Yossi Granovski "Adżami. Opowieści z Jafy"

Ponieważ na literaturę izraelską mam nastawiony mój czytelniczy

radar, co nie oznacza, że czytam każdą książkę z tego literackiego obszaru, postanowiłam sięgnąć po zbiór opowiadań Yossiego Granovskiego "Adżami. Opowieści z Jafy" (Filtry 2023; przełożył Roman Vater). Na początek parę słów o pisarzu, o którym dotąd nic nie słyszałam, potem o Adżami i Jafie. Droga  urodzonego w 1952 roku Yossiego Granovskiego do zawodowego zajmowania się literaturą nie była typowa. Najpierw długo służył w wojsku i służbie granicznej, co było sposobem na uniknięcie bezrobocia, dopiero jako trzydziestolatek ukończył studia prawnicze, potem pracował w policji, skąd zwolniono go, kiedy ukończył czterdzieści jeden lat. Wtedy na stałe wszedł w literacki świat - został bibliotekarzem w Jafie, gdzie od lat mieszka, pracował w piśmie literackim, promował młodych poetów z Jafy, głównie arabskich piszących po hebrajsku. Sam mówi bardzo dobrze w ich rodzimym języku. Wprawdzie tworzył już w czasie, kiedy służył w wojsku, ale pierwszy zbiór opowiadań wydał dopiero w roku 2004. Od tamtej pory ukazało się ich kilka. Bohaterami są  najczęściej Żydzi i Arabowie, mieszkańcy Jafy, jego przybranej małej ojczyzny. Przybranej, bo urodził się w Tel Awiwie.

Od 1950 roku Tel Awiw i Jafa to jeden miejski organizm, ale kiedyś, przed powstaniem Izraela, ta druga była tętniącym życiem miastem arabskim z dużym portem. Stanowiła najważniejszy ośrodek ekonomiczny i kulturowy arabskiej Palestyny, która najpierw była częścią Imperium Osmańskiego, a po jego upadku i powstaniu Turcji mandatowym terytorium brytyjskim, czyli chyba tylko trochę lepiej niż kolonią.  Tel Awiw został założony przez Żydów przybywających do ziemi przodków. Już za Brytyjczyków wybuchło w Jafie arabskie powstanie, ale prawdziwy dramat rozegrał się tuż przed proklamacją Izraela. Chociaż zgodnie z planem ONZ-etu Jafa miała zostać arabską eksklawą w nowym państwie, jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości najpierw prawicowa milicja zburzyła jedną z dzielnic miasta, potem Hagana  oblegała je i ostrzeliwała, aż obrońcy się poddali. Kiedy dzień później w Tel Awiwie ogłoszono deklarację niepodległości, zaczął się eksodus arabskich mieszkańców Jafy. W sumie uciekło ich około sto tysięcy. Pozostałych, około czterech tysięcy, stłoczono w dzielnicy Adżami, którą na rok wojsko izraelskie otoczyło drutem. Wyjść stamtąd można było tylko z pomocą specjalnej przepustki. Taki to paradoks - ci, którzy byli prześladowani, zaczęli prześladować innych. Ci, których zamykano w gettach, sami stworzyli getto. To zaledwie ułamek tego, czego dowiedzieć się można z bardzo ciekawego posłowia Romana Vatera, tłumacza książki, znawcy Izraela, gdzie studiował i przez kilka lat mieszkał.

Wybrane do polskiego wydania opowiadania zgromadzone w książce "Adżami. Opowieści z Jafy" pochodzą z różnych  zbiorów, co daje się odczuć, ale o tym za chwilę. Ich akcja rozgrywa się albo jeszcze przed rokiem 1948, albo na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Pokazują zmianę, jaka zaszła w Jafie, która traci swoją rangę i z ważnego, ruchliwego arabskiego miasta staje się po powstaniu Izraela miejscem zasiedlanym głównie przez ubogich żydowskich imigrantów z Bułgarii i Maroka. Roman Vater pisze wprost o transformacji Jafy w "slumsy" południowego Tel Awiwu.

Muszę przyznać, że początkowo byłam rozczarowana. Nie żebym żałowała lektury, ale spodziewałam się czegoś, co mnie zachwyci albo zainteresuje, albo poruszy. A najlepiej wszystko na raz. Nie ukrywam, że wolę powieści, kiedyś opowiadań nie czytałam prawie w ogóle, od kilkunastu lat to się zmieniło, chociaż nadal chętniej sięgam po dłuższe formy. Opowiadanie, przynajmniej w moim przypadku, łatwiej przemyka, przelatuje w trakcie lektury. Aby ze mną zostało, aby się osadziło, musi mieć to coś, co przytrzyma  emocje i przykuje uwagę. W krótkiej formie znacznie o to trudniej. I właśnie trzy pierwsze opowiadania, a w sumie jest ich w tym zbiorze tylko sześć, nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Nie bardzo umiałam się w nich odnaleźć. Ich bohaterem i narratorem jest Ahmed, który urodził się i mieszkał w arabskiej wiosce, dopiero potem osiadł w Jafie. Z pierwszego opowiadania dowiadujemy się, jak to się stało, że zamiast skończyć studia prawnicze, został handlarzem towaru, czyli mówiąc wprost narkotyków, głównie opium. 

To takie opowieści łotrzykowskie. Ahmedowi przytrafiają się różne nieprawdopodobne historie, z których wychodzi obronną ręką, bo szczęście mu sprzyja, a najczęściej on mu pomaga sprytem i dzięki najrozmaitszym koneksjom, które zdobył, parając się handlem towarem. Jego wspomnienia sięgają dzieciństwa, czyli czasów pierwszej wojny, kończą się po czterdziestym ósmym roku. Gdzieś w tle tych łotrzykowskich opowieści jest życie codzienne. Już w tych trzech opowiadaniach obserwujemy przemianę tego świata. Ale może dlatego, że są one bardzo krótkie, nie podziałały na mnie jakoś specjalnie. Przełom nastąpił w czwartym, którego narratorem i bohaterem też jest Ahmed. Chociaż znowu na pierwszy plan wybija się łotrzykowska historia, to jest tu coś więcej. To już czas po czterdziestym ósmym roku, kiedy większość arabskich mieszkańców uciekła z Jafy. Ahmed opowiada o tym, jak mu się udało do niej wrócić. Tym razem historia tego miejsca, naszkicowana kilkoma obrazami pokazanymi bez patosu, zwyczajnie, może nawet w nieco żartobliwym, bo gawędziarskim tonie, chwyciła mnie za serce. Bo umiem wyobrazić sobie, jakie ludzkie tragedie kryją się za tymi kilkoma rzuconymi niedbale zdaniami. 

Ale prawdziwie zachwyciły mnie dwa ostatnie opowiadania, zdecydowanie dłuższe niż poprzednie, stanowiące ponad dwie trzecie całości. To Opowieść Nasifa i Opowieść Ibrahima. Ich bohaterem nie jest już Ahmed, a akcja toczy się po proklamowaniu Izraela. I to w nich najlepiej widać zachodzące w Jafie zmiany - napływ Żydów z państw Maghrebu czy z Bułgarii, przejmowanie przez nich mienia arabskiego. Trudno ich osądzać, sami niewiele mają, zostawili za sobą wszystko, co posiadali, muszą budować swoje życie na nowo. Do zostawionych przez Arabów domów każą im się wprowadzać urzędnicy. Bohaterowie tych opowiadań, którzy pamiętają dawną Jafę, obserwują te zmiany. Nie ma już niektórych miejsc, inne zmieniły właściciela, zamiast brytyjskich policjantów czy urzędników są żydowscy. Jest w tym dużo nostalgii za dawnym światem, ale nie zawsze złość. Cóż, trzeba się w nim na nowo odnaleźć, jakoś urządzić. Ale są też ludzkie tragedie. I to one tak bardzo mnie poruszyły. Historia nieszczęśliwej miłości Żydówki i Nasifa, Araba z Bengazi, który oficjalnie jest Żydem, a historia o tym, jak do tego doszło, utrzymana jest nadal w łotrzykowskim tonie znanym z czterech pierwszych rozdziałów. Równie mocno porusza opowieść o czarnym Ibrahimie pochodzącym z Sudanu, który, a jakże, też zdobywa żydowskie papiery, i jego przyjacielu At-Tyczu. Mamy tu nieszczęśliwą miłość, opowieść o meandrach przyjaźni Ibrhima i At-Tycza, żydowskich  imigrantów, wiele ciepła, ale i ogromny smutek. Granowski pisze o arabskich mieszkańcach Jafy, jakby był jednym z nich, nie egzotyzuje ich, oddaje im podmiotowość i znakomicie pokazuje, że życie nie jest proste, a świat czarno-biały. Po każdej stronie są ludzie dobrzy, uczciwi i źli. Jest w tych opowieściach melancholia, nostalgia i smutek, ale też dużo energii i przekonania, że trzeba życie składać na nowo. Tak więc ostatecznie jestem na tak i polecam tę książkę, nawet bardzo. 

A na koniec kilka refleksji około wydawniczych. Może lepiej przeczytać posłowie przed lekturą opowiadań? Może wtedy będzie w nie łatwiej wejść? No i szkoda, że dostajemy taki skromny wybór. Może lepszą decyzją byłoby wydanie większego tomu z wyraźnym podziałem na opowiadania o Ahmedzie i innych bohaterach? Z informacji o autorze wnoszę, że historii o Ibrahimie czy Nasifie jest chyba więcej. Pewnie wydawnictwo, a może to decyzja tłumacza, chciało dać przegląd twórczości Granowskiego. Mam nadzieję, że za tą pierwszą książką, pójdą następne.

Marie NDiaye "Zemsta należy do mnie"

Ponieważ temat nierówności klasowych, awansu społecznego

znajduje się w kręgu moich zainteresowań, nie mogłam ominąć powieści "Zemsta należy do mnie" Marie NDiaye uznawanej za jedną z ważniejszych współczesnych francuskich autorek (Filtry 2023; przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon). Tym bardziej, że zbiera bardzo dobre recenzje. Jak czytam na stronie wydawnictwa, pisarka opublikowała ponad dwadzieścia książek i wiele sztuk teatralnych. Przydałaby się precyzja - zbiorów opowiadań? powieści? esejów? Wszak sztuka teatralna to też książka. Za powieść "Trzy silne kobiety", która ukazała się w Polsce w roku 2010, dostała Nagrodę Goncourtów.

"Zemsta należy do mnie" to historia adwokatki, mecenas Susane, mającej bronić kobiety, która zamordowała troje swoich dzieci. Kiedy do kancelarii wkracza mąż morderczyni, aby powierzyć mecenas Susane tę sprawę, jest pewna, że zetknęli się już kiedyś w dzieciństwie. Ona była dziesięcioletnią dziewczynką, on miał pięć lat więcej. To trwające zaledwie kilka godzin  spotkanie wywarło na niej ogromne wrażenie. Może nawet zdecydowało o jej dalszych losach. Ale czy rzeczywiście to on? Mężczyzna niczym nie zdradza, że ją rozpoznaje. Odtąd mecenas Susane wpada w rodzaj obsesji - za wszelką cenę będzie próbowała dowiedzieć się od matki, z którą wtedy była w domu jego rodziców, jak się nazywali. Jej natarczywość w tej kwestii doprowadzi do rodzinnego konfliktu.  Czy mąż morderczyni i tamten chłopak to ta sama osoba? Co się wtedy wydarzyło między nimi? Te pytania powracają niczym mantra. Mecenas Susane pamięta swoją wersję tej historii, ale czytelniczki i czytelnicy mogą podejrzewać, że coś wyparła. A może jednak nie? To tylko jedno z niedopowiedzeń w tej powieści, zapewne celowych.

Muszę przyznać, że mam problem z książką Marie NDiaye. Z jednej strony bardzo mnie wciągnęła, połknęłam ją niemal w jeden dzień. Z drugiej miałam poczucie oczywistości poruszanych problemów. Może za dużo się na te tematy naczytałam i nasłuchałam? Jeden z nich to wspomniany już awans społeczny. Mecenas Susane wywodzi się z klasy ludowej, jak to się dziś mówi. Skończyła studia prawnicze, pracowała w dużej kancelarii adwokackiej, ale w końcu postanowiła iść na swoje. Na razie nie wiedzie się jej najlepiej, prowadzi kilka drobnych spraw, obrona morderczyni może stać się przełomem w jej solowej karierze. Niby osiągnęła dużo, ale nie jest z siebie zadowolona. Rodzice są z niej dumni, a ona ma wrażenie, że ich oszukuje, że nie znają jej prawdziwej sytuacji. Prowadzi ascetyczny i samotniczy tryb życia. Stara się być jak najbardziej korekt i na czasie. Dlatego zatrudnia do pomocy w domu imigrantkę z Mauritiusa, chociaż żadna pomoc nie jest jej potrzebna. Traktuje to w kategoriach aktywistycznych. Z tego samego powodu za darmo prowadzi starania o zalegalizowanie pobytu jej i jej rodziny. Nie chcąc w niczym urazić młodej kobiety, daje sobą manipulować. Zaczyna się między nimi toczyć dziwna gra, w której to mecenas Susane jest tą słabszą stroną. Może dlatego, że chociaż coś osiągnęła, wprawdzie nie tak dużo, jak by chciała, ale jednak, wciąż czuje się bardzo niepewnie. 

Jej historię poznajemy za pośrednictwem trzecioosobowego narratora w bardzo specyficzny sposób. Fakt, że nigdy nie dowiemy się, jak ma na imię bohaterka, a narrator mówi o niej zawsze mecenas Susane, sprawia, że obserwujemy ją niczym jakiś obiekt, z dystansu. Mnie ten zabieg kojarzy się z narracją w filmach przyrodniczych. Taki sposób opowieści sprawił, że nie potrafiłam złapać kontaktu z bohaterką. Nie współczułam mecenas Susane, za to  irytowały mnie jej postawa i nijakość. Ale czy można traktować ją jak bohaterkę z krwi i kości? Dla mnie jest raczej figurą uosabiającą kobietę, która wspięła się w hierarchii społecznej, ale nadal czuje się niepewnie i stale jest gdzieś pomiędzy. Nie przynależy już do świata rodziców, czuje się w ich domu wyobcowana, ale nie nawiązała kontaktów ze swoim nowym środowiskiem. Drażni mnie też sposób przedstawienia jej konfliktu z rodzicami. Właściwie o co się kłócą? Co tak bardzo rozkminiają? W ogóle mam takie wrażenie, jakby ta powieść zawieszona była gdzieś pomiędzy realizmem, a ... no właśnie czym? Nawet nie bardzo umiem to nazwać. Teraz przychodzi mi do głowy termin przypowieść. Więc może moje zdroworozsądkowe pytania i wątpliwości nie mają w tym wypadku racji bytu? Dlaczego na przykład bohaterka nie próbuje zapytać męża morderczyni, gdzie mieszkał w dzieciństwie? Jego odpowiedź mogłaby od razu rozwiać jej wątpliwości, nie musiałaby dręczyć swymi pytaniami matki.

Drugi temat, który mnie wydał się już przemielony na dziesiątą stronę, to historia morderczyni. Dlaczego zabiła swoje dzieci, które przecież kochała? Nie, to nie jest rodzina patologiczna. Ona była nauczycielką, dopóki nie urodziła pierwszego syna, jej mąż wykłada na uczelni. Mieszkają w eleganckim mieszkaniu, niczego im nie brakuje. Jak łatwo się domyślić, dostajemy tu oczywiście historię nieudanego małżeństwa, chociaż pozornie wszystko gra, rezygnacji z własnych ambicji, także awansu społecznego, udręczenia macierzyństwem, udawania. Każde z małżonków coś gra przed drugim, żadne nie jest szczere. Czasem myślałam, że może wystarczyłaby rozmowa, aby uniknąć nieporozumień, ale historia zmierza w innym kierunku. Mąż oczywiście okazuje się tyranem i psychicznym przemocowcem. To prawda, że wiele jest takich związków, sama znam podobne, strasznie mnie zawsze irytuje, kiedy kobieta pozwala robić z siebie służącą własnej rodziny, więc temat jak najbardziej ważny, problem w tym, że tutaj dostajemy wszystko kawa na ławę. Czytając opowieść żony, a potem wersję męża, myślałam sobie - no nie, znowu, ile można. Jakoś nie ma w tym żadnej finezji, wszystko podane jest na tacy.

Teraz, kiedy redaguję moją notkę, nasunęła mi się jeszcze jedna możliwa interpretacja powieści Marie NDiaye. Mamy tu trzy bohaterki, dwie reprezentują stary, syty świat, trzecia nowy, który dobija się do Europy. Wszystkie marzą o awansie społecznym - mecenas Susane i jej klientce się udało, ale nie są szczęśliwe, ta trzecia dopiero o ten awans walczy. One wydają się być pogrążone w marazmie, jakby wyczerpała je droga, którą przebyły, a może są rozczarowane osiągniętym celem i nie mają pomysłu, co dalej. Ona jest pełna wigoru, wie, czego chce i potrafi każdego owinąć sobie wokół palca. Nie, wcale nie jest sympatyczna. A więc może jest to opowieść o zmierzchu naszego świata?

Jak widać, mam z tą powieścią problem. Wciąga i irytuje jednocześnie, skłania do rozmaitych refleksji, porusza ważne tematy, ale w sposób, który mnie drażnił. To mój odbiór, bo recenzje ma bardzo dobre. Opinie czytelniczek i czytelników na rozmaitych portalach, gdzie z ciekawości zajrzałam, raczej też.     

Grzegorz Łyś "Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie"

Kiedy półtora roku temu ukazała się bardzo chwalona książka

Grzegorza Łysia "Dzikie żądze. Bronisław Malinowski nie tylko w terenie" (W.A.B. 2021), pomyślałam, że chętnie bym po nią sięgnęła, ale biografia Malinowskiego to nie mój priorytet, więc z braku czasu na wszystkie lektury, na które miałoby się ochotę, nie wpisałam jej na listę książek oczekujących. Ale kilka miesięcy temu przeczytałam "Witkacego i kobiety. Harem metafizyczny" Małgorzaty Czyńskiej, gdzie Malinowski trochę się pojawia, a ostatnio szczególnie zelektryzowała mnie wiadomość o tym, że Karakter wydaje powieść Agnety Pleijel "Lord Nevermore" w nowym tłumaczeniu Justyny Czechowskiej. Zanim przeczytam książkę szwedzkiej pisarki, której bohaterowie wzorowani są na Witkacym i Malinowskim, postanowiłam sięgnąć po biografię tego ostatniego pióra Grzegorza Łysia. Natychmiast też wpisałam na wspomnianą listę niedawno wydaną książkę o Stanisławie Witkiewiczu, ojcu Witkacego.

I jak to zazwyczaj mam z biografiami, znowu dokonałam wielkiego odkrycia. No bo co wiedziałam o Bronisławie Malinowskim? Że przyjaźnił się z Witkacym, że w dramatycznym dla niego okresie po samobójczej śmierci narzeczonej zabrał go ze sobą na wyprawę na wyspy Oceanii - jestem prawie pewna, że nie bardzo miałam świadomość, iż konkretnie chodziło o Trobriandy - no i że napisał "Życie seksualne dzikich". Tyle. Myślę, że nie stanowię wyjątku. Jak zauważa Grzegorz Łyś, większość z nas nie ma pojęcia, jaką rolę w światowej antropologii odegrał Bronisław Malinowski. Jesteśmy dumni z Marii Skłodowskiej-Curie, a z jego znaczenia nie zdajemy sobie sprawy. 

Autor odtwarzając krętą i nieoczywistą drogę na naukowy szczyt bohatera swojej książki, pokazuje, jakim przełomem w antropologii w tamtym czasie było to, co zrobił Malinowski. Po pierwsze badania terenowe. Dziś to oczywistość, ale wtedy naukowcy zajmujący się tą dziedziną nie ruszali się zza biurek. Swoje teorie na temat innych społeczeństw snuli na podstawie doświadczeń misjonarzy, kupców, urzędników kolonii. Autor "Złotej gałęzi", uznany wtedy antropolog James Frazer, zapytany o to, czy odwiedził społeczności, o których pisze, odparł z dumą, że nie. Jego najdalsze podróże to Grecja i Włochy. To tę książkę przeczytał student Bronisław Malinowski, to ona stała się jedną z podwalin jego późniejszych zainteresowań, do których droga była jednak bardzo kręta i wcale nieoczywista, to on w końcu dokonał symbolicznego ojcobójstwa na jej autorze. W książkach i artykułach, które były rezultatem jego kilkuletnich badań terenowych na Trobriandach, stanął po stronie tych nielicznych, którzy kwestionowali teorię ewolucjonizmu głoszącą, że prymitywne ludy to relikt ewolucji, skamielina w ewolucyjnym łańcuchu, i późniejszą nieco teorię dyfuzjonizmu (rozprzestrzenianie się  kultury na inne obszary z jednego lub zaledwie kilku centrów). Uważał, że badane przez niego dzikie ludy, mają swoją kulturę, inną niż ludzie biali, ani lepszą, ani gorszą, i nie można patrzeć na nią przez pryzmat białego człowieka. Poza tym stał się jednym z twórców antropologicznej teorii funkcjonalizmu głoszącej, że każde zjawisko kulturowe ma jakąś funkcję istotną w systemie społecznym. Jak pisze autor jego biografii, stworzył pierwszy w historii nauki kompletny i do dziś najdoskonalszy opis pierwotnej społeczności plemiennej.

Grzegorz Łyś pokazuje też kontrowersje, jakie pojawiły się wokół Bronisława Malinowskiego, szczególnie, kiedy w latach sześćdziesiątych, długo po jego śmierci (1942), odkryto  dziennik nieprzeznaczony do druku. Kiedy decyzją żony został wydany w obszernych fragmentach, wywołał skandal, bo obrońca praw i tradycji dzikich w prywatnych notatkach bywał rasistą, zwolennik uprawnienia kobiet męskim szowinistą, a empatyczny badacz społeczny okazał się skrajnym egocentrykiem. Wielu jego dawnych uczniów odcięło się od niego. Z jednej strony pisał o Trobriandczykach: Oto nasi bracia. Mają kulturę podobnie jak my, niekiedy fascynującą. Chociaż ich kultura różni się od naszej, są tacy sami jak my. Z drugiej w swoim dzienniku w czasie pobytu na Cejlonie w drodze na Trobriandy zanotował: Czarne małpy udające Europejczyków w tramwaju dają mi poczucie wyższości rasy białej. Ale mniej więcej w tym samym czasie, kiedy wyszedł dziennik, odkryli go dla siebie postmoderniści i na nowo zainteresowano się jego dorobkiem. Jeszcze później, bo w latach siedemdziesiątych, na Trobriandach pojawili się turyści, dzieci rewolucji seksualnej. Zwabiła ich tam oczywiście najbardziej chyba znana jego książka "Życie seksualne dzikich".  Obrońcy Malinowskiego wskazują, że dziennik służył mu do wiwisekcji, a profesor Tokarska-Bakir uważała, że był dowodem jego depresji i rodzajem terapii. Wytykano mu też, że jego badania służyły państwom kolonialnym, szczególnie Imperium Brytyjskiemu. Autor twierdzi, że  badacz nie był apologetą kolonializmu, krytykował ingerencję państwa w życie tubylców. 

Bronisław Malinowski jawi się jako postać bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności, zmagająca się z lękami, słabościami, niedoskonałościami, problemami ze zdrowiem. Klął, był snobem, prowokatorem, uwielbiał, kiedy go podziwiano, świadomie budował swoją legendę jako króla antropologii. Jednocześnie to ciepły, wrażliwy człowiek, pamiętał o bliskich, pomagał im, kiedy tego potrzebowali. Miał liczne grono oddanych zwolenników i uczniów, którzy go uwielbiali, inni jednak nie lubili go i dyskredytowali jego dorobek naukowy.  Angażowanie się w politykę od czasów młodości było mu obce, nie walczył w żadnej z wojen. W pierwszej, bo właśnie wtedy prowadził swoje badania na Trobriandach i nie przyszło mu nawet na myśl, aby je przerwać i zaciągnąć się na przykład do legionów. To między innymi z powodu tej apolitycznej postawy przyjaźni Bronia i Stasia, jeszcze  w czasach zakopiańskich, sprzeciwiał się ojciec tego ostatniego, szczery patriota. Osobna historia to związki Malinowskiego z kobietami - uwielbiał pakować się w sytuacje skomplikowane, w trójkąty. Uczuciowe burze długo nadawały sens jego egzystencji. Były przyczyną moralnych rozterek, cierpień, ale i ekscytacji.  Autor biografii skłania się ku stwierdzeniu, że miał też skłonności homoseksualne, które tłumił. To kolejny powód, dla którego nie przepadał za nim ojciec Witkacego. Podobne obawy, że uwiedzie ich syna, żywiła jego żona.

Bardzo ciekawe są rozdziały opowiadające o młodości Malinowskiego, szczególnie o jego związkach z Zakopanem, trudnej przyjaźni z Witkacym i Leonem Chwistkiem, ich wędrówkach po Tatrach i zażartych sporach światopoglądowych oraz dyskusjach. To w tamtym okresie autor biografii dopatruje się podwalin pod jego późniejsze zainteresowania. Przyjaciele byli świadkami różnego podejścia do sfery seksualnej. Z jednej strony dulszczyzna, hipokryzja i tabu. To świat mieszczański. Z drugiej swoboda i rozpusta w kurorcie, jakim stało się Zakopane. Na czas pobytu tam ci sami mieszczanie zawieszali normy społeczne obowiązujące w tej sferze życia. Z trzeciej strony swoboda artystów Młodej Polski, Przybyszewski i do tego pierwotny seks góralski. Na to wszystko napatrzył się młody Bronio. Grzegorz Łyś twierdzi, że bez Młodej Polski i bez Zakopanego nie byłoby Malinowskiego badacza. Wskazuje jeszcze jedną inspirację dla jego metody naukowej - badań terenowych. W taki sposób pracował jego ojciec, Lucjan, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, językoznawca, badacz dialektów śląskich i folkloru. Na całe miesiące znikał w Beskidzie Śląskim, zbierając materiały do swojej pracy. Czasem w tych wyprawach towarzyszył mu syn. Stosunek do ojca i matki to kolejny ważny wątek w biografii Malinowskiego.

Takich wątków jest w tej niezwykle ciekawej książce bardzo dużo. Zachęcam do lektury i odkrycia ich. Nie sposób oddać skomplikowanej postaci Bronisława Malinowskiego i jego pokrętnej drogi do naukowej kariery w tej krótkiej notce. Zresztą nie o streszczenie tu chodzi, a o lekturową inspirację.

Agnieszka Gajewska "Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Biografia"

Powiedzieć, że literatura fantastyczno-naukowa nie leży w sferze

moich zainteresowań, to nic nie powiedzieć. Po prostu jej nie lubię, podobnie jak fantasy i w mniejszym stopniu groteski. Ale trochę głupio przynajmniej nie spróbować twórczości Stanisława Lema. Dlatego co jakiś czas sięgam po jedną z jego książek. Pierwsze były chyba "Dzienniki gwiazdowe", które poleciła mi dawno temu pewien bliski mi wówczas miłośnik pisarza. Potem "Powrót z gwiazd", kilka opowiadań z "Bajek robotów" i z "Cyberiady". Wreszcie stosunkowo niedawno zachwyciłam się "Solaris", do której to powieści przymierzałam się od dawna, ale jakoś się nie składało, a wreszcie złożyło się po obejrzeniu jej teatralnej adaptacji. W tym kontekście nie dziwi, że nie zainteresowałam się aż tak bardzo, aby po nią sięgnąć, wydaną w 2017 roku biografią pisarza pióra Wojciecha Orlińskiego. Wysłuchałam tylko kilku bardzo ciekawych rozmów z jej autorem, ale to tyle. Jednak kiedy kilka lat później ukazała się książka Agnieszki Gajewskiej "Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Biografia" (Wydawnictwo Literackie 2021), postanowiłam ją przeczytać. Może dlatego, że więcej się o niej mówiło? Miała na ogół bardzo dobre recenzje, a w rezultacie została nominowana do Nike i zdobyła Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii esej. Decyzja okazała się trafna - połknęłam ją niemal jednym tchem.

Kiedy niedawno opowiadałam znajomym, że przeczytałam biografię Lema, zdziwili się. Dlaczego? Bo życie pisarza wydało im się znane i niespecjalnie interesujące. Zapytali mnie, czy dowiedziałam się czegoś nowego. Nie, wcale nie zaskoczyła mnie ta wypowiedź w ustach ludzi czytających, a nawet zajmujących się literaturą zawodowo, bo i ja myślałam podobnie, oczywiście zanim zabrałam się za książkę. Wiadomo, Lem wielkim pisarzem był, urodził się we Lwowie, skończył medycynę, potem zaczął pisać, mieszkał w Krakowie, przez jakiś czas w Austrii, był ateistą, miał żonę i syna. I wszystko jasne. Im głębiej wchodziłam w książkę Agnieszki Gajewskiej, tym bardziej przekonywałam się, że to pozory - Lem stanowił dotąd tylko jakąś plamkę w obszarze mojej wiedzy. Nie da się przecież sprowadzić życia człowieka do tych kilku informacji. Bardzo często podobnie mam z innymi biografiami. Niemal zawsze odkrywam cały ocean ciekawych informacji. Co w takim razie znalazłam w opowieści o życiu Stanisława Lema?

Po pierwsze okres lwowski, a szczególnie jego okupacyjne przeżycia  i ich konsekwencje, które odcisnęły się na losie pisarza. Wprawdzie coś już na ten temat wiedziałam z wywiadów, których udzielał Wojciech Orliński, ale to były tylko strzępki, urywki, tym razem weszłam w to głębiej. Teraz nie jest już tajemnicą, że pisarz urodził się w żydowskiej rodzinie Lehmów, bo tak brzmiało ich nazwisko, które dopiero po wyjeździe ze Lwowa przybrało znaną nam formę. Jego rodzice nie byli Żydami religijnymi. Do wybuchu wojny wiódł Lem wygodne życie dziecka i młodzieńca z dobrego, mieszczańskiego domu. Wprawdzie nie byli rodziną bardzo zamożną, ale ojciec lekarz mógł zapewnić żonie i synowi wygodną egzystencję. Potem Lem był świadkiem i uczestnikiem dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się we Lwowie w czasie niemieckiej okupacji, ukrywał się on i ukrywali się jego rodzice, często musieli zmieniać kryjówki. Ocaleli z Zagłady, ale większość ich krewnych zginęła. Odetchnęli, kiedy Lwów został wyzwolony spod niemieckiej okupacji. Ale tamte przeżycia, strach, pogromy, obrazy stosów zmasakrowanych trupów, które miał w pamięci, i wyjazd ze Lwowa położyły się cieniem na jego życiu. Tęsknił za swoim miastem rodzinnym do śmierci, ale nigdy nie odważył się pojechać ani tam, ani do Ukrainy mimo licznych zaproszeń. Przejmujący jest list, który napisał już z Krakowa do swojego kuzyna Władysława Hemara.

Piszę chaotycznie. Ale to naprawdę za wielkie wymaganie, żeby pisać o tym, co było. Trzeba jakoś omijać, ostrożnie dobierać słów, bo znowu się zbudzi. Obecnie szukam drogi do samego siebie, jakże mam ją znaleźć do innych?  

Ratunkiem stało się pisanie. Echa tamtych przeżyć po wielu latach pobrzmiewają w innym liście pisanym do jednego z tłumaczy.

Bardzo długo nie śmiałem zdecydować się na posiadanie dziecka (...), bo też świat wydaje się na ogół miejscem b. kiepsko urządzonym na przyjęcie ludzi, szczególnie kiedy miało się właśnie takie doświadczenia, które stały się naszym udziałem. Ale cóż - jest czas umierania i czas życia.

Ze strachu starannie ukrywał swoje pochodzenie, ale demony odżyły w Marcu 1968 roku. W tamtych wojennych doświadczeniach można doszukiwać się przyczyn nawracających okresów nigdy niezdiagnozowanej depresji  i ostrożnej postawy politycznej. Pisarz panicznie bał się, że bezpieka wyciągnie na światło dzienne jego pochodzenie, dlatego niechętnie wypowiadał się na tematy polityczne, nie angażował się w protesty, nie podpisywał żadnych listów napisanych przez opozycję ani apeli. Swoje myślał, ale dzielił się refleksjami tylko z najbliższymi przyjaciółmi. W korespondencji też musiał być ostrożny, bo miał świadomość, że jego listy mogą być czytane przez niepowołane osoby. Dopiero kiedy wyjeżdżał za granicę w tym, co pisał z wolnego świata mógł być szczery. Jego ostrożna postawa wynikała także z obsesji, że musi zarabiać - z wojennych doświadczeń wyniósł przekonanie, że pieniądze mogą uratować życie. Dlatego wolał się nie wychylać, aby nie zostać objętym zakazem druku. Poza tym był przekonany, że protesty niczego nie zmienią. Podziwiał swojego przyjaciela, też pisarza, Jana Józefa Szczepańskiego, który przyjął inną postawę, za co zapłacił właśnie takim zakazem.

Zupełnym zaskoczeniem była dla mnie pisarska droga Lema. Odkąd pamiętam przecież wielkim i sławnym autorem był. Jakoś nie miałam świadomości, że jego najważniejsze powieści powstały stosunkowo wcześnie do roku 1968. Potem zmagał się z licznymi rozczarowaniami gatunkiem literackim, którym się parał, kryzysami twórczymi, metodą pisania (wiecznie niszczył i palił swoje rękopisy, zaczynał od nowa), nawałem rozmaitych drobnych prac oraz zleceń - felietonów, esejów - i obowiązków związanych z korespondencją oraz obsługiwaniem swojej twórczości, jednym słowem z tym wszystkim, co powinien robić za niego sekretarz, którego zatrudnił dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Czuł się niedoceniany, szczególnie w Polsce, długo najbardziej popularny był w Związku Radzieckim. Kiedy przyszła prawdziwa sława, nie zawsze potrafił się nią cieszyć - przeszkodę stanowiły nawracające stany depresyjne, alienacja, poczucie osamotnienia, rozczarowanie światem, pesymizm i stan zdrowia. Zawsze drażliwy na swoim punkcie z czasem coraz gorzej znosił krytykę, a jego przekonanie o swojej racji i apodyktyczność rosły. Zdecydowanie nie był łatwym człowiekiem. 

Zaskakująco współczesne są jego przemyślenia na temat Zachodu, do jakich skłaniały go obserwacje poczynione w czasie  wyjazdów. Już wtedy krytykował zachłyśnięcie się ZSRR, za to niewspółmierne atakowanie Stanów i nadmierny konsumpcjonizm. Po 1989 roku szybko rozczarował się polską rzeczywistością. Zajmował zdecydowane stanowisko w kwestiach takich jak aborcja, prawa kobiet, zwierząt, klimatu, wpływu Kościoła na życie ludzi i państwo, brunatnienie Polski. Dziś z takimi poglądami stałby zdecydowanie po lewej stronie. No i byłby jeszcze bardziej przerażony.

Warto sięgnąć po książkę Agnieszki Gajewskiej. Jest w niej oczywiście znacznie więcej, choćby cała sfera jego zainteresowań filozoficznych i naukoznawczych. Po lekturze nabrałam wielkiej ochoty na sięgnięcie po kolejne utwory Lema, bo autorka poświęca im sporo miejsca, o czym nie wspomniałam. A gdybym miała więcej czasu, z ciekawości przeczytałabym biografię pisarza pióra Wojciecha Orlińskiego. Tak dla porównania.

Deniz Ohde "W sztucznym świetle"

Nie pamiętam, jak z morza książek wyłowiłam debiutancką powieść

"W sztucznym świetle" Deniz Ohde (Marpress 2022; przełożyła Zofia Sucharska), niemieckiej pisarki o tureckich korzeniach. Wydało ją przecież małe niszowe wydawnictwo nie tak znane jak choćby Drzazgi, Cyranka, Filtry czy Pauza, więc promocję miała marną, żeby nie powiedzieć żadną. Pewnie gdzieś w sieci znalazłam jakąś informację, zainteresował mnie temat, a  ostatecznie rozstrzygnęła pozytywna recenzja kogoś, komu ufam. To był czas, kiedy przeczytałam "Księcia", ostatnią część berlińskiej trylogii Magdaleny Parys, zaraz potem poszłam za ciosem i sięgnęłam po  "Deutsche nasz. Reportaże berlińskie"  Ewy Wanat, no i kupiłam "Rzeźnię numer jeden i inne reportaże z Niemiec" Jerzego Haszczyńskiego (właśnie czytam) i właśnie powieść Deniz Ohde. Muszę przyznać, że się nie zawiodłam się.

To rozgrywająca się w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku i na początku naszego stulecia historia młodej kobiety, która po studiach przyjeżdża do rodzinnego miasta na ślub swoich przyjaciół. Powrót skłania ją do wspomnień. I tak poznajemy historię jej życia, drogę, która doprowadziła ją w miejsce, w którym jest. Jeśli ktoś spodziewa się krzepiącej opowieści o dziewczynie, która miała ciężkie dzieciństwo, a jednak mimo trudności osiągnęła wyznaczony sobie cel, to rację ma tylko częściowo. Bo rzeczywiście jest to opowieść o trudnym dzieciństwie, ale zakończenie pozostaje otwarte. Już na początku powieści dowiadujemy się, że bohaterka powieści skończyła studia, ale czy będą one dla niej przepustką do lepszego świata, pozostaje niewiadomą. Zakończenie można  czytać na różne sposoby. Być może zostanie prekariuszką, bo nie starczy jej siły do dalszej walki, a jej kompleks i nieśmiałość sprawią, że stanie w miejscu, w którym się znalazła. Ale jest też prawdopodobne, że po jakimś czasie znowu stanie do walki i wyznaczy sobie jakiś cel. Rozstajemy się z nią w momencie, kiedy nie wie, co tak naprawdę chce robić. Studia były celem samym w sobie, nie miało znaczenia, jakie wybierze. W pewnym momencie swojego życia wiedziała, że chce je skończyć i wyjechać z rodzinnej miejscowości.

Gdzie tkwi problem? Może w mieście, w którym się urodziła i wychowała. W mieście, gdzie powietrze ma w sobie coś kwaśnego, jest gęstsze, można by - jeśli otworzyć buzię - zacząć je żuć jak watę. To mała miejscowość zdominowana przez strefę przemysłową, gdzie szkoły są marnej jakości, a przynajmniej ta, do której ona chodziła. Ale to nie tłumaczy wszystkiego, bo jej przyjaciele, na których ślub przyjechała, byli uczniami tej samej szkoły podstawowej, potem tego samego gimnazjum. I tylko ona odpadła na pewnym etapie nauki, w rezultacie czego znalazła się w wieczorówce i to nie od razu, a dostanie się do szkoły, w której będzie mogła jednak zdać upragnioną już wtedy maturę, przepustkę na studia, też wcale nie było proste. 

To może problem tkwi w rodzinie, w której się wychowywała? Prostej, robotniczej. Jej ojciec pracował w jednym z tych zakładów strefy przemysłowej, wykonywał stale te same czynności, wdychał szkodliwe opary substancji chemicznych. Po pracy nie stronił od alkoholu. Kiedy było bardzo źle, schodziła do mieszkania dziadka, aby nie być świadkiem awantury pomiędzy rodzicami. A matka, jak większość kobiet, potulnie znosiła jego nałóg i przemoc. W końcu to zdarzało się od czasu do czasu. Raz tylko, zresztą na krótko, uciekła, ale na tyle niedaleko, aby nadal spełniać swoją rolę służącej w mieszkaniach teścia i męża. Dlaczego nie zabrała córki ze sobą i nie odcięła się ostatecznie od swojego małżeństwa? Pewnie dlatego, że: Od zawsze wpajano nam, że podejmowanie decyzji i samodzielne myślenie kończy się wraz z pojawieniem się mężczyzny, i nikt nie podawał tego w wątpliwość ani nawet nie zwracał na to uwagi ... Matka domowe problemy kwitowała krótkim, zrezygnowanym: I co z tego? Zapewniała siebie, że wkrótce wszystko się ułoży. Kiedyś powiedziała córce, że na rozstanie nigdy nie było dobrego momentu. Co jej pozostało? Ucieczka w krzątactwo, w codzienność. Na tym polegała siła kobiet: na przekierowywaniu uwagi na to, co w danym momencie należało zrobić, na szafki, palniki kuchenki. A dla ojca znajdowała usprawiedliwienie: On też nie miał w życiu lekko, trzeba być wyrozumiałym. To oczywiście była prawda. Na tym między innymi polega siła tej książki, że i ojciec budzi sympatię, a może bardziej litość. I jego mi żal, szczególnie, kiedy zostaje sam ze swoją samotnością i pustką, która jest w nim i wokół niego. Nie skarży się, nie robi córce wyrzutów, że niepotrzebnie zrobił zakupy dla nich dwojga. Jest coś kojącego w jego zapewnieniu: Jak ci się nie uda, możesz wrócić do domu. Nawet kamienica, w której mieszkają, zaczyna ziać pustką - lokatorzy się wyprowadzają, na ich miejsce nikt nowy się nie pojawia. Tak, sytuacja rodzinna bohaterki wiele tłumaczy, ale nie wszystko.

Bo jej największy problem to tajemne imię, imię ciapatej. Imię, którego stara się nie używać, domyślamy się, że ma dwa, imię, którego się wstydzi. Ale zdradzić może ją wszystko - kształt nosa, kolor i faktura włosów. Bo matka bohaterki jest Turczynką, która uciekła z domu rodzinnego w małej, zapomnianej przez wszystkich wiosce. Ona czuje się Niemką, nie ma żadnych relacji z rodziną mamy, ale mieszane pochodzenie jest wypisane na jej twarzy. To zdemaskowania się boi, to od tego ucieka. Odkąd poszła do szkoły jej dzieciństwo naznaczone zostało wiecznym lękiem, że ta tajemnica się wyda. Nosi w sobie przekonanie, że jest gorsza, dlatego swoją postawą przeprasza, że żyje. Przyjęła strategię znikania, bycia niewidoczną - mówi cicho, w szkole jest chorobliwie nieśmiała. W dodatku nie pomaga jej drobna sylwetka, która tym bardziej stawia ją na przegranej pozycji. Nawet przyjaciele z dzieciństwa lekceważą jej problem, uważają, że przesadza.  Kiedy w końcu postanowi o siebie walczyć, zmienić coś w swoim życiu, otrząsnąć się z letargu, w którym tkwiła, odkąd nie ukończyła pierwszego etapu gimnazjum, pójść do szkoły wieczorowej, co umożliwi jej kontynuowanie nauki, ktoś ją zapyta: Dlaczego się nie broniłaś? Dlaczego milczała?

Ta książka, tak mi się przynajmniej wydaje, tak też wynika z posłowia tłumaczki, jest oskarżeniem niemieckiego systemu edukacji, który już na wczesnym etapie różnicuje uczniów i to szkoła ma najwięcej do powiedzenia, gdzie trafi uczeń po podstawówce, która trwa tylko cztery lata. W tym systemie tacy jak bohaterka tej książki, niepotrafiący wpisać się w schemat, niemający za sobą dobrego zaplecza rodzinnego, po prostu giną, nawet jeśli są zdolni. Potem od siły ich determinacji i od tego, czy spotkają na swojej drodze nauczycielkę czy nauczyciela, którzy w nich uwierzą, zależy, czy pójdą dalej. 

Trzynaście (punktów) jest dla tych, którzy nigdy nie milczą, czternaście dla tych, którzy potrafią się bronić ....

Ona dostała dwanaście, chociaż powinna czternaście. 

Z marginesów patrzyłam na świat.

Nie miałam pojęcia, jak stawiać kolejne kroki w świecie, gdzie trzeba torować sobie drogę.

Nikt jej tego nie nauczył. Ani rodzice, bo przecież sami należeli do tych przegrywów, którzy nie potrafią rozpychać się łokciami i pogodzili się ze swoim miejscem w szeregu, ani szkoła, która ma gdzieś takich jak ona, bo milczą, bo nie odpowiadają na pytania, bo się nie bronią.

Dodam jeszcze, że historię bohaterki i jej rodziny poznajemy w sposób niechronologiczny, nieciągły, rwany. Narratorka sygnalizuje pewne zdarzenia z przeszłości, porzuca je, aby po jakimś czasie znowu do nich wrócić. Trzeba się do takiego sposobu opowiadania przyzwyczaić i składać historię bohaterki z drobnych strzępków. Warto jednak podjąć ten trud i przeczytać tę niewesołą, przejmującą opowieść. Tłumaczka w posłowiu przywołuje historie Didiera Eribona, Edourda Louisa, Annie Ernaux, ja dodałabym jeszcze Tove Ditlevsen z jej autobiograficzną "Trylogią kopenhaską" i powieścią "Ulica dzieciństwa", historie ludzi, którzy wyrwali się z przypisanego im urodzeniem miejsca. Tyle tylko, że ich drogi zakończyły się sukcesem, jak skończy się droga bohaterki powieści Deniz Ohde, nie wiemy. Zostawiamy ją w połowie wędrówki. Czy znajdzie siłę, aby maszerować dalej?

Therese Bohman "Andromeda"

Przeczytałam wszystkie powieści szwedzkiej pisarki Therese

Bohman, więc było oczywiste, że sięgnę po najnowszą, "Andromedę" (Pauza 2023; przełożyła Justyna Czechowska). 

To historia młodej dziewczyny, Sofie Andersson, która w czasie studiów dostaje się na staż do prestiżowego wydawnictwa. Jest przekonana, że złapała pana boga za nogi, ale szybko przychodzi otrzeźwienie - czuje się onieśmielona, nie zabiera głosu w czasie kolegiów redakcyjnych, bo wydaje jej się, że nie ma nic ciekawego oraz mądrego do powiedzenia i nie potrafi jasno formułować myśli. Wszystko się zmieni, kiedy w końcu odważy się skrytykować świeżo wydaną powieść, którą zachwycają się wszyscy. Wszyscy oprócz Gunnara, opoki wydawnictwa, opiekuna wysmakowanej serii Andromeda, w której wydawane są tylko ważne książki. To on ją niegdyś wymyślił, stworzył, to on za nią odpowiada. Te krytyczne słowa wypowiedziane przez Sofię zwrócą jego uwagę, zaproponuje dziewczynie współpracę, dzięki niemu będzie mogła zostać w wydawnictwie. A ona jest Gunnarem zachwycona, czuje się wyróżniona, szybko staje się dla niej autorytetem w dziedzinie literatury. Okazuje się, że podobnie myślą o pracy wydawcy, o książkach. Z czasem zostanie jego prawą ręką, a on da jej sporą samodzielność. Służbową relację dopełniają cotygodniowe spotkania w eleganckiej restauracji przy butelce wina. Tylko tyle albo aż tyle. W końcu dzieli ich spora różnica wieku - ona jest młodą kobietą, on zbliża się do emerytury. Ale to, co ich łączy, odizoluje ją od koleżanek i kolegów z pracy. Nie, nie dlatego, że Gunnar jest zaborczy, to ona będąc pod jego urokiem, staje się głucha i ślepa na innych, zaczyna czuć się kimś lepszym, bo dzięki niemu posiadła prawdę o tym, co jest bardziej wartościowe. Gardzi, tak jak on, kalkulatorami (to jego określenie), czyli ludźmi od tabelek w ekselu i od pieniędzy. A jeszcze niedawno nie miała odwagi odezwać się na kolegium. Teraz rozmawia z ważnymi pisarzami, redagowane przez nią książki zdobywają nagrody albo przynajmniej nominacje .

Muszę przyznać, że długo miałam z najnowszą powieścią Therese Bohman problem. Na tle poprzednich, "Tej drugiej", "O zmierzchu", "Utonęła", wydała mi się niespecjalnie interesująca i po prostu miałka. Zastanawiałam się, czy jeszcze czymś mnie zaskoczy. Brakowało mi opisów, które w poprzednich książkach pozwalały wejść w stworzony przez autorkę świat. Irytowała bohaterka - swoim poczuciem wyższości, pogardą dla koleżanek i kolegów, tym, że tak bardzo zamknęła się na innych. Poza tym jej portret wydał mi się jednowymiarowy, niepogłębiony, a historia społecznego i zawodowego awansu wtórna. Oczywiście nie ma nic złego w tym, że pisarka wraca do swoich ulubionych motywów i tematów, do tego, co dla niej istotne. Są w końcu takie autorki i tacy autorzy, o których zwykło się mówić, że piszą jedną książkę. Tym razem jednak jakoś mi to przeszkadzało, może właśnie dlatego, że problem został ledwie zasygnalizowany. 

I kiedy tak bez specjalnego entuzjazmu śledziłam monolog Sofie, nie mając już wielkiej nadziei na to, że coś się tu jeszcze wydarzy, nieoczekiwanie nastąpił przełom. Akcja zrobiła zwrot i stało się wreszcie ciekawiej, a właściwie ważniej. I tu właściwie powinnam przestrzec tych wszystkich, którzy powieści jeszcze nie znają, a chcą poznać, aby dalej nie czytali, bo jednak trochę z przyjemności lektury ta wiedza zabierze. Ja kupiłam "Andromedę" w ciemno, a na szczęście nota wydawnictwa nie zdradza za wiele. Niech wystarczy wam informacja, że mimo początkowych wątpliwości, cieszę się, że książkę przeczytałam. A więc uwaga spojler! Zaznaczam go mniejszą czcionką. Ewentualnie można przeczytać ostatni akapit, gdzie snuję końcowe refleksje.

Monolog Gunnara, który stanowi drugą część powieści, wydał mi się znacznie ciekawszy niż monolog Sofie. Przechodzimy na drugą stronę lustra i poznajemy ich relację z jego perspektywy. A co jeszcze bardziej interesujące poznajemy historię Gunnara, jego drogę z dołu drabiny społecznej na szczyt. I cóż się okazuje? Chociaż osiągnął sukces, czuje się samotny, pusty i przegrany. Ma wrażenie, że nie warto było. Ludzie, do których chciał być podobny, świat, do którego aspirował, to wszystko okazało się w gruncie rzeczy miałkie i niewarte zachodu. A on stale za czymś gonił, parł do przodu, ale mimo sukcesów w pracy, mimo prestiżu, jakim się cieszył, nie żył naprawdę, stale czuł jakiś niedosyt. Na domiar złego zrozumiał, że tak naprawdę stworzył wydmuszkę, że już dawno Andromeda, przestała być tym, czym była na początku. 

Z perspektywy historycznej moi autorzy byli najwyżej przeciętniakami, których elegancko opakowałem i sprzedałem publiczności pozbawionej większych wymagań.

Nic, co osiągnąłem, nie przeżyje kolejnych pięciuset lat tak jak malarstwo Crivellego. Opuszczę ten świat, nie zostawiwszy po sobie jakiegokolwiek śladu (...). Niewiele potrzeba lat, gdy nie będzie już nikogo, kto by o mnie pamiętał.

Poświęciłem wielką część życia na robienie czegoś, w co wierzyłem, i nie do końca chciałem przyznać, że przestałem w to wierzyć.

A więc Gunnar okazał się wielkim mistyfikatorem i sprzedał Sofie mit Andromedy, a ona jak inni dała się na niego nabrać. W czym w takim razie byli lepsi od tych, którymi gardzili?  On od kalkulatorów, ona od koleżanek i kolegów z wydawnictwa i od naiwnych czytelników? 

Portret Gunnara jest naprawdę przejmujący. Przypomina mi Martina Edena, ulubionego bohatera moich wczesnych poważnych lektur. Tyle tylko, że bohater Londona nie był cyniczny. Czy coś mogło uratować tych dwoje, Sofię i Gunnara? Okazuje się, że tak - mogli stać się ratunkiem dla siebie wzajemnie, ale przegapili to. W głębi duszy oboje tego pragnęli, ale nie mieli odwagi, żadne z nich nie wykonało pierwszego kroku, a potem było już za późno. Ona, bo żyła w jego cieniu, on, bo nie chciał być posądzony o wykorzystanie podwładnej, w dodatku dużo młodszej. Smutne to wszystko.

"Andromeda" stawia ważne pytania o literaturę. Co pozostanie z tego nadmiaru wydawanych książek? Czy ktoś kiedyś będzie to czytał? Jak się nie dać nabrać wielkim manipulatorom, którzy próbują nam wmówić, że wszystko, co wydają, jest naj? Jak ma się zachować czytelniczka i czytelnik, aby jednak w zalewie nowości rozpoznać tę jedną wartościową, istotną? Co warto czytać? Po lekturze powieści Therese Bohman natychmiast miałam ochotę rzucić wszystkie świeżynki, za którymi ja też gonię, i wrócić do klasyki. Ciekawe, czy sama autorka ma świadomość, że i jej książek kiedyś też pewnie nikt nie będzie czytał? Chociaż lubię jej twórczość, to przecież mam świadomość, że nie jest to literatura wybitna. Ciekawa, interesująca, dobra, może więcej niż dobra, ale tylko tyle. I tą gorzką refleksją kończę tę notkę.

Eduardo Halfon "Klasztor. Żałoba"

Od jakiegoś czasu jestem szczególnie wyczulona na literaturę z

Ameryki Łacińskiej, a trzeba przyznać, że dociera do nas coraz więcej książek stamtąd. Już nie tylko klasyka iberoamerykańska, ale powieści czy opowiadania pisarzy średniego czy młodego pokolenia. Leonardo Padura "Człowiek, który kochał psy", Nona Fernandez "Strefa mroku", Fernanda Melchor "Czas huraganów", Juan Gabriel Vasquez "Kształt ruin" i Claudia Salazar Jimenez "Krew o świcie" to moje lektury z ostatnich miesięcy. Sama jestem zdziwiona, że aż tyle tego było. Wszystkie warte przeczytania, no może  najmniej porwał mnie Vasquez, miałam do niego sporo zastrzeżeń, ale inni się zachwycali. Jednak lojalnie muszę ostrzec, że nie są to książki przyjemne - poruszają tematy historyczne i społeczne wagi najcięższej, nie stronią od brutalności. Szczególnie Fernanda Melchor i Claudia Salazar Jimenez. 

Nic więc dziwnego, iż gdy tylko usłyszałam, że wychodzi książka gwatemalskiego (!) pisarza, kupiłam ją jeszcze w przedsprzedaży. To "Klasztor. Żałoba" Eduardo Halfona (Czarne 2023; przełożył Tomasz Pindel), dwie krótkie autobiograficzne powieści. Co prawda mój entuzjazm nieco osłabł, kiedy spojrzałam na notę wydawcy, no bo od gwatemalskiego pisarza oczekiwałabym powieści osadzonej w tamtejszych realiach, tymczasem Eduardo Halfon opowiada o losach swoich arabskich, a zwłaszcza żydowskich przodków. Akcja "Klasztoru" rozgrywa się w Izraelu, dokąd narrator razem z bratem i rodzicami udaje się na ślub siostry, która dołączyła do ultraortodoksyjnej żydowskiej wspólnoty. No nie, pomyślałam, sięgać po gwatemalską powieść, aby po raz kolejny przerabiać te same holocaustowe wątki? Tyle się już o tym naczytałam, trudno mnie jeszcze czymś nowym zaskoczyć. Mimo wszystko kupiłam, bo zawierzyłam tym, którzy już przeczytali i się zachwycali. Poza tym zwyciężyła ciekawość. W końcu to jednak literatura gwatemalska. No i okazało się, że  ci wszyscy, którzy pisali, że warto, mieli rację.

Połknęłam te nieco ponad dwieście stron w dwa popołudnia. Jest w tej książce coś magnetycznego, co sprawia, że trudno się od niej oderwać, dlatego czyta się jednym tchem. Nie są to historie opowiedziane chronologicznie - dostajemy luźny ciąg skojarzeń wywołujących wspomnienia. O dziadkach, szczególnie tym żydowskim pochodzącym z Łodzi, tak, tak, który spędził całą wojnę w obozach, ale jednak ocalał. Na ramieniu miał wytatuowany obozowy numer, ale swoim wnukom mówił, że to jego numer telefonu. O podróży narratora do Polski i do Niemiec, już po śmierci dziadka, jego śladami. O dzieciństwie spędzonym częściowo w Gwatemali, a potem w  Stanach. O pewnej przelotnej miłości, a może miłostce, która nieoczekiwanie doczeka się kolejnego epizodu przy okazji wizyty w Izraelu. O weekendach spędzanych u dziadków nad jeziorem u stóp wulkanu. O innych krewnych, szczególnie tych ze starszego pokolenia. Często zabawnych. O rodzinnych waśniach i tematach tabu. I tak to płynie, wciąga i nie daje o sobie zapomnieć. A przy tym autor jest wyczulony na szczegół, skupia się na nim i opisuje. Często prowadzi narrację symultanicznie - wspomina, ale jednocześnie bacznie spogląda na to, co w zasięgu jego wzroku, wzmagając tym zabiegiem moją ciekawość. 

To proza niezwykle nastrojowa, czasem zabawna, ale znacznie częściej melancholijna. Nie ma tu makabrycznych scen z okresu wojny, pewnie także dlatego, że narrator niewiele wie na ten temat. To tylko jakieś strzępy informacji, bo dziadek raczej milczał o tamtym ciemnym czasie niż opowiadał. Ale jest smutek. Śmierć wraca w tej książce na wiele sposobów. W "Żałobie" narrator snuje swoją opowieść wokół tajemniczego zgonu kilkuletniego Salomona, brata swojego ojca. Od czasów dzieciństwa próbował się dowiedzieć, co się z nim stało, dlaczego w rodzinie to temat tabu. Poszukiwania doprowadzą go do konstatacji, że wojna dawno się skończyła, ale ludzie nadal umierają, także tragicznie, także dzieci. Spotkana nad jeziorem kobieta, szamanka, jak w litanii wylicza wszystkie dzieci, które się tam utopiły. 

A poza tym jest to książka o tożsamości i o pamięci. Tak, tak, to wszystko już było, nie pierwszy raz o tym piszę i pewnie nie ostatni. Ważne jednak, jak to zostało opowiedziane. Kim jest narrator, który ma żydowskie, arabskie i polskie korzenie? Jego dziadkowie pochodzili z Libanu, Syrii, Polski, w różny sposób dotarli do Gwatemali. On sam urodził się właśnie tam, ale kiedy był dzieckiem, jego rodzice wyjechali do Stanów, gdzie też mieszkali ich krewni. Mieszają się miejsca i mieszają się języki. Hebrajski, jidysz, francuski, angielski, arabski, hiszpański. Kim jest? No i drugi temat - pamięć. Co się zdarzyło, a co okazuje się tylko wyobrażeniem? Co i jak pamiętamy? Obie historie opowiedziane w "Klasztorze" i w "Żałobie", które zresztą tworzą jednak pewną całość i wzajemnie się przenikają, oparte są na grze z pamięcią.

No i jednak jest w tych opowieściach Gwatemala, więcej jej w drugiej części, ale i w pierwszej się pojawia. Jakieś strzępy, puzzle, kamyczki, z których można sobie złożyć skromny obrazek. 

Jest to jednak przede wszystkim ten typ literatury, który powinno się czytać, kontemplować, bo żadne refleksje, żadne wymądrzanie się nie oddadzą jej piękna i istoty. Mam nadzieję, że doczekamy się kolejnych książek Eduarda Halfona, który, jak czytam w nocie od wydawnictwa, jest jednym z ciekawszych przedstawicieli współczesnej literatury latynoamerykańskiej. 

Grzegorz Piątek "Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939"

"Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939"

(W.A.B. 2022) to pierwsza książka Grzegorza Piątka, po którą sięgnęłam. Oczywiście słyszałam o wcześniejszych, przede wszystkim o dwóch - o odbudowywanej z wojennych zniszczeń Warszawie i o stołecznym architekcie Bohdanie Pniewskim działającym w mieście przed i po wojnie. O obu się mówiło dużo i dobrze, "Najlepsze miasto świata" znalazło się nawet w finale Nike. Już pierwsza książka Grzegorza Piątka, biografia Stefana Starzyńskiego, dostała Nagrodę Literacką m.st. Warszawy i była nominowana do Nagrody im. Jana Długosza oraz w konkursie Książka Historyczna Roku. Nawet miałabym ochotę po nie sięgnąć, szczególnie te o Pniewskim i o Warszawie. Miałabym, gdybym mogła znaleźć czas na wszystkie tytuły, które mnie nęcą. No ale wiadomo - trzeba wybierać. 

Tymczasem najnowszej książce Grzegorza Piątka, za którą dostał Paszport Polityki, nie byłam w stanie się oprzeć. I wcale nie z powodu tej nagrody. Przyciągnęła mnie Gdynia. Dlaczego? Bo uległam jej mitowi - miasta doskonałego, które w kilka lat powstało z niczego, w miejscu, gdzie wcześniej była kaszubska wioska. Tak, taki mit, sama nie wiem, kiedy zalągł się w mojej głowie. Jeśli do tego dodać zainteresowanie historią i (odrobinę) architekturą, to wszystko jasne. Oczywiście zanim sięgnęłam po książkę, wysłuchałam kilku rozmów z autorem (niech żyją podcasty!), więc przystępując do lektury, wiedziałam, że on ten mit obala, a właściwie pokazuje, jak było naprawdę. 

No więc jaka jest prawda o przedwojennej Gdyni? Po pierwsze powstawała chaotycznie, bez urbanistycznego planu, a jej modernistyczne oblicze, przynajmniej początkowo, to skutek tempa, w jakim budowano niektóre budynki, i braku odpowiednich środków. Później oczywiście było inaczej - modernizm stał się modny. Gdynię porównywano do włoskiej Littorii, modernistycznego miasta powstałego za czasów Mussoliniego na osuszonych bagnach. Ale Littorię budowano według planów, a Gdynia rozwijała się chaotycznie, przypadkowo i spontanicznie. Zresztą nie wymyślono jej jako miasta modernistycznego. Pierwsze reprezentacyjne realizacje, na przykład dworzec kolejowy, noszą jeszcze inne piętno - są mieszanką stylów historycznych, polskich. To taka patriotyczna, swojska architektura mająca być ucieleśnieniem wyśnionej polskości, tak jak ucieleśnieniem zmartwychwstałej Polski miała być Gdynia, okno na świat otwierające nas na morze. Ale ponieważ morze ze zrozumiałych względów nie było polskim żywiołem, należało morski mit wykreować, stworzyć modę na Gdynię. Z jednej strony doniosła rola portu, któremu miasto zawsze było podporządkowane, z drugiej wypoczynek na piaszczystych plażach. To tu zaczęła ściągać na lato śmietanka towarzyska. Ale początki były trudne. Stefan Żeromski, który przyjeżdżał do Gdyni u jej zarania, kiedy z kaszubskiej wioski dopiero zaczynała przepoczwarzać się w miasto, nie był nią zachwycony. Ciekawe, co powiedziałby później, w latach trzydziestych? Cóż, pewnie nadal byłby rozczarowany.

I tu przechodzimy do obalenia mitu drugiego. Otóż Gdynia wcale nie okazała się spełnieniem marzeń o szklanych domach. Tak miało być, ale tak się nie stało. Obok miasta reprezentacyjnego, eleganckiego, szczycącego się pięknymi modernistycznymi budynkami w centrum i willową dzielnicą na Kamiennej Górze, powstało miasto drugie - nędzne, zabudowane skleconymi z byle czego barakami, slamsami, w których w wielkim zagęszczeniu gnieździli się nie tylko portowi robotnicy i ich rodziny, ale także niżsi urzędnicy czy nauczyciele. Miasto bez brukowanych ulic i bez kanalizacji. Bo do Gdyni niczym do amerykańskiego Klondike ściągali w poszukiwaniu pracy ludzie z całej Polski zwabieni jej mitem. Tymczasem o pracę wcale nie było tak łatwo, a i ona, jeśli w końcu się ją zdobyło, nie gwarantowała zarobków, za które można by było wynająć porządne mieszkanie. To zresztą problem całej międzywojennej Polski, a Gdynia dodatkowo była miastem wyjątkowo drogim. Choćby dlatego, że wszystko trzeba było tu dowozić z głębi kraju. Z czasem problem dostrzeżono i pojawiły się próby budowy osiedli robotniczych, na wzór tych warszawskich, ale szło to powoli, a w końcu, tak jak w Warszawie, czas się skończył - wybuchła wojna.

Prawda jest taka, że Gdynia budowała swoją potęgę na wyzysku. Jak pisał Tadeusz Wende, kierownik budowy portu, Gdynia zwiększa swój obrót dlatego, że jest tańsza / robotnik też jest tańszy. Stąd jej konkurencyjność.  A Grzegorz Piątek dodaje od siebie: A był tańszy nie dlatego, że w Gdyni żyło się taniej, tylko dlatego, że musiał przystać na gorsze warunki. W innym miejscu podsumowuje: Polska modernizacja była więc zbudowana na poświęceniu i nierównym podziale owoców wzrostu, a rządzący tylko ubierali to w piękne słowa. Grali na patriotycznej nucie, wymyślali hasła wyścigu czy współzawodnictwa pracy, wymagali poświęcenia w imię dobra wspólnego nie tylko od robotników, ale także od urzędników czy nauczycieli. Już wtedy zrodziła się kultura harówki, która świetnie się ma do dziś. Zresztą podobieństw do współczesności jest więcej. 

Autor wpisuje te zjawiska w szerszy kontekst - taki model rozwoju jest charakterystyczny dla państw peryferyjnych, które gonią kraje rozwinięte, nadrabiają zaniedbania. Ich parcie do przodu i modernizacja opiera się na wyzysku klas ludowych, robotników, niższych warstw inteligencji. W zamian dostają mgliste obietnice dostatku, kiedy kraj dogoni te rozwinięte. W międzywojennej Polsce  dobrze się żyło pracownikom zatrudnianym przez państwo i w państwowych firmach, ale ceną za wygodne życie była lojalność. Wraz z umacnianiem się dyktatury rosły podziały na swoich i nie swoich. Chociaż w Gdyni w roku 1938 robotnicy stanowili 65 procent mieszkańców, to właśnie im żyło się najgorzej. I jak gorzko zauważa Grzegorz Piątek: Dziś kultywuje się pamięć o tych robotnikach, którzy zbuntowali się przeciwko komunie, lecz ci, którzy przed wojną budowali zręby Gdyni i buntowali przeciwko ówczesnej władzy, popadli w zapomnienie. 

Autor pisze o tym, że Gdynia nie była wypadkiem przy pracy, podobne błędy, chaotyczny boom, brak planowania urbanistycznego, spekulacja gruntami, popełniano przy budowie COP-u (Centralnego Okręgu Przemysłowego), który w latach trzydziestych stał się sztandarowym przedsięwzięciem międzywojennej Polski i tym samym zdetronizował Gdynię. Oczywiście to nie jest tak, że Grzegorz Piątek wyciąga tylko ciemne strony miasta. Jak zauważa, po prostu zabrakło czasu. Być może, gdyby nie wojna, Gdynia rozwijałaby się w swoim tempie, osiągnęłaby wiek dojrzały i udałoby się rozwiązać część problemów. Bo nie zapominajmy, że Historia dała jej tylko dziewiętnaście lat, więc ciągle jeszcze była nastolatką.

Na koniec autor  spoglądając na przeszłość Gdyni, zadaje sobie i czytelnikom ważne pytanie o przyszłość. 

Czy potrafimy sobie wyobrazić świat, w którym pracownika budowlanego stać na dom, który buduje? Powiedzcie, co byłoby nie w porządku z tak poukładanym światem?

Dlaczego godzimy się na świat bez takich marzeń? Kiedy i dlaczego oduczyliśmy się marzyć? 

Jak widać "Gdynia obiecana" to książka z szerszym oddechem. No i koniecznie muszę dodać, że świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem. Warto w trakcie lektury zaglądać do netu, aby znaleźć zdjęcia budynków, o których Grzegorz Piątek szerzej pisze. Wiele znajdziemy w książce, ale nie wszystkie.

Almudena Grandes "Matka Frankensteina"

Jakiś czas temu ukazała się w Polsce kolejna powieść hiszpańskiej

pisarki, Almudeny Grandes. To "Matka Frankensteina" (Sonia Draga 2021; przełożyła Magdalena Olejnik). Niestety autorka zmarła w tym samym roku. Ta powieść stanowi część sześciotomowego cyklu "Epizody niekończącej się wojny", który opowiada o czasach dyktatury Franco, ale z punktu widzenia jej przeciwników, ludzi popierających siły republikańskie. Jak wyczytałam w wywiadzie z pisarką, który udało mi się znaleźć w necie, w Hiszpanii jest to historia  z takiej perspektywy stale nieopowiedziana. W Polsce kilka lat temu wyszła czwarta książka z tego cyklu, "Pacjenci doktora Garcii", a wcześniej "Pocałunki składane na chlebie", współczesna opowieść o mieszkańcach jednej z madryckich dzielnic w dobie kryzysu ekonomicznego. O ile ta druga  mnie rozczarowała, czemu dałam wyraz w jednej z notek, o tyle rzecz ma się zupełnie inaczej z tą pierwszą. A sięgnęłam po nią po niezwykle ciekawym spotkaniu z Almudeną Grandes, która była gościnią Festiwalu Conrada w roku 2019. Pamiętam, że pisarka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Nic dziwnego, że teraz koniecznie musiałam przeczytać "Matkę Frankensteina", kolejną, piątą, powieść cyklu. Mam nadzieję, że Sonia Draga wyda pozostałe części tej serii.

"Matka Frankensteina' to książka dla tych wszystkich, którzy lubią grube, porządnie opowiedziane historie, a czytając, mają jednocześnie pewność, że to rzecz ważna, a nie tylko pospolite czytadło. Zasadnicza część akcji rozgrywa się w latach pięćdziesiątych w Madrycie i okolicach, zwłaszcza w miejscowości Ciempozuelos, gdzie znajduje się szpital psychiatryczny, w którym rozpoczyna pracę doktor German Velazquez, który dał się namówić dyrektorowi wspomnianego szpitala na powrót do ojczyzny ze Szwajcarii, gdzie studiował medycynę i pracował jako psychiatra. Ma wdrożyć leczenie nowym, obiecującym, lekiem, czym zajmował się w szwajcarskiej klinice. Ale, podobnie jak w "Pacjentach doktora Garcii", autorka pozwala sobie na retrospekcje, które są istotną częścią tej opowieści. Poznajemy historię doktora Velazqueza, który był synem znanego hiszpańskiego profesora psychiatrii. Jego rodzina opowiedziała się jednoznacznie za republikanami. Jemu udało się w ostatnim momencie uciec przez północną Afrykę, Francję do Szwajcarii, gdzie dzięki wstawiennictwu ojca znalazł dom w rodzinie żydowskiego profesora Goldsteina, też psychiatry. Używam tu gładkiego słowa uciec, ale była to gehenna, droga przez mękę, która miała wielkie szanse skończyć się niepowodzeniem, co oznaczało ekstradycję do Hiszpanii, a tam więzienie albo nawet śmierć. Jest więc to też opowieść bardzo na czasie, bo pozwala pochylić się nad losem uciekiniera, imigranta, człowieka, który podejmuje ryzykowną i trudną decyzję o emigracji, a jeśli mu się uda, musi zapuścić korzenie w nowym kraju, zmierzyć się z samotnością, wykorzenieniem i wyrzutami sumienia wobec bliskich, którzy w Hiszpanii zostali, i wobec innych zwolenników republiki, którzy nie mieli szansy uciec. Jemu się poszczęściło, bo ojciec, który mógł uratować siebie, postanowił ocalić jego. Dlaczego tak zrobił, nie mogę zdradzić. German nie jechał w ciemno - wiedział, że jeśli do Szwajcarii dotrze, znajdzie opiekę u Goldsteinów. I tu otwiera się kolejna szkatułka, kolejny wątek znakomicie korespondujący z jego losami - to historia żydowskiej rodziny, której niemal w ostatnim momencie udało się opuścić III Rzeszę. Ich historia stanowi jeszcze jeden, bardzo ciekawy, kamyk w mozaice ludzkich losów, które zamknięte są w tej opowieści.

Kolejny ważny wątek i kolejna poruszająca historia to opowieść o Marii, młodej dziewczynie, salowej w szpitalu w Ciempozuelos, która okazuje się osobą niezwykle wrażliwą i życiowo mądrą. Może dlatego, że los nie był dla niej łaskawy. Maria wychowywała się na terenie szpitala, bo tam pracował  jako ogrodnik jej dziadek, a babcia też wykonywała jakieś proste prace. Jej rodzice  zginęli w czasie wojny domowej. W jakich okolicznościach dokładnie nie wiadomo.  Dzięki jednej z pacjentek, o której jeszcze wspomnę, nauczyła się pisać i czytać. To pokazało jej nowy świat, otworzyło na nowe doznania i inne, nieznane jej dotąd, perspektywy. Książki stały się jej pasją i gdyby mogła, na pewno próbowałaby wyjść z zaklętego kręgu przypisanego jej miejscem urodzenia. Ale dla takich jak ona droga była jedna - posada służącej w Madrycie i ewentualnie małżeństwo, oczywiście z człowiekiem z jej warstwy społecznej. Maria nie chce pogodzić się z takim losem, ale popełnia błąd, jaki przed nią popełniło wiele dziewczyn pracujących jako służące. Zakochuje się w paniczu. Jednak w jej wypadku chodzi nie tylko o miłość. Maria jest świadoma swojego ciała, a seks sprawia jej przyjemność. W katolickiej, frankistowskiej Hiszpanii, przynajmniej oficjalnie, to nie do przyjęcia. Dziewczyna zostanie schwytana w pułapkę i chociaż uda jej się wyjść z opresji, to kilka lat później pętla zaciśnie się na jej szyi. Szantażem zostanie zmuszona do czegoś, czego nie będzie chciała. Tym razem sytuacja wydaje się jeszcze bardziej beznadziejna, bez wyjścia. Jej historia porusza i trzyma w napięciu. Piszę bardzo ogólnikowo i nie zdradzam, jak potoczy się życie Marii, aby nie odebrać przyjemności płynącej z lektury. Bo, jak wspominałam, w książkach Almudeny Grandes opowieść jest bardzo ważna.

Postać Marii jest w tej historii niezwykle istotna, bo na przykładzie jej losów pokazuje autorka wszechwładzę Kościoła w czasach Franco, jego sojusz z władzami i hipokryzję związanych z nim ludzi. Jest to też opowieść o świecie patriarchalnym, w którym kobieta, zwłaszcza ta z klasy niższej, jest całkowicie podporządkowana mężczyźnie, a jej los jest od początku ustalony. Na niezależność mogą sobie pozwolić tylko nieliczne, a i to pokątnie. Ale oddajmy głos autorce, która objaśnia genezę tej powieści.

Napisałam tę książkę w hołdzie wszystkim tym kobietom, które nie mogły pozwolić sobie na podejmowanie własnych decyzji, jeśli nie chciały się narazić na miano dziwki. Kobietom, które przeszły wprost spod opieki rodzicielskiej pod kuratelę mężów, które spóźniły się na wolność, jaką cieszyły się ich matki, i nie zdążyły na wolność, w jakiej żyjemy my, ich córki.

To nie wszystkie obecne w książce problemy i wątki. Almudena Grandes tworzy obraz życia społeczeństwa hiszpańskiego w czasach dyktatury generała Franco w latach pięćdziesiątych. Jest to kraj duszny, a jego mieszkańcy żyją w kleszczach między Kościołem i autorytarną władzą, które zawarły sojusz. Kraj, w którym mówi się szeptem, w którym ci, którzy próbują żyć inaczej, muszą być bardzo ostrożni i płacić rozmaite koncesje na rzecz Kościoła i państwa. Tkwią w dwójmyśleniu. Jest to też kraj pęknięty. Ci, którym ta sytuacja odpowiada, narzucają swoją wolę pozostałym.

No i na koniec muszę odnieść się do tytułu. Kim jest owa matka Frankensteina? To bogata pacjentka szpitala psychiatrycznego, w którym pracują doktor Velzquez i Maria - Aurora  Rodriguez Carballeira, która przed laty zabiła swoją córkę, cudowne dziecko, działaczkę społeczną, zwolenniczkę rewolucji seksualnej i eugeniki. Obie ze sobą współpracowały, ale w pewnym momencie doszło między nimi do konfliktu, matka uznała, że córka nie spełnia jej oczekiwań i nie jest dość doskonała. Potem Aurora zostanie owładnięta obsesją stworzenia człowieka idealnego. Jej wątek wprowadza do powieści kolejny temat - inżynierii społecznej i eugeniki. Jak się okazuje jest to postać autentyczna, jej historia była w Hiszpanii bardzo znana, powstały o niej artykuły, książki i filmy. Wplatanie do powieści z tego historycznego cyklu postaci autentycznych jest stałym zabiegiem autorki.

Polecam "Matkę Frankensteina" wszystkim miłośnikom Hiszpanii, historii, a przede wszystkim tym, którzy choćby od czasu do czasu lubią przeczytać grubą, porządnie opowiedzianą powieść, od której trudno się oderwać. Co ważne, jednocześnie ma się poczucie, że nie jest to czas stracony.

Dawid Grosman "Gdyby Nina wiedziała"

Dawid Grosman należy do tych pisarzy, którego książkom bacznie

się przyglądam, odkąd kilka lat temu zachwyciłam się jego powieścią "Tam, gdzie kończy się kraj". Potem sięgnęłam po "Wchodzi koń do baru". Muszę się też przyznać do jednej spektakularnej porażki - nie udało mi się przebrnąć przez "Bądź mi nożem", właściwie nie wyszłam poza początek. Teraz jednak jestem świeżo po lekturze powieści "Gdyby Nina wiedziała" (Znak Literanova 2021; przełożyła Magdalena Sommer). Kiedy ją czytałam, długo miałam mieszane uczucia, w pewnym momencie moje wątpliwości sięgnęły zenitu i byłam pewna, że podzielę się tu krytycznymi refleksjami. Szkoda, bo zawsze przykro rozczarować się książką pisarza, którego się ceni. Cóż zrobić - nie będę udawać, że zachwyca, skoro nie zachwyca. I wtedy nagle splot powieściowych wydarzeń sprawił, że wszystkie zarzuty stały się nieistotne. Jedna scena i to, co nastąpiło po niej, już do końca, unieważniły moje rozczarowanie. Dlatego mimo pewnych zarzutów, o których za chwilę, cieszę się bardzo, że przeczytałam najnowszą powieść Dawida Grosmana. 

"Gdyby Nina wiedziała" to historia trzech pokoleń kobiet z jednej rodziny, historia wielkich miłości i wreszcie historia dziedziczonej traumy. Ale uwaga, tym razem nie jest to trauma Holocaustu, chociaż najstarsza z bohaterek ma za sobą doświadczenie drugiej wojny. To Wera, Żydówka, która przybyła do Izraela w latach sześćdziesiątych  z Jugosławii, wdowa z kilkunastoletnią córką Niną. I, jak wspomniałam, nie była ofiarą Holocaustu, ale polityki prowadzonej przez Josipa Broz Titę. W czasie wojny ona i jej ukochany mąż, Serb, Milosz byli związani z antyhitlerowską partyzantką. Potem jednak on został oskarżony o szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego i trafił do więzienia. Nie był jedyny. Chociaż odżegnywał się od stalinizmu stał się ofiarą polityki Tity, który chciał się  uniezależnić od ZSRR i wszędzie wietrzył wrogów szpiegujących na rzecz sowieckiej Rosji i Stalina. Takich więźniów były tysiące. Zsyłano ich do obozów reedukacyjnych. Jeden z nich znajdował się na Nagiej Wyspie (Goli Otok). Metody w nich stosowane niczym nie różniły się od tych z radzieckich łagrów czy hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Milosz nie zdążył tam trafić. To Wera zapłaciła ogromną cenę za swoją miłość do męża - zesłano ją na Goli Otok i spędziła tam ponad dwa lata. W Belgradzie została jej sześcioletnia córka Nina. Ten czas bez matki odcisnął się traumą na jej życiu. Jako dorosła kobieta będzie stale uciekać - od Wery, od miłości, jaką obdarzył ją Rafi, a wreszcie od swojej córki Gili. I to właśnie dorosła Gili stara się zrekonstruować i uporządkować historię babci i matki. Odkryć tajemnicę Wery, która po przyjeździe do Izraela w kibucu poznała ojca Rafiego, też wdowca, i związała z nim swój los. Była bardzo dobrą żoną, opiekunką pasierba, świetną babcią dla Gili i dla przyszywanych wnucząt. Ciepłą, zaradną, silną kobietą. Ale skrywała mroczną tajemnicę. Historia Wery jest inspirowana biografią Evy Panić. W jakim stopniu nie wiem. Książka Grosmana to wersja sfabularyzowana.

W tę opowieść nie od razu łatwo wejść. Narracja rwie się, przeskakuje, nie jest prowadzona chronologicznie. Ale oczywiście to żadna przeszkoda, po krótkim czasie czytało mi się dość gładko. Trudno było mi się od książki oderwać. Co w takim razie sprawiło, że czułam się nią jednak rozczarowana? To historia miłości Wery i Milosza. Miłości wielkiej i idealnej. Ulukrowanej i ucukrowanej. Pokrytej patosem i egzaltacją. Teraz myślę, że przecież patrzymy na nią oczami Wery. To ona tak mówi o swoim ukochanym i łączącym ich uczuciu. Że było szalone, widzimy. Ale czy Milosz był rzeczywiście takim mdłym ideałem, jak przedstawia go ona, nigdy nie dowiedzą się jej bliscy, Nina, Rafi i Gili, a z nimi czytelniczki i czytelnicy. Tylko oprócz Wery tylko Nina go znała, ale kiedy zniknął z jej życia, miała zaledwie sześć lat. Ile pamiętała? W oczach kilkuletniego dziecka każda w miarę normalna rodzina będzie idealna. Irytowały mnie też opowieści o tym, jak Rafi i Wera, a potem już tylko on, szukali Niny, która uciekła z kibucu. Opowiedziane zostały w taki sposób, że ich historia wydała mi się przesadzona, po prostu niemożliwa. W wielu momentach ta powieść odbiega od realistycznej konwencji. Wydarzenia wydają się nieco nieprawdopodobne. Taka jest też po części historia Niny. Nie do końca potrafiłam się nią przejąć. Oczywiście rozumiałam, dlaczego ucieka, dlaczego jest taką niespokojną duszą, rozumiałam jej traumę, ale właśnie rozumiałam, nie współodczuwałam. Może też dlatego, że Nina wymyka się czytelnikowi? Wbrew tytułowi to Wera jest główną bohaterką, ją poznajemy najlepiej, jej córka jest nieuchwytnym cieniem, powidokiem

Co w takim razie sprawiło, że raptem te zarzuty stały się nieistotne, a powieść zaczęła we mnie rezonować? To moment, kiedy poznajemy tajemnicę Wery. Dramatyczny wybór, przed którym stanęła. No właśnie - czy rzeczywiście aż tak dramatyczny? Czy był to taki wybór, jakiego musiała dokonać tytułowa bohaterka powieści Williama Styrona "Wybór Zofii"? W dosłownym sensie oczywiście nie. A w symbolicznym? Przecież kiedy spoglądamy na jej decyzję tak, jak robi to Gili, wiemy, że mogła uratować siebie i swoją córkę. Koszt, jeśli patrzeć chłodno, nie był wygórowany. Jednak wyżej postawiła miłość do Milosza. I chociaż myśląc trzeźwo, a jednocześnie stereotypowo i poprawnie, uważamy, że Wera powinna wybrać Ninę, to przecież zdaję sobie doskonale sprawę, że różnie bywa - szaleńczo zakochana kobieta potrafi poświęcić dziecko dla miłości. A z drugiej strony trudno przejść obojętnie obok losu opuszczonej Niny, która nagle traci oboje rodziców. Małe, skrzywdzone dziecko. Pamięć tej utraty i żal do matki położą się cieniem na jej życiu. Ta część powieści, kiedy po dziewięćdziesiątych urodzinach Wery, Nina, Gili, Rafi i ona wyruszają do Jugosławii, aby dotrzeć na Goli Otok, aby spróbować zmierzyć się z traumą i skleić rodzinę, była dla mnie najciekawsza. Gmatwanina emocji, walka z pamięcią i z naturą, która nie sprzyja tej wyprawie, to wszystko sprawiło, że trudno było mi się od tej książki oderwać. Była w tej opowieści prawda, chociaż znowu można by się przyczepić, że dziewięćdziesięcioletnia kobieta nie podołałaby trudom takiej podróży.

Chociaż wiele w tej historii momentów strasznych, szczególnie opowieść o pobycie Wery w obozie na Golim Otoku, chociaż jest to opowieść o traumie, która odbija się na drugim i trzecim pokoleniu, to jednak ostatecznie dochodzi do katharsis i odnajdujemy w losach bohaterów światło.  

Łukasz Orbitowski "Chodź ze mną"

Po lekturze peruwiańskiej powieści "Krew o świcie" Claudii Salazar

Jimenez chciałam sięgnąć po coś lżejszego. Wybór padł na powieść "Chodź ze mną" Łukasza Orbitowskiego (Świat Książki 2022). Muszę przyznać, że to moje pierwsze spotkanie z twórczością pisarza. Nieco się wahałam, ale po spotkaniu z autorem, na którym byłam, postanowiłam spróbować. Trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że od czasu do czasu odczuwam potrzebę przeczytania czegoś lżejszego kalibru, napisanego potoczyście, czegoś, co gładko wchodzi, a nie jest do końca błahe. Taka właśnie jest najnowsza powieść Łukasza Orbitowskiego. Rzeczywiście trudno się od niej oderwać. Gdy do końca było już bliżej niż dalej, miałam ochotę zarwać noc, ale rozsądek zwyciężył.

To historia rozpisana na dwa plany czasowe. Główną bohaterką jest ponad osiemdziesięcioletnia Helena, emerytowana dentystka, kobieta ekscentryczna o silnej osobowości. Nieoczekiwanie postanawia opowiedzieć historię swojego życia synowi, którego wychowywała samotnie. Dustin, ma nadzieję, że wreszcie dowie się, dlaczego dostał imię, które przysparzało mu w okresie szkolnym samych problemów. Ale przede wszystkim ma poznać tajemnicę swojego ojca, o którym dotąd nic nie słyszał. Ta coraz bardziej niezwykła opowieść ciągnie się przez kilka wieczorów, a nieoczekiwane okoliczności sprawiają, że Dustin zaczyna wątpić, czy to, co mówi matka, jest prawdą. Z drugiej strony czuje obsesyjną potrzebę spisania jej słów, dlatego zarywa noce i paląc bez opamiętania, jedząc śledzie, stuka w klawisze laptopa. Czytelnik zapoznaje się z jego zapiskami, a że to facet po zawodówce, kucharz, narracja jest prosta, czasem nieporadna, upstrzona kolokwializmami. To przecież zapiski sporządzane na bieżąco, niewprawną ręką. Nie zauważa, że pisanie staje się jego obsesją, jest pewien, że nad sobą panuje, tylko tych kilka wieczorów i wszystko wróci do normy. Jednocześnie wokół niego i jego rodziny zaczyna się dziać coś dziwnego, niepokojącego. Ta sytuacja dręczy żonę Dustina, Klarę, która patrząc z boku, dostrzega obsesję męża. Jeśli ktoś, kto czyta te słowa, zastanawia się, czy powieść Łukasza Orbitowskiego ma charakter sensacyjny, to spieszę wyjaśnić, że w dużej mierze tak. Im bliżej końca, tym bardziej. 

Główny trzon tej książki to historia wielkiej miłości Heleny i starszego od niej o piętnaście lat rosyjskiego kapitana, dowódcy niszczyciela, który w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku stacjonował w Gdyni. Poznali się przypadkowo w jakimś lokalu na wieczornej potańcówce, on  zakochał się od razu, obsypywał ją kwiatami i niedostępnymi dla zwykłych śmiertelników frykasami, chcąc skruszyć jej opór. Ona, wtedy studentka stomatologii, zaręczona z synem jednego ze swoich profesorów, zakochała się chwilę później. Ale taka miłość w tamtych czasach nie mogła pozostać bezkarna. Konsekwencje odczuła Helena i jej rodzice. Z dnia na dzień stali się dla wszystkich w najlepszym razie niewidzialni, bywało, że obrzucano ich wyzwiskami, szydzono. Ale największe upokorzenie spotkało ją później. Ta historia zrazu realistyczna nieoczekiwanie zaczyna skręcać w kierunku opowieści sensacyjnej, a nawet szpiegowskiej. Rykoszetem oberwie Dustin i jego rodzina. Trochę przez własną nieostrożność - kłopoty ściągnie na siebie, dając w portalu społecznościowym pewne ogłoszenie.

Główną bohaterką jest Helena. Łukasz Orbitowski stworzył postać nietuzinkową. Odważną, zawziętą, ekscentryczną, pełną zwariowanych pomysłów, nieznoszącą sprzeciwu, potrafiącą postawić na swoim, silną, a jednocześnie lubiącą korzystać z życia. Równie ważne jak Kola były wieczory spędzane w gdyńskich lokalach, korzystanie z służbowego samochodu z kierowcą, drogie prezenty. Czy warto postawić wszystko na jedną kartę? Chociaż nie była to miłość łatwa - z czasem jednym z problemów stał się nadmierny pociąg jej ukochanego do alkoholu, zresztą za kołnierz nie wylewał nigdy - to taka na całe życie. Romantyczna, obsesyjna. Ona na pewno uważała, że dla tych chwil szczęścia, których na początku było dużo, z czasem coraz mniej, warto przejść przez wszystko, przez co przeszła.

Nie mogę powiedzieć, abym jakoś szczególnie polubiła Helenę. Na pewno też nie przeżywałam specjalnie jej historii, nie użalałam się nad nią, nie współczułam, nie złościłam. Bardziej byłam ciekawa tego, co się dalej zdarzy, jakie ta historia znajdzie rozwiązanie. dałam się po prostu ponieść zajmującej opowieści, nie doszukując się w niej jakichś głębszych pokładów. A mamy tu jeszcze relację matki i syna, opowieść o ojcostwie, jest jeszcze druga kobieta - Klara, która na chwilę przejmuje władzę nad laptopem Dustina i staje się narratorką. Dzięki temu poznajemy jej trzeźwy punkt widzenia. 

Ponieważ nie przepadam za historiami zanadto odklejonymi od realizmu, podobało mi się to, że autor umiejętnie balansuje pomiędzy tym, co prawdopodobne i tym, co nie trzyma się rzeczywistości. Czytelnikowi takiemu jak ja pozwala wziąć niektóre z tych wydarzeń w nawias, uwierzyć, że są wytworem wyobraźni dwóch osób. Jeszcze jedną zaletą powieści jest odtworzenie gdyńskich realiów, tych z połowy zeszłego wieku i tych współczesnych. Zresztą research jest mocną stroną tej  powieści. Autor nie tylko opisuje miasto, ale zagłębia się w tajniki stomatologii i restauracji, którą prowadzą Dustin i Klara.  

Można powiedzieć, że "Chodź ze mną" to opowieść o wielkiej miłości, złamanym życiu, Historii, która miesza w ludzkich i rodzinnych losach. To wszystko tu jest, chociaż dość naskórkowo, bo przede wszystkim to historia opowiedziana dobrze i porządnie, z dbałością o szczegóły, taka, w której można się zatracić. Po prostu tyle. 

PS. Jak opowiada Łukasz Orbitowski to, co wydaje się produktem szalonej wyobraźni, nie do końca nim jest. Autor inspirował się prawdziwymi zdarzeniami i gdyńskimi miejskimi legendami.

Popularne posty