Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trauma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trauma. Pokaż wszystkie posty

Marta Hermanowicz "Koniec"

Na książki debiutantów i debiutantek zwykle patrzę bardzo ostrożnie i decyduję się na przeczytanie nielicznych - tych, które nie tylko zbierają pozytywne opinie, ale po prostu zainteresują mnie tematem. Dlatego postanowiłam kupić "Koniec" Marty Hermanowicz (ArtRage 2024). Z lekturą jednak zwlekałam bardzo długo, bo potrzebowałam przestrzeni na tę powieść, która, co z góry wiedziałam, będzie obciążająca. Nie pomogła nawet Nagroda Conrada za debiut. W końcu jednak, nie zważając na brak przestrzeni, z zupełnie innych powodów wreszcie po nią sięgnęłam.

Dlaczego tak bardzo bałam się "Końca"? Bo to powieść o traumie wojennej dziedziczonej przez kolejne pokolenie. Chociaż jestem zaprawiona w bojach i nie unikam książek o przygniatającej tematyce, to jednak nie zawsze znajduję w sobie siłę na taką lekturę. 

Akcja powieści toczy się na trzech planach czasowych - klamra jest współczesna, ale przede wszystkim mamy lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku i wreszcie okres wojny oraz powojenny. Siedmioletnia Malwina mieszka razem z mamą Urszulą  w pięćdziesięciometrowym mieszkaniu na osiedlu Przyszłość w Nowej Soli. Przeprowadziły się tu do babci Lotki z wymagającego remontu poniemieckiego domu na ulicy Koniec. Mąż Urszuli pojawia się i znika, bo taką ma pracę. Kiedy jest, to wielkiego pożytku z niego nie ma. To dom kobiet. Jest jeszcze ciocia Halina, młodsza siostra Lotki, mieszkająca też na ulicy Koniec. Na osiedlu Przyszłość Malwina zostaje umieszczona w jednym pokoju z babcią i śni jej wojenne sny. Lotka cierpi na chroniczną bezsenność, więc pewnie dlatego przynależne jej nocne koszmary nawiedzają wnuczkę, która żyje wśród umarłych, gromadzi ich zdjęcia, chowa w domku dla lalek.

Wiedziałam, że babcia zaraz napadnie mnie śnieniem, zrzuci skrzynię na barki. Ponieś za mnie, odbiorę rano, wcale nie są ciężkie. Pluła na mnie snami tak, jak pluła wariatka, nie miałam jak się uchylić.

... dla mnie nie ma towarzystwa poza umarłymi, zbierałam ich jak inni naklejki.

Przecież jestem tragarką, dziewczynką na posyłki, łączniczką, zaplątaną w czas, który wpadł we własne sidła.

Losy rodziny Pająków z Wołynia, czyli dziadków Urszuli, jej matki, ciotki i mieszkającego w Anglii wujka, są zasadniczym tematem powieści Marty Hermanowicz. Zresztą autorka nie ukrywa, o czym pisze w posłowiu, że inspiracją dla książki były opowieści jej babci. W żadnym razie nie jest to jednak tak modna dziś autofikcja.

Niewątpliwie to przede wszystkim język sprawia, że "Koniec" to debiut niezwykle udany. Jak to jest napisane! Jaką sprawia przyjemność! Nie chodzi tylko o to, że tekst został nasycony metaforami czy innymi środkami stylistycznymi, ale o to, że autorka bawi się językiem, wykorzystując kalki, powiedzonka, wierszyki dla dzieci. 

Budynek świątyni trzymał się blisko ziemi jak owad przed burzą, postawiony niedawno, rówieśnik osiedla. Z zakrystii wyszedł ksiądz, uśmiechnął się, położył dłoń na mojej głowie. Przedstawił się, szczęść Boże Roman, Bóg na dzisiaj skończył.

Plisowana spódnica łasiła się do kolan i gryzła.

Fala wyrzuciła mnie na brzeg klasy, taniec z krzesłami, kto pierwszy. Tam, gdzie udało mi się dobiec, było już zajęte. I w kółko, kółko graniaste.

Jeśli ktoś maszeruje, to natychmiast w dalszej części zdania pojawia się znana fraza z naszego hymnu marsz, marsz Dąbrowski. Jeśli mowa o jedzeniu, a jest tu ono ważnym motywem, to fragment kończy się znanym wierszykiem o sroczce, która kaszkę warzyła.

Malwinko, kotku, kochanie, dziecinko, skarbeńku, bój się Boga, sroczka kaszkę warzyła, dzieci swoje karmiła, a-a-a, kotki dwa.

Albo wyliczanką potraw, które Pająkowie będą jeść, kiedy wreszcie wrócą na swój ukochany Wołyń. Dla Malwiny te same potrawy wmuszane jej, oczywiście z troski, przez babcię i mamę  stają się narzędziem opresji. 

I będziemy jeść kiełbasę, chleb ze smalcem, słoniną, rogale, pachnące drożdżowe bułeczki, kaszę, kapustę, rosół z kluseczkami, kurczaka, świniaka, pierogi ze skwarkami, młode ziemniaczki. Jadłospis kotłuje się z ostatnią niedzielą. Mama drepcze za tatą, pozwala mu się prowadzić.

Wstaje nowy dzień, chwalmy Pana, Boże, coś Polskę przetransportował.

Jakby tego było mało, te językowe chwyty wracają niczym muzyczne sample. Tak jak wracają i mieszają się daty, rok 1939, 1989 i kolejne. To wszystko sprawia, że atmosfera się zagęszcza, a osoby czytające, razem z narratorką, Malwiną, przeżywają na powrót te same czy podobne sytuacje. Te zabiegi mają też wydźwięk ironiczny, który tym bardziej podkreśla grozę sytuacji.

Kolejną zaletą powieści jest sam temat - historia rodziny, która wywieziona została z Wołynia na Sybir, a potem ewakuowała się razem z Armią Andersa. To chyba najmniej literacko opowiedziany fragment wojennych losów Polek i Polaków. Wojna jest tematem wyeksploatowanym przez literaturę, ale na pewno nie historie ludzi zesłanych na Syberię czy do Kazachstanu. Może dlatego tak niewiele o tym wiem. Tym bardziej, że w moich szkolnych czasach był to temat przemilczany. Oczywiście jakieś pojęcie na ten temat miałam. Ale z naciskiem na jakieś. Trochę opowiedziała tę historię Monika Śliwińska w "Pannach z Wesela", bo Anna, wdowa po Włodzimierzu Tetmajerze, najstarsza z sióstr Mikołajczykówien, razem z rodziną córki też znalazła się na Syberii i też wydostała się stamtąd z Armią Andersa. Ale tam to był zaledwie fragment, chociaż bardzo poruszający, większej opowieści biograficznej o trzech kobietach. Tu jest to zasadniczy temat. 

Losy Lotki, jej rodziców i rodzeństwa są przejmujące. I to właśnie Lotka wydaje się być najbardziej obciążona swoją dramatyczną przeszłością. To ona musiała opiekować się młodszym rodzeństwem, kiedy rodzice i najstarszy, Tadeusz, wyruszali do pracy w tajdze. To ona gotowała, chociaż nie miała z czego i nie umiała, to ona sprzątała, to ona cierpiała, samotnie przeżywając swoją wymuszoną okolicznościami dorosłość, to ona nie mogła chodzić do szkoły, o czym marzyła. 

Ani jednego dnia w szkole, wszystkie na wojnie. Siedziałam w baraku z młodszym bratem i siostrą, ktoś musiał; jak ktoś coś musi, to zazwyczaj chodzi o mnie

To ona jako dorosła kobieta nie potrafiła okazywać uczuć, chomikowała kromki chleba, a wreszcie cierpiała na bezsenność. Nie potrafiła też darować matce, że postanowiła wrócić do Polski, kiedy mogła wybrać Zachód. Nieświadoma tego, że nie wróci na swój wytęskniony Wołyń, ale wyląduje w Nowej Soli na ulicy Koniec w poniemieckim domu. To w końcu Lotka przekazuje swoją traumę wnuczce. Bardzo mocno wybrzmiewają tu po wielokroć pretensje do Boga.

Ojcze nasz, któryś nic nie zrobił. Trzech Boskich Osób nie starczyło, by uratować Zbyszka.

Ale nie jest tak, że "Koniec" przyjmuję bezkrytycznie. Moje wątpliwości budzi wątek Malwiny. I nie chodzi o jej sny, przecież to zabieg symboliczny. Ale o to, że jej historia opowiedziana została trochę po macoszemu. Czegoś mi w niej brakuje. Malwina jest nie tylko dziewczynką, której śni się wojna, ale też bardzo samotną, odrzuconą przez rówieśniczki i rówieśników, prześladowaną przez nich, a babcia i matka nie potrafią jej zrozumieć, tym bardziej nieobecny wciąż ojciec. Po prostu jest dzieckiem bardzo nieszczęśliwym, destrukcyjnym. 

Okulary byłyby największą klęską. Nie dość, że jąkała z ruskim akcentem, dzidzia piernik w ubraniach babci, poradziecka, poniemiecka, dziecko trefne, zepsute, to jeszcze ślepak, okularnik. Najpierw okulary, a potem garb i sztuczna szczęka. Przeczuwałam, że zamienię się w babcię, wypchana jej snami jak upolowane zwierzę.

Destrukcyjna i niepotrafiąca poradzić sobie z rzeczywistością jest też dorosła Malwina, która przyjeżdża do matki na wieść o chorobie babci. Niby wszystko się zgadza, niby wiadomo, dlaczego jest taką outsiderką i dziwaczką, ale jednak jej historia wydaje mi się rysowana zbyt grubą kreską. Nie potrafię też zrozumieć, dlaczego nikt nie próbuje jej pomóc. Sygnały, jakie wysyła, są na tyle mocne i jednoznaczne, że chyba nawet w tych trudnych latach dziewięćdziesiątych, latach transformacji, matka próbowałaby szukać dla niej jakiejś pomocy. Mówiąc krótko, historia Malwiny jest dla mnie nie do końca prawdopodobna. Poza tym nie rozwija się, po jakimś czasie powtarza się stale to samo. Jakby autorka nie miała pomysłu na dalszy ciąg, a musiała kontynuować, aby opowiedzieć do końca losy Lotki. A przecież czytałam już kiedyś o dziewczynce samotnej, bo w opinii wszystkich nieudacznej. To b
ohaterka "W
łoskich szpilek" i "Szumu" Magdaleny Tulli.  Zestawiam te książki nieprzypadkowo. Bo oprócz bohaterek łączy je wspaniały język. Jednak portret dziewczynki z książek Magdaleny Tulli był dla mnie kompletny. Tu jest inaczej.

Mimo tych uwag "Koniec" to powieść świetnie napisana i bardzo przejmująca. Z tych, które zdołują i przeczołgają.

Lars Saabye Christensen "Półbrat"

Lektura "Półbrata" Larsa Saabye Christensena (Marginesy 2024;

przełożyła Iwona Zimnicka) to efekt zeszłorocznego Festiwalu Conrada, na którym pisarz gościł. Co roku tak jest, że po spotkaniach festiwalowych sięgam po książki pisarek i pisarzy, których dotąd nie znałam, oczywiście pod warunkiem, że mnie zainteresują. Niektórzy ze mną zostają, z innymi kończę znajomość po pierwszym tytule. Oczywiście słyszałam to nazwisko, kojarzyłam przynajmniej niektóre książki, ale jakoś dotąd nie miałam potrzeby sięgania po jego powieści. Spotkanie to zmieniło. 

Lars Saabye Christensen jest wydawany w Polsce od lat, ostatnio ukazała się "Modelka", i choćby to jest miernikiem jego popularności w naszym kraju. Z pewnością, gdyby się nie sprzedawał, już dawno przestano by go u nas wydawać. Tylko nieliczne wydawnictwa, i chyba tylko te małe, niszowe, pozostają wierne autorom bez względu na wynik, szczególnie jeśli są przekonane o wartości ich twórczości.

Spośród licznych powieści wybrałam sobie "Półbrata", bo opis najbardziej mnie zachęcił, a poza tym podobno to jedna z najważniejszych pozycji w dorobku autora. Czym jest ta powieść? Trochę sagą rodzinną, trochę opowieścią o głównym bohaterze o dziwacznym imieniu Barnum, a zarazem narratorze. Akcja prowadzona niechronologicznie sięga epizodem jeszcze przed wojnę na małą wysepkę na północy Norwegii, ale wszystko, co najważniejsze, ma początek w Oslo w dniu zakończenia drugiej wojny, 8 maja 1945 roku. Dramatyczne zdarzenie, które się wtedy rozegra na strychu kamienicy, w której mieszkają babka zwana Starą, jej córka Boletta i wnuczka Vera, naznaczy losy całej ich rodziny. Finał to lata chyba już osiemdziesiąte i festiwal filmowy w Berlinie. Przyznam, że trochę się w rachubach czasu pogubiłam, szczególnie, że pod koniec akcja przyspiesza i nie wiem, na ile dobrze połączyłam ze sobą to, co się na końcu zdarzyło. Od razu napiszę, że to przyspieszenie odnotowuję po stronie minusów.

Drugim jest wrażenie, że gdzieś mi się ta powieść wymyka. Dla mnie najważniejsza jest tu sama historia, którą pochłaniałam z wielkim zainteresowaniem, a brakuje mi czegoś więcej, co sprowokuje do myślenia, co wstrząśnie, co zostanie ze mną na dłużej, a nawet na zawsze. Ale może to wystarczy, bo przecież najważniejsza jest przecież opowieść. Tym bardziej, że losy bohaterek i bohaterów naprawdę wciągają i sprawiają, że zanurzamy się w świecie wykreowanym przez autora, podchodzimy do nich bardzo blisko, żyjemy ich życiem. To taki rodzaj opowieści, kiedy nasza codzienność wydaje nam się tylko przerywnikiem w śledzeniu egzystencji powieściowych postaci. Przynajmniej ja tak miałam.

Oczywiście potrafię sproblematyzować tę historię. Można ją odczytywać jako opowieść o silnych kobietach i słabych mężczyznach, przez których te kobiety zawsze cierpią, za którymi tęsknią i od których obrywają. Mężczyzn, którzy znikają, są nieodpowiedzialni, kłamią, przysparzają zmartwień i kłopotów. To te silne kobiety muszą dźwigać cały ciężar życia. 

Można też czytać tę historię jako opowieść o tym, że życie to pasmo  zawodów i klęsk. Ileż tu zawiedzionych nadziei! Bohaterowie stale za czymś gonią, wydaje się, że już witają się z gąską, że osiągną upragniony sukces, że coś za nim pójdzie, tymczasem albo przegrywają, albo z sukcesu nic nie wynika. 

Można też czytać tę opowieść jako historię dwóch przyrodnich braci, którzy czują się wybrakowani i nie potrafią sobie znaleźć miejsca w życiu. Freda definiuje to, że nie wie, kto jest jego ojcem, że mógł się właściwie nie urodzić, a potem śmierć prababki, Starej, która zginęła na jego oczach. No i to, co dziś nazywamy dysleksją, a w latach sześćdziesiątych nikt tak tego nie nazywał, a dzieci takie jak on przenoszono do szkół specjalnych. Przekleństwem Barnuma jest jego dziwaczne imię, a jeszcze większym jego niski wzrost odziedziczony po ojcu. Imię też zresztą mu zawdzięczał. Dlatego stale czuje się gorszy, jest prześladowany przez szkolnych kolegów, u dziewczyn nie ma żadnych szans, długo nie potrafi nawiązać bliższych relacji z rówieśnikami. Kiedy będzie dorosły, dojdzie do tego jeszcze jeden kompleks, ale tego zdradzić nie mogę. 

Jest to wreszcie książka o braterskiej więzi, o przyjaźni, o rodzinie i o dorastaniu.

Poza tym znalazłam tu wiele wspaniałych historii, barwnych, czasem zabawnych, epizodów i niezwykłych bohaterek i bohaterów. Są też tajemnice, a ich rozwiązań możemy się jedynie domyślać. Czy było tak, jak mi się wydaje? Kto jest ojcem Freda? Czyim dzieckiem jest naprawdę Boletta? A kto jest ojcem dziecka Vivian? Nie bez znaczenia jest też język, najczęściej zwyczajny język opowieści, ale od czasu do czasu kunsztowny, poetycki. Na zachętę kilka przykładów.

Czas to wielka gumka, która ściera moje życie.

Musiałem zmagazynować ten wieczór, zaoszczędzić go i nie zużywać całego na raz (...)

Ojciec miał przypilnować tej walizki. Właśnie do niej spakowali całe oklaski. (...) - Gdzie są teraz te oklaski? - Może się zużyły. Nie wiem. Może je zgubił.

Jeśli autor stawia jakieś pytania, to są to pytania o to, co jest prawdą, a co zmyśleniem, jak postrzegamy otaczający nas świat i to, co się nam przydarza, jak mało w gruncie rzeczy wiemy, ile pozostaje przed nami zakryte, na ile dziedziczy się rodzinne traumy. Ojciec Barnuma powtarzał:

Najważniejsze jest nie to, co widzisz, lecz to, co ci się wydaje, że widzisz.

Nie przypadkiem tak dużo zdarzeń kręci się tu wokół kina i filmu.

Bilans mimo zastrzeżeń wypada na plus. Na pewno będę chciała sięgnąć po jeszcze inne powieści Larsa Saabye Christensena. 

Dawid Grosman "Gdyby Nina wiedziała"

Dawid Grosman należy do tych pisarzy, którego książkom bacznie

się przyglądam, odkąd kilka lat temu zachwyciłam się jego powieścią "Tam, gdzie kończy się kraj". Potem sięgnęłam po "Wchodzi koń do baru". Muszę się też przyznać do jednej spektakularnej porażki - nie udało mi się przebrnąć przez "Bądź mi nożem", właściwie nie wyszłam poza początek. Teraz jednak jestem świeżo po lekturze powieści "Gdyby Nina wiedziała" (Znak Literanova 2021; przełożyła Magdalena Sommer). Kiedy ją czytałam, długo miałam mieszane uczucia, w pewnym momencie moje wątpliwości sięgnęły zenitu i byłam pewna, że podzielę się tu krytycznymi refleksjami. Szkoda, bo zawsze przykro rozczarować się książką pisarza, którego się ceni. Cóż zrobić - nie będę udawać, że zachwyca, skoro nie zachwyca. I wtedy nagle splot powieściowych wydarzeń sprawił, że wszystkie zarzuty stały się nieistotne. Jedna scena i to, co nastąpiło po niej, już do końca, unieważniły moje rozczarowanie. Dlatego mimo pewnych zarzutów, o których za chwilę, cieszę się bardzo, że przeczytałam najnowszą powieść Dawida Grosmana. 

"Gdyby Nina wiedziała" to historia trzech pokoleń kobiet z jednej rodziny, historia wielkich miłości i wreszcie historia dziedziczonej traumy. Ale uwaga, tym razem nie jest to trauma Holocaustu, chociaż najstarsza z bohaterek ma za sobą doświadczenie drugiej wojny. To Wera, Żydówka, która przybyła do Izraela w latach sześćdziesiątych  z Jugosławii, wdowa z kilkunastoletnią córką Niną. I, jak wspomniałam, nie była ofiarą Holocaustu, ale polityki prowadzonej przez Josipa Broz Titę. W czasie wojny ona i jej ukochany mąż, Serb, Milosz byli związani z antyhitlerowską partyzantką. Potem jednak on został oskarżony o szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego i trafił do więzienia. Nie był jedyny. Chociaż odżegnywał się od stalinizmu stał się ofiarą polityki Tity, który chciał się  uniezależnić od ZSRR i wszędzie wietrzył wrogów szpiegujących na rzecz sowieckiej Rosji i Stalina. Takich więźniów były tysiące. Zsyłano ich do obozów reedukacyjnych. Jeden z nich znajdował się na Nagiej Wyspie (Goli Otok). Metody w nich stosowane niczym nie różniły się od tych z radzieckich łagrów czy hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Milosz nie zdążył tam trafić. To Wera zapłaciła ogromną cenę za swoją miłość do męża - zesłano ją na Goli Otok i spędziła tam ponad dwa lata. W Belgradzie została jej sześcioletnia córka Nina. Ten czas bez matki odcisnął się traumą na jej życiu. Jako dorosła kobieta będzie stale uciekać - od Wery, od miłości, jaką obdarzył ją Rafi, a wreszcie od swojej córki Gili. I to właśnie dorosła Gili stara się zrekonstruować i uporządkować historię babci i matki. Odkryć tajemnicę Wery, która po przyjeździe do Izraela w kibucu poznała ojca Rafiego, też wdowca, i związała z nim swój los. Była bardzo dobrą żoną, opiekunką pasierba, świetną babcią dla Gili i dla przyszywanych wnucząt. Ciepłą, zaradną, silną kobietą. Ale skrywała mroczną tajemnicę. Historia Wery jest inspirowana biografią Evy Panić. W jakim stopniu nie wiem. Książka Grosmana to wersja sfabularyzowana.

W tę opowieść nie od razu łatwo wejść. Narracja rwie się, przeskakuje, nie jest prowadzona chronologicznie. Ale oczywiście to żadna przeszkoda, po krótkim czasie czytało mi się dość gładko. Trudno było mi się od książki oderwać. Co w takim razie sprawiło, że czułam się nią jednak rozczarowana? To historia miłości Wery i Milosza. Miłości wielkiej i idealnej. Ulukrowanej i ucukrowanej. Pokrytej patosem i egzaltacją. Teraz myślę, że przecież patrzymy na nią oczami Wery. To ona tak mówi o swoim ukochanym i łączącym ich uczuciu. Że było szalone, widzimy. Ale czy Milosz był rzeczywiście takim mdłym ideałem, jak przedstawia go ona, nigdy nie dowiedzą się jej bliscy, Nina, Rafi i Gili, a z nimi czytelniczki i czytelnicy. Tylko oprócz Wery tylko Nina go znała, ale kiedy zniknął z jej życia, miała zaledwie sześć lat. Ile pamiętała? W oczach kilkuletniego dziecka każda w miarę normalna rodzina będzie idealna. Irytowały mnie też opowieści o tym, jak Rafi i Wera, a potem już tylko on, szukali Niny, która uciekła z kibucu. Opowiedziane zostały w taki sposób, że ich historia wydała mi się przesadzona, po prostu niemożliwa. W wielu momentach ta powieść odbiega od realistycznej konwencji. Wydarzenia wydają się nieco nieprawdopodobne. Taka jest też po części historia Niny. Nie do końca potrafiłam się nią przejąć. Oczywiście rozumiałam, dlaczego ucieka, dlaczego jest taką niespokojną duszą, rozumiałam jej traumę, ale właśnie rozumiałam, nie współodczuwałam. Może też dlatego, że Nina wymyka się czytelnikowi? Wbrew tytułowi to Wera jest główną bohaterką, ją poznajemy najlepiej, jej córka jest nieuchwytnym cieniem, powidokiem

Co w takim razie sprawiło, że raptem te zarzuty stały się nieistotne, a powieść zaczęła we mnie rezonować? To moment, kiedy poznajemy tajemnicę Wery. Dramatyczny wybór, przed którym stanęła. No właśnie - czy rzeczywiście aż tak dramatyczny? Czy był to taki wybór, jakiego musiała dokonać tytułowa bohaterka powieści Williama Styrona "Wybór Zofii"? W dosłownym sensie oczywiście nie. A w symbolicznym? Przecież kiedy spoglądamy na jej decyzję tak, jak robi to Gili, wiemy, że mogła uratować siebie i swoją córkę. Koszt, jeśli patrzeć chłodno, nie był wygórowany. Jednak wyżej postawiła miłość do Milosza. I chociaż myśląc trzeźwo, a jednocześnie stereotypowo i poprawnie, uważamy, że Wera powinna wybrać Ninę, to przecież zdaję sobie doskonale sprawę, że różnie bywa - szaleńczo zakochana kobieta potrafi poświęcić dziecko dla miłości. A z drugiej strony trudno przejść obojętnie obok losu opuszczonej Niny, która nagle traci oboje rodziców. Małe, skrzywdzone dziecko. Pamięć tej utraty i żal do matki położą się cieniem na jej życiu. Ta część powieści, kiedy po dziewięćdziesiątych urodzinach Wery, Nina, Gili, Rafi i ona wyruszają do Jugosławii, aby dotrzeć na Goli Otok, aby spróbować zmierzyć się z traumą i skleić rodzinę, była dla mnie najciekawsza. Gmatwanina emocji, walka z pamięcią i z naturą, która nie sprzyja tej wyprawie, to wszystko sprawiło, że trudno było mi się od tej książki oderwać. Była w tej opowieści prawda, chociaż znowu można by się przyczepić, że dziewięćdziesięcioletnia kobieta nie podołałaby trudom takiej podróży.

Chociaż wiele w tej historii momentów strasznych, szczególnie opowieść o pobycie Wery w obozie na Golim Otoku, chociaż jest to opowieść o traumie, która odbija się na drugim i trzecim pokoleniu, to jednak ostatecznie dochodzi do katharsis i odnajdujemy w losach bohaterów światło.  

Michel Laub "Dziennik upadku"

Krótką powieść "Dziennik upadku" brazylijskiego pisarza Michela

Lauba (Pauza 2020; przełożył Wojciech Charchalis) postanowiłam przeczytać, bo splotły się dwa powody. Jeden to entuzjastyczne recenzje ludzi robiących w literaturze, którym ufam, co nie znaczy, że potem zawsze się z nimi zgadzam. Drugi to niewielkie i stosunkowo nowe wydawnictwo Pauza, którego ofertę bacznie śledzę. To dzięki niemu ukazały się w Polsce książki Edouarda Louisa "Koniec z Eddym" i "Historia przemocy", a w tym roku wyjdzie kolejna, "Kto zabił mojego ojca". 

"Dziennik upadku" to pozycja niewielkich rozmiarów, niby prosta, pisana oszczędnym, czasem chropawym językiem, ale zmuszająca do myślenia. Na początku może zaskakiwać. Dlaczego? Bo prezentowana jest jako powieść, a ja mam wątpliwości, czy rzeczywiście można ją tak zaklasyfikować. Nie o to chodzi, że oprócz partii narracyjnych mieści w sobie fragmenty dziennika, wspomnień ojca narratora i zeszytów o dziwnej treści zapisywanych przez kilka ostatnich lat życia przez seniora rodu, dziadka. Takie zabiegi w powieściach przecież nie zaskakują. Ale moim zdaniem "Dziennikowi upadku" bliżej do eseju, bo oprócz historii rodziny skupionej głównie na mężczyznach - dziadku, ojcu, wnuku - czytelnik dostaje refleksje, rozważania i pytania stawiane przez narratora. I one tu są najważniejsze. I to właśnie one sprawiają, że czytać trzeba uważnie, cały czas towarzysząc bohaterowi tej opowieści. W tym kontekście podczas lektury zastanawiałam się, czy Michel Laub opowiada swoją historię, czy też może wszystko jest fikcją literacką. Pisząc te słowa, nadal nie wiem. Wprawdzie Pauza zamieszcza informację o pisarzu, a w  sieci znalazłam jego krótki biogram w angielskiej Wikipedii, ale na dwoje z nich babka wróżyła. Pewne tropy mogą wskazywać na to, że jest to historia bardzo osobista, ale czy rzeczywiście jeden do jednego? Być może odpowiedź znalazłabym w jedynym (chyba) przeprowadzonym w Polsce wywiadzie z autorem, który znajduje się w książce Michała Nogasia "Z niejednej półki", ale jej (jeszcze?) nie mam. Czy to wszystko jednak ma jakiekolwiek znaczenie dla recepcji "Dziennika upadku"? Oczywiście nie. Powieść, esej czy pomieszanie gatunków, czy autor opowiada o swoim życiu, czy wychodząc od własnych doświadczeń wymyślił tę historię, nie ma przecież znaczenia. 

A teraz do rzeczy, bo przecież to jest w tej książce najciekawsze. Jak już wspominałam, narrator opowiada historię swoją, łącząc ją z historią dziadka - Żyda, który przeżył Auschwitz i po wojnie przybył do Brazylii, aby tu rozpocząć życie na nowo - i z historią swojego ojca, który w wieku czternastu lat musiał wziąć odpowiedzialność za matkę i za siebie. To, co przeżył dziadek, naznaczyło syna i wnuka, chociaż ten ostatni bardzo się przed tym bronił. Jako nastolatek wykrzyczał ojcu, że nie obchodzi go to, co spotkało dziadka, więcej, że nie obchodzi go to całe Auschwitz. Oczywiście zrobił to znacznie dosadniej. Przeżycia seniora rodu miały wpływ na relacje między nimi, na ich życiowe wybory, błędy, upadki i doświadczenia.  Czy mamy tu wobec tego opowieść o drugim i trzecim pokoleniu Holokaustu, które dziedziczy traumę, o czym pisał w swojej książce "Oskarżam Auschwitz" Mikołaj Grynberg? I tak, i nie. Na pewno dziedziczy traumę ojciec, czego świadectwo daje w swoich wspomnieniach, które mogłyby mieć tytuł Jak naprawdę było. Dlatego swojego syna wysyła do żydowskiej szkoły, chcąc chronić go przed antysemityzmem. Ale już narrator przed takim postawieniem sprawy bardzo się broni. Nie tylko wtedy, kiedy jako nieświadomy nastolatek krzyczy, że nic go dziadkowe i żydowskie cierpienie nie obchodzi, ale także jako dorosły, świadomy człowiek, który zadaje pytania. I te pytania, i snute wokół nich rozważania są istotą "Dziennika upadku". Z nimi musi zmierzyć się czytelnik. 

Czy zapisywane przez dziadka zeszyty, rodzaj dziwacznego leksykonu, który mógłby mieć tytuł Jaki powinien być świat, to efekt traumy, czy po prostu objaw dziwactwa lub psychicznego skrzywienia? Czy efektem traumy po Holokauście dziedziczonej w drugim i trzecim pokoleniu są zaburzone relacje między ojcami i synami? Czy krzywda, jaką wyrządził narrator i jego szkolni koledzy jedynemu nieżydowskiemu uczniowi, Joao, to efekt tego samego, czy może przejaw zwyczajnej młodzieńczej złośliwości i bezmyślności? A może chodziło o to, że jako jedyny nie pasował do nich, chłopców z zamożnych rodzin, bo jego ojciec z trudem wiązał koniec z końcem i żyły sobie wypruwał, aby posłać syna do prywatnej szkoły? Czy dziedziczoną traumą można usprawiedliwić życiowe porażki - alkoholizm i nieudane małżeństwa? Czy tragiczny łańcuch zdarzeń, jaki był udziałem dziadka, ojca i wnuka, to też jej efekt? Czy można zrównać dokuczanie komuś, bo jest Żydem, z naśmiewaniem się ze śmierci czyjejś matki? Zastanawiając się nad tym wszystkim, narrator stale wraca do centralnego zdarzenia ze swojego dzieciństwa - krzywdy, jaką razem z kolegami wyrządzili Joao. Dla niego tragedia tego chłopaka, do której się przyczynili, jest bardziej dotkliwa i bardziej waży na jego życiu niż miliony zgładzone w Auschwitz, w innych obozach i te, które zginęły w wyniku wojny w inny sposób. Indywidualny los i doświadczenie kontra wielkie liczby i Historia. Cały czas jednak zastanawia się, czy pomiędzy jednym i drugim jest jakiś związek? Sens tych pytań, które tu zapisałam, najlepiej oddaje wyliczanka, jaką narrator od czasu do czasu przytacza, zastanawiając się, czy istnieje związek między tragedią dziadka, a jego (narratora) pogmatwanym życiem - Joao, Auschwitz, dziadek i tata, bezsensowność doświadczenia ludzkiego we wszystkich czasach i miejscach. Jego ojca przygniotła ta bezsensowność, on sam jako dojrzały mężczyzna chyba znajduje lekarstwo na ten bezsens. Mimo że moim zdaniem nie sama opowieść jest w "Dzienniku upadku" najważniejsza, nie będę zdradzać, jakie doświadczenia doprowadziły go do tego i co okazało się ratunkiem. Niby ta historia kończy się optymistycznie, ale ja stawiam sobie pytanie - czy rzeczywiście to będzie ratunek? Czy cała karuzela nie zacznie się na nowo? Czy los nie zgotuje mu kolejnej traumy? Wszak trudno zaprzeczyć tej bezsensowności doświadczenia ludzkiego we wszystkich czasach i we wszystkich miejscach. Stąd to moje chyba.

Bardzo ciekawa, bo zmuszająca to stawiania sobie pytań, książka. Polecam, ale na pewno nie wszystkim. Ci czytelnicy, którzy szukają w literaturze przede wszystkim ciekawej, żywo opowiedzianej historii, mogą czuć się "Dziennikiem upadku" rozczarowani.

Edouard Louis "Historia przemocy"

Rzadko się zdarza, abym niemal od razu po przeczytaniu jakiejś książki sięgała po kolejny tytuł tego samego autora. Tak się stało w wypadku francuskiego pisarza Edouarda Louisa. Niedawno skończyłam "Koniec z Eddym" i niemal natychmiast zabrałam się za "Historię przemocy" (Pauza 2018; przełożyła Joanna Polachowska). Bardzo się cieszę, że obie pozycje przeczytałam w  chronologicznej kolejności, a nie w takiej, jak ukazały się w Polsce. Dlaczego? Bo Edouard Louis to pisarz, który opowiada o sobie, czerpie ze swojego życia i nadaje tym autobiograficznym opowieściom wymiar uniwersalny, pokazując pewne szersze problemy i zjawiska. W pierwszej książce pisał o dzieciństwie spędzonym w małej miejscowości w Pikardii i o swojej rodzinie, a szerzej o środowisku, a właściwie o klasie, w której się wychował. Opowiadał o wykluczeniu, dziedziczeniu biedy, postaw życiowych i losu. W swojej drugiej książce, w której zajmuje się przemocą, wielokrotnie nawiązuje do tamtych opowieści i zagadnień. Oczywiście można oba tytuły czytać w oderwaniu od siebie. 

"Historia przemocy" to rzecz jeszcze bardziej przykra niż "Koniec z Eddym". Autor opowiada o swoim własnym doświadczeniu przemocy - gwałcie i próbie morderstwa. Wszystko wydarzyło się w wigilijną noc, kiedy wracał z kolacji od przyjaciół. Najpierw spędził miłą noc z przygodnie poznanym mężczyzną, Redą, który potem zgwałcił go i próbował udusić. Czy chciał zabić, czy działał w afekcie, nie ma większego znaczenia. Dlaczego to zrobił? Przez moment zastanawiałam się, czy wyjaśniając motywy, nie będę spojlerować, ale w wypadku prozy Louisa to nie ma znaczenia, wobec tego napiszę - bo został przyłapany na kradzieży i to go tak rozwścieczyło. A wspominam o tym, bo ten aspekt wydaje mi się bardzo ważny, o czym za chwilę.

Autor szczegółowo opowiada o tym, co go spotkało i co nastąpiło potem. Przeprowadza drobiazgową wiwisekcję swojej historii i przygląda się kilku jej aspektom. Każdy z nich jest dla niego istotny, a kolejność, w jakiej będę o nich pisać, nie ma żadnego znaczenia. 

A więc po pierwsze zachowanie i trauma ofiary. Ten aspekt jest pewnie najbardziej rozpoznany. Edouard Louis opowiada  drobiazgowo, niemal krok po kroku o tym, co myślał i co czuł w czasie, kiedy Reda dusił go i gwałcił. Z perspektywy czasu stara się zrozumieć swoją bierność i uległość, swoje reakcje. Pisze też o tym, jak to zdarzenie zmieniło jego życie - jak zaczął nim rządzić lęk, jak przez wiele miesięcy nie był zdolny do podjęcia jakiejkolwiek sensownej aktywności i trwał w letargu. Pisze o wszystkich dodatkowych cierpieniach, z którymi zmaga się ofiara, jeśli musi skorzystać z usług służby zdrowia i jeśli zdecyduje się zgłosić sprawę na policję. To syndrom opisany wielokrotnie - kiedy wpada w machinę wymiaru sprawiedliwości, zmuszona zostaje do wielokrotnego przeżywania swojej tragedii. Nawet jeśli policjanci, lekarze, a potem, gdy dojdzie do procesu, adwokaci, prokuratorzy i sędziowie będą najdelikatniejsi, to i tak wielokrotne opowiadanie o gwałcie dokłada ofierze cierpień. Do tego dochodzi mierzenie się ze wstydem. Trauma będzie jeszcze większa, jeśli wymienionym przed chwilą osobom zabraknie empatii, wrażliwości i delikatności. To między innymi dlatego wiele osób nie zgłasza gwałtów na policję.  Bohater książki również nie chciał tego zrobić, w końcu został przekonany przez przyjaciół. Nie chodzi o zemstę, ale o to, aby ustrzec innych. Na koniec tego akapitu chciałabym polecić reportaż amerykańskiego dziennikarza  Jona Krakauera "Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim", w którym autor przygląda się tym samym mechanizmom, analizując gwałty na studentkach miejscowego uniwersytetu. Chociaż książka przez swą drobiazgowość bywa nużąca, to jest bardzo ważna, pozwala wiele zrozumieć - bierność, czasem dziwne, z perspektywy obserwatora, zachowanie ofiar, powody bezkarności gwałcicieli i fenomen, dlaczego opinia publiczna bardzo często broni ich, bagatelizuje ich winę i jednocześnie zrzuca ją na pokrzywdzoną. Już po lekturze "Missouli"  kilkakrotnie zdarzyło mi się czytać artykuły o sprawach zgwałconych kobiet  i za każdym razem odnajdowałam opisane w książce mechanizmy.

Kolejny aspekt sprawy, który interesuje autora, to opowieść o przemocy. Edouard Louis przyglądając się swojej historii, zastosował pewien zabieg. Cały czas konfrontuje swoją opowieść z opowieścią siostry, która relacjonuje wszystko mężowi. Oczywiście obie są różne. I nie chodzi o rozbieżność faktów, ale o sposób ich widzenia i interpretację. I tak bohater, decydując się na opowiedzenie o tym, co się zdarzyło, traci swoją historię. Powstaje tyle jej wersji, ilu słuchaczy, a właściwie ilu opowiadaczy. Paradoks polega na tym, że od razu czuje potrzebę mówienia. Od chwili, kiedy pojawił się w szpitalu, jest gotów zwierzyć się z tego, co go spotkało, niemal każdej napotkanej osobie. Przyznam, że akurat ten aspekt sprawy wydał mi się najmniej interesujący. Wiem jednak z kilku wywiadów, jakie przeczytałam i jakich wysłuchałam, że bardzo ważny był dla autora.

I wreszcie ostatni problem, jaki porusza Edouard Louis. Dla mnie najważniejszy i najciekawszy, bardzo silnie związany z jego biografią i z zagadnieniami poruszanymi w poprzedniej książce. Tu muszę wrócić do tego, o czym już wspominałam - dlaczego nie chciał się zgłosić na policję. Jeden z powodów podałam, ale był i drugi, a nawet trzeci. Otóż w historii Redy mógł przejrzeć się jak w lustrze. Kim był jego kochanek, który zamienił się w kata? Prostym człowiekiem, hydraulikiem, utrzymującym się z dorywczych prac. Ich historia była w pewnym sensie podobna. Autor przypomina sobie swoje dzieciństwo, kradzieże, jakich dokonywał razem z kumplami. Gdyby nie wyrwał się ze środowiska, w jakim dorastał, sam mógłby skończyć w więzieniu jak wielu jego krewnych i znajomych. Miałby pewnie na sumieniu szereg drobniejszych i nieco poważniejszych wykroczeń. Reda zamierzał tylko ukraść i gdyby nie upór narratora, który za wszelką cenę chciał odzyskać ipad, bo były tam zdjęcia, na których mu zależało, prawdopodobnie do niczego więcej by nie doszło. Oczywiście to nie usprawiedliwia jego czynu. Ale jest jeszcze jedna strona tej historii. Otóż los Redy był jeszcze gorszy od potencjalnego losu autora. Bo Reda naznaczony został nie tylko klasą, z jakiej się wywodził, ale miejscem urodzenia swoich rodziców. Był Kabylem, których najczęściej myli się z Arabami, i imigrantem. Narrator wiedział, że zgłaszając tę historię na policję, będzie musiał się zmierzyć z uprzedzeniami i stereotypami. I tak rzeczywiście było, policjanci tak właśnie patrzyli na Redę. Mało tego, musiał skonfrontować się z własnymi uprzedzeniami. Bo część spadku, jaki dostał od swojego środowiska, to rasizm. Imigrantami, a szczególnie muzułmanami, straszony był przez ojca od dziecka. Trauma wywołała lęk, który szczególnie nasilał się, kiedy obok niego znalazł się mężczyzna o śniadej skórze. I chociaż wie, że ulega stereotypom, nic nie może poradzić na swój strach. Rozum jedno, emocje drugie. Z tym wszystkim wiąże się jeszcze zagadnienie poprawności politycznej. Bo czy należało nie zgłaszać przestępstwa tylko dlatego, że Reda był imigrantem z krajów Maghrebu? Oczywiście zło jest złem niezależnie od tego, kto jest jego sprawcą. Trudno się jednak dziwić, że narrator, który ma za sobą taką drogę, jest bardzo wyczulony na te problemy. Tu oczywiście moglibyśmy wkroczyć w cały splot zagadnień, które stały się znowu niezwykle aktualne za sprawą śmierci Georga Floyda, ale nie o tym jest ta notka.

"Boże Ciało"

Jesienna obfitość interesujących premier filmowych trwa. A ten weekend od dawna zapowiadał się szczególnie - do kin weszły aż trzy tytuły, które koniecznie należy obejrzeć. Trudno, musiałam złamać ustanowioną jakiś czas temu zasadę, że nie chodzę w weekend do kina dwa razy. W pierwszej kolejności pognałam na "Boże Ciało", w drugiej na "Wysoką dziewczynę", a izraelskie "Synonimy" muszą poczekać. Film Jana Komasy obejrzałam z zapartym tchem, wyszłam pod wrażeniem, a przed oczami wciąż mam niezwykłą twarz znakomitego Bartosza Bieleni. Że jest to aktor niezwykle utalentowany, doskonale wiem, bo widziałam go wielokrotnie w teatrze. 


"Boże Ciało" to historia dwudziestoletniego Daniela odsiadującego karę w zakładzie poprawczym. Wielki wpływ ma na niego ksiądz, któremu służy do mszy. Chłopak chciałby pójść do seminarium, ale kryminalna przeszłość uniemożliwia mu zrealizowanie marzenia. Kiedy jednak zostanie zwolniony warunkowo, zamiast podjąć pracę w zakładzie stolarskim, trochę przez przypadek zaczyna udawać księdza. Jego kontrowersyjne metody, wynikające początkowo z bezradności, zaskakują, z czasem jednak sprawiają, że coraz więcej wiernych z parafii przekonuje się do niego. Bo Daniel ma charyzmę i wydaje się szczerze wierzyć. Nie buduje dystansu, jest z ludźmi, angażuje się w ich problemy, słucha, próbuje dawać otuchę i nieść nadzieję, a przy tym śmiało przyznaje się do swoich słabości, wątpliwości, do swojej marności, oczywiście nie zdradzając prawdy o sobie. Z drugiej strony w zaciszu plebanii jest dawnym Danielem, zwyczajnym, młodym chłopakiem, który wyszedł z zakładu poprawczego. Tak naprawdę nie wiemy, czy rzeczywiście wierzy, bo przeszedł duchową przemianę, czy może jest tylko zafascynowany rolą księdza. Widzimy, jak do tej roli dorasta, jak początkowo zagubiony, czemu trudno się dziwić, z czasem staje się coraz bardziej pewny siebie, w dobrym tego słowa znaczeniu, i angażuje się w konflikt toczący miejscową społeczność, chcąc za wszelką cenę doprowadzić do jego rozwiązania, nie zważając przy tym na koszty, jakie może ponieść. 


Z historią Daniela bardzo mocno splata się drugi istotny temat tego filmu - to analiza zamkniętej wiejskiej społeczności, która przeżywa traumę spowodowaną tragedią, do jakiej doszło kilka miesięcy wcześniej. Ukrywanie niewygodnych faktów, wydanie wyroku, mentalny lincz, ostracyzm, układy, układziki. Daniel razem z niepokorną Elizą (znakomita Eliza Rycembel), córką kościelnej, Lidii (również znakomita Aleksandra Konieczna), próbują wyświetlić prawdę i doprowadzić do pojednania. Są jak para sprawiedliwych, którzy muszą zderzyć się ze społecznym oporem. Na ironię zakrawa fakt, że tym sprawiedliwym jest chłopak z poprawczaka, który ma za sobą nieciekawą przeszłość. Właściwie dlaczego tak mnie to dziwi? W starych dobrych westernach tez tak bywało. 


Ale oba wątki, kościelny i historia zamkniętej społeczności, spaja pytanie o wiarę. Co to znaczy wierzyć? Co z przykazaniem miłości bliźniego? Co z nakazem wybaczania? Co z nierzucaniem fałszywego świadectwa? Wiara to jedno, a życie drugie. Codzienność daleka jest od tego, jak powinien żyć prawdziwie wierzący katolik. Nie ma tu nic, czego byśmy nie byli świadomi. Z podobnymi praktykami, choć niekoniecznie w tak tragicznych okolicznościach, mamy do czynienia na co dzień. Wszędzie. W najbliższym otoczeniu i w życiu publicznym. Przecież jest oczywiste, że gdyby ci wszyscy, którzy mienią się katolikami, naprawdę próbowali wcielić przykazania w czyn, żylibyśmy w zupełnie innym społeczeństwie. I nie myślę tu tylko o politryce, ale choćby o takich codziennych sprawach jak przemoc domowa, jak wyzyskiwanie innych, jak drobne i większe kombinatorstwo, jak atakowanie tych, z którymi nam nie po drodze, z różańcem w ręku albo z Bogiem na ustach. 


Wielkość filmu Komasy polega jednak na tym, że nic tu nie jest czarno-białe. Twórcy filmu pochylają się nad wszystkimi bohaterami, starają się ich zrozumieć, nie wyszydzają ich, nie walą na odlew młotem krytyki, nie przemawiają z wyżyn swojej wielkomiejskości i moralnych racji. Chociaż bywa śmiesznie, chociaż film niesie nadzieję, pokazuje, że można się przełamać, stanąć w prawdzie, to jednak ta historia okazuje się bardzo gorzka. Daniel i Eliza są jak bohaterowie antycznej tragedii. Szczególnie on. Jego dążenie do prawdy, do wyznaczonego celu, musi zostać okupione ofiarą. Ofiarą z ciała i krwi. Czy ta ofiara na dłuższą metę obróci się na dobre? Jakie skutki dla mieszkańców wioski przyniesie jego krótka obecność? Z tymi pytaniami zostajemy. 

Im dłużej myślę o tym filmie, tym głębsze jego pokłady odkrywam. Jest tu kilka zapadających w pamięć scen znakomicie pokazywanych. Myślę nie tylko o ich ustawieniu, rozegraniu, ale także o obrazie. Szczególnie jedna zrobiła na mnie wrażenie swoją malarską urodą. Twarze, poorane zmarszczkami, naznaczone cierpieniem, pewnie też alkoholem, wyłaniają się z ciemności. W ogóle film wizualnie jest piękny. Sielska, górska okolica kontrastuje z chaosem świata, z tragedią, z nienawiścią, jaka zżera mieszkańców wsi. Jest tu też kilka świetnie nakreślonych postaci, także tych z drugiego czy trzeciego planu. No i historia Daniela z jednej strony zanurzona w rzeczywistości, z drugiej metaforyczna. Jest przecież jednocześnie i nawróconym łotrem, i człowiekiem, który dla wyższego celu decyduje się złożyć ofiarę z siebie. Jest wreszcie rozbicie między dojmującą, brudną codziennością, a pragnieniem duchowości. Czy Daniel będzie miał w sobie siłę, aby w tej koszmarnej sytuacji, w jakiej ostatecznie się znalazł, ocalić w sobie ten metafizyczny pierwiastek i dobro?

Anuradha Roy "Sny o Jowiszu"

"Sny o Jowiszu" nieznanej mi hinduskiej pisarki Anuradhy Roy (Czwarta Strona 2017; przełożył Jędrzej Polak) wpadły w moje ręce przez przypadek. Natknęłam się na tę powieść w niezwykle atrakcyjnej ebookowej promocji i oczywiście nie zainteresowałabym się nią, gdyby nie pomyłka. Znajome nazwisko i imię, ale po chwili przyszło otrzeźwienie - przecież Arundhati Roy napisała tylko dwie powieści, "Boga rzeczy małych" i "Ministerstwo niezrównanego szczęścia", obie czytałam. No tak, wszystko jasne, imię podobne, jednak tylko podobne. Ale zaczęłam szperać, jako że łasa jestem na literaturę z Azji. Niewiele jednak znalazłam poza informacją, że książka nominowana została do Nagrody Bookera. Zawsze to coś. A ponieważ "Sny o Jowiszu" to powieść obyczajowa, której akcja toczy się w moich ukochanych Indiach, cena atrakcyjna - postanowiłam zaryzykować i kupić niemal w ciemno. Spodziewałam się książki lekkiej, popularnej, tymczasem mile się rozczarowałam. Nie jest to rzecz wybitna, ale interesująca i na pewno nie miła i przyjemna. Przeciwnie, momentami bardzo przygnębiająca i przykra. Ale po kolei.
"Sny o Jowiszu" to dziejąca się współcześnie opowieść. Jej akcja toczy się w znajdującej się nad Zatoką Bengalską miejscowości Dżarmuli, w której znajduje się odwiedzana przez pielgrzymów świątynia Wisznu. Z ciekawości zaczęłam szperać, czy miejsce jest autentyczne. Nic nie znalazłam, za to prawdziwa jest Świątynia Słońca w Konarku, która też pojawia się w książce. Powieść ma kilku bohaterów, którzy właśnie w Dżarmuli spotykają się ze sobą albo tylko mijają. Ich losy poznajemy naprzemiennie. Jest sprzedawca herbaty, który z trudem zarabia na swoje utrzymanie. Śpiewa tęskne pieśni, nie potrzebuje nic więcej do szczęścia poza tym, co ma, a ma niewiele. Jest młody chłopak, Raghu, właściwie chłopiec, który mu pomaga. Jest świątynny przewodnik, Badal, mieszkający z ciotką i ze starym stryjem, z którym pozostaje w konflikcie. Jeździ na skuterze, chciałby się wyrwać z domu, skrycie kocha się w Raghu. Gardzi ludźmi, których oprowadza po świątyni. Ta praca to konieczność. Są trzy starsze panie, przyjaciółki, które przyjechały do Dżarmuli z Kalkuty na kilkudniowe wakacje. Wspominają swoje życie, próbują zapomnieć o troskach. Jedna z nich ma coraz większe problemy z pamięcią. Jest też młody, niespełniony filmowiec, który zatrudnia się jako pomocnik przy rozmaitych projektach. Niedawno porzuciła go żona. Czuje się samotny, nieszczęśliwy, smutki topi w alkoholu. Przyjechał do Dżarmuli, aby pomóc przy dokumentacji filmu Nomi -  drobnej, młodej kobiety o wyglądzie budzącym zdziwienie, a nawet politowanie, miejscowych. Przyleciała do Indii ze Szwecji. To właśnie ona jest główną bohaterką tej powieści, o niej dowiadujemy się najwięcej. Jej pobyt w Dżarmuli to nie przypadek. W dzieciństwie spędziła wiele tragicznych lat w aśramie znajdującym się gdzieś w tej okolicy. Potem została adoptowana przez samotną Szwedkę. Przylatując do Indii, musi się zmierzyć z traumatycznymi wspomnieniami. Na co ma nadzieję? Że odnajdzie przyjaciółkę z aśramu, którą zawiodła? Że odnajdzie brata, za którym tęskni? Albo matkę? Stracili się z oczu w tragicznych okolicznościach, w czasie jakiejś wojny. Czy rzeczywiście była to wojna czy tylko jakieś poważne zamieszki? Tego nie udało mi się zidentyfikować. Uciekła, a właściwie została ewakuowana łodzią, z tamtego miejsca razem z innymi dziewczynkami, które straciły rodziny.
Opisy lat spędzonych w aśramie, do którego przybywają ludzie z Zachodu, ale także hinduscy celebryci, postacie ze świecznika, aby spotkać się z tutejszym guru, są przerażające. Muszę przyznać, że z trudem przez nie brnęłam. Okrucieństwo i przemoc spotyka w nim nie tylko dzieci, ale również prostych ludzi, którzy tu pracują. Otaczany szacunkiem i czcią guru skrywa mroczną tajemnicę, w cyniczny, bezwzględny sposób wykorzystuje swoje koneksje i pozycję. Aśram, który miał być dla osieroconych dziewczynek azylem, stał się dla nich piekłem, pułapką bez wyjścia. Jak udało się Nomi wyrwać z tej matni, tego zdradzić nie mogę. Nic dziwnego, że po tak traumatycznych przeżyciach nie potrafi nawiązać relacji z przybraną matką. Chociaż niewątpliwie to ona jest w tej powieści postacią najtragiczniejszą, najmocniej doświadczoną przez życie, to inni bohaterowie też szczęśliwi nie są. Jaka przeszłość ciągnie się za  Raghu? Czy ma jakąś rodzinę? A mężczyzna sprzedający herbatę? Obaj nisko stoją na społecznej drabinie. Wszystkie postacie w tej powieści niosą w sobie jakąś tęsknotę, smutek, niespełnienie, przykre doświadczenia. Nie dowiemy się o nich wiele. Zostali zaledwie naszkicowani, ale wyrazistą kreską. Sporo tu niedopowiedzianych historii, niezamkniętych wątków. Nie będzie happy endu, nikt tu się z nikim cudownie nie odnajdzie, nie padnie sobie w ramiona. Gorzka to powieść. Bardzo ładnie napisana.
Ale oprócz tych kilku historii odnajdziemy w tej książce Indie, ich koloryt. Już choćby tylko dlatego nie żałuję, że po "Sny o Jowiszu" sięgnęłam. Uliczny handel, tłum pielgrzymów w świątyni, ruch, brud i bałagan, zapachy i barwy targowiska, kobiety w kolorowych sari, upał i kurz, rybacy wypływający na połowy, plaża, niekoniecznie czysta i urocza, bezładna zabudowa. Kto nie był, może sobie wyobrazić. Kto był i złapał bakcyla, ten z lubością zanurzy się w tym bałaganiarskim, ale fascynującym świecie. Czy polecić tę powieść temu, kto był i nie chce wracać więcej? Mnie w każdym razie spodobała się na tyle, że postanowiłam sięgnąć po drugą książkę Anuradhy Roy wydaną w Polsce.
PS. Nieco zmroziło mnie odkrycie, że "Sny o Jowiszu" tłumaczył Jędrzej Polak, który częściowo zepsuł mi przyjemność lektury "Syna" Philippa Meyera. Tym razem na szczęście książką miała dobrego redaktora. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Czasem styl mi nieco zazgrzytał, ale żadnych potworków językowych nie było.

Popularne posty