Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozczarowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozczarowanie. Pokaż wszystkie posty

Négar Djavadi "Wszystkie moje rewolucje"

Był taki czas, że miałam fazę na książki opowiadające o Iranie,

raczej nonfiki, bo na irańską prozę natrafiłam chyba tylko raz i nie do końca byłam zachwycona. A nie, przepraszam, dwa razy, bo niemal dwa lata temu przeczytałam powieść "Lalka i Marks" Maryam Madjidi, a znacznie, znacznie dawniej "Irańską historię miłosną" Shariar Mandanipou. No ale Iran nadal pozostaje w kręgu moich zainteresowań, bardzo bym chciała tam pojechać, ale na razie raczej nic z tego. Dlatego zastrzygłam uszami, kiedy usłyszałam, że wychodzi powieść "Wszystkie moje rewolucje" Négar Djavadi, irańskiej pisarki mieszkającej we Francji (Czarne 2025; przełożyła Katarzyna Marczewska).

Pisarka urodziła się w Teheranie, jej rodzice byli w opozycji do ostatniego szacha, Mohammada Rezy Pahlawiego, popieranego przez Amerykanów, odsuniętego od władzy w wyniku rewolucji, po której do Iranu wrócił z wygnania we Francji ajatollah Chomejni, szyicki przywódca duchowy. Wkrótce potem rodzina Négar Djavadi musiała uciekać z kraju. 

Piszę o tym, bo powieść częściowo oparta jest na jej przeżyciach. Podkreślam - tylko częściowo, bo wiele rodzinnych szczegółów, a przede wszystkim losy dorosłej Kimji Sadr, zarazem narratorki, zostały przez pisarkę wymyślone, o czym opowiedziała, rozmawiając z Michałem Nogasiem z radiowej Trójki. Od razu napiszę, nie owijając w bawełnę, że "Wszystkie moje rewolucje" bardzo mi się podobały i zrobiły na mnie spore wrażenie.

Kimja, siedząc w poczekalni paryskiego szpitala zajmującego się leczeniem niepłodności i czekając na zabieg, dzięki któremu będzie mogła zostać matką, wspomina historię rodziny i swoją. Przywołuje nawet pradziadka, który miał harem z pięćdziesięcioma żonami, ale najważniejsze są kolejne pokolenia - jej dziadek, dwie babcie, w tym jedna Ormianka, stryjowie (każdy oznaczony numerem), rodzice, Sara i Dariusz, oraz siostry. 

Początkowo miałam wrażenie, że autorka ucieka w konwencję trochę baśni, trochę gawędy. Zastanawiałam się, na ile opowieści o czasach, w których nie było jej jeszcze na świecie i które znała tylko z rodzinnych przekazów, są prawdopodobne. Potem jednak gdzieś  ten ton znika i historia staje się realistyczna, nawet jeśli Emma, jej ormiańska babcia, wróży z fusów po kawie i snuje fantastyczne teorie związane z narodzinami Kimji.

W powieści znajdziemy mnóstwo tematów, problemów, portretów bohaterek i bohaterów, bardzo ciekawych historii rodzinnych, nostalgicznych opisów miejsc, w którym Kimji i jej siostry spędzały dzieciństwo, obyczajowości irańskiej, choćby kwestię tego, jak inaczej wychowywano dziewczynki i chłopców, a wszystko to niezmiernie interesujące, dlatego skupię się na tym, co mnie poruszyło lub zafrapowało najbardziej.

Zacznę może niekoniecznie od sprawy pierwszoplanowej, ale dla mnie ważnej. Książka Négar Djavadi, mimo że to beletrystyka, a nie podręcznik do historii, bardzo rozjaśniła mi w głowie i poukładała historię Iranu związaną z ostatnimi latami rządów Rezy Pahlawiego, irańską rewolucją, przybyciem Chomejniego i tego, co nastąpiło potem, a co właściwie w większym lub mniejszym natężeniu trwa do dziś i na zmianę, niestety, nadal się nie zapowiada. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego szach miał opozycję i jak różna światopoglądowo była to opozycja, i dlaczego jej odłam, do którego należeli rodzice głównej bohaterki, początkowo łączył jakieś nadzieje związane z powrotem Chomejniego do kraju, a potem szybko te nadzieje legły w gruzach, co doprowadziło wielu działaczy do ucieczki z kraju. Historia kraju stała się nagle klarowna nie tylko dzięki opowieści o losach rodziców Kimji, ale również dzięki utrzymanym w nieco ironicznym tonie przypisom przygotowanym przez samą autorkę.

Najbardziej jednak poruszyła mnie opowieść o rodzicach narratorki, o ich politycznych wyborach, konsekwencjach tych wyborów i związanych z tym dylematach moralnych. Jak już wspominałam, Sara i Dariusz to opozycjoniści, ludzie odważni i bezkompromisowi. Najpierw sprzeciwiali się rządom ostatniego szacha, potem Chomejniego. Za swoją działalność byli prześladowani, aresztowani, musieli się ukrywać, zmieniać miejsce pobytu, zniszczono ich mieszkanie, a w końcu postanowili uciekać, zostawiając za sobą całe swoje dotychczasowe życie i bliskich. Początkowo mieli nadzieję, że to nie potrwa długo, że będą mogli do Iranu wrócić. Ich francuska egzystencja przez jakiś czas była naznaczona tymczasowością. Sarą kierowały także osobiste ambicje. Marzyła o tym, że i Dariusz, i ona dokonają czegoś wielkiego, pozostawią po sobie jakiś ślad, nie chciała żyć tylko codziennością. Problem w tym, że nie byli sami - mieli trzy córki, których dzieciństwo też wywrócili do góry nogami. 

W owej chwili, kiedy Sara Sadr, wkrótce trzydziestosiedmioletnia, siedziała w ciasnej kuchni, słuchając Dariusza Sadra, lat czterdzieści dziewięć, przedstawiającego problemy, które chciał poruszyć w swoim liście, ani przez sekundę nie pomyślała o córkach, lat dwanaście, dziesięć i pięć, śpiących w swoich pokojach w głębi mieszkania. Przez całe życie nigdy nie chciała przyznać, że działalność polityczna i jej ciemna strona, życie autonomiczne, były dla niej równie ważne jak własna rodzina. 

Jaki los im zgotowali? Strach, bycie świadkiem scen, których dzieci być nie powinny, zniszczenie mieszkania, ukrywanie się u sąsiadów albo u krewnych, a wreszcie trwająca kilkanaście długich dni ucieczka z kraju do Turcji. Razem z matką jechały na koniach przez góry, marznąc z zimna, brnąc przez śnieg, śpiąc w kurdyjskich chatach, bojąc się, że mogą zostać zdradzone, za przewodników mając obcych mężczyzn. Potem musiały odnaleźć się we Francji, gdzie nie miały nikogo poza rodzicami i gdzie traktowane były jak obce. 

Byliśmy tymi ludźmi, których życie wywróciły do góry nogami wojny, deportacje, przeciwności losu, pospieszne wyjazdy, śmierć

Kimji, wspominając tamte wydarzenia, z jednej strony podziwia rodziców, z drugiej ma jednak do nich żal, szczególnie do Sary. 

Czasem budziła we mnie strach. Czasem ten strach mieszał się z uwielbieniem, takim samym, jakim darzyłam Angelę Davis i Lajlę Chalid, moje bohaterki-rewolucjonistki, które wyobrażałam sobie jako pół kobiety, pół cyborgi Super Jamie.

To dlatego córki nie chciały przeczytać książki napisanej przez matkę, książki, która stała się w Iranie bestselerem, bo nie miały ochoty wracać do bolesnych wspomnień. Czy ludzie mają prawo tak bardzo angażować się politycznie, jeśli mają dzieci? Jest jeszcze jedno pytanie - czy było warto angażować się, opuszczać kraj? Jaki jest bilans zysków i strat? Na chwilę oddam głos Sarze.

Powtarzam sobie, że nie, nie możemy dłużej tu zostać, żyć na poły w ukryciu we własnym mieszkaniu, obce we własnym domu; (...) Mimo to nie posiadam się z wściekłości. Skradziono nam własny kraj: czarne połacie lasów, ryżowe pola Mazandaranu, ogromne urwiska pełne surowej, niepokojącej urody, turkusowe kopuły, jesienne słońce w Teheranie.

Dariusz i Sara to postaci tragiczne, szczególnie on. We Francji osamotniony, żyjący w poczuciu klęski, wszystkie strony irańskiego konfliktu miały mu coś za złe, o coś go oskarżały, mając za nic jego cierpienie i dokonania. Co było alternatywą? Milczenie, konformizm, życie pod butem tyranii, ale z najbliższymi.

Kolejne ciekawe zagadnienie to zderzenie fantazji i marzeń z rzeczywistością. Dziewczynki były wychowywane w kulcie Francji, uczyły się francuskiego, rodzice podsuwali im literaturę francuską. Ciężka przeprawa przez kurdyjskie góry, podróż przez Turcję, problemy ze zdobyciem dokumentów umożliwiających wjazd do Francji, to wszystko miał im osłodzić pobyt w tym wyśnionym, wyidealizowanym kraju. Otrzeźwienie przyszło bardzo szybko. Nikt tam na nich nie czekał.

Wszystkie te piękne cytaty, piękne postacie w rodzaju Hugo, Woltera, Rousseau, Sartre'a, będące ośrodkiem naszego życia, okazały się bliskowschodnią fikcją, naiwna bajeczką dla osób o romantycznych umysłach - takich jak Sara.

(...) nasza ziemia obiecana okazała się ślepym zaułkiem. Wykorzenienie sprawiło, że staliśmy się obcy nie tylko dla otoczenia, lecz także dla siebie nawzajem.

Nikogo nie interesowały sprawy Iranu, chociaż przez lata to Francja trzymała u siebie Chomejniego. Nie szła jednak za tym żadna refleksja, że może rząd francuski i jego wyborczynie oraz wyborcy są współwinni temu, co stało się w Iranie po zwycięstwie islamskiej rewolucji. 

Po niemal trzydziestu pięciu latach nadal zaskakuje mnie to samo zjawisko: szybkość, z jaką Francja wymazała z pamięci fakt, że wcześniej udzieliła schronienia Chomejniemu, i przemilczała swoją część odpowiedzialności za to, co się potem wydarzyło.

W owym czasie, na początku lat osiemdziesiątych, Francuzi nie dostrzegali właściwie żadnej różnicy pomiędzy nami a hezbollahi. Nauczyciele i uczniowie zadawali nam dziwaczne, obraźliwe pytania, które świadczyły o ich niewiedzy. Jakaś dziewczynka podczas lekcji zwróciła się do Miny z pytaniem, czy nie przeszkadza jej przychodzenie do szkoły bez hidżabu. 

Sara miała nadzieję, że jej książka, gdyby została przetłumaczona na francuski, mogłaby to zmienić, ale i ona nikogo nie interesowała. Tu wkracza szersza refleksja - to niestety normalne. Większość z nas też nie zaprząta sobie głowy tym, co się dzieje gdzieś na świecie. Nie chcemy słuchać o wojnach, nieszczęściach, katastrofach, ludziach, którzy uciekają z krajów, gdzie trudno żyć, a tym bardziej o tych, którzy robią to ze względów ekonomicznych, zobojętnieliśmy na los Ukraińców.

Wreszcie bardzo ważnym zagadnieniem poruszanym w powieści jest kwestia tożsamości, szukania siebie, swojej prawdziwej natury, borykania się z tym problemem, konsekwencji, jakie niesie konieczność milczenia, ukrywania się, udawania. Paradoksalnie Kimji, chociaż to ona najbardziej nie umiała odnaleźć się we Francji, co przypłaciła okresem buntu, ucieczek, życia na krawędzi,  właśnie w końcu dzięki temu, że tam mieszkała, mogła bez strachu być sobą. Gdyby została w Iranie, czekałby ją los stryja numer dwa. Jak widać, często jest coś za coś. Coś się traci, ale coś się zyskuje.

Natasha Brown "Przyjęcie"

Powieść Natashy Brown "Przyjęcie" (Wydawnictwo Poznańskie

2023; przełożyła Martyna Tomczak) to jedna z tych książek, nad którą hamletyzowałam - czytać czy nie czytać? warto czy jednak szkoda czasu? Najpierw zapisałam ją na listę alertów cenowych, która jest dla mnie nie tylko czekaniem na przystępną cenę, ale także rodzajem książkowego czyśćca - próbę czasu przetrwają tylko te tytuły, które naprawdę chcę przeczytać. Mimo że dość często cena świeciła się na czerwono, jakoś jej nie kupowałam. Spotkanie z autorką na Festiwalu Conrada zaciekawiło mnie na tyle, że postanowiłam "Przyjęcie" wypożyczyć z biblioteki. Jeśli nie będę zachwycona, przynajmniej nie będzie mi żal wydanych pieniędzy. No bo temat bardzo ciekawy - kwestia rasy, klasy, feminizm, patriarchat. Co mnie odstraszało? Skondensowana forma, która bywa zaletą, ale bywa też pułapką. Bałam się trochę jej przerostu nad treścią. 

Wypożyczyłam, przeczytałam. Jaki jest werdykt? Jeden z blurbów zamieszczonych na okładce głosi: Lektura tej książki robi niezapomniane wrażenie! Otóż na mnie nie robi! Być może byłoby inaczej, gdybym wcześniej nie poznała znakomitego eseju Reni Eddo-Lodge "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry", który traktuje dokładnie o tym samym, o czym  powieść Natashy Brown, robi to jednak znacznie dokładniej i wnikliwiej, zwraca uwagę na problemy, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, pokazuje, dlaczego takie książki warto czytać także w kraju, którego społeczeństwo nadal jest dość homogeniczne. Jeśli jednak ktoś nie ma ochoty i czasu na bardziej wymagający esej, nie zastanawiał się dotąd głębiej nad kwestiami koloru skóry, rasy, białego przywileju, niech przynajmniej sięgnie po krótką powieść Natashy Brown, która przedstawia te problemy w pigułce.

Narratorka "Przyjęcia" to młoda czarna Brytyjka, która pracuje w jednym z banków na wysokim stanowisku i właśnie dostała awans na jeszcze wyższe. Na tym zawodowym szczeblu jest jedyną kobietą wśród mężczyzn. Osiągnęła sukces zawodowy, a co za tym idzie finansowy. Do jednego z jej dotychczasowych zadań należy jeżdżenie do szkół z prelekcjami i zaświadczanie swoim przykładem, że czarna dziewczyna z niższej klasy społecznej też może do czegoś dojść. Do tego dochodzi udany związek z białym facetem z klasy wyższej. Niby wszystko jest w porządku, niby powinna być zadowolona, jej rodzina na pewno jest z niej dumna, a jednak coś  tu nie gra. Pod wpływem pewnego zdarzenia zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem, a robi to, jadąc na to tytułowe przyjęcie w wiejskim domu rodziców swojego partnera. Przyjęcie, na które nie ma ochoty, ale nie potrafi powiedzieć - nie. Dlaczego? Bo dla jej dobra tak została sformatowana - przez rodzinę, przez szkołę, przez społeczeństwo.

Bądź najlepsza. Pracuj ciężej, działaj sprytniej. Przechodź wszelkie oczekiwania. Lecz zarazem, bądź niewidzialna, niezauważalna. Nie stawiaj nikogo w niezręcznej sytuacji. Nie sprawiaj kłopotu. Istniej tylko w przestrzeni negatywnej. Nie wciskaj się na pierwszy plan! Przemykaj niezauważona. Stań się powietrzem. Otwórz oczy.

Tego uczy się czarne dziewczyny, dla ich dobra, aby kiedyś mogły osiągnąć sukces. I ona ten sukces osiągnęła, ale myśl, że jej życie dalej ma się toczyć takim właśnie trybem, przeraża ją. Praca, której tak naprawdę nie lubi - wybrała karierę w finansach, bo tylko w tej dziedzinie ona, czarna dziewczyna, mogła stosunkowo łatwo, chociaż ciężko pracując, dojść do stanowisk dających stabilizację finansową. Mimo sukcesu nadal czuje, że jej kolor skóry i fakt, że jest kobietą, to problem dla jej kolegów. To ją ogranicza, tworzy szklany sufit. Być może ten awans jest ostatnim na jej drodze zawodowej.

Jestem tym, czym zawsze byliśmy dla imperium: je...nym czystym zyskiem. Zasobem naturalnym, który się eksploatuje, lekceważy zużywa. (...) Nie jestem im winna kolejnych czterdziestu lat mojego życia.

Związek z białym mężczyzną, dzieckiem arystokratów w gruncie rzeczy oparty został na obopólnej korzyści, a ile w nim prawdziwego uczucia, trudno powiedzieć. Ją legitymizuje w oczach jej zwierzchników i partnerów z pracy, jego w Partii Pracy, gdzie próbuje robić polityczną karierę. Czuje, że oszukuje te wszystkie młode dziewczyny, którym opowiada o swoim sukcesie.

W najlepszym razie te dzieciaki dorosną, zasymilują się i swoją pracą będą zasilały budżet państwa, które w kółko im powtarza, że nie są Brytyjczykami. Że tutaj nie jest ich dom. Czy powinnam im o tym powiedzieć?

Jej opowieść miejscami aż kipi gniewem. Jest wściekła na białych Brytyjczyków, którzy nie pamiętają, że ich dobrobyt został zbudowany na eksploatacji i wyzysku czarnych.

[czarne] ciała, wystawiane na targach, upychane, skute łańcuchami, bok przy boku i głowa przy stopie pod pokładem (...) statku. Warunki gorsze niż dla zwierząt.

Jest wściekła, bo chociaż w Wielkiej Brytanii urodziła się nie tylko ona, ale także jej rodzice, nadal nie jest stąd.

Tu się urodziłam, tu urodzili się moi rodzice, tu mieszkam całe życie - ale nigdy nie będę stąd. Ich kultura w moim wykonaniu staje się parodią.

Jak znaleźć tę równowagę? Ten złoty środek? Być sobą, czarną dziewczyną, której przodkowie urodzili się na innym kontynencie, może byli niewolnikami, a jednocześnie czuć się częścią brytyjskiego społeczeństwa? Ale właśnie to społeczeństwo na to jej nie pozwala. Bądź taka jak my, ale przecież ona z jej historią nie może być taka jak oni. Pozwólcie mi być sobą! - zdaje się krzyczeć narratorka. Tyle tylko, że ona już nie ma ochoty walczyć, brnąć dalej w ten fałsz. Tak myśli o swoim udziale w przyjęciu, na które została zaproszona.

Rozumiem, co oznacza ten weekend. Odsłonięcie kotary, zaproszenie do ukrytych komnat. Ale nie przyjęcie do grona. Jeszcze nie. Tylko jeden krok naprzód, krok bliżej. (...) uczę się, czym jest kapitał kulturowy. Uczę się poruszać po ich świecie. Jak powinnam żyć. Co powinno sprawiać mi przyjemność. Obserwuję i chłonę. To wymaga wprawy. Zrozumienia, co jest poza zasięgiem. Do czego nigdy nie doskoczę.

Niech lektura "Przyjęcia" Natashy Brown będzie wstępem do sięgnięcia po wspomniany przeze mnie esej  Reni Eddo-Lodge.

Alejandro Zambra "Chilijski poeta"

Mój radar literacki nastawiony jest od jakiegoś czasu na literaturę

latynoską. Między innymi oczywiście. Pilnie przyglądam się temu, co z tego obszaru świata można u nas dostać. A wydaje się coraz więcej. Nic dziwnego, że odnotowałam powieść Alejandra Zambry "Chilijski poeta" (Filtry 2022; przełożył Carlos Marrodan Casas). Tym bardziej, że została zauważona i miała bardzo dobre recenzje. Przynajmniej wśród krytyczek i krytyków, których śledzę. Początkowo jednak coś mnie do niej zniechęciło - nawiązania do Roberto Bolano, którego nie znam. Pomyślałam sobie, że będzie to aluzyjna, postmodernistyczna powieść, za czym nie przepadam. Teraz jednak z różnych względów wpadła mi w oko ponownie. Przeczytałam dokładniej informację wydawnictwa i natychmiast postanowiłam przeczytać. Jeśli  po przebrnięciu tego wstępu myślicie, że teraz nastąpi pean na cześć "Chilijskiego poety", to niestety jesteście w błędzie.

Rozczarowanie, rozczarowanie i jeszcze raz rozczarowanie. I po raz kolejny refleksja, że wybieranie współczesnej  prozy do lektury przypomina stąpanie po polu minowym. Raz się uda, ale o wiele częściej nie. No i zawierzanie opinii fachowców niestety też nie zawsze się sprawdza. Dlatego po zapisaniu się do biblioteki postanowiłam mniej gonić za nowościami, częściej sięgać po to, co się już uleżało i sprawdziło, o czym wspominałam ostatnio przy okazji refleksji o "Żarcie" Milana Kundery.

“Chilijski poeta” to pełna nienachalnego humoru, przenikliwa analiza społeczeństwa czasów odbudowy po katastrofie. Powieść zabawna, ironiczna, erotyczna i przygodowa. Zdecydowanie warta waszego czasu.

Zaczyna swoją entuzjastyczną recenzję jeden z krytyków, których śledzę. Humor rzeczywiście jest, ironia również, zdarzają się zabawne fragmenty, z erotyką bym nie przesadzała. Ale nazwać powieść Alejandra Zambry przygodową? No na to nie wpadłam - chyba inaczej definiujemy to pojęcie. Ale największe pretensje mam o tę przenikliwą analizę społeczeństwa czasów odbudowy po katastrofie. To właśnie na to dałam się złapać. 

... prawdziwa poezja chilijska ma obowiązek być politycznie zaangażowana, prawdziwa poezja chilijska ma obowiązek walczyć z otwartą przyłbicą, nie bojąc się dosłowności, przeciwko kapitalizmowi i klasizmowi, centralizmowi i maczyzmowi chilijskiego społeczeństwa.

Bo wiesz, Chile to jest kraj klasistowski, maczystowski, restrykcyjny. Ale świat poetów nie jest już taki klasistowski. Troszeczkę tylko.

Tego typu odniesień do sytuacji społecznej i politycznej w Chile jest tyle, co kot napłakał. To prawda, że para głównych bohaterów, Carla i Gonzalo, wywodzi się z różnych warstw społecznych, to prawda, że pojawia się kwestia odpłatności za studia i wynikających z tego nierówności, ale to margines, który tonie w morzu opowieści o związku Carli i Gonzala, potem o perypetiach Pru i Vicente (to nie pomyłka, bohater tak ma na imię) i w ironicznym opisie środowiska chilijskich poetów. Jeśli czytam o przenikliwej analizie społeczeństwa czasów odbudowy po katastrofie, to oczekuję czegoś znacznie więcej, na przykład czegoś w stylu "Strefy mroku" Nony Fernandez.

Przyznam, że zaczęło się dobrze. Historia związku Carli i Gonzala, podlana humorem i ironią, naprawdę mnie wciągnęła. Szczególnie zainteresował mnie wątek Gonzala, który kiedy ponownie po sześciu latach spotkał swoją dawną ukochaną i z czasem z nią zamieszkał, stał się ojczymem dla jej sześcioletniego syna Vicenta. Ich relacja, rozważania o tym, jaka więź ich łączy, co znaczy być ojczymem, ich dalsze losy to właśnie wydało mi się warte uwagi i najciekawsze. Jaką odpowiedzialność za dziecko ma partner jego matki? Jakie zobowiązania na siebie bierze? Czy mogą zbudować prawdziwą więź? A co zrobić, jeśli związek matki i ojczyma się rozpadnie? Jak w tym wszystkim odnajdzie się dziecko? A ojczym? 

Niestety chociaż ten wątek jest istotny, to jednak chyba nie najważniejszy. Przecież nieprzypadkowo ta powieść zatytułowana została "Chilijski poeta". Bo Gonzalo maniakalnie czyta poezję i pisze wiersze, potem tę pasję przejmie Vicente, no i przede wszystkim w pewnym momencie powieść przekształca się w portret światka chilijskich poetów. Ironiczny, ale piekielnie nudny. Temu poświęcony jest najdłuższy z czterech rozdziałów. Naprawdę wiele razy miałam ochotę rzucić lekturę. Miałam dość, kiedy brnęłam przez wyliczankę, z którym z poetów czy z którą z poetek spotkała się Pru, Amerykanka, która trochę przez przypadek znalazła się w Chile i również przez przypadek postanowiła napisać artykuł o tym środowisku. Podobnie było, kiedy czytałam o przyjęciu, na którym zgromadziło się wielu chilijskich poetów i znacznie mniej poetek. Kto co powiedział, kto na kogo krzywo spojrzał, kto kogo pobił. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. W ogóle Alejandro Zambra ma, przynajmniej w tej książce, upodobanie do monotonnych wyliczanek. Opowieść o tym, co zrobił Vicente, aby zebrać pieniądze na operację, jak się okazało niepotrzebną, zębów ukochanej kotki, ciągnie się przez wiele stron.

Ale wróćmy jeszcze raz do chilijskich poetów i chilijskich poetek. Nie mam pojęcia, na ile poezja jest dla Chilijczyków ważna. Być może to jakiś istotny fenomen, ale jeśli tak jest, to dobrze byłoby dołączyć objaśniający to wstęp czy posłowie. Bez tego dla polskiej czytelniczki czy czytelnika ten wątek jest zupełnie nieistotny i niezrozumiały. A może to powieść środowiskowa, która znakomicie bawi chilijskie środowisko literackie? Może stąd te dobre recenzje w Polsce? Bo może nasze krytyczki i nasi krytycy odnajdują tu odbicie swojskiego światka literackiego? Mnie ubawił, zainteresował i dał złośliwą satysfakcję taki fragment.

- Twoja osobista historia jest lepsza. (...)

-Historia głupiutkiej dziennikarki zagubionej w jakiejś mieścinie na północy Chile. - Pru kończy się cierpliwość.

- Wybacz Pru - mówi Gregg z profesjonalną łagodnością. - Wiem, że to ciągle sprawia ci ból, który zapewne jeszcze długo nie ustąpi, ale to piękna historia i być może opisując ją, odkryjesz właśnie, że to bardzo smutna historia, ale zarazem piękna i ważna.

- Ważna? Dla kogo ważna?

- Dla wszystkich - mówi Gregg, chcąc uniknąć kłopotu. - Dla czytelników.

- Wobec tego sam ją napisz - odparowuje Pru bezwiednie napastliwie.

- Naprawdę chcesz, żebym napisał twoją historię?

- Nie. Chcę tylko powiedzieć, że ty jesteś pisarzem, więc napisz ją, wymyśl.

To tak a propos mody na przekuwanie każdego swojego doświadczenia w literaturę. 

A może świat poetów i poetek ma tu być metaforą lepszego świata, który ostatecznie okazuje się nie taki znowu doskonały?

Co ze mną jeszcze zostanie? Ot taki drobiazg - czym jest poezja dla Gonzala. To dla niego próba zrozumienia świata poprzez wiersze innych ludzi. Pomyślałam, że to samo dotyczy całej literatury. Tak, czytanie książek jest dla mnie właśnie tym - próbą zrozumienia świata. 

No ale ta trafna myśl to jednak za mało, aby polecać tę powieść. Dla mnie rozczarowanie. Niestety.

John Williams "Stoner"

Dziś będzie o "Stonerze" Johna Williamsa (Filtry 2023; przełożył

Maciej Stroiński). Na początek kilka słów o historii tej powieści, bo jest interesująca. Opublikowana w Stanach w roku 1965 przeszła bez echa. Dla autora, który był pisarzem, redaktorem oraz wykładowcą akademickim, i jego agentki literackiej nie było to zaskoczenie, tego się spodziewali. Odkryto ją na nowo czterdzieści lat później już po śmierci autora. Wtedy zyskała drugie życie, najpierw w Europie, potem w ojczyźnie pisarza. Trochę podobna jest jej polska historia. Pierwszy raz ukazała się w roku 2014 pod tytułem "Profesor Stoner" w innym wydawnictwie w tłumaczeniu Pawła Cichawy i została przemilczana. Nie pomogła okładkowa rekomendacja Toma Hanksa, który zachwycił się powieścią. Może nie ma się czemu dziwić - na mnie rekomendacje rozmaitych sław i celebrytów działają raczej odstraszająco. Teraz, kiedy wskrzesiły ją Filtry, jest o niej głośno i zbiera bardzo dobre recenzje, nawet znakomite. Sprawdziłam opinie czytelniczek i czytelników na jednym z portali - przeważają pozytywne. Ja również zachwyciłam się "Stonerem", połknęłam go niemal jednym tchem i zadumałam nad losami bohatera.

Zacznę od tego, że jest to rzecz napisana bardzo tradycyjnie, trochę staroświecka w formie, przywodzi na myśl dziewiętnastowieczne powieści z tym, że nie ma tu rozbudowanych opisów miejsc, autor skupia się na bohaterach, przede wszystkim na tytułowym, na ich życiu wewnętrznym i drodze życiowej. Niby niewiele się dzieje, ot zwyczajne życie, a jednak trudno mi się było od historii Williama Stonera oderwać.

Kim jest główny bohater powieści? Urodził się w roku 1891 na wsi w stanie Missouri, jego rodzice byli drobnymi farmerami, już jako dziecko pomagał im w gospodarstwie, miał je po nich przejąć, wprowadzić ulepszenia, nowoczesne metody gospodarowania. Dlatego w roku 1910 rodzice zdecydowali się dużym wysiłkiem wysłać go na studia rolnicze na Uniwersytet Missouryjski. To zmieniło wszystko. Obowiązkowe zajęcia z literatury angielskiej sprawiły, że postanowił zmienić kierunek. Skończył anglistykę, zrobił doktorat, ożenił się, miał jedną córkę i do śmierci w roku 1956 pracował jako adiunkt na Uniwersytecie Missouryjskim. O tym wszystkim dowiadujemy się na pierwszych stronach powieści. 

Niby zwyczajne życie, niby Stoner nic wielkiego nie osiągnął, nie zrobił kariery naukowej, a jednak jest w nim coś niezwyczajnego, a jego los przejmuje. Tak jak przejmujący bywa los wielu ludzi, którzy po cichu zmagają się z przeciwnościami, z cierpieniem, stratą, zawiedzioną miłością, rozczarowaniem. Bardzo dobrze podsumowuje to tłumacz, Maciej Stroiński, w posłowiu, cytując fragment zdania z "Hamleta" w przekładzie Stanisław Barańczaka: jego potulnie przecierpiane życie. Te słowa znakomicie pasują do Stonera. A teraz dwa dłuższe cytaty z powieści.

Ale William Stoner wiedział o życiu coś, czego młodsi wykładowcy raczej by nie zrozumieli. (...) gdzieś głęboko zdawał sobie sprawę, co to znaczy, gdy jest ciężko i gdy człowiek chodzi głodny, i gdy musi sobie radzić, i gdy go naprawdę boli. (...) zawsze nosił w sobie pulsujące w żyłach dziedzictwo swych przodków, którzy żyli na uboczu, cierpliwie znosili przeciwności losu i trzymali się zasady, że trudy życia trzeba przyjąć ze spokojem, z wielką wytrwałością, z niewzruszoną miną, z opuszczoną głową. (...) dostrzegał coś więcej pod powierzchnią zjawisk  - ogólniejszą rozpacz, którą znał od lat najmłodszych.

Powszechną nędzę przyjmował bez słowa i rozważał w sercu, nie umiejąc jej wysłowić, a wyłącznie poczuć, i odpowiadając na nią cichym przygnębieniem, które nigdy go nie odstępowało. 

I jeszcze jeden, który dotyczy innej bohaterki, ale równie dobrze mógłby oddawać kondycję Stonera. 

... godzi się z rozpaczą i nawet ma się nie najgorzej, jakoś to jest i jakoś się żyje, lata lecą, człowiek pije troszkę więcej, żeby nie czuć pustki, w którą się osunął.

Z tym że Stoner nie pił mimo smutku, który nosił w sobie. Skąd ten smutek? Wiele było powodów. Najpierw zdrada rodziców, której się dopuścił, zmieniając kierunek studiów i nie wracając na wieś, a przecież liczyli na niego. Czy miał prawo wybrać swoją ścieżkę, inną niż ta przeznaczona mu przez miejsce urodzenia i przez nich? Potem rozczarowanie małżeństwem. Na marginesie dodam tylko, że portret jego żony zasługiwałby na osobne rozważania. Strata córki, nie w sensie dosłownym, ale duchowym, i poczucie, że nie ma wpływu na jej wychowanie, mimo że tak bardzo ją kocha i był dla niej do pewnego momentu matką i ojcem. Wreszcie świadomość, że nic wielkiego na uczelni nie osiągnie, że jest przeciętnym wykładowcą, że wydał tylko jedną książkę, też przeciętną, która nie zapisze się w historii nauki. No i nieszczęśliwa miłość, o której chętnie bym więcej napisała, posiłkując się kilkoma smutnymi, przejmującymi cytatami, bo muszę wyznać, że ten epizod z jego życia poruszył mnie bardzo. No ale nie chcę spojlerować.

A jednak nie mogę się zgodzić na to, że William Stoner był takim zwyczajnym szarym człowiekiem, a w jego życiu były tylko same klęski. Przede wszystkim miał silny charakter. Bo trzeba było siły woli i determinacji, aby pójść za odruchem serca i oddać się na zawsze literaturze. Pochodził przecież z rodziny, która nie dała mu żadnego kulturowego backgroundu - nie czytano tam książek, tym bardziej nie chodzono do kina, teatru, na koncerty czy do muzeów. A jednak, kiedy poczuł to coś, ten zachwyt, który nie bardzo umiał ubrać w słowa, poszedł za nim, co wymagało wielkiej determinacji i wielkiej pracy. Niby był przeciętnym wykładowcą, a jednak miał okresy, kiedy potrafił nauczać z pasją, a studenci chętnie chodzili na jego zajęcia. No i był człowiekiem ideowym, bezkompromisowym. Umiał przeciwstawić się koledze z uczelni, wiedząc, że racja jest po jego, Williama Stonera, stronie, czego skutkiem były liczne nieprzyjemności i szykany, a ostatecznie zahamowanie jego uniwersyteckiej kariery. Posady już nie mógł stracić, ale w konsekwencji nigdy nie został profesorem. No i przeżył dwie wielkie miłości. Jedną, zakończoną nieszczęśliwie do kobiety, drugą, która dawała mu siłę, ukojenie i poczucie spełnienia, do książek. Jeśli komuś dana była taka miłość, to nie żył na próżno.

Pożądanie i czytanie - zauważyła kiedyś Katherine. - I czego chcieć więcej?

Stoner również tak uważał, odkąd wreszcie zaznał szczęścia.

Czyż nie jest to piękny i trafny cytat? I jeszcze jeden króciutki, naprawdę już ostatni.

Wtedy też myślałam, że jestem porządna. Człowiek jest porządny, gdy nie ma okazji nie być! Bo trzeba się zakochać, żeby wiedzieć coś o sobie.

Ileż jest prawdy w tych słowach!

Czytelnicy, którzy mają w głowie klasyczne lektury, odnajdą w "Stonerze" liczne aluzje i tropy  prowadzące do nich. Najważniejszy do "Pani Bovary" Flauberta. William Stoner jest według tłumacza jej odwrotnością. Ją miłość do książek doprowadziła do zguby, jego ratowała. Nie będę udawała, że odkryłam te literackie nawiązania sama. Dowiedziałam się o nich z posłowia Macieja Stroińskiego. "Panią Bovary" czytałam tak dawno, że niewiele mi z niej zostało. Ale nawet bez znajomości czy pamięci literackich kontekstów jest to znakomita lektura.

Therese Bohman "Andromeda"

Przeczytałam wszystkie powieści szwedzkiej pisarki Therese

Bohman, więc było oczywiste, że sięgnę po najnowszą, "Andromedę" (Pauza 2023; przełożyła Justyna Czechowska). 

To historia młodej dziewczyny, Sofie Andersson, która w czasie studiów dostaje się na staż do prestiżowego wydawnictwa. Jest przekonana, że złapała pana boga za nogi, ale szybko przychodzi otrzeźwienie - czuje się onieśmielona, nie zabiera głosu w czasie kolegiów redakcyjnych, bo wydaje jej się, że nie ma nic ciekawego oraz mądrego do powiedzenia i nie potrafi jasno formułować myśli. Wszystko się zmieni, kiedy w końcu odważy się skrytykować świeżo wydaną powieść, którą zachwycają się wszyscy. Wszyscy oprócz Gunnara, opoki wydawnictwa, opiekuna wysmakowanej serii Andromeda, w której wydawane są tylko ważne książki. To on ją niegdyś wymyślił, stworzył, to on za nią odpowiada. Te krytyczne słowa wypowiedziane przez Sofię zwrócą jego uwagę, zaproponuje dziewczynie współpracę, dzięki niemu będzie mogła zostać w wydawnictwie. A ona jest Gunnarem zachwycona, czuje się wyróżniona, szybko staje się dla niej autorytetem w dziedzinie literatury. Okazuje się, że podobnie myślą o pracy wydawcy, o książkach. Z czasem zostanie jego prawą ręką, a on da jej sporą samodzielność. Służbową relację dopełniają cotygodniowe spotkania w eleganckiej restauracji przy butelce wina. Tylko tyle albo aż tyle. W końcu dzieli ich spora różnica wieku - ona jest młodą kobietą, on zbliża się do emerytury. Ale to, co ich łączy, odizoluje ją od koleżanek i kolegów z pracy. Nie, nie dlatego, że Gunnar jest zaborczy, to ona będąc pod jego urokiem, staje się głucha i ślepa na innych, zaczyna czuć się kimś lepszym, bo dzięki niemu posiadła prawdę o tym, co jest bardziej wartościowe. Gardzi, tak jak on, kalkulatorami (to jego określenie), czyli ludźmi od tabelek w ekselu i od pieniędzy. A jeszcze niedawno nie miała odwagi odezwać się na kolegium. Teraz rozmawia z ważnymi pisarzami, redagowane przez nią książki zdobywają nagrody albo przynajmniej nominacje .

Muszę przyznać, że długo miałam z najnowszą powieścią Therese Bohman problem. Na tle poprzednich, "Tej drugiej", "O zmierzchu", "Utonęła", wydała mi się niespecjalnie interesująca i po prostu miałka. Zastanawiałam się, czy jeszcze czymś mnie zaskoczy. Brakowało mi opisów, które w poprzednich książkach pozwalały wejść w stworzony przez autorkę świat. Irytowała bohaterka - swoim poczuciem wyższości, pogardą dla koleżanek i kolegów, tym, że tak bardzo zamknęła się na innych. Poza tym jej portret wydał mi się jednowymiarowy, niepogłębiony, a historia społecznego i zawodowego awansu wtórna. Oczywiście nie ma nic złego w tym, że pisarka wraca do swoich ulubionych motywów i tematów, do tego, co dla niej istotne. Są w końcu takie autorki i tacy autorzy, o których zwykło się mówić, że piszą jedną książkę. Tym razem jednak jakoś mi to przeszkadzało, może właśnie dlatego, że problem został ledwie zasygnalizowany. 

I kiedy tak bez specjalnego entuzjazmu śledziłam monolog Sofie, nie mając już wielkiej nadziei na to, że coś się tu jeszcze wydarzy, nieoczekiwanie nastąpił przełom. Akcja zrobiła zwrot i stało się wreszcie ciekawiej, a właściwie ważniej. I tu właściwie powinnam przestrzec tych wszystkich, którzy powieści jeszcze nie znają, a chcą poznać, aby dalej nie czytali, bo jednak trochę z przyjemności lektury ta wiedza zabierze. Ja kupiłam "Andromedę" w ciemno, a na szczęście nota wydawnictwa nie zdradza za wiele. Niech wystarczy wam informacja, że mimo początkowych wątpliwości, cieszę się, że książkę przeczytałam. A więc uwaga spojler! Zaznaczam go mniejszą czcionką. Ewentualnie można przeczytać ostatni akapit, gdzie snuję końcowe refleksje.

Monolog Gunnara, który stanowi drugą część powieści, wydał mi się znacznie ciekawszy niż monolog Sofie. Przechodzimy na drugą stronę lustra i poznajemy ich relację z jego perspektywy. A co jeszcze bardziej interesujące poznajemy historię Gunnara, jego drogę z dołu drabiny społecznej na szczyt. I cóż się okazuje? Chociaż osiągnął sukces, czuje się samotny, pusty i przegrany. Ma wrażenie, że nie warto było. Ludzie, do których chciał być podobny, świat, do którego aspirował, to wszystko okazało się w gruncie rzeczy miałkie i niewarte zachodu. A on stale za czymś gonił, parł do przodu, ale mimo sukcesów w pracy, mimo prestiżu, jakim się cieszył, nie żył naprawdę, stale czuł jakiś niedosyt. Na domiar złego zrozumiał, że tak naprawdę stworzył wydmuszkę, że już dawno Andromeda, przestała być tym, czym była na początku. 

Z perspektywy historycznej moi autorzy byli najwyżej przeciętniakami, których elegancko opakowałem i sprzedałem publiczności pozbawionej większych wymagań.

Nic, co osiągnąłem, nie przeżyje kolejnych pięciuset lat tak jak malarstwo Crivellego. Opuszczę ten świat, nie zostawiwszy po sobie jakiegokolwiek śladu (...). Niewiele potrzeba lat, gdy nie będzie już nikogo, kto by o mnie pamiętał.

Poświęciłem wielką część życia na robienie czegoś, w co wierzyłem, i nie do końca chciałem przyznać, że przestałem w to wierzyć.

A więc Gunnar okazał się wielkim mistyfikatorem i sprzedał Sofie mit Andromedy, a ona jak inni dała się na niego nabrać. W czym w takim razie byli lepsi od tych, którymi gardzili?  On od kalkulatorów, ona od koleżanek i kolegów z wydawnictwa i od naiwnych czytelników? 

Portret Gunnara jest naprawdę przejmujący. Przypomina mi Martina Edena, ulubionego bohatera moich wczesnych poważnych lektur. Tyle tylko, że bohater Londona nie był cyniczny. Czy coś mogło uratować tych dwoje, Sofię i Gunnara? Okazuje się, że tak - mogli stać się ratunkiem dla siebie wzajemnie, ale przegapili to. W głębi duszy oboje tego pragnęli, ale nie mieli odwagi, żadne z nich nie wykonało pierwszego kroku, a potem było już za późno. Ona, bo żyła w jego cieniu, on, bo nie chciał być posądzony o wykorzystanie podwładnej, w dodatku dużo młodszej. Smutne to wszystko.

"Andromeda" stawia ważne pytania o literaturę. Co pozostanie z tego nadmiaru wydawanych książek? Czy ktoś kiedyś będzie to czytał? Jak się nie dać nabrać wielkim manipulatorom, którzy próbują nam wmówić, że wszystko, co wydają, jest naj? Jak ma się zachować czytelniczka i czytelnik, aby jednak w zalewie nowości rozpoznać tę jedną wartościową, istotną? Co warto czytać? Po lekturze powieści Therese Bohman natychmiast miałam ochotę rzucić wszystkie świeżynki, za którymi ja też gonię, i wrócić do klasyki. Ciekawe, czy sama autorka ma świadomość, że i jej książek kiedyś też pewnie nikt nie będzie czytał? Chociaż lubię jej twórczość, to przecież mam świadomość, że nie jest to literatura wybitna. Ciekawa, interesująca, dobra, może więcej niż dobra, ale tylko tyle. I tą gorzką refleksją kończę tę notkę.

Bernard MacLaverty "Przed końcem zimy"

Jakoś tak się składa, że najczęściej na książki-niespodzianki trafiam z nasłuchu radiowego lub z telewizyjnego. Najrzadziej kieruję się recenzjami prasowymi. Ukułam nawet na własny użytek taką złotą myśl - albo czytam książki, albo o książkach. Dlatego ani nie kupuję, ani nie mam cyfrowej prenumeraty prasy zajmującej się literaturą. Człowiekowi pracującemu na wszystko czasu nie wystarczy. Tym razem jednak było inaczej. Po powieść irlandzkiego, podobno wybitnego, pisarza, Bernarda MacLaverty'ego, "Przed końcem zimy" (Agora 2019; przełożył Jarek Westermark) sięgnęłam po zerknięciu na recenzję Jerzego Jarniewicza, który książkę wychwalał. A ponieważ zainteresował mnie temat, postanowiłam przeczytać. I ... zachwyciłam się. Jestem pełna podziwu dla kunsztu autora, który w tak niewielkiej powieści, potrafił tyle zmieścić! Mało tego - jego książka wcale nie jest ascetyczna językowo. Przeciwnie, znajdziemy tu bogate opisy miejsc i stanów wewnętrznych. Co najdziwniejsze mimo niewielkich rozmiarów i bogactwa poruszanych problemów nie miałam wrażenia sztuczności. Nie szeleściło papierem, literackie szwy były starannie ukryte. I jakby tego było mało, powieść połyka się jednym tchem. Warto poświęcić dla niej weekend, warto się rozsmakować.

Zasadnicza część historii rozgrywa się współcześnie w ciągu kilku styczniowych dni, które Stella i Gerry, irlandzkie małżeństwo z wieloletnim stażem, spędzają w Amsterdamie. Zrobili sobie krótkie wakacje. Zimą? Tak, zimą. Oboje pochodzą z Irlandii Północnej, od lat mieszkają jednak w Glasgow. Ona była nauczycielką angielskiego, on architektem, dziś są już od dawna na emeryturze. Mają jednego, bardzo dorosłego, syna, który razem z żoną i kilkuletnim synkiem mieszka w Kanadzie. Prowadzą nieco nudny, uregulowany tryb życia. On zdecydowanie za często sięga po alkohol, ale pije elegancko (czytaj - na oko nie wygląda jak alkoholik). Ona jest znużona matkowaniem mu. Nudne? Przeciwnie. Fascynujące! 

Już same spacery po Amsterdamie i z konieczności pobieżne zwiedzanie miasta są opisane w sposób bardzo sensualny. Niemal czujemy zimno styczniowych, krótkich dni, drżymy osaczeni wilgocią wiszącą w powietrzu, pada drobny deszcz, czasem wychodzi słońce. Wędrujemy wzdłuż kanałów, trafiamy do zabudowań, w których niegdyś mieszkała wspólnota beginek, jeśli jesteśmy czuli na słowo, zachwycamy się spokojem, ciszą i architekturą tego miejsca. Potem dom Anny Frank i zupełnie inne wrażenia, inne refleksje. Albo dzielnica Czerwonych Latarni, którą wspólnie przemierzają małżonkowie. Oboje czują się nieco niezręcznie, on chyba bardziej, to był jej pomysł. Ta sama restauracja każdego wieczora, jakieś puby, gwarne, zatłoczone, odpoczynek w kawiarni nad filiżanką kawy. I pokój hotelowy.

Pozornie niewiele się dzieje. Ale pobyt w nostalgicznym, melancholijnym Amsterdamie skłania do wspomnień. Często odległych. Nie tylko tych miłych, związanych z domem rodzinnym, z początkiem ich znajomości. Są i wspomnienia tragiczne - pokłosie trwającego latami konfliktu w Irlandii Północnej. Byli świadkami zamachów bombowych, strzelanin, ona, praktykująca katoliczka, odczuwała na własnej skórze dyskryminację. To wszystko nakreślone jest delikatnie, cienką kreską, często tylko zasygnalizowane. Czy dlatego wyjechali do Szkocji? Czy może on pognał za zawodowymi wyzwaniami? Czy przegoniło ich stamtąd wspomnienie pewnego tragicznego, traumatycznego zdarzenia, którego nie mogę zdradzić?
Kolejny temat to wiara. Ona, jak wspomniałam, praktykująca katoliczka. Religia, duchowość są dla niej bardzo ważne. Konstytuują ją. On ateista. Potrafi kpić z jej wiary, szczególnie, kiedy za dużo wypije. Wbrew temu, co może się wydawać, Gerry nie jest potworem, przeciwnie, budzi sympatię, może nawet większą niż chłodna, spokojna, zdystansowana Stella? Dlaczego pije? Sam nie bardzo wie. Czy alkohol zagłusza pustkę? Czy tłumi żal z powodu zawodowego niespełnienia? Czy odwrotnie - nie osiągnął sukcesu, bo za dużo pił?
Ale w czasie pobytu w Amsterdamie rozgrywa się między nimi cichy dramat. Stella odczuwa pustkę pogłębioną przez nieobecność w jej  życiu syna i wnuka. Dlatego chce coś zmienić, chce nadać głęboki sens swojemu istnieniu, chce być pożyteczna, żyć jeszcze bardziej religijnie, duchowo. Podjęła pewną decyzję. Nie widzi w swoim dalszym życiu miejsca dla swojego męża. Szczególnie, że Gerry za dużo pije. Już nie chce go niańczyć. A on się boi, że zostanie sam. Jednak nie rozpacza, czeka. Ale i jej przyjdzie przeżyć wielkie rozczarowanie. Poczucie pustki jeszcze się pogłębi. Splot gwałtownych, ale skrywanych, uczuć. Lęku, znudzenia, rozczarowania, tęsknoty, samotności i miłości. Bo przecież nie można powiedzieć, że się nienawidzą, że są nieszczęśliwym małżeństwem. Przeciwnie, wydaje się, że mimo wszystko łączy ich uczucie i przyjaźń. Ten krótki trochę udany, ale i pełen rozczarowań, wypad do Amsterdamu może nieoczekiwanie stanowić nowy początek. Czy tak się stanie? Nie wiadomo. Czy będzie jak zwykle?

No i jeszcze jeden temat, od którego trudno w tym wypadku uciec. To starość. Chociaż pobyt w Amsterdamie sprzyja miłości fizycznej, to doskonale zdają sobie sprawę z upływu lat. Oboje w zaciszu łazienki przyglądają się zmarszczkom, obwisłym fałdom skóry, która dawno straciła jędrność. Mają swoje dolegliwości, zażywają lekarstwa. To wszystko jest uciążliwe, ale da się z tym żyć. Nie marudzą, pozwalają sobie przez godzinę dziennie, ale nie więcej, rozprawiać o swoich przypadłościach. 

Wspaniała, melancholijna powieść. To taki rodzaj książki, której istoty i piękna nie odda żadne pisanie, żadne gadanie. Bo wszystko tkwi w języku, w klimacie, w niedopowiedzeniach, w subtelnościach. Tak się nią zachwyciłam, sprawiła mi taką przyjemność, że natychmiast sprawdziłam, czy w Polsce wyszło coś jeszcze Bernarda MacLaverty'ego. Niestety tylko jedna rzecz, "Cal", już niedostępna. Pozostaje mieć nadzieję, że Agora pójdzie za ciosem i wyda inne powieści autora "Przed końcem zimy".

Henry James "Dom na placu Waszyngtona"

Henry James to autor, do którego co jakiś czas wracam. "Dom na placu Waszyngtona" (PIW 1998; przełożyła Maria Skroczyńska) miałam ochotę przeczytać już dawno, tak bardzo utkwiła mi w pamięci jego wersja filmowa przeniesiona na ekran przez Agnieszkę Holland. Do dziś pozostał mi w pamięci dojmujący smutek filmu. Co jakiś czas przypominałam sobie o tej książce, ale nie tak łatwo ją zdobyć. W końcu kupiłam w antykwariacie. W porównaniu z powieściami Henrego Jamesa, które znam, ta jest lekturą łatwą, nie tylko z powodu skromnych rozmiarów. Nie ma tu długich, niezwykle rozbudowanych zdań, dociekań, rozważań i opisów. Jest za to sporo dialogów (momentami powieść przypominała mi tekst sztuki teatralnej) i bardzo żywa akcja. Napisałam żywa akcja i natychmiast zadumałam się, czy słowo akcja jest tu na miejscu. W gruncie rzeczy nie tak wiele się dzieje. Powieść jest jednowątkowa, dramat rozgrywa się pomiędzy czterema bohaterami, pozostałe to postaci epizodyczne. Mimo tego bardzo byłam ciekawa, jak potoczą się wydarzenia (chociaż finał znałam z filmu). Jednym słowem to książka, którą czyta się jednym tchem.

Czytelnik, który zetknął się już z twórczością Henrego Jamesa, znajdzie w tej powieści motywy charakterystyczne dla jego twórczości. Jest młoda kobieta, wokół której kręci się mężczyzna-drań, jest przyjaciółka-doradczyni, jest relacja córka-ojciec, jest wreszcie podróż po Europie (tutaj potraktowana dość powierzchownie, pewnie ze względu na niewielką objętość powieści). Są przede wszystkim wnikliwe portrety psychologiczne tej czwórki, bo nie należy zapominać, że powieści psychologiczne to domena Henrego Jamesa. I jak zwykle w jego książkach bywa, trudno pozostać obojętnym na losy bohaterów, którzy często irytują, drażnią albo przeciwnie, wywołują współczucie.

Między trojgiem bohaterów powieści, doktorem Sloperem, jego owdowiałą siostrą, panią Penniman, i Maurycym Townsendem, stoczy się swoisty pojedynek, zawzięta walka o Katarzynę, córkę doktora. Każde z nich traktuje ją instrumentalnie, każde chce postawić na swoim. Maurycy zdobyć ją wraz z jej majątkiem, ojciec niby w trosce o jej przyszłość nie chce się zgodzić na to małżeństwo (piszę niby, bo w gruncie rzeczy pragnie postawić na swoim, a z uczuciami córki nie liczy się wcale), a ciotka? A ciotka, niezbyt mądra, nieco sentymentalna kobieta, intryguje i knuje, aby urozmaicić sobie swoje monotonne życie. Nie bez znaczenia jest to, że pozostaje pod wpływem i urokiem przystojnego i obdarzonego urokiem Maurycego. Z czasem zaczyna go traktować jak syna i, jak matka zakochana ślepo w swoim jedynaku, jest gotowa zrobić dla niego wiele. Mężczyźni nie liczą się z uczuciami Katarzyny. Miałam wrażenie, że od pewnego momentu ważne już było tylko, który z nich postawi na swoim. Maurycy zręcznie nią manipuluje, a ojciec żąda, drwi, rozmyślnie rani, chcąc zmusić do zmiany decyzji. Prowadzi swoją podstępną rozgrywkę, nie licząc się z jej uczuciami. Obaj nie cenią jej i lekceważą. Katarzyna nie jest zbyt urodziwa ani specjalnie bystra, ot przeciętna i nijaka, pewnie dlatego długo pozostaje nieświadoma gry, jaka się wokół niej toczy. Ale wbrew pozorom ta prostoduszna kobieta potrafi postawić na swoim. Chociaż dużo ją to kosztuje, zmuszona do wyboru między ukochanym a ojcem, z którym jest bardzo związana, wyboru dokona, a kiedy to zrobi, nie zmieni zdania bez względu na konsekwencje. Ona jedna jest szlachetna, prostolinijna i uczciwa. Nie kręci, nie kombinuje, nie intryguje. Gra, która się wokół niej toczy, naznaczy ją na całe życie. Zraniona przez obu mężczyzn, ukochanego i ojca, przeżyje wielkie rozczarowanie, straci złudzenia (szczególnie bolesne będzie rozczarowanie ojcem, świadomość, że tak naprawdę jej nie kocha i nie szanuje), ale jednocześnie dojrzeje, stanie się samodzielną kobietą, nie podda i nie załamie. Samodzielność, dojrzałość brzmią dumnie i krzepiąco, ale życie Katarzyny na zawsze zostanie naznaczone smutkiem, z którym będzie musiała nauczyć się żyć. Czasy, w których żyła, niewiele miały do zaoferowania takiej kobiecie. Z godnością dźwigała swój los, ale pozostawała jej tylko działalność na rzecz ubogich i robótki ręczne.

Warto sięgać od czasu do czasu po klasykę, warto czytać Henrego Jamesa.


Swietłana Aleksijewicz "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka"

Nie wybrałam sobie najlepszego  czasu na lekturę najnowszej książki Swietłany Aleksijewicz "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka" (Czarne 2014; przełożył Jerzy Czech). Okres świąteczny i okolice Nowego Roku to nie jest dobry moment na obcowanie z taką masą ludzkich tragedii, w jakie obfitują relacje bohaterów. Z drugiej strony czas wolny pozwolił mi przeczytać ten pokaźny tom (500 stron) w ciągu tygodnia, dzięki czemu opowieści nie rozmyły się, przeciwnie, zaatakowały mnie z całą mocą. Pewnie również dlatego ta książka zrobiła na mnie wielkie wrażenie, chociaż przecież nie było tam chyba niczego, poza drobiazgami, czego bym o Rosji wcześniej nie wiedziała. A jednak historia pokazywana przez prawdziwe ludzkie losy ma wielką siłę rażenia. Przeczytałam dwie wcześniej wydane książki Aleksijewicz, "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" i "Czarnobylską modlitwę" (na "Ostatnich świadków" dotąd nie znalazłam w sobie odwagi), i mogę śmiało napisać, że "Czasy secondhand" mają wszystkie zalety tamtych pozycji, za to nie mają ich wad. Wtedy denerwowała mnie egzaltacja autorki, silenie się na jakąś górnolotność (na szczęście tylko we wstępach, potem głos mają jej rozmówcy), miałam też po jakimś czasie wrażenie przesytu, powtarzalności. O ile pamiętam dotyczyło to szczególnie "Czarnobylskiej modlitwy", napisałam chyba, że przydałaby się większa selekcja materiału. Tym razem jest inaczej. Wstęp krótki, a historie tak różnorodne i tak niesamowite, że trudno się od nich oderwać. Czytając, miałam wrażenie, że niemal każda mogłaby się stać kanwą powieści lub filmu. Kiedyś w radiowej audycji na temat zbrodni katyńskiej jakiś znawca Rosji, nie pamiętam kto, powiedział, że na Rosjanach liczba zamordowanych w Katyniu, Miednoje i innych miejscach straceń polskich oficerów nie robi wrażenia, bo w łagrach i stalinowskich czystkach zginęło ich nieporównywalnie więcej. Kiedy czyta się "Czasy secondhand", widać to jak na dłoni. Bezmiar nieszczęścia, tragedii, nieprawości, bestialstwa, okrucieństwa był ogromny. Ale wbrew temu, co się może wydawać na podstawie tego, co dotąd napisałam, nie jest to opowieść o Rosji stalinowskiej.

Książka dzieli się na dwie części. Pierwsza, "Pociecha w Apokalipsie", to materiał zebrany przez autorkę w latach 1991-2001, drugą, "Uroki pustki", stanowią relacje z lat 2002-2012. Każda zaczyna się rozdziałem zatytułowanym "Z gwaru ulicznego i kuchennych rozmów", w którym autorka oddaje głos, często anonimowym, ludziom z ulicznego tłumu albo rozmawiającym przy kuchennym stole. To najczęściej krótkie wypowiedzi na te same tematy. Potem następuje dziesięć dłuższych rozdziałów, a więc w sumie jest ich dwadzieścia. W każdym poznajemy historię człowieka znanego z imienia, nazwiska, zawodu i wieku. Bywa, że bohater którejś z nich już nie żyje, a opowiada o nim ktoś inny. I to te historie robią największe wrażenie.

Punktem odniesienia dla bohaterów książki Aleksijewicz są czasy pierestrojki zainicjowanej przez Gorbaczowa, rok 1991, czyli dojście do władzy Jelcyna i rozpad Związku Radzieckiego. Zaczyna się najczęściej, chociaż przecież nie zawsze, podobnie. Entuzjazmem dla pierestrojki, a potem dla dojścia Jelcyna do władzy. Chyba większość rozmówców Swietłany Aleksijewicz opowiada o wielkiej nadziei i radości tamtych lat, o zachłyśnięciu się wolnością, o pożeraniu dotąd zakazanych książek, o udziale w manifestacjach i walkach. Potem jest już bardzo różnie. Jedni tęsknią za Związkiem Radzieckim a nawet za Stalinem, nie rozumieją krytyki, nie odnajdują się zupełnie w nowych czasach, z dumą przyznają, że są sowkami (pogardliwe określenie zwolenników dawnego systemu), inni są rozczarowani tym, co stało się po dojściu Jelcyna do władzy i tym, co dzieje się dzisiaj, co nie znaczy, że chcieliby powrotu ZSRR. Najmniej jest chyba takich, którym się powiodło, a jeszcze mniej tych, którzy rzeczywistość akceptują bez zastrzeżeń.

Jaki obraz czasów secondhand wyłania się z tych opowieści? Potworna bieda, bandytyzm i bezprawie  lat dziewięćdziesiątych. Skutki rozpadu Związku Radzieckiego, kiedy nagle pojawiły się granice tam, gdzie dotąd ich nie było, kiedy nagle do głosu doszły rozmaite nacjonalizmy, co zaowocowało pogardą i nienawiścią do przybyszów z republik azjatyckich i z Kaukazu, pogromami, wypędzeniami, ucieczkami, czyli kolejną w dziejach wędrówką ludów. Rozmaite kontrasty: bajecznie bogaci oligarchowie i biedne społeczeństwo, spauperyzowana inteligencja; rzeczywistość dużych miast, gdzie po latach chudych nastały tłuste, i rzeczywistość prowincji, gdzie nie zmienia się nic, a jeśli to na gorsze, gdzie wiatr historii mało kogo obchodzi. Współczesny konsumpcjonizm. Kilkakrotnie pada stwierdzenie czasy sprzedać-kupić. Wielu, nie tylko tych tęskniących za Stalinem i komunizmem, nie potrafi tego zaakceptować. Bezideowość urodzonych po rozpadzie ZSRR. Nudzi ich wojenna i antykomunistyczna martyrologia, nie interesuje Sołżenicyn, Szałamow i inni zakazani niegdyś pisarze, czego starsze pokolenia nie potrafią zrozumieć. Samobójstwa i tych tęskniących za przeszłością, i tych, którym się nie powiodło. Alkohol, alkohol, alkohol i domowa przemoc, szczególnie na prowincji. Kiedy przeczytałam tę książkę, zrozumiałam, że filmowe opowieści Zwiagincewa, Łoźnicy czy innych reżyserów nie są, niestety, groteską.

Na koniec króciuteńko wymienię relacje, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Opowieści o uciekinierach, wypędzonych i tych, co wyjechali za pracą. To historie: Romea i Julii z Baku, czyli Azera i Ormianki z pogromami w tle; Tadżyków żyjących w piwnicach Moskwy, pogardzanych, prześladowanych, oszukiwanych, wykorzystywanych, ale i rosyjskiej rodziny, która uciekła przed prześladowaniami z którejś z azjatyckich republik. Tragizm tej grupy opowieści polega nie tylko na nieszczęściu, jakie tych ludzi spotkało i nadal spotyka, ale i na ogromnej tęsknocie za miejscem, do którego nie mają najczęściej powrotu. Historia kobiety urodzonej w łagrze (to nie był odosobniony przypadek). Historia matki i córki, którym gangsterzy podstępem odebrali mieszkanie, bo nie miały na łapówkę dla lekarki, która bez pieniędzy nie wydała świadectwa zgonu zmarłej babci (!) i nie można było jej pochować (!). Zupełnie odjechana opowieść kobiety, której w młodości przyśniła się miłość życia, a po latach odnalazła ją (tę miłość) w nieznanym więźniu i rzuciła dla niego wszystko. I wreszcie historia odwołanego ślubu, czyli cyniczne i makabryczne zwierzenia człowieka wykonującego masowe wyroki śmierci w latach wielkiej czystki (z trudem przez nią przebrnęłam). A to przecież nie wszystko.

Kiedy czyta się książkę Swietlany Aleksijewicz, trudno oprzeć się może irracjonalnemu wrażeniu, że Rosja to kraj kompletnie odmienny (?), dziwny(?), absurdalny(?), nierzeczywisty(?) (nie umiem znaleźć właściwego słowa). No i skąpany w morzu krwi i nieszczęść. Żeby próbować, tylko próbować, zrozumieć, trzeba koniecznie przeczytać "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka". Lektura fascynująca, chociaż straszna.

"Efekt domina"

Ten dokument chciałam zobaczyć, kiedy tylko dowiedziałam się, że rozbił bank z nagrodami na Krakowskim Festiwalu Filmowym (Złoty Róg i Złoty Lajkonik, czyli główne nagrody w konkursie polskim i międzynarodowym). Nie chodziło tylko o nagrody, ale o temat. To film nakręcony w Abchazji, a od kiedy przeczytałam ostatnią część kaukaskiej trylogii Wojciecha Góreckiego "Abchazja", to miejsce przestało być dla mnie niewiele mówiącą nazwą, stało się konkretem, więc nie przepuszczam okazji, kiedy pojawia się coś na ten temat. Przed wakacjami był to świetny, fabularny, kameralny film "Mandarynki", teraz "Efekt domina" Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego (współautor obsypanego nagrodami "Królika po berlińsku"). Co dostajemy? Z jednej strony subtelną, melancholijną, czasem zabawną, opowieść o Abchazji w pigułce. Kamera pokazuje Suchumi. Straszą wypalone okna reprezentacyjnych budynków, hoteli, bloków, widzimy nadszarpnięte zębem czasu piękne wille i pałacyki, zniszczone molo kłuje w oczy pordzewiałym żelastwem i nadkruszonym betonem, a wszędzie wdziera się soczysta zieleń. Co jakiś czas gaśnie prąd. Nie ma się czemu dziwić, Abchazja, kraj uznawany na świecie tylko przez Rosję i kilku jej satelitów, wciąż nie podniosła się na dobre z wojennej zapaści. Ale życie się toczy. Jest ciepłe morze, kamieniste plaże, słońce, piękne, zielone, rajskie góry (jak w "Mandarynkach"), ludzie śpiewają, ucztują, a dla zbudowania prestiżu i podbudowania narodowej dumy minister sportu organizuje mistrzostwa świata w domino. Dlaczego w domino? Może dlatego, że, jak mówią dwaj sympatyczni staruszkowie prowadzący kiosk z prasą, domino leczyło ich nerwy po wojnie. Ale w tej dziwnej enklawie zagubionej pomiędzy morzem a górami, ludzkie dylematy, problemy, nieszczęścia są takie jak wszędzie. I to drugi temat "Efektu domina". Opowieść o dumnym Abchazie, przywołanym przeze mnie ministrze sportu, i jego kolejnej żonie, Rosjance, operowej śpiewaczce, która usiłuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Przed rozpadem ZSRR Rosja i Abchazja (wtedy część Gruzji) znajdowały się w jednym państwie. Różnice, przynajmniej oficjalnie, nie istniały. Dziś Rosjanka czuje się tu obco, nie jest u siebie. Ona nie rozumie ich, oni jej. Miłość miłością, ale jakoś żyć trzeba. I o tym również jest ten film. O zderzeniu odmiennych mentalności, o narodowej tożsamości i dumie, o rozczarowaniu i o tym, jak pozostać sobą w obcym środowisku. Czy można zasypać bariery? Czy można się przyzwyczaić? Czy można zrozumieć innego? Polecam "Efekt domina", niespieszne, melancholijne, mądre i odrobinkę zabawne kino. A kto obejrzy, powinien koniecznie sięgnąć po "Abchazję" Góreckiego (oczywiście jeśli nie zna).

Wojciech Jagielski "Wypalanie traw"

Wojciecha Jagielskiego znałam dotąd z publikacji prasowych, nie czytałam żadnej z jego książek. Dlaczego wobec tego nagle sięgnęłam po najnowszą, "Wypalanie traw" (Znak 2012)? Powodem były nie tylko bardzo pozytywne opinie, ale przede wszystkim tematyka. Od czasów lektury "Suchej białej pory" Andre Brinka zawsze sięgam po książki z RPA, oczywiście jeśli tylko wpadnie mi w ręce coś interesującego. Nie powiem, żeby było tego jakoś specjalnie dużo, ale tych kilka, które przeczytałam, pozwoliły mi chociaż trochę zorientować się w sytuacji tego kraju. Reportaż Jagielskiego tę wiedzę znakomicie uzupełnił. Napisałam reportaż, ale to określenie nie bardzo pasuje do "Wypalania traw". Już lepsze byłoby stwierdzenie reportaż literacki. Zaczyna się jak powieść. Trzecioosobowy narrator w pierwszym rozdziale przypominającym prolog prezentuje bohaterów swojej książki. Czarnoskórego Tommiego Lerefolo, miejskiego radnego w miasteczku Ventersdorp. Raymonda Boardmana, farmera, potomka angielskiego pastora, który około roku 1820 przybył do Kraju Przylądkowego (zalążek dzisiejszego RPA). Henka Malana, Bura, właściciela  nie najlepiej prosperującej tawerny Pod Rajskim Żurawiem, jednym słowem przedstawiciela niższej warstwy białych. I przede wszystkim Eugene'a Terre'Blanche'a, farmera, założyciela Afrykanerskiego Ruchu Oporu, człowieka, którego bali się politycy, a czcili Burowie, głównego bohatera tej opowieści. Ale już kolejny rozdział to bez wątpienia literatura faktu: ujawnia się reporter, który  nie eksponując siebie nadmiernie, rozmawia z bohaterami tej historii i przekazuje informacje o kraju. Potem obie techniki pisarskie będą się przeplatać. Może właśnie dzięki temu opowieść jest tak interesująca, że trudno się od lektury oderwać.
Chociaż książka ma swoich wyraźnie nakreślonych bohaterów (najważniejszych wymieniłam, ale jest ich znacznie więcej), znakomicie scharakteryzowanych i opowiedzianych, to jest także historią RPA w pigułce (trzystustronicowej). Nawet czytelnik, który niewiele wie o tym rejonie świata, dowie się całkiem sporo, a ktoś, kto trochę już się orientuje, swoje wiadomości poszerzy i uporządkuje. Jagielski pisze o początkach kolonizacji Przylądka Dobrej Nadziei przez przybyłych z Europy Holendrów (to od nich wywodzą się Burowie), o konflikcie brytyjsko - holenderskim o te tereny, o walkach z rdzennymi mieszkańcami tych ziem, o Wielkiej Wędrówce Burów, która stanowi ich mit założycielski, o wojnie zwanej burską, wreszcie o ideologii apartheidu i długoletniej walce z nim czarnych mieszkańców pod wodzą Nelsona Mandeli, no i również o tym, co stało się z krajem, kiedy ten znienawidzonysystem ostatecznie się skończył. A wszystko to niezwykle interesujące. Autor kreśli też sytuację społeczną. Pokazuje konflikty rozsadzające społeczeństwo RPA. Wbrew stereotypom nie jest to tylko konflikt pomiędzy czarnymi a białymi. Mur dzieli również tych ostatnich. Anglicy, a właściwie potomkowie angielskich kolonizatorów, i Burowie to dwa odrębne światy. Dzielą ich zaszłości historyczne, religia i stosunek do apartheidu, którego ideologiczne podwaliny stworzyli Burowie. Oni swoją niechęć do czarnych wywiedli z religii, z Biblii. Apartheid oznacza po prostu osobno. Wszystkie zakazy i nakazy, które, o czym się raczej nie wie, dawały się we znaki także białym, służyły niemieszaniu ras: czarnej i białej (szczególnie Burów, którzy uważali się za naród wybrany). Inaczej rdzennych mieszkańców traktowali Anglicy. Oczywiście też z wyższością (podobnie jak mieszkańców innych kolonii, na przykład Hindusów), ale wynikało to z banalnych pobudek. Czuli się po prostu lepsi, cywilizowani. Chociaż mniej więcej wiemy, czym był apartheid, Jagielski pozwala znacznie lepiej poznać koszmar i aberrację tej ideologii. Pokazuje jak wyglądało życie czarnych i białych obwarowane szczegółowymi przepisami regulującymi każdą dziedzinę, a wszystko po to, aby mogli żyć całkowicie osobno. Ale "Wypalanie traw" to także opowieść o tym, co dzieje się, kiedy nastąpi wielka zmiana (taką zmianą był koniec apartheidu, zwycięstwo Mandeli, przejęcie władzy przez czarnych w pokojowych negocjacjach). I w tym sensie to opowieść uniwersalna. Jest jak zawsze. Najpierw wielka radość, potem rozczarowanie. Nieprzygotowanie zwycięzców do sprawowania władzy, widoczne szczególnie na prowincji. Koncesje na rzecz białych, dawnych prześladowców, w imię wyższych racji. Rozwarstwienie społeczne i poczucie, że od zwykłego człowieka, nawet jeśli jest miejskim radnym (Tommy Lerefolo), nic nie zależy, że wszystko decyduje się gdzieś daleko na szczytach niedosiężnej władzy. No i znane choćby z "Hańby" Coetzee'go niepokoje społeczne: napady na białych farmerów. Ich przyczyną jest nie tylko chęć odwetu, ale także bieda wykluczonych czarnych.
Ale książka Jagielskiego to nie wykład historyczny czy praca z dziedziny socjologii. To przede wszystkim opowieść o ludziach z prowincji, ich nadziejach i rozczarowaniach. O Tommym Lerefolo, który kiedyś walczył z apartheidem, siedział w więzieniu, był torturowany, a teraz stopniowo poddaje się zniechęceniu, bo widzi, że w Ventersdorpie niewiele się zmienia, a i w kraju sprawy nie mają się dobrze. Lata płyną, czarni i biali nadal żyją osobno. O Raymondzie Boardmanie, białym idealiście, dla którego koniec apartheidu oznacza ulgę, możliwość symbolicznego oczyszczenia, naprawienia krzywd. Ale i jemu przyjdzie rozczarować się nową rzeczywistością. Bo czarni na farmie nie chcą poczuć się współgospodarzami, bo biali traktują go jak wroga (nie tylko z powodu tego, że nie jest Burem, przede wszystkim dlatego, że stara się traktować czarnych jak partnerów, chcąc im zadośćuczynić krzywdy), bo robi się niebezpiecznie, bo farmę nękają finansowe problemy, bo czuje się na prowincji obco, mimo że to ziemia jego przodków. O Henku Malanie, który teraz musi ustąpić nie tylko bogatszym białym, ale i czarnym. Dla niego koniec apartheidu oznacza tylko strach przed nowym. To dlatego tacy jak on byli wiernymi wyznawcami białego guru, wodza, obrońcy apartheidu, makiawelicznego twórcy Afrykanerskiego Ruchu Oporu, Eugene'a Terre'Blanche'a. Ale i on jest rozczarowany. Bo chociaż hipnotyzował tłumy podzielających jego poglądy Burów, to kiedy przyszło do ostatecznej rozgrywki, większość pozostała bierna. Bo zdradzili burski naród jego przywódcy, a on, ostatni bojownik, trafił do więzienia za złe traktowanie czarnych, co nie mieściło mu się w głowie. Bo zgorzkniały musiał zająć się farmą, czego nie lubił. A jeśli był świadom swojego końca, to i on musiał go rozczarować.
A może książka Jagielskiego jest przede wszystkim o tym, ile zła niesie fanatyczna ideologia o religijnych korzeniach? A może o prowincji, która konserwuje to, co było, i opiera się zmianom, nienawidzi inności, wytwarza własne zależności i więzi? A może o sławie i upadku niebezpiecznej, charyzmatycznej jednostki? Dajmy spokój tej wyliczance. Jest po prostu  "Wypalanie traw" o tym wszystkim. Świetna książka, chociaż smutna. Trudno dostrzec w niej światełko nadziei. Opisywany świat mimo że piękny, mnie wydaje się odstręczający. A jednak Wojciech Jagielski mówi, że RPA go fascynuje. Dlaczego? Przyznam, że nie bardzo rozumiem, wszak kreśli obraz tego kraju w ciemnych barwach. Kiedy czytam książki Pawła Smoleńskiego o Izraelu, to przy całym jego krytycyzmie, odnajduję w nich fascynację autora tym miejscem. Inaczej jest w przypadku Jagielskiego. Może odpowiedź na pytanie, co go tak ciągnie do RPA, znajdę w jego następnej książce, którą teraz pisze.

Doris Lessing "Alfred i Emily"

To trzecia książka Doris Lessing, po jaką sięgnęłam i na pewno nie ostatnia, chociaż .... No
właśnie, chociaż z żalem stwierdzam, że "Alfred i Emily" (Wydawnictwo Literackie 2009; przełożyła Anna Kołyszko) mnie rozczarowała. Po "Lecie przed zmierzchem" i "Złotym notesie" (o obu pisałam) wydała mi się zbyt lekka, zupełnie niedotkliwa. Lessing tamtymi  powieściami przyzwyczaiła mnie do czegoś zupełnie innego! Mimo że niełatwe w lekturze, momentami wręcz nużące, miały niesamowitą moc. To taki typ literatury, który dotyka boleśnie, zmusza do konfrontacji z własnym życiem, sądami, wyborami. To lustra, w których trzeba się przejrzeć, chociaż niekoniecznie ma się na to ochotę. Wiem, że to nie tylko moje odczucia. Szczególnie bliski jest mi "Złoty notes". Jeśli są książki, które w szczególny sposób wpływają na czytelnika, to taką powieścią okazała się dla mnie właśnie ta. Nic więc dziwnego, że po kolejnej książce Lessing spodziewałam się bardzo dużo. Na dodatek "Alfred i Emily" nie okazuje się wcale tym, czym wedle słów samej autorki jest. Dlatego czuję się nie tylko rozczarowana, ale w pewnym sensie oszukana i to przez samą Doris Lessing!

Czym miała być ta książka? Opowieścią o rodzicach autorki, na których życiu, jak na losie ich pokolenia, zaważyła pierwsza wojna światowa. Jak pisze Lessing we wstępie o swoim ojcu:

"Umarł w wieku sześćdziesięciu jeden lat jako stary człowiek. W świadectwie zgonu jako przyczynę śmierci powinni mu byli wpisać pierwszą wojnę światową."

A o matce:

"Mama z kolei straciła w niej wielką miłość, lekarza, który utonął w kanale La Manche. Również nie otrząsnęła się z tej straty."

Nie tak dawno przeczytałam znakomitą książkę Petera Englunda o pierwszej wojnie "Piękno i smutek wojny" (pisałam), która rzeczywiście pokazuje, czym był ten czas dla milionów Europejczyków (my, Polacy jakoś o tym z różnych względów zapominamy, dla nas traumą wciąż pozostaje druga). Czytając ją, naprawdę przeżywałam losy wybranych przez szwedzkiego autora kilkunastu autentycznych postaci, które pozostawiły po sobie jakieś pamiętniki, listy, zapiski, dzięki czemu odtworzenie ich dramatycznych, najczęściej, wojennych historii było możliwe. Pewnie również dlatego spodziewałam się, że i ta lektura nie pozostawi mnie obojętną, chociaż wiedziałam, że Lessing nie o wojnie opowiada, a o jej wpływie na dalsze życie swoich rodziców, a w konsekwencji na swoje. Przecież to oni, tacy, jakimi byli, ukształtowali ją. To dzieciństwo i młodość spędzone z nimi w Rodezji na farmie, która miała dać im pieniądze na wymarzony powrót do Anglii, odcisnęło się na niej na zawsze.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej pisarka postanowiła sprawić swoim nieżyjącym już rodzicom prezent: dała się ponieść twórczej wyobraźni, aby wymyślić ich losy na nowo. Co by się z nimi działo, gdyby pierwszej wojny nie było? I te fragmenty są dość ciekawe. To nie one są źródłem mojego rozczarowania. Nie będę tu ze zrozumiałych względów zdradzać, jak Lessing wyobraziła sobie ich życie, wspomnę tylko, że pozwoliła im spełnić swoje marzenia: ojca uczyniła szczęśliwym farmerem, matkę kobietą silną, zdecydowaną, samodzielną, o szerokich horyzontach, ale jednocześnie dość skomplikowaną, niewolną od rozterek, cierpień i rozczarowań. Nieprzypadkowo to jej poświęcam tu więcej miejsca, bo jest po prostu w tej opowieści znacznie ciekawsza niż ojciec. Ale to, co zainteresowało mnie szczególnie, to nie tyle losy Alfreda i Emily, lecz alternatywna wizja historii. Obraz społeczeństwa, które od lat nie zna wojny i większych społecznych czy politycznych zawirowań. Wbrew pozorom nie jest to wizja optymistyczna. Przede wszystkim społeczeństwo jest głęboko rozwarstwione. Jednym żyje się wygodnie, za wygodnie, co powoduje, że często nie bardzo mają celu w życiu, szczególnie młode pokolenie, które właśnie dlatego szuka wrażeń na wojnach toczonych gdzieś w dalekim świecie. W tym samym czasie i w tym samym kraju inni żyją w wielkiej biedzie. Autorka szkicowo kreśli przerażający obraz dzielnic Londynu, gdzie po ulicach włóczą się bezpańskie, wychudzone dzieci, którymi nikt się nie interesuje. Obie warstwy żyją jakby na innych planetach, nic o sobie wzajemnie nie wiedząc. Te partie książki przypominają raczej szkic, który mógłby się wypełnić głębszą treścią, gdyby stworzyć z niego odrębną całość. Taki styl znany jest mi ze "Złotego notesu", w którym pewne fragmenty są pisane podobnie.

No i jest część druga, która konfrontuje czytelnika z prawdziwą historią Alfreda i Emily. Jak pisałam, spodziewałam się czegoś mocnego, czegoś, co by mnie poruszyło. Tymczasem tak jest tylko czasami. I w tej części ważniejsza wydaje się matka. Lessing próbuje dociec, co sprawiło, że z pełnej życia światowej, samodzielnej kobiety, przeobraziła się w zniechęconą, rozczarowaną, narzekającą na wszystko hipochondryczkę. Wydaje się, że jednym z powodów, może najważniejszym, była decyzja o osiedleniu się na rodezyjskiej farmie. To miejsce pogrzebało jej dotychczasowe życie i jej marzenia. Miało być tylko przepustką do dawnego świata, stało się pułapką. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie życie, jakie będą razem z mężem wiedli. Wiele o tym, co się stało, mówi scena, kiedy to Emily na prośbę córki wyciąga z kufra suknie zamówione specjalnie przed wyjazdem z Persji do Rodezji. Eleganckie, kosztowne stroje, których nigdy nie włożyła, ba, nawet ich nie wyjęła z bagażu. W zjedzonych przez mole szmatach z trudem można rozpoznać dawną elegancję i piękno. Córka odnosi wrażenie, że matce jest obojętne, co się z nimi stało, ale to tylko maska, pod którą na pewno skrywa rezygnację i zniechęcenie. A miało być tak pięknie: kulturalni sąsiedzi, bogate życie towarzyskie, dyskusje o literaturze. Jest chata z gliny, harówka, farmerzy. Ale ten poruszający obraz gdzieś po drodze traci swoją siłę wyrazu. To niespełniona obietnica. Opowieść o rodzicach rozpływa się gdzieś pośród wspomnień o dzieciństwie i młodości samej autorki. Jest trochę tak, jakby Lessing nagle zmieniła zamiar i zaczęła pisać całkiem inną książkę, wspomnieniową. Poszatkowana na krótkie rozdziały jest zbiorem luźnych opowieści. Sporo tu ciekawych wątków, które zasługiwałyby na rozwinięcie, ale tak się nie dzieje, dlatego całość robi na mnie wrażenie czegoś powierzchownego. Lessing podsuwa tematy, które ledwie sygnalizuje, aby natychmiast porzucić. Szkoda, bo toksyczne relacje matki i córki, miłość do afrykańskiej ziemi, wychowanie, miłość do książek, które są jedynym ratunkiem w życiu dość samotnej Doris, i inne wątki mogłyby stać się kanwą niezwykle ciekawej opowieści.

Lessing w swojej twórczości czerpie ze swojej afrykańskiej przeszłości garściami. Ten czas, chociaż bolesny i traumatyczny,  ukształtował ją, także literacko, czego dowody znaleźć można w "Złotym notesie" i innych cyklach powieściowych (nie znam, ale, jak wspominałam, z pisarką nie zamierzam się rozstać). Cóż, "Alfred i Emily" z jednej strony rozczarował, z drugiej zaostrzył apetyt na jej wcześniejsze książki zakotwiczone w tamtych doświadczeniach. Gdyby tę książkę napisał ktoś inny, pewnie uznałabym ją za niezłą. Czyta się ją nadzwyczaj gładko, a opowiada o niezwykle ciekawych doświadczeniach. Szkopuł w tym, że napisała ją Doris Lessing, którą pokochałam za coś więcej.


"Take this waltz"

Gdybym pisała tę notkę od razu po obejrzeniu filmu Sarah Polley "Take this waltz", pewnie bym się trochę czepiała. Ale jak zwykle spisuję moje wrażenia w kilka dni po i dziś mój osąd złagodniał. Po prostu w tym czasie film się jakoś uleżał i to, co miałam mu za złe, gdzieś wyparowało. "Take this waltz" nie jest arcydziełem, ale całkiem niezłą opowieścią o tym, jak miłość w małżeństwie blaknie (mój znajomy wyraził to niegdyś dosadniej, acz nieco poetycko: małżeństwo to grób miłości). Można oczywiście spojrzeć na ten problem inaczej i stwierdzić, że film opowiada o konfrontacji życia z naiwnym wyobrażeniem o miłości, która mimo upływu lat ma płonąć równie mocnym płomieniem jak na początku. Jednym słowem lubimy wierzyć, że będzie jak w baśniach: żyli długo i szczęśliwie. Może zresztą żyli, jeśli szczęścia małżeńskiego nie rozumieli tak naiwnie. "Take this waltz" bardzo miło się ogląda, może dlatego, że mimo melancholii jest po prostu kolorowy i ładny. Pewnie to też zasługa Michelle Williams w roli Margot. Na mnie jednak nie zrobił takiego wrażenia jak niegdyś "Przed zachodem słońca" Richarda Linklatera, film traktujący o czymś podobnym, chociaż w inny sposób, czy "Tajemnica Brokeback Mountain", którą można potraktować jak uniwersalną historię o rozdarciu między przywiązaniem do żony a miłością do kochanka (miłością, nie banalnym romansem). Tyle tytułem wstępu, a szczegóły w drugiej części (dla tych, którzy widzieli; jak zwykle).

Pamiętam, jak oglądając "Przed zachodem słońca", miałam wrażenie, że reżyser w sposób subtelny i nienachalny dotknął czegoś ważnego, gdzieś między słowami (dosłownie, bo to film gadany) pokazał bolesną prawdę o relacjach damsko-męskich, o takich codziennych, wcale nie dramatycznych rozczarowaniach i utraconych szansach. Na pytanie, co by było, gdyby te szanse zostały wykorzystane, film Linklatera nie odpowiada, ba, nawet nie wiemy, czy bohaterowie grani przez July Delpy i Ethana Hawke'a zdecydują się sprawdzić. Inaczej ma się sprawa z obrazem kanadyjskiej reżyserki.

Sarah Polley pokazuje, co dzieje się, kiedy bohaterka zdecyduje się jednak na wywrócenie swojego dotychczasowego życia na nice i rozpoczęcie wszystkiego od nowa z Danielem. Jest tak jak na karuzeli: kiedy wiruje w blasku migoczących świateł, Margot i Danielowi wydaje się, że znaleźli się w jakimś cudownym, odrealnionym świecie. Ale kiedy światła zgasną a karuzela stanie, świat natychmiast zostaje odarty z szaleństwa i magii. Tak jest też w życiu. Początkowo euforia, sielanka, namiętność, płomienne uczucie, ekstaza i co tam jeszcze, z czasem jak zwykle: stabilizacja, codzienność, temperatura spada i zatrzymuje się gdzieś w okolicy stanów średnich. Wieczory na kanapie przed telewizorem i zdawkowo-układne kocham cię, które powtarzane za często dewaluuje się i nic nie znaczy. A przecież tak już było. Wobec tego, czy warto burzyć, krzywdzić, aby po pewnym czasie wpaść w te same koleiny? Cóż, nie zamierzam odpowiadać na to pytanie, niech pozostanie retorycznym ozdobnikiem. Przyznam się, że długo myślałam, iż Margot jednak nie zdecydowała się odejść od męża, a druga część filmu jest jej fantazją o tym, co mogłoby się zdarzyć, gdyby to zrobiła. Stało się chyba tak dlatego, że sposób, w jaki odnalazł ją Daniel, wydał mi się chwytem z taniej komedii romantycznej (no chyba, że znowu coś przeoczyłam, jak przy okazji innego filmu). Dopiero rozmowa Margot ze szwagierką, która zaczęła pić i pozostawiła córeczkę bez opieki, ostatecznie przekonała mnie, że to nie marzenia i fantazje, a rzeczywistość.

Najbardziej podoba mi się w tym filmie pokazanie całej tej uczuciowej komplikacji, która zawsze towarzyszy podobnym sytuacjom. Rozterki, dylematy, poczucie winy, wyrzuty sumienia, przyciąganie, odpychanie, wreszcie, jeśli dostatecznie wcześnie nie zejdzie się z drogi początkowo niewinnego flirtu, ból z powodu zranionych albo niespełnionych uczuć. Margot jest trochę jak ten osiołek, co to mu w żłoby dano (w jednym owies, w drugim siano), a on biedak nie potrafi podjąć decyzji, gdzie sięgnąć. Z jednej strony mąż, którego pewnie na swój sposób kocha (tyle, że nie jest to już ta namiętna miłość z początku związku), z drugiej Daniel, który fascynuje i pociąga. I naprawdę trudno o nim zapomnieć, skoro mieszka naprzeciwko. Nawet gdyby niektórych spotkań nie prowokowała, te przypadkowe byłyby przecież nieuniknione. Nie sposób też nie żałować jej męża, ciepłego, sympatycznego, nieco misiowatego Lou. To on jest tu prawdziwą ofiarą, a jego cierpienie prawdziwym bólem zranionej miłości. Jego bezradne słowa: "Myślałem, że umrę przy tobie." (cytat z bardzo zawodnej pamięci) przejmują mnie do głębi. W tym momencie pomyślałam sobie: "Cholera, Margot, coś ty zrobiła!". Nie ma rady: zawsze ktoś z tego trójkąta będzie cierpieć. Jeśli nie Lou, to Daniel i Margot. Odejście też przecież niczego nie ułatwia. Wprawdzie Margot jest szczęśliwa z Danielem, ale trudno jej zapomnieć o tym, że skrzywdziła męża (szczególnie później, kiedy jej nowa miłość wejdzie w nieuchronną fazę banalnej codzienności). I tym razem muszę jednak stwierdzić, że "Take this waltz" jest niczym wobec przywołanej przeze mnie "Tajemnicy Brokeback Mountain". Rozdarcie i cierpienia kochanków z tamtego filmu dotykały mnie do żywego. Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy jeden z nich łkając, kuli się z bólu po rozstaniu z kochankiem. Jest w niej siła prawdy.

I na koniec jeszcze parę słów o tym, jak w ciągu tych kilku dni zmienił się mój odbiór filmu. Przyznam się, że kiedy go oglądałam, nie bardzo rozumiałam, dlaczego Margot zakochuje się w Danielu. Myślałam sobie: "Kobieto, o co ci chodzi, czego chcesz od swojego miłego męża, od swojego beztroskiego, sympatycznego małżeństwa!". Jakoś nie przyszło mi do głowy, że to nie tak. Problem nie tkwi w mężu i małżeństwie, problem raczej tkwi w tym trzecim. Gdyby się nie pojawił, pewnie Margot i Lou nadal prowadziliby swoje sympatyczne życie. Daniel obnażył letniość ich małżeństwa. To że nie bardzo mają ze sobą o czym rozmawiać. Ich rozmowy to zabawne, nieco makabryczne przekomarzanki i konwencjonalne kocham cię, nad którego treścią żadne z nich się nie zastanawia. Teraz myślę, że ten film pokazuje także, jak inaczej odbierają świat kobiety i mężczyźni. Tam gdzie jej zaczyna coś doskwierać, on nie widzi problemu. Kiedy ona domaga się rozmowy, jemu wystarczy jej obecność i milczenie w miłych knajpianych okolicznościach.

I na prawdziwy koniec słówko o tym, co mnie jednak denerwowało. Dialogi, często sztuczne, pokrętne, wydumane, jakieś takie barokowe. Jednym słowem irytujące.

Popularne posty