedwczesna śmierć pokrzyżowała ich plany. Monika Śliwińska wątpi w prawdziwość ich zaręczyn, udowadniając swoją hipotezę na podstawie różnych źródeł. 

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego w "Pannach z "Wesela"" jest mniej biografii, a  więcej  ich świata. Podejrzewam, że w tym wypadku sprawdziło się przysłowie, tak krawiec kraje, jak materii staje. Siostry Mikołajczykówny, inaczej niż sportretowane przez autorkę wcześniej siostry Pareńskie, były chłopkami z Bronowic i najprawdopodobniej jest na ich temat znacznie mniej materiałów. Nie pochodziły ze znanej zamożnej krakowskiej rodziny związanej ze światem naukowym i artystycznym, wychowały się w Bronowicach w chałupie Jacentego Mikołajczyka. Z trudem przychodziło im pisanie, czego wstydziły się do końca życia, szczególnie Jadwiga. Dlatego też pewnie najmniej wiemy o Marii, bo obaj jej mężowie, tak jak i ona, pochodzili z ludu. Anna i Jadwiga są bardziej znane dzięki ich sławnym mężom. No i zostały uwiecznione w "Weselu", co za ich życia niekoniecznie się im przysłużyło, szczególnie Jadwidze. Oliwy do ognia dolała jeszcze "Plotka o "Weselu"" Boya.

W takim razie czego się o nich dowiadujemy? Że wychodząc za mąż za panów z miasta, artystów musiały się początkowo zmierzyć z niechęcią ich rodzin, a nawet z ostracyzmem krakowskiego towarzystwa. To ostanie szczególnie dotknęło Jadwigę, którą, kiedy pojawiała się w Krakowie, traktowano jak dziwowisko. Zdarzało się, że na ulicy dotykano jej stroju, przyglądano się jej z niezdrową ciekawością, a nawet bywało, że ktoś napluł jej pod nogi. Dlatego kiedy w kryzysowych finansowych sytuacjach albo zimą zdarzało się Rydlom, wcale nie tak rzadko, mieszkać w mieście, Jadwiga niechętnie wychodziła z domu. Niechętnie bywała też w teatrze z tych samych powodów. Znacznie łatwiej było Annie, bo małżeństwo Tetmajerów zostało przez rodzinę i krakowskie towarzystwo zaakceptowane szybciej. Potem nie mogli opędzić się od gości, co utrudniało im codzienne życie. Obie też nigdy nie wyrzekły się swoich chłopskich, bronowickich korzeni. Prowadziły gospodarstwo, sprzedawały plony, szczególnie na początku, na krakowskim targu, który wtedy mieścił się na placu Szczepańskim. Zawsze chodziły w bronowickich strojach. Ale już dzieci kształciły i ubierały po miejsku. 

Obie wspierały swoich mężów, były im oddane, podobnie jak oni im. Lucjan Rydel mimo ciągłych kłopotów finansowych  rozpieszczał Jadwigę, nie żałował pieniędzy na jej stroje, które, jak się okazuje, były kosztowne. Zmagały się z problemami dnia codziennego, kłopotami z lokum. Zanim Tetmajerowie osiedli w swoim trzecim i ostatnim domu, a Rydlowie ostatecznie w dworku, który dziś znany jest jako Rydlówka, a w którym odbyło się ich wesele uwiecznione, ku utrapieniu nie tylko ich, przez Stanisława Wyspiańskiego, tułali się po różnych miejscach. Towarzyszyły im kłopoty finansowe, bo pieniądze pojawiały się nieregularnie i znikały bardzo szybko. Jadwiga była słabego zdrowia w przeciwieństwie do Anny, której nie nadwyrężyły liczne porody i połogi. 

Ale najbardziej niesamowite są jej wojenne losy. Z najmłodszą córką, jej mężem, dziećmi, teściową trafiła na zesłanie na Syberię. Mimo niewyobrażalnie ciężkich warunków nie straciła ducha, wspierała córkę, która musiała katorżniczo pracować, wierzyła, że wróci do swoich Bronowic. Potem cudem znalazły się wśród rodzin żołnierzy Armii Andersa ewakuowanych najpierw do Iranu, a potem do Indii. A nie była to łatwa droga. Jak się okazuje, niewiele na ten temat wiedziałam. Mimo tych trudów wróciła do swoich ukochanych Bronowic, przetrwała wszystko i dożyła naprawdę sędziwego wieku. Opowieść o tym okresie jej życia jest wzruszająca.

Równie ciekawa jest historia Włodzimierza Tetmajera i Lucjana Rydla, o których coś tam wiedziałam, więcej oczywiście o tym drugim, ale jak się okazuje i tak niewiele. To dla mnie też odkrycie. Tak jak olśnieniem okazało się bajecznie kolorowe malarstwo Tetmajera, którego nie znałam. Widziałam pojedyncze obrazy w muzeach, ale wypadły mi z pamięci. Zgromadzone na jednej wystawie robią wrażenie, barwą, witalnością, tematyką. Nie będę tu pisała o losach obu artystów, wspomnę tylko o tym, co szczególnie zwróciło moją uwagę. Ich małżeństwa nie były przejawem kaprysu, chwilowej mody, jak się je często przedstawiało, ale wynikiem miłości. Musieli pokonać opór swoich rodzin i ostracyzm krakowskiego towarzystwa. Okazały się udane, a oni na zawsze związali się z Bronowicami i ich mieszkańcami, pozostali wierni temu miejscu, mimo że obracali się także w miejskim i artystycznym środowisku. Uczestniczyli w życiu wsi i zajmowali się także gospodarstwem. Koegzystencję tych dwóch światów widać w obu domach, które wybudowali Tetmajerowie, w Rydlówce i w tym  trzecim, który stał się rodzinną siedzibą i do dziś pozostaje w rękach ich potomków. To zawsze miało być połączenie wiejskiej chałupy i dworku szlacheckiego.

Bardzo ciekawa książka. Wiele się z niej dowiedziałam. Mam nadzieję, że po biografii Boya Monika Śliwińska nie zarzuci swoich zainteresowań epoką i będzie rozszerzała uniwersum, które tworzy w swoich książkach.

Zyta Oryszyn "Najada"

Wydawnictwo Drzazgi rozpoczęło swoją działalność w roku 2021 od

wznowienia, pięćdziesiąt lat od premiery, powieści "Najada", debiutu nieżyjącej już pisarki Zyty Oryszyn. Bardzo interesujące posłowie przybliżające jej życie i przede wszystkim twórczość napisała Inga Iwasiów. Świetne recenzje i tematyka książki sprawiły, że zapragnęłam ją przeczytać. Oczywiście, jak często bywa, od postanowienia do realizacji trochę zeszło. Wcześniej nie znałam żadnej z powieści pisarki, teraz miałabym ochotę przeczytać przynajmniej dwie, ale niestety są niedostępne. Może Drzazgi pójdą za ciosem i je wznowią? Tak sobie marzę. Trzy ostatnie zdania nie pozostawiają wątpliwości, że i mnie "Najada" się spodobała. Nawet bardzo.

Czas wyjaśnić, co jest tematem książki, bo to on, poza recenzjami, sprawił, że po nią sięgnęłam. Akcja powieści rozgrywa się na wsi, prawdopodobnie w latach sześćdziesiątych. Z tego powodu z jednej strony stawia się ją obok twórczości takich pisarzy jak Wiesław Myśliwski, Marian Pilot czy Edward Redliński, z drugiej przeciwstawia się im, bo pisarka bohaterkami "Najady" uczyniła przede wszystkim kobiety, chociaż równie ważny jak one jest jeden mężczyzna. Już samo przywołanie w kontekście tej książki nazwiska Myśliwskiego, którego twórczość uwielbiam, było dla mnie wystarczającym magnesem. I rzeczywiście odnalazłam w niej klimat jego prozy. 

Przede wszystkim zachwyciły mnie znakomicie wykreowany nastrój, świat, w którym miesza się twarda codzienność z niepokojącymi legendami opowiadanymi przez mieszkańców, i wreszcie język, taki, jaki lubię najbardziej - kunsztowny, trochę poetycki, a jednocześnie stylizowany, momentami dosadny.

Czy można oswoić czyjeś myśli jak ptaka zamorskiego, tak by do obcych, nieznanych krajów nie poleciał, by w ciepłej kuchni siedział i kruszyny domowego chleba podziobywał, i studzienną wodę pił, miast tej z przestworzy? Ale przecież ani ptaka zdrowego w domu nie uchowasz, ani czyjejś myśli ciekawej świata, a nie rodzinnych betów.

Ale równie istotni są bohaterowie i niepokoje, które nimi targają. Najważniejsi to Marychna i Sawka. Ona półsierota, nigdy nie poznała swojego ojca, który został rozstrzelany w czasie wojny w egzekucji ulicznej. Mieszka z matką i dziadkiem, starszy brat już dawno wyjechał do miasta, pracował w kopalni, potem skończył studia, ożenił się. Do domu zagląda rzadko, jego miejsce jest już gdzie indziej. Marychna pomaga matce w gospodarstwie, ale od dawna czuła jakiś niepokój. Myśli o nieżyjącym ojcu, zastanawia się, gdzie jest jej miejsce. Gdzie jej będzie lepiej - tu w rodzinnej wsi czy gdzieś dalej w mieście? Czy tam znikną lęki, niepokoje i rozterki, które ją dręczą? Czy znajdzie odpowiedź na pytania, które sobie zadaje?

Ludzie, co my na tej świętej ziemi robimy?

No i co, z czego się śmiejesz, z czego się radujesz, przecież gdybyś tak teraz zniknęła, ot tak fiut, i nie ma ciebie, to co by się stało, nic by się nie stało. Czy to zadziwiłoby świat, że brakuje na nim takiej Maryśki Białawskiej, takiej tam skądyś (...)

Kiedyś spróbowała, wyjechała, ale okazało się, że to tylko złudzenie. Niepokój nie zniknął.

Co takiego człowiek w sobie nosi ze sobą, że wszędzie mu tak samo?

Marychna w końcu jednak dochodzi do wniosku, że trzeba swoje życie uczynić ważnym, aby przeciwstawić je śmierci. Ta ważność to zgoda na to, że istotne jest to, co robimy, co wokół nas, to, że wsłuchujemy się w siebie, żyjemy świadomie, cieszyć nas może nawet to, że woda z kranu kapie.

Sawka jest w tej wsi obcy. W dodatku znajda bez korzeni, nie wie, kim byli jego rodzice. Wychowany przez obcą kobietę - znalazła go na progu swojego domu z karteczką, na której było jego imię, Sławomir. Ma po niej nazwisko, Ganowski, stała się dla niego jak babcia, ale szczęście nie trwało długo - nie zdradzę dlaczego. Potem był sierociniec, po szkole wojsko. Teraz pracuje tu, w tuczarni świń, pomaga też gospodarzom w pracach polowych. Sawka też zastanawia się nad sobą. Kim jest? Taki wykorzeniony. Czego tak naprawdę chce? Czy rzeczywiście czuje coś do Marychny, w obronie której stanął na wiejskiej zabawie? 

Czy to nie on leżał po nocach z otwartymi oczami, dziwiąc się swojemu pulsującemu sercu: dla kogo, na co? Na jaki świt? Na jaki zmierzch, na jaką śmierć, na jakie życie? (...) A on co? Co on zrobił, o czym mógłby powiedzieć: "Zrobiłem swoje"?

Wskazówką  stały się dla niego słowa Molendy, wiejskiego filozofa.

Bo to, panie, w duszy się trzeba wzbogacać. To wszystko, co się przeżyło, nosić ze sobą i nie zapominać o niczym, i żyć tak, jakby każdy dzień miał być ostatnim dniem na tym padole. (...) ... trzeba w każdej chwili móc zwinąć w rulon to, co przeżyłeś, ten cały kram (...) i hajda tam, gdzie ci twoja podejrzliwość powiedziała, że możesz rozpostrzec ten rulon, rozpościelić - i wyrosną z niego kwiaty, chłód i zapach sosen dla tych, którzy właśnie tego szukają.

Sawka ostatecznie też godzi się ze sobą. 

Nie będzie więcej pytań "po co". Będą tylko odpowiedzi. A właściwie to tylko jedna odpowiedź - "po wszystko". Po radość z (...) szczęśliwości, cierpienia, zapachów i barw. Do tej pory najada w nim zapuszczała korzenie. A teraz on spróbuje, wyrzuciwszy ją z serca zapuścić korzenie w życie.

Kim jest ta tytułowa najada? To nimfa żyjąca w miejscowym jeziorze, której boją się mieszkańcy. On postanawia się jej przeciwstawić. Wziąć los w swoje ręce.

Bohaterowie powieści są bardzo samotni. Nie potrafią mówić o tym, co ich męczy, zamykają się przed innymi ze swoimi zmartwieniami. Sawka, Marychna, jej matka, jej dziadek, koleżanka Wiśka. Stara Białawska nie umie okazać córce czułości. Trudno się dziwić. Dźwiga przecież swoje traumy - śmierć męża, samotne macierzyństwo, tęsknotę za synem. Teść, który mógłby być wsparciem, też zamyka się w swoim świecie, wspominając zmarłą matkę swojego syna.

Książka Zyty Oryszyn, mimo że napisana ponad pięćdziesiąt lat temu, nieoczekiwanie porusza bardzo współczesne tematy. Oprócz niepokojów dręczących bohaterów, oprócz samotności i alienacji, pojawia się także temat pokątnych aborcji i delikatnie zasugerowana, ale obecna,  ledwie uświadamiana homoseksualność jednego z bohaterów.

Bardzo ciekawa, znakomicie napisana powieść. Nie tylko dla miłośników Wiesława Myśliwskiego. 

Wiesław Myśliwski "Nagi sad"

Z twórczością Wiesława Myśliwskiego długo było mi nie po drodze.

Chociaż chociaż niezwykle ceniła go i lubiła bliska mi osoba, chociaż dostawał nagrody (dwa razy Nike), dla mnie była to literatura wiejska, a więc nudna, nie moja. Co mnie to obchodzi? Tak wtedy myślałam. Dopiero koleżanka z pracy, która zachwycała się "Traktatem o łuskaniu fasoli", weszła mi nieświadomie na ambicję. Jakoś nie podejrzewałam jej o takie lektury. Jak to tak - ona może, a ja nie? Dziś mi głupio, że w ten sposób o niej pomyślałam. Głupio mi też, że tak późno sięgnęłam po prozę Myśliwskiego. Teraz to jeden z moich ulubionych pisarzy. Po lekturze "Traktatu" (pożyczyłam od rzeczonej koleżanki) przyszły kolejne - "Widnokrąg", "Kamień na kamieniu", na końcu "Ucho igielne". Teraz pod wpływem tekstów, jakie ukazują się z okazji dziewięćdziesiątych urodzin pisarza, postanowiłam sięgnąć po jego debiut, który od dawna mam w czytniku. "Nagi sad" (Znak 2011; wydanie najnowsze 2020). 

Jeśli zna się inne książki pisarza, od razu dostrzeże się wszystkie nitki łączące tę debiutancką powieść z kolejnymi, ale widać też różnice. Najpierw to, co łączy. A więc bohater-narrator. Urodzony na wsi spoglądający na swoje życie z perspektywy człowieka dojrzałego, żeby nie powiedzieć starego. Niezależnie od swojego wykształcenia skłonny do refleksji, zadumy nad światem i życiem, filozoficznych rozważań. Szeroko pojęty temat - oczywiście wieś i ludzki los. Luźna struktura opowieści - każdy rozdział stanowi osobną całość, ale jednocześnie wszystkie łączą się ze sobą. Charakterystyczna dla Myśliwskiego jest szkatułkowa konstrukcja rozdziałów - narrator wychodzi od czegoś, aby po jakimś czasie zacząć snuć inną opowieść, często będącą retrospekcją. No i przede wszystkim język, prawdziwe mistrzostwo. Gęsty, obrazowy, nasycony metaforami, miejscami stylizowany na gwarę. Bywa, że trzeba czytać uważnie, wrócić do jakiegoś fragmentu, szczególnie w partiach refleksyjnych, filozoficznych. Ale jest też pewna różnica między debiutem, a późniejszą twórczością Myśliwskiego. "Nagi sad" jest krótki, niecałe dwieście stron. To niewiele wobec późniejszych powieści pisarza, które, począwszy od trzeciej w kolejności, "Kamienia na kamieniu", liczą sobie ponad pięćset stron każda. Dlatego czytając debiutancką książkę pisarza, miałam wrażenie większej koncentracji. Nie ma tu tak charakterystycznej dla jego późniejszej prozy rozbuchanej narracji - opowieści, anegdot, wielości barwnych, nietuzinkowych bohaterów. I przyznam, że tego mi zabrakło. Czytelniczego fanu, przyjemności, jaką daje barwna opowieść.  Dlatego dobrze się stało, że moją przygodę z Myśliwskim zaczęłam od tych opasłych tomów.

W "Nagim sadzie" postaci jest zaledwie kilka. Nawet historia głównych bohaterów, ojca i syna, nie została jakoś dokładnie rozpisana. Nie poznamy ich losów ze szczegółami. Podobnie jest ze światem, jaki ich otacza. Wiemy, że to wieś, że gdzieś jest miasto, w którym do szkoły chodził syn, jest dwór, który potem został rozparcelowany. Wojnę zaledwie się wspomina, inaczej niż w późniejszych powieściach, gdzie staje się źródłem ważnych doświadczeń dla bohaterów. A więc domyślamy się, że narrator skończył szkołę jeszcze przed wojną, bo ojciec, który przywozi go do domu, aby uczcić to ważne zdarzenie, pożycza konia od dziedziczki. Potem był wiejskim nauczycielem i tak przepędził życie, które podsumowuje. Jego świat niewiele się zmienia mimo dziejowych burz - wojny, zmiany ustroju, co zaznaczone zostało w książce rozparcelowaniem dworskiej ziemi i rozgrabieniem dworu. On wziął tylko książki. Bardziej z poczucia, że tego się wszyscy po nim spodziewają, niż z prawdziwej chęci. Bo choć dla ojca jest przedmiotem dumy, przecież dzięki jego uporowi skończył szkołę i w rodzinnej wsi uchodzi za człowieka wykształconego, to sam nie uważa swojego życia za wielki sukces. Ma świadomość niedostatków, powierzchowności wykształcenia. Może dlatego wrócił na wieś, a nie jak bohaterowie "Widnokręgu" czy "Ucha igielnego", którzy zdobywszy prawdziwe wykształcenie, zostali w mieście.

Jednak najważniejszy temat "Nagiego sadu" to więź łącząca ojca i syna. O tym jest ta powieść. Obaj są dla siebie najważniejsi, cicha matka pozostaje gdzieś w cieniu. Nawet kiedy umiera, dzieje się to w sposób niemal niezauważalny. Jakby wyszła do swoich codziennych zajęć i zaraz miała wrócić. Życie ojca zaczęło się naprawdę, kiedy dowiedział się, że wkrótce będzie miał dziecko. Potem z charakterystycznym dla siebie uporem walczył o jego zdrowie, wykształcenie, a wreszcie odpowiednie uczczenie jego powrotu do domu, na wieś. Nie jest to bliskość wylewna, nie wyraża się w słowach, ale w stałym poszukiwaniu siebie. Takim symbolicznym miejscem, w którym najpierw ojciec szuka chowającego się na drzewie syna, a po latach syn będzie szukał ojca powoli osuwającego się w demencję, jest właśnie ów tytułowy nagi sad. Sad niewielki, w którym trudno się zgubić, a jednak obaj muszą się w nim stale na nowo szukać. Podskórnym pytanie, jakie odczytuję w tej powieści, brzmi, czy syn sprostał oczekiwaniom ojca. Czy go nie zawiódł? Może gdyby był równie jak on uparty, zostałby w mieście? Ale czy każdy musi?

"Nagi sad" na pewno nie jest moją ulubioną książką Myśliwskiego, ale cieszę się, że mogłam ją przeczytać. To prawdziwa przyjemność ponownie spotkać się z prozą pisarza. Jeśli ktoś nie zna dotąd jego twórczości, niech zacznie od "Widnokręgu", potem w dowolnej kolejności "Traktat o łuskaniu fasoli" i "Kamień na kamieniu" (to moje top trzy), a później kolejne. Przede mną jeszcze "Ostatnie rozdanie" i "Pałac". 

Michał P. Garapich "Dzieci Kazimierza"

Kolejna książka, na którą nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie rozmowa z autorem, jaką usłyszałam w radiu. Wiedziałam, że wyszła, ale w natłoku innych tytułów, które koniecznie chciałam kupić i przeczytać, nie zadałam sobie nawet trudu, aby sprawdzić, co to jest. Jednak rozmowa z Michałem P. Garapichem o jego książce "Dzieci Kazimierza" (Czarne 2019) na tyle mnie zafrapowała, że postanowiłam po nią sięgnąć. Powodów było kilka.

Pierwszy - można ją śmiało umieścić w nurcie literatury zajmującej się ludową historią, czyli historią opowiadaną z punktu widzenia zwykłych ludzi. Drugi to temat kręcący się wokół pytania - od kogo się wywodzimy? Od szlachty, jak chcielibyśmy o sobie myśleć, czy od chłopów? Dziś już mamy świadomość, że zdecydowana większość z nas to potomkowie tych drugich, którym ci pierwsi długo odmawiali prawa do bycia częścią narodu. Szła za tym cała ideologiczna i mityczna podbudowa. Jakie katastrofalne skutki to miało i dokąd nas ostatecznie zaprowadziło, wiadomo. Trzeci powód to zwyczajna ciekawość. Bo Michał P. Garapich, pochodzący z Krakowa, od dwudziestu lat mieszkający w Londynie, profesor jednego z tamtejszych uniwersytetów zajmujący się miedzy innymi migracjami, wyrusza śladem swojego pradziadka Kazimierza z Cebrowa na Podolu, który był ojcem ponad dwadzieściorga dzieci. Problem polega na tym, że tylko siedmioro z nich to potomkowie uznawani, bo urodzeni w małżeństwie. Pozostali pochodzą ze związków Kazimierza z czterema wieśniaczkami z jego rodzinnej wsi. Autor nazywa tę sytuację po imieniu - poligamia. Odkąd autor pamięta w rodzinie była to tajemnica poliszynela - powód do pieprznych żartów opowiadanych przez mężczyzn przy wódce i kartach. Niby wiedziano, niby rozmawiano, nawet z  niektórymi potomkami jego dzieci się spotykano, a jednak w pamiętnikach prowadzonych przez Pawła, brata Kazimierza, i ciotkę Ellę, jedną z jego córek, nie ma po nich wielu śladów. Jeśli już się pojawiają, to jako pogardzane lewaki, czyli bękarty, nieślubne dzieci.

Michał P. Garapich nie szuka sensacji. Najpierw żmudnie odkrywa rodzinną historię, szuka  tych nielegalnych potomków Kazimierza, potem zaczyna jeździć do Cebrowa, aż w końcu doprowadza do ponownego symbolicznego pochówku na cebrowskim cmentarzu członków rodziny, których ojciec Kazimierza, Michał, poseł na sejm galicyjski, przeniósł pod osłoną nocy z tegoż cmentarza do specjalnie wybudowanej rodzinnej kaplicy. Ta uroczystość staje się znakomitą okazją do wielkiego rodzinnego spotkania potomków jego pradziadka, legalnych i lewaków. To wszystko jest dla autora pretekstem do symbolicznego potraktowania rodzinnej historii i stawiania uniwersalnych pytań. O relacje dwór-wieś, pan - poddane nacechowaną seksualną przemocą, Polacy-Ukraińcy, wszak dziedzic był Polakiem, a dziewczyny, z którymi żył, Ukrainkami. O to, czym właściwie jest rodzina i jak zawsze było jej daleko do wzorca rodzice żyjący w małżeństwie i dzieci. O dominację mężczyzn. O pokorne milczenie kobiet, które godziły się, bo wtedy nie potrafiły i nie mogły inaczej, na seksualne wybryki Kazimierza. Chodzi nie tylko o dziewczyny ze wsi, ale także o żonę, która pokornie wszystko akceptowała. Pozostaje jeszcze jedno pytanie - jak powszechny był to obyczaj? Michał P. Garapich uważa, że bardzo. Trudno się dziwić - na podstawie rozmaitych lektur mamy podobną intuicję. Podobne relacje oparte na przemocy seksualnej opisała Joanna Kuciel-Frydryszak w znakomitej książce "Służące do wszystkiego".  Oczywiście nie każdy dziedzic miał aż tyle nieślubnych dzieci. Nawet inicjacja seksualna dworskich synów odbywała się z wiejskimi dziewczynami, o czym pisze brat Kazimierza, Paweł, w swoich pamiętnikach. 

Ale sytuacja wcale nie była czarno-biała. Dzieci, chociaż nieślubne, i tak miały we wsi lepszy status, bo dostawały od Kazimierza ileś morgów ziemi i dom. Mało tego, syn i córka z pierwszego związku przez jakiś czas chowali się z jego rodziną. Na świat przyjmowała je ich babka, a później traktowała jak wnuki. On sam zatrzymał się w pól drogi - uznawał i nie uznawał jednocześnie, może kochał, ale pełni praw nigdy nie chciał dać. 

Pytań jest więcej. Pojawiają się w kolejnych pokoleniach. Bo po wojnie sytuacja się odwraca. Panowie przestają być panami, tracą majątek, ale nadal pielęgnują w sobie poczucie wyższości. Cebrowska, kresowa przeszłość obrasta mitem i legendą. Tęsknota za nią to tęsknota za władzą, jaką kiedyś mieli.Tymczasem potomkowie lewaków zyskują, już nie są poddanymi, mogą się kształcić, starać o stanowiska. A jednak ten stosunek pańsko-poddańczy stale się odtwarza. Stąd wstydliwe przemilczanie prawdy, mitologizowanie przeszłości, niechęć do przyznania, że te lewaki to bracia, siostry, wnuki, ciocie, wujkowie, kuzyni, kuzynki. Te słowa większości starszego pokolenia rodziny Garapichów nie mogą przejść przez gardło. Nieślubne dzieci, wnuki i prawnuki Kazimierza na zawsze pozostaną dla nich kimś obcym. Nawet jeśli się spotykają, to nieświadomie, a może świadomie, okazują im swoją wyższość, o co tamci mają zrozumiałe pretensje. Bo czasy się zmieniły, tamtego świata już nie ma. Jak się jednak okazuje, w mentalności pozostał. Kończy się też dominacja mężczyzn. Kobiety z rodziny Garapichów biorą, świadomy albo nieświadomy, odwet. To symboliczna zemsta w imieniu tamtych kobiet - choćby babci Michci, która musiała się godzić na wybryki Kazimierza, choćby jego nieślubnej córki Melanii. Mimo że wychowywała się u niego w domu, nie chciał jej uznać, dlatego nie mogła wyjść za mąż za oficera, w którym się z wzajemnością zakochała. Ta sytuacja była szczególnie tragiczna, bo przecież nigdy nie doszłoby do jej znajomości z owym oficerem, gdyby nie mieszkała z Kazimierzem i jego rodziną. I tak koło się zamyka. A takie to były czasy, że oficer nie mógł ożenić się z kobietą z nieprawego łoża. 

A poza tym książkę znakomicie się czyta. Razem z Michałem P. Garapichem odkrywamy kolejne rodzinne tajemnice, odbywamy podróże w czasie i przestrzeni - do tamtego świata i do dzisiejszego Cebrowa, gdzie mieszka kilkoro potomków Kazimierza, z którymi autor się zaprzyjaźnił. Bardzo ciekawa i zmuszająca do myślenia książka.

Popularne posty