Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faszyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faszyzm. Pokaż wszystkie posty

Almudena Grandes "Matka Frankensteina"

Jakiś czas temu ukazała się w Polsce kolejna powieść hiszpańskiej

pisarki, Almudeny Grandes. To "Matka Frankensteina" (Sonia Draga 2021; przełożyła Magdalena Olejnik). Niestety autorka zmarła w tym samym roku. Ta powieść stanowi część sześciotomowego cyklu "Epizody niekończącej się wojny", który opowiada o czasach dyktatury Franco, ale z punktu widzenia jej przeciwników, ludzi popierających siły republikańskie. Jak wyczytałam w wywiadzie z pisarką, który udało mi się znaleźć w necie, w Hiszpanii jest to historia  z takiej perspektywy stale nieopowiedziana. W Polsce kilka lat temu wyszła czwarta książka z tego cyklu, "Pacjenci doktora Garcii", a wcześniej "Pocałunki składane na chlebie", współczesna opowieść o mieszkańcach jednej z madryckich dzielnic w dobie kryzysu ekonomicznego. O ile ta druga  mnie rozczarowała, czemu dałam wyraz w jednej z notek, o tyle rzecz ma się zupełnie inaczej z tą pierwszą. A sięgnęłam po nią po niezwykle ciekawym spotkaniu z Almudeną Grandes, która była gościnią Festiwalu Conrada w roku 2019. Pamiętam, że pisarka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Nic dziwnego, że teraz koniecznie musiałam przeczytać "Matkę Frankensteina", kolejną, piątą, powieść cyklu. Mam nadzieję, że Sonia Draga wyda pozostałe części tej serii.

"Matka Frankensteina' to książka dla tych wszystkich, którzy lubią grube, porządnie opowiedziane historie, a czytając, mają jednocześnie pewność, że to rzecz ważna, a nie tylko pospolite czytadło. Zasadnicza część akcji rozgrywa się w latach pięćdziesiątych w Madrycie i okolicach, zwłaszcza w miejscowości Ciempozuelos, gdzie znajduje się szpital psychiatryczny, w którym rozpoczyna pracę doktor German Velazquez, który dał się namówić dyrektorowi wspomnianego szpitala na powrót do ojczyzny ze Szwajcarii, gdzie studiował medycynę i pracował jako psychiatra. Ma wdrożyć leczenie nowym, obiecującym, lekiem, czym zajmował się w szwajcarskiej klinice. Ale, podobnie jak w "Pacjentach doktora Garcii", autorka pozwala sobie na retrospekcje, które są istotną częścią tej opowieści. Poznajemy historię doktora Velazqueza, który był synem znanego hiszpańskiego profesora psychiatrii. Jego rodzina opowiedziała się jednoznacznie za republikanami. Jemu udało się w ostatnim momencie uciec przez północną Afrykę, Francję do Szwajcarii, gdzie dzięki wstawiennictwu ojca znalazł dom w rodzinie żydowskiego profesora Goldsteina, też psychiatry. Używam tu gładkiego słowa uciec, ale była to gehenna, droga przez mękę, która miała wielkie szanse skończyć się niepowodzeniem, co oznaczało ekstradycję do Hiszpanii, a tam więzienie albo nawet śmierć. Jest więc to też opowieść bardzo na czasie, bo pozwala pochylić się nad losem uciekiniera, imigranta, człowieka, który podejmuje ryzykowną i trudną decyzję o emigracji, a jeśli mu się uda, musi zapuścić korzenie w nowym kraju, zmierzyć się z samotnością, wykorzenieniem i wyrzutami sumienia wobec bliskich, którzy w Hiszpanii zostali, i wobec innych zwolenników republiki, którzy nie mieli szansy uciec. Jemu się poszczęściło, bo ojciec, który mógł uratować siebie, postanowił ocalić jego. Dlaczego tak zrobił, nie mogę zdradzić. German nie jechał w ciemno - wiedział, że jeśli do Szwajcarii dotrze, znajdzie opiekę u Goldsteinów. I tu otwiera się kolejna szkatułka, kolejny wątek znakomicie korespondujący z jego losami - to historia żydowskiej rodziny, której niemal w ostatnim momencie udało się opuścić III Rzeszę. Ich historia stanowi jeszcze jeden, bardzo ciekawy, kamyk w mozaice ludzkich losów, które zamknięte są w tej opowieści.

Kolejny ważny wątek i kolejna poruszająca historia to opowieść o Marii, młodej dziewczynie, salowej w szpitalu w Ciempozuelos, która okazuje się osobą niezwykle wrażliwą i życiowo mądrą. Może dlatego, że los nie był dla niej łaskawy. Maria wychowywała się na terenie szpitala, bo tam pracował  jako ogrodnik jej dziadek, a babcia też wykonywała jakieś proste prace. Jej rodzice  zginęli w czasie wojny domowej. W jakich okolicznościach dokładnie nie wiadomo.  Dzięki jednej z pacjentek, o której jeszcze wspomnę, nauczyła się pisać i czytać. To pokazało jej nowy świat, otworzyło na nowe doznania i inne, nieznane jej dotąd, perspektywy. Książki stały się jej pasją i gdyby mogła, na pewno próbowałaby wyjść z zaklętego kręgu przypisanego jej miejscem urodzenia. Ale dla takich jak ona droga była jedna - posada służącej w Madrycie i ewentualnie małżeństwo, oczywiście z człowiekiem z jej warstwy społecznej. Maria nie chce pogodzić się z takim losem, ale popełnia błąd, jaki przed nią popełniło wiele dziewczyn pracujących jako służące. Zakochuje się w paniczu. Jednak w jej wypadku chodzi nie tylko o miłość. Maria jest świadoma swojego ciała, a seks sprawia jej przyjemność. W katolickiej, frankistowskiej Hiszpanii, przynajmniej oficjalnie, to nie do przyjęcia. Dziewczyna zostanie schwytana w pułapkę i chociaż uda jej się wyjść z opresji, to kilka lat później pętla zaciśnie się na jej szyi. Szantażem zostanie zmuszona do czegoś, czego nie będzie chciała. Tym razem sytuacja wydaje się jeszcze bardziej beznadziejna, bez wyjścia. Jej historia porusza i trzyma w napięciu. Piszę bardzo ogólnikowo i nie zdradzam, jak potoczy się życie Marii, aby nie odebrać przyjemności płynącej z lektury. Bo, jak wspominałam, w książkach Almudeny Grandes opowieść jest bardzo ważna.

Postać Marii jest w tej historii niezwykle istotna, bo na przykładzie jej losów pokazuje autorka wszechwładzę Kościoła w czasach Franco, jego sojusz z władzami i hipokryzję związanych z nim ludzi. Jest to też opowieść o świecie patriarchalnym, w którym kobieta, zwłaszcza ta z klasy niższej, jest całkowicie podporządkowana mężczyźnie, a jej los jest od początku ustalony. Na niezależność mogą sobie pozwolić tylko nieliczne, a i to pokątnie. Ale oddajmy głos autorce, która objaśnia genezę tej powieści.

Napisałam tę książkę w hołdzie wszystkim tym kobietom, które nie mogły pozwolić sobie na podejmowanie własnych decyzji, jeśli nie chciały się narazić na miano dziwki. Kobietom, które przeszły wprost spod opieki rodzicielskiej pod kuratelę mężów, które spóźniły się na wolność, jaką cieszyły się ich matki, i nie zdążyły na wolność, w jakiej żyjemy my, ich córki.

To nie wszystkie obecne w książce problemy i wątki. Almudena Grandes tworzy obraz życia społeczeństwa hiszpańskiego w czasach dyktatury generała Franco w latach pięćdziesiątych. Jest to kraj duszny, a jego mieszkańcy żyją w kleszczach między Kościołem i autorytarną władzą, które zawarły sojusz. Kraj, w którym mówi się szeptem, w którym ci, którzy próbują żyć inaczej, muszą być bardzo ostrożni i płacić rozmaite koncesje na rzecz Kościoła i państwa. Tkwią w dwójmyśleniu. Jest to też kraj pęknięty. Ci, którym ta sytuacja odpowiada, narzucają swoją wolę pozostałym.

No i na koniec muszę odnieść się do tytułu. Kim jest owa matka Frankensteina? To bogata pacjentka szpitala psychiatrycznego, w którym pracują doktor Velzquez i Maria - Aurora  Rodriguez Carballeira, która przed laty zabiła swoją córkę, cudowne dziecko, działaczkę społeczną, zwolenniczkę rewolucji seksualnej i eugeniki. Obie ze sobą współpracowały, ale w pewnym momencie doszło między nimi do konfliktu, matka uznała, że córka nie spełnia jej oczekiwań i nie jest dość doskonała. Potem Aurora zostanie owładnięta obsesją stworzenia człowieka idealnego. Jej wątek wprowadza do powieści kolejny temat - inżynierii społecznej i eugeniki. Jak się okazuje jest to postać autentyczna, jej historia była w Hiszpanii bardzo znana, powstały o niej artykuły, książki i filmy. Wplatanie do powieści z tego historycznego cyklu postaci autentycznych jest stałym zabiegiem autorki.

Polecam "Matkę Frankensteina" wszystkim miłośnikom Hiszpanii, historii, a przede wszystkim tym, którzy choćby od czasu do czasu lubią przeczytać grubą, porządnie opowiedzianą powieść, od której trudno się oderwać. Co ważne, jednocześnie ma się poczucie, że nie jest to czas stracony.

"W ułamku sekundy"

Krótkie wakacje sprawiły, że narobiłam sobie kinowych zaległości. Teraz próbuję nadrabiać. Na pierwszy ogień wybrałam "W ułamku sekundy" Fatiha Akina, na którego filmy od czasu obejrzenia "Głową w mur" czekam z wytęsknieniem. A reżyser nie rozpieszcza widzów, chyba też nie wszystko, co nakręcił, dotarło do Polski. Fatih Akin, Turek, mieszkający w Niemczech, kręci filmy o ludziach o podobnej biografii. Tak jest i tym razem. Katja, Niemka, jest żoną Turka, który osiadł w Niemczech. Mają kilkuletniego synka, tworzą szczęśliwą rodzinę, dobrze im się żyje. Aż w owym tytułowym ułamku sekundy młoda kobieta traci wszystko. W zamachu bombowym giną jej mąż i syn. Najnowszy obraz Fatiha Akina to nie tylko opowieść o utracie, bólu, żałobie. To także film sensacyjny, dramat sądowy i opowieść o współczesnej Europie, w której znowu podnoszą głowę ruchy faszystowskie czy neofaszystowskie, jak chcą niektórzy. Można się w tej terminologii pogubić. Chociaż "W ułamku sekundy" nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak niegdyś "Głową w mur", to jednak uważam, że warto, a może nawet trzeba, go obejrzeć. Jest w nim coś z rebelianckiego tonu tamtego filmu, bo tacy trochę nieuporządkowani, po przejściach są jego bohaterowie. Jest smutek, nostalgia, a kiedy trzeba, trzyma w napięciu i kipi emocjami. No i jest zdumienie - jak można chcieć śmierci niewinnych ludzi tylko dlatego, że nie są Niemcami. Tyle w tej części. Więcej refleksji w ciągu dalszym. Zapraszam.

Film zaczyna się zaskakująco. Katja i Nuri biorą ślub w więzieniu. On odsiaduje czteroletni wyrok za dilowanie narkotyków. Poznali się w takich właśnie okolicznościach. Ona w czasie studiów kupowała od niego trawkę. Potem stworzyli porządną rodzinę. Wychowywali synka, pracowali, płacili podatki, mieszkali w ładnym domu zafundowanym przez teścia, kurdyjskiego przedsiębiorcę budowlanego. Pozornie niemożliwe stało się jednak możliwe. Mimo że pochodzą z różnych kultur i światów, dobrze im razem. Ale to krucha równowaga. Ich rodziny niekoniecznie patrzą przychylnym okiem na takie szczęście. Kryją uprzedzenia i urazy, a kiedy dojdzie do nieszczęścia,  puszczają hamulce i mówią o nich wprost. Ale ekstremalną manifestacją niezgody na ich zwyczajne, szczęśliwe życie jest oczywiście zamach.

Może trzeba takiej Katji, żeby odważyć się łamać stereotypy? Bo w niej cały czas jest coś niepokojącego, nieporządnego, rebelianckiego. Czy powoduje to strój, czy to, że wiecznie pali papierosy, czy ta scena w barze, kiedy topi ból i wściekłość w alkoholu, czy sposób, w jaki rozmawia z siostrą, a może fakt, że swoją rozpacz uśmierza narkotykami? Przypomina mi trochę bohaterów "Głową w mur". Dlatego zemsta, jaką wymierzy mordercom swojej rodziny, jakoś do niej pasuje.

Zupełnie inny jest jej wizerunek w  czasie procesu. Poważna, skupiona, ubrana w przepisową czerń. Czasem tylko wybucha nieopanowanym gniewem. Stara się jednak ze wszystkich sił powściągnąć emocje. Chce wierzyć, że sprawiedliwość zwycięży. Zamachowcy poniosą karę. Przecież dowody ich winy są bezsporne. Cyniczny obrońca morderców, kuty na cztery nogi adwokat, podważa je w sposób urągający zdrowemu rozsądkowi i poczuciu sprawiedliwości. Stara się też przedstawić Katję jako niewiarygodnego świadka, bo policja znalazła w jej domu narkotyki. Zresztą przeszłość jej męża też kładzie się cieniem na śledztwie. Skoro siedział w więzieniu, to zamach będący wynikiem przestępczych porachunków jest pierwszym tropem, jaki rozważa policja. Tylko Katja wierzy, że było inaczej. Szybko okazuje się, że miała rację. Wymiar sprawiedliwości zawiedzie ją jednak srodze. Kto pamięta "Dwunastu gniewnych ludzi"? Niezapomniany dramat sądowy? Dlaczego w tamtym filmie podzielamy wątpliwości ławy przysięgłych i akceptujemy wydany wyrok, a tym razem jesteśmy przekonani, że to, co się stało, urąga poczuciu sprawiedliwości? Przecież sąd, przekonany o winie oskarżonych, też uznał, że dowody są niewystarczające. A jednak czujemy, że coś zawiodło. Że państwo sobie nie radzi z zagrożeniem, jakie niesie odradzający się ruch faszystowski. Że lekceważy problem. Dlatego desperacki akt zemsty i sprawiedliwości wymierzony przez zdesperowaną, niemającą już nic do stracenia Katję traktuję metaforycznie. Skoro państwo pozostaje bierne, coś muszą robić zwykli obywatele. Oczywiście nie tak, nie w ten sposób. Ale czyn Katji można zinterpretować jeszcze inaczej, znacznie prościej. Przemoc rodzi przemoc. Szczególnie, kiedy wymiar sprawiedliwości abdykuje.

Co jeszcze pozostało w mojej pamięci? Co mnie poruszyło? Cyniczna, zła twarz obrońcy i niewzruszony spokój oskarżonych. Jak można normalnie żyć ze świadomością, że zabiło się dwoje niewinnych ludzi w tak okrutny sposób? Jak można zabić tylko dlatego, że ktoś jest inny, obcy, nie nasz? Jak w ogóle można tak myśleć, wyznawać taką ideologię? I wreszcie jak łatwo jest zabić. Jak niewiele trzeba, aby skonstruować śmiercionośny ładunek. Takie niewesołe refleksje snuję sobie po obejrzeniu najnowszego filmu Fatiha Akina.

Elisabeth Asbrink "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa"

Po książkę Elisabeth Asbrink "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa" (Czarne 2013; przełożyła Irena Kowadło-Przedmojska) tak jak po "Cesarza Ameryki" Martina Pollacka sięgnęłam nieprzypadkowo. Usłyszałam gdzieś, że warto je przeczytać właśnie teraz, kiedy Europa mierzy się z problemem imigracji. Kiedy czyta się oba teksty, ma się wrażenie, że niektóre fragmenty są jak żywcem wyjęte z naszej rzeczywistości. Przy czym książka Asbrink brzmi jeszcze mocniej, bo dotyczy wojny, Zagłady, antysemityzmu, faszyzmu. Warto dodać, że szwedzka pisarka otrzymała dwa lata temu za swój reportaż Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Oczywiście już wówczas chciałam po nią sięgnąć, ale jakoś tak zeszło. Wtedy przegrała z powodzią innych tytułów, teraz wystarczył impuls.
To opowieść o życiu, które nagle rozpada się w proch, o rozpaczliwym szukaniu ratunku, o samotności dziecka wyrwanego z rodzinnego domu, o ludziach, którzy nienawidzą innych tylko dlatego, że są odmiennego wyznania czy narodowości, a wreszcie o bezdusznych rządach i społeczeństwach. Rządy radziły, opierały się, zwlekały, społeczeństwa protestowały, aż w końcu na ratunek było już za późno. Wtedy przyszło współczucie, ale nie żyli już ci, nad których tragicznym losem wylewano krokodyle łzy. To wreszcie rozliczenie autorki ze wstydliwą historią jej kraju, Szwecji.
Dawno, dawno temu była sobie w Wiedniu szczęśliwa rodzina Ullmanów. Tata Josef, zwany Pepim, mama Elise, ich syn Otto. Mieli krewnych i przyjaciół. Żyli zwyczajnie, nie chcieli wiele, ot pragnęli codziennego szczęścia. Żeby przynajmniej było jak dotąd. Ale to nie bajka. Ich pech polegał na tym, że urodzili się Żydami. Ich szczęście skończyło się 12 marca 1938 roku, kiedy Hitler zajął Austrię. Chociaż wtedy jeszcze nie zdawali sobie z tego sprawy. Już trzy dni później doszło w Wiedniu do antysemickich rozruchów. Ci, którzy dotąd kryli się z faszystowskimi sympatiami, teraz mogli głosić swoje przekonania oficjalnie. W ciągu czterech lat Wiedeń miał stać się miastem bez Żydów.  W czerwcu szwedzkie gazety alarmowały: Pięć milionów Żydów zagrożonych katastrofą. Demokratyczne kraje zaczęły szukać wspólnego rozwiązania kwestii żydowskiej. Zwoływano konferencje i narady, które kończyły się fiaskiem. Żaden kraj nie chciał przyjmować uchodźców. Zrozpaczeni Żydzi ustawiali się w długich kolejkach po wizy. Udawało się nielicznym. To wszystko wiemy. Wiemy też, co nastąpiło potem. Mimo to warto zacytować fragmenty ze szwedzkiej prasy.
Nasuwa się oczywiste pytanie, czy nie powinniśmy poczynić jakichś kroków w celu zahamowania niekontrolowanej imigracji.
... wprowadzenie zaostrzonej kontroli na granicach w związku ze wzrostem liczby uchodźców z niektórych krajów europejskich.
... jeżeli wpuścimy tu kilkaset żydowskich rodzin, które będą się rozmnażać tak, jak ich rasa ma w zwyczaju, to następne pokolenie będzie przeklinać tych, którzy nie potrafili w porę powstrzymać imigracji, a jeszcze kolejne nie cofnie się przed użyciem bezwzględnych środków w obronie tubylczej ludności.
Wielu nie potrafi teraz i prawdopodobnie w przyszłości dopasować się do szwedzkiego społeczeństwa.
To ostatnie stwierdzenie dotyczy tych nielicznych Żydów, którzy w 1936 roku dostali zgodę na pobyt czasowy. Chociaż miałabym ochotę, więcej cytować już nie będę. Podam tylko jeszcze dwie informacje. Otóż związek zawodowy szwedzkich lekarzy skutecznie storpedował pomysł przyjęcia dziesięciu (!) swoich żydowskich kolegów z Niemiec, a władze szwedzkie ostatecznie postanowiły przyjmować tylko prawdziwych uchodźców politycznych. No i może trzeba by jeszcze napisać, co szwedzka prasa pisała o zmieniających się nastrojach wobec imigrantów. Początkowo przyjazne przyjęcie spowodowane współczuciem szybko zamieniło się w uczucie dyskomfortu, potem dojmującą niechęć (...) dramat oszczerstw, prześladowań, a nawet rozlew krwi ... Czy potrzebny jest komentarz?
A Otto, Pepi, Elise, ich krewni i przyjaciele? Otóż Otto dzięki Szwedzkiej Misji dla Izraela wraz z kilkudziesięcioma innymi żydowskimi dziećmi dostał pozwolenie na pobyt czasowy w Szwecji. Pod jednym warunkiem - kiedy rodzice osiedlą się w innym kraju, zostanie zabrany. Ten warunek z oczywistych względów nie zostanie spełniony. Odtąd zaczyna się gehenna trzynastoletniego, rozpieszczonego, wychuchanego chłopca, który miał się uczyć, studiować, zdobyć dobry zawód. Tymczasem przyszło mu rozstać się z rodzicami, wierzyć, że jest szczęściarzem (tak w istocie było!), cierpieć samotność, tęsknić, troszczyć się o siebie. Zamiast nauki czekała go ciężka, fizyczna praca u szwedzkich farmerów. Pół biedy jeśli byli życzliwi. Książka Asbrink składa się w dużej mierze z listów, jakie do Ottona pisali jego rodzice i krewni. Uzbierało się ich ponad pięćset. To świadectwo miłości, tęsknoty, skrywanej rozpaczy i obraz rozpadającego się życia. Co się stało z ich autorami? Zginęli albo zmarli w różnych obozach zagłady.
Ale reportaż Asbrink ma jeszcze jednego bohatera. To Ingvar Kamprad, ojciec IKEI. Rówieśnik Ottona. Zafascynowany nazistowskimi ideami należał do faszyzujących szwedzkich organizacji. W pewnym momencie losy tych dwóch chłopców splotły się. Spotkali się i zaprzyjaźnili. Po wojnie pracowali razem w raczkującej IKEI, która jeszcze się tak nie nazywała. Inqvar wiedział, że jego przyjaciel jest Żydem, Otto znał poglądy Inqvara. Asbrink próbuje zrozumieć, a my razem z nią, jak ta przyjaźń była możliwa. Odpowiedzi nie znajduje. To jeszcze jedna z zagadek ludzkiego losu.
Warto sięgnąć po reportaż Elisabeth Asbrink. Nie tylko dlatego, że nieoczekiwanie tak bardzo zrobił się aktualny. Jest oczywiście o wiele bogatszy, niż udało mi się to przedstawić w tej krótkiej, chociaż przecież za długiej jak na blogowe standardy, notce.

Alberto Moravia "Konformista"

Wstyd się przyznać, ale "Konformista" (W.A.B. 2014; przełożyła Zofia Ernstowa) to pierwsza powieść Alberto Moravii, jaką przeczytałam. Jakoś w ogóle z literaturą włoską było mi dotąd nie po drodze. A okazuje się, że to już trzecia, po "Nudzie" i "Pogardzie", książka włoskiego klasyka wydana przez W.A.B. w serii Nowy Kanon. Sięgałam po nią z przekonaniem, że będę obcować z arcydziełem. Tymczasem okazuje się, że "Konformista" nie był najwyżej ocenianą pozycją Moravii. Sławę i nowe życie zawdzięcza dopiero ekranizacji dokonanej przez Bertolucciego z Jean-Louisem Trintignant w roli tytułowej. Filmu niestety nie widziałam, chyba, że nie pamiętam.

Poza nazwiskiem autora zwabił mnie temat. Sądziłam, że to powieść polityczna, powieść o człowieku uwikłanym w faszyzm. Bo, jak można dowiedzieć się z opisu umieszczonego na okładce, główny bohater, Marcello angażuje się w działalność włoskiego ruchu faszystowskiego. Tymczasem w gruncie rzeczy nie jest to książka o polityce. Moravia nie analizuje faszyzmu, nie prezentuje mechanizmów społecznych, nie zastanawia się nad tym, dlaczego Włosi poparli Mussoliniego. Faszyzm mógłby tu równie dobrze zostać zastąpiony jakimkolwiek innym ruchem politycznym czy organizacją o charakterze totalitarnym. Nawet Włochy nie są ważne, stanowią tylko tło zdarzeń. Bo to powieść, która opowiada o przypadku indywidualnym, powieść psychologiczna. Wszystko, co w swoim dorosłym życiu robi Marcello, podporządkował jednemu pragnieniu: chce być jak inni. Chce być zwyczajny, przeciętny, nie wyróżniać się z tłumu. Dlatego żeni się z Gulią, dziewczyną z urzędniczej rodziny do bólu zwyczajnej. Dlatego po ślubie chce zamieszkać w mieszkaniu jej matki w urzędniczej dzielnicy, gdzie każde mieszkanie wygląda tak samo. Marcello napawa się jego przeciętnością i bezguściem, cieszy go to, bo jest tu tak, jak wszędzie dookoła. Dlatego wreszcie staje się zwolennikiem faszyzmu. Skoro większość popiera idee wyznawane przez Mussoliniego, nie do końca je rozumiejąc, on robi tak samo, aby wtopić się w otoczenie. Tak jak inni, intuicyjnie czuje, że się z nimi zgadza. Nie jest to więc akt w pełni świadomy, przemyślany, zrozumiany. Nie, po prostu wydaje mu się, że on też tak właśnie myśli. To przekonanie powstało w nim samorzutnie, tak jak kształtują się zapewne przekonania prostych ludzi z gminu; przyszło, jak to się mówi, z powietrza. (...) odczuwał instynktowną, niemal fizjologiczną potrzebę tej wiary, którą podzielał z milionami innych ludzi. To zresztą znany mechanizm, podobno tak właśnie ma się sprawa z poglądami, nie tylko politycznymi, przeciętnego człowieka. Gdyby ktoś przyparł nas do muru, nie bardzo umielibyśmy poza ogólnikami objaśnić, dlaczego jesteśmy na przykład liberałami albo konserwatystami. Podobnie ma się sprawa z Marcello. Pozostaje pytanie, dlaczego robi wszystko, aby być przeciętniakiem, szarym, zwyczajnym człowiekiem. Odpowiedź znajdzie czytelnik w obszernym prologu. Poznajemy Marcella, kilkunastoletniego chłopca z bogatego domu, którym nikt się nim specjalnie nie interesuje. Matka, dużo młodsza od męża, zajęta jest sobą. Ojciec, człowiek starszy, może już wtedy zdradza pewne objawy szaleństwa, które wkrótce go pokona. Chłopiec odnajduje w sobie upodobanie do zła. Przeraża go to i fascynuje. Zastanawia się, czy inni są podobni do niego, pragnie, aby tak było, szuka usprawiedliwienia dla swoich niecnych uczynków. Kiedy odkrywa, że tylko on jest taki, za wszelką cenę pragnie upodobnić się do innych, stać się normalny, przeciętny. Ale Marcello, samotnik, długo trzymany w domu pod kloszem, różni się od rówieśników, dlatego narażony jest na upokorzenia z ich strony. Ze swoimi problemami zmaga się sam, bo dorośli zajęci są sobą. Wkrótce w życiu Marcella dojdzie do jeszcze bardziej dramatycznych zdarzeń, co położy się cieniem na jego przyszłości. Odtąd pragnienie stania się normalnym, przeciętnym człowiekiem i pragnienie odkupienia winy, odcięcia się od przeszłości będą motorem jego działań.

Przyznam, że ta część powieści wydała mi się najlepsza. To wstrząsające, niezwykle wnikliwe studium samotności i rozpaczy dziecka uwikłanego w zdarzenia, których nie rozumie. W dalszej części książki drażniło mnie natrętne przywoływanie normalności. Marcello myśli o tym, podejmując wszystkie ważne decyzje, tłumaczy tym każdy istotny krok. Motywy dramatycznych działań, których musi się podjąć, wydały mi się mocno pokrętne. Może dlatego zabrakło w jego rozterkach głębi i tragizmu. Za dużo rozumowania, za mało przeżycia. Zło nie poraża tak, jak powinno. A przecież Marcello, agent tajnej policji, musi na zlecenie swoich pracodawców zlikwidować swojego uniwersyteckiego profesora (niczego tu nie zdradzam, tę informację znajdzie czytelnik na okładce). Udawać przyjaźń, grać, aby w końcu, jak Judasz, wydać. Judasza zresztą przywołuje wielokrotnie, roztrząsając sytuację, w jakiej się znalazł. Z tych powodów powieść Moravii trochę mnie rozczarowała, wydała mi się nierówna, a moralne rozterki bohatera za bardzo wyrozumowane.

Mimo tego książkę bardzo dobrze się czyta. Chociaż, jak już wspomniałam, jest to powieść raczej psychologiczna, akcja (dość wolna) pełna jest zaskakujących zwrotów i nieoczekiwanych zdarzeń. Losy bohaterów, których przeszłość kryje mroczne tajemnice, plączą się i stają dramatyczne. Podobała mi się też melancholijna i dekadencka atmosfera. Obraz rozpadu, chaosu, niepewność przyszłości, która towarzyszy bohaterom. Owszem, jestem nieco rozczarowana, spodziewałam się czegoś bardziej dojmującego, ale na pewno po Moravię jeszcze sięgnę. Przecież mistrzowie nawet w słabszej formie pozostają mistrzami.

"Lore" - poruszający niemiecki film (właściwie australiski!)

Chciałam iść na ten niemiecki film wyreżyserowany przez Australijkę Cate Shortland (i na podstawie jej scenariusza), ale nie obiecywałam sobie wiele. Niemieckie kino nie gości często na naszych ekranach, więc nie pomijam niczego, co może mnie zainteresować. Cztery gwiazdki (na sześć) pozwalają ryzykować, ale niekoniecznie oznaczają film rzeczywiście wart uwagi. Tymczasem jakie zaskoczenie! Naprawdę ciekawy, poruszający, interesująco zrealizowany film na ważny temat. Niemcy wiosną 1945 roku, tuż po podpisaniu kapitulacji i śmierci Hitlera. Lore, najstarsza z rodzeństwa, musi dotrzeć wraz z siostrą i trzema braćmi z południowych Niemiec w okolice Hamburga do babci, bo rodzice zostali aresztowani przez aliantów. I o tym jest ten film w warstwie fabularnej. Bałam się, że zniszczony wojną kraj zostanie pokazany po hollywoodzku, że Niemcy zostaną pokazani tylko jako ofiary, słowem bałam się uproszczeń charakterystycznych dla kina popularnego. Tymczasem nic z tych rzeczy. Shortland pokazuje cierpienie, wojenne zniszczenia, gehennę ludności cywilnej w sposób realistyczny i poetycki jednocześnie, a co znacznie ważniejsze nikt tu nie zostaje rozgrzeszony. Bohaterowie cierpią głód, brud, poniewierkę, żyją w wiecznym lęku, ale jednocześnie ani na chwilę nie pozwalają nam zapomnieć, dlaczego tak się dzieje. Posłużę się tu niedokładnym cytatem ze zbioru reportaży szwedzkiego dziennikarza, który w roku 1946 i 47 przemierzał podzielone na strefy okupacyjne Niemcy, wysyłając korespondencję do swojej gazety (Stig Dagerman "Niemiecka jesień"; film zmobilizował mnie, aby wreszcie zdjąć ją z półki z książkami oczekującymi i przeczytać). Otóż Dagerman opisując zrujnowany alianckimi nalotami kraj i tragiczne warunki, w jakich żyją Niemcy, kilkakrotnie przypomina: "Ale najpierw było Coventry" (cytat z pamięci). To samo w inny sposób robi Shortland. Gorąco polecam ten poruszający, bardzo sprawiedliwy film. Tyle szumu narobił ostatnio, podobno kiepski, niemiecki serial "Nasze matki, nasi ojcowie", który mimo kontrowersji zdecydowała się pokazać nasza telewizja, tymczasem "Lore", film wartościowy, mądry, przejdzie kompletnie niezauważony. Tylko jedna uwaga, tak na wszelki wypadek: akcja toczy się niespiesznie, film jest dość poetycki, co niektórych widzów może irytować (ale nie ma tu przerostu formy nad treścią, którego w kinie nie znoszę!). A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.

Jeśli ktoś w tym filmie jest ofiarą, to niewątpliwie są to dzieci. Dzieci zindoktrynowane przez dorosłych, przesiąknięte złem. Dzieci, które żyły i żyją w piekle, z czego nie zawsze zdają sobie sprawę. Najprawdopodobniej do czasu ucieczki na wieś ich jedynym cierpieniem była tęsknota za ojcem, który poszedł na front. Ale zostały przecież wychowane w rodzinie fanatycznych nazistów otaczających kultem Hitlera, więc z pewnością były dumne z tego, że  jest żołnierzem. Nawet potem, na wsi i w drodze, zdarza się, że bliźniacy potrafią zapomnieć o niebezpieczeństwie, głodzie, poniewierce i beztrosko się bawić. A już na pewno nie rozumieją, jakie piekło na ziemi zgotowali podbitym narodom Europy ich rodacy. Przerażająca jest scena, kiedy bracia ubrani tylko w brudną bieliznę śpiewają zachwyconej starej wieśniaczce piosenkę sławiącą niemieckich żołnierzy. Siłą wyrazu prawie nie ustępuje słynnej scenie z "Kabaretu" Boba Fosse. I nie ma znaczenia, że tamci chłopcy byli weseli i swoją pieśń śpiewali żarliwie, a ci są smutni, zmęczeni i głodni. Przecież wierzą, że rodziców nie muszą się wstydzić, przeciwnie, powinni być z nich dumni, że zwycięstwo  kosztuje, że Thomas tylko udawał Żyda (Amerykanie lubią Żydów, więc tak mu łatwiej żyć). Gdyby byli w wieku swoich sióstr, wierzyliby pewnie, jak wszyscy dyskutujący o tym dorośli, że na  wieszanych przez aliantów w zrujnowanych miastach zdjęciach, które pokazują niemieckie zbrodnie wojenne, są aktorzy. To nieprawda, tak nie było, to niemożliwe, mówią wszyscy wokół.

Film pokazuje przerażający świat zniszczony przez faszystowską ideologię i wojnę. Niewątpliwe jest cierpienie mieszkańców: głód, brud, choroby, poniewierka, utrata domu, koszmarne warunki egzystencji, gwałty, śmierć, strach przed okupantem (nie zawsze wyimaginowany). Ale jednocześnie ci sami ludzie nadal otaczają czcią Hitlera, traktują niemieckich żołnierzy jak bohaterów, uważają zbrodniarzy wojennych za ofiary aliantów, nie wierzą w ich zbrodnie, nie dopuszczają takiej możliwości, nienawidzą Żydów. Nie zrozumieli nic, z lekcji, jaką dostali. O tym właśnie pisałam we wstępie. Kiedy widzimy brudne, głodne, zmęczone dzieci, kiedy patrzymy na zgwałcone kobiety, na matkę, która musi porzucić swoje potomstwo, na koczujących w strasznych warunkach uciekinierów, współczujemy im, ale oni natychmiast tym, co mówią, przypominają nam, co jest przyczyną, a co skutkiem. Najpierw przecież było Coventry, że wrócę do, chyba niedosłownego, cytatu ze zbioru reportaży Dagermana. Ale to nie koniec. Wojna i koszmarne warunki egzystencji spowodowały znieczulenie na zło, zanik ludzkiej bezinteresowności i życzliwości. Zbrodnię popełnić jest niezwykle łatwo, jeśli śmierć była i jest codziennością. Przerażająca jest scena zabójstwa właściciela łodzi. Przerażające jest to, co ją poprzedziło. I nie ma czasu na rozpacz, refleksję, wyrzuty sumienia, odczucie tragedii, bo trzeba przepłynąć rzekę i ruszać dalej. Co myśmy zrobili, rzuca Thomas (cytat z pamięci) i już w kolejnej scenie widzimy, jak siedzą w łodzi, o którą poszło. Trzeba zdobyć jedzenie, nawet posuwając się do kradzieży, trzeba żebrać, a nawet złożyć ofiarę ze swojego ciała. Przerażające jest też to, że kiedy wreszcie dzieci dotrą do domu swojej babci, gdzie o dziwo czeka na nie względny dostatek, nie znajdą tam całkowitego ukojenia. Mogą się wreszcie umyć, śpią w czystej pościeli, nie są głodne, ale panuje tu emocjonalny chłód. Babcia potrafi być bezwzględna i ostra jak brzytwa (podobnie inni dorośli). Te obrazy przypominają sceny w domu pastora, jednego z bohaterów "Białej wstążki" Hanekego. Zło w "Lore" jest tym straszniejsze, że wszystko rozgrywa się w sielskim otoczeniu. Okolice, przez które wędrują dzieci razem z Thomasem, są często piękne, pozornie nietknięte wojną, niezniszczone (wieś niemiecka ucierpiała znacznie mniej, bombardowane były miasta). Piękno krajobrazu wydobywają poetyckie obrazy, których tutaj tak wiele. Ale poezja wcale  nie łagodzi ostrza filmowej opowieści. Przeciwnie.

Na osobną uwagę zasługuje para głównych bohaterów: tytułowa Lore i pomagający jej Żyd, Thomas. Dziewczyna dojrzewa, zmienia się. Nie tylko musi nagle stać się dorosła, wziąć odpowiedzialność za młodsze rodzeństwo, podejmować kontrowersyjne, trudne decyzje. Jako jedyna wie, co naprawdę stało się z rodzicami. Zstępuje do piekła. Jest najstarsza, najwięcej rozumie. Kiedy młodsze dzieci widzą tylko zakrwawionego trupa kobiety, ona domyśla się, co ją przed śmiercią spotkało. Chcąc ratować bliźniaków i siostrę, jest gotowa oddać najmłodszego brata. Szukając ratunku, handluje swoim ciałem, czym pośrednio przyczynia się do jego zamordowania. To wszystko już jest potworne, ale może jeszcze gorsze jest powolne uświadamianie sobie, co robił  ojciec w czasie wojny. Stopniowo dopuszcza do siebie myśl, że na zdjęciach, które wieszają alianci, są prawdziwi ludzie, nie aktorzy, a jej ojciec uczestniczył w tej zbrodni. Nie może też oszukiwać się, jak jej młodszy brat, że Thomas udaje Żyda, bo Amerykanie ich lubią. Nie tylko wie, że nim jest, ale powoli zdaje sobie sprawę, co przeszedł i jaki udział mieli w tym jej rodacy, czciciele Hitlera, którego i ona czcią jeszcze wczoraj otaczała. Początkowo nienawidzi Thomasa, wręcz się nim brzydzi, właśnie dlatego, że jest Żydem. Potem go potrzebuje. Jednocześnie pod jego wpływem budzi się w niej kobieta. Ich relacja nie jest prosta i łatwa. Nienawiść, strach, obarczanie winą za śmierć brata i zabójstwo rybaka mieszają się z fizycznym pożądaniem, fascynacją, kiełkującym uczuciem i współczuciem. Lore dostrzega w nim nie tylko mężczyznę, ale także człowieka, co jest znacznie ważniejsze. I znowu filmowa poezja, poetyckie kadry w subtelny sposób, bez zbędnych słów, pokazują nieoczywistą relację między dwojgiem na wskroś obcych sobie ludzi. Także to jak Lore dorasta. Dorasta do człowieczeństwa.

I jeszcze na chwilę pochylę się nad Thomasem, najbardziej tajemniczą postacią. Przede wszystkim niejasne są jego motywacje. Dlaczego decyduje się pomagać Lore i jej rodzeństwu? Zwyczajna ludzka przyzwoitość, życzliwość? Samotność? Potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem za wszelką cenę? Wrażliwość na cudze nieszczęście? Umiejętność współodczuwania pogłębiona przez własne tragiczne, obozowe doświadczenia? A przecież mógłby nienawidzić, pragnąć zemsty. Być może ktoś zarzuci twórcom filmu, że postawa Thomasa jest nieprawdopodobna, że jego postać trąci naiwnością. Ale przed zarzutem, że to bohater uproszczony, broni go jego niejednoznaczna postawa. Czasami obojętność i szorstkość, kradzieże, znieczulenie na śmierć, wreszcie zbrodnia. Co się z nim stanie? Nie zostały mu nawet zdjęcia, które nosił w portfelu, jedyne pamiątki z przeszłości. Tak jak nagle pojawia się w życiu Lore i jej rodzeństwa, tak nagle znika. Pomógł im, a jednocześnie przyczynił się do tragedii. 

Warto jeszcze zwrócić uwagę na świetne role aktorek grających siostry. Mnie przekonuje także aktor wcielający się w milczącego, tajemniczego Thomasa. Jego smutna, nieruchoma twarz ma w sobie jakiś magnetyzm.

Norman Manea "Kryjówka"

O rumuńskim pisarzu Normanie Manei przebywającym od 1986 roku na emigracji w Stanach usłyszałam jakiś czas temu. Natknęłam się na jego eseje i opowiadania, przeglądając książki wydawnictwa Pogranicze, któremu zawdzięczam kilka bardzo ciekawych literackich odkryć. W zeszłym roku moją ciekawość podsyciła nominacja jego wspomnień "Zapiski chuligana" do ścisłego finału nagrody Angelus. No ale jakoś dotąd nie złożyło się, aż tu nagle dowiaduję się, że wydano jego powieść "Kryjówka" (Czytelnik 2012; przełożył Kazimierz Jurczak). Tym razem nie przepuściłam okazji i postanowiłam spotkać się z prozą rumuńskiego pisarza. Spotkanie przedwczoraj dobiegło końca (od napisania tej notki do jej opublikowania minęły prawie dwa miesiące), spieszę więc, aby donieść, jak wypadło.
Jak łatwo się domyślić, powieść Manei to historia, której bohaterami są rumuńscy emigranci z kilku pokoleń przybyli do Stanów w różnym okresie. Łączy ich kariera akademicka i wspólna przeszłość w dawnej ojczyźnie. Jest najstarszy i najwybitniejszy z nich, światowej sławy profesor Dima, którego wspomnienia opublikowane po śmierci staną się przyczyną pewnej sensacyjnej historii. Jest jego uczeń i admirator, Palade, który w imię uczciwości i prawdy nie zawaha się krytykować młodzieńczych faszystowskich sympatii swojego mentora. Ta krytyka, która wywoła burzę i w środowisku emigracyjnym, i w Rumunii, przysporzy jej autorowi wielu kłopotów. Są wreszcie dwaj najważniejsi: Peter Gaspar i Augustyn Gora. Ten pierwszy, rumuński Żyd, jest młodszym kuzynem Lu, żony Augustyna Gory. To on zostanie zamieszany we wspomnianą sensacyjną historię, ponieważ zdecyduje się zrecenzować wspomnienia profesora Dimy.
Mimo że powieść obfituje w różne nieprawdopodobne i awanturnicze historie, które przydarzają się Peterowi Gasparowi, odkąd pojawił się w Stanach, a nastąpiło to stosunkowo późno, bo już po roku 1989, nie jest w żadnej mierze książką przygodową, sensacyjną czy kryminalną. Nie jest to też historia miłosna, chociaż fascynacja, miłość i tęsknota za Lu odgrywa w niej sporą rolę. Czym wobec tego jest? Przede wszystkim opowieścią o niewesołym doświadczeniu emigracyjnym. Mimo że bohaterom udaje się zrobić mniejszą lub większą karierę uniwersytecką, na zawsze pozostaną emigrantami. A oznacza to samotność, wyobcowanie, niemożność prawdziwego porozumienia z Amerykanami i oderwania od rumuńskiej przeszłości: żydowskiej, faszystowskiej i komunistycznej. Przeszłość, chociaż odległa, stale wraca do Paladego, Gaspara, Gory i Dimy. Cały czas pozostają aktualne pytania o postawy wobec faszystów a później komunistów. Kto sympatyzował z tymi pierwszymi, kto donosił tym drugim, kto ośmiela się szargać przeszłość profesora Dimy, niekwestionowanego autorytetu? Chociaż wyjechali, aby odciąć się od tamtych czasów, historia i tak ich dopadnie. Na nic wysiłki, stale kiszą się we własnym sosie. Może dlatego, że mimo długich lat spędzonych w nowej ojczyźnie tak naprawdę czują się tu obco. Prawdziwe spotkanie wymagające zrozumienia jest niemożliwe. Dwa różne światy, które wzajemnie się sobie dziwią. Chociaż wszyscy mówią po angielsku, nie rozumieją siebie, mijają się. Samotność staje się coraz dotkliwsza wraz z upływającym czasem. Coraz bardziej daje o sobie znać starość. Ciało zmienia się, zaniedbane przybiera monstrualne rozmiary, dopada choroba. Lekarze, szpital, operacje, napady paniki, depresja. I z tym wszystkim trzeba się zmierzyć w pojedynkę, bo decyzja o emigracji oznaczała rozstanie z ukochaną, o której nie udało się zapomnieć. Lu, żona i kochanka, jest stale obecna w duszach Gory i Gaspara. Nieuchronnie upływający czas staje się coraz istotniejszym tematem powieści. Jak łatwo się domyślić, nie jest to temat wesoły. Partie książki opowiadające o udrękach choroby, o ciele, które coraz starsze stale o sobie przypomina, są bardzo przygnębiające. To jednak nie jedyne lęki, jakie dręczą bohaterów. Dużo tu rozmaitych strachów powodujących bezsenność, a jeśli nawet uda się zasnąć, senne koszmary nie pozwalają zaznać wytchnienia. Świat nie jest miejscem bezpiecznym. Przyczyną nieprzespanych nocy i dni nieprzynoszących wytchnienia jest  nie tylko przeszłość związana z krajem młodości, ale i to, co dzieje się tu i teraz. Wydaje się, że świat skończył się 11 września 2001 roku.
Gdzie wobec tego znaleźć ratunek przed samotnością, wyobcowaniem i lękiem? Bohaterowie szukają go w książkach. To one dają wolność w komunistycznej ojczyźnie. Dyskusje o rozmaitych lekturach, często zakazanych, toczone w gronie studentów w małym pokoju na mansardzie jednej z bukaresztańskich kamienic pozwalają zapomnieć o tym, co wokół i wzbudzić tęsknotę za innym światem. Naiwni, nie wiedzą jeszcze, że ten świat nie przyniesie im spełnienia. Kto dostąpił zaszczytu bywania na tych literackich wieczorach, czuł się wyróżniony. Potem książki są ratunkiem w samotnym życiu emigranta. Dają schronienie wykorzenionej duszy. Co za paradoks: literatura, która pozwalała marzyć o wolnym świecie, potem w tym wolnym świecie musi koić ból samotności i tęsknoty. Ale książki są też pułapką. Zastępują prawdziwe życie. Nic dziwnego, że trudno się w nim odnaleźć, skoro całą wiedzę o świecie czerpało się i czerpie z lektury. Literatura jest zasadzką, w którą łatwo wpaść. Z jednej strony ratuje, z drugiej, wciągając, oddziela od rzeczywistości. Jak narkotyk. Może prowadzić do dobrego, ale i do złego. Może być przyczyną szczęścia, ale i nieszczęścia. Jest całkiem prawdopodobne, że życie Petera Gaspara potoczyłoby się szczęśliwiej, gdyby zamiast zwrócić się ku książkom, został koszykarzem. Wiele nieszczęść bohaterów ma swoje źródło w lekturach (wątek kryminalno-sensacyjny zaczyna się od opublikowania  wspomnień profesora Dimy). Ale profesor Augustyn Gora nadal wierzy w potęgę literatury, dlatego wyśmiewa ignorancję terrorystów, którzy 11 września zaatakowali centra finansowe i militarne, a nie Bibliotekę. Może dlatego świat przetrwał?
Powieść Manei pełna jest niedopowiedzeń i zagadek. Nie wszystko zostanie wyjaśnione. Nigdy nie dowiemy się, kim jest narrator, który ujawnia się w niektórych partiach książki. Sporo tu snów, fantazji, scen rozgrywających się nie wiadomo: na jawie czy w wyobraźni bohaterów. Dużo literackich aluzji i tropów. To wszystko sprawia, że momentami nie jest to najłatwiejsza lektura, ale na pewno warta uwagi.

"Bez wstydu". Filmowy debiut Filipa Marczewskiego.

Jako że kibicuję polskiemu kinu, wybrałam się na "Bez wstydu" Filipa Marczewskiego, mimo że oceny zbiera raczej średnie. Film znalazł się w konkursie głównym tegorocznego gdyńskiego festiwalu, ale nagrody żadnej nie zdobył, nie był też jakoś gorąco dyskutowany (tradycyjnie śledziłam liczne spory w trakcie i po). Krótko mówiąc, nie był to ten tytuł, na który po Gdyni czeka się niecierpliwie. Cóż, obejrzałam i nie dziwię się. Chociaż nie żałuję, że wybrałam się do kina, film mnie ani nie zbulwersował, ani jakoś specjalnie nie poruszył. Stało się tak chyba dlatego, że temat-tabu, kazirodcza miłość między bratem i siostrą, został rozwodniony, bo scenarzysta i reżyser za dużo srok za ogon na raz chcieli złapać, co niestety filmowi na dobre nie wyszło. Mam też kilka innych zastrzeżeń, ale o nich w drugiej części moich refleksji. Co wobec tego "Bez wstydu" ratuje? Przede wszystkim dwie główne role: Agnieszki Grochowskiej i Mateusza Kościukiewicza. Ta para przyciąga uwagę widza. A poza tym film po prostu dobrze się ogląda. Czy to wystarczy, aby wybrać się do kina, każdy powinien zdecydować sam. Tym razem nie napiszę, że wizyta obowiązkowa. Tyle dla tych, którzy nie widzieli, a dla pozostałych jak zawsze ciąg dalszy.

Zanim zacznę się pastwić nad błędami, przyjrzę się trochę bohaterom. Kiedy oglądałam film, przede wszystkim stawiałam sobie pytanie: czy to zakazane uczucie jest wzajemne, a jeśli tak, to od kiedy? Czy Anka, najprawdopodobniej po śmierci matki, odesłała swojego młodszego brata do ciotki, bo przerosła ją opieka nad Tadzikiem, czy dlatego, że zdawała sobie sprawę z tego, jakim uczuciem ją darzy? A jeśli tak, to czy i ona czuła to samo? Początkowo nic nie wskazuje na wzajemność z jej strony. Ale kiedy nagle przeprasza brata za to, że go z domu wyprawiła, mówi: "Nie powinniśmy zapominać, że jesteśmy rodzeństwem." (cytat z pamięci). Te słowa obudziły moją czujność, bo brzmią dwuznacznie. Mogą oznaczać tylko siostrzano-braterskie uczucie i troskę, która powinna za tym iść, ale równie dobrze ostrzeżenie: "Jesteśmy rodzeństwem i nie wolno nam o tym zapomnieć. Nie możemy przekroczyć granicy, mimo że bardzo byśmy chcieli." Nadal jednak stawiałam raczej na brak wzajemności. Dopiero scena miłosna, i wszystko, co po niej nastąpiło, przekonała mnie ostatecznie, że i Anka czuje do Tadzika to samo, co on do niej. Jest starsza i rozsądniejsza, więc doskonale zdaje sobie sprawę, że to uczucie zakazane, bez jakiejkolwiek przyszłości, toteż stara się chronić przed nim i siebie, i jego. Czy dlatego jest taka nieczuła, obcesowa, nieprzyjemna, oschła? Czy dlatego nie potrafi uporządkować swojego życia? Czy dlatego wiąże się z nieodpowiednimi facetami, bo chce za wszelką cenę stłumić zakazaną miłość do brata? A może dopiero kiedy Tadzik wrócił, uczucie się odrodziło? Może zapomniała, zwalczyła, a nieoczekiwane pojawienie się chłopaka na nowo zburzyło jej spokój? To musi pozostać w sferze domysłów. Podobnie jak nieoczywiste zakończenie.

Wspominałam już we wstępie o Agnieszce Grochowskiej i Mateuszu Kościukiewiczu. Oboje dali swoim postaciom niejednoznaczność. Ona  zimna, oschła, pewna siebie, wyzywająca, innym razem czuła, zagubiona, bezbronna, wrażliwa. Kiedy trzeba, potrafi działać zdecydowanie. On młodzieńczo bezkompromisowy, zazdrosny o siostrę, nie przebierając w środkach, stara się wyeliminować znienawidzonego rywala. Raz po dziecięcemu prawie bezradny w swoich uczuciach, innym razem bierze na siebie odpowiedzialność i za wszelką cenę chce zdobyć pieniądze na spłacenie długu. Uczciwy, brzydzi się poglądami faceta Anki i swoich kumpli (i nie boi się powiedzieć, co o tym myśli), ale jednocześnie przyjmuje ofiarowany mu przez Irminę kradziony dywan i pozwala wcisnąć kit sprzedawcy, aby jak najwięcej zarobić. Grochowska i Kościukiewicz bronią swoich bohaterów. Trudno nie polubić Tadzika, a i Anka początkowo odpychająca, z czasem zaczyna budzić swoim pogubieniem sympatię.

Czas na zarzuty. Jeśli celem reżysera i scenarzysty było wywołanie dyskusji, zaszokowanie publiczności, wzburzenie czy wzruszenie, to nic z tego nie wyszło. Film pozostaje letni, nie zachęca do zadawania sobie pytań na niewygodne tematy. A stało się tak moim zdaniem dlatego, że za dużo tu wszystkiego. Jest i kwestia romska, i faszyzująca młodzież, i nieuczciwi, obleśni politycy. Te wątki rozrzedzają główny temat filmu. W dodatku prowadzone są dość nieudolnie.

Historia Irminy jest do bólu przewidywalna, nie ma w niej żadnego dramatyzmu, z czasem staje się nieznośnie melodramatyczna. Scena jej powrotu do niechcianego męża, który wspaniałomyślnie wybacza, bo chyba (tak każe nam wierzyć reżyser) kocha, jest niczym z kiczowatego wyciskacza łez. I nawet jeśli w zamierzeniu twórców to celowy kicz, ja tego  nie kupuję. Naiwnie brzmi też żal Irminy, która obwinia Tadzika o to, że ostatecznie nie miała wyboru i musiała zaakceptować zaaranżowane przez ojca małżeństwo. A co by się zmieniło, gdyby  znalazł dla niej czas i wysłuchał? Uciekliby razem? Na to liczyła? Co by to dało? Jeśli reżyser chciał pokazać wewnętrzny dramat Tadzika, pokazać, jego rozdarcie pomiędzy uczuciem do siostry i Irminy, to nie wyszło mu to zupełnie. Ankę kocha, a Irminę traktuje jak dobrego kumpla. I nawet trudno wzruszyć się czy zezłościć losem biednej, romskiej dziewczyny, która przeżywa miłosny zawód. A przecież powinniśmy.

A wątek społeczno-polityczny? Jest schematyczny. Andrzej, facet Anki, to typ od początku do końca niesympatyczny i odrażający. Im dalej, tym gorzej. Żadnego wewnętrznego skomplikowania. Poseł, grany przez Pawła Królikowskiego, to wyjątkowa kanalia. Jak z potocznych wyobrażeń o politykach, którzy kradną i robią różne świństwa. Faszyzujący młodzieńcy też są straszni, napadają na Romów, czytają faszystowskie broszury, zło w czystej postaci. Kpię i ironizuję, nie chcę, aby ktoś pomyślał, że mam zamiar ich bronić. Takie poglądy są mi obce, przerażają mnie i budzą odrazę, ale w "Bez wstydu" poważny problem zostaje pokazany na poziomie marnej telenoweli. Stąd mój kpiarski ton. Nie da się robić filmu o wszystkim, bo powstaje film o niczym. Szkoda.

Wasilij Grossman "Życie i los"

O Grossmanie od czasu do czasu coś tam obijało mi się o uszy: że wybitny, wielki, jednym słowem koniecznie powinno się przeczytać, ale jakoś pozostawałam na jego książki obojętna. Może dlatego, że o wojnie? Aż nagle dojrzałam do lektury i postanowiłam przeczytać. Wypadło na "Życie i los" (W.A.B. 2011; przełożył Jerzy Czech), bo drugiej ("Wszystko płynie") akurat nie było w księgarni. Lekko się przeraziłam, gdy wzięłam do ręki tom nabrzmiały od ponad ośmiuset stron. Aż tyle o wojnie, jęknęłam w duchu. Cóż było robić, kosztował niemało, więc nie mogłam zdezerterować. I słusznie. To powieść, nie boję się tego powiedzieć, rzeczywiście wielka, wspaniała, wybitna, po prostu kawał LITERATURY! Teraz już wiem, że i tę drugą koniecznie muszę zdobyć i przeczytać.

Na początek kilka słów o autorze, bo kiedy wspominałam, co aktualnie czytam, nikt jakoś Grossmana nie kojarzył. Rosyjski pisarz "o żydowskich korzeniach" (cytuję z okładki), urodzony na początku zeszłego wieku na Ukrainie, zmarł w roku 1964. Autor opowiadań i kilku powieści. Obie wspomniane przeze mnie miały swoją premierę na Zachodzie, w Związku Radzieckim ukazały się dopiero w roku 1989, w Polsce wydano je początkowo w drugim obiegu. "Życie i los" historię miało dramatyczną: skonfiskowano maszynopis, na szczęście jeden udało się ocalić i przemycić na Zachód, gdzie został opublikowany już po śmierci pisarza.

Akcja tej monumentalnej powieści rozgrywa się w czasie kilku  miesięcy, które zadecydowały o losach drugiej wojny, a tym samym świata. Chodzi oczywiście o Stalingrad. Zwycięstwo Armii Czerwonej nad wojskiem hitlerowskich Niemiec odwróciło losy wojny. Ale ten szczęśliwy przełom okupiony ogromną ilością ofiar  i całkowitym unicestwieniem miasta, pozwolił potem Stalinowi dyktować warunki jego zachodnim sojusznikom. Co to oznaczało dla naszego zakątka Europy, wiadomo, co dla Rosjan też. Ale nie o przyszłości jest ta powieść, chociaż narrator od czasu do czasu do przodu wybiega, zapowiadając to, co się stanie. Bohaterami książki są członkowie inteligenckiej rodziny Szaposznikowów i ludzie jakoś z nimi związani. Ale przez karty powieści przewija się mnóstwo innych postaci, czasem też historycznych. Nie należy zniechęcać się, jeśli początkowo ten literacki tłumek myli się i miesza. Z czasem wszystko ułoży się, splecie w jedną całość, a my z zapartym tchem będziemy śledzić losy tych ludzi. Wojna rzuciła bohaterów w różne miejsca. Ktoś ukrywa się w ruinach obleganego Stalingradu, ktoś tam walczy, stawiając beznadziejny opór w słynnym oblężonym domu, ktoś dowodzi kompanią czołgów, ktoś jest pilotem, ktoś oficerem politycznym. Ale nie tylko na froncie i na jego tyłach rozgrywa się akcja powieści. Także w Kazaniu, gdzie z Moskwy ewakuowano wiele instytucji. W Kujbyszewie, gdzie mieszka w wynajmowanej klitce jedna z sióstr. Na kałmuckich stepach, w getcie jakiegoś ukraińskiego miasteczka, w obozie jenieckim, w łagrze na dalekiej Syberii i wreszcie na Łubiance, stalinowskim więzieniu. Chociaż wydaje się to niemożliwe i nieprawdopodobne, to jednak we wszystkich tych ciemnych, strasznych miejscach toczy się życie. Czy to schron, czy piwnica w oblężonym mieście, czy otoczony dom, w którym broni się rosyjski oddział, czy obozowy barak wszędzie ludzie próbują żyć. Toczą się rozmowy, uprawia się seks, kocha się kogoś, za kimś tęskni, na kogoś czeka, gotuje, je, pije, żartuje, śpiewa, dyskutuje i kłóci. I tylko czasami w tę wojenną zwyczajność wtargnie z nagła coś okrutnego: jakaś egzekucja, czyjaś śmierć. Jak iskra, jak grzmot, który zaraz ucichnie. I chociaż trwa to zwykle chwilę a bohaterowie, szczególnie ci na froncie i ci w obozach, wydają się być znieczuleni na wojenne zło, nie mogą wypędzić spod powiek niechcianych koszmarów. A wraz z nimi obuchem po głowie dostaje czytelnik. Nie ma co ukrywać: jest w tej powieści wiele szarpiących trzewia scen. Szczególnie mocne i przejmujące są te opowiadające o losach Żydów zamkniętych w gettach ukraińskich miast, schwytanych na obrzeżach Stalingradu. Poznajemy historię kilkorga z nich. Jadą jednym z transportów do obozu. Mnie najbardziej poruszyła opowieść o Dawidzie, chłopcu wysłanym przez matkę z Moskwy do babci na Ukrainie. Wydawało się, że tam będzie bezpieczniej. Do czasu. Towarzyszymy mu i innym do tragicznego końca. Trudno zapomnieć poetycko-realistyczny obraz ich śmierci w komorze gazowej. Równie okrutne i bolesne są sceny przesłuchań na Łubiance, a jeszcze mocniejsze obrazy pędzonych do niewoli niemieckich jeńców wojennych. W łachmanach, owinięci czym popadnie, często bosi, głodni i zmarznięci niedawni triumfatorzy wędrują czwórkami na Sybir. Wielu nie dotrze. Grossman z całą bezwzględnością pokazuje okrucieństwo wojny, pochylając się z litością nad każdym. I nad rosyjskim żołnierzem, i nad niemieckim. Każdy z nich miał jakieś swoje przedwojenne, zwyczajne życie. Ktoś kochał literaturę i muzykę, ktoś był inżynierem, ktoś studentem, a ktoś robotnikiem. Wojna ich zrównała, zapędziła do ziemianek, schronów i okopów. Jednych zaraziła nienawiścią, innych nie pozbawiła ludzkich odruchów. Ktoś, nawet w chaosie wojny, ocali w sobie człowieczeństwo i zamiast mścić się na na wrogu, podaruje mu kromkę chleba, nie bardzo wiedząc dlaczego, inny nie dostrzeże w nim człowieka i kopnie jak psa, zabijając.

Równie przejmujący jest obraz zrównanego z ziemią, oswobodzonego Stalingradu. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze parę miesięcy wcześniej toczyło się tu normalne życie. Jeszcze trudniej, że kiedyś to miasto, jak wiele innych, zmartwychwstanie. Kiedy razem z jedną z bohaterek wędrujemy po morzu gruzów, kiedy razem z nią szukamy jej domu, sklepów, w których robiła zakupy, teatru, kawiarni, do której chodziła, jesteśmy przerażeni i bezradni.

Ale życie bohaterów zrujnowała nie tylko wojna. Przetoczył się po nich także walec komunizmu. Wśród postaci przewijających się przez karty powieści nie ma zajadłych wrogów systemu. Przeciwnie, jest pomiędzy nimi wielu ideowych komunistów, którzy swoje przekonania wykuwali jeszcze w czasach Lenina. Długo ufali Stalinowi, popierali kolektywizację wsi, wierzyli, że oskarżani i skazywani w czystkach 1937 roku byli winni. Teraz, w czasie wojny wielu z nich zostanie wystawionych na próbę. W wielu zacznie się budzić świadomość niesprawiedliwości i okrucieństwa systemu. Ta powieść pokazuje z jednej strony nieprawości stalinizmu: fałszywe oskarżenia, sfingowane procesy, donosicielstwo, strach, nieufność, łamanie ludzi, zsyłki do łagrów, rodzący się antysemityzm i niechęć do innych narodów niż rosyjski, z drugiej kształtowanie się pod wpływem wojny rosyjskiej świadomości narodowej i ustroju narodowo-państwowego. To wtedy powstał mit wojny ojczyźnianej, mit wielkiego narodu rosyjskiego, który oswobodził Europę, mit żywy do dziś. Losy jednostek splatają się z losem narodu. Jedna z bohaterek przypomina sobie wszystkie nieszczęścia, które dotykając narodu, nie oszczędziły jej rodziny:

"Epoka powszechnej kolektywizacji, rok trzydziesty siódmy, los kobiet, które trafiły do obozów jako żony represjonowanych, los ich dzieci, które zabrano do domów dziecka... Postępowanie Niemców z jeńcami, wojenne nieszczęścia i porażki, wszystko to dręczyło ją, pozbawiało spokoju tak samo, jak nieszczęścia we własnej rodzinie."

Powieść Grossmana nie byłaby zapewne tak interesująca i wstrząsająca, nie dotykałaby tak mocno prawdy o ludzkim życiu i losie, gdyby nie historie bohaterów. Im dalej, tym lepiej ich poznajemy, tym mocniej przeżywamy ich losy, które coraz bardziej się komplikują. Dylematy moralne, życiowe wybory najwyższej wagi, poświęcenie, cierpienie, strata, miłość, także ta niechciana, bo nielegalna niosąca duchowe męki, małość i wielkość człowieka. To wszystko brzmi górnolotnie i ogólnikowo, ale rozpisane na konkretne ludzkie historie porusza. Pokazuje to, co stanowi sedno naszego życia. Cały jego tragizm i ulotne piękno.


Hans Fallada "W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944"

Proszę się nie obawiać. Wbrew tytułowi ta książka to nie zapiski więzienne, a notatki robione w więzieniu. Jaka to różnica? Otóż zasadnicza: jest to spisana w celi, z narażeniem życia, opowieść o życiu w III Rzeszy w latach 1933-1944, a bohaterem tej historii jest sam Fallada, niemiecki pisarz stosunkowo mało u nas znany. Tak się dziwnie złożyło, że, oprócz książki, o której piszę: "W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944" (Czytelnik 2011; przełożył Bogdan Baran), wyszła właśnie jedna z jego powieści wydana przez całkiem inne wydawnictwo ("Każdy umiera w samotności" Sonia Draga). Na razie czeka grzecznie na swoją kolej na półce. Ale do rzeczy.

Kiedy spojrzymy na tytuł i skojarzymy go z datą, możemy łatwo ulec kolejnemu złudzeniu. III Rzesza, wojna, więzienie, a więc pewnie sprawa polityczna. Otóż nic bardziej błędnego. Fallada odbywa karę w więzieniu dla umysłowo chorych, gdzie trafił z zarzutem usiłowania zabójstwa swojej żony. Nie pierwszy to zresztą wyrok w awanturniczym życiu artysty. To właśnie w takich warunkach powstaje dziennik, a właściwie pamiętnik czy wspomnienia. Ma być świadectwem prawdy o tamtych czarnych czasach. Autor daje upust swojej nienawiści do nazistów, ale też tłumaczy, dlaczego nie wyemigrował jak wielu innych artystów. A pozostanie w kraju z konieczności wymuszało wiele kompromisów. Ponieważ szczerość mogła kosztować go życie, Fallada pisze swoje wspomnienia drobnym maczkiem, używa wielu skrótów na przykład n. oznacza nazistów. W ten sposób minimalizuje ryzyko w razie wpadki. W końcu korzystając z przepustki, wynosi swój dziennik poza więzienie i skrzętnie ukrywa. Dlatego zapisków nie doprowadza do końca.

Wspomnienia Fallady to obraz życia w III Rzeszy. Pierwsza notatka zaczyna się od dnia, kiedy spłonął Reichstag, ostatnia to  lata wojny. Oczywiście, jak już wspomniałam, bohaterem tej książki jest sam pisarz i jego najbliżsi: rodzina, przyjaciele. Ale oprócz tego dostajemy obraz degeneracji społeczeństwa niemieckiego w czasach nazizmu. Wspomnienia są odpowiedzią na pytanie, jak udawało się żyć w III Rzeszy, jeśli nie podzielało się powszechnie panujących poglądów.

To historia artysty, pisarza, człowieka, który nie interesuje się polityką, ale żyje w takim miejscu i w takim okresie, że od polityki uciec nie sposób. W tych momentach historia dogania każdego i zmusza do zajęcia jakiegoś stanowiska. Można mówić, że polityka nas nie obchodzi, ale zawsze ma wpływ na nasze życie, czy sobie tego życzymy czy nie. A w burzliwych czasach,  w jakich przyszło żyć Falladzie, ten wpływ był większy niż zwykle. Cenzura, zakazy wydawania pisarzy znajdujących się na liście artystów niepożądanych, palenie książek uznanych za nieprawomyślne. Co ma zrobić artysta, kiedy jego twórcza wolność zostaje ograniczona? Wielu decyduje się na emigrację, on zostaje. Wyjazd za granicę to niepewność, poniewierka, często ucieczka, bieda, zaczynanie wszystkiego od nowa. Ale pozostanie w kraju to albo decyzja o współpracy z nazistami, albo borykanie się z kłopotami finansowymi i polityczne represje, albo wieczne lawirowanie pomiędzy władzą a wiernością swoim poglądom. To szukanie tej cienkiej granicy po przekroczeniu której traci się twarz. Fallada stale lawiruje. Z jednej strony pisze o swojej nienawiści do nazistów, pomstuje na to, co zrobili z niemieckim narodem, z drugiej stara się pisać i wydawać. Martwi się, że trafi na listę artystów niepożądanych, bo to grozi utratą dochodów. Jak daleko musi się posunąć, niech świadczy fakt, że w pewnym okresie pisze scenariusz filmowy i zgodnie z instrukcją Goebelsa idzie na daleko idące ustępstwa, dopisując zakończenie w duchu nazistowskim. Po cichu liczy na to, że zanim film będzie gotowy, władza upadnie. Może po to, aby usprawiedliwić siebie, a może po to, aby oddać prawdę o tamtych czasach, pisze też o innych. Na przykład o swoim znajomym, znanym rysowniku, który regularnie publikował  karykatury w jednym z nazistowskich pism. Jak się tłumaczył? Była wojna, wrogami III Rzeszy byli Churchill, Roosevelt i Stalin, więc z nimi walczył swoimi rysunkami. A za zasługę poczytywał sobie, że nie rysuje karykatur antysemickich. A jego żona usprawiedliwiała go przymusem rysowania. Pewnie dlatego, zdając sobie sprawę z dwuznaczności swojej sytuacji, kilkakrotnie gwałtownie krytykuje emigrantów. Pisze, że nie mają prawa się wypowiadać o czymś, o czym nie mają pojęcia. Szydzi z emigracyjnych apeli o stawianie aktywnego oporu  nazistom. Twierdzi, że łatwo wzywać z bezpiecznego portu. Mówi, że nie wiedzą, ilu trudów i wyrzeczeń wymagało zabieganie o zwykłe, codzienne sprawy: zdobywanie pieniędzy, opału, żywności. Jak tłumaczy swoją decyzje o pozostaniu? Zwyczajnie: apolitycznością i miłością do kraju. Przyznaję, że trudno mi zrozumieć podobne postawy. A jeszcze trudniej zachowanie wielu po wybuchu wojny. Wydawca Fallady, kiedy się o tym dowiaduje, wraca z emigracji i mimo swoich antynazistowskich poglądów zaciąga się do wojska.

Druga warstwa tych wspomnień to obraz degeneracji stosunków międzyludzkich. Przede wszystkim wieczna nieufność spowodowana powszechnym donosicielstwem. Ostrożność należy zachować nawet wobec dawnych przyjaciół. Jak pisze Fallada:

"...gdy wówczas zeszło się w Niemczech trzech ludzi, jeden na pewno był donosicielem."

Pisarz też padł ofiarą takiego donosu, czego omal nie przypłacił życiem. Szczęśliwie skończyło się tylko na kilkunastodniowym areszcie, skąd dzięki staraniom żony i znajomych udało mu się wyjść. A pobudki kierujące donosicielami były nie tylko ideowe, ale przede wszystkim materialne. Zwykła, ludzka chciwość przykryta dla niepoznaki nazistowską ideologią wtrącała ludzi do więzień, a często prowadziła na śmierć. Kolejna sprawa to robienie karier przez rozmaite miernoty wierne nazistom. Fallada długo rozpisuje się o dwóch wójtach po kolei sprawujących władzę w wiosce, w której mieszka. Byli bezkarni, bo cieszyli się całkowitym zaufaniem partii. A układać się z nimi jakoś było trzeba, bo to od takich ludzi zależał na przykład przydział opału na zimę. Pisarz obserwując życie małej, spokojnej miejscowości, w której mieszka, pokazuje, jak zmieniają się stosunki sąsiedzkie. W miejsce wzajemnej życzliwości, uczynności, sympatii i zaufania wkrada się podejrzliwość, nieufność, donosicielstwo i zwierzęca walka o zapewnienie materialnej egzystencji. Ciekawy jest też obraz czasu wojny. Z perspektywy Fallady wojna to przede wszystkim codzienna udręka, kombinowanie, skąd zdobyć opał czy dodatkowy przydział żywności. I wreszcie antysemityzm. Dziennik jest dowodem na to, jak antysemicka propaganda przesiąka ludzkie umysły. Fallada wielokrotnie twierdzi, że nie jest antysemitą, ale też wielokrotnie daje dowody, jak antysemickie stereotypy zadomowiły się w jego sposobie myślenia. Powiela na przykład stereotyp o żydowskiej chciwości, w innym miejscu użyje pogardliwego epitetu drobny, wynaturzony Żydek, na kolejnych stronach z ubolewaniem pisze o zmianie swoich poglądów na temat Żydów.

Kupiłam i przeczytałam tę książkę ze względu na tematykę i entuzjastyczną notkę, jaką o niej przeczytałam na łamach książkowej rubryki w jednym z tygodników. Muszę przyznać, że po przeczytaniu poczułam się trochę rozczarowana. Pewnie miałam zbyt wielkie oczekiwania i stąd ten niedosyt. Owszem, książka jest ciekawa, ale jakoś szczególnie mnie nie poruszyła. A może to kwestia rozgadania tak charakterystycznego dla wspomnień czy dzienników. Groza gdzieś rozmywa się pośród żywiołu opowieści o znajomych i zdarzeniach czy pośród dygresji. Znacznie bardziej przeżyłam inne lektury na ten sam temat: "Południcę" Julii Franck, "Muzeum ziemi ojczystej" Siegfrida Lenza (o obu pisałam) i "Aimee i Jaguar" Erici Fischer (lektura jeszcze z czasów przedblogowych). Te książki naprawdę polecam. A po Falladę też sięgnąć na pewno warto. Może dla kogoś, kto jest miłośnikiem dzienników, takie świadectwo będzie bardziej interesujące? A ja jestem ciekawa powieści Fallady, która czeka cierpliwie na półce.

Siegfried Lenz "Muzeum ziemi ojczystej". Literacka podróż na przedwojenne Mazury.

Po paru miesiącach wróciłam do odkrytego dzięki znajomym Lenza i przeczytałam kolejną jego grubą powieść "Muzeum ziemi ojczystej" (Czytelnik 1991). Jak poprzednio, tak i teraz nie zawiodłam się. Czytajcie Lenza! Mam ochotę zakrzyknąć. Nie będę powtarzała informacji o pisarzu, zainteresowanych odsyłam do mojej notki o "Lekcji niemieckiego", przejdę od razu do rzeczy.
O czym jest powieść niemieckiego autora? O miłości do Mazur, naszych Mazur, co to może wkrótce zostaną uznane za cud natury. Czy na pewno naszych? Nie lubimy pamiętać, że tereny te w przeszłości miały skomplikowaną historię: były częścią państwa krzyżackiego, lennem polskim, Księstwem Pruskim, po pierwszej wojnie w wyniku plebiscytu stały się najbardziej wysuniętą na wschód rubieżą Niemiec (Prusy Wschodnie) i dopiero po drugiej wojnie w wyniku nowego podziału Europy stały się nasze. Zamieszkiwali te tereny przede wszystkim Polacy, Niemcy i Litwini, ale miejscowa ludność utożsamiała się ze swoją małą ojczyzną, Mazurami: krainą lasów, jezior, pagórków. Kto zna te tereny, jeszcze i dziś dostrzeże różnice: odmienną architekturę, rozsiane tu i ówdzie resztki krzyżackich zamków, może drobne odmienności języka. Głośna przed kilku laty, a wracająca dziś,  sprawa Agnes Trawny czy emigracja tutejszej ludności do Niemiec w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku to echa przedwojennej historii. Tu dygresja osobista. Jeden z moich wujków wżenił się w mazurską rodzinę. Najbliżsi krewni jego żony, mojej ciotki, jeden po drugim wyjeżdżali do Niemiec. Nie bardzo to rozumiałam. Kim są? Dlaczego tam jadą? Są Mazurami, nie czują się ani Polakami, ani Niemcami, tłumaczyła mi mama. Nie wiem, ile wtedy z tego pojęłam. Od dawna nie jestem już dzieckiem, znam zawiłą przeszłość, ale dziś dzięki Lenzowi na nowo odkrywam skomplikowaną, fascynującą i tragiczną historię tych terenów. To trochę jak wyprawa w inny świat. Jeśli, czytelniku tej notki, wykażesz jeszcze trochę cierpliwości, uchylę  zasłonę i zabiorę cię w podróż na przedwojenne Mazury.
Akcja powieści rozpoczyna się jeszcze przed pierwszą wojną światową w pięknie położonym nad jeziorami miasteczku Łukowiec (nazwa najprawdopodobniej zmyślona, miejsce pewnie nie, ale na kartach książki pojawia się wiele doskonale nam znanych miejscowości np. Giżycko), kończy w nadmorskiej wiosce w Szlezwiku najprawdopodobniej w latach siedemdziesiątych. W tym czasie przetacza się przez Europę historia, która burzy chwilowo a w końcu na stałe mazurski świat narratora, Zygmunta Rogalli. Więc najpierw jest pierwsza wojna: miasteczko kilkakrotnie przechodzi z rąk niemieckich  do rosyjskich i odwrotnie. Toczy się nawet jakaś bitwa. Potem przychodzi czas plebiscytowej kampanii i wreszcie radosny dzień dokonania wyboru, dla zdecydowanej większości święto niezmącone niepewnością wyniku, święto triumfu nad polską mniejszością. Potem lata spokoju, stabilizacji, aż wreszcie jakoś tak niepostrzeżenie rodzi się faszyzm. I znowu  nieoczekiwany wybuch kolejnej wojny, która, poza dramatycznym początkiem, pozostawia ten zakątek we względnym spokoju. Aż przychodzą Rosjanie i trzeba uciekać. To najtragiczniejszy i najdramatyczniejszy epizod powieści. Odwrót zimą, w śniegu i mrozie, przez opuszczone tereny bombardowane przez Rosjan. Noclegi gdzieś w przydrożnych rowach przy ognisku, głód, brud, śmierć chorych i słabszych, niekończące się oczekiwanie na miejsce na statku, jedynej drodze ucieczki. Ale pierwszeństwo mają ranni żołnierze, więc cierpliwie trzeba czekać. A to nie koniec gehenny: jeden ze okrętów zostaje trafiony. Krzyk, płacz, wołanie o ratunek. Ale czy da się dla nich coś zrobić? Nic! Można tylko bezradnie patrzeć, jak pod wodą toną twoi sąsiedzi, i dziękować Bogu, że to nie twój statek został trafiony przez samolot wroga. Co ma myśleć polski czytelnik, który śledzi te dramatyczne wydarzenia? Trudno, czytając te przygnębiające strony, nie współczuć uciekinierom, trudno nie litować się nad ich tragicznym losem. Z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że niewielu było wśród nich jawnych antyfaszystów, większość popierała Hitlera, dla większości niemiecka armia to nasze wojsko, nasi dzielni żołnierze walczący za ojczyznę, Trzecią Rzeszę. Jeśli komuś nawet, tak jak Zygmuntowi Rogalli, nie podobały się faszystowskie porządki zaprowadzone w Łukowcu i na Mazurach, to i tak czuł się niemieckim patriotą. Jak sobie z tym poradzić? Myślałam. I wtedy w sukurs przyszedł mi sam narrator. To on wypowiada proste, samokrytyczne, pełne goryczy słowa o zawinionej klęsce i przemocy, którą sami zasiali.
Wbrew temu, co może się wydawać, to nie powieść wojenna czy polityczna (a przynajmniej nie tylko). Historia zagląda tu  znienacka, czasami, w dodatku najczęściej groza łagodzona jest przez filtr pamięci. Narrator posługuje się eufemizmami: jeźdźcy Wschodu, mężczyźni w płaszczach, zaplombowane pociągi towarowe. "Muzeum ziemi ojczystej" to przede wszystkim kreowanie w pamięci utraconego świata (trochę jak w "Panu Tadeuszu"), do którego, jak twierdzi narrator, nie ma powrotu. Bo miejsce bez ludzi, którzy je zamieszkiwali, już nie jest tym samym miejscem. Traci swą magię, wartość i powab. A tych ludzi już tam nie ma. Jedni zginęli na froncie, na statku, w syberyjskiej czy hitlerowskiej niewoli, drudzy umarli, bo przyszedł ich czas, pozostali stworzyli sobie nowy świat, chociaż stale pielęgnują pamięć dawnego. Ale nie wszyscy myślą tak jak Zygmunt. Wielu wierzy, że polskie Mazury to tylko stan przejściowy. Dlatego narrator podejmuje dramatyczną decyzję o spaleniu tytułowego, tak bardzo mu drogiego, muzeum, które udało mu się odtworzyć w nadmorskiej, niemieckiej wiosce (takie samo, odziedziczone po wuju, prowadził w rodzinnym Łukowcu). Muzeum, o które tak dbał i walczył, które tak bardzo bronił przed próbami ocenzurowania i zafałszowania przeszłości.
Znowu się zapędziłam w polityczne rejony. Tymczasem materia tej powieści utkana jest z przedziwnych historii i zdarzeń, wspomnień z dzieciństwa i młodości opromienionych magią, z mazurskich zabobonów, wierzeń i obyczajów, opisów niezwykłego, pięknego świata. Iluż tu dziwaków, szaleńców, niezwykłych, barwnych postaci. Na przykład ojciec narratora, cieszący się sławą domorosły wynalazca leków dosłownie na wszystko (dla przemytników, aby stali się niewidzialni; dla żołnierzy, aby na froncie nie opuściła ich odwaga; na jad żmii). Więźniowie miejscowego zakładu karnego, którzy znają setki fascynujących opowieści. Bezwzględny, okrutny i nieczuły dziadek narratora. Sonja Turk, mistrzyni mazurskiej sztuki tkania gobelinów, a jednocześnie wiedźma. I wielu, wielu innych, których nie sposób tu wymienić. To właśnie sprawia, że ta, w gruncie rzeczy, gorzka powieść ma tak niezwykły urok.
A poza tym stawia Lenz ważne pytania: o patriotyzm i nacjonalizm, o relację między jednostką a zbiorowością, o kompromisy, o odwagę i tchórzostwo, o grzech zaniechania.  Konfrontuje postawy dwóch przyjaciół: stojącego z boku Zygmunta i wiecznego buntownika, odważnego Konniego, który lubi podważać powszechnie wyznawane poglądy i nie boi się postępować w kontrze do obowiązujących trendów, za co nieraz przychodzi mu zapłacić odtrąceniem, zniewagami czy więzieniem. Pokazuje, jak życie plącze ich losy i weryfikuje wyznawane ideały. 
Naprawdę świetna powieść. Tym bardziej warto właśnie teraz zwrócić na nią uwagę, bo wkrótce do kin trafi "Róża" Smażowskiego, film który dotyka podobnej tematyki. Zachęcam do odbycia literackiej podróży do świata, który niby dobrze znamy, ale o jego prawdziwej historii wolimy nie pamiętać. Fascynująca książka!

"Braterstwo", debiut filmowy Duńczyka, Nicolo Donato.

W tym tygodniu na pewno wszyscy pobiegną na najnowszego Almodovara, ja oczywiście też. Ale zanim zobaczę jego najnowszy film i napiszę o nim, dziś podzielę się refleksjami po obejrzeniu duńskiego "Braterstwa", debiutu Nicolo Donato nagrodzonego na festiwalu w Rzymie. (Imię i nazwisko mogą wprowadzać w błąd, więc z ciekawości sprawdziłam, czy reżyser jest Duńczykiem. Tak.) To historia Larsa, który po rezygnacji z kariery wojskowej, dość nieoczekiwanie wiąże się z organizacją neofaszystowską. Niczego tu nie zdradzę, wszak można to znaleźć w każdej zapowiedzi tego filmu, jeśli napiszę, że jest to też opowieść o zakazanej miłości pomiędzy głównym bohaterem a jego kolegą z organizacji, Jimmym. Reżyser przygląda się ich wzajemnej fascynacji, przyciąganiu i odpychaniu. Pamiętajmy, że spadkobiercy ideologii faszystowskiej, prawdziwi mężczyźni, nienawidzą homoseksualistów. Mnie zdumiał także fakt, że organizacja jawnie nawiązująca do faszyzmu działa właściwie legalnie. Jest to kino ascetyczne, chłodne (to wrażenie potęguje sposób pokazywania świata: zimne, monochromatyczne barwy, proste wnętrza), ale jednocześnie mroczne, chwilami mocne, im bliżej końca, tym bardziej trzymające w napięciu. Film obejrzałam z zainteresowaniem, a po seansie pozostał mi dysonans moralny, jaki zwykle towarzyszy nam wtedy, kiedy odpychający bohaterowie zaczynają budzić sympatię. Zastanowię się nad tym w drugiej części tej notki, którą powinien przeczytać raczej ten, kto już film widział. Zapraszam.

Moje rozważania zacznę jednak od innej wątpliwości. Dlaczego Lars, który początkowo wyraźnie sprzeciwia się poglądom głoszonym przez Grubego, przewodniczącego miejscowej organizacji neofaszystowskiej, decyduje się przystąpić do ruchu? Jest jedynym, który w towarzystwie nie tylko inaczej myśli, ale ma też odwagę głośno o tym powiedzieć. Jak często my sami słysząc rasistowskie czy antysemickie teksty, zamiast jawnie zaprotestować, po prostu milczymy, bo wydaje nam się, że nie warto wdawać się w głupie dyskusje? Ot, takie niegroźne idiotyzmy, myślimy sobie i nie robimy nic. A Lars protestuje, mówi stanowczo i dobitnie, co o tym sądzi. Poza tym raczej zdaje sobie sprawę ze swoich homoseksualnych skłonności, co sugeruje początek filmu: rozmowa z przełożonym, a że jest inteligentny, wie chyba, jaki stosunek do gejów mają faszyści. Stąd moja wątpliwość: czy taka sytuacja jest prawdopodobna psychologicznie? Moim zdaniem nie. I nie przekonuje mnie tłumaczenie, że obrażony na wojsko i rodziców Lars szuka w ten sposób potwierdzenia swojej męskości. Tym bardziej, że dość szybko orientuje się, iż udział w ruchu to nie zabawa i jakieś czcze dyskusje, ale sprawa bardzo poważna. Zostawiam jednak ten wątpliwy początek i przejdę do tego, co dalej.

Film ma dwie warstwy ściśle ze sobą splecione. Jedna to obraz organizacji faszystowskiej. Zatrważają sceny zebrań, dyskusji, spotkań towarzyskich, rozmów, organizowanych akcji czy koncertów. Jawnie wyznawana ideologia faszystowska, studiowanie jej historii, swastyki, heilowanie, kult siły i przemocy. A ponieważ wszystko to pokazywane jest w aurze normalności, jakby zajmowali się każdą inną działalnością, tym bardziej przeraża. I chociaż nie brak wśród członków i sympatyków organizacji odrażających swoim wyglądem typów (upiorny, zniszczony narkotykami Patrick, brat Jimmiego, czy dość antypatyczny Gruby), to przecież większość stanowią ludzie zwyczajni. Gdybyśmy minęli ich na ulicy, nie wzbudziliby naszego przerażenia, nie przeszlibyśmy ze strachu na drugą stronę. Jak już wspomniałam we wstępie, zadziwiające jest, że działają w zasadzie jawnie. Matka Larsa, miejscowa radna, kiedy dowiaduje się, że to jej syn brał udział w napadzie na ośrodek dla uchodźców, ogranicza się tylko do słów krytyki. I ona i jej milczący, oschły mąż pozostają właściwie bierni. Być może w zamyśle reżysera są metaforą obojętnego społeczeństwa.

Druga warstwa to historia budzącego się uczucia pomiędzy Larsem a Jimmim, silnym, wytatuowanym, mrukliwym, na pierwszy rzut oka oschłym facetem. Że taki nie jest, świadczy troska o brata, narkomana, pragnącego zostać pełnoprawnym członkiem organizacji. Reżyser subtelnie pokazuje skomplikowaną relację między nimi. Od początkowej niechęci ze strony Jimmiego, któremu Lars burzy spokój w jego samotni, przez wzajemne oswajanie swojej obecności, sympatię, rodzącą się fascynację, uleganie i ucieczkę, a potem strach, obawę i świadomość, że robi się coś, za co nienawidziło się innych, pogardzało nimi. Nie ma tu, szczególnie w początkowej fazie, wiele gadania, są gesty i spojrzenia. Dopiero potem, kiedy obaj zdają sobie sprawę z powagi sytuacji, przychodzi czas na rozmowy, dylematy i pytanie, co dalej. Lars nie chce przyjąć członkostwa w organizacji, co jest wyróżnieniem, nobilitacją i przedmiotem zazdrości Patricka, który już od dawna się o to stara. Ale zaszedł już tak daleko, że nie bardzo ma wybór: za dużo wie, musi zostać zaprzysiężony. Pozostaje wyjazd, ucieczka, ale tego nie chce Jimmy, bo jak mówi, tu mieszka, tu ma przyjaciół, no i brata, o którego się troszczy. Kiedy się zdecydują, będzie już za późno. Obaj przekonają się na własnej skórze, że udział w ruchu to nie zabawa.

Można powiedzieć, że obaj wpadli we własne sidła. Być może Lars początkowo myślał, że da się pogodzić jedno i drugie. Stąd jego opowieść o współpracowniku Hitlera, który był homoseksualistą. Być może Jimmy dopóki nie spotkał Larsa, nie zdawał sobie sprawy, kim jest. Być może uciekał przed swoim homoseksualizmem, jak to często bywa. Tego nie wiemy. W każdym razie obaj boleśnie przekonali się o bezwzględności swoich towarzyszy i musieli skonfrontować się sami ze sobą. Odpowiedzieć na pytanie kim są i czego chcą. Dokonać dramatycznych wyborów. Ze strachu zdradzić kochanka, aby natychmiast tego żałować.

Pozostaje jeszcze kwestia, o której wspomniałam. Im dłużej oglądałam film, im lepiej poznawałam Larsa i Jimmiego, w miarę jak rozwijało się łączące ich uczucie, tym bardziej im kibicowałam, tym większą budzili sympatię. A przecież głoszone przez nich poglądy są mi obce, wstrętne, przerażają mnie. A jednak trudno powiedzieć, abym odczuwała satysfakcję, myślała: sami sobie winni, nie potrafię ich żałować. Tak przecież często w kinie bywa. Tym razem było inaczej. Czy to świadomy zamysł reżysera? Czy tylko na mnie tak podziałali bohaterowie? Może też na tym polega wartość tego filmu, że pokazuje skomplikowaną , niejednoznaczną ludzką naturę, drąży jej meandry i zakamarki. Zło może przybierać miłe oblicze i odwrotnie, w tym, co złe raptem budzi się coś dobrego. Co będzie dalej? Zakończenie jest otwarte. Chcę, być może naiwnie, wierzyć, że te dramatyczne wydarzenia zmienią na lepsze Larsa i Jimmiego, jeśli przeżyje.

Na osobną uwagę zasługuje relacja pomiędzy Jimmym i jego bratem Patrickiem, który z zazdrości zdradza, powodując lawinę tragicznych zdarzeń. Żałuje, ale jednocześnie w jednej z końcowych scen filmu widzimy go, jak stoi obok innych, kiedy na maszt wciągana jest flaga organizacji. Może nie ma jednak nadziei? Może mój optymizm jest bezpodstawny?

Popularne posty