Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty

Sharon Rotbard "Białe miasto, czarne miasto. Architektura i wojna w Tel Awiwie i Jafie"

"Białe miasto, czarne miasto. Architektura i wojna w Tel Awiwie i w

Jafie" Sharona Rotbarda (Filtry 2022; przełożyła Katarzyna Makaruk) to kolejna książka o konflikcie izraelsko-palestyńskim, po którą sięgnęłam. I na pewno nieostatnia, bo mam ich jeszcze kilka, a temat interesował mnie od dawna. Niestety wciąż tylko zyskuje na aktualności. Ta przeleżała trochę w moim czytniku, a i kupiłam ją nie od razu po premierze. 

Najpierw kilka słów o autorze, co rzuci też światło na to, czym jest ta pozycja. Sharon Rotbard to architekt, aktywista, autor publikacji, laureat nagród architektonicznych, wykładowca akademicki i współwłaściciel oraz redaktor wydawnictwa, w którym ukazują się książki nie tylko z dziedziny architektury. Mieszka w Jafie. Na treści tej książki odbił się jego zawód i aktywizm.

Bo "Białe miasto, czarne miasto" to opowieść o Tel Awiwie i Jafie, niegdyś dwóch odrębnych miastach, dziś tworzących jeden organizm. Opowieść o ich architekturze, historii i oczywiście polityce, czyli konflikcie izraelsko-palestyńskim, który położył się cieniem na Jafie, a właściwie doprowadził do jej unicestwienia, ale o tym za chwilę.

Zacznę od objaśnienia tytułu - czym jest białe miasto, a czym czarne? Otóż białe miasto to modernistyczny, europejski Tel Awiw, przynajmniej tak chcą go widzieć jego żydowscy, pochodzący z Europy, mieszkańcy, a czarne to oczywiście arabska, niegdyś, Jafa. Biel i czerń widać doskonale na zdjęciach lotniczych pochodzących z różnych okresów, które można znaleźć w środku wraz z komentarzem autora.  Książka składa się z trzech części. Pierwsza poświęcona jest białemu miastu, druga czarnemu, a trzecia stanowi podsumowanie dociekań.  

W części pierwszej Sharon Rotbard udowadnia, że opowieść o białym, modernistycznym, bauhausowskim mieście to mit. Mit narodzony dzięki architektonicznej wystawie z roku 1984, a przyklepany wpisaniem modernistycznych dzielnic Tel Awiwu na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kiedy przed laty byłam w Izraelu, oczywiście wybrałam się na wycieczkę z przewodniczką po telawiwskim Bauhausie. Na czym opiera się ten mit? Przede wszystkim na tym, że ta część miasta była projektowana przez żydowskich architektów związanych z architektoniczną szkołą Bauhausu, którzy uciekli z III Rzeszy do Izraela, chroniąc się przed prześladowaniem Żydów. Kolejne elementy mitu to biel i budowa na wydmach, co zaowocowało chwytliwym hasłem: ziemia bez ludzi dla ludzi bez ziemi, a także opowieścią o tym, że ciężko pracujący Żydzi sprawili, że pustynia zakwitła. Tymczasem autor pokazuje, że miasto powstające w latach 20. i 30. zeszłego wieku ani nie jest jednolite, ani całkowicie białe, a tylko nieliczni jego twórcy rzeczywiście identyfikowali się  z wypracowanym przez Bauhaus stylem. Nie było to też budownictwo społeczne, a komercyjne, co sprzeczne jest z ideą niemieckiej szkoły. Miasto nie powstało też na wydmach, a w miejscu jafskich sadów i ogrodów, a stanowiące je działki nie zawsze były najtańsze. Tylko część zakupionego terenu to wydmy, ażeby budować, po prostu je zniwelowano. Więc jeśli już, to miasto powstawało nie na nich, a w ich miejscu.

Sharon Rotbard pisze o tym, czemu służą te mity, w które mieszkańcy Tel Awiwu tak chętnie wierzą, mało tego, sprzedają je światu. Otóż po pierwsze podnosi to ich ego - dzięki mitowi Bauhausu Tel Awiw dołącza do rodziny miast europejskich, a nawet światowych, takich jak Berlin czy Londyn. Białe miasto staje się symbolem europejskości, sprawia, że Tel Awiw wychodzi z cienia arabskiej Jafy szczycącej się czterema tysiącami lat historii i zyskuje własne stare miasto i historyczne centrum. Ma to swoje dalsze konsekwencje - najważniejsze stają się korzenie środkowoeuropejskie, a inne, na przykład te z krajów Maghrebu czy z Etiopii, a nawet ze Wschodniej Europy, są ignorowane, aszkenazyjczycy uważają się za lepszych i ważniejszych od sefardyjczyków. W architekturze szlachetne staje się tylko to, co białe, pogardza się stylem orientalnym, wschodnioeuropejskim czy eklektycznym. Określenie, że coś jest skrzyżowaniem Berdyczowa z Bagdadem to obelga. Jednym słowem architektura stanowi pole walki ideologicznej. Nie po raz pierwszy w historii. Z kolei mit budowy Tel Awiwu na wydmach ma dać miastu alibi jego niewinności - niczego nikomu nie zabrano, nikogo nie wypędzono, po prostu kupiono za bezcen puste, nikomu niepotrzebne tereny i zrobiono coś z niczego. Ten mit ma za nic wcześniejszych mieszkańców i sąsiedzkie relacje.

W tym miejscu koniecznie muszę wspomnieć, że dla kogoś, kto nie interesuje się architekturą, niektóre fragmenty pierwszej części mogą być nieciekawe czy wręcz nudne. Dlatego, mimo że część druga w znacznie większym stopniu skupia się na historii i na konflikcie żydowsko-palestyńskim, na pewno nie będzie to książka dla każdego interesującego się tym problemem. Skupienie na architekturze może okazać się barierą. 

Jak już wspomniałam, w drugiej części książki autor skupia się na tym, jak Tel Awiw pożarł Jafę, przyczynił się do jej materialnego i kulturowego unicestwienia, wymazał jej arabskie i wielokulturowe dziedzictwo, czyniąc z jej najstarszej części turystyczną wydmuszkę i degradując jej inne dzielnice oraz ich mieszkańców. Z mojej izraelskiej podróży pamiętam rozczarowanie Jafą, która wydała mi się sprowadzona do jednego placu i kilku uliczek, pustych, bez życia. Po przeczytaniu tej książki, zrozumiałam dlaczego. 

A przecież w XIX wieku Jafa przeżywała ekonomiczny boom dzięki eksportowi owoców, a przede wszystkim pomarańcz. Dziś znajdująca się na nich nalepka Jaffa  wcale nie oznacza, że pochodzą one stąd, bo po pierwsze od dawna nie ma już tych sadów i upraw, a po drugie marka została przed laty sprzedana przez  izraelski koncern międzynarodowemu. Paradoksalnie tamten dziewiętnastowieczny sukces miał stać się w przyszłości przyczyną klęski miasta, bo ściągali do niego żydowscy emigranci z Afryki Północnej. Stopniowo zaczęli budować nowe dzielnice, które potem wyewoluowały w Tel Awiw. Jak pisze autor - Tel Awiw nie zrodził się z wydm, ale z Jafy, którą stopniowo zaczął okrążać, odcinając jej kontakt z wiejskim zapleczem, szlakami handlowymi, terenami w głębi lądu, aż ją zadusił. Sytuacja pogorszyła się jeszcze w wyniku budowy żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu. Do jej upadku przyczynił się też krach ekonomiczny spowodowany przez obie wojny światowe, bo już w latach dwudziestych zeszłego wieku palestyńscy rolnicy w wyniku sytuacji ekonomicznej zaczęli sprzedawać sady żydowskim pośrednikom. Swoje dodali oczywiście Brytyjczycy, którzy po upadku imperium osmańskiego zaczęli sprawować tu rządy mandatowe. Sprzyjali Żydom, modernizowali kraj, wyburzyli historyczne centrum Jafy. Im bardziej rozbudowywał się Tel Awiw, tym bardziej karlała jego stara, zacna sąsiadka. Ostateczny cios zadało miastu zdobycie go w 1948 roku przez Żydów na dwa dni przed proklamacją Izraela.

Klęska Jafy oznaczała jej całkowite unicestwienie - zniknęli ludzie, wymazano ich dziedzictwo, kulturę, gospodarkę, domy. Miasto systematycznie niszczono, degradowano, chaotycznie przebudowywano, zmieniano nazwy ulic, zacierając pamięć o jego arabskiej przeszłości. Kiedy wysadzono ratusz i rabowano domy, zniknęły dokumenty i całe piśmiennictwo. Osiedlano tam Żydów przybyłych z Bałkanów i Afryki Północnej, którzy nie mieli pojęcia o przeszłości tego miejsca. Potem przyczepiono Jafie łatkę siedliska zepsucia i dzielnicy nędzy. Dlatego w latach 60. zeszłego wieku wysiedlono tych palestyńskich mieszkańców, którzy tam jeszcze zostali, a na ich miejsce sprowadzono artystów, czyniąc z miasta artystyczną i turystyczną wydmuszkę. Podobnie postępowano z innymi miejscowościami, na przykład z Safedem.

Trudno czytać część drugą tej książki bez emocji. Kolejny żydowski autor obala izraelskie mity. Umieszcza też to, co stało się między Tel Awiwem a Jafą, na szerszym tle. Pisze o tym, że biała architektura tworzona w różnych zakątkach świata przez białych dla białych to przejaw kolonializmu. Nie inaczej było tu.

Na pewno nie jest to książka dla wszystkich, ale jeśli ktoś przynajmniej odrobinę interesuje się architekturą, to zdecydowanie polecam. A dla szerszej publiczności jest inna pozycja Filtrów - zbiór opowiadań "Adżami. Opowieści z Jafy" Jossiego Granowskiego. Naprawdę świetny.

Katarzyna Chudyńska-Szuchnik "Świdermajerowie"

Kiedy zobaczyłam zapowiedź reporterskiej książki Katarzyny

Chudyńskiej-Szuchnik "Świdermajerowie" (Dowody 2023), nie od razu było dla mnie oczywiste, że po nią sięgnę. Wśród tylu innych nowości jakoś niespecjalnie mnie ciągnęła. Ale ponieważ trochę interesuję się architekturą, kiedy zapoznałam się z entuzjastyczną recenzją napisaną przez osobę, której ufam, złamałam się - książkę kupiłam i dość szybko przeczytałam. Przeczytałam to za mało powiedziane - połknęłam jednym tchem, korzystając z majówkowego weekendu.

Zacznę jednak od początku, bo mam świadomość, że nie wszyscy wiedzą, czym są owi tytułowi świdermajerowie, co uświadomiła mi moja koleżanka, która nie miała pojęcia, o czym mówię, polecając jej książkę. Skąd ja wiedziałam? Nie mam pojęcia, bo przecież nie mieszkam w Warszawie ani nawet w jej okolicach i nigdy ich nie widziałam. No może migają mi jakieś z okien pociągu, kiedy jadę do stolicy.  Otóż świdermajery, bo tak brzmi ich nazwa wymyślona przez samego Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, o czym dowiedziałam się z książki, to bogato zdobione drewniane domy, których charakterystycznym elementem są werandy. Domy głównie letniskowe, budowane od lat 80-tych XIX wieku do lat 30-tych wieku XX pomiędzy Warszawą, a Otwockiem. Ich pierwowzorem był popularny w Europie swiss chalet, czyli parterowy, prosty, drewniany dom budowany w górach. Nasza odmiana z czasem zyskała piętro i bogate zdobienia. Stąd ich jeszcze jedna nazwa - domy torty. Powszechnie używana czy wymyślona przez autorkę na użytek książki? To nie jest dla mnie jasne, a może coś przeoczyłam. W latach 20-tych i 30-tych świdermajery zyskały nowoczesną, modernistyczną odmianę.

Dlaczego budowano je właśnie tam - między Warszawą a Otwockiem? Ze względu na sprzyjający mikroklimat, który był zasługą lasów sosnowych rosnących na tamtejszych piaskach. Dla mieszczuchów zmęczonych miastem, spragnionych ciszy i spokoju było to miejsce idealne, szczególnie, że dojazd stał się łatwy, odkąd powstała tam linia kolejowa. Dodatkowym magnesem była rzeka, Świder, która latem dawała ochłodę, i warunki sprzyjające leczeniu rozmaitych chorób. Dlatego powstało tam najpierw kilka sanatoriów i zakładów w typie współczesnych spa, a potem jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać pensjonaty - letniaki. To jeszcze jedna nazwa świdermajerów. Kto miał trochę pieniędzy, inwestował w dom z pokojami na wynajem. Tamtejszym budowniczym pracy nie brakowało. Niektórzy decydowali się na domy całoroczne i na stałe wyprowadzali się z miasta. Okolice przyciągały wielu Żydów, którzy spędzali tam wakacje. Różne były wyjaśnienia, dlaczego upodobali sobie akurat te miejsca. Autorka podaje najprostsze i niestety przykre - przyjeżdżali do podwarszawskich letnisk, bo tu ich przyjmowano bez zastrzeżeń, czego nie można powiedzieć o innych tego typu miejscach, na przykład o Nałęczowie.

Czy książka Katarzyny Chudzyńskiej-Szuchnik spodoba się tylko czytelniczkom i czytelnikom choćby odrobinę interesującym się architekturą? Moim zdaniem nie! Mogą ją czytać śmiało wszyscy. Oczywiście autorka sporo opowiada o budynkach, o ich historii, architekturze i losach współczesnych, dzieli je na rozmaite kategorie, ale robi to w bardzo interesujący sposób. Pisze o tych, które jeszcze stoją, i o tych, po których zostało już tylko puste miejsce i ślad w pamięci mieszkańców. Te nazywa domami duchami. Zaraża swoją pasją i miłością do świdermajerów. Ja nabrałam wielkiej ochoty, aby przy okazji kolejnej wizyty w Warszawie wybrać się na wycieczkę ich śladem. A już na pewno w bliższej przyszłości pojechać do miejscowości całkiem niedaleko mojego miasta, w której stoją kuzyni świdermajerów. Bo i o nich można przeczytać w tej książce.

Ale przecież nie tylko o architekturze są "Świdermajerowie". To historie o ludziach - budowniczych tych domów, ich dawnych mieszkańcach i obecnych - tych, którzy dostali tam  przydział na mieszkanie, i pasjonatach próbujących te domy ratować, co wcale nie jest proste. Wiele tu rozmaitych ciekawostek. A wszystko to łączy się z opowieściami o historii Polski, o przemianach społecznych i obyczajowych, wreszcie o miejscach, gdzie je budowano. Choćby o Śródborowie - w założeniu mieście ogrodzie, które dziś zyskało miano jednego z polskich miast widm. 

Ale dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o świecie, który brutalnie zniszczyła wojna, a potem swoje dołożył PRL. I o nieuchronności. Bo nad książką unosi się pytanie - czy można jeszcze uratować te świdermajery, które pozostały? Czy los większości z nich jest przesądzony - są skazane na zagładę? Będą funkcjonowały tylko w ludzkiej pamięci jako domy duchy? A z czasem nawet pamięć o nich się ulotni? Zaczęły znikać zaraz po wojnie. Na opał dla falenickich piekarń rozebrano wtedy kilkaset z nich. Można się zżymać na barbarzyństwo komunistycznych władz i zdziczenie obyczajów, ale dramatycznie brakowało węgla, a chleb piec trzeba było. Te, które zostały, niszczały zasiedlone przez lokatorów z kwaterunku. I znowu można się irytować, ale przecież mieszkań brakowało. Dzisiaj niszczeją, bo w ich remont i dostosowanie do współczesnych wymogów trzeba włożyć górę pieniędzy. Stać na to nielicznych, najczęściej pasjonatów, którzy walczą o nie latami. Miasta mogą pozwolić sobie na renowację pojedynczych. I znowu można się złościć, ale dla władz samorządowych to dylemat - bo za pieniądze przeznaczone na remont jednego świdermajera można zrobić dużo dobrego dla mieszkańców. Więc pewnie skazane są na nieistnienie, pewnie przetrwają tylko nieliczne. Ich przekleństwem jest ich liczba i materiał, z którego powstały. Smutno, ale pewnie nic się z tym nie da zrobić. Ciekawe, jaki byłby ich los, gdyby historia potoczyła się inaczej? Czy nadal byłyby modne? Czy zarabiałyby na siebie? Czy ich właścicieli byłoby stać na ich utrzymanie i konieczną modernizację? Bo przecież świat i tak parłby do przodu. A może ratunkiem są współczesne podróbki świdermajerów, które już powstają? Może one przeniosą pamięć o swoich drewnianych przodkach?

Grzegorz Piątek "Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939"

"Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939"

(W.A.B. 2022) to pierwsza książka Grzegorza Piątka, po którą sięgnęłam. Oczywiście słyszałam o wcześniejszych, przede wszystkim o dwóch - o odbudowywanej z wojennych zniszczeń Warszawie i o stołecznym architekcie Bohdanie Pniewskim działającym w mieście przed i po wojnie. O obu się mówiło dużo i dobrze, "Najlepsze miasto świata" znalazło się nawet w finale Nike. Już pierwsza książka Grzegorza Piątka, biografia Stefana Starzyńskiego, dostała Nagrodę Literacką m.st. Warszawy i była nominowana do Nagrody im. Jana Długosza oraz w konkursie Książka Historyczna Roku. Nawet miałabym ochotę po nie sięgnąć, szczególnie te o Pniewskim i o Warszawie. Miałabym, gdybym mogła znaleźć czas na wszystkie tytuły, które mnie nęcą. No ale wiadomo - trzeba wybierać. 

Tymczasem najnowszej książce Grzegorza Piątka, za którą dostał Paszport Polityki, nie byłam w stanie się oprzeć. I wcale nie z powodu tej nagrody. Przyciągnęła mnie Gdynia. Dlaczego? Bo uległam jej mitowi - miasta doskonałego, które w kilka lat powstało z niczego, w miejscu, gdzie wcześniej była kaszubska wioska. Tak, taki mit, sama nie wiem, kiedy zalągł się w mojej głowie. Jeśli do tego dodać zainteresowanie historią i (odrobinę) architekturą, to wszystko jasne. Oczywiście zanim sięgnęłam po książkę, wysłuchałam kilku rozmów z autorem (niech żyją podcasty!), więc przystępując do lektury, wiedziałam, że on ten mit obala, a właściwie pokazuje, jak było naprawdę. 

No więc jaka jest prawda o przedwojennej Gdyni? Po pierwsze powstawała chaotycznie, bez urbanistycznego planu, a jej modernistyczne oblicze, przynajmniej początkowo, to skutek tempa, w jakim budowano niektóre budynki, i braku odpowiednich środków. Później oczywiście było inaczej - modernizm stał się modny. Gdynię porównywano do włoskiej Littorii, modernistycznego miasta powstałego za czasów Mussoliniego na osuszonych bagnach. Ale Littorię budowano według planów, a Gdynia rozwijała się chaotycznie, przypadkowo i spontanicznie. Zresztą nie wymyślono jej jako miasta modernistycznego. Pierwsze reprezentacyjne realizacje, na przykład dworzec kolejowy, noszą jeszcze inne piętno - są mieszanką stylów historycznych, polskich. To taka patriotyczna, swojska architektura mająca być ucieleśnieniem wyśnionej polskości, tak jak ucieleśnieniem zmartwychwstałej Polski miała być Gdynia, okno na świat otwierające nas na morze. Ale ponieważ morze ze zrozumiałych względów nie było polskim żywiołem, należało morski mit wykreować, stworzyć modę na Gdynię. Z jednej strony doniosła rola portu, któremu miasto zawsze było podporządkowane, z drugiej wypoczynek na piaszczystych plażach. To tu zaczęła ściągać na lato śmietanka towarzyska. Ale początki były trudne. Stefan Żeromski, który przyjeżdżał do Gdyni u jej zarania, kiedy z kaszubskiej wioski dopiero zaczynała przepoczwarzać się w miasto, nie był nią zachwycony. Ciekawe, co powiedziałby później, w latach trzydziestych? Cóż, pewnie nadal byłby rozczarowany.

I tu przechodzimy do obalenia mitu drugiego. Otóż Gdynia wcale nie okazała się spełnieniem marzeń o szklanych domach. Tak miało być, ale tak się nie stało. Obok miasta reprezentacyjnego, eleganckiego, szczycącego się pięknymi modernistycznymi budynkami w centrum i willową dzielnicą na Kamiennej Górze, powstało miasto drugie - nędzne, zabudowane skleconymi z byle czego barakami, slamsami, w których w wielkim zagęszczeniu gnieździli się nie tylko portowi robotnicy i ich rodziny, ale także niżsi urzędnicy czy nauczyciele. Miasto bez brukowanych ulic i bez kanalizacji. Bo do Gdyni niczym do amerykańskiego Klondike ściągali w poszukiwaniu pracy ludzie z całej Polski zwabieni jej mitem. Tymczasem o pracę wcale nie było tak łatwo, a i ona, jeśli w końcu się ją zdobyło, nie gwarantowała zarobków, za które można by było wynająć porządne mieszkanie. To zresztą problem całej międzywojennej Polski, a Gdynia dodatkowo była miastem wyjątkowo drogim. Choćby dlatego, że wszystko trzeba było tu dowozić z głębi kraju. Z czasem problem dostrzeżono i pojawiły się próby budowy osiedli robotniczych, na wzór tych warszawskich, ale szło to powoli, a w końcu, tak jak w Warszawie, czas się skończył - wybuchła wojna.

Prawda jest taka, że Gdynia budowała swoją potęgę na wyzysku. Jak pisał Tadeusz Wende, kierownik budowy portu, Gdynia zwiększa swój obrót dlatego, że jest tańsza / robotnik też jest tańszy. Stąd jej konkurencyjność.  A Grzegorz Piątek dodaje od siebie: A był tańszy nie dlatego, że w Gdyni żyło się taniej, tylko dlatego, że musiał przystać na gorsze warunki. W innym miejscu podsumowuje: Polska modernizacja była więc zbudowana na poświęceniu i nierównym podziale owoców wzrostu, a rządzący tylko ubierali to w piękne słowa. Grali na patriotycznej nucie, wymyślali hasła wyścigu czy współzawodnictwa pracy, wymagali poświęcenia w imię dobra wspólnego nie tylko od robotników, ale także od urzędników czy nauczycieli. Już wtedy zrodziła się kultura harówki, która świetnie się ma do dziś. Zresztą podobieństw do współczesności jest więcej. 

Autor wpisuje te zjawiska w szerszy kontekst - taki model rozwoju jest charakterystyczny dla państw peryferyjnych, które gonią kraje rozwinięte, nadrabiają zaniedbania. Ich parcie do przodu i modernizacja opiera się na wyzysku klas ludowych, robotników, niższych warstw inteligencji. W zamian dostają mgliste obietnice dostatku, kiedy kraj dogoni te rozwinięte. W międzywojennej Polsce  dobrze się żyło pracownikom zatrudnianym przez państwo i w państwowych firmach, ale ceną za wygodne życie była lojalność. Wraz z umacnianiem się dyktatury rosły podziały na swoich i nie swoich. Chociaż w Gdyni w roku 1938 robotnicy stanowili 65 procent mieszkańców, to właśnie im żyło się najgorzej. I jak gorzko zauważa Grzegorz Piątek: Dziś kultywuje się pamięć o tych robotnikach, którzy zbuntowali się przeciwko komunie, lecz ci, którzy przed wojną budowali zręby Gdyni i buntowali przeciwko ówczesnej władzy, popadli w zapomnienie. 

Autor pisze o tym, że Gdynia nie była wypadkiem przy pracy, podobne błędy, chaotyczny boom, brak planowania urbanistycznego, spekulacja gruntami, popełniano przy budowie COP-u (Centralnego Okręgu Przemysłowego), który w latach trzydziestych stał się sztandarowym przedsięwzięciem międzywojennej Polski i tym samym zdetronizował Gdynię. Oczywiście to nie jest tak, że Grzegorz Piątek wyciąga tylko ciemne strony miasta. Jak zauważa, po prostu zabrakło czasu. Być może, gdyby nie wojna, Gdynia rozwijałaby się w swoim tempie, osiągnęłaby wiek dojrzały i udałoby się rozwiązać część problemów. Bo nie zapominajmy, że Historia dała jej tylko dziewiętnaście lat, więc ciągle jeszcze była nastolatką.

Na koniec autor  spoglądając na przeszłość Gdyni, zadaje sobie i czytelnikom ważne pytanie o przyszłość. 

Czy potrafimy sobie wyobrazić świat, w którym pracownika budowlanego stać na dom, który buduje? Powiedzcie, co byłoby nie w porządku z tak poukładanym światem?

Dlaczego godzimy się na świat bez takich marzeń? Kiedy i dlaczego oduczyliśmy się marzyć? 

Jak widać "Gdynia obiecana" to książka z szerszym oddechem. No i koniecznie muszę dodać, że świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem. Warto w trakcie lektury zaglądać do netu, aby znaleźć zdjęcia budynków, o których Grzegorz Piątek szerzej pisze. Wiele znajdziemy w książce, ale nie wszystkie.

Popularne posty