Pokazywanie postów oznaczonych etykietą syn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą syn. Pokaż wszystkie posty

Wiesław Myśliwski "Nagi sad"

Z twórczością Wiesława Myśliwskiego długo było mi nie po drodze.

Chociaż chociaż niezwykle ceniła go i lubiła bliska mi osoba, chociaż dostawał nagrody (dwa razy Nike), dla mnie była to literatura wiejska, a więc nudna, nie moja. Co mnie to obchodzi? Tak wtedy myślałam. Dopiero koleżanka z pracy, która zachwycała się "Traktatem o łuskaniu fasoli", weszła mi nieświadomie na ambicję. Jakoś nie podejrzewałam jej o takie lektury. Jak to tak - ona może, a ja nie? Dziś mi głupio, że w ten sposób o niej pomyślałam. Głupio mi też, że tak późno sięgnęłam po prozę Myśliwskiego. Teraz to jeden z moich ulubionych pisarzy. Po lekturze "Traktatu" (pożyczyłam od rzeczonej koleżanki) przyszły kolejne - "Widnokrąg", "Kamień na kamieniu", na końcu "Ucho igielne". Teraz pod wpływem tekstów, jakie ukazują się z okazji dziewięćdziesiątych urodzin pisarza, postanowiłam sięgnąć po jego debiut, który od dawna mam w czytniku. "Nagi sad" (Znak 2011; wydanie najnowsze 2020). 

Jeśli zna się inne książki pisarza, od razu dostrzeże się wszystkie nitki łączące tę debiutancką powieść z kolejnymi, ale widać też różnice. Najpierw to, co łączy. A więc bohater-narrator. Urodzony na wsi spoglądający na swoje życie z perspektywy człowieka dojrzałego, żeby nie powiedzieć starego. Niezależnie od swojego wykształcenia skłonny do refleksji, zadumy nad światem i życiem, filozoficznych rozważań. Szeroko pojęty temat - oczywiście wieś i ludzki los. Luźna struktura opowieści - każdy rozdział stanowi osobną całość, ale jednocześnie wszystkie łączą się ze sobą. Charakterystyczna dla Myśliwskiego jest szkatułkowa konstrukcja rozdziałów - narrator wychodzi od czegoś, aby po jakimś czasie zacząć snuć inną opowieść, często będącą retrospekcją. No i przede wszystkim język, prawdziwe mistrzostwo. Gęsty, obrazowy, nasycony metaforami, miejscami stylizowany na gwarę. Bywa, że trzeba czytać uważnie, wrócić do jakiegoś fragmentu, szczególnie w partiach refleksyjnych, filozoficznych. Ale jest też pewna różnica między debiutem, a późniejszą twórczością Myśliwskiego. "Nagi sad" jest krótki, niecałe dwieście stron. To niewiele wobec późniejszych powieści pisarza, które, począwszy od trzeciej w kolejności, "Kamienia na kamieniu", liczą sobie ponad pięćset stron każda. Dlatego czytając debiutancką książkę pisarza, miałam wrażenie większej koncentracji. Nie ma tu tak charakterystycznej dla jego późniejszej prozy rozbuchanej narracji - opowieści, anegdot, wielości barwnych, nietuzinkowych bohaterów. I przyznam, że tego mi zabrakło. Czytelniczego fanu, przyjemności, jaką daje barwna opowieść.  Dlatego dobrze się stało, że moją przygodę z Myśliwskim zaczęłam od tych opasłych tomów.

W "Nagim sadzie" postaci jest zaledwie kilka. Nawet historia głównych bohaterów, ojca i syna, nie została jakoś dokładnie rozpisana. Nie poznamy ich losów ze szczegółami. Podobnie jest ze światem, jaki ich otacza. Wiemy, że to wieś, że gdzieś jest miasto, w którym do szkoły chodził syn, jest dwór, który potem został rozparcelowany. Wojnę zaledwie się wspomina, inaczej niż w późniejszych powieściach, gdzie staje się źródłem ważnych doświadczeń dla bohaterów. A więc domyślamy się, że narrator skończył szkołę jeszcze przed wojną, bo ojciec, który przywozi go do domu, aby uczcić to ważne zdarzenie, pożycza konia od dziedziczki. Potem był wiejskim nauczycielem i tak przepędził życie, które podsumowuje. Jego świat niewiele się zmienia mimo dziejowych burz - wojny, zmiany ustroju, co zaznaczone zostało w książce rozparcelowaniem dworskiej ziemi i rozgrabieniem dworu. On wziął tylko książki. Bardziej z poczucia, że tego się wszyscy po nim spodziewają, niż z prawdziwej chęci. Bo choć dla ojca jest przedmiotem dumy, przecież dzięki jego uporowi skończył szkołę i w rodzinnej wsi uchodzi za człowieka wykształconego, to sam nie uważa swojego życia za wielki sukces. Ma świadomość niedostatków, powierzchowności wykształcenia. Może dlatego wrócił na wieś, a nie jak bohaterowie "Widnokręgu" czy "Ucha igielnego", którzy zdobywszy prawdziwe wykształcenie, zostali w mieście.

Jednak najważniejszy temat "Nagiego sadu" to więź łącząca ojca i syna. O tym jest ta powieść. Obaj są dla siebie najważniejsi, cicha matka pozostaje gdzieś w cieniu. Nawet kiedy umiera, dzieje się to w sposób niemal niezauważalny. Jakby wyszła do swoich codziennych zajęć i zaraz miała wrócić. Życie ojca zaczęło się naprawdę, kiedy dowiedział się, że wkrótce będzie miał dziecko. Potem z charakterystycznym dla siebie uporem walczył o jego zdrowie, wykształcenie, a wreszcie odpowiednie uczczenie jego powrotu do domu, na wieś. Nie jest to bliskość wylewna, nie wyraża się w słowach, ale w stałym poszukiwaniu siebie. Takim symbolicznym miejscem, w którym najpierw ojciec szuka chowającego się na drzewie syna, a po latach syn będzie szukał ojca powoli osuwającego się w demencję, jest właśnie ów tytułowy nagi sad. Sad niewielki, w którym trudno się zgubić, a jednak obaj muszą się w nim stale na nowo szukać. Podskórnym pytanie, jakie odczytuję w tej powieści, brzmi, czy syn sprostał oczekiwaniom ojca. Czy go nie zawiódł? Może gdyby był równie jak on uparty, zostałby w mieście? Ale czy każdy musi?

"Nagi sad" na pewno nie jest moją ulubioną książką Myśliwskiego, ale cieszę się, że mogłam ją przeczytać. To prawdziwa przyjemność ponownie spotkać się z prozą pisarza. Jeśli ktoś nie zna dotąd jego twórczości, niech zacznie od "Widnokręgu", potem w dowolnej kolejności "Traktat o łuskaniu fasoli" i "Kamień na kamieniu" (to moje top trzy), a później kolejne. Przede mną jeszcze "Ostatnie rozdanie" i "Pałac". 

Waldemar Bawołek "Echo słońca"

Wstyd się przyznać, ale o Waldemarze Bawołku usłyszałam

właściwie dopiero w tym roku. Może słowo usłyszałam nie do końca jest tu adekwatne. Powinnam raczej napisać, że jego nazwisko mocno dotarło do mojej świadomości. No bo słyszeć przecież musiałam, skoro wydawało go Czarne, którego ofertę wydawniczą pilnie śledzę, no i skoro już wcześniej dwukrotnie był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia. Dlaczego wobec tego dopiero teraz zwróciłam na niego uwagę? Stało się tak najpierw przy okazji rozmowy o jego książce "Furtka przy dozorcy" w Nowym Tygodniku Kulturalnym, a potem kiedy za książkę "Pomarli", wiele i bardzo dobrze mówiło się o niej, został nominowany do wspomnianej już Gdyni, którą dostał, i do Nike. Chociaż wydawało mi się, że może to niekoniecznie literatura, jaką lubię najbardziej, to uznałam, że powinnam, a właściwie lepsze tu będzie słowo chcę, poznać. Przynajmniej spróbować. A ponieważ gdzieś przeczytałam, że przygodę z twórczością Bawołka najlepiej zacząć od "Echa słońca" (Czarne 2017), tak właśnie zrobiłam. Oprócz tego za jednym zamachem kupiłam też "Furtkę przy dozorcy", którą tu dziś przywoływałam. Na pewno przeczytam też "Pomarłych".

Zanim podzielę się refleksjami o "Echu słońca", słów kilka o autorze, bo to ważne w kontekście jego twórczości. Waldemar Bawołek jest pisarzem osobnym, długo nie przynależał do literackiego światka, a może i dziś do końca nie przynależy. Pochodzi z Ciężkowic, niewielkiego miasta niedaleko Tarnowa, i nadal tam mieszka. I to właśnie w jego rodzinnej miejscowości najczęściej rozgrywa się akcja książek, które pisze, a  jej mieszkańcy są ich bohaterami. W swojej twórczości obficie czerpie z własnych doświadczeń, ze swojego życia. Imał się różnych prac. Zacytuję za biogramem ze strony Czarnego: pracował jako instruktor higieny w Terenowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, samodzielny referent zaopatrzenia w Zakładach Azotowych, zarządzał piekarnią Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Gromniku, wykonywał prace fizyczne jako robotnik gospodarczy przy Urzędzie Gminy w Ciężkowicach.

Po przydługim wstępie i ważnych informacjach o pisarzu czas na refleksje o "Echu słońca". Akcja tej powieści, a jakby inaczej, rozgrywa się w Ciężkowicach. Jej bohaterem i narratorem zarazem jest pięćdziesięcioletni mężczyzna. Życie upływa mu na opiece nad matką, która  nie jest co prawda osobą ze względu na wiek czy choroby unieruchomioną w domu, ale rzadko z niego wychodzi. Wobec tego syn robi zakupy i załatwia wszystkie jej życiowe sprawy. Oprócz tego pije, pali, spotyka się z kolegami podobnymi do niego, którzy też piją, palą, gadają oraz opiekują się starymi matkami, i wspomina przeszłość. 

Chociaż to proza jak najbardziej realistyczna, to czasem bywa odrealniona. Dzieje się tak właśnie wtedy, kiedy narrator zaczyna przywoływać rozmaite zdarzenia ze swojego życia. Wtedy teraźniejszość miesza się z przeszłością, to, co teraz, płynnie przechodzi w to, co było. Dlatego te wspomnienia mają czasem oniryczny charakter. Z realistycznego toku opowieści może też wybić czytelnika zabieg zamiany narratora - od czasu do czasu narracja przechodzi w trzecioosobową, a bohater staje się Skrytkiem, jednym z kilku (kilkunastu?) opisywanych na kartach powieści mężczyzn. Czy właśnie temu ten zabieg ma służyć? Bo przecież główny bohater swoją refleksyjną naturą wyróżnia się jakoś spośród swoich kumpli. Tymczasem w tych fragmentach dzieje się tak, jakby ten trzecioosobowy narrator mówił mu - tak mędrkujesz, ale zobacz, żyjesz jak oni, wegetujesz, trwonisz siebie.

Co wspomina Skrytek? Swoją pierwszą miłość, nieudane małżeństwo, kolegów, czasy szkolne. Jakby szukał w swojej przeszłości odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziś tak wygląda jego życie. Jakby szukał straconych szans, zaniechanych decyzji, złych wyborów. 

Jednym z tematów tej powieści są relacje matki i syna. Mieszkają razem, on rzetelnie spełnia swoje obowiązki wobec niej, martwi się o jej zdrowie. Są na siebie skazani i symbiotycznie ze sobą związani. Ale, jak to często w życiu bywa, nie jest to układ sielankowy. Matka ma stale do niego pretensje, stale gdera. A to zakupy nie takie, a to nie wrócił na czas, a to włóczy się z kolegami, a to pije, a to nie potrafi niczego załatwić. Nic dziwnego, że syn ma czasem dość jej narzekania i wiecznego niezadowolenia. I tak pomiędzy przyciąganiem i odpychaniem, miłością i irytacją, czułością i zniecierpliwieniem rozciąga się ta matczyno-synowska relacja.

Ale to, na co najbardziej zwróciłam uwagę, to cień przemijania i śmierci, który rozciąga się nad bohaterami powieści. Umierają matki i umierają koledzy bohatera. One ze starości i z chorób będących przypadłością ich wieku, oni ze złego traktowania swoich ciał - picia, palenia, byle jakiego jedzenia. Bohater stale odwiedza kogoś w szpitalu, a potem chodzi na pogrzeby. Bardzo to melancholijna książka. Chciałam też użyć słowa pesymistyczna, ale nie wiem, czy jest właściwe. Raczej bohater przyjmuje do wiadomości, że taka jest kolej rzeczy, że tak być musi. I tkwi w marazmie, trochę dlatego, że jest więźniem powinności rodzinnej, a trochę dlatego, że nie bardzo wie, co miałby ze swoim życiem zrobić. A może  rozumie, że i tak na nic nasze starania, i tak koniec dla wszystkich jest jeden, choćbyśmy się nie wiem, jak starali, więc po co się szarpać.

Bardzo ciekawa proza, szukająca w banale codzienności czegoś więcej. Nie ma tu jej uwznioślania, nadawania posmaku niezwykłości i baśniowości. To coś, co nie bardzo umiem nazwać. Szukanie odpowiedzi na egzystencjalne rozterki i metafizyki? Brzmi banalnie, ale może właśnie o to chodzi. 

"Ojciec"

Kiedy zdecydowałam się wybrać do kina na bułgarski film "Ojciec", nie miałam pojęcia, że jego reżyserką jest Kristina Grozeva, która nakręciła znakomitą "Lekcję". Chociaż jej najnowszy film nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia, to jednak obejrzałam go z przyjemnością. To kameralna historia opowiadająca o relacji ojca i syna, którzy spotykają się na pogrzebie żony i matki. Trochę takie znacie to posłuchajcie opowiedziane nieco melancholijnie, nieco śmiesznie. Opowieść o tym, jak nieoczekiwane zdarzenia odrywają człowieka od spraw, które są dla niego ważne. Drażnią i irytują, bo zabierają czas i energię, każą się zatrzymać, zweryfikować priorytety, pomyśleć. I jeszcze o tym, jak zatajenie prawdy, nawet ze szlachetnych pobudek, komplikuje życie - jedno kłamstwo pociąga kolejne, rozbudza wyobraźnię, prowadzi do nieporozumień. No i wreszcie, o czym wspominałam, o relacjach pomiędzy ojcem i synem. 


Możemy się domyślać, że Pavel nie spodziewał się śmierci matki, jak zresztą nikt z rodziny. Jest pewien, że przyjedzie na pogrzeb i szybko wróci do Sofii do swoich zawodowych, pilnych, zobowiązań, i do żony, która źle znosi ciążę. Tymczasem troska o ojca zatrzymuje go na wsi i wpędza obu w niezłe tarapaty. Ojciec irytuje go swoim nieracjonalnym zachowaniem, gadulstwem, ale jednocześnie budzi poczucie obowiązku. Jakby nagle, kiedy zabrakło matki, dostrzegł jego starczą kruchość i bezbronność. W tle są jakieś zadawnione konflikty, żale i pretensje. Domyślamy się, że syn ma za złe ojcu jego postawę - kreował się na dysydenta, kiedy naprawdę wiele zawdzięczał koneksjom swojego ojca-komunisty. Ale Pavel też kłamie - nie powiedział żonie prawdy i musi wymyślać kolejne nieprawdziwe powody, żeby wytłumaczyć się, dlaczego nie wraca. W tle może pojawić się pytanie - czy to tylko ten raz z troski o żonę? 


Bohater cały czas rozdarty jest pomiędzy telefonami od współpracowników, którzy bombardują go pilnymi sprawami, i od żony, która się niecierpliwi i marzy o domowym dżemie z pigwy, a poczuciem obowiązku wobec ojca. Da się tu wyczuć ten nerwowy nastrój, pośpiech, zniecierpliwienie, bo ma na głowie co innego i jak najszybciej chce się wyrwać do swojego życia. Tymczasem ta nowa rzeczywistość wsysa go niczym bagno. 

Z takiej opowieści można zrobić rodzinną psychodramę, ale reżyserka wybrała inną drogę. Historia jest ciepła i zabawna, bo Pavel i jego ojciec wpadają w coraz bardziej absurdalne tarapaty. Sporo tu różnych obyczajowych obserwacji, barwnych epizodycznych postaci, śmiesznych sytuacji. Przyjemny drobiazg obsypany nagrodami na kilku festiwalach.

"Dzika grusza"

Od dawna czekałam na najnowszy film tureckiego reżysera Nuriego Bilge Ceylana, jednego z tych, których filmy oglądam zawsze. Kto zachwycił się jego poprzednimi obrazami, zwłaszcza "Pewnego razu w Anatolii" i "Zimowym snem", ten na pewno tak jak ja w ciemno wybierze się do kina na "Dziką gruszę". A pozostali? No cóż dla nich ten film będzie wielkim wyzwaniem - ponad trzy godziny snucia się i gadania, jak powiedzą złośliwi. A jeszcze bardziej złośliwi dodadzą, że gadania o niczym. Do tego mieszanie realizmu ze scenami onirycznymi też może zdezorientować i zirytować niejednego widza. Nie mam złudzeń - na seansie, na który poszłam, było kilka osób, a dwie wyszły godzinę przed końcem. No nie jest to kino dla każdego. Ja należę do tych, którym "Dzika grusza" bardzo się podobała, a uczciwie przyznam, że głosy recenzentów są różne - od zachwytów do rozczarowania. Najwyżej w dorobku tureckiego reżysera cenię "Pewnego razu w Anatolii", który chcę zobaczyć jeszcze raz - nagrany czeka na spokojny moment - a "Dziką gruszę" stawiam na drugim miejscu razem z "Zimowym snem".


Głównym bohaterem filmu jest Sinan, który właśnie ukończył studia nauczycielskie i wraca z miasta, gdzie studiował, do swojej znacznie mniejszej miejscowości. Nie bardzo wie, co ma z sobą zrobić. Najchętniej uciekłby z prowincji, ale na razie jest w zawieszeniu. Czeka na egzamin, który pozwoli mu wykonywać zawód nauczyciela. Od tego, jak go zda, zależy, gdzie będzie uczył. Czy zostanie zesłany na wschód, czy dostanie pracę w bardziej cywilizowanym i bezpiecznym miejscu. Jeśli się nie powiedzie, może pójdzie do wojska albo zatrudni się w policji, gdzie dobrze płacą? Ale naprawdę ma inne marzenie - napisał książkę, którą bardzo chciałby wydać i w różny sposób szuka na to pieniędzy. Póki co zawieszony pomiędzy codziennością a marzeniami snuje się, gada i dużo czyta. Od czasu do czasu jedzie z ojcem, albo sam, na wieś, gdzie mieszkają jego dziadkowie i gdzie jego ojciec chciałby osiąść na emeryturze.

O czym są te rozmowy, które toczy Sinan z rodzicami, dziadkami, koleżanką ze szkoły, z kolegami, ze znanym pisarzem, którego spotka w księgarni, z potencjalnymi sponsorami jego książki? O sprawach błahych i ważnych. W żadnym razie nie nazwałabym ich rozmowami o niczym. O planach na przyszłość, o twórczości, o religii, o wyborach, jakich dokonali rodzice, o tym, co w życiu ważne. Trzeba ich po prostu wysłuchać, streścić nie sposób, no i przecież nie o to chodzi.


Bardzo istotną postacią jest ojciec Sinana, nauczyciel zbliżający się do emerytury, który przez swoją beztroskę wpędził rodzinę w niezłe tarapaty. To dziwak i oryginał, uparty i dość nieodpowiedzialny, ale prawie zawsze z uśmiechem na ustach. Takie podejście do życia budzi irytację, ale jednocześnie trudno dziwić się żonie, która kiedyś się nim zachwyciła i wyszła za niego za mąż, mimo że rodzina patrzyła na takiego kandydata krzywo.  Wielką zaletą filmu Ceylana jest właśnie niejednoznaczność tego bohatera. Rodzinna legenda głosi, że wszystko dlatego, bo gdy był niemowlęciem oblazły go mrówki i chociaż na szczęście nie zrobiły mu krzywdy, to długo jeszcze wychodziły z jego uszu i nosa. 

Sinan lokuje się w opozycji do ojca, irytują go jego decyzje, wybory, postępowanie, wydaje mu się, że jest inny, lepszy, ale czy rzeczywiście? Czy marzenie o zostaniu pisarzem można postawić wyżej niż marzenie o zamieszkaniu na wsi i hodowaniu owiec? Czy sposób, w jaki zdobył pieniądze na wydanie książki, nie sprawia, że w gruncie rzeczy jest do swojego ojca bardzo podobny? A może nawet gorszy? I ile warta jest taka książka? Wydać to jedno, a odnieść sukces to drugie. A jednak ostatnia ważna rozmowa tego filmu, ojca z synem, jest budująca i niesie ukojenie. 


Mimo całej melancholii, mimo nawiązań do Czechowa, jakich doszukują się krytycy - marzenie o ucieczce z prowincji - nie ma w "Dzikiej gruszy" beznadziei i marazmu ani rozpaczy za straconymi szansami i utraconymi złudzeniami jak w "Zimowym śnie". Może dlatego, że wieś, do której ciągną Sinan i jego ojciec, pokazywana jest pięknie niezależnie od zmieniających się pór roku. Nawet miasteczko, gdzie mieszkają, mimo oczywistej szpetoty, ma w sobie coś sympatycznego. Ale przede wszystkim dlatego, że bohaterami "Dzikiej gruszy" są outsiderzy, którzy szukają swojej drogi i potrafią dostrzec wartość w sprawach drobnych, codziennych, a porażki ich nie załamują. Przeciwnie, są impulsem do dalszych poszukiwań. Na pewno taki jest ojciec. Czy Sinan, jak się wydaje, podąży jego drogą, czy może będzie jednak szukał nieosiągalnego, tego oczywiście nie możemy być pewni.

Peter Kristufek "Dom głuchego"

Tęsknię za grubymi, dobrymi powieściami wagi ciężkiej. A znaleźć taką wśród nowości wcale nie jest łatwo. To swoista ruletka, każdy wydawca wmawia czytelnikom, że jego książki to niemal arcydzieła, a mnie szkoda czasu na lekturę nijaką, letnią. Nawet wśród propozycji ulubionych  wydawnictw może trafić się niewypał. Taki pech spotkał mnie niedawno, kiedy wybrałam powieść Olgi Grajsnowej "Rosjanin to ten, kto kocha brzozy" wydanej przez Czarne. Dlatego bardzo ostrożnie podchodzę do swoich wyborów. Kierując się informacją na stronie nagrody Angelus, na którą regularnie zaglądam w poszukiwaniu nowości, znalazłam powieść słowackiego pisarza Petera Kristufka "Dom głuchego" wydaną przez Książkowe Klimaty (2015; przełożyła Olga Stawińska). Warto przyglądać się ofercie tego wrocławskiego wydawnictwa, które pojawiło się na naszym rynku wydawniczym stosunkowo niedawno (sprawdziłam - w lutym 2013). Zaczęli od literatury czeskiej i słowackiej, której nadal mają najwięcej w swojej ofercie, a teraz specjalizują się w propozycjach literackich z krajów na południe od Polski. To oni wydali znakomitą "Księgę szeptów" Varujana Vosganiana i nagrodzoną w 2014 roku Angelusem "Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)" Pavola Rankova. Chociaż ta ostatnia powieść, mimo że znakomicie się ją czyta, a i temat ważny, mnie akurat zawiodła, a już Angelusa dla niej zupełnie nie potrafiłam zrozumieć. Warto zauważyć, że Książkowe Klimaty wydają chyba jako jedyne na naszym rynku literaturę grecką. No i wspaniała wiadomość dla miłośników Miljenko Jergovicia, którego z niewiadomych powodów porzuciło moje ulubione Czarne, otóż w tym roku wyjdzie u nich jego powieść "Wilimowski" (A przy okazji informuję, że Biuro Literackie wyda już pod koniec lutego opowiadania Jergovicia. Hurra!!!). Mam nadzieję, że na tym nie poprzestaną. Do tego garnca miodu muszę niestety dorzucić łyżkę dziegciu. Pozycjom Książkowych Klimatów przydałaby się staranniejsza redakcja. Nie pamiętam już, jak było w przypadku Rankova, ale i w "Księdze szeptów", i w "Domu głuchego" jest sporo literówek, a i zgrzyty stylistyczne się zdarzają. Nie ma tego wiele, ale jednak daje się zauważyć. Błagam więc, drogie Książkowe Klimaty, postarajcie się o staranniejszą redakcję tekstu, a będzie cudownie. Nie dołączajcie do licznego grona wydawnictw, które wydają swoje książki byle jak. No ale dość już gadulstwa, chociaż tym razem, uważam, było to pożyteczne gadulstwo, czas przejść do powieści.

Napiszę bez ceregieli - mnie "Dom głuchego" bardzo się podobał. Czym jest ta książka? Sagą rodzinną, historią relacji ojca i syna, opowieścią o męskiej przyjaźni i niedojrzałych mężczyznach, kroniką przemijania, no i może przede wszystkim rozliczeniem z historią. Problem postaw bohaterów w kluczowych momentach historycznych, ich wyborów w czasie wojny, w czasach komunistycznych i po transformacji 1989 roku jest tu bardzo istotny. Punktem odniesienia, centralnym miejscem jest ów tytułowy dom głuchego, czyli dom rodzinny rodu Trnovskich w słowackich Breżanach. Dom głuchego to też dom w Hiszpanii, w którym ostatnie lata swojego życia spędził wybitny hiszpański malarz Goya. Namalował tu cykl obrazów, których tytuły są jednocześnie tytułami poszczególnych części powieści. Oczywiście nieprzypadkowo. Ich miłośnikiem był jeden z głównych bohaterów, ojciec narratora, lekarz Alfonz Trnovsky. Każdą część rozpoczyna nawiązanie do historii Goi i opis obrazu. Jeśli czytelnik chce, może szukać pokrewieństwa między nim a opowieścią. Potem jak refren pojawia się zdanie Każdy zegar w tym domu pokazuje różną godzinę. Ta powtarzana po wielekroć fraza wydaje mi się kluczem do sposobu opowiadania. Narrator, Adam Trnovski, syn Alfonza, przyjeżdża do mocno podupadłego domu kilka lat po śmierci ojca i niedługo po śmierci matki. Dom ma być ostatecznie zlikwidowany, zburzony, a ziemia sprzedana. Przyjechał, aby zabrać pamiątki, jakieś meble. Wspomina. A są to wspomnienia tych symbolicznych różnych godzin, dość chaotyczne, rwane. Sięga pamięcią aż do czasów drugiej wojny, kiedy był małym dzieckiem. Opowieść pełna jest odniesień do kluczowych momentów w słowackiej historii. Mowa o stosunku do Niemców, o słowackim powstaniu, istotną kwestią jest stosunek do Żydów. Narrator pochodzi z mieszanej żydowsko-słowackiej rodziny. Matka to prawdopodobnie Żydówka, a przynajmniej za taką była uważana (adoptowała ją żydowska rodzina), ojciec Słowak, szanowany lekarz, mający w Breżanach spore możliwości. Jak zachował się w czasach przymusowej aryzacji, w czasach, kiedy słowackich Żydów wywożono w transportach do obozów śmierci? Czy chronił żydowskich krewnych żony? Nie mogę o tym pisać, bo to jedna z tajemnic tej powieści. Równie ważne są czasy stalinowskie i późniejsze. Bohaterowie próbują jakoś przetrwać, jakoś żyć. Spotkamy tu zdrajców, konformistów i opozycjonistów. Ale nikt  nie jest kryształowy. To zwyczajni, mali ludzie pełni przywar i nałogów. Nawet jeśli są bezkompromisowi, odważni i szlachetni, nie radzą sobie z życiem osobistym.

Powieściowi mężczyźni (bo to powieść męska, kobiety są w tle) to postacie pełnokrwiste, niejednoznaczne, często tragiczne, wnikliwie sportretowane. Trudno ich przekreślić, chociaż zdarzało im się postępować niegodnie i niejedno mają na sumieniu. A przy tym są często niedojrzali, uciekają od problemów, skaczą z kwiatka na kwiatek, zdradzają swoje kobiety, porzucają dzieci. Bardzo ciekawy jest główny wątek - relacja ojca i syna. Ojciec jest centralną postacią w opowieści snutej przez Adama. Krok po kroku odkrywał jego tajemnice. Jak ma się ustosunkować do tego, czego się o nim z czasem dowiadywał? Jaki był naprawdę ten szanowany przez wszystkich lekarz? Czytelnik też stopniowo poznaje prawdę, wchodzi w głąb, zagląda za fasadę. Ale nie wszystkie tajemnice zostaną wyjaśnione.

Ważnym tematem jest też przemijanie, upływ czasu. Rodzice się starzeją, tracący słuch ojciec odsuwa się od świata, staje się coraz bardziej nieporadny, wymaga coraz większej opieki i uwagi. A może głuchota to wygodny pretekst, bo pozwala się odizolować? Nie trzeba mierzyć się z problemami, nie trzeba rozliczać się z przeszłością? Przemijanie dotyka wszystkich bohaterów, dotyka też miejsc. Zmieniają się Breżany i zmienia się dom. Nie są to zmiany na lepsze. Miasto rozrasta się w niekontrolowany sposób, zieleń, dzikie tereny, raje dzieciństwa, kapitulują pod naporem dróg, chaotycznie rozrastających się nijakich osiedli czy hipermarketów. Coraz trudniej tam wracać. Coraz trudniej wracać też do rodzinnego domu, który zawsze przyciągał i odpychał jednocześnie. O ile miasto udaje przynajmniej, że zmiany to coś lepszego, o tyle dom nawet udawać nie próbuje. Niegdyś pełen ludzi, śmiechu, zabawy, elegancki i wygodny, z czasem opustoszał i popadł w ruinę. Kiedy skapitulowano? Starsi umarli, młodsi rozpierzchli się, uciekli. Przejmujące są te opisy rozpadu domu i rodziny. Zwarty kiedyś klan pełen wujków, ciotek, kuzynów gdzieś się rozpłynął.

Na koniec jeszcze kilka uwag o tym, co jeszcze, czytelniku tej notki, znajdziesz w książce, jeśli po nią sięgniesz. Mnóstwo epizodycznych, barwnych, śmiesznych, ale i tragicznych postaci i związanych z nimi opowieści. Spotkanie ze słowacką historią, o której niewiele wiemy, chociaż Słowacy to nasi sąsiedzi. Mnie powieść skłoniła do poszperania, chciałam dowiedzieć się więcej, uporządkować to, o czym czytałam. Warto też wspomnieć, że autor posługuje się ironią i aluzją, szczególnie wtedy, kiedy mówi o postawach Słowaków albo o sprawach tragicznych. Oto próbka po subtelnym kontakcie z Hitlerem definitywnie stracił wiarę w Boga. Tak narrator pisze o swoim wuju Oskarze, który przeżył Zagładę. Nie wiem, na ile jest to rys reprezentatywny dla słowackich i czeskich autorów, ale podobnie pisał Ota Pavel w znakomitej powieści "Śmierć pięknych saren". Warto sięgnąć po "Dom głuchego", a "Śmierć pięknych saren", którą tu przy okazji wywołałam, to lektura obowiązkowa.

"Mur"

Wahałam się, czy wybrać się do kina na "Mur", filmowy debiut Dariusza Glazera, bo oceny różne. Ostatecznie przekonał mnie zachęcający lid na stronie magazynu Kino. Poszłam i nie żałuję. To wprawdzie nie arcydzieło, ale film gęsty, przytłaczający, dotykający. Jest o czym myśleć, jest o czym pisać. Nie pozostawił mnie obojętną. Przypomniał mi znakomitą bułgarską "Lekcję", która niedawno przemknęła przez nasze kina studyjne. Bo dla mnie to przede wszystkim opowieść o człowieku w potrzasku, chociaż wszyscy zwracają uwagę na problem nierówności społecznych, który jest jednym z tematów filmu. Wydaje mi się, że "Mur" jest ciekawszą propozycją niż szeroko reklamowane, ale nieudane "Żyć nie umierać" z Tomaszem Kotem, które, jak słyszałam, gromadzi sporo widzów. Nie mam złudzeń, na ten film będą chodzić nieliczni. Czym w takim razie jeszcze zachęcić? Może nazwiskami? Główne role zagrali Tomasz Schuchardt, Marta Nieradkiwicz, nagrodzona w zeszłym roku w Gdyni za świetną rolę w "Płynących wieżowcach", i Aleksandra Konieczna, ale nawet w epizodach pojawili się znani aktorzy, Ewa Kasprzyk, Ewa Kolasińska, Ewa Telega i Piotr Machalica. No i autorem zdjęć jest Wojciech Staroń. Dla mnie jednak i tak najważniejsze, że opowiedziana historia wywołuje emocje. Jeśli ktoś już "Mur" widział, może przeczytać ciąg dalszy, gdzie refleksji więcej, co stanowi najlepszy dowód na to, ze film mnie obszedł. Zapraszam.

Jak wspomniałam we wstępie, dla mnie jest to przede wszystkim film o człowieku, który znalazł się w potrzasku. I o tym, jak często życie rzuca nam kłody pod nogi w najmniej odpowiednim momencie. Tak jest z Mariem. Kiedy wreszcie zgromadził pieniądze i postanowił wyprowadzić się z domu rodzinnego w zapuszczonej kamienicy do mieszkania wynajętego na nowym, grodzonym osiedlu, matka dostała udaru i odtąd, przynajmniej przez jakiś czas, będzie wymagała stałej opieki. I tu wkraczamy w gąszcz problemów, które "Mur" porusza. Pierwszym z nich jest choroba.

Kto znalazł się kiedyś w podobnej sytuacji, wie, o czym piszę. Choroba jest oczywiście dramatem dla pacjenta, ale również dla jego najbliższych. Film pokazuje i jedno, i drugie. Tragedię i upokorzenie sparaliżowanej matki i bezradność, przerażenie, samotność syna nagle skonfrontowanego z sytuacją, która wydaje się być ponad siły. Szpital zrobił swoje i lekarze wypisują do domu sparaliżowanego pacjenta wymagającego dwudziestoczterogodzinnej opieki. I radź sobie człowieku sam. A przecież trzeba pracować i jeszcze chciałoby się jakoś żyć. Pomoc społeczna oferuje opiekę tylko na trzy godziny dziennie (oczywiście jeśli dochody chorego są odpowiednio niskie), a doba ma ich przecież znacznie więcej. Co robić? Zapewniam cię, czytelniku tej notki, że najprawdopodobniej prędzej czy później będziesz musiał skonfrontować się z problemem opieki nad chorym rodzicem. Pół biedy jeśli masz na miejscu rodzeństwo, marny twój los, jeśli jesteś sam. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli relacja rodzica i dziecka daleko odbiega od ideału, jakiego zwykliśmy oczekiwać. Tak jest tutaj.

Dla Maria opuszczenie  domu to nie samodzielność, bo samodzielny jest od dawna. To spełnienie marzenia o lepszym świecie i ucieczka od matki. Od lat niepracującej, niewydolnej społecznie, niezaradnej, spędzającej czas przed telewizorem. Nie wiemy, na ile powodem takiego stanu rzeczy jest fizyczna słabość, jakaś przewlekła choroba, a na ile marazm, bierność. Tak myśli o niej syn. Ich relacje są oschłe, pozbawione serdeczności, bliskości. Mario chce uciec od ciasnego, zaniedbanego mieszkania, od rozmemłanej matki, od kamienicy, która lata świetności ma już dawno za sobą. Zabiera swoje rzeczy, zamyka drzwi, kończy z dilerką, na której się pewnie trochę dorobił, i rozpoczyna nowe życie. Niestety nic z tego. Los i tak go dopadnie. Nie jest aż tak wyzuty z uczuć, aby matką się nie zająć. Jak to robić? Jak karmić? Jak myć? Jak poradzić sobie z obrzydliwą fizjologią? Jak zmierzyć się z jej niechęcią, buntem i depresją? O czym z nią rozmawiać, skoro dzieli ich mur chłodu? A wszystko jest tym trudniejsze, że trzeba się opiekować matką, kobietą. Dla obu stron to sytuacja trudna, krępująca, co świetnie pokazuje jedna ze scen, kiedy grająca matkę Aleksandra Konieczna zawstydzona tym, co się stało, próbuje poradzić sobie sama.

Mario, który światu pokazuje kamienną twarz, musi zmierzyć się  ze sprzecznymi emocjami - synowskim uczuciem, powinnością, tym, co wypada, a egoizmem, niechęcią czy nawet obrzydzeniem. Ile winien jest matce, która od śmierci ojca niespecjalnie się nim opiekowała? Skoro radzić musiał sobie sam? Wydaje się, że stopniowo przełamuje się, dorasta. Stara się zburzyć mur, jaki ich dzieli. Ale może to tylko moje wrażenie? Nadzieję dały mi trzy sceny. Pierwsza - Mario pokazuje matce swoje wynajęte mieszkanie i przedstawia ją Agacie. Może pokonał wstyd i skrępowanie? Ale może po prostu nie miał wyjścia, skoro spotkali się w drzwiach? Druga - remont mieszkania. Ale może w ten sposób chce zagłuszyć wyrzuty sumienia? Trzecia - zakończenie. Ja odnajduję w nim cień optymizmu. Oczywiście to bardziej wrażenie niż pewność.

Ale Mario ma do zburzenia także inny mur. A to jeszcze mniej zależy od niego. Nie wystarczy zamieszkać w nowym, czystym, przestronnym mieszkaniu, co z tego, że z widokiem na ruchliwą ulicę. Już ten fakt sytuuje go i określa. To prawdopodobnie gorsza, dlatego tańsza, część bloku, wiadomo, cena zależy od piętra i położenia. Wlecze się za nim nie tylko przeszłość, z którą zerwał. Nie jest artystą, nie jest białym kołnierzykiem, nie jest człowiekiem wykształconym. On remontuje mieszkania takie jak to, w którym zamieszkał. Chyba dopiero zaczyna, nie ma wyrobionej marki, w niezbyt uczciwy sposób zwalcza konkurencję. Kombinuje, jak może. Słowo kombinuje to eufemizm, powiedzmy wprost, Mario kradnie. Byle tylko wyrwać parę stów więcej. Dobrze wie, że Agata nie zwróciłaby uwagi na kogoś takiego jak on. Chłopaka z gorszej dzielnicy, z biednego domu, zwykłego budowlańca. Dlatego na pytania odpowiada wymijająco, pozwala jej fantazjować. Obraz wiszący na ścianie, który zauważyła, to też symbol lepszego, innego życia. Czy namalował go Mario? Czy studiował na ASP? Nie wiemy. Domyślamy się, że po raz kolejny wyrzucili go z uczelni. Dlaczego? Czy studia są dla niego tylko sposobem na zdobycie papierka, aby nie stracić renty po ojcu, aby mieć ubezpieczenie? Czy chodzi o coś więcej? Mario próbując sobie radzić, przyzwyczaił się iść w życiu na skróty. Drobne szwindle, oszustwa, no i dilerka. Pewnie tak jest prościej, ale prędzej czy później trzeba za to zapłacić. Świat, do którego aspiruje, nie pogardzi prochami, ale na pewno będzie miał w pogardzie tego, który je sprzedaje. Mimo wszystko Mario budzi sympatię.

Zwróciłam uwagę na jeszcze jeden problem. Hierarchia jest wszędzie. Są tacy, którzy na społecznej drabinie stoją znacznie niżej niż Mario. To Piotrek, czyli Młody. Chłopak, który za drobną pomoc, a to pozrywa ogłoszenia konkurencji, a to pomoże ukraść kilka worków zaprawy, a to przyda się w czasie remontu, dostaje parę groszy. Chciałby więcej, ale jak się nie podoba, to do widzenia. Pewnie Mario zaczynał podobnie. Podobnie rzecz się ma z Maliką, Czeczenką, która pewnie też za grosze, w tym wypadku krwiopijcą jest państwo wykorzystujące jej pracę w majestacie prawa, opiekuje się przez trzy godziny dziennie matką Maria. Ale ona przynajmniej jest szczęśliwa, bo, jak mówi, nie musi się bać. Nie da się przejść przez życie suchą nogą. Na każdym kroku kogoś wykorzystujemy, przyzwalamy na to, korzystamy z tego, nawet jeśli bardzo nie chcemy. Pomyśl o tym, czytelniku tej notki. Nawet jeżeli nie będziesz kupował ciuchów produkowanych za grosze w Azji, co przecież nie jest łatwe, bo chodzi nie tylko o ciuchy, ale i o materiał, z którego zostały uszyte, nawet jeśli kupisz kawę z logo sprawiedliwego handlu, który podobno wcale nie jest do końca sprawiedliwy, ma być tylko plastrem na nasze syte sumienia, to i tak pójdziesz do kina, gdzie bileter pewnie zarabia jakieś grosze, do knajpy, gdzie tak samo traktowana jest kelnerka, jej przynajmniej możesz zostawić napiwek, a to tylko wierzchołek góry lodowej.

Powinnam jeszcze wspomnieć o Agacie, o której wiemy znacznie mniej. Punkt ciężkości zdecydowanie skupiony jest wokół Maria i jego matki. Materialnie powodzi się jej świetnie. Przypadek sprawił, że urodziła się w świecie dostatku, w świecie, w którym zamożni rodzice usuwają jej sprzed nóg wszelkie przeszkody. Ma urządzone mieszkanie, elegancki samochód, pieniądze, chociaż chyba nie pracuje, pomoc i troskę rodziców. Ale jest samotna. Czy szuka trwałej relacji, czy przelotnej znajomości? W związek z Mariem wchodzi szybko, trudno uwierzyć, że się zakochała. Równie łatwo go potem porzuci. Nie spróbuje zrozumieć, co raczej potwierdza moje przypuszczenie o powierzchowności tej znajomości.

Na koniec krótko pomarudzę. Otóż wydaje mi się nieprawdopodobne, aby Mario spotykał się z dziewczyną, właściwie kobietą, która ma małe dziecko. I skąd wiedział, że jest samotna? To nie do końca jasne. Natomiast miłym zaskoczeniem było to, że klientka grana przez Ewę Kasprzyk nie oszukała Maria. Wszystkie tropy zmierzały ku takiemu rozwiązaniu. O nie, pomyślałam sobie, taka łatwizna, jeszcze jeden kij w szprychy, a tu jednak nie. Owszem, kobieta okazała się niesympatyczna i wyniosła, ale uczciwa.


Paweł Łoziński "Ojciec i syn"

O filmie Pawła Łozińskiego "Ojciec i syn" usłyszałam jakiś czas temu chyba w Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura. Opinie były entuzjastyczne, a przynajmniej tak zapisały się w mojej pamięci. I oto teraz grany jest w moim mieście tylko w jednym kinie, na szczęście moim ulubionym. Skorzystałam z okazji i właśnie go obejrzałam. Natychmiast siadam do pisania, aby zwrócić na niego uwagę. Kto może, niech zobaczy koniecznie. To jeden z tych filmów, bywają też takie książki, po obejrzeniu którego człowiek bardzo żałuje, że to już koniec. Dlaczego? Co w nim takiego ujmującego i fascynującego? Zamysł był prosty. Ojciec, wybitny dokumentalista Marcel Łoziński, i syn, Paweł Łoziński, wyruszają w podróż do Paryża, miejsca urodzenia Marcela. Będą filmować podróż, siebie i przede wszystkim swoje rozmowy. Z materiału powstały dwa niezależne filmy, jeden Marcela "Ojciec i syn w podróży", drugi Pawła "Ojciec i syn". I właśnie ten trafił na ekrany (nieliczne zapewne, niestety).

Zaczyna się dość drętwo, jakby obaj bohaterowie byli skrępowani sztucznością sytuacji. Wszak mają kręcić film nie tyle o drodze, ile o sobie, swoich relacjach. Padają pierwsze, niby banalne, pytania skierowane do ojca. O najważniejszy dzień w życiu, o to, kim jest (Polakiem, Żydem czy Francuzem?), o kobiety, o związki. Ale z tych banalnych pytań i odpowiedzi na nie powstaje niezwykły portret Marcela Łozińskiego, jego powikłanej historii rodzinnej, jego stosunku do życia, do kobiet. I opowieść o relacji ojca i syna. Wybitnego dokumentalisty, artysty i jego syna dorastającego w cieniu sławnego ojca. Relacja to niełatwa, z czego Marcel nie bardzo zdawał sobie sprawę. I chociaż pretensje zostają wyłożone jasno, nikt tu nie rozdziera szat, nie zieje nienawiścią. Mimo że bywało trudno i nieprosto, z filmu bije radość i optymizm. Ich źródłem są bohaterowie, Marcel i Paweł Łozińscy. Świadomi swoich wad, błędów, jakie popełnili, ale pogodzeni z życiem, z upływającym czasem i z sobą. Mimo wszystko dobrze im razem. Zwyczajna-niezwyczajna podróż, zwyczajne-niezwyczajne rozmowy. 

Film skłania do namysłu, zadaje ważne pytania. O model życia, o rodzicielstwo, o manipulację drugim człowiekiem. Na ile wolno nam żyć tak, jak chcemy? Gdzie jest granica kompromisu? Czy realizując siebie, żyjąc zgodnie z własnymi zachciankami i przekonaniami, możemy nie ranić najbliższych? Te refleksje nie dotyczą tylko Marcela, odnoszą się także do jego rodziców. Można też zapytać, czy kręcenie filmu o sobie, o sprawach dość jednak intymnych, to nie nadmierny ekshibicjonizm? Odpowiedzi są co najmniej dwie. Po pierwsze akt twórczy zazwyczaj w jakiś sposób, bardziej lub mniej dosłowny, obnaża artystę (nie oni pierwsi nakręcili film o sobie). Po drugie w czym są lepsi albo gorsi od bohaterów swoich filmów?

Po obejrzeniu "Ojca i syna" Pawła Łozińskiego natychmiast nabrałam ochoty na ojcowską wersję tej podróży, na inne filmy Łozińskich i wreszcie na książkę Mikołaja (brat Pawła, syn Marcela) pod tytułem "Książka". Na koniec jeszcze raz namawiam na "Ojca i syna". Bardzo ciekawy, mądry i sympatyczny film.

Raja Shehadeh "Obcy w domu"

Kto przeczytał i zachwycił się "Palestyńskimi wędrówkami", pierwszą wydaną w Polsce

książką Raja Shehadeha, palestyńskiego pisarza, prawnika i założyciela organizacji Al-Hak zajmującej się prawami człowieka, ten nie może ominąć kolejnej, "Obcego w domu" (Karakter 2012; przełożyła Anna Sak). To książka dla autora niezwykle ważna, bo, jak twierdzi, wyrwała go z duchowego marazmu, w jaki wpadł, kiedy po raz kolejny uświadomił sobie bezsilność mieszkańca Zachodniego Brzegu wobec izraelskiego okupanta. Jakby tego było mało, wkrótce rozczarował się porozumieniami z Oslo. Chociaż z arogancją okupacyjnej władzy stykał się wielokrotnie w swojej praktyce adwokackiej i działając w założonej przez siebie organizacji, to dopiero ostatnie, osobiste, doświadczenie było tak bardzo dojmujące. Co się wydarzyło? Otóż Raja Shehadeh wraz z najbliższymi przez lata walczył o znalezienie mordercy swojego ojca, Aziza, znanego prawnika i orędownika porozumienia palestyńsko-izraelskiego. Aby wyświetlić zagadkę, wybrał drogę legalną, niezwykle mozolną i długą. Zaufanie, jakim tym razem obdarzył izraelską policję i wymiar sprawiedliwości, zaprowadziło go donikąd, a po latach odkrył, dlaczego tak się stało. Prawda, której od jakiegoś czasu się domyślał, była niezwykle gorzka. Autor nie potrafił pogodzić się z tak ogromnym cynizmem izraelskich władz. Być może czytelnik tej notki zdziwi się, dlaczego doświadczony prawnik, akurat w tej sprawie liczył na dobrą wolę Izraelczyków. Otóż nie było to bezpodstawne: jego zamordowany ojciec był człowiekiem znanym nie tylko na Zachodnim Brzegu, w Izraelu, w świecie arabskim, ale również w Europie czy Stanach w środowiskach zajmujących się sytuacją na Bliskim Wschodzie. Kiedy psychicznie zrujnowany Shehadeh poddał się zniechęceniu i niemocy, ratunek znalazł w pisaniu "Obcego w domu". Nie po raz pierwszy w swoim życiu szukał pocieszenia w tworzeniu. Robił to już wcześniej, od czasów studenckich. Ta konsolacyjna funkcja twórczości, w tym wypadku literackiej, wybrzmiewa w tej książce niezwykle mocno. To jeden z jej wątków, ale chociaż ważny, to przecież nie główny. Bo przede wszystkim książka Raji Shehadeha jest opowieścią o trzech sprawach: relacji ojciec syn,  dojrzewaniu i szukaniu własnej drogi życiowej oraz o życiu na Zachodnim Brzegu pod izraelską okupacją. Wszystko to bardzo ciekawe i poruszające, żywo napisane, więc książkę połyka się jednym tchem niczym najlepszą powieść. A jest w niej przecież niezwykła siła autentyczności.

Jak zwykle, kiedy przeczytam coś, co mnie bardzo porusza, mam z jednej strony chęć, aby wykrzyczeć z siebie to wszystko, z drugiej męczy mnie świadomość, że przecież nawet w długiej notce to niemożliwe. Pozostaje mi więc zaapelować do czytelników tych refleksji, aby przeczytali "Obcego w domu", a ja tymczasem przynajmniej wypunktuję to, co poruszyło mnie najbardziej.

Książka zaczyna się od opowieści o rodzinnej przeszłości. Autor sięga do czasów sprzed swoich narodzin, kiedy jego znani i szanowani przodkowie prowadzili zajmujące, wygodne i beztroskie życie w bogatej, pięknej i kosmopolitycznej Jaffie. Kto był w Izraelu, a przede wszystkim  w Tel Awiwie, ten wie, że dziś Jaffa to tylko część tej metropolii. Z jednej strony urocza, acz nieco rozczarowująca turystyczna wydmuszka, tę poznałam, z drugiej  niebezpieczna dzielnica, tę znam z filmu "Ajami". Ale w czasach, kiedy rozpoczyna się ta opowieść, było odwrotnie. To Jaffa stanowiła centrum świata, palestyńskiego i arabskiego, a żydowski Tel Awiw dopiero powstawał, budowany mozolnie na wydzieranych morzu wydmach. I nagle w roku 1947 po powstaniu Izraela ten znany, oswojony, cudowny i wygodny świat wali się w gruzy. Trzeba podjąć dramatyczną decyzję: zostać czy uciekać? Jak zwykle w sytuacjach historycznych przełomów, nikt nie wierzy, że to nieodwracalne. Wielu wydaje się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy wszystko się odwróci i będzie, jak było. I tak rodzina Raji Shehadeha znalazła się w Ramallah, w letnim domu jego babci. Chociaż autor urodził się w trzy lata po tych wydarzeniach, na jego życiu wywarły one niezatarte piętno. Wychowywał się w atmosferze tymczasowości i tęsknoty za Jaffą i za ... morzem. Doświadczenie utraty związane z wypędzeniem (właściwiej byłoby napisać ucieczką, bo w sensie dosłownym tak właśnie było; po utworzeniu Izraela nikt nie wydał ustawy o wysiedleniach Palestyńczyków; część z nich została, część uciekła) pokazane jest w tej książce niezwykle mocno. Przypomina mi to nieco opowieść Amosa Oza o jednej z jego babć, która po opuszczeniu Europy i osiedleniu się w Palestynie z czasów brytyjskiego mandatu, nie mogła przyzwyczaić się do kompletnie innego świata. Oczywiście tamta sytuacja była jednak trochę inna, wszak przodkowie Oza wyjechali z Europy z własnej woli na fali ruchu syjonistycznego. Ale czas wrócić do "Obcego w domu". Poruszająca jest opowieść o tym, jak po roku 1967, kiedy po wojnie sześciodniowej Zachodni Brzeg został odebrany Jordanii i trafił pod okupację Izraela, ojciec autora może wreszcie (co za paradoks!) wybrać się do swojej ukochanej Jaffy. Kiedy tam przyjeżdża i odwiedza wytęsknione miejsca, zastaje pustkę, martwotę, zniszczenie. Dawnego świata już nie ma, na jego miejsce powstał nowy, który nie jest przecież jego światem. Okazuje się, że przez lata żył złudzeniami. Kiedy wieczorami pokazywał synowi widoczne ze wzgórz otaczających Ramallah światła mitycznej, rajskiej Jaffy, karmił się iluzją. Prawda była inna: to nie światła Jaffy widział na horyzoncie, ale blask rozrastającego się z rozmachem Tel Awiwu. Dla rodziny autora to doświadczenie tęsknoty za domem rozumianym  symbolicznie, za małą ojczyzną. Kiedy ja czytam o dawnej Jaffie, ale także zamieszczone w książce opisy kosmopolitycznego Bejrutu jeszcze sprzed czasów libańskiej wojny domowej, tęsknię za światem, którego już nie ma, którego przecież znać nie mogłam, który być może w opisywanym przez różnych autorów kształcie nigdy nie istniał, a dziś jest przez nich idealizowany. Myślę tu o kosmopolitycznym świecie dawnego Bliskiego Wschodu, tego bez dzisiejszych granic. a znam go z książki Kaplana "Na wschód od Tatarii", Acimana "Wyjście z Egiptu" czy Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku".

Inny nurt opowieści Shehadeha, który mnie szczególnie poruszył i zainteresował, to obraz życia Palestyńczyków pod izraelską okupacją i ścieranie się różnych postaw wobec przyszłości Palestyny. Ponieważ rozpisałam się już bardzo, zwrócę uwagę na to drugie zagadnienie, chociaż to pierwsze jest o wiele bardziej przykre i poruszające, ale chyba jednak lepiej znane. Shehadeh pokazuje cztery różne postawy. Pierwsza powszechna zaraz po powstaniu Izraela: nie róbmy nic, czekajmy, przecież Izrael to tylko twór tymczasowy, wkrótce wszystko będzie jak dawniej. To właśnie takie życie złudzeniami, a w konsekwencji wyczekiwanie, bierność i marazm doprowadziły do tego, że Palestyńczycy całkowicie oddali pole najpierw Jordanii, której częścią był Zachodni Brzeg, potem Izraelowi. Dlatego nie zbudowali społeczeństwa, które zabiegałoby o zorganizowanie i uporządkowanie swojej egzystencji na nowych warunkach. Dlatego życie na Zachodnim Brzegu było tym bardziej trudne. Dla wyznających taką postawę jakiekolwiek próby budowania czegoś nowego w wyznaczonych przez innych ramach byłyby oznaką kapitulanctwa i pożegnania się z marzeniami o Palestynie. Inną opcję reprezentował ojciec autora, Aziz Shehadeh. Od początku był zwolennikiem rozmów z Izraelem i doprowadzenia do powstania dwóch państw współistniejących obok siebie: żydowskiego i arabskiego. Za swoje jawnie wyznawane poglądy zapłacił ostracyzmem, łatką kolaboranta przyczepianą mu przez wielu z obu stron barykady, a wreszcie poczuciem osobistej klęski i rozczarowaniem, jakie towarzyszyło mu przez dużą część życia. Dopiero po wielu latach niektórzy potrafili przyznać mu rację. Można uznać go za wizjonera, który wyprzedził swój czas. Ciekawa jestem, jak ocenia Aziza Shehadeha Amos Oz, zwolennik porozumienia Izraela z Palestyńczykami. Kolejna postawa to ta reprezentowana przez OWP (Organizacja Wyzwolenia Palestyny), organizację powstałą na emigracji, która ostatecznie podpisała porozumienia z Oslo. Pozornie zwycięska, ale tylko pozornie. Dlaczego? Bo z jednej strony to wywodząca się z niej Fatah jest źródłem dzisiejszych kłopotów Zachodniego Brzegu i Gazy (mocno upraszczam oczywiście, ale to nie artykuł publicystyczny), z drugiej to OWP podpisując porozumienia w takim kształcie, pozwoliła na budowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu i w Gazie. Osiedli, które są dziś nie tylko zarzewiem niekończących się konfliktów, ale także nieodwracalnie masakrują krajobraz Zachodniego Brzegu. Zainteresowanych odsyłam do świetnego dokumentu pokazywanego niedawno w kinach  "Pięć rozbitych kamer"  i przede wszystkim do poprzedniej, pięknej, wzruszającej książki Shehadeha, "Palestyńskie wędrówki", która opowiada właśnie o tym. No i wreszcie postawa czwarta reprezentowana przez autora. Skoro nie można doprowadzić do powstania państwa palestyńskiego, skoro trzeba żyć pod okupacją izraelską, to należy przynajmniej zrobić wszystko, aby okupant przestrzegał prawa. Dlatego Shehadeh założył organizację Al-Hak, która dokumentowała i nagłaśniała, przede wszystkim na arenie międzynarodowej, łamanie praw człowieka przez władze okupacyjne. Ale i ta postawa nie przyniosła sukcesu. Chociaż doceniany, czego dowodem choćby to, że zaproszono go do wzięcia udziału w madryckich rozmowach przygotowujących porozumienia z Oslo (szybko z nich zrezygnował, bo nie odpowiadała mu postawa ani Izraela, ani OWP), ma poczucie przegranej. Nie może pogodzić się z tym, że OWP przehandlowała zgodę na budowę osiedli w zamian za władzę. Jego głos w tej sprawie brzmi bardzo mocno w końcówce książki, a szczególnie we wspomnianych tu "Palestyńskich wędrówkach". Mignął mi gdzieś przed oczami lid z recenzji "Obcego w domu" autorstwa Pawła Smoleńskiego: "Ta książka pomaga zrozumieć, dlaczego na Bliskim Wschodzie nie ma pokoju i raczej długo jeszcze go nie będzie.". Nic dodać, nic ująć. O tym między innymi jest opowieść palestyńskiego pisarza.

Strasznie się rozpisałam. Na zakończenie muszę jednak bardzo mocno podkreślić, że zasadniczym tematem "Obcego w domu" jest zawiła relacja ojca i syna. To w cieniu swojego ojca dorasta Raja, to przez niego czuje się niedoceniany, niedostrzegany i tłamszony, to w opozycji do niego buduje swoją życiową, prawniczą i polityczną drogę, to z nim się nie zgadza, to jego po latach docenia i podziwia, to z jego śmiercią i tym, co się po niej dzieje, nie potrafi się pogodzić. Gorąco namawiam do przeczytania "Obcego w domu" (naprawdę czyta się znakomicie) i "Palestyńskich wędrówek". W wypadku tej ostatniej pozycji trzeba mieć jednak świadomość, że akcji w niej niewiele, za to mnóstwo pięknych opisów dewastowanego krajobrazu i miłości do ziemi. Warto podjąć czytelniczy trud. Książka wynagrodzi to po wielokroć.

Popularne posty