Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty

Jokha Alharthi "Ciała niebieskie"

Ponieważ z wielką ciekawością sięgam po literatury niszowe, o ile

oczywiście odpowiadają moim czytelniczym gustom, a te mam bardzo sprecyzowane, nie mogłam ominąć powieści "Ciała niebieskie" Jokhy Alharthi (ArtRage 2024; przełożyła Hanna Jankowska), omańskiej pisarki i wykładowczyni języka oraz literatury arabskiej w jej ojczystym kraju. Dodajmy, powieści nagrodzonej w roku 2019 międzynarodowym Bookerem. Jak często mamy do czynienia na naszym rynku wydawniczym ze współczesną literaturą arabską? Rzadko. A z omańską? Pewnie dotąd w ogóle. Inna sprawa, że współczesna literatura z krajów  obszaru Zatoki Perskiej powstaje od stosunkowo niedawna, co jest świadomą decyzją ich władców, a dowiedziałam się o tym z dwóch bardzo ciekawych podcastów, kiedy chciałam sobie poszerzyć pole widzenia po lekturze książki. Jeden to przedostatni odcinek sezonu drugiego "Opowieści Arabskich", czyli rozmów Agaty Kasprolewicz z Janem Natkańskim, byłym dyplomatą, które ukazywały się w ramach "Raportu o Stanie Świata" Dariusza Rosiaka. Drugi to rozmowa Macieja Okraszewskiego z Agatą Romaniuk, autorką książki o omańskich kobietach ("Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu") w ramach jego podcastu "Dział Zagraniczny". A ten reportaż mam od dawna i niedługo po niego na pewno sięgnę. Polecam, bo obie rozmowy są bardzo ciekawe, dają szerszą perspektywę i łamią stereotypy dotyczące krajów Zatoki Perskiej. 

Dość wstępu, czas przejść do powieści. Muszę powiedzieć, że "Ciała niebieskie" spełniły pokładane w nich oczekiwania. Przeczytałam je z wielką przyjemnością, chociaż zawsze mam problemy, kiedy używam takiego sformułowania, pisząc o książce opowiadającej niełatwe historie. Muszę jednak uczciwie przyznać, że nie jest to powieść tylko czarna, niesie jednak nadzieję.

Jej bohaterkami i bohaterami są mieszkańcy pewnej osady znajdującej się na omańskiej pustyni. To członkowie kilku rodzin, ich sąsiedzi i służba, która jeszcze jakiś czas temu należała do ludności niewolniczej. Tak, tak, niewolnictwo w Omanie zniesiono dopiero w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku! A ponieważ akcja toczy się częściowo w latach osiemdziesiątych, a częściowo na początku naszego wieku, wśród bohaterek i bohaterów powieści są tacy, którzy uzyskali wolność w trakcie swojego życia. Co z nią zrobili? Dla jednych była to sprawa bardzo istotna, kwestia honoru, naprawienia krzywd, pamięci o tym, skąd przywieziono ich przodków. Ci wyjechali, próbując ułożyć sobie życie w innym kraju z dala od ludzi, których niewolnikami byli oni lub ich przodkowie. Ale dla Zarify, niewolnicy i kochanki kupca Sulajmana, nie zmieniło się nic. Została w jego domu jako służąca i opiekunka jego syna, Abd Allaha. Nikt jej nie zmuszał, tak chciała, nie rozumiała rozprawiającego w kółko o wolności męża, za którego wydał ją kiedyś jej pan, a potem nie rozumiała też własnego syna. 

Losy bohaterek i bohaterów poznajemy z krótkich rozdziałów najczęściej zatytułowanych ich imieniem. Te historie nie są opowiadane chronologicznie, mieszają się czasy, mieszają osoby, dlatego moim zdaniem warto tę powieść czytać bez większych przerw, aby się nie pogubić. Na szczęście na początku zamieszczone są drzewa genealogiczne najważniejszych rodzin, co ułatwia orientację.

Najbardziej podobała mi się w "Ciałach niebieskich" warstwa obyczajowa i możliwość wglądu w historię kraju. Nie jest to oczywiście powieść historyczna, ale historia wpleciona została w życie bohaterek i bohaterów. Ot choćby problem niewolnictwa czy lewicowej partyzantki walczącej z rządem, co miało miejsce w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego wieku. Rodzina jednego z bohaterów musiała uciekać do Egiptu, bo ojciec zaangażowany był w ten ruch. Muszę przyznać, że to właśnie tego najbardziej szukam w literaturach niszowych. Problemy uniwersalne są oczywiście ważne, ale poznanie specyfiki kraju, obyczajów, konfliktów społecznych, uwarunkowań historycznych i politycznych jest dla mnie najważniejsze. A powieść Jokhy Alharthi to wszystko daje. Sprawiały mi też wielką przyjemność takie drobiazgi jak opisy domów, potraw, magicznych rytuałów, cała ta codzienność świetnie tu oddana.

Dzięki temu autorka znakomicie pokazuje zmiany, jakie zaszły i zachodzą w Omanie. Podczas gdy pokolenia babek i dziadków w czasach młodości nie miały wiele do powiedzenia, szły drogą wyznaczoną przez rodziców, to pokolenie następne ma już więcej swobody. Bohaterki z tego pokolenia, trzy siostry Majja, Chaula i Asma mają jakiś wpływ na to, kto zostanie ich mężem. Jeśli się uprą, mogą odrzucić starającego się o nie kandydata. Nadal jednak od kiedy nie są już dziećmi i dopóki nie wyjdą za mąż, zamknięte są w domach, nie mogą się też kształcić. Ale jeśli zdecydują się na zamążpójście, trafią na światłego męża i chcą, to mogą zdobywać wykształcenie. Tak robi jedna z sióstr, która jednocześnie realizuje się jako matka i jest to jej świadoma decyzja. A pokolenie ich dzieci ma tej swobody jeszcze więcej. London, córka Majji, studiuje, zostaje lekarką. Zmiany widać też w sposobie traktowania najmłodszych. Kiedyś na porządku dziennym były okrutne kary fizyczne czy niedojadanie nawet w zamożnych rodzinach, bo dzieci musiały czekać, aż posilą się dorośli, nie wypadało też łapczywie sięgać po jedzenie, kiedy byli goście, a efekt tego był taki, że często były po prostu głodne. Abd Allah za niesubordynację został przez swojego ojca Sulajmana związany liną i zawieszony w studni, o czym nie potrafi zapomnieć, trudno się zresztą dziwić. Jemu też zdarza się ukarać dzieci, ale jest to już tylko, albo aż, uderzenie w twarz. Natychmiast jednak wstydzi się tego, bo nie chce być taki jak ojciec. Chociaż w powieści dużo jest mroku, smutku, to jednak nadzieję niesie to, że każde kolejne pokolenie ma lepiej.

Dużą zaletą powieści jest fakt, że zmusza do głębszego spojrzenia na życie omańskich kobiet. Nie możemy ich oceniać z naszego punktu widzenia. Ich losy układają się różnie. Młodsze pokolenia, mające coraz więcej swobody, popełniają błędy na swój rachunek, wybierają różne modele życia. Chaula zdobywa wykształcenie, ale potem spełnia się jako matka. To jej decyzja. Najlepiej też radzi sobie jako żona, mimo że wyszła za mąż, podążając za sugestią rodziców i nie znając męża przed ślubem. Tymczasem jej siostra Asma marzy o wielkiej miłości, czeka na księcia z bajki i nie wychodzi na tym najlepiej. Może się jednak rozwieść i to też jest jej decyzja. Najbardziej tajemnicza z trzech sióstr jest Majja. Ona też potrafi postawić na swoim, kiedy upiera się, aby jej córka miała na imię London, na co krzywią się wszyscy. A sama London chociaż się kształci i ma znacznie więcej swobody, też jest zakładniczką mitu wielkiej miłości. Ale czy my, Europejki, nie ulegamy temu mitowi? Nie dajemy się ponieść uczuciu beznadziejnemu, które nas niszczy? Nie zatracamy się w miłości?

Poza tym powieść porusza też bardzo uniwersalne problemy. Choćby na nowo definiowany wzorzec męskości. Młode pokolenie mężczyzn chce się odciąć od swoich ojców, ale życie pokazuje, że zerwanie z ich modelem postępowania nie zawsze jest łatwe. Innym problemem są wewnętrzne podziały w społeczeństwie. Niełatwo komuś z niższej warstwy w swoim środowisku zdobyć szacunek i poważanie, nawet jeśli wyrwie się z biedy. Receptą bywa wyjazd. 

A poza tym bardzo ciekawe są losy bohaterek i bohaterów powieści oraz ich wzajemne relacje, zależności. Jak te tytułowe ciał niebieskie tworzą konstelacje, ale jednocześnie krążąc po własnych orbitach, pozostają samotne i samotni. Chociaż powieść jest niezbyt obszerna, to naprawdę bardzo dużo można z niej wydobyć, jest się nad czym zastanawiać, a bohaterowie nie są tylko figurami, a postaciami z krwi i kości. Na ich losy nie pozostałam obojętna, byli mi bliscy.

Jest też jedna zagadka, która nie daje mi spokoju. Dlaczego w swoim imieniu wypowiadają się tylko dwaj mężczyźni? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego żadna z kobiet? Zastanawiam się nad tym, mam jakąś odpowiedź, ale czy prawdziwą nie wiem. Zresztą, być może nie ma jednej.

Na sam koniec warto też wspomnieć o języku, czasem prostym, a czasem poetyckim. Powieść mocno zanurzona jest w arabskiej poezji. Jest tu do niej wiele odniesień i na pewno nie wszystkie metafory, symbole są dla osób z europejskiego kręgu kulturowego jasne. Ale to w niczym nie umniejsza jej wartości.

Chociaż wiele tu ciemnych barw, warto sięgnąć po "Ciała niebieskie". No i jest nadzieja. A problemy są wszędzie.

Gregor von Rezzori "Niegdysiejsze śniegi"

Kilka miesięcy temu zelektryzowała mnie informacja, że Czarne

wyda książkę Gregora von Rezzoriego "Niegdysiejsze śniegi" (2025; przełożyła Małgorzata Gralińska). Dlaczego? Bo przed laty zachwyciłam się jego "Pamiątkami antysemity" wydanymi przez Pogranicze. Od razu zaznaczę, że tytuł jest ironiczny. Owszem, pisarz wychował się w środowisku antysemickim, ale z antysemityzmu skutecznie wyleczyły go znajomości z Żydówkami i Żydami mającymi wpływ na jego życie. Chociaż napisał bardzo dużo, w Polsce ukazała się przed laty, w Czytelniku,  jeszcze jedna jego książka, powieść "Gronostaj z Czernopola", którą zamierzam przeczytać. (Niech żyją biblioteki!) 

Zanim o "Niegdysiejszych śniegach", kilka słów o pisarzu. Urodził się w roku wybuchu pierwszej wojny w arystokratycznej rodzinie o korzeniach sycylijskich w Czerniowcach, które w tamtym czasie były częścią Austro-Węgier. Burzliwe losy Europy sprawiły, że był obywatelem Austro-Węgier, a potem Rumunii. Mieszkał też w Wiedniu, w Rzymie, w Niemczech, gdzie stał się bezpaństwowcem. Był pisarzem, dziennikarzem, scenarzystą, ale także aktorem. Czy na tym polu odnosił jakieś sukcesy, nie wiem, ale na pewno grał w filmach obok takich gwiazd jak Brigitte Bardot czy Marcello Mastroianni. Zmarł w roku 1998.

Od razu napiszę, że na mnie "Pamiątki antysemity" zrobiły niegdyś większe wrażenie niż dziś "Niegdysiejsze śniegi". Pamiętam, że były czymś świeżym - odkryciem odsłaniającym źródła antysemityzmu. Kazały mi sobie zadać niewygodne pytanie - jakie miałabym poglądy, gdybym wychowała się w takim świecie jak Gregor von Rezzori. Od tamtej lektury upłynęło piętnaście lat, dlatego wiem znacznie więcej o problemach, jakie we właśnie wydanej książce porusza autor. Ale jest i drugi powód mojego bardzo, bardzo delikatnego rozczarowania - otóż najważniejszym tematem "Niegdysiejszych śniegów" jest rodzina pisarza, a niejako przy okazji pojawiają się wątki, które mnie interesują znacznie bardziej. To wszystko jednak nie oznacza, że żałuję lektury. Przeciwnie, uważam, że warto odkryć pisarstwo Gregora von Rezzoriego. Muszę jednak zaznaczyć, że na pewno nie jest to lektura dla każdego. Nie sprawia wielkich trudności, ale jakiś opór jednak stawia, choćby przez swoją objętość. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o stopień trudności, to bliżej tej twórczości do rodzinnych książek Martina Pollacka, "Śmierć w bunkrze" i "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki", niż do "Hałastry" Moniki Helfer.

Książka składa się pięciu rozdziałów, z których trzy poświęcone są w głównej mierze najbliższym członkom rodziny, matce, ojcu, siostrze, a dwa dwóm bardzo ważnym kobietom w jego życiu też ściśle związanym z rodziną. Pierwszy to opowieść o Kasandrze, czyli prostej kobiecie z Bukowiny, która była opiekunką autora w czasach jego dzieciństwa i być może jego mamką, przynajmniej ona tak twierdziła. Ostatni opowiada o Strausselce, która w życiu pisarza była kimś znacznie więcej niż tylko guwernantką. Wcześniej uczyła jego matkę i jej siostry. Została ponownie wezwana na łono rodziny, gdy przyszłość młodego Gregora von Rezzoriego malowała się w czarnych barwach. I rzeczywiście, wiele jej zawdzięczał, obudziła w nim zainteresowanie sztuką, pokazała inne horyzonty, przyjaźnili się do końca jej życia. 

Pisząc o kompozycji książki, użyłam sformułowania w głównej mierze, bo autor ucieka w dygresje - opowiadając o swoich bliskich, opowiada też o sobie i o Bukowinie. Wszystko to się przeplata.

Śmiało można powiedzieć, że rok urodzenia Gregora von Rezzoriego, 1914, to rok symboliczny, zmieniający wszystko. To wybuch pierwszej wojny światowej, która zmiotła z Europy monarchię austro-węgierską i powołała do życia szereg nowych państw. Dla rodzin takich jak rodzina pisarza był to koniec ich dawnego świata. Chociaż związani z kręgiem kultury niemieckiej, żyli w państwie wielonarodowym, mieszkali na Bukowinie w tyglu wielu nacji, Niemców, Rumunów, Rusinów, Ukraińców, Żydów i innych. Ale zawsze czuli się kimś lepszym, kimś, kto niesie cywilizację na te dzikie tereny. Po pierwszej wojnie nadal tak o sobie myśleli, ale nagle stali się na rumuńskiej Bukowinie nikim.

Dla klasy społecznej, z której wywodzili się moi rodzice, oznaczało to osunięcie się świata w bezsens, bezsilność, biedę, beznadzieję i brzydotę. (...) Chęć wybudzenia się z tego koszmaru zrodziła utopijne myślenie lat powojennych, a jego najgorszym wykwitem miała się okazać III Rzesza.

Ani ojciec, ani matka nie należeli do rdzennych mieszkańców tej krainy. Oboje - każde na swój sposób - żyli na wygnaniu: zostali rzuceni do kraju kolonialnego opuszczonego przez kolonialnych władców. 

Siostra pisarza, cztery lata od niego starsza, urodziła się jeszcze w tamtym szczęśliwym świecie, czego on zawsze jej zazdrościł. Dla niego był to już tylko mit. 

Przynależeliśmy do dwóch odmiennych cywilizacji. Ona pojawiła się na jeszcze rzekomo nietkniętym świecie, tuż przed nadchodzącym powszechnym spospoliceniem czasu powojennego, ja zaś byłem dzieckiem epoki spustoszenia. Fundament jej nienagannych obyczajów stanowiło (jak miało się okazać - złudne) poczucie bezpieczeństwa, jakie dawało wspaniałe imperium wraz z jego dokładnie określonymi regułami postępowania i moralności. Mnie natomiast przyszło dorastać w jednym z tych podejrzanych państw, które powstały na jego gruzach i które zaliczano do krajów bałkańskich.

Dlatego po latach próbował odnaleźć tamto prawdziwe życie, mieszkając w rodzinnym majątku matki, położonym gdzieś na bukowińskim odludziu, gdzie oboje z siostrą przyszli na świat. Tymczasem ze świetności tamtego domu, o ile kiedykolwiek była, nic już nie zostało. Mimo wszystko czas spędzony w tej pokrytej kurzem odai włączył go w nurt rodzinnej historii.

Rozpad Austro-Węgier i powstanie kadłubowej Austrii wykorzenił takich ludzi jak członkowie rodziny von Rezzori. Zostać na Bukowinie czy zamieszkać gdzieś w Austrii? To ich dylemat. Matka pisarza nigdy nie czuła się dobrze na tym odludziu. Już wcześniej często wyjeżdżała na zdrowotne kuracje, była nieobecna w życiu dzieci. Tymczasem bukowińskie lasy to żywioł jego ojca, zapalonego myśliwego. Zostali, stając się obywatelami Rumunii. Ona jeszcze bardziej nieszczęśliwa niż dotąd. Odarci z dawnego prestiżu, z majątku, uważali się jednak nadal za kogoś lepszego. Swoją lepszość opierali na przedwojennym austriackim autorytecie, czuli się przecież Austriakami, a może Niemcami. Byli jak ci Anglicy, który zostali w niepodległych Indiach. 

Od 1919 do 1939 żyliśmy mrzonkami pseudofeudalnej pozycji. Nie uprawniały nas do niej ani konkretny prestiż, ani odpowiedni majątek. Opierała się ona tylko na autorytecie, jakim rodzice cieszyli się przed I wojną światową. Ten stan "jak gdyby", dziwnym trafem przez nikogo niekwestionowany, utrwalało oddziaływanie dawnego kolonialnego splendoru, w którym trwaliśmy bezsilni po rozpadzie c.k. monarchii. Uznawaliśmy siebie za niegdysiejszych Austriaków żyjących w prowincji ukształtowanej głównie pod austriackim wpływem, podobnie jak sądzili Brytyjczycy, którzy zostali w Indiach po upadku Imperium Brytyjskiego. 

To rozdarcie między miłością do bukowińskiej ziemi, a poczuciem przynależności do innej kultury ukształtowało pisarza, było czymś, z czym się zmagał.

Czułem w swoim wnętrzu pradawną niemiecką poezję, mistyczną prawdę, która to wszystko zawierała. A przecież zagłębiałem się w moją namacalną egzystencję, schodziłem w macierzystą krainę bez względu na to, w jakim języku, w świecie jakich uczuć, w kręgu jakich mitów, legend i baśni zostałem wychowany. Czułem się tak związany z tą ziemią, że w siostrze, która z radością była gotowa ją opuścić, widziałem apostatkę, niemal zdrajczynię.

Ukształtowało też jego osobowość. A przynajmniej taki swój mit zbudował w tej książce. To dlatego był pozbawiony złudzeń, zbuntowany, nieokrzesany, wybuchowy, ale też nieskrępowany i wolny, bliski naturze. Temu też zawdzięczał poczucie niższości wobec siostry. To dlatego był niespokojnym duchem, który musiał zmieniać szkoły, który nigdzie nie zagrzał na dłużej miejsca. 

Koniecznie też muszę wspomnieć, że rozpadowi tamtego przedwojennego świata towarzyszy rozpad rodziny. I o tym też jest ta opowieść. 

To właśnie te problemy zainteresowały mnie najbardziej w "Niegdysiejszych śniegach". Ale przecież ta książka oferuje znacznie więcej. To barwne, głębokie portrety najbliższych, członków rodziny i dwóch opiekunek autora. Nieszczęśliwej matki, ofiary konwencjonalnego wychowania charakterystycznego dla jej klasy społecznej. W młodości marzyła o tym, aby zostać pediatrką, a posłano ją do renomowanej szkoły gospodarstwa domowego. Potem zgodnie z oczekiwaniami rodzinnymi i społecznymi wyszła za mąż, urodziła dzieci i stała się nieszczęśliwą, zgorzkniałą żoną i matką, która ucieczki od rodziny rekompensowała dzieciom nadmierną opiekuńczością i strachem o ich zdrowie. I ojca, rozkochanego w bukowińskiej dziczy i przyrodzie, też uciekającego od rodziny, nie do eleganckich uzdrowisk, ale w teren, na polowania, patologicznego antysemity, marzącego o wielkich Niemcach, a jednocześnie przeciwnika Hitlera. Jest wreszcie ta książka hołdem oddanym Bukowinie. Wiele tu wspaniałych opisów przyrody i tamtejszego życia.

Naprawdę warto, chętnie napisałabym, że trzeba, ale nie lubię takich kategorycznych stwierdzeń. A jeszcze bardziej zachęcam do sięgnięcia po "Pamiątki antysemity".

Yossi Granovski "Adżami. Opowieści z Jafy"

Ponieważ na literaturę izraelską mam nastawiony mój czytelniczy

radar, co nie oznacza, że czytam każdą książkę z tego literackiego obszaru, postanowiłam sięgnąć po zbiór opowiadań Yossiego Granovskiego "Adżami. Opowieści z Jafy" (Filtry 2023; przełożył Roman Vater). Na początek parę słów o pisarzu, o którym dotąd nic nie słyszałam, potem o Adżami i Jafie. Droga  urodzonego w 1952 roku Yossiego Granovskiego do zawodowego zajmowania się literaturą nie była typowa. Najpierw długo służył w wojsku i służbie granicznej, co było sposobem na uniknięcie bezrobocia, dopiero jako trzydziestolatek ukończył studia prawnicze, potem pracował w policji, skąd zwolniono go, kiedy ukończył czterdzieści jeden lat. Wtedy na stałe wszedł w literacki świat - został bibliotekarzem w Jafie, gdzie od lat mieszka, pracował w piśmie literackim, promował młodych poetów z Jafy, głównie arabskich piszących po hebrajsku. Sam mówi bardzo dobrze w ich rodzimym języku. Wprawdzie tworzył już w czasie, kiedy służył w wojsku, ale pierwszy zbiór opowiadań wydał dopiero w roku 2004. Od tamtej pory ukazało się ich kilka. Bohaterami są  najczęściej Żydzi i Arabowie, mieszkańcy Jafy, jego przybranej małej ojczyzny. Przybranej, bo urodził się w Tel Awiwie.

Od 1950 roku Tel Awiw i Jafa to jeden miejski organizm, ale kiedyś, przed powstaniem Izraela, ta druga była tętniącym życiem miastem arabskim z dużym portem. Stanowiła najważniejszy ośrodek ekonomiczny i kulturowy arabskiej Palestyny, która najpierw była częścią Imperium Osmańskiego, a po jego upadku i powstaniu Turcji mandatowym terytorium brytyjskim, czyli chyba tylko trochę lepiej niż kolonią.  Tel Awiw został założony przez Żydów przybywających do ziemi przodków. Już za Brytyjczyków wybuchło w Jafie arabskie powstanie, ale prawdziwy dramat rozegrał się tuż przed proklamacją Izraela. Chociaż zgodnie z planem ONZ-etu Jafa miała zostać arabską eksklawą w nowym państwie, jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości najpierw prawicowa milicja zburzyła jedną z dzielnic miasta, potem Hagana  oblegała je i ostrzeliwała, aż obrońcy się poddali. Kiedy dzień później w Tel Awiwie ogłoszono deklarację niepodległości, zaczął się eksodus arabskich mieszkańców Jafy. W sumie uciekło ich około sto tysięcy. Pozostałych, około czterech tysięcy, stłoczono w dzielnicy Adżami, którą na rok wojsko izraelskie otoczyło drutem. Wyjść stamtąd można było tylko z pomocą specjalnej przepustki. Taki to paradoks - ci, którzy byli prześladowani, zaczęli prześladować innych. Ci, których zamykano w gettach, sami stworzyli getto. To zaledwie ułamek tego, czego dowiedzieć się można z bardzo ciekawego posłowia Romana Vatera, tłumacza książki, znawcy Izraela, gdzie studiował i przez kilka lat mieszkał.

Wybrane do polskiego wydania opowiadania zgromadzone w książce "Adżami. Opowieści z Jafy" pochodzą z różnych  zbiorów, co daje się odczuć, ale o tym za chwilę. Ich akcja rozgrywa się albo jeszcze przed rokiem 1948, albo na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Pokazują zmianę, jaka zaszła w Jafie, która traci swoją rangę i z ważnego, ruchliwego arabskiego miasta staje się po powstaniu Izraela miejscem zasiedlanym głównie przez ubogich żydowskich imigrantów z Bułgarii i Maroka. Roman Vater pisze wprost o transformacji Jafy w "slumsy" południowego Tel Awiwu.

Muszę przyznać, że początkowo byłam rozczarowana. Nie żebym żałowała lektury, ale spodziewałam się czegoś, co mnie zachwyci albo zainteresuje, albo poruszy. A najlepiej wszystko na raz. Nie ukrywam, że wolę powieści, kiedyś opowiadań nie czytałam prawie w ogóle, od kilkunastu lat to się zmieniło, chociaż nadal chętniej sięgam po dłuższe formy. Opowiadanie, przynajmniej w moim przypadku, łatwiej przemyka, przelatuje w trakcie lektury. Aby ze mną zostało, aby się osadziło, musi mieć to coś, co przytrzyma  emocje i przykuje uwagę. W krótkiej formie znacznie o to trudniej. I właśnie trzy pierwsze opowiadania, a w sumie jest ich w tym zbiorze tylko sześć, nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Nie bardzo umiałam się w nich odnaleźć. Ich bohaterem i narratorem jest Ahmed, który urodził się i mieszkał w arabskiej wiosce, dopiero potem osiadł w Jafie. Z pierwszego opowiadania dowiadujemy się, jak to się stało, że zamiast skończyć studia prawnicze, został handlarzem towaru, czyli mówiąc wprost narkotyków, głównie opium. 

To takie opowieści łotrzykowskie. Ahmedowi przytrafiają się różne nieprawdopodobne historie, z których wychodzi obronną ręką, bo szczęście mu sprzyja, a najczęściej on mu pomaga sprytem i dzięki najrozmaitszym koneksjom, które zdobył, parając się handlem towarem. Jego wspomnienia sięgają dzieciństwa, czyli czasów pierwszej wojny, kończą się po czterdziestym ósmym roku. Gdzieś w tle tych łotrzykowskich opowieści jest życie codzienne. Już w tych trzech opowiadaniach obserwujemy przemianę tego świata. Ale może dlatego, że są one bardzo krótkie, nie podziałały na mnie jakoś specjalnie. Przełom nastąpił w czwartym, którego narratorem i bohaterem też jest Ahmed. Chociaż znowu na pierwszy plan wybija się łotrzykowska historia, to jest tu coś więcej. To już czas po czterdziestym ósmym roku, kiedy większość arabskich mieszkańców uciekła z Jafy. Ahmed opowiada o tym, jak mu się udało do niej wrócić. Tym razem historia tego miejsca, naszkicowana kilkoma obrazami pokazanymi bez patosu, zwyczajnie, może nawet w nieco żartobliwym, bo gawędziarskim tonie, chwyciła mnie za serce. Bo umiem wyobrazić sobie, jakie ludzkie tragedie kryją się za tymi kilkoma rzuconymi niedbale zdaniami. 

Ale prawdziwie zachwyciły mnie dwa ostatnie opowiadania, zdecydowanie dłuższe niż poprzednie, stanowiące ponad dwie trzecie całości. To Opowieść Nasifa i Opowieść Ibrahima. Ich bohaterem nie jest już Ahmed, a akcja toczy się po proklamowaniu Izraela. I to w nich najlepiej widać zachodzące w Jafie zmiany - napływ Żydów z państw Maghrebu czy z Bułgarii, przejmowanie przez nich mienia arabskiego. Trudno ich osądzać, sami niewiele mają, zostawili za sobą wszystko, co posiadali, muszą budować swoje życie na nowo. Do zostawionych przez Arabów domów każą im się wprowadzać urzędnicy. Bohaterowie tych opowiadań, którzy pamiętają dawną Jafę, obserwują te zmiany. Nie ma już niektórych miejsc, inne zmieniły właściciela, zamiast brytyjskich policjantów czy urzędników są żydowscy. Jest w tym dużo nostalgii za dawnym światem, ale nie zawsze złość. Cóż, trzeba się w nim na nowo odnaleźć, jakoś urządzić. Ale są też ludzkie tragedie. I to one tak bardzo mnie poruszyły. Historia nieszczęśliwej miłości Żydówki i Nasifa, Araba z Bengazi, który oficjalnie jest Żydem, a historia o tym, jak do tego doszło, utrzymana jest nadal w łotrzykowskim tonie znanym z czterech pierwszych rozdziałów. Równie mocno porusza opowieść o czarnym Ibrahimie pochodzącym z Sudanu, który, a jakże, też zdobywa żydowskie papiery, i jego przyjacielu At-Tyczu. Mamy tu nieszczęśliwą miłość, opowieść o meandrach przyjaźni Ibrhima i At-Tycza, żydowskich  imigrantów, wiele ciepła, ale i ogromny smutek. Granowski pisze o arabskich mieszkańcach Jafy, jakby był jednym z nich, nie egzotyzuje ich, oddaje im podmiotowość i znakomicie pokazuje, że życie nie jest proste, a świat czarno-biały. Po każdej stronie są ludzie dobrzy, uczciwi i źli. Jest w tych opowieściach melancholia, nostalgia i smutek, ale też dużo energii i przekonania, że trzeba życie składać na nowo. Tak więc ostatecznie jestem na tak i polecam tę książkę, nawet bardzo. 

A na koniec kilka refleksji około wydawniczych. Może lepiej przeczytać posłowie przed lekturą opowiadań? Może wtedy będzie w nie łatwiej wejść? No i szkoda, że dostajemy taki skromny wybór. Może lepszą decyzją byłoby wydanie większego tomu z wyraźnym podziałem na opowiadania o Ahmedzie i innych bohaterach? Z informacji o autorze wnoszę, że historii o Ibrahimie czy Nasifie jest chyba więcej. Pewnie wydawnictwo, a może to decyzja tłumacza, chciało dać przegląd twórczości Granowskiego. Mam nadzieję, że za tą pierwszą książką, pójdą następne.

Popularne posty