Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holocaust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holocaust. Pokaż wszystkie posty

Eduardo Halfon "Klasztor. Żałoba"

Od jakiegoś czasu jestem szczególnie wyczulona na literaturę z

Ameryki Łacińskiej, a trzeba przyznać, że dociera do nas coraz więcej książek stamtąd. Już nie tylko klasyka iberoamerykańska, ale powieści czy opowiadania pisarzy średniego czy młodego pokolenia. Leonardo Padura "Człowiek, który kochał psy", Nona Fernandez "Strefa mroku", Fernanda Melchor "Czas huraganów", Juan Gabriel Vasquez "Kształt ruin" i Claudia Salazar Jimenez "Krew o świcie" to moje lektury z ostatnich miesięcy. Sama jestem zdziwiona, że aż tyle tego było. Wszystkie warte przeczytania, no może  najmniej porwał mnie Vasquez, miałam do niego sporo zastrzeżeń, ale inni się zachwycali. Jednak lojalnie muszę ostrzec, że nie są to książki przyjemne - poruszają tematy historyczne i społeczne wagi najcięższej, nie stronią od brutalności. Szczególnie Fernanda Melchor i Claudia Salazar Jimenez. 

Nic więc dziwnego, iż gdy tylko usłyszałam, że wychodzi książka gwatemalskiego (!) pisarza, kupiłam ją jeszcze w przedsprzedaży. To "Klasztor. Żałoba" Eduardo Halfona (Czarne 2023; przełożył Tomasz Pindel), dwie krótkie autobiograficzne powieści. Co prawda mój entuzjazm nieco osłabł, kiedy spojrzałam na notę wydawcy, no bo od gwatemalskiego pisarza oczekiwałabym powieści osadzonej w tamtejszych realiach, tymczasem Eduardo Halfon opowiada o losach swoich arabskich, a zwłaszcza żydowskich przodków. Akcja "Klasztoru" rozgrywa się w Izraelu, dokąd narrator razem z bratem i rodzicami udaje się na ślub siostry, która dołączyła do ultraortodoksyjnej żydowskiej wspólnoty. No nie, pomyślałam, sięgać po gwatemalską powieść, aby po raz kolejny przerabiać te same holocaustowe wątki? Tyle się już o tym naczytałam, trudno mnie jeszcze czymś nowym zaskoczyć. Mimo wszystko kupiłam, bo zawierzyłam tym, którzy już przeczytali i się zachwycali. Poza tym zwyciężyła ciekawość. W końcu to jednak literatura gwatemalska. No i okazało się, że  ci wszyscy, którzy pisali, że warto, mieli rację.

Połknęłam te nieco ponad dwieście stron w dwa popołudnia. Jest w tej książce coś magnetycznego, co sprawia, że trudno się od niej oderwać, dlatego czyta się jednym tchem. Nie są to historie opowiedziane chronologicznie - dostajemy luźny ciąg skojarzeń wywołujących wspomnienia. O dziadkach, szczególnie tym żydowskim pochodzącym z Łodzi, tak, tak, który spędził całą wojnę w obozach, ale jednak ocalał. Na ramieniu miał wytatuowany obozowy numer, ale swoim wnukom mówił, że to jego numer telefonu. O podróży narratora do Polski i do Niemiec, już po śmierci dziadka, jego śladami. O dzieciństwie spędzonym częściowo w Gwatemali, a potem w  Stanach. O pewnej przelotnej miłości, a może miłostce, która nieoczekiwanie doczeka się kolejnego epizodu przy okazji wizyty w Izraelu. O weekendach spędzanych u dziadków nad jeziorem u stóp wulkanu. O innych krewnych, szczególnie tych ze starszego pokolenia. Często zabawnych. O rodzinnych waśniach i tematach tabu. I tak to płynie, wciąga i nie daje o sobie zapomnieć. A przy tym autor jest wyczulony na szczegół, skupia się na nim i opisuje. Często prowadzi narrację symultanicznie - wspomina, ale jednocześnie bacznie spogląda na to, co w zasięgu jego wzroku, wzmagając tym zabiegiem moją ciekawość. 

To proza niezwykle nastrojowa, czasem zabawna, ale znacznie częściej melancholijna. Nie ma tu makabrycznych scen z okresu wojny, pewnie także dlatego, że narrator niewiele wie na ten temat. To tylko jakieś strzępy informacji, bo dziadek raczej milczał o tamtym ciemnym czasie niż opowiadał. Ale jest smutek. Śmierć wraca w tej książce na wiele sposobów. W "Żałobie" narrator snuje swoją opowieść wokół tajemniczego zgonu kilkuletniego Salomona, brata swojego ojca. Od czasów dzieciństwa próbował się dowiedzieć, co się z nim stało, dlaczego w rodzinie to temat tabu. Poszukiwania doprowadzą go do konstatacji, że wojna dawno się skończyła, ale ludzie nadal umierają, także tragicznie, także dzieci. Spotkana nad jeziorem kobieta, szamanka, jak w litanii wylicza wszystkie dzieci, które się tam utopiły. 

A poza tym jest to książka o tożsamości i o pamięci. Tak, tak, to wszystko już było, nie pierwszy raz o tym piszę i pewnie nie ostatni. Ważne jednak, jak to zostało opowiedziane. Kim jest narrator, który ma żydowskie, arabskie i polskie korzenie? Jego dziadkowie pochodzili z Libanu, Syrii, Polski, w różny sposób dotarli do Gwatemali. On sam urodził się właśnie tam, ale kiedy był dzieckiem, jego rodzice wyjechali do Stanów, gdzie też mieszkali ich krewni. Mieszają się miejsca i mieszają się języki. Hebrajski, jidysz, francuski, angielski, arabski, hiszpański. Kim jest? No i drugi temat - pamięć. Co się zdarzyło, a co okazuje się tylko wyobrażeniem? Co i jak pamiętamy? Obie historie opowiedziane w "Klasztorze" i w "Żałobie", które zresztą tworzą jednak pewną całość i wzajemnie się przenikają, oparte są na grze z pamięcią.

No i jednak jest w tych opowieściach Gwatemala, więcej jej w drugiej części, ale i w pierwszej się pojawia. Jakieś strzępy, puzzle, kamyczki, z których można sobie złożyć skromny obrazek. 

Jest to jednak przede wszystkim ten typ literatury, który powinno się czytać, kontemplować, bo żadne refleksje, żadne wymądrzanie się nie oddadzą jej piękna i istoty. Mam nadzieję, że doczekamy się kolejnych książek Eduarda Halfona, który, jak czytam w nocie od wydawnictwa, jest jednym z ciekawszych przedstawicieli współczesnej literatury latynoamerykańskiej. 

Deborah Levy "Płynąc do domu"

Nie lubię takich rozczarowań. Sięgam po jakąś książkę, bo słyszę, że jest znakomita, czytam i ... nic. Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca, że niezbyt dokładnie sparafrazuję słowa gombrowiczowskiego profesora Bladaczki skierowane do krnąbrnego ucznia Gałkiewicza. Gdyby nie zgodny chór dyskutantów w moim ulubionym Tygodniku Kulturalnym, który zachwycał się książką Deborah Levy "Płynąc do domu" (Znak 2019; przełożył Marcin Sieduszewski), nawet przez myśl by mi nie przeszło, że mam do czynienia z powieścią co najmniej bardzo dobrą. Minęło parę dni od lektury, a ja już prawie jej nie pamiętam. Oczywiście potrafię odtworzyć fabułę, dość wątłą zresztą, bo nie o nią ma chodzić, co rozumiem i szanuję, ale książka nie rezonuje. Nie odcisnęła się na moich emocjach, przeszłam obok niej, pozostałam obojętna. Mogę spekulować na temat jej głębszych sensów, problem w tym, że ich zupełnie nie czuję. Żałuję, że skasowałam nagranie tamtego odcinka Tygodnika, bo oczywiście nie pamiętam już, co tak bardzo zachwyciło jego uczestników. A teraz czas na konkrety.

Akcja tej niewielkich rozmiarów powieści rozgrywa się w roku 1994 w okolicach Nicei. To tam w małej wiosce spędzają wakacje w wynajętym domu dwa angielskie małżeństwa. Joe Jacobs, wybitny poeta o żydowsko-polskich korzeniach, zmagający się z holokaustową traumą. Jego żona, Isabel, dziennikarka, korespondentka wojenna. Ich czternastoletnia córka Nina. Druga para to Laura i Mitchell, właściciele sklepu z dizajnerskimi rzeczami. (Być może pamięć mnie zawodzi i nie chodzi o dizajn. W każdym razie to nie sklep z marchewką.) Jest jeszcze Jurgen, ktoś w rodzaju dozorcy, złotej rączki w wynajmowanych przez bogatą Angielkę domach. Zupełnie się do tej roli nie nadaje. To niebieski ptak, podstarzały hipis. No i Claude, właściciel miejscowej knajpy, łakomie spoglądający na długonogą Ninę. I stara Angielka, lekarka, która spędza swoją emeryturę na południu Francji. W to towarzystwo wpada z wielkim przytupem, w okolicznościach, które początkowo wydają się dramatyczne, młoda kobieta, rudowłosa Kitty Finch. Botaniczka, miłośniczka poezji Joe'go, aspirująca poetka, dziwaczka, ekscentryczka, nieco niezrównoważona. Powoduje ferment i zamęt. Stanie się katalizatorem rozmaitych zdarzeń, które rozsadzą ten świat. Kim jest? Jakie ma zamiary? Jakie tajemnice kryje? Niektóre się wyjaśnią, inne nie. Jednych ekscytuje, przyciąga, innych niepokoi. Dlaczego Isabel pozwoliła jej zostać? Dlaczego Joe nie może przestać o niej myśleć? Nie, nie chodzi tylko o sprawy męsko-damskie. Dlaczego tak fascynuje Ninę? Chociaż fabuła nie jest tu najważniejsza, trudno przecież ją zdradzać.

Sporo w tej powieści psychologii, nastroju, trochę pomieszania realizmu z onirycznymi scenami. Jakie jest głębsze dno tej historii? Pesymistyczne. Chodzi o nietrwałość, niepewność egzystencji, która i tak zawsze zmierza do śmierci. Nie przypadkiem Isabel jest korespondentką wojenną spędzającą czas na wojnach, zamiast w domu z mężem i córką. Nie przypadkiem Joe ciągnie za sobą bagaż wojennej traumy, który starannie ukrywa przed światem, grając rolę poety-celebryty, playboya, dobrego ojca. Nie przypadkiem Jurgen nie potrafi zwyczajnie żyć i szuka ukojenia w narkotykach, a jego kumpel Claude wodzi oczami za nastolatką. Nie przypadkiem obserwująca to towarzystwo Angielka jest starą kobietą beznadziejnie tęskniącą za urokami życia. Nie przypadkiem Laura i Mitchell też mają problemy, które niszczą ich uporządkowaną, starannie zaplanowaną egzystencję. W końcu również nie przypadkiem trafia w ten świat taka osoba jak Kitty Finch. 

Pozostaje pytanie, czy doszukiwałabym się w tej powieści jakichś głębszych sensów, gdyby nie zachwyty w Tygodniku Kulturalnym i posłowie, gdzie jako inspiracja dla autorki przywołani zostają Lacan, Barthes, Gertruda Stein, Margeruite Duras, Kafka, Freud, Duchamp i kilka innych osobowości, których nazwiska już kompletnie nic mi nie mówią? Pewnie jednak tak. Problem w tym, że mnie to wszystko nie rusza. Rozumiem, ale nie czuję. A przecież sama dotkliwie odczuwam tragizm egzystencji, staję się coraz większą pesymistką i katastrofistką, karmię się książkami, które o tym traktują, głęboko emocjonalnie je przeżywając, czemu nie raz dawałam wyraz w tych notkach. Ale nie tym razem. Cóż zrobić, kiedy nie zachwyca! Nie zabraniam jednak innym sprawdzić - może kogoś zachwyci. Przeciwnie, bardzo jestem ciekawa.

PS. Od momentu napisania tej notki minęło sporo czasu. Gdyby nie jej treść, niewiele pozostałoby po lekturze "Płynąc do domu". Wrażenia zatarły się zupełnie.

Maciej Zaremba-Bielawski "Dom z dwiema wieżami"

Macieja Zarembę-Bielawskiego znam z jego artykułów o Szwecji zamieszczanych od czasu do czasu w polskiej prasie, ale jakoś tak wyszło, że dotąd nie czytałam żadnej z jego książek. "Dom z dwiema wieżami" (Karakter 2018; przełożył Mariusz Kalinowski) jest pierwszą, w dodatku nietypową w dorobku autora. Nietypową, bo autor nie zajmuje się w niej, jak dotąd, problemami szwedzkimi, ale opowiada historię swojej rodziny. Można ją postawić w rzędzie takich tytułów jak znakomici "Fałszerze pieprzu" Moniki Sznajderman. Podobieństwo nie zasadza się tylko na temacie. I Sznajderman, i Zaremba-Bielawski  pochodzą z rodzin polsko-żydowskich, oboje muszą bawić się w detektywów, aby odkryć do końca historię swoich rodziców i dziadków. "Dom z dwiema wieżami" sytuuje się również w nurcie książek opowiadających o Marcu 68, bo to właśnie w konsekwencji antysemickiej nagonki nieświadomy niczego autor nagle usłyszał od matki: Wyjeżdżamy. Jestem Żydówką. Tragizm tej sytuacji polegał również na tym, że jego ojciec, wybitny psychiatra, twórca psychiatrii nowoczesnej, znacznie starszy od matki, wyjechać ani nie chciał, ani nie mógł. Przecież nie zaczyna się życia od nowa, kiedy się ma prawie osiemdziesiąt lat!

Kiedy czyta się opowieść jak ta, nie da się uciec od refleksji, że życie ludzkie bywa nieprawdopodobne. Ilość zbiegów okoliczności, przypadków, cudownych zrządzeń losu, ale i tragicznych zdarzeń, dramatycznych wyborów jest w historii rodziców autora ogromna. W tej sytuacji na cud zakrawa, że tych dwoje spotkało się i stworzyło rodzinę. Cudem jest wobec tego także fakt, że Maciej Zaremba-Bielawski pojawił się na świecie. Jego matka właściwie nie miała prawa przeżyć Zagłady, ojciec też mógł zginąć w czasie jednej z czterech (!) wojen, w jakich brał czynny udział. Trudno też nie zadumać się nad faktem, jak niejednoznaczna, pęknięta bywa ludzka natura. Bo rodzice autora skrzywdzeni przez los, później sami krzywdzą innych. Ta książka prowokuje też do osobistych refleksji, do stawiania swoim przodkom niewygodnych pytań. Często czysto teoretycznych , bo ci przodkowie, jak w moim przypadku, już nie żyją i nie ma kogo pytać. Inna sprawa, czy bym się odważyła. Bo jak zapytać babcię, co myślał dziadek, który był lekarzem, o wprowadzonej w 1937 roku zmianie w statucie Związku Lekarzy Państwa Polskiego? Walny zjazd wykluczył medyków żydowskiego pochodzenia ze Związku. Ostatecznym celem było wyrugowanie Żydów z zawodu. Jaki miał do tego stosunek mój dziadek, lekarz? Jak zapytać babcię, gdzie zamieszkali, kiedy w roku 1943 albo w 1944 na kilka miesięcy zatrzymali się w Brześciu? Czy nie było to mieszkanie po rodzinie żydowskiej, po której, jak po innych brzeskich Żydach, nie pozostał już żaden ślad? A jeśli w nim się zatrzymali, czy poświęcili jego właścicielom jakąś myśl? Czy się za nich modlili? Moja babcia była bardzo religijna, więc byłoby to całkiem naturalne. Czy może w czas wojennej tułaczki nie mieli do tego głowy, bo przecież i oni byli uciekinierami, a na Wołyniu zostawili całe swoje dotychczasowe życie? Czy mój tata zastanawiał się kiedyś nad tym? Czy pytał? Z Brześcia pamiętał tylko tyle, że co niedzielę razem ze swoim ojcem, a moim dziadkiem, i młodszym bratem jechali dorożką do cukierni. Całkiem miłe wspomnienia. Z drugiej strony wiem, że ich tułaczka obfitowała w wiele przykrych epizodów.

I o tej nieznanej szerzej uchwale Związku Lekarzy Państwa Polskiego, i o Brześciu pisze w swojej książce Zaremba-Bielawski. No bo trudno opowiadając o losach żydowskich dziadków i żydowskiej matki, nie pisać o przedwojennym antysemityzmie i o Zagładzie. Tym bardziej, że ofiarą antysemickich szykan byli i matka, i dziadek autora, sędzia Izaak Immerdauer. Zresztą prawnikiem został z konieczności - medycyny z powodu swojego pochodzenia studiować nie mógł! Matka nie znalazła się na wspólnym szkolnym zdjęciu, bo z tych samych powodów nie życzono sobie jej obecności na nim. To oczywiście tylko drobny przykład tego, co ich spotykało. Równie dotkliwie pisze autor o Zagładzie. Niezwykle mocno wybrzmiewają przytaczane fakty - Zaremba-Bielawski opowiadając o wojennych losach swojej babci i mamy, pisze, ilu Żydów przed wojną mieszkało w miejscowościach, w których się ukrywały, a ilu ocalało, a są to liczby porażające. Pisze też, jaki łańcuch ludzi przyczynił się do tego, że one przeżyły. Wojenne losy matki autora przypominają opowieści niektórych bohaterek Hanny Krall. Tragiczny był niestety los Izaaka. Ze swoim pochodzeniem wypisanym na twarzy i widocznym w oczach nie miał żadnych szans. Dlatego rodzina się rozstała. Jaka dramatyczna decyzja. Jaka tragiczna sytuacja.

I kolejne zdumienie, kolejna refleksja. Jak różne są ludzkie doświadczenia. Kiedy matka i babcia autora robiły wszystko, aby uciec przeznaczeniu, jego ojciec spędził całą wojnę w niemieckim oflagu. Biorąc pod uwagę okoliczności, można śmiało powiedzieć, że spędził ten czas komfortowo. Chociaż coś o życiu w obozach jenieckich dla oficerów słyszałam, to jednak historie opowiedziane w książce wprawiają w zdumienie. Fenomenowi oflagów, bo tak śmiało można to nazwać, poświęca autor obszerny przypis w formie całego rozdziału.

Ważną częścią książki jest też oczywiście wątek Marca 68 roku. Trochę na ten temat przy okazji zeszłorocznej rocznicy czytałam, czego świadectwo dawałam w tych zapiskach. Mimo że nie dowiedziałam się już niczego nowego, to trudno nad krzywdą i haniebnym traktowaniem marcowych emigrantów przejść do porządku dziennego. I te fragmenty brzmią niezwykle mocno, oskarżycielsko i boleśnie.

Książka jest świetnie skomponowana i znakomicie napisana. To coś więcej niż zrekonstruowana rodzinna historia. To także refleksja nad paradoksami ludzkiej natury i losu, nad polskim antysemityzmem (autor wgłębia się w myśli Dmowskiego, aby zrozumieć jego źródło). Zaremba-Bielawski zaczyna swoją opowieść od dzieciństwa. Przygląda się sobie tamtemu niczym okazowi w muzeum, patrzy z dystansu, często używa trzeciej osoby, pisząc o swoim dzieciństwie i wczesnej młodości. Przyznam, że ekshibicjonizm tej części czasami mnie irytował. (To jedyny zarzut, jaki mam pod adresem tej książki.) Te zabiegi mają jednak swój cel. Bo tamto życie nie było życiem prawdziwym. Rodzice ukryli przed nim nie tylko żydowską historię matki, ale i skomplikowane losy swojego małżeństwa. Na przykład wygumkowali starsze, przyrodnie rodzeństwo. W kolejnych rozdziałach autor z detektywistyczną dociekliwością rekonstruuje losy swojej rodziny, zaczynając od lat dwudziestych zeszłego wieku, a w przypadku ojca wspomnienia sięgają nawet czasów sprzed pierwszej wojny. 

Mogłabym długo jeszcze pisać, ale czas zmierzać do końca. Polecam tę arcyciekawą, ale i bardzo smutną opowieść. Warto wspomnieć, że "Dom z dwiema wieżami" znalazł się na liście książek nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

"Karski i władcy ludzkości"

Już nie pamiętam, kiedy miałam aż tak długą filmową przerwę. Ostatni raz byłam na "Glorii", chyba ponad miesiąc temu. Jakoś nic nie wydawało mi się na tyle ciekawe, aby poświęcać czas na kino. A wcześniej nie nadążałam. Nareszcie jednak pojawił się film, który każdy powinien zobaczyć. Nie waham się przed takim stwierdzeniem. Myślę tu o dokumencie polskiego reżysera mieszkającego w Stanach, Sławomira Grunberga, "Karski i władcy ludzkości". Nie chodzi tylko o to, że film jest bardzo dobrze zrobiony i ogląda się go jednym tchem. Przede wszystkim mamy do czynienia z opowieścią o człowieku niezwykłym, który nadal słabo funkcjonuje w naszej zbiorowej świadomości. I mam wrażenie, że Rok Karskiego, który obchodziliśmy w 2014, niewiele tu zmienił. Na jedynym seansie w małej kinowej salce w sobotnie przedpołudnie było siedem osób w tym troje cudzoziemców (to akurat mnie podbudowało).

Film składa się z rozmów z ludźmi, którzy albo się z Karskim zetknęli na różnym etapie jego życia, między innymi dwóch jego byłych studentów dziś dyplomatów, albo pisali o nim przy okazji rozmaitych prac (na przykład biograf Churchilla). Dwukrotnie widzimy na ekranie Władysława Bartoszewskiego. Nie muszę dodawać, że wczoraj, dzień po jego śmierci, te fragmenty zabrzmiały szczególnie. Ale najważniejsze są rozmowy z samym Karskim zaczerpnięte między innymi ze słynnego filmu Claude'a Lanzmanna "Shoah". Karski robi niesamowite wrażenie. Elegancki, przystojny, szczupły starszy mężczyzna biegle mówiący po angielsku, ale z polskim akcentem (ten akcent, którego nigdy nie potrafił się pozbyć, był w czasie jego tajnej, wojennej misji utrapieniem, o czym w zabawny sposób opowiada). Skupia na sobie uwagę widza. Mówi w sposób magnetyczny, dobitnie, czasami wciela się w swoich rozmówców, modulując głos i gestykulując, a chwilami po prostu się wzrusza, ma łzy w oczach i prosi o przerwanie rozmowy. Oprócz tego na ekranie zobaczymy fragmenty starych filmów przede wszystkim z warszawskiego getta i jeszcze więcej zdjęć stamtąd. Nie muszę dodawać, jak makabryczne to obrazy. Posłużył się też reżyser animacją, którą zastąpił sceny, jakie zwykle się w dokumentach inscenizuje z udziałem aktorów. Jak mówił, szukał sposobu, aby to ominąć, bo takie inscenizacje zwykle wypadają sztucznie. Dopiero po obejrzeniu "Walca z Baszirem" wpadł na ten pomysł. Przyznam, że ja z kolei tych fragmentów lekko się obawiałam, jako że nie przepadam za animacją. Tymczasem rzeczywiście taki zabieg przekonuje i płynnie łączy się z inną filmową materią.

Historia Karskiego robi na mnie ogromne wrażenie. Nie tylko dlatego, że tyle przeżył, wycierpiał, że tak się narażał i wykazał ogromną odwagą. Przede wszystkim jest to postać tragiczna. Młody, przystojny człowiek, świetnie wykształcony, marzący o karierze dyplomaty, którego młodość przerwała wojna. I nagle zostaje skonfrontowany z rzeczywistością, którą trudno sobie nawet wyobrazić. Dwukrotnie na prośbę żydowskich organizacji wchodzi do getta i raz do obozu w Izbicy Lubelskiej. To, co tam widzi na własne oczy, wstrząsa nim niewyobrażalnie. Kiedy wypełnia swoją tajną misję i on, młody człowiek, staje przed owymi tytułowymi władcami ludzkości, między innymi przed samym Rooseveltem, aby opowiedzieć im o eksterminacji Żydów i prosić o interwencję, nie zostaje wysłuchany. Albo mu nie wierzą, bo wtedy trudno było uwierzyć w coś takiego, albo nie chcą z powodów politycznego kunktatorstwa zrobić niczego. I tak zagłada się dokonała. Władcy ludzkości nie kiwnęli palcem, a bezradny Karski, który zrobił, co mógł, który nie pozostał obojętny, do końca miał poczucie przegranej. Dręczyły go też wyrzuty z  innych powodów, ale tego zdradzać nie będę. Zamilkł na lata i dopiero film Lanzmanna przypomniał go na nowo. Doceniany i nagradzany za granicą, u nas uhonorowany znacznie później, no i wciąż za mało znany. A przecież jest postacią niesamowitą, mógłby się stać bohaterem filmu sensacyjnego  albo poważnej powieści. Tymczasem Sławomir Grunberg, który uparł się, aby zrobić o nim film, miał ogromne problemy ze zgromadzeniem funduszy. W końcu uciekł się do zbierania pieniędzy na jednym ze społecznościowych portali crowdfundigowych. Kto wyczeka do końca, zobaczy długą listę nazwisk osób, które wsparły pomysł reżysera. 

I jeszcze jedno. Oglądając ten film dziś, trudno uciec od refleksji, że historia niczego nas nie nauczyła. Nadal i my, i władcy świata, pozostajemy głusi na ludzkie dramaty. Na Syrię, na Ukrainę, na Libię, na inne miejsca i na los uciekinierów, którzy giną na Morzu Śródziemnym. Wiem, że to bardzo banalne stwierdzenie, niestety prawdziwe. Choćby dlatego przynajmniej koniecznie obejrzyjmy film o Karskim.

"Hannah Arendt"

Jakiś czas temu zobaczyłam w kinie zwiastun filmu o Hannah Arendt. Nie zachęcał. Zapowiadało się na biograficzną czytankę w amerykańskim stylu. Gwoździem do trumny była scena wykładu. Sala pełna studentów, którzy na koniec w hołdowniczym uwielbieniu biją brawo. Aż zazgrzytałam zębami. Szkoda, pomyślałam. Jakież było moje zdumienie, kiedy pojawiło się nazwisko reżyserki: Margarethe von Trotta. Hollywoodzki film? To przecież do niej nie pasuje. Po raz kolejny przyszło mi się przekonać, że zwiastuny kłamią. Może jednak nie zaryzykowałabym wizyty w kinie, gdyby nie głosy, że może to nie dzieło wybitne, ale ciekawe mimo swojej klasycznej, nieodkrywczej formy. Zgadzam się w pełni z tymi opiniami. Ale po kolei.

Po pierwsze film jest produkcją europejską (francusko-luksembursko-niemiecką). Po drugie nie jest wcale biografią niemieckiej filozofki, uczennicy Martina Heideggera. Margarethe von Trotta skupia się na tym okresie życia Arendt, kiedy ma już ustaloną pozycję w Stanach. I właśnie wtedy decyduje się zostać korespondentką New Yorkera na procesie Eichmanna w Jerozolimie. Widz dostaje też kilka retrospektywnych scen opowiadających o jej związku z Heideggerem. Kiedy Arendt wyjeżdżała do Izraela, szykowała się na spotkanie z potworem. Tymczasem obserwując Eichmanna podczas procesu, stwierdza, że jest zwyczajnym człowiekiem, który wyrzekłszy się myślenia, ślepo wykonywał rozkazy zwierzchników. To wtedy rodzi się jej słynna teza o banalności zła. Dziś klasyka, wtedy wywołuje burzę. Książka opublikowana po procesie, w której wyłożyła swoją tezę, a jakby tego było jeszcze mało, oskarżyła wielu przywódców żydowskich o współpracę z nazistami, ściągnęła na nią gromy. I to właśnie w filmie niemieckiej reżyserki wydało mi się najciekawsze.

Margarethe von Trotta pokazuje, jaką cenę płaci Hannah Arendt za niezależność, bezkompromisowość i śmiałość swoich poglądów. Uczennica Martina Heideggera pozostaje wierna jego nakazowi myślenia, dlatego, kiedy dochodzi do wniosku, że Eichmann nie jest potworem a zło jest banalne, zwyczajne, nie cofa się przed głoszeniem swoich przemyśleń. Pozostaje wierna sobie, cierpliwie tłumaczy, że nie broni nazistowskiego zbrodniarza, tylko wyjaśnia mechanizm zbrodni. Wywołuje furię. Mimo że o internecie jeszcze nikomu się nie śniło, tym bardziej o zjawisku sieciowego hejterstwa, to śmiało możemy mówić o hejterstwie listowym. Arendt otrzymywała stosy papierowej korespondencji ociekającej inwektywami i nienawiścią. Odwrócili się od niej prawie wszyscy, także przyjaciele, co odczuła najboleśniej. Musiała też liczyć się z utratą stanowiska na uczelni, a przecież miała świeżo w pamięci amerykańską poniewierkę. Mimo to trwała przy nakazie myślenia i samodzielności sądów. Była wierna swoim poglądom i nie bała się ich głosić, chociaż niewielu je podzielało. Taka postawa to rzadkość, także dziś. Ilu potrafi myśleć samodzielnie, nie powielać schematów, powszechnych sądów, iść pod prąd? Ilu ma odwagę zaryzykować środowiskowy i towarzyski ostracyzm? Wbrew pozorom Hannah Arendt nie jest pokazana jako postać spiżowa. Widzimy i jej słabości, i to, ile kosztuje ją osamotnienie i potępienie. Jak bardzo czuje się zmęczona nagonką.

Poza tym film jest też ciekawy z powodów czysto poznawczych. Bardzo dobrze odtwarza klimat epoki i w sposób przystępny, prosty, ale nie czytankowy, przybliża postać niemieckiej filozofki i jej poglądy. Jeszcze jeden walor to oryginalne zdjęcia z procesu Eichmanna. Widz może śledzić jego reakcje, wypowiedzi tak, jak robiła to Arendt (obserwowała proces nie na sali sądowej, ale z pokoju dla korespondentów, dzięki czemu mogła widzieć go z bliska na ekranie). I rzeczywiście, mamy przed sobą zwykłego, spokojnego, rzeczowego człowieka. A scena wykładu zakończona studencką owacją? Owszem, jest, ale zwiastun kłamał, a to, co z niego zniknęło, całkowicie zmienia jej wymowę. Co to było, oczywiście nie mogę zdradzić. Warto wybrać się na film Margarethe von Trotty o Hannah Arendt. Nie jest to arcydzieło, ale rzetelna filmowa robota, która porusza i skłania do przemyśleń.

Anna Bikont "My z Jedwabnego"

Właśnie ukazało się drugie wydanie reportażu Anny Bikont "My z Jedwabnego" (Czarne 2012). Przyznam się, że kiedy książka wyszła po raz pierwszy, jakoś nie zdecydowałam się, aby ją kupić i przeczytać. Owszem sprawa Jedwabnego, o której przecież nie sposób było w tamtym czasie nie usłyszeć, jakoś mnie obeszła, przeraziła, chyba jednak nie aż tak, aby sięgnąć po ten opasły reportaż (prawdę mówiąc, nie miałam pojęcia, że to takie tomisko). Od tej pory jednak wiele się zmieniło i w naszej zbiorowej świadomości, i we mnie. Jak daleko odeszliśmy od czasów, kiedy "Sąsiedzi" Grossa wywołali narodową burzę, uświadamia książka Bikont, która wzięła się właśnie z tamtej awantury. Po raz pierwszy zapragnęłam ją przeczytać, kiedy prawie dwa lata temu obejrzałam "Naszą klasę" Tadeusza Słobodzianka, spektakl warszawskiego Teatru na Woli. Ale wtedy reportaż Bikont był już nie do zdobycia: nakład wyczerpany, na allegro też niedostępna. Potem w powodzi innych lektur jakoś zapomniałam i przestałam szukać, aż tu nieoczekiwanie, chyba zimą, zobaczyłam ją wśród zapowiedzi wydawnictwa Czarne. No i wreszcie zmaterializowała się, kupiłam i od razu przeczytałam. Nietrudno zgadnąć, że nie jest to lektura przyjemna. Tego zresztą świadoma była sama autorka i ci wszyscy bliscy jej znajomi, którym dawała do przeczytania ukończony już maszynopis (oczywiście słowo maszynopis należy traktować metaforycznie). "Kto to przeczyta? Kto w ogóle będzie w stanie to przeczytać?" usłyszała od Marka Edelmana. Nie należy jednak przesadzać. Kto przyjął niełatwą prawdę o tym, co zdarzyło się w Jedwabnem i innych miejscach, kto śledził dyskusję na temat tak zwanej trzeciej fali Holokaustu na ziemiach polskich, kto czytał cokolwiek na temat Zagłady, ten udźwignie książkę Anny Bikont. Oczywiście miłe to nie będzie.

Aby zwierzyć się z tego, co najbardziej poruszyło mnie w czasie lektury, najpierw muszę napisać kilka zdań na temat kompozycji reportażu. Kiedy kupowałam książkę Bikont, byłam przekonana, że jest to reporterska rekonstrukcja tamtych wydarzeń, rozmowy z żyjącymi jeszcze świadkami, może jakieś dokumenty. Oczywiście to wszystko tam znajdziemy. Ale oprócz rozdziałów dotyczących mordu w Jedwabnem i Radziłowie, gdzie kilka dni wcześniej zdarzyło się to samo, są tu monologi Krzysztofa Godlewskiego, byłego burmistrza Jedwabnego, i Leszka Dziedzica, jednego z nielicznych mieszkańców miasteczka, który nie tylko przyjął przykrą prawdę o tamtych zdarzeniach, ale też odważył się współpracować z reporterką przy zbieraniu materiałów do książki, oraz rozmowa z Radosławem Ignatiewem, prokuratorem z białostockiego oddziału IPN-u, który prowadził śledztwo w sprawie jedwabieńskiego mordu. To jednak nie wszystko. Otóż równie ważną częścią książki jest dziennik autorki dokumentujący reporterską pracę nad jej powstawaniem. Zaczyna się 28 sierpnia 2000 roku, kończy 10 lipca 2004. Znajdziemy tam nie tylko zapisy rozmów z ludźmi w jakikolwiek sposób zaangażowanymi w sprawę (słowo zaangażowani rozumiem bardzo szeroko; będą to nie tylko świadkowie czy ci, którzy coś na ten temat wiedzieli, ale także ci, którzy na przykład pomagali do nich dotrzeć, i wielu innych), świadectwo mozolnego zbierania materiałów, detektywistycznej często pracy nad odtwarzaniem zdarzeń (nie należy zapominać, że śledztwo reporterskie toczyło się równolegle z tym ipeenowskim), zapis lektur dotyczących tematu (także bieżącej dyskusji w prasie, co świetnie pokazuje ówczesny stan świadomości dotyczący stosunków polsko-żydowskich; to właśnie te fragmenty uświadamiają, jaką drogę przeszliśmy), ale także refleksje reporterki związane z jej pracą. Są to refleksje bardzo emocjonalne i osobiste, można śmiało powiedzieć, że Anna Bikont jest jedną z bohaterek książki. Przyznam, że ta jej obecność czasem wydawała mi się nadmierna, raził ekshibicjonizm, chociaż rozumiem, dlaczego taki model reportażu wybrała. Była zresztą tego świadoma. Jedna z ostatnich notatek w jej dzienniku, to krytyczne uwagi historyka, Dariusza Stoli, który jej to wytknął.

Początkowo te fragmenty, a przegradzają one kolejne rozdziały, nieco mnie nużyły, wydawały się nieistotne. Szybko jednak zmieniłam zdanie. Bez nich byłby to zupełnie inny reportaż! Bo oprócz warstwy historycznej dotyczącej zbrodni w Jedwabnem i Radziłowie, warstwy starającej się na zimno wskazać społeczne przyczyny, które sprawiły, że była w ogóle możliwa, równie ważna jest warstwa współczesna. I to ona jest tak niezwykle zdumiewająca i bolesna! Wydaje się wręcz nieprawdopodobna, a jednak jest prawdziwa. Czytając o tym, jak mieszkańcy Jedwabnego i okolic zaprzeczają prawdzie, nie chcą zmierzyć  się z przeszłością, zastraszają tych nielicznych, którzy znajdują w sobie odwagę, aby otwarcie mówić o tym, co się zdarzyło, milczą, pozwalając na to, aby prym wodzili ci, którzy zakłamują historię, a robią to wyjątkowo agresywnie i nienawistnie, otwierałam oczy ze zdumienia. Nie mogłam uwierzyć, że ci, którzy w czasie wojny ukrywali ocalałych z pogromu Żydów, dziś wolą się do tego nie przyznawać. Książka Bikont jest przerażającą opowieścią o zamkniętym środowisku (powinnam napisać prowincjonalnym, małomiasteczkowym, ale ważę słowa, aby nikogo nie urazić, wszak prowincja i małe miasteczka są różne), które przez lata skrywa tajemnicę o zbrodni, a kiedy prawda o tym, że sąsiedzi w okrutny sposób wymordowali sąsiadów, wychodzi na jaw, zrobi wszystko, aby jej zaprzeczyć i zniszczyć każdego, kto własne gniazdo ośmieli się kalać. To opowieść o układach i zależnościach, jakie w takim zamkniętym środowisku panują. Łatwo potępić tych wszystkich, którzy myślą podobnie jak Krzysztof Godlewski czy Leszek Dziedzic, ale milczą ze strachu. Trzeba jednak zadać sobie niewygodne pytanie, jak my zachowalibyśmy się na ich miejscu. Czy starczyłoby nam odwagi, aby głośno mówić o prawdzie, aby wziąć udział w obchodach upamiętniających tragedię, aby sprzątać żydowski kirkut, aby zapalać świeczki czy kłaść kamyki na mogiłach. Jednym słowem, aby stanąć samemu przeciwko wszystkim i żyć dalej w tym środowisku. Tym bardziej podziwiam Godlewskiego, Dziedzica, Jana i Pelagię Cytrynowiczów czy Jana Skrodzkiego. Ten ostatni co prawda w Jedwabnem nie mieszka, ale stamtąd się wywodzi i miał odwagę zmierzyć się z okrutną prawdą, że jego ojciec brał udział w zbrodni. Potem wytrwale pomagał Annie Bikont docierać do świadków tamtych zdarzeń. Dwaj pierwsi, Godlewski i Dziedzic, zapłacili za swoją odwagę wysoką cenę: nie mogąc poradzić sobie z ostracyzmem środowiska, wybrali emigrację. Kiedy czyta się to wszystko, przestaje dziwić, że Antonina Wyrzykowska, która wraz z mężem przechowała siedmioro ocalałych z zagłady Żydów, niechętnie wraca do tamtych zdarzeń, że Marianna Ramotowska (czyli Rachela Finkelsztejn, którą ocalił Stanisław Ramotowski, jej przyszły mąż) jak ognia unika rozmów o przeszłości, podobnie reaguje Helena Chrzanowska, która również przetrwała między innymi dlatego, że została ochrzczona. Trudno uwierzyć, ale te kobiety do końca swojego życia nosiły w sobie strach. Strach, że zostaną rozpoznane i skrzywdzone. Nieważne, że, jak mówi przywoływany już przeze mnie historyk Dariusz Stola, ich lęki to "teatr wyobraźni", dla nich były to lęki prawdziwe. Trauma czasów wojny i tuż powojennych (to osobny niezwykle ciekawy i równie przerażający temat książki) zaważyła na ich życiu.

Wiem, że zaledwie zasygnalizowałam tylko niektóre problemy, których dotyka reportaż Anny Bikont. Nie sposób napisać o wszystkim: o przyczynach, o sprawcach, którzy byli często jednocześnie mordercami i bohaterami podziemia, o niechlubnej roli kościoła, o tym, dlaczego właśnie na tamtych terenach doszło do tylu pogromów (Jedwabne i Radziłów to niestety nie jedyne miejscowości), o okrucieństwie samej zbrodni (trudno przebrnąć przez te opisy, chociaż trzeba przyznać, że autorka nie epatuje nimi nadmiernie), o czasach tuż powojennych, o tych, którzy zginęli i tych, którzy ratowali. A to przecież nie wszystko. Dlatego na koniec wymienię trzy rozdziały, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Kolejność taka jak w książce.

Niezwykła, nieprawdopodobna opowieść ocalonego z pogromu Awigdora Kochawa o tym, jak potem udając goja, ocalił swoje życie. Gotowy materiał na przygodowy, wyciskający łzy film.

Monolog byłego już burmistrza Jedwabnego, który dzięki swojej odwadze i determinacji doprowadził do upamiętnienia zamordowanych i zorganizowania pierwszych obchodów rocznicy zbrodni. Jest to świadectwo człowieka, który początkowo nie interesował się przeszłością, nie chciał przyjąć prawdy o zbrodni, zachowywał się kunktatorsko, aż wreszcie znalazł w sobie siłę, aby w imię prawdy stanąć niczym samotny szeryf przeciwko wszystkim. Świadectwo niezwykłej przemiany.

Wreszcie rozdział o Antoninie Wyrzykowskiej, która ukrywała u siebie siedmioro Żydów. Jest to jednocześnie opowieść o tych, którzy się ukrywali. Historia, która swoją grozą przypomina tę opowiedzianą przez Agnieszkę Holland w jej ostatnim filmie "W ciemności". Tu jest to ciemność i obrzydliwość dwóch zmyślnie skonstruowanych ziemianek.

Erica Fischer "Droga do nieba"

"Droga do nieba" Erici Fischer (Czarne 2009; przełożyła Katarzyna Weintraub) trochę się na mojej półce przeleżała, aż wreszcie po nią sięgnęłam. Może powinnam wyjaśnić, skąd znam autorkę i dlaczego w ogóle kupiłam jej książkę. Otóż rok wcześniej, w 2008, wyszła w Polsce "Aimee i Jaguar. Historia pewnej miłości, Berlin 1943." jej autorstwa, dość szeroko reklamowana. Kupiłam ją wtedy i przeczytałam. Byłam pod wrażeniem opartej na faktach opowieści o historii miłości dwóch kobiet: niemieckiej Żydówki i Niemki, żony żołnierza Wermachtu, matki kilkorga dzieci, która pod wpływem tego uczucia przeszła całkowitą przemianę światopoglądową, za co zapłaciła ogromną cenę. I nie tyle poruszyło mnie samo uczucie, nieoczekiwane i niemożliwe, ile właśnie losy obu kobiet. Historia przemiany Niemki i jej konsekwencje. Los Żydówki, która w imię wolności decyduje się prowadzić w Berlinie życie podziemne. Jak garstka innych Żydów nie akceptuje niemieckich rozporządzeń, nakazów i ukrywa się, właściwie nie ukrywając. Po książkę naprawdę warto sięgnąć, odsłania mniej znane nam Polakom karty niemieckiej historii a smutne losy obu bohaterek zapadają w pamięć (najlepszy dowód, że do dziś ją wspominam i reklamuję). Drażnią jedynie fabularyzowane partie (jest ich na szczęście nie tak wiele) do bólu zębów melodramatyczno-kiczowate. Zachwycona tamtą pozycją, kiedy tylko usłyszałam o następnej, postanowiłam przeczytać. Trochę to trwało, ale w końcu swój zamiar zrealizowałam.

"Droga do nieba" moim zdaniem zdecydowanie ustępuje poprzedniej książce Erici Fischer, co nie znaczy, że nie jest ciekawa. Czyta się ją bardzo dobrze, a że rozmiarów jest niewielkich, połknąć można w kilka dni. To, jak głosi podtytuł, historia rodzinna. Autorka, sprowokowana śmiercią starej matki i zniknięciem brata, snuje opowieść o swojej rodzinie. Jej matka była polską Żydówką, socjalistką i feministką, która w latach trzydziestych przyjechała z Warszawy na studia plastyczne do Wiednia. Tam poznała swojego przyszłego męża, lewicującego Austriaka. Niemal w ostatniej chwili opuściła Austrię i wyjechała do Anglii. Jej rodzina, która została w Polsce, nie uniknęła żydowskiego losu. Niby tyle już wiemy o Holocauście, a jednak za każdym razem, kiedy czytam coś na ten temat, odkrywam jakąś nowość. Tutaj poza przerażającym opisem śmierci dziadków (rodziców matki) w komorach gazowych Treblinki, którą autorka odtworzyła, właściwiej byłoby rzec: wyobraziła sobie na podstawie wiedzy historycznej, poruszają angielskie losy jej matki i podobnych jej żydowskich uciekinierów z kontynentu. Fatalne traktowanie przez Anglików, ciężka, źle opłacana praca, koszmarne warunki mieszkaniowe, bieda, oczekiwanie na przyjazd męża, któremu w Austrii ze względu na lewicowe poglądy groziły represje. Jak twierdzi Erica Fischer, Holocaust i wszystkie jego skutki: wygnanie, pobyt w getcie a potem śmierć w obozie warszawskiej rodziny, wreszcie powrót na prośbę męża do znienawidzonej Austrii, odcisnęły piętno na losach matki i jej dzieci. Matka z niezależnej, interesującej, otwartej kobiety stała się zrzędliwą kurą domową, z którą trudno było wytrzymać. Uzależniła od siebie syna, zdolnego, ale niespełnionego filozofa, który wyrósł na niepogodzonego z sobą i ze światem dziwaka, niezdolnego do samodzielnego życia. Narratorka-autorka nie mogąc wytrzymać zaprowadzonego przez ojca austriackiego sposobu wychowania i zrzędliwości matki, szybko opuszcza dom rodzinny, a w końcu Austrię.

Właściwie "Droga do nieba" nie jest opowieścią o Holocauście, a na pewno nie tylko. To historia samej autorki, próba wyjaśnienia, może usprawiedliwienia tego, kim się stała. A nie jest to obraz wesoły. Starzejąca się, samotna, ziejąca nienawiścią kobieta, która nie może pogodzić się z upływającym czasem i rozpaczliwie szuka jeszcze uczucia i erotycznego spełnienia. Te partie książki są bardzo ekshibicjonistyczne, co mnie nieco drażniło. Ale nie tylko to. Mniej więcej w połowie poczułam się zmęczona pesymizmem narratorki, wylewającą się z kart książki nienawiścią i ciągłym biadoleniem. Gdzieś chyba zginął uniwersalizm tej historii zdominowany przez bardzo osobisty ton. Czego tak nienawidzi bohaterka? Austrii, Austriaków, austriackiego sposobu życia i wychowania, także swojej toksycznej rodziny, szczególnie matki (nie jest w tym wcale oryginalna; podobną nienawiścią zionie inny austriacki pisarz Thomas Bernhard; inna jest postawa Martina Pollacka, który w swojej "Śmierci w bunkrze" odważnie odkrył ciemne karty swojej rodziny, co nie przełożyło się jednak na nienawiść do kraju). Właściwie jedyną osobą, którą pisarka jakoś oszczędza, jest jej zmarły ojciec, chociaż wspomnienia o tym, jak po austriacku karał w dzieciństwie jej młodszego brata, są przerażające. Dorastająca w takiej atmosferze bohaterka, w dzieciństwie i młodości tęskniąca za Anglią, gdzie spędziła swoje wczesne lata, wyrosła na samotną, nie potrafiącą nawiązać bliższych więzi z mężczyznami egoistkę, która odrzuciła nie tylko Austrię, ale i rodzinę. Uciekła aż do Berlina. Może trudno mi ją zrozumieć, bo zupełnie obce jest mi doświadczenie toksycznej rodziny. Pewnie dlatego nie potrafię zaakceptować tego, że kiedy umiera matka, ona spędza czas we Włoszech, a potem nie przyjeżdża nawet na jej symboliczny pogrzeb. I matka, i brat, i ona to ludzie psychicznie, emocjonalnie okaleczeni.

Nie oprę się refleksji, w gruncie rzeczy banalnej, jak różnie ludzie reagują na to samo doświadczenie. Niedawno pisałam tu o autobiograficznej opowieści Idy Fink doświadczonej przez Holocaust o wiele bardziej, niż matka narratorki. Jej historia tchnie mimo wszystko optymizmem, ta przytłacza.

Erica Fischer jest feministką i to czuć w jej opowieści. A ponieważ wychowała się w Austrii, ciekawe byłoby porównanie jej książki do prozy Elfridy Jelinek. Niestety nie mogę tego zrobić, bo jakoś dotąd nie zebrałam się, aby sięgnąć po jakąkolwiek powieść austriackiej noblistki. Może jednak, wiedziona ciekawością, w celach porównawczych za jakiś czas sięgnę po jedną z jej książek.

To tyle moich wrażeń, tym razem bardzo mieszanych, po lekturze książki Erici Fischer "Droga do nieba".

Popularne posty