Dziś powrót do jednego z moich ulubionych pisarzy, odkrytego
dzięki niestrudzonemu wydawnictwu ArtRage, które to wydawnictwo nie zważając na zysk, niestrudzenie go wydaje. W grudniu wyjdzie jego kolejna powieść! Tymczasem przeczytałam "Przypadki Eneasa McNulty'ego" (ArtRage 2026; przełożył Dawid Czech). Pisarz lubi układać swoje książki w cykle rodzinne. Ta łączy się z "Tymczasowym dżentelmenem", o którym pisałam nie tak dawno temu. Eneas McNulty to najstarszy brat Jacka, bohatera tamtej powieści.Zastanawiając się nad przeczytanymi przeze mnie pozycjami Sebastiana Barry'ego, a z opublikowanych przez ArtRage nie sięgnęłam tylko po "Tysiąc księżyców", bo mam nadzieję, że wydadzą także część pierwszą, "Dni bez końca", doszłam do wniosku, może błędnego, że pisarz tworzy panoramę losów Irlandczyków i Irlandii. Pisze o tych, którzy wyjechali do Ameryki ("Po stronie Kanaanu"), o tych, którzy walczyli w pierwszej ("Tak daleko od domu") albo drugiej wojnie ("Tymczasowy dżentelmen" no i "Przypadki Eneasa McNulty'ego"), sięga do burzliwej historii - konfliktu irlandzko-brytyjskiego, który zajmuje kluczowe miejsce w jego prozie, a w "Czasie starego boga" najbardziej wychyla się do współczesności. No i są to bardzo smutne i przygnębiające książki, a "Przypadki Eneasa McNulty'ego" to najsmutniejsza z nich, no może obok "Tak daleko od domu". Nie wykluczam jednak, że tak samo pisałam o innych. Niezła rekomendacja. Ja jednak uważam, że warto.
Zacznijmy od tytułu. Z czym kojarzy się użyte w nim słowo przypadki? Oczywiście z "Przypadkami Robinsona Crusoe" Daniela Defoe, a bardziej dociekliwym z "Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkami" Ignacego Krasickiego. No i są to skojarzenia jak najbardziej prawidłowe. Oczywiście nie przypuszczam, aby Sebastian Barry słyszał kiedykolwiek o tej drugiej książce, ale przecież o pierwszej z pewnością. Słowo przypadki oznacza tu losy, przygody, ale takie, na które bohater nie zawsze ma wpływ, bo wiele w jego życiu dzieje się właśnie przez przypadek. Że to nawiązanie celowe świadczy archaizacja języka.
- Czemuż to? - pyta ojciec. - Po co puszczać się w świat? Nie wiedziałem, że tak ci spieszno rzucić Sligo, Eneasie. Dobrze nam tu, jak u Pana Boga za piecem.
- Przecież to nie na zawsze, tatku. Każda wojna się kiedyś kończy.
I tak to mniej więcej idzie. Jak w baśni, legendzie, przypowieści. Tyle że to nie baśń.
Akcja powieści zaczyna się na początku zeszłego wieku w nadmorskim mieście Sligo. Dzieciństwo Eneasa można uznać za szczęśliwe. Chociaż rodzina żyła skromnie, to on otoczony był miłością rodziców. Kiedy na świat przyszło rodzeństwo, poczuł się trochę zepchnięty z piedestału, ale naprawdę wszystko zniszczyła HISTORIA. Na pierwszą wojnę się nie załapał, bo był za młody. Wszystkie nieszczęścia Eneasa zaczną się, kiedy bezskutecznie poszukując pracy, za namową niczego nieświadomego ojca wstąpi do Królewskiej Policji Irlandzkiej, czym narazi się walczącym o niepodległość Irlandii.
Eneas patrzy na wszystko prosto, a że nie uśmiecha mu się do końca życia wałęsać bez celu, wstępuje do Królewskiej Policji Irlandzkiej, otrzymawszy cynk od tatka. Nie jest głąbem kapuścianym, za jakiego ma go Jonno, ani też ostatnim niewiniątkiem na ziemi. Wie, dlaczego akurat u łapsów jest robota, kiedy gdzie indziej próżno jej szukać. Szeregi KPI wypełniają straceńcy, parobki z irlandzkich gospodarstw, głupcy i męty, młokosy bez doświadczenia czy kapki oleju w głowie.
Odtąd nie zazna spokoju. Chcąc uniknąć wyroku śmierci wydanego przez ruch oporu, będzie musiał tułać się po świecie. Nawet po wielu latach wyrok okaże się aktualny. A przecież Eneas, który polityką się nie interesuje i na niej się nie zna, chciałby tylko wieść spokojne życie u boku kochanej kobiety. Niestety dana mu będzie tułaczka, samotność, bieda. Los będzie rzucał go daleko od domu. A gdyby nie urodził się w Sligo, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej.
Żałuje, ach, mimo wszystko czasem żałuje, że nie urodził się synem prostego gospodarza, z dala od miejskich knowań. We właściwym czasie przypadłaby mu ta ojcowizna i każdego lata zbierałby plon swej pracy, miałby do tego powołanie, owszem i wziąłby za żonę pannę ze skromnym posagiem, każdej zimy darłby z nią koty, i odchowałby synów i córki, czas im poświęcając, i próbowałby wytyczyć własną ścieżkę na żałobnych bagnach życia i jego ukwieconych łąkach, układałby jedną solidną deskę po drugiej.
Alternatywny los. A tak nie jest panem samego siebie. Stał się samotnym wygnańcem wykluczonym ze wspólnoty. A przecież marzył tylko o zwyczajnym życiu, co z jego przeszłością i w tamtych okolicznościach okazało się niemożliwe.
Pistolety, morderstwa, akcje odwetowe, przyjaźnie w ruinie, miłości zaprzepaszczone. Co za sposób na życie.
Był moment, kiedy w oczach swoich prześladowców mógł się zrehabilitować, ale Eneas nie chciał zabijać, pewien swojego wyboru. Wierny sobie. Jego dawny przyjaciel, który stoi po przeciwnej stronie barykady, zapewni go: Wojna nie robi z ciebie mordercy. Eneas myśli inaczej. Ale czy sam, będąc w policji nie zabijał?
Ciekawe, że we wszystkich powieściach, jakie dotąd przeczytałam, bohaterowie Sebastiana Barry'ego zawsze związani są ze stroną angielską tego konfliktu. Najczęściej to perspektywa jakiejkolwiek pracy wpycha ich w ręce wroga. Polityką się nie interesują, chcą po prostu żyć. Ale w tak burzliwych czasach po prostu żyć się nie da.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz